Na Białorusi gorąco

Na Białorusi gorąco. Zwłaszcza w stolicy, Mińsku, gdyż brak jest, póki co informacji o demonstracjach w innych miastach.  Jest rzeczą niezwykle ciekawą, na ile demonstracje te są wynikiem autentycznego wzrostu niezadowolenia społeczeństwa ukraińskiego z rządów Łukaszenki, a na ile są efektem zewnętrznego wsparcia dla białoruskiej opozycji, wsparcia głównie ze strony USA i ich sojuszników. Czas pokaże – mam nadzieję. Póki co polskie media i polskie służby zagraniczne prześcigają się w podsycaniu napięcia u naszego wschodniego sąsiada. Tak, czy inaczej jest to zgodne z amerykańską doktryną wzmacniania niepokojów w Unii Europejskiej i na jej granicach, aby w ten sposób dalej osłabiać zjednoczoną Europę.

Powiem wprost: zachowanie się polskiego rządu w sprawie wyborów prezydenckich na Białorusi, a zwłaszcza wobec mińskich demonstracji budzi we mnie niesmak i  zażenowanie. Polska a la PiS – nauczycielem demokracji? Polska a la PiS – obrońcą wartości europejskich? To kpina PiS z całej Unii Europejskiej.

Zdarzyło się, że w 1995 r. byłem w składzie Grupy Obserwatorów Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy podczas wyborów parlamentarnych na Białorusi. Zostaliśmy zaproszeni przez Białoruski parlament, w którym funkcjonowała jeszcze opozycja wobec prezydenta Łukaszenki. Po tygodniu badaniach sytuacji przedwyborczej na miejscu, po bezpośredniej obserwacji wyborów w lokalach w całym niemal kraju, wydaliśmy jednoznaczną opinię: wybory na Białorusi nie spełniały standardów demokratycznych. Europa i świat żyją więc od ponad ćwierćwiecza w pełnej świadomości tego, że ustrój naszego wschodniego sąsiada daleki jest tego, co demokracją nazywa się w zachodniej Europie. W zachodniej – bo nie nad Wisłą!

Jeszcze stosunkowo niedawno władze PiS umizgiwały się do Łukaszenki. Nawet sam marszałek Karczewski, po swojej wizycie w Mińsku opowiadał w telewizji o tym jaki „fajny chłop jest z tego Łukaszenki”. Dzisiaj Polska buńczucznie wydaje oświadczenia, wzywa Europę do działania, tupie nogami i krzyczy. Nieco pokory!

Czy sytuacja w Polsce różni się od tej na Białorusi? Po pierwsze czym się nie różni. Zarówno w Polsce ostanie wybory prezydenckie jak i te  u wschodniego sąsiada (z wielkim prawdopodobieństwem) nie były demokratyczne. Świadomość niedemokratyczności wyborów w Polsce jest powszechna, wielokrotnie publicznie uzasadniana przez najwyższe autorytety prawne. Podstawowa różnica pomiędzy nami jest natomiast  taka, że Białorusini, którzy nie są zadowoleni z wyników wyborów, którzy zarzucają ich fałszerstwo wyszli na ulicę Mińska gotowi zetrzeć się z siłami bezpieczeństwa.

Polska opozycja pokrzyczała natomiast w mediach o złamaniu co najmniej dwóch artykułów konstytucji przez PiS w trakcie przygotowania i przeprowadzenia kampanii wyborczej i… w większości asystowała Dudzie w ceremonii jego zakrzywoprzysiężenia. Na ulice polskich miast nie wyprowadziła mas ani seria afer finansowych z udziałem prominentów PiS i ich rodzin, ani dyktatorskie rozprawienie się PiS z niezależnością polskiego wymiaru sprawiedliwości, ani sfałszowanie kampanii wyborczej przez spacyfikowane przez PiS media publiczne.

Nie, ani polski rząd, ani Zjednoczona Prawica, ani opozycja w Polsce nie mają moralnego prawa wtrącania się w bieżący kryzys białoruski. Oczywiście jest jeszcze interes polityczny, ale odpowiedzieć sobie należy na pytanie czyj? Mam z tym pewien problem, zwłaszcza w momencie, w którym piszę ten tekst, w którym dowiedziałem się, że kontrkandydatka Łukaszenki w dniu wyborów uciekła (przed spodziewanymi prześladowaniami) za granicę. Gdzie? Do Rosji!

Interes polityczny PiS jest klarowny. Nadarzyła się okazja zademonstrowania elektoratowi, ale również przeciwnikom PiS jak bardzo prodemokratyczna jest to partia, zademonstrowania Europie, jak bardzo Polska angażuje się w obronę europejskich wartości i standardów demokratycznych i „zadać kłam oszczercom”. Wzmacniając napięcie za naszą wschodnią granicą (właśnie słucham komentarzy o prawdopodobieństwie interwencji Rosji) rząd PiS zyskuje argumenty za bezprzykładnym angażowaniem  Polski w militarną (i polityczną) współpracę z Waszyngtonem. Współpracę, która jest dla Polski wysoce niekorzystna finansowo, która skłóca nas z najbliższymi, naturalnymi partnerami – z Unią Europejską. Czy to, co dobre dla Waszyngtonu Trumpa jest i dobre dla Polski? Mam poważne wątpliwości.

Być może też rządowi analitycy sprytnie kalkulują, że zamieszki za Bugiem wywołają falę emigracyjną Białorusinów, której część zasili podaż siły roboczej w naszym kraju?

Wydarzenia na Białorusi skłaniają do jeszcze jednej refleksji, jestem przekonany nieobcej politycznym analitykom. Chodzi o kwestię efektywności misji „eksportu demokracji euro-atlantyckiej”. Od dziesięcioleci eksport tej demokracji, usiłowanie narzucania jej standardów innym jest uzasadnieniem militarnej ekspansji Stanów Zjednoczonych na całym świecie. Ale również w Europie. Wszyscy pamiętamy szantaż: „Energia za demokrację” jaki zastosowano wobec Bałkanów w czasie wojny domowej w Jugosławii, po zbombardowaniu przez lotnictwo USA jugosłowiańskich elektrowni i po nałożeniu ścisłego embarga na przywóz do tego regionu paliw.

Co z euro-atlantycką demokracją zrobiły Węgry? Co zrobiła Ukraina? Wreszcie co zrobiło z zasadami tej demokracji „serce Europy” – Polska? To pytanie jest tym bardziej zasadne w obecnej chwili, kiedy kryzys tej demokracji, wzmocniony, przyspieszony przez pandemię sars-cov-2 jest coraz bardziej widoczny w jej kolebce.

Po zaprzysiężeniu

Mamy drugiego w historii polski prezydenta wybranego ponownie, na drugą kadencję. Uroczystość zaprzysiężenia się odbyła, Andrzej Duda kontynuuje swoją misję. Sama ceremonia zaprzysiężenia budziła wiele emocji, zwłaszcza w kręgach szeroko rozumianej anty-pisowskiej opozycji. Iść, czy nie iść?  – to najczęściej stawiany  w tych kręgach dylemat. Dylemat nie tylko opozycyjnych członków Zgromadzenia Narodowego, ale również szeregu zapraszanych zwyczajowo gości: eurodeputowanych, szefów ważniejszych instytucji państwowych wysokich urzędników kościołów i związków wyznaniowych, dyplomatów.

Nie chcę roztrząsać tego dylematu, a zwłaszcza komentować deklaracji poszczególnych formalnych i nieformalnych liderów. Mogę powiedzieć – nie moja broszka. Ale…

Pięć lat temu, jako wiceprezes Najwyższej Izby Kontroli otrzymałem zaproszenie na uroczystość zaprzysiężenia nowo wybranego Prezydenta RP – Andrzeja Dudy.  Zaproszenie przyjąłem i z galerii obserwowałem uroczystość. Przyznać muszę, że zachowanie się Andrzeja Dudy w tym dniu, zwłaszcza jego sejmowe wystąpienie, nastrajały mnie optymistycznie. Dużo mówił o poszanowaniu konstytucji, o tym, że będzie prezydentem wszystkich Polaków, o potrzebie narodowej zgody itp. Tym większym dla mnie zaskoczeniem, wręcz ciosem, było zachowanie się Dudy niemal zaraz po opuszczeniu gmachu Sejmu: dokładnie wbrew swoim uroczystym przysięgom i deklaracjom. Trochę tak, jakby w gmachu opery spotkać eleganckiego, wytwornego gentlemana, który zaraz po wyjściu z tego przybytku kultury i sztuki zaczyna okładać cię bejsbolem gdzie popadnie.  Dlatego, gdyby dzisiaj przyszło by mi roztrząsać kwestię „iść czy nie iść” na sejmową galerię nie miałbym żadnego problemu – zostałbym w domu. Dzisiaj wiedziałbym już, że mam do czynienia ze świadomym krzywoprzysięzcą, który całą ceremonię traktuje jak teatr, teatr widzów – marionetek, jak konieczną do odegrania rolę, z którą absolutnie się nie utożsamia. Raz mogłem dać się nabrać – drugi raz nie: „…in errore persevare stultum

Sytuacja jaka się wytworzyła skłania jednak do głębszej refleksji nad istotą samej instytucji zaprzysiężenia wybranego przez naród Prezydenta – elekta. Konstytucja, w Art. 130.  mówi co mówi:

Prezydent Rzeczypospolitej obejmuje urząd po złożeniu wobec Zgromadzenia Narodowego następującej przysięgi:

„Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem„”.

Po złożeniu wobec Zgromadzenia Narodowego” – co to oznacza? Jaką rolę w tej ważnej dla objęcia najwyższego urzędu w państwie odgrywa zgromadzenie posłów i senatorów? Czy są oni tylko widzami teatru jednego aktora, czy też Zgromadzeniu Konstytucja przypisała inną niż dekoracyjna funkcję? Konstytucja niestety nie jest precyzyjna w tej kwestii. Prawdą jest, że w dotychczasowej praktyce politycznej nie było nigdy problemu z interpretacją Artykułu 130. Problem pojawił się dzisiaj, gdy powszechnie i w moim przekonaniu zasadnie podważana jest konstytucyjność całej kampanii wyborczej do orzeczenia Izby Kontroli Nadzwyczajnych i Spraw publicznych Sądu Najwyższego o ważności wyborów włącznie. Na bierną rolę Zgromadzenia wskazywać może przyimek „wobec” w Art. 130. Z drugiej jednak strony mamy do czynienia z czynnością „składania przysięgi”. Przysięgi nie składa się na ogół „na wiatr”, w przestworza. Przysięga się zazwyczaj komuś. Komu więc przysięga Prezydent – elekt? Można się tylko domyślać, że Narodowi, którego reprezentacją jest właśnie Zgromadzenie Narodowe. Jeżeli zaś tak, to Zgromadzenie Narodowe, przyjmując do wiadomości przysięgę Prezydenta – elekta staje się stroną czynną w tym procesie. Jest niejako powiernikiem tej przysięgi.

Zbliżoną nieco, choć oczywiście nie tożsamą rolę odgrywają zaproszeni goście. Chcąc nie chcąc swoją obecnością dają oni wyraz poparcia i/lub kredytu zaufania w stosunku do Prezydenta, uświetniają jego ingres.

Wybór Andrzeja Dudy na drugą kadencję Prezydenta RP postawił przed wieloma osobami publicznymi ważny dylemat: czy stać na straży reprezentowanych wartości i nie dać się zaprząc do propagandowego rydwanu powożonego przez zadeklarowanych wrogów tych wartości, czy też mimo wszystko dać wyraz wierności zasadom kultury politycznej i szacunku wobec wyborców? Nie należy moim zdaniem  kogokolwiek piętnować ani chwalić za jego zachowanie w tej trudnej, nowej dla naszej polityki sytuacji. Najważniejsze, aby o tych sprawach rozmawiać i aby przekazy do społeczeństwa były jasne.

Wielu zadaje sobie pytanie, czy Andrzej Duda II będzie takim samym prezydentem jak Andrzej Duda I. Wielu wyraża nadzieję, że jego druga i ostatnia kadencja będzie ostentacyjnym zdystansowaniem się od swojej partii, będzie pięcioletnim festiwalem jego niezależności i miłości do prawa a ustawy zasadniczej zwłaszcza, do opozycji i do każdego Polaka. To nadzieje wielce naiwne. Gdyby Andrzej Duda II chciał nagle przedzierzgnąć się w strażnika Konstytucji, musiałby zacząć od posprzątania gigantycznego bałaganu do jakiego w każdym niemal aspekcie systemu prawnego doprowadził jego poprzednik, czyli Andrzej Duda I. Nie jest przecież tak (na szczęście), że nowa kadencja jest jakimś resetem działań osoby powtórnie wybranej, że kasuje, anuluje, rozgrzesza wszystkie przewiny, które ta sama osoba popełniła piastując najwyższy urząd w państwie w ciągu minionych 5 lat. Może zmieni się puder na obliczu nowego – starego prezydenta, ale istota jego prezydentury się nie zmieni – pozostanie on wiernym żołnierzem Jarosława Kaczyńskiego, ważną postacią dla realizacji historycznej misji, jaką siebie przypisał „zwykły poseł”. Duda zbyt dużo zawdzięcza Kaczyńskiemu, Kurskiemu i PiS w ogóle, aby móc wybić się na niezależność. Przedwyborcza, pokazowa nauczka, jaką otrzymał od Kaczyńskiego, gdy spróbował zamanifestować swoją niezależność żądając dymisji szefa Telewizji Polskiej musiała być dla niego niezwykle dotkliwa i z pewnością zapadła mu w pamięć. Może dla pozorów, w mniej ważnych, błahych sprawach Kaczyński pozwoli dudzie wierzgnąć, ale w sprawach dla Kaczyńskiego zasadniczych Duda nadal wiernie pełnić będzie rolę bezrefleksyjnego rubber stampera.

Na nowe musimy jeszcze poczekać.

Może być tylko gorzej

Wybory Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej zakończone. Kurz opadł. Emocje nie. Prezydentem została, ponownie wybrana na druga kadencję osoba, która sama w sobie jest zaprzeczeniem wartości, przymiotów i cech, jakimi – chciałoby się – powinien charakteryzować się prezydent prawie czterdziestomilionowego państwa w sercu Europy, narodu o ambicjach i ego rozbudzonych do poziomu Czomolungmy. Prezydentem został człowiek ostentacyjnie zależny od jednej partii politycznej, bez charyzmy, bez wizji nowoczesnej Polski, wyzuty z poczucia wstydu, a nade wszystko patron i czynny współsprawca demolowania polskiego demokratycznego państwa prawnego, łamania ustaw i Konstytucji.

Andrzej Duda jest drugim polskim prezydentem powtórnie wybranym na tą godność. Pierwszym był Aleksander Kwaśniewski. Już sam fakt powtórnego wyboru narzuca porównanie tych dwóch prezydentów, porównanie, które samo w sobie jest jedną wielką ironią naszej historii, kpiną historii z nas, Polaków. To tak, jakby musieć porównywać orła do – pardon – kaczki. Ale najwybitniejszy polski Prezydent, który wprowadzał Polskę do NATO, do Unii Europejskiej, który był współtwórcą nowej, polskiej Konstytucji nie ma w kraju Izby Pamięci. A Andrzej Duda ma – w Końskich, dla upamiętnienia podpisania na peronie tamtejszego dworca kolejowego jakiejś ustawy. Nie zdziwię się, gdy za kolejne pięć lat w podręcznikach szkolnych to właśnie Duda prezentowany będzie jako największy polski prezydent od 1918 r.

No, ale cóż – stało się, choć mogło być inaczej, lepiej. Nie będzie. Co więc będzie?

Wybory Prezydenta Polski w 2020 r nie były wyborami uczciwymi. Wszyscy widzieli i wiedzieli, że sztab wyborczy Andrzej Dudy tworzył cały rząd, rządowa administracja i państwowe środki masowego przekazu (masowej propagandy i hejtu). Ministrowie straszyli wyborców konsekwencjami przegrania kandydata PiS i przekupywali ich podarkami sypanymi jak z rękawa. Podarkami płaconymi oczywiście przez wszystkich podatników. Stara, wypróbowana metoda bata i marchewki. Fakt, że mimo tego wygrana demokratycznej opozycji była w zasięgu ręki skłania do głębokich refleksji. Dzisiaj w komentarzach opozycji dominuje oczywiście tonacja, że jest wspaniale, że następnym razem się uda. Wątpię w to.

Wybory prezydenckie Anno Domini 2020 r. kładą kres politycznemu bytowi, jakim jest Platforma Obywatelska. Trudno sobie dzisiaj wyobrazić jeszcze większą mobilizację sił prodemokratycznych w Polsce niż ta, która pod sztandarami tej partii miała miejsce w II turze wyborów. Przy całym szacunku dla Rafała Trzaskowskiego i jego sztabu, przy całym szacunku dla wszystkich, którzy angażowali się w jego kampanię i na niego głosowali, prawda jest taka, że oferta opozycji dla Polaków nie zyskała akceptacji większości wyborców. PO, będąca głównym motorem tej kampanii straciła moc w swoich silnikach napędowych. Oczywiście PO, lub jakieś partie powstałe po jej rozkładzie, pozostaną w parlamencie robiąc za demokratyczną paprotkę za prezydialnym stołem PiS-owskiego marszałka Sejmu, ale PO okazała się nieskuteczną i wiara w jej skuteczność maleć będzie z miesiąca na miesiąc.

Wygrana Andrzeja Dudy jest tak naprawdę wygraną Jarosława Kaczyńskiego. To on uzyskał wynik wyborów dyskontować będzie jako ostateczne poparcie społeczeństwa dla swojej misji wyrażonego w „demokratycznych” wyborach. Tak – misji, gdyż Kaczyńskim nie kieruje jakiś szczegółowy program, jakaś strategia, ale właśnie misja. Historyczna misja tworzenia nowego polskiego państwa, nowego polskiego społeczeństwa, na bazie ultrakonserwatywnych, historycznych wartości, pod prąd cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju świata.

Kaczyński zapewne doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że najbliższe wybory parlamentarne będą ostatnią wielką kampania polityczną, którą na drodze do realizacji swojej misji przyjdzie mu poprowadzić. Dlatego wynik wyborów Dudy bezwzględnie wykorzysta on do uzyskania jak najlepszego wyniku swojej formacji w wyborach parlamentarnych za trzy lata. Dzisiaj ma wszystkie karty w ręku. Zagrozić mu może tylko i wyłącznie jakiś wielki krach gospodarczy, gwałtowne obniżenie poziomu życia. Ale i na taką okoliczność Kaczyński jest przygotowany. Wszak poprawka do ustawy o Wojskach Obrony Terytorialnej zakazująca użycia tej formacji przeciwko „wrogowi wewnętrznemu” została przez PiS odrzucona. Pardonu nie będzie. Zwiastunem jest zapowiedź wypowiedzenia przez Polskę (Kaczyńskiego) Konwencji Stambulskiej. Bandytyzm prawny rozszaleje się na dobre. Wczorajszy przykład z sejmowej Sali, kiedy to wiceminister proponuje przyjęcie ustawy zwalniającej z odpowiedzialności decydentów, którzy bez prawnej podstawy wydali 70 milionów złotych jest najlepszym przykładem nowych standardów gospodarowania pieniędzmi publicznymi. Nawet, jeśli zdarzy ci się, mówi PiS,  premierze, ministrze wyrzucić w błoto kilkadziesiąt, kilkaset milionów złotych – nie martw się. Przyjmiemy odpowiednią ustawę i po krzyku. W końcu to my – PiS – jesteśmy Prawem i Sprawiedliwością w jednym! Nowy, lepszy PiS-owski standard.

Ale nie tylko. Kaczyński już bez kamuflaży, wprost, odmawia prawa bycia Polakiem myślącym inaczej niż on. Dawno, dawno temu popularne było zawołanie: „Kto nie z Mieciem tego zmieciem”. Dzisiaj, po wypowiedzi Kaczyńskiego dla Polskiego Radia można je parafrazować na „Kto nie z Kaczorem tego toporem” lub „Kto nie z PiS ten na zwis”. Wypowiedzią tą Kaczyński przypieczętował i podniósł do rangi oficjalnej doktryny rządzących rozłupanie polskiego społeczeństwa na, jak to często w publicystyce się nazywa, dwa plemiona: to lepsze, popierające PiS i to gorsze, niepodzielające jego celów, niezasługujące na miano bycia polskim. Od tego zdania wypowiedzianego przez dyktatora wieje grozą. Jakim to impulsem, natchnieniem będzie ono dla „starej gwardii” PiS a jakim dla neofitów, których z pewnością nie zabraknie, w ich codziennej, mozolnej pracy? Tym bardziej, że wódz zapowiada trudną drogę. Walka zaostrza się w miarę postępów w budowie nowej Polski – zdaje się mówić  Kaczyński.

Nagminne łamanie przez Prezydenta Dudę Konstytucji, przekręty osób sprawujących władzę i ich rodzin na setki milionów złotych, powszechny nepotyzm i uzależnienie awansu od poparcia PiS, niszczenie wymiaru sprawiedliwości, ośmieszanie Polski na międzynarodowej arenie – to tylko niektóre obszary kardynalnych przewin PiS. W normalnym, demokratycznym państwie jeden taki casus byłby wystarczający dla upadku rządu, dla nowych wyborów. W Polsce afery PiS nie robią najmniejszego wrażenia na jego elektoracie, zdają się wręcz umacniać tą formację.

Dwa polskie plemiona: lepszy i gorszy sort dawno utraciły możliwość rozmowy, dialogu. Unik Andrzeja Dudy przed dialogiem z kontrkandydatem Trzaskowskim urasta do symbolu tego, jak bardzo rozmijają się języki tych plemion, jak daleko jest do poważnej, wspólnej debaty. Na marginesie: Okrągły Stół, ten jakże brutalnie sponiewierany przez prawicę, jest na tym tle niedoścignionym wzorem polskiej kultury politycznej. Niestety, nie tylko o język chodzi. Wszyscy mamy przed oczami dwie, niemal jednoczesne migawki telewizyjne. Na jednej z nich Przewodniczący Rady Europejskiej i Przewodnicząca Komisji Europejskiej jako wielki sukces zakończonego szczytu budżetowego ogłaszają powiązanie wydatków budżetowych z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowskich, a na drugiej premier Morawiecki i premier Orban ogłaszają, że żadnych takich ustaleń nie podjęto. To oczywiście nie jest ani błąd Morawieckiego, ani jego niezrozumienie podpisanych dokumentów. Od sześciu lat PiS prowadzi bardzo konsekwentną politykę propagandową, żywcem skopiowaną z polityki amerykańskiej stacji Fox News.  Dwie główne zasady tej polityki to: po pierwsze, niezależnie od medium i niezależnie od pytania, zawsze mów do PiS-owskiego elektoratu, a po drugie: zawsze mów to, co ten elektorat chce lub co powinien usłyszeć. Lata żelaznej konsekwencji w realizacji tych zasad przez prawicowych polityków wszystkich szczebli wsparte wierną służbą Polskiego Radia i Telewizji Polskiej oraz olbrzymią prawicową machiną propagandową z Radiem Maryja na czele sprawiły, że wspomniane dwa plemiona polskie nie tylko nie mają wspólnego języka, ale żyją w dwóch różnych światach. Różnych i nieprzystających do siebie, a wręcz wzajemnie się wykluczających. Wirtualny świat, jakim PiS otoczył swoich wyznawców jest wprawdzie oparty na kłamstwach, półprawdach, na szczuciu i odczłowieczaniu przeciwników politycznych, na medialnych manipulacjach, ale będzie bardzo trudny do skruszenia, zwłaszcza po zapowiadanym triumfie PiS nad niezależnymi od Nowogrodzkiej mediami.

Wygranie wyborów prezydenckich dostarczyło obozowi prawicy dodatkowych argumentów i narzędzi do rozmontowywania Unii Europejskiej, czyli do realizacji jednego z ważniejszych strategicznych celów misji Kaczyńskiego. Powszechnie dzisiaj sypią się ze strony polskiej opozycji narzekania pod adresem UE, że ta, w trakcie niedawnego szczytu budżetowego nieskutecznie broniła praworządności w Polsce. Lider polskiej lewicy nazwał nawet osiągnięte w Brukseli porozumienie „zgniłym kompromisem”. To bardzo niewyważona i błędna opinia. Unia dla praworządności w Polsce zrobiła więcej niż sami Polacy dla siebie. Jestem przekonany, że wynik szczytu budżetowego byłby inny, gdyby w Polsce prezydentem został Rafał Trzaskowski. Unia potrzebowała choćby szansy na to, że w Polsce możliwy jest z prawdziwego zdarzenia partner do budowy wspólnoty. Wybór Andrzeja Dudy przekreślił tą szansę, umocnił antyunijną politykę Stanów Zjednoczonych.

Znów wracamy do leninowskiego pytania: „Co robić?” Jak powinien zachować się człowiek, który nigdy nie da się skusić do poparcia PiS, a który nie wyjedzie za granicę ani nie uda się na wewnętrzną emigrację? PO nie stworzyła i prawdopodobnie nie wydali już z siebie żadnej realnej, wiarygodnej alternatywy dla dyktatorskich rządów PiS. Utraciła wiarę niepisowskich wyborców w swoją skuteczność a jej liderzy zszarzeli, spowszednieli, zgrali się.  To otwiera pole wzmożonej aktywności dla szeregu innych opcji politycznych, w tym i lewicy. Pierwszym odruchem przegranych są póki co umizgi do elektoratu PiS. To oczywiście prawda, że tych wyborców nie można nazywać „biomasą”, „stadem baranów” itp. To niedopuszczalne i karygodne. Ale też nie można, jak to uczynił jeden z lewicowych liderów jednym niemal tchem bronić elektoratu PiS i jednocześnie wyzywać elektorat PO od „głupawych wyznawców”. Chciałoby się, aby odpowiedzialność w polityce znaczyła odpowiedzialność.

Oczywiście istotnym dla rozwoju sytuacji w Polsce będzie to, czy uda się utworzyć ponadpartyjny blok obrony demokracji, skupiający partie i ruchy polityczne jednoznacznie stojące na gruncie Konstytucji, wolności obywatelskich i prawa.  Szczególna jednak będzie pozycja i postawa polskiej lewicy. Wybory prezydenckie są dla lewicy największą porażką ze wszystkich dotychczasowych. Nie tylko dlatego, że Robert Biedroń nie dorównał wynikiem Magdalenie Ogórek. Program wyborczy Biedronia szybko zwekslowany został przez media jako program wąski kulturowo, którego osią są sprawy obyczajowe. Lewica nie przebiła się ze swoją alternatywą, ze swoją społeczną i państwowo-twórczą misją, a przecież to było głównym powodem startu kandydata lewicy w tych wyborach. Wynik lewicy to również poważny cios w nową formę jej funkcjonowania, od roku usilnie propagowaną przez kierownictwo SLD. Przypomnę, że zakłada ono tworzenie nowej partii typu komitetowego, czyli takiego, gdzie na co dzień działają tylko krajowy i regionalne komitety zajmujące się przygotowaniem kolejnych wyborów (reelekcji) dotychczasowego partyjnego establishmentu na wzór Stanów Zjednoczonych. A członkowie? Partia ma mieć tyle członków ile uzyskanych głosów w wyborach powszechnych. Przy takim ujęciu sprawy zjazd w ciągu roku z 12%  do niespełna 3%  wyborczego poparcia stawia poważne znaki zapytania nad tą koncepcją organizacyjną.

Ale ważniejsza jest kwestia merytorycznej odpowiedzi lewicy na wynik wyborów prezydenckich. Spektakularnej porażce lewicy towarzyszyło równie spektakularne umocnienie się Zjednoczonej Prawicy i ekstremalnie antylewicowej, nacjonalistycznej formacji Konfederacja Wolność i Niepodległość. Jak w tej sytuacji powinien zachować się Sojusz Lewicy Demokratycznej, parlamentarny klub Lewica? Są trzy możliwości. Pierwsza to uznanie, że „rodacy – nic się nie stało” i kontynuowanie dotychczasowej działalności – byle do kolejnych wyborów, jakoś to będzie. Druga, bardzo myślę kusząca dla niektórych droga, to próba zastąpienia na scenie politycznej Platformy Obywatelskiej, choćby przez głoszenie: my będziemy robić wprawdzie to samo, ale lepiej, bardziej demokratycznie i socjalnie. Wreszcie trzecia droga, to rozpoczęcie poważnych prac nad lewicową alternatywą dla Polski. Jakościową i oryginalną alternatywą, będącą odpowiedzią polskiej lewicy na wyzwania XXI wieku, a nie kopią bądź makijażem dotychczasowych programów lub programów innych partii. To oczywiście najtrudniejsza droga. Już dzisiaj zapowiadana jest przez kierownictwo SLD listopadowy Kongres Polskiej Lewicy, którego efektem ma być taki program.  Trzy miesiące, w tym sezon wakacyjny, to moim zdaniem zdecydowanie za mało, aby taki odpowiedzialny program przygotować. Posłużę się jednym przykładem. Co zrobić z tak zwaną służbą zdrowia? Piszę „tak zwaną”, gdyż od dawna nie jest to „służba” a biznes zdrowia. Koncepcja, że pieniądze będą szły za pacjentem i komercjalizacja usług zdrowotnych skompromitowała się, przyczyniła się do zapaści opieki zdrowotnej, do osłabienia dostępu do lekarzy, leków i procedur medycznych dla większości Polaków. Jak ten problem rozwiązać systemowo? Czy lewica zaproponuje odwrócenie zwrotów w kierunkach polityki zdrowotnej stawiając zdrowie Polaków jako cel główny i jemu podporządkowując gospodarkę, edukację i politykę? To tylko jedno z zagadnień.

Lewicowa alternatywa jednoznacznie powinna określić rolę i zadania państwa – nawet, gdyby wiązało się to z potrzebą zmiany Konstytucji. Nie da się jednak moim zdaniem stworzyć wiarygodnej dla lewicowo zorientowanej części polskiego społeczeństwa alternatywy eksponując wstyd i niechęć do słowa socjalizm, bez sięgnięcia do niezbywalnych osiągnięć realnego socjalizmu właśnie w ochronie zdrowia, edukacji czy kulturze. Żeby nie było wątpliwości – nie proponuję restytucji minionego ustroju. Jestem jednak przekonany, że z minionego okresu można wyciągnąć wiele dobrych, praktycznych wniosków i wskazówek realizując cel: państwo dla obywatela, a nie na odwrót.

Chciałbym bardzo, aby zapowiadany, wielotysięczny ponoć Kongres Lewicy zakończył się przyjęciem nowej, lewicowej alternatywy dla Polski, nowej, odważnej, oryginalnej, postępowej myśli, zdolnej porwać młodzież, wskazać jej lepszą przyszłość. Jeżeli tak się nie stanie, jeżeli kongres się odbędzie i zakończy się jak zawsze, w sposób niezauważalny dla Polaków, to będzie tylko gorzej.

 

Komentarz na gorąco

Na gorąco – a więc bez aspiracji do szczegółowych analiz i głębszych przemyśleń.

Jarosław Kaczyński będzie Prezydentem i Premierem Polski przez następne 5 lat. Reelekcja Andrzeja Dudy rozstrzygnęła spór „w rodzinie”, umocniła prawicę i wszystkie ruch prawicowe w Polsce. Liczyć się należy ze wzrostem agresji ze strony skrajnych, prawicowych nacjonalistów i wzrostem poparcia dla nich.

To Polsce wróży bardzo źle. Nieskrywany przez A. Dudę triumfalizm jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników zwiastuje długą, czarną noc dla Polski. Kaczyński bezwzględnie wykorzysta wynik wyborów do, jak kto woli, dokończenia rewolucji czy dorżnięcia watahy. Wykorzysta to w polityce wewnętrznej jak i zewnętrznej – realizując amerykańską strategię osłabienia Unii Europejskiej.

Już Minister Sprawiedliwości zapowiedział akcję „repolonizacji” mediów. Oczywiście chodzi o to, aby media partyjne w postaci TVP czy PR pozbawić konkurencji, tak, by kolejne wybory mogły dla zjednoczonej prawicy przebiegać bez niepotrzebnych stresów i zagrożeń dla interesów prawicowych polityków.

Ale na mediach się nie skończy. Nie ulega dla nikogo prawie wątpliwości, że wynik wyborów prezydenckich w znacznej części jest efektem kłamstw, oszczerstw publikowanych przez media rządowe, oraz efektem rozrzucania niemal z samolotów kiełbasy wyborczej w różnej, dowolnej postaci przez przedstawicieli rządu z premierem na czele. Wszystkim obiecać wszystko! Byle bezczelnie, byle z hukiem. Ale ekonomii nie da się tak naginać i łamać jak przepisów Konstytucji czy innych ustaw. Z tych, czasami kabaretowych obietnic trzeba będzie prędzej czy później jakoś wyjść. Na gruncie ekonomicznym będzie to bardzo trudne, a właściwie niemożliwe. Pozostanie sprawdzona przez Kaczyńskiego metoda: kreowania wroga, z którym walka po części usprawiedliwi nierealizowanie obietnic, a po części odwróci uwagę społeczeństwa i zniechęci do zadawania głupich pytań. Kwestią jest tylko, czy będzie to jakaś nowa kategoria „wroga narodu” czy też powrót do którejś starej (Niemcy, Żydzi, komuniści, Unia Europejska…).

Wybory potwierdziły też i umocniły dramatyczny podział Polski i Polaków – podział nie do zasypania w perspektywie dwóch pokoleń. Pytań w związku z tym ciśnie się co niemiara, a wśród nich i pytanie o znaczenie tych wyborów dla polskiej lewicy. Oddanie głosu na liberała Trzaskowskiego w drugiej turze było, przynajmniej w  moim przypadku, aktem świadomym zgodnie z zasadą „wróg twojego wroga…”. Ale w żaden sposób nie rozwiązuje to pytania o dzień jutrzejszy. Nie ulega wątpliwości, że dla prawicowych nacjonalistów pudrujących się lewicowymi hasłami programowymi największym wrogiem zawsze była i będzie lewica postępowa, otwarta  na świat, internacjonalistyczna. Przed polską lewicą trudne czasy .

Polska lewica w wyborach prezydenckich praktycznie nie zaistniała. Kampania Roberta Biedronia nie porwała mas, a nazywając rzecz po imieniu: społeczeństwo odrzuciło tą ofertę. Nie dziwię się. Oznacza to to, że lewica rzetelnie powinna przeanalizować swoją misję w polskim społeczeństwie. Przed nami, mam nadzieję, poważne debaty i decyzje. Zwrócę uwagę na jeden tylko charakterystyczny rys minionej kampanii prezydenckiej. O wyborze Dudy zadecydowała najniżej wykształcona część społeczeństwa. Ci lepiej wykształceni głosowali zwykle na jego konkurenta. Wybory pokazały, że znaczna część społeczeństwa woli być „rządzona” niż „rządzić”, woli otrzymywać prezenty i obietnice niż ponosić współodpowiedzialność, nawet za cenę przyzwolenia na ordynarne przekręty i  nadużycia władzy. Stąd wniosek oczywisty: jednym z kanonów programowej oferty lewicy powinna być zupełnie inna, nowa oferta edukacyjna. Nowa, chociaż w swoich pryncypiach nawiązująca do sprawdzonych historycznie kanonów, podstaw systemu edukacji Polski Ludowej. Przypomnieć więc należy, że system ten opierał się z jednej strony na dążeniu do awansu społecznego drogą zdobywania kolejnych poziomów wykształcenia, a z drugiej na zapewnieniu przez państwo darmowej edukacji na najwyższym możliwym poziomie na wszystkich szczeblach. Cel „awans społeczny” był powszechnym celem indywidualnym, celem rodzin i celem państwa. A więc parafrazując klasyka: „Edukacja, głupcze! Edukacja!”

To tylko jeden z tematów. W kolejce szereg innych, jak na przykład opieka zdrowotna i obowiązki państwa a w tym zakresie.
Potrzeba lewicy determinacji, wytrwałości i przede wszystkim odwagi w myśleniu.

P.S.

Moim wnukom, by wiedzieli, że w tych historycznych dla Polski wyborach ich dziadek głosował tak:

Czerwcowa katastrofa

Pierwsza tura wyborów prezydenckich jest dla polskiej lewicy, a zwłaszcza tej skupionej wokół SLD katastrofą. Nie tylko z uwagi na wynik kandydata lewicy.  2% – 3% to zjazd w dół „na krechę” wobec niespełna 13% poparcia w ubiegłorocznych, niedawnych w sumie, wyborach do Sejmu. Również jednak dlatego, że na trzecią siłę polityczną w Polsce wyrasta partia skrajnie nacjonalistyczna, ksenofobiczna, a lewica zepchnięta zostaje na margines błędu statystycznego badań sondażowych. Ten społeczny awans skrajnej prawicy możliwy jest również dzięki wieloletniej, niemal chronicznej atrofii ideowej i programowej partii roszczącej sobie tytuł „największej partii polskiej lewicy”, dzięki oficjalnemu priorytetowi pragmatyzmu, kombinatoryki i politycznego sprytu nad twórczą, odważną myślą programową..

Ale tymczasem jeden z prominentnych aktywistów SLD  publikuje powyborczy komentarz, w którym stara się udowodnić, iż tragiczny, jakże odbiegający od buńczucznie zapowiadanego, wynik Roberta Biedronia wziął się stąd, ponieważ „wyborcy lewicowi utopili lewicę”. Kuriozalność tego „wytłumaczenia” nieodparcie przywodzi na myśl popularny niegdyś, prześmiewczy aforyzm, że „władza zawiodła się na społeczeństwie postanowiła więc zmienić społeczeństwo”. Jeśli Sojusz Lewicy Demokratycznej w prestiżowej kampanii politycznej nie potrafił zmobilizować swojego elektoratu oznacza, należy rzecz nazwać po imieniu, utracenie przez SLD zdolności do działań politycznych.

Mam nadzieję, że ten wynik zakończy erę „czystego pragmatyzmu politycznego” w SLD. Mam nadzieję, że czerwcowa katastrofa SLD przesądzi o rozpoczęciu poważnej debaty w polskich środowiskach lewicowych o istocie lewicy XXI wieku, o wyzwaniach, jakie ten wiek stawia przed ludzkością i o lewicowej alternatywie gospodarczej i społecznej dla Polski i dla Unii Europejskiej.

O istocie wyborów prezydenckich w 2020 roku

Wybory na urząd Prezydenta Polski, które odbędą się 28 czerwca będą wyborami nadzwyczajnymi, najważniejszymi w historii państwa polskiego po 1918 roku. To nie będą wybory pomiędzy Dudą, Trzaskowskim, Biedroniem czy innymi kandydatami. To będą wybory Polski.

Alternatywa jest dramatyczna. Z jednej strony Polska demokratyczna, w której prawo znaczy prawo a sprawiedliwość – sprawiedliwość. Polska obywatelska i samorządna. Obywatelska, czyli taka, w której poczucie współodpowiedzialności za państwo w każdej jego postaci i na każdym poziomie wpajana jest Polakowi od dziecka. Samorządowa, czyli taka, w której maksymalna ilość decyzji podejmowana jest bezpośrednio przez obywateli. Nie chodzi tu tylko o samorządy terytorialne, ale o powszechną zasadę samorządności we wszystkich obszarach życia publicznego, w gospodarce, nauce, kulturze itp.

Alternatywą dla takiej Polski jest Polska à la PiS, Polska autorytarna, nacjonalistyczna, ksenofobiczna, rządzona przez jawnych i świadomych przestępców. Polska, w której obowiązuje jedna, podstawowa umowa społeczna: my, władza,” troszczymy” się o was, o lud (niektórzy w przypływie szczerości dorzucają „ciemny”), wy natomiast legitymizujecie nasze bezeceństwa: powszechne łamanie prawa, traktowanie Konstytucji jako bezwartościowego kawałka papieru, nasze przekręty, zawłaszczania publicznego majątku, nasz nepotyzm, nasze prześladowania inaczej myślących  niż my obywateli. My, władza myślimy za was – lud. Od was myślenia nie oczekujemy. Nasze media nie będą dostarczać wam informacji obiektywnych, nie będą zmuszały was do podjęcia trudu samodzielnego myślenia. Będą dostarczać wam informacje lube waszym uszom, informacje, które wy chcecie usłyszeć.

Niestety, jest w Polsce spora grupa obywateli, która ochoczo przystaje na taki układ. Zdają się mówić: „Niech kradną miliardy, niech zatrudniają przestępców na najwyższych państwowych stanowiskach – byle bym tylko ja dostał swoje 500 (obecnie już tylko de facto 400) złotych, trzynastą, czternastą, dwudziestą emeryturę.

Przed chwilą rozmawiałem z przedsiębiorcą. Drobnym przedsiębiorcą, zatrudniającym kilka kobiet. Rozwiązania prawne przyjęte przez rząd na okoliczność epidemii sars-cov-2  nakazały mu zamknąć działalność. Nie chcąc pozbawiać kobiet środków do życia z prywatnych pieniędzy wypłacał im 100% pensji przez prawie 3 miesiące, jednocześnie starając się o pomoc ze strony państwa w formie 70% wynagrodzenia. Droga do tej pomocy okazała się niezwykle trudna, żmudna, ale pojawiło się światełko, że już niedługo ZUS ma przelać przedsiębiorcy ekwiwalent 70% wynagrodzeń pracowników. I w tym momencie zaiskrzyło. Pracownice stanowczo zażądały wypłaty  owych 70%. Bo to, że przedsiębiorca wypłacał im 100 % wynagrodzenia to jedna sprawa, a te 70% to dał im przecież Duda, więc im się te pieniądze należą!

To będą wybory najważniejsze od 1918 roku. Wybory pomiędzy bytem a niebytem państwa polskiego.

Ach, ta trójka….

Wybory – drugie podejście – nabierają tempa. Prawie każdy z kandydatów za obfite źródło głosów wyborców uznał negatywne odnoszenie się do Polski Ludowej (najczęściej nazywanej przez nich komunizmem). Końca nie ma niewybrednym epitetom, mniej lub bardziej mniej zawoalowanym aluzjom, porównaniom, mającym pogrążyć konkurentów. Taki sznyt, taki standard. Walą telewizje maczugą „czasy komunizmu” na prawo i lewo a jednocześnie bez zażenowania emitują na okrągło takie dzieła jak „Wesele” czy „Ziemia obiecana” Wajdy, „Potop”, „Stawka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies” i wiele, wiele, wiele innych dzieł filmowych i teatralnych. Taka polska schizofrenia, taki specyficzny rodzaj narodowego dualizmu psychofizycznego. Ale czasami ktoś się zagalopuje… i jest problem. Przynajmniej dla mnie.

Oglądałem otóż na telewizyjnym ekranie scenki z protestów na ulicy Mazowieckiej w Warszawie, pod siedzibą studia Trzeciego Programu Polskiego Radia – popularnej „Trójki”. Oczywiście za sprawą władczej ingerencji kierownictwa stacji w kolejność piosenek na „Liście przebojów Marka Niedźwieckiego”. Władczej i jednocześnie skandalicznej, niedopuszczalnej. Zaskoczyła mnie spora liczba młodych ludzi wśród protestujących. Zaskoczyła, ale i nieco rozczuliła.

Niewątpliwie „Trójka” jest czymś szczególnym na polskiej scenie kulturalnej. Od początku do dzisiaj była to rozgłośnia młodych! W okresie, w którym nie rozstawałem się z radiem słuchałem wyłącznie „Trójki”. Nie tylko ja – chyba wszyscy, a z pewnością młodzi, w czasach, w których nie było Internetu, You tube, Spotify, w których nie było smartfonów, laptopów i innych gadżetów, radio było potęgą, a dla młodych potęgą wśród potęg była „Trójka”. Nie tylko za sprawą programów muzycznych na najwyższym radiowym poziomie, które szybko stały się jej wizytówką. Również dlatego, że „Trójka” mówiła bardziej ludzkim językiem, jej programy społeczne i kulturalne były ambitne, ciekawe. Ale również dlatego, że, zwłaszcza w pewnym okresie, „Trójka” stała się symbolem innowacyjności, postępu technologicznego. Był to bowiem bodajże pierwszy program Polskiego Radia emitowany nie z amplitudową, ale fazową modulacją fali radiowej. Jakość dźwięku była nieporównywalnie lepsza, umożliwiała nadawanie programów stereofonicznych.

Czy ktoś pamięta jeszcze strojenie pierwszych radioodbiorników stereofonicznych produkcji Kasprzaka czy Diory przed rozpoczęciem audycji na przykład „Trzy kwadranse jazzu”? Prowadzący zapowiadał: „kanał lewy szszszsz…, kanał prawy szszszsz…”. Na młodych ludzi ten postęp musiał działać.

Dzisiaj zawirowało wokół „Trójki”. Ale to zawirowanie uzmysłowiło wielu, jakim kulturowym gigantem stała się ta rozgłośnia. Ale przecież nie stała się tym gigantem z dnia na dzień. Nie stała się również dzięki ustrojowej rewolucji w 1989 r. Fundamenty pod tą budowlę, położone jeszcze w latach pięćdziesiątych – sześćdziesiątych  ubiegłego wieku: mądra i konsekwentna polityka programowa sprawiły, że „Trójka” doskonale wytrzymała konkurencję nowych, komercyjnych, w większości bardzo dobrych stacji jak RMF FM, Eska. Mało tego. Zapowiedziany dzisiaj przez nowego szefa Programu Trzeciego PR powrót „listy przebojów” jest nie tylko spektakularną porażką obecnych politycznych władców mediów publicznych, których arogancja rozbiła się niczym „Titanic” o górę lodową, jaką okazała się „Trójka”. Jest świadectwem społecznej siły tej stacji. Twórcom „Trójki”, pokoleniom jej dziennikarzy, należą się najwyższe słowa uznania.

Sprzeciw wobec ocenzurowania „listy przebojów” szybko uzyskał swoje logo. Jego autorem jest mieszkający w Kolumbii polski artysta plastyk Mariusz Waras, a wygląda ono tak:

Nie mam złudzeń, że zamiarem autora było wpisanie się w ten antypeerelowski standard, przyrównanie obecnych praktyk politycznych władców Polski do „niecnych praktyk komunistycznych”.

Ale można na ten znak spojrzeć inaczej – jak na przypomnienie proweniencji stacji, jej historycznych korzeni. Przecież „Trójka” jest wciąż żywym przykładem mądrej na ogół, dalekowzrocznej polityki kulturalnej Polski Ludowej, a więc i Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Kiedyś i znakomita piosenka „Twój ból jest lepszy niż mój” zejdzie z listy przebojów, a „Trójka” pozostanie i ciągle będzie młoda. Przynajmniej mam taką nadzieję i tego jej życzę.

Jeszcze nie jest za późno

Niespełna dwa tygodnie temu Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD, przekonując o konieczności udziału w wyborach 10 maja b.r. grzmiał z ekranów telewizorów, że pomimo akonstytucyjności pisowskich wyborów kopertowych „trzeba brać udział w tych wyborach, aby przegonić Andrzeja Dudę z pałacu prezydenckiego”.

Po zmianie kandydata PO Klub Parlamentarny Lewicy zawarł osobliwe porozumienie z Klubem Koalicja Polska (PSL plus Kukiz 15) o poparciu PiS w sprawie możliwie najkrótszego terminu wyborów, czyli 28 czerwca b.r. Osobliwość jest w tym, że jak dotąd całej opozycji zależało na maksymalnym przesunięciu terminu wyborów, aby skutki nieudolności rządu w sprawie przeciwdziałania epidemii koronawirusa ujawniły się w całej pełni osłabiając tym samym kandydata PiS. W pełni świadomy tego zjawiska był Kaczyński, i dlatego z taką determinacją, wszelkimi, również pozaprawnymi metodami i sztuczkami parł do jak najszybszej reelekcji swojego kandydata. Tylko bowiem ta reelekcja gwarantuje pisowskiej mafii bezkarność.

Porozumienie klubów Lewica i Koalicja Polska  w sprawie terminu wyborów 28 czerwca stanowi zwrot w dotychczasowej kampanii. Oznacza ono ni mniej ni więcej tylko to, że te dwa kluby, których kandydaci na urząd prezydenta chwalą się sondażowymi poparciami odpowiednio: Biedroń 3% do 7% i Kosiniak-Kamysz  6% do 10% pogodziły się z tym, że ich kandydaci nie mają szans na drugą turę. Celem prezydenckiej kampanii wyborczej tych ugrupowań, wobec wejścia do gry Trzaskowskiego, stało się więc tylko uzyskanie jak najlepszego wskaźnika poparcia dla swoich kandydatów, aby „wyjść z honorem” z całej tej politycznej konfrontacji.   Najwyraźniej najgroźniejszym przeciwnikiem stał się dla nich już nie Duda, ale Trzaskowski. Stąd gra na maksymalne utrudnienie jego kampanii, a być może, wobec krótkiego terminu na zebranie podpisów przy czerwcowym terminie wyborów, na jego formalną eliminację. Ale wyjść z honorem popierając PiS, się nie da.

Dziwi mnie to, że Pragmatykowi Spod Przasnysza (jak sam siebie określa Przewodniczący SLD), jego wrodzony pragmatyzm polityczny nie podpowiedział, że w tej sytuacji, jeżeli poważnie traktował cel „przegonienia Dudu z pałacu”, najlepszym rozwiązaniem jest maksymalna konsolidacja sił opozycyjnych, skoncentrowanie się na kandydacie dającym największe szanse wygrania z Dudą, doprowadzenie do drugiej tury i stworzenie najlepszych warunków społecznych i politycznych dla jego ostatecznej wygranej.

Reelekcja Dudy to umocnienie, być może na długi czas, autokratyzm w Polsce, to oddalające się perspektywy przywrócenia demokratycznego ładu w kraju.  Zmiana w pałacu prezydenckim jest dzisiaj dla Polski dużo, dużo ważniejsza niż wynik Roberta Biedronia. Wolę Trzaskowskiego na urzędzie Prezydenta przy zerowym wyniku Biedronia, niż Dudę przy wyniku kandydata lewicy nawet (co jest mało prawdopodobne) na poziomie 15%. Celów demokratycznej lewicy nie sposób realizować w autorytarnym państwie prawicowo-nacjonalistycznym.

Jeszcze nie jest za późno.

O potrzebie odpolitycznienia klęsk żywiołowych

Politycy Zjednoczonej Prawicy wszystkich szczebli na pytanie, dlaczego nie można w Polsce wprowadzić stanu klęski żywiołowej, jako jednej z konstytucyjnych form stanu nadzwyczajnego odpowiadają, zgodnie i bezbłędnie wyuczoną formułką, że u nas nie ma klęski żywiołowej, jest epidemia, a postępowanie władz w takich sytuacjach reguluje ustawa z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi. Przeto PiS – jako partia stojąca na straży demokracji i przestrzegania prawa musi kierować się tą ustawą, gdyż władza działa w ramach i na podstawie ustaw.

Oczywista arogancja takich polityków, którzy jednocześnie bez podstawy prawnej wydają miliony złotych publicznych pieniędzy, którzy zhańbili się łamaniem Konstytucji po wielokroć jest oczywista, bezdyskusyjna i nad wyraz obrzydliwa. Ale, o dziwo, argument ten rzadko, a właściwie wcale nie spotyka się z jakąkolwiek merytoryczną repliką ze strony demokratycznej opozycji. Może warto się więc przyjrzeć sprawie głębiej.

Decydująca w sprawie jest ustawa o stanie klęski żywiołowej, która za taki stan uważa: „zdarzenie związane z działaniem sił natury, w szczególności wyładowania atmosferyczne, wstrząsy sejsmiczne, silne wiatry, intensywne opady atmosferyczne, długotrwałe występowanie ekstremalnych temperatur, osuwiska ziemi, pożary, susze, powodzie, zjawiska lodowe na rzekach i morzu oraz jeziorach i zbiornikach wodnych, masowe występowanie szkodników, chorób roślin lub zwierząt albo chorób zakaźnych ludzi albo też działanie innego żywiołu”. Do klęsk żywiołowych ustawodawca zalicza również zdarzenia w cyberprzestrzeni oraz działania o charakterze terrorystycznym.

Nie ulega więc wątpliwości, że choroby zakaźne u ludzi mogą stanowić przesłankę do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Wszystko zależy od skali zdarzeń. Porównajmy dwa kataklizmy: powódź tysiąclecia w 1997 r. i obecną epidemię koronawirusa. Potężna, tragiczna powódź z 1997 r. pochłonęła w sumie 52 ofiary śmiertelne, a jej skutki materialne szacowano na 12 miliardów złotych. Epidemia koronawirusa zabrała jak dotychczas życie 758 Polaków (chociaż są miarodajne opinie, że nie jest to pełna statystyka) i końca nie widać. Straty materialne państwa i gospodarki idą w setki miliardów złotych i również nikt nie jest w stanie oszacować ich całkowitej wartości. Polacy tracą zdrowie, życie i majątki w coraz większej liczbie. Rząd jednak z uporem kluczy i szuka naiwnych (albo dla naiwnych) wykrętów i „uzasadnień” dla niewprowadzania stanu nadzwyczajnego.

Żeby była jasność: w 1997 r. również nie wprowadzono stanu klęski żywiołowej, pomimo mocnych nacisków ówczesnej opozycji (część z niej jest obecnie u władzy). Stanu klęski żywiołowej nie wprowadzono również w żadnym z późniejszych przypadków katastrof naturalnych takich jak susza w 2006 i 2015, przymrozki w 2007 czy kilkukrotne fale powodzi w 2010r. Krótko mówiąc tradycją polskich rządów, niezależnie od ich politycznego zabarwienia, jest unikanie wprowadzania stanu klęski żywiołowej, co bardzo wyraźnie odróżnia nas od innych krajów europejskich. Są podstawowe przyczyny: kolizje stanów klęsk żywiołowych z aktualnymi wydarzeniami politycznymi oraz skutki budżetowe. Polskie życie polityczne jest, szczególnie w ostatnich latach niezwykle burzliwe, więc trudno jest jakiejś klęsce żywiołowej znaleźć dla siebie wygodne miejsce w kalendarzu. Budżet państwa też z natury rzeczy zawsze jest napięty do granic możliwości, a czasami nawet bardziej.

Jeżeli jednak z panującego dzisiaj stanu klęski naturalnej, jaką jest rozwijająca się wciąż epidemia koronawirusa wyciągnąć należy jakieś dobre wnioski na przyszłość – to niewątpliwie również te dotyczące zarządzania krajem w takich stanach. Dzisiaj państwo całkowicie nie zdaje egzaminu.

Sytuacja jest smutna. Jak się okazuje większość Polaków już nie chce walczyć za wolność ani „waszą”, ani nawet „naszą” – swoją. Nie pali się do protestów wobec jaskrawego, codziennego łamania prawa przez rządzących, przeciwko codziennemu manipulowaniu ludźmi przez rządowe media, przeciwko kłamstwom każdego właściwie przedstawiciela władzy, który wypowiada się publicznie. Tak, jakby kłamstwo było prawem, obowiązkiem i normą rządzących. Dzisiaj do protestów zrywają się ci tylko, którzy walczą o swoje i swoich bliskich życie, a więc drobni przedsiębiorcy, ludzie z pogranicza, których rząd swoimi decyzjami pozbawił pracy i jakiegokolwiek wsparcia. Rozmawiałem niedawno z takim przedsiębiorcą. Zakład zamknięty, z własnych środków uzyskiwanych z wynajmu mieszkania wspomaga pracowników, lecz boi się, że lada dzień podnajemcy ogłoszą, że nie mają już środków na opłacenie mieszkania. Oczywiście złożył wszystkie konieczne wnioski o państwową pomoc, ale od miesiąca nic nie może załatwić, a administracja piętrzy tylko trudności. Na przykład kwestionując wniosek, gdyż w jednej z rubryk, w której wpisane było „zero”, nic nie należało, zdaniem urzędniczki,  wpisywać. To ci ludzie, zdeterminowani do końca wychodzą dzisiaj na ulice, to ich goni i aresztuje policja.

Innymi słowy zarządzanie w stanach klęsk żywiołowych jest w Polsce maksymalnie upolitycznione, a przez to nieskuteczne. Do absurdów dochodzimy dzisiaj, kiedy to logiczna interpretacja działań władzy prowadzi do wniosku, że według PiS, w okresie wyborów prezydenckich nie można wprowadzać stanów nadzwyczajnych, bez względu na skalę społecznego i gospodarczego zagrożenia.

Dlatego maksymalne odpolitycznienie procesu podejmowania decyzji o stanie klęski żywiołowej jest wprawdzie zadaniem trudnym, ale niezbędnym i pilnym. To sprawa dla konstruktorów Polski po PiS. Epidemia koronawirusa nie jest ostatnią plagą, jaka spaść może na nas spaść.

Czerwonym moherem nie będę

Jest dzień 3 maja 2020 r. – Święto Konstytucji. 7 dni przed dniem wyborów na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej, terminem wyznaczonym zgodnie z przepisem Ustawy Zasadniczej przez Marszałka Sejmu RP. Doskonała pora do paru osobistych refleksji o aktualnym stanie naszej „konstytucyjności”. Naszej, to znaczy zarówno w ujęciu formalnym jak i indywidualnym, osobistym stosunkiem obywateli do ustrojowych fundamentów państwa, jakimi są zapisy Konstytucji.

Wybory prezydenckie w Polsce Anno Domini 2020 z pewnością będą przedmiotem badań naukowych i wykładów akademickich na wydziała prawa i nauk politycznych uniwersytetów na całym świecie. Oto bowiem rozgrywa się wielopłaszczyznowy dramat: mordowanie ustroju demokratycznego przez politycznych przestępców mieniących się obrońcami demokracji, wykorzystującymi – jako narzędzie mordu – połamane, ponaginane przepisy demokratycznej konstytucji.

Na dzień dzisiejszy nie ma jeszcze w prawnym porządku RP ustawy regulujących zasady wyborów prezydenckich, według nowej, rewolucyjnej jak na polską tradycję, powszechnej i jedynej zasadzie korespondencyjności.  Będzie ona mogła być podpisana przez Prezydenta za kilka dni, na 2, 3 dni przed dniem wyborów. Ustawy nie ma, ale już na jej podstawie uruchomiono potężną machinę drukowania tzw. pakietów wyborczych, czyli kart, oświadczeń i kopert. Dzisiaj wyczytałem w Internecie, że ich rozprowadzanie przez (sic!) pocztę rozpocznie się w dniu jutrzejszym.

Swoje generalne zastrzeżenia do forsowanej przez PiS farsy wyborczej wyraziłem we wpisie „Ćwiek” z dnia  19 kwietnia b.r., nie będę więc ich tutaj powtarzać. Dodam tylko jedną, nową, poważną wątpliwość. Jak się okazuje nastąpił przeciek wzorów pakietów wyborczych i każdy względnie obznajomiony z programami graficznymi może sobie taki pakiet (pakiety) wydrukować. Teraz wystarczy znać PESEL jakiejś osoby, aby w dowolnej skrzynce pocztowej umieścić jej głos. Który będzie ważny? W przypadku ujawnienia fałszerstwa (bardzo mało prawdopodobne), kto będzie ścigany?

Ale teraz nie chcę rozwijać wątku akonstytucyjności tych „wyborów”, wątku wałkowanego w systemie 24/7 w mediach. Największy od 1989 roku kryzys demokracji w Polsce, z którym mamy do czynienia, jest niewątpliwie skutkiem kryzysu partii politycznych. To właśnie te partie, odwołujące się do zasad demokracji, przez swoją słabość dopuściły do tego, że Polską rządzi partia autorytarna.

Konstytucja podmiotowo i bardzo ogólnie odnosi się do partii politycznych w dwóch tylko artykułach: Art.11 i Art.100 oraz w Art. 13, mówiącym o zakazie działalności partii politycznych w zakładach pracy. Praktyka jednak jest taka – i nic w tym dziwnego, jest to zgodne z tradycjami europejskiej kultury politycznej – że to właśnie partie polityczne odgrywają przemożną, decydującą rolę w kształtowaniu społecznej, gospodarczej i oczywiście politycznej rzeczywistości. Najbliższa mi jest rzecz jasna partia o nazwie (póki co) Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Świat, Europa i Polska wstrząsane są w ostatnich latach, a ostatnich miesiącach w szczególności, najpoważniejszymi od dziesięcioleci torsjami ekonomicznymi, gospodarczymi, społecznymi i politycznymi. Pandemia sars-cov-2 przyspieszyła oczekiwania na głębokie zmiany oraz spotęgowała obawy o bezpieczne jutro miliardów ludzi na świecie. Dzieje się więc bardzo wiele i bardzo szybko. Czy jednak ktoś jest w stanie wskazać na jakieś oficjalne stanowisko partii politycznej o nazwie Sojusz lewicy Demokratycznej, odnoszące się do aktualnych problemów Polski i świata? W poszukiwaniach sięgam do źródła, czyli internetowej strony SLD. Na całej stronie nie ma zakładki typu: „Stanowiska SLD w wobec aktualnych problemów Polski i Polaków”. Są natomiast publikowane uchwały Rady Krajowej. I tak, na przestrzeni lat 1916 -2020 Rada Krajowa przyjęła ogółem 13 uchwał, z których 9 dotyczyło spraw wewnątrzpartyjnych. Te odnoszące się do spraw ogólnopolskich to:

– uchwała RK z czerwca 2017 r. w sprawie członkostwa Polski w Unii Europejskiej;

– uchwała RK z września 2017 r. w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości;

– uchwała RK z grudnia 2018 r. w sprawie ustawy represyjnej,

– uchwała RK z marca 2019 r. w sprawie rocznicy uchwalenia Konstytucji RP.

Do tych uchwał „ponadpartyjnych” dodać należy jeszcze uchwałę Zarządu Krajowego z grudnia 2016 r. „Ręce precz od generała”. TO WSZYSTKO

To wszystko, ale to i tak, jak się okazuje, za dużo. O ile bowiem statut SLD określa (na marginesie bardzo ogólnie, hasłowo) cele partii, to w ogóle nie odnosi się do metod ich realizacji. Tak też w statucie  nie mam mowy o wypracowywaniu, zajmowaniu i rozpowszechnianiu stanowisk SLD wobec aktualnych problemów. W świetle zapisów statutowych nawet wymienione wyżej dokumenty zdają się nie mieć wystarczającej podstawy. Tylko bowiem Kongresowi SLD (zwoływanemu sporadycznie) przyznaje on prawo do „uchwalania apeli i stanowisk”. Konwencja Krajowa, Rada Krajowa, jako i Zarząd mogą, zgodnie ze statutem podejmować uchwały, ale tylko: „w najważniejszych dla partii sprawach”.  Dla partii – nie dla Polski i Polaków.

Z oczywistych względów do tych stanowisk nie można zaliczyć stanowisk Klubu Parlamentarnego Lewica – Razem. Klub ten tworzony jest przez trzy odrębne podmioty polityczne, a ponadto z żadnym ze stanowisk Klubu nie jest związane żadne stanowisko chociażby Zarządu Krajowego SLD.

Pozwoliłem sobie na tą wiwisekcję po to, aby pokazać jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniła się najbardziej mi znana partia polityczna. Trudno jest mi uznać za przypadek, że w statucie SLD brak jest zadań bieżącego reagowania na ważne wydarzenia polityczne, społeczne czy gospodarcze zarówno przez władze krajowe jak i lokalne. Gros swojej energii partia kieruje na sprawy wewnętrzne, na przygotowywanie się do kolejnych kampanii wyborczych. Uchwały „ponadpartyjne” są okazjonalne. Potwierdza to moją tezę, wyrażoną w szeregu wcześniejszych publikacji, że w przeciągu ostatnich lat władze SLD dążą do przekształcenia tej partii, wywodzącej się z europejskich tradycji politycznych, a więc ściśle związanych z bieżącymi problemami ludzi, w partię komitetową, w strukturę wyborczą na wzór amerykański.

I tutaj dochodzimy do dnia dzisiejszego. We wpisie „Ćwiek” podzieliłem się swoimi poważnymi wątpliwościami odnośnie udziału w przygotowywanym przez PiS teatrzyku pod nazwą „wybory”. Moje główne zastrzeżenia dotyczyły legalizacji przeze mnie  bezprawia przez udział w tych „wyborach”. Będąc przekonanym, że to nie tylko mój problem, wyraziłem przy tym nadzieję, że władze partii pomogą mi i innym się z nim uporać. Nie oczekiwałem oczywiście odpowiedzi imiennej – wystarczające byłoby jednoznaczne odniesienie się do tego dylematu. Nic takiego nie nastąpiło, prócz niezłomnej deklaracji  kandydata lewicy udziału w wyborach i oczekiwaniach, że elektorat nie zawiedzie. A przecież w tej tak doniosłej kwestii partia mogła o zdanie zapytać się swoich członków. Mogła – ale tego nie zrobiła. Ale jutro, może pojutrze znajdę w skrzynce pocztowej lub na schodach „pakiet wyborczy” od nadkomisarza wyborczego – Sasina. Co mam z nim zrobić?

Po raz pierwszy ja i wielu innych stajemy przed tak poważnym problemem. Raz na trzydzieści lat. Po raz pierwszy i zapewne po raz ostatni, gdyż jeżeli zwyciężą ciemne moce z Nowogrodzkiej, to druga taka sytuacja nie będzie potrzebna. Jeżeli natomiast Kaczyński przegra, to – mam nadzieję – nowi liderzy wyciągną z tej lekcji właściwe nauki, tak by podobna trauma się nie powtórzyła.

Pora na decyzję. Nie wesprę swoim działaniem bezprawia Kaczyńskiego ani 10 maja 2020 r., ani w żadnym innym terminie „wyborów” podług przeforsowanej wbrew prawu i przyzwoitości ustawy o wyborach korespondencyjnych. Nie przyczynię się do tego, aby mógł mówić, że „suweren poparł jego sposób obchodzenia się z prawem”, choćbym miał narazić się na szykany administracyjne lub partyjne konsekwencje. Chcę być obywatelem świadomym ważności i wartości swojego głosu, swojej cegiełki w budowaniu demokratycznego państwa. I dlatego w tej nadzwyczajnej, krytycznej sytuacji nie będę głosować „bez względu na wzgląd”. Nie zamierzam być czerwonym moherem.

P.S.

Konstytucja nie jest „świętą księgą” i powinna być modyfikowana. Oczywiście nie na kolanie, na potrzeby chwili lub pojedynczego człowieka. Jeżeli do takiego spokojnego, odpowiedzialnego namysłu kiedyś dojedzie, to jednym z problemów, który powinien być w Ustawie Zasadniczej  doprecyzowany, to rola i odpowiedzialność partii politycznych w politycznym i społecznym życiu kraju. Jednoznacznie określić w niej należy, czy partie polityczne są trwałym elementem systemu politycznego, czy też, na wzór zza oceanu, są tylko komitetami wyborczymi, których głównym celem jest reelekcja posłów i senatorów.