SEPUKU

Jesteśmy świadkami osobliwego wydarzenia. Partia polityczna, uważająca się za lewicową, popełnia otóż publicznie zbiorowe samobójstwo i to niemal nazajutrz po ogłoszeniu swojego triumfu w wyborach parlamentarnych. Jest to moment osobliwy, historyczny, godny uwagi i odnotowania. A nade wszystko godny analizy i wniosków.

Uczestniczyłem niedawno – trochę z przypadku – w obradach dolnośląskiej  Rady Wojewódzkiej SLD. Członkowie RW, przewodniczący rad powiatowych wysłuchali informacji Sekretarza Generalnego SLD o przygotowaniach partii do przekształcenia się w nowy byt polityczny. Determinanty tego przekształcenia są dla kierownictwa SLD dwa: przeprowadzić je w ten sposób, aby nie stracić budżetowej dotacji, jaką SLD uzyskał z racji wyniku wyborczego oraz tak, aby nowa partia powstała z przekształconego w ten sposób Sojuszu była do zaakceptowania przez partię Biedronia „Wiosna”. Na pytanie „po co?” odpowiedz jest jedna, powtarzana od jakiegoś czasu jak mantra przez kierownictwo SLD i nowo wybranych posłów: „po to, aby za cztery lata, lub wcześniej, rządzić lub współrządzić krajem”. Przyznam, że oczekiwałem uzasadnienia w rodzaju: „chcemy rządzić, aby realizować nasz program, naszą, lewicową wizję państwa, społeczeństwa i gospodarki”. Tymczasem dokument KW SLD „Polska jutra” jest, jak zaznaczają to sami autorzy, zbiorem postulatów. Trzeba powiedzieć postulatów z reguły słusznych i oczekiwanych, ale w sumie doraźnych. Są to postulaty na dziś i jutro. Autorzy w żaden sposób nie udowadniają, że potrafią myśleć strategicznie, że potrafią nie tylko trafnie zidentyfikować zagrożenia i wyzwania jakie stają przed Polską i Polakami, ale i znaleźć na nie skuteczne remedium. Ani słowem autorzy nie zająknęli się na kluczowy temat: „Polska w świecie jutra, Polska na arenie międzynarodowej”. Dokument ten nie wyczerpuje więc znamion programu partii pretendującej do rządzenia, a więc do wzięcia odpowiedzialności za państwo. Żądza rządzenia jest jednak przeogromna i hasło „będziemy rządzić” ma w zamyśle autorów być najwyraźniej główną atrakcją nowej partii.

Polityka kierownictwa SLD jest bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącego SdRP, który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Wydawać by się mogło, że po tylu kolejnych wyborczych doświadczeniach SdRP a później SLD jednoznacznie wskazujących, że hołdowanie zasadom wyborczego pragmatyzmu prowadzi wprawdzie do chwilowych sukcesów, po których następują jednak bardzo bolesne i co raz boleśniejsze upadki, zwycięży w SLD opcja szukania siły politycznej w trwałym politycznym zapleczu związanym z atrakcyjną dla tego zaplecza wizją przyszłości społeczeństwa i państwa. Nic z tego. Sprawy idą w odwrotnym kierunku. Kultywowanie przez lata dojutrkowego pragmatyzmu doprowadziło do chemicznego wyprania SLD z poszukiwań koncepcyjnych, z wewnętrznej, permanentnej a nie doraźnej dyskusji programowej.

Tragiczne skutki tej polityki dały o sobie znać w całej pełni na wspomnianym zebraniu dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD. Zebranemu aktywowi przedstawiono następujący scenariusz. SLD zmieni swój statut, w tym swoją nazwę (co jeszcze w tym statucie – nie wiadomo) tak, aby możliwe dla „Wiosny” stało się dołączenie do tego nowego bytu politycznego. Ustalono już, że w nowej partii będzie dwóch współprzewodniczących i podobną strukturę zalecono na szczeblach niższych. Okazało się, że z nazwą nowej partii jest pewien kłopot, gdyż nazwa „Lewica” zostało już przez kogoś zastrzeżone, ale, jak powiedział obecny i prawdopodobnie przyszły Sekretarz Generalny, „jakoś sobie z tym poradzimy”. Charakterystyczna była odpowiedz Sekretarza Generalnego na pytanie „co z członkostwem i legitymacjami SLD”. Zdaniem M.Kulaska zostanie zachowana ciągłość członkostwa, nie będzie potrzeby formalnego wstępowania do nowej partii. A legitymacje? – a po co nam nowe legitymacje? -po co wydawać pieniądze na drukowanie kolejnych plastików? – pytał retorycznie sekretarz generalny SLD. Bez echa pozostało wystąpienie jednego z działaczy sygnalizującemu, że należy liczyć się z odejściami z partii – mimo tego, że wsparł go komentarz z sali „- już odchodzą”.

Zanosi się więc na nową partię, której deklaracja ideowo-programowa jest nieznana i nie jest przedmiotem konsultacji, partii, na którą reakcja zarówno członków SLD jak i „Wiosny” jest nierozpoznana. Tymczasem wrocławskie powyborcze doświadczenia współpracy SLD z „Wiosną” niewiele mają wspólnego z atmosferą miłości roztaczaną w mediach przez szefów tych partii w Warszawie.

Zanosi się również na to, że członkostwo w nowej partii nie będzie ewidencjonowane. Partię tworzyć więc będzie jakoś tam uformowany aktyw, działający w chmurze mniej lub bardziej zidentyfikowanych partyzantów. Mówiąc krótko tworzony jest nowy byt polityczny, nad którym unosi się chmara poważnych znaków zapytania.

Największym dramatem dolnośląskiego zebrania rady wojewódzkiej SLD było moim zdaniem wystąpienie jej przewodniczącego – dzisiaj już posła na Sejm. Marek Dyduch dziękując po wielokroć aktywowi SLD za kampanię wyborczą stwierdził w pewnym momencie coś takiego: „Musimy dokonać przekształcenia partii, wpuścić młodych i oddać im władzę. Czas nam na polityczną emeryturę. Ja sam zamierzam zrezygnować z funkcji przewodniczącego rady wojewódzkiej”. To wystąpienie zasługuje na szerszy komentarz.

Na całym świecie wiek 60 lat jest dla polityka wiekiem złotym, wiekiem jego pełnej dojrzałości i odpowiedzialności. Oczywiście polityk może czuć się wewnętrznie wypalony ideowo i programowo. Ale wypalony polityk zazwyczaj po cichu usuwa się z życia politycznego, a nie czyni ze swojej ideowej i programowej impotencji przepustki do uczestniczenia w tym życiu. A już z pewnością nie powinien swoją niemocą zarażać innych i ciągnąć ich za sobą. Dyduch najpierw podziękował za kampanię wyborczą aby w kolejnych słowach powiedzieć ni mniej ni więcej tylko „spadajmy, pora na nas”. Zapewne nie zdawał sobie sprawy, że takie działanie to odbieranie praw ludziom z racji ich wieku, to ageism w czystej postaci – dyskryminacja, która z zasady obca powinna być demokratycznej partii lewicowej.

Rzecz jednak w tym, że poseł Dyduch kreśląc „świetlaną” przyszłość partii nie świecił własnym światłem. Dokładnie takie same opinie i hasła słyszę od kilku ładnych lat z ust Przewodniczącego SLD Włodzimierz Czarzastego. Po raz pierwszy usłyszałem dosłownie te same sformułowania ponad 3 lata temu, też we Wrocławiu, kiedy to Czarzasty zapowiadał odmłodzenie partii i konieczność uwolnienia jej z balastu „starego aktywu”. Obecna sytuacja Sojuszu jest efektem wieloletniego, konsekwentnego działania Włodzimierza Czarzastego, z determinacją zmierzającego do zamknięcia karty pod tytułem SLD. To wszystko dzieje się w 30-tą rocznicę utworzenia Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Od samego początku wewnątrz tej partii obecny był wątek   ucieczki od przeszłości. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj świadkami jesteśmy aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się „na szczęście” pod ręką nowy, dosyć przypadkowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.

W minionej kampanii wyborczej Czarzasty rolę SLD sprowadził do roli techniczno- organizacyjnej. SLD wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym „Lewicy” przekazując je „Wiośnie”. Co dzieje się po wyborach? Na najważniejszą, najbardziej eksponowaną funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”. Przewodniczący klubu parlamentarnego to na scenie politycznej osoba dużo bardziej znacząca niż wicemarszałek Sejmu. Ten bowiem, z racji funkcji w Prezydium Sejmu ma z urzędu stępione ostrze polemiki politycznej. Nie koniec na tym. Znamiennie ukształtowano Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski.  To hasło łączenia młodości z doświadczeniem w realu. Już tylko wisienką na torcie jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą. SLD oddało przywództwo polityczne w klubie parlamentarnym a przed „frakcją” SLD trudne czasy. Jej jedność wystawiana będzie na próbę z jednej strony przez proces „przekształceniowy” SLD a z drugiej przez jasną, lewicowo bardzo wartościową postawę Zandberga, polityka o charyzmie zdecydowanie górującej zarówno nad Czarzastym jak i Śmieszkiem czy Gawkowskim.

SLD zniknie – to rzecz przesądzona. Nie mogę jednak zgodzić się z tezą, że dzieje się tak za sprawą wieku i „nieprawego” pochodzenia jego aktywu. Dzieje się tak, gdyż od wielu kadencji kierownictwa SLD nie były w stanie wypracować formuły nowoczesnej partii lewicowej, nie potrafiły zaszczepić młodym Polakom lewicowych idei, skupiając się na politycznym, doraźnym pragmatyzmie. Włodzimierz Czarzasty postanowił dokończyć ten proces agonii SLD, a przez to i jego poprzedniczki SdRP. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy. Zasługujący może na jakiś medal „Za zasługi w dekomunizacji”, lub „Za zasługi w walce z postkomunizmem”?

Dokonując przekształceń SLD nie idzie, jak 30 lat temu PZPR do konkretnego celu, konkretnej wizji nowej partii. Czarzasty prowadzi SLD w nieznane. Ważne jest, że kapsuła z wąską, starannie dobraną załogą na minimum cztery lata zapewniła sobie polityczną egzystencję. Dla ludzi mojego pokroju, zwłaszcza dla tych z legitymacją SdRP nr 001 sytuacja jest jednak trudna. Czy godzić się z upokarzającą rolą członka partii „drugiego sortu”, rolą zbędnego balastu, czy też honorowo samemu opuścić tą łódź? Póki co członkom SLD dedykuję wstępniak do noworocznego wydania „TAMY”, gazety wrocławskiej SdRP z grudnia 1991r:

Noworoczna przypowieść o odrzutowcach, Ewangelii i socjalizmie.

Jakże doskonałym urządzeniem jest nowoczesny odrzutowiec pasażerski. Jest on najszybszym i najbezpieczniejszym środkiem masowej komunikacji. Nie tylko z racji swojej wspaniałej konstrukcji, silnikom, komputerom, ale również dzięki lotniskom, urządzeniom radiolokacyjnym, naziemnej i satelitarnej kontroli lotów, dzięki całemu systemowi w którym współpracuje najnowocześniejszy sprzęt z dziesiątkami tysięcy wykwalifikowanych ludzi. Co to ma wspólnego z Ewangelią i socjalizmem? W Ewangelii zawarte są nauki Jezusa, ten zaś, jak wiadomo, nauczał przez analogie.

Jak to więc było z tymi odrzutowcami? Przecież nie od razu stały się one tak doskonałe. Początki dzisiejszych samolotów to nieporadne konstrukcje maniaków opętanych bezbożną ideą zbudowania latających maszyn cięższych od powietrza. Budowali swoje pokraczne urządzenia, rujnowali się majątkowo, ginęli. Narażali się na śmiech i drwiny maluczkich, którzy ich działania uznawali za poważenie się na prawa naturalne i boskie.

Realny socjalizm był też taką nieporadną próbą poważenia się na naturalne – wydawało się niewzruszalne, boskie wręcz prawa ekonomiczne. Nie wiem, czy bardziej odpowiada on tej śmiesznej konstrukcji, w której pilot machał drewnianymi skrzydłami naśladując lot kaczki, czy wielopłatom napędzanym siłą mięśni, którym nie dane było zaznać swobodnego lotu. Najpewniej były czymś na kształt owej machiny uwiecznionej na archiwalnych filmach, która wzbiła się w powietrze, przeleciała kilkadziesiąt metrów i rozbiła się w drobny mak.

 Jedno jest oczywiste. Bez tych konstruktorów-szaleńców, bez ich wiary w słuszność swojego rozumowania, bez ich śmiesznych dzisiaj konstrukcji, bez ich ofiar – nie było by współczesnego lotnictwa. Tak samo bez realnego socjalizmu, bez PRL-u, nie będzie na świecie ustroju społecznej sprawiedliwości. A przecież taki ustrój będzie. Nowy, lepszy samolot wzbije się w przestworza! Nieprawdaż?

A więc do dzieła – konstruktorzy idealiści, naiwniacy, marzyciele. Nasza jest przyszłość!

 

Zwyczajne draństwo

Poważni politolodzy i publicyści podnoszą ostatnio tą kwestię, że budowanie przez opozycję swojej pozycji na krytyce PiS jest niecelowe, niewłaściwe i nieskuteczne, gdyż PiS pozyskało sobie znaczą część elektoratu i zdobyło tych, którzy uznali się za poszkodowanych w wyniku transformacji ustrojowej.  Nie zamierzam odmawiać zasług PIS w tym, że skutecznie odwołał się do tej części społeczeństwa, która w imię apoteozy wolnego rynku i indywidualnej przedsiębiorczości odsunięta została na margines przez elity przejmujące w 1989 r. odpowiedzialność za Polskę i jej przyszłość. Mam jednakże ogromne wątpliwości, czy ten polityczny manewr wynikał rzeczywiście z głębokich przesłanek ideowych liderów prawicy. Poważnie skłaniam się ku temu, że odwołanie się do tzw. „suwerena”, rzucenie hasła „wstawania z kolan” było wynikiem chłodnej analizy i cynicznej kalkulacji, mającej swoje pierwociny w amerykańskich doświadczeniach z Fox News, Cambridge Analytica i służyło jedynie zdobyciu i utrzymaniu władzy. Tak czy inaczej niegodziwość pisowską i draństwo należy pokazywać i opisywać. Dla potomności choćby.

Oto historia prawdziwa. Nazwa instytucji, stanowiska bohaterów i ich imiona zostały z oczywistych względów (co za czasy!) zmienione. Rzecz działa się w ważnej instytucji publicznej o nazwie, dajmy na to „Agencja”, a jej bohaterem był urzędnik o imieniu Antoni. Antoni pracuje w Agencji od ponad 20 lat – trafił do niej bezpośrednio po studiach. Przechodząc kolejne szczeble zawodowej kariery, w swoim czasie uzyskał status urzędnika Służby Cywilnej i w momencie przejęcia przez PiS władzy w 2015 r. zajmował stanowisko zastępcy kierownika oddziału. Przystępując do totalnej czystki w Agencji PiS wymieniło całe jej kierownictwo. Natrafiło jednak na problem statusu służbowego Antoniego, toteż nowe, słuszne już kierownictwo usilnie zaczęło namawiać go do zrzeczenia się statusu urzędnika SC. Antoni pozostał jednak przy swoim, nie dał się namówić. Efekt był taki, że z tytułu „zmian organizacyjnych” przeniesiono go, z zachowaniem warunków płacowych, do innej komórki organizacyjnej, na niższe oczywiście stanowisko. W Agencji urzędnicy przechodzą okresowe oceny swojej pracy, dokonywane przez ich przełożonych. Antoni również poddany został takiej ocenie przez swojego nowego zwierzchnika – z pisowskiego nota bene nadania, ale fachowca, doświadczonego pracownika Agencji. Otrzymał ocenę najwyższą z możliwych. Problemy zaczęły się w momencie odejścia tego zwierzchnika na emeryturę.

Pewnego dnia Antoni „zaszczycony” został wizytą w swoim skromnym pomieszczeniu samego, najwyższego Naczelnika. Ten, nie owijając sprawy w bawełnę, zaproponował Antoniemu, aby ten – uwaga! – ni mniej, ni więcej tylko wyraził dobrowolną zgodę na obniżenie mu jego oceny okresowej o jeden stopień.  Okazało się bowiem otóż, że ta najwyższa ocena była jego trzecią najwyższą oceną z rzędu. Zgodnie natomiast z pragmatyką urzędniczą uzyskanie takiej oceny MUSI skutkować służbowym awansem – w tym przypadku na stanowisko kierownicze. PiS jednak nie może w żaden sposób dopuścić do awansowania urzędników powołanych przez z gruntu niesłuszne i nieczyste siły. Ponadto awansując Antoniego musieli by wcześniej jakieś stanowisko kierownicze oczyścić z zajmującego go pisowskiego nominata. Pan Naczelnik, najwidoczniej dbając o swoją reputację w pisowskiej para-mafijnej strukturze zdecydował się na jawny, ordynarny szantaż. Dał Antoniemu wyraźnie do zrozumienia, że nieprzyjęcie jego oferty skutkować będzie totalnym uprzykrzeniem mu pracy, niekończącymi się kontrolami, które zawsze przynieść mogą jakiś skutek i w efekcie zwolnienie dyscyplinarne z utratą wszystkich przywilejów wynikających ze statusu urzędnika Służby Cywilnej.

Antoni mając na utrzymaniu liczną rodzinę był bez wyjścia i temu szantażowi uległ. Dobrowolnie zgodził się na obniżenie mu oceny jego wieloletniej pracy.

Ilu takich Antonich jest w Polsce? Ilu złamano charaktery, kariery?  W imię czego? W imię czego?

Macierewicz wraca

Bez większego zainteresowania oczekuję wystąpienia Marszałka – Seniora otwierającego pierwsze posiedzenie nowo wybranego Sejmu. Wiem mniej więcej co powie.

Większość komentatorów powiela tezę, że powierzenie Macierewiczowi godności Marszałka Seniora jest symbolicznym odstawieniem tego polityka na boczny tor. Nie podzielam tych opinii. Macierewicz nie raz już pokazał, że na boczny tor odstawić się nie da. I tak będzie i w tym przypadku – wykorzysta tą okazję do swojej nowej gry.

Pytanie tylko, czy rzeczywiście swojej. Mam w pamięci wystąpienie jego poprzednika: Konrada Morawieckiego w roli Marszałka Seniora, inaugurujące prace dogorywającej obecnie kadencji Sejmu. W wystąpieniu tym Morawiecki dokonał rzadkiej sztuki: mówił dwoma głosami jednocześnie: swoim i Kaczyńskiego. Swoje, własnego autorstwa wątki starannie przeplatał wątkami, które w następnych miesiącach i latach rozwijał J. Kaczyński, a trudno sobie wyobrazić, aby Kaczyński uznał czyjąś nad sobą dominację programową. Przykładów można mnożyć, przywołam tylko wołania Marszałka Seniora o  nowa konstytucję dla Polski i dla Europy oraz zapowiedź ich przygotowania. Innymi słowy wystąpienie Kornela Morawieckiego było prezentacją w pigułce programu i zasad działania Prawa i Sprawiedliwości w nowej kadencji parlamentu.

Tak będzie i tym razem. Wybór Macierewicza przez Prezydenta Dudę, jego niedawnego jeszcze jawnego wroga na godność Marszałka Seniora nie jest przypadkowy i daleki od pustych gestów „na otarcie łez” wobec schodzącego ze sceny polityka. Jarosław Kaczyński i prawicowy obóz któremu lideruje staje przed poważnymi wyzwaniami. Już mnożą się sygnały o ograniczaniu przedmiotowym, czasowym lub w obydwu tych wymiarach obiecanek wyborczych PiS. Najbliższym sprawdzianem będzie przyjęcie przez nowy Sejm budżetu państwa, w projekcie którego nie znalazły się środki na zapowiadane 13-te emerytury. Ale to dopiero początek. Nieunikniona podwyżka cen energii pociągnie za sobą podwyżkę cen towarów i usług. Czarne chmury gromadzą się nad ZUS, którego oficjalne prognozy rozwoju sytuacji w obszarze zabezpieczenia emerytalnego są gorzej niż pesymistyczne. Kontrowersje wewnątrz obozu władzy wokół sztandarowej propozycji zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUSA dla przedsiębiorców. To już nie „wrogie rozgłośnie telewizyjne”, ale obecna i prawdopodobnie przyszła Pani Minister wieszczy nadciągające schłodzenie gospodarki. A przecież jeszcze   tak niedawno PiS sypało miliardami jak z rękawa, podkreślając przy każdej okazji, że „oddają Narodowi to, co poprzednicy nakradli”. Nie było projektu sprzyjającego kampanii wybiorczej, na który nie znaleziono pieniędzy. Na każdym szczeblu: w gminach, w powiatach, województwach. I gdyby sytuacja była standardowa, czyli koniec wyborów – zapominamy o obietnicach, to może by jakoś to przeszło. Ale z jednych wyborów wchodzimy z marszu w kolejną kampanię: wyborów prezydenckich. W momencie oddawania głosów realność PiS-owskich obietnic będzie w poważnym już zakresie zweryfikowana i ta weryfikacja może mieć znaczenie dla decyzji wielu wyborców.

Na problemy gospodarcze nakładają się poważne problemy wizerunkowe PiS. Niespotykana, o skali i znaczeniu trudnym do ogarnięcia dla wielu tzw. „afera Banasia”, afera hejterska w Ministerstwie Sprawiedliwości, druzgocące dla „dobrej zmiany” orzeczenie TSUE w sprawie legalności skrócenia wieku emerytalnego sędziów SN, nominowanie do Trybunału Konstytucyjnego osób, które w żaden sposób nie powinny się w nim znaleźć –  to tylko niektóre z przykładów  świadczących o szybkim, moralnym zużywaniu się władzy Jarosława Kaczyńskiego.

Dlatego wystąpienie Marszałka Seniora będzie znamienne. Zakładam, że, podobnie jak 4 lata temu Marszałek Senior śpiewać będzie jednocześnie na dwa głosy: przedstawiać będzie swoje tezy, swoje poglądy przeplatając je tym, co Kaczyński każe mu uwzględnić. Jednego jestem pewien. Macierewicz jest idealnym politykiem do zapowiedzenia kierunku zaostrzenia politycznego kursu PiS. Zgodnie ze stalinowską doktryną mówiącą, że „walka klasowa zaostrza się w miarę postępów budowy komunizmu” PiS ustami Macierewicza chwalić będzie z jednej strony „epokowe, historyczne  osiągnięcia i sukcesy” minionej kadencji a z drugiej strony wskazywał będzie wrogów „dobrej zmiany”. Spodziewam się, że na najwyższe maszty wciągnięty zostanie sztandar głoszący konieczność kontynuacji i wzmożenia walki z „postkomuną”. Postkomuna to dzisiaj nie tylko, a właściwie nie tyle byli członkowie PZPR, co przede wszystkim „zdrajcy okrągłostołowi” i ich następcy. Nieprzypadkowo Macierewicz publicznie chwali dzisiaj  kandydaturę Piotrowicza do TK podkreślając jego „zasługi w walce z postkomunizmem”. Ten wybór i to jego uzasadnienie, to jest właśnie zapowiedź głównego kierunku działania PiS w najbliższych dniach i miesiącach.  W jakiś sposób odwracać trzeba przecież, przed prezydenckimi wyborami, uwagę społeczeństwa od nieuchronnego bankructwa niedawnych przedwyborczych obiecanek, od faktów niezbicie potwierdzających mafijny charakter PiS-owskiej władzy na wszystkich szczeblach. Igrzyska w Polsce zaczną się na dobre 12 listopada 2019 r.

Co jest grane?

Niespodziewana decyzja PiS o zakwestionowaniu wyników wyborów do Senatu w okręgach, w których kandydaci tej patii przegrali z kandydatami Koalicji Obywatelskiej wstrząsnęła mediami, zelektryzowała publiczne i prywatne dyskusje. Pytanie, na które wszyscy usiłują w ten lub w inny sposób odpowiedzieć jest w istocie to samo: CO JEST GRANE?

Fakty są takie, że we wszystkich właściwie jednobrzmiących sześciu „Protestach wyborczych” pełnomocnicy Komitetu Wyborczego PiS sformułowali zarzut: „Naruszenie przepisu artykułu 227 Kodeksu, polegające na niewłaściwym zakwalifikowaniu głosów, jako nieważnych, podczas gdy głosy te powinny zostać uznane za ważne”.

Kuriozalność tak postawionego zarzutu jest oczywista. Jeśli takie protesty zostaną uznane i przyniosą w efekcie ponowne przeliczanie głosów, to stworzony zostanie precedens, dzięki któremu każde wybory w przyszłości będzie można kwestionować w ten sam sposób. Opinie prawników – specjalistów od prawa wyborczego są jednoznacznie negatywne i druzgocące dla wnioskodawców. Nie mniej jednak bardzo charakterystyczne i ciekawe są wypowiedzi polityków PiS dla niezależnych mediów w tej sprawie. I tak Szef Gabinetu Premiera, indagowany na okoliczność niewłaściwego przywołania Art. 227 stwierdza, że „taki czy inny artykule – to nie jest rzecz najważniejsza. To zadaniem sądów jest ustalenie jaki artykuł ma tu zastosowanie”. Jest to stanowisko typowe dla PiS, traktowania prawa jak narzędzia, którego można używać w dowolny sposób, byle tylko osiągnąć konkretny cel. To pisowskie sądy mają za zadanie „dopasowania artykułu do sprawy”. Póki co do sprawy tylko, a nie do człowieka.

Inną, charakterystyczną wypowiedzią była odpowiedź wicemarszałka Terleckiego na pytanie o podstawy tej „akcji protestu PiS”. Z właściwą sobie arogancją rzucił on do kamery: „Ze zwykłej ciekawości warto sprawdzić”.

Największe jednak wrażenie robi wypowiedź rzecznika prasowego PiS, który stwierdził, że „formułując zarzut (co wymagane jest przepisem prawa J.U.) należało stworzyć jakąś podstawę. Przyjęto więc, że jeśli były głosy niesłusznie zakwalifikowane jako nieważne, to powinny one być zaliczone na rzecz kandydata przegranego”. Wypowiedź rzecznika jest o tyle istotna, że w połączeniu z przywołaną treścią „Protestu przeciwko ważności wyborów”, Prawo i Sprawiedliwość, wprawdzie nie expressis verbis, ale jednoznacznie sformułowało zarzut o intencjonalności kwalifikacji głosów nieważnych przez komisje wyborcze, a więc zarzut sfałszowania przez nie wyników wyborów.

Dlaczego Jarosław Kaczyński zdecydował się na tak desperacki krok? To właśnie jest przedmiotem domysłów i spekulacji mediów. Trzy opcje prezentowane są w tych spekulacjach najczęściej.

Pierwsza z nich, najbardziej korzystna dla PiS (jeżeli coś tu może być korzystnego) to opcja „europejska”. Według niej PiS wykorzystał sytuację, że niedługo Europejski Trybunał Sprawiedliwości rozpatrywać będzie pytania prejudycjalne wysłane na początku sierpnia przez Sąd Najwyższy, co ma pomóc rozwiązać wątpliwości związane m.in. z niezawisłością sędziowską. Innymi słowy PiS, w pełni świadomie wykreował w Polsce problem nieprawidłowości wyborów, aby politycznie utworzona i powołana przez tą partię Izba Kontroli i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego mogła „wykazać się” przed ETS „niezależnością”. Ta opcja jest realna. W perspektywie nieuniknionego Brexitu znaczenie Polski dla gospodarki Unii Europejskiej rośnie i ostatnio KE wyraźnie szuka pretekstów, aby stosunki z Polską unormować. Gdyby opcja ta okazała się prawdziwą, stałaby się jednak wymownym świadectwem pogardy, z jaką PiS traktuje Polaków. Cała bowiem Polska, wszyscy jej obywatele, instytucje i system demokratyczny stają się w tym momencie narzędziem PiS-owskich machinacji. Czy rzeczywiście jest tak, że Kaczyński świadomie wystawia się na kpiny i pośmiewisko, demonstruje totalny brak zaufania do mężów zaufania PiS w komisjach wyborczych, dyskredytuje się jako prawnik byle tylko ETS miał pretekst do korzystnego dla PiS orzeczenia? Odrzucanie przez IKiSP kolejnych protestów wyborczych PiS nie może przecież być żadnym poważnym argumentem za niezależnością i obiektywizmem tego super-urzędu. Bić Izbie brawa za te oczywiste decyzje nie ma podstaw. Tzw. protesty wyborcze PiS zostały już gruntownie ocenione przez całe rzesze prawników, opinię publiczną i IKiSP nie ma innego wyjścia jak podjąć decyzję te protesty oddalającą. Gdyby uczyniła cokolwiek innego, pogrążyłaby się ostatecznie i nieodwołalnie.

Druga opcja zakłada, że rozpętując aferę ze sfałszowanymi wyborami PiS odwrócić chce uwagę od innych, niekorzystnych dla siebie sytuacji. – Lepiej niech zaczną liczyć głosy i się kłócić niż drążyć sprawę Najwyższej Izby Kontroli, lub coraz częściej pojawiającymi się sygnałami i spowalnianiu gospodarki i o iluzoryczności przedwyborczych obiecanek Kaczyńskiego. Jest to o tyle ważne, że PiS przystąpił już „z marszu” do kampanii wyborów prezydenckich. Wyjątkowo śmierdząca, tzw. afera Banasia jest mu tak samo nie na rękę, jak pojawiające się niemal nazajutrz po wyborach zapowiedzi kolejnych pisowskich ministrów wycofywania się z przedwyborczych deklaracji. Piszę „tzw. afera Banasia”, gdyż PiS zapewne chciałoby sprowadzić ją do kwestii personalnej i zwykłej pomyłki. Tymczasem jest to afera, której istotą jest sposób traktowania konstytucyjnego, najwyższego organu kontroli przez pisowską władzę. Osoba Mariana Banasia kompromituje NIK i odbiera Izbie z takim trudem wypracowaną wiarygodność – to fakt bezsprzeczny. Ale nie to jest w tym wszystkiom najważniejsze. Najważniejszy jest stosunek rządzących elit do tej ważnej, konstytucyjnej instytucji. Kiedyś, na zupełnie inny użytek sformułowałem tezę: „Pokaż mi najwyższy organ kontrolny swojego państwa (jego usytuowanie ustrojowe, niezależność, wiarygodność i kompetencje), a powiem ci w jakim kraju żyjesz”. Niezależność i wiarygodność najwyższego organu kontrolnego jest doskonałym miernikiem poziomu demokracji w państwie. W sposób, w jaki PiS obsadziło stanowisko Prezesa NIK, owacje i laudacje pod jego adresem po wyborze przy braku jakiejkolwiek refleksji nad koniecznym, dalszym usprawnianiem działalności NIK, zwiększaniem jego niezależności – to jest istotą afery Banasia. To demaskuje gromkie deklaracje Kaczyńskiego o Polsce jako wzorcu demokracji. Być może pisowski sztab antykryzysowy doszedł do wniosku, że bombę pod nazwą „Marian Banaś” można choćby częściowo rozbroić zajmując uwagę opinii publicznej powtórnym liczeniem głosów.

Trzecia wreszcie opcja – najkorzystniejsza dla Polski – to taka, że cała afera z wniesieniem przez PiS protestów wyborczych jest wynikiem szoku w tej partii spowodowanego realną groźbą „utraty” Senatu. PiS na taką okoliczność nie było przygotowane i kierując się zasadą „raz zdobytej władzy nie oddamy” ucieka się do wszystkich możliwych środków, półśrodków i kruczków. Na realność takiej opcji wskazywałaby różnorodność reakcji polityków PiS pytanych u uzasadnienie wnoszenia protestów. Dopiero po kilku dniach wykrystalizowała się jedna, powszechnie w PiS obowiązująca linia interpretacyjna. Groźba utraty Senatu ma dla PiS znaczenie nie tylko prestiżowe. Cała, nadzwyczaj sprawnie i nadzwyczaj szkodliwie dla państwa funkcjonująca dotychczas maszynka ustawodawcza PiS ulega poważnemu demontażowi. Jest to dla partii Kaczyńskiego niewygodne również z tego względu, że zasadniczo zmieniła się sytuacja polityczna w Sejmie. PiS wprawdzie utrzymało większość, ale otoczony został zarówno z lewej (LEWICA) jak i z prawej (Konfederacja) flanki. Właśnie ta różnorodność antypisowskiej opozycji będzie dla Kaczyńskiego, z misją zostania mężem opatrznościowym całego Narodu kością w gardle. Dodatkowo wewnątrz obecnego układu władzy narastają konflikty, gdyż zarówno „Solidarna Polska” Ziobry jak i „Porozumienie” Gowina zwiększyły po wyborach swoje udziały w prawicowej koalicji montowanej przez Kaczyńskiego. Być może więc akcja” „Wnosimy protesty!” jest wypadkiem przy pracy, niekontrolowanym odruchem odsłaniającym wewnętrzne pęknięcia i konflikty prawicy. I to może być nadzieją dla Polski.

Większą jasność na postawione w tytule pytanie uzyskamy, jeśli opublikowane zostanie oficjalne stanowisko Ministra Sprawiedliwości, Prokuratora Krajowego w sprawie pisowskich protestów. Stanowisko takie zostało ponoć przesłane do IKiSP, ale treści jego dotąd nie ujawniono. Ciekawe dlaczego? Przecież w żadnej mierze materia wyborcza nie jest objęta tajemnicą państwową i wszystkie oficjalne dokumenty powinny być dostępne opinii publicznej. Póki co odpowiadając na pytanie „co jest grane?” powiedzieć trzeba, że jest to brutalna, nie przebierająca w środkach walka o władzę. O władzę jak największą i trwającą jak najdłużej. Walka, w której społeczeństwo, prawo i dobre obyczaje sprowadzone zostały do roli kawałków plasteliny, z których PiS usiłuje lepić nową, jedynie słuszną rzeczywistość.

ODSPAWAĆ BANASIA

Nigdy przez myśl mi nie przeszło, że będę musiał sformułować postulat jak niżej. Ubolewam, że tak się stało, ale nie widzę innego rozwiązania.

Co zrobić z Pawłem Banasiem, nowym Prezesem Najwyższej Izby Kontroli? O kontrowersyjności tej postaci rozpisywać się nie zamierzam – codziennie media dorzucają nowe fakty i okoliczności, które Banasia pogrążają. Jest rzeczą dla mnie – i myślę, że nie tylko dla mnie – oczywistą, że sprawowanie tak ważnego urzędu przez taką osobę to uwłaczanie godności Państwa Polskiego, jest wręcz podkopywaniem fundamentów państwa. To również soczysty policzek dla całej Najwyższej Izby Kontroli i swoisty prezent, jaki Izbie na 100 lecie jej działalności zgotował Sejm i Senat. Policzek dla jej wszystkich byłych, obecnych oraz przyszłych pracowników.

Afera Banasia ma wiele wątków, których wyjaśnienie jest konieczne w imię obrony Rzeczypospolitej. Jak choćby ten, jak to możliwe, że osoba o takich powiązaniach ze światem przestępczym, z bardzo, bardzo niejasnymi źródłami swojego majątku a więc będąca nadzwyczajnie eksponowana na werbunek obcych służb specjalnych,  regularnie otrzymywała certyfikat do dostępu do najważniejszych tajemnic państwowych. Ten i inne wątki powinna wyjaśnić specjalna komisja śledcza powołana przez nowy parlament.

Ale to nie rozwiązuje problemu Banasia, któremu Konstytucja RP oraz ustawa o NIK,  gwarantują nietykalność – do czasu prawomocnego skazania przez sąd. I wszystko wskazuje na to, że Marian Banaś zdecydował o skrupulatnym korzystaniu z tego immunitetu. Nad sposobem jego „odspawania” od fotela głowią się prawnicy w wielu kancelariach. Wydaje się, że od strony prawnej nikt mu nic nie może zrobić, prawie jak w tym wierszyku krążącym ostatnio w Internecie:

„Fikumiku – jestem w NIKu.                                                                          Co mi zrobisz prezesiku…”

Sytuacja jest dramatyczna i nadzwyczajna.  Zaostrzy się ona jeszcze bardziej, gdy opinia CBA okaże się dla Prezesa niekorzystna.  Jeżeli nie można liczyć na autorefleksję „bohatera” (a jak widać nie można), to pozostaje jedna, nadzwyczajna, ostateczna droga. Odwołać się tutaj należy do pojęcia instytucjonalnej mądrości. Najwyższa Izba Kontroli zawsze należała do fundamentów państwa. Praca w NIK nobilitowała, wiązała się z misją usprawniania państwa, ochrony interesów obywateli, eliminowania nieprawidłowości w funkcjonowaniu służb publicznych.

Dzisiaj, w sytuacji jaka zaistniała, gdy zawiodą wszystkie, przewidziane prawem środki, jedynie Izba jest w stanie zmusić osobę, która – mniemam niefortunnie – wprowadzona została do gabinetu Prezesa, do opuszczenia tego gabinetu. Dzisiaj to pracownicy NIK, również w imię obrony godności i szacunku dla swojej ciężkiej pracy powinni podjąć trud samooczyszczenia, publicznie i gremialnie odmawiając współpracy z  Marianem Banasiem. Tylko w was nadzieja, że Izba uchroni się od katastrofy, od wieloletniego procesu gnicia od środka.

Brońcie siebie, brońcie Polski.

Wielki sukces i co dalej?

Każdy naród ma taki rząd , na jaki zasługuje. Ta stara sentencja ultrakonserwatywnego filozofa i polityka Josepha de Maistre’a jak ulał pasuje do powyborczej sytuacji w ultrakonserwatywnym kraju, jakim dzisiaj jest Polska. Nie udało się odsunąć PiS od władzy – mało tego, Kaczyński w Sejmie się umocnił. Wygraną PiS trudno trafniej skomentować niż uczynił to Adam Michnik stwierdzając, że spełnił się najczarniejszy scenariusz. Nie jest już ważne, czy patrząc wstecz zdobył się Michnik na refleksję na temat swojego udziału w doprowadzeniu do tego co się stało. Stało się. Na nic zdała się lawina afer gospodarczych i obyczajowych z udziałem prominentów pisowskiej władzy, z których każda z osobna, w każdym, w miarę normalnym kraju zmiotłaby z powierzchni rządzącą partię. Nie w Polsce. Wybory pokazały przyzwolenie znacznej części społeczeństwa dla aferzystów – o ile dają. Wygrana PiS to przede wszystkim wygrana Kościoła. PiS wygrał w tych rejonach i w tych grupach wiekowych, w których Kościół ma tradycyjnie największe wpływy. Kościół, nie potępiając żadnej z ujawnionych afer udzielił tym samym ich sprawcom szczególnego rozgrzeszenia, pozbawiając skrupułów przy oddawaniu głosów na PiS wahającym się. Wybory ujawniły pogłębiające się rozdarcie polskiego społeczeństwa. Na antagonizmy natury ideologicznej nałożyły się jaskrawe różnice w postrzeganiu państwa przez mieszkańców średnich oraz dużych miast i mieszkańców wsi. Co te wybory oznaczają dla lewicy?

Zasadnym jest pytanie, czy powszechna, anty-pisowska koalicja byłaby w stanie położyć kres rujnowaniu kraju i społeczeństwa przez „naczelnika”. Propozycję taką, pod nazwą „Koalicja Konstytucyjna” proponował onegdaj Włodzimierz Cimoszewicz. Nie podzielałem tego poglądu, uważając, że SLD powinno w wyborach wystartować w czytelnej, lewicowej koalicji. Uważałem – i nadal uważam, że Parlament powinien odzwierciedlać polityczne preferencje Polaków. Źle przeprowadzone przez KO kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego pogrzebała ostatecznie koncepcję  Koalicji Konstytucyjnej: odłączyło się PSL. SLD trwał przy niej jednak wiernie – do czasu, gdy Grzegorz Schetyna uznał, że sojusz z Sojuszem mu ciąży. Proste sumowanie procentów poparcia uzyskanych przez poszczególnych potencjalnych członków takiej koalicji w wyborach sejmowych mogłoby wskazywać na słuszność pomysłu powszechnej koalicji antypisowskiej.  Czy jednak proste sumowanie procentów jest w tym przypadku uzasadnione?  A może właśnie fakt, że partie poszły do wyborów  pod własnymi szyldami stał się przyczyną wyższej frekwencji? Osobiście znam wiele osób, które deklarowały, że nigdy na PO głosować nie będą.

Właściwie wszystkie partie, które wprowadziły swoich przedstawicieli do Parlamentu mają powody do satysfakcji. Wszystkie – z wyjątkiem Platformy Obywatelskiej. To jej wynik zaważył głównie na tym, że przez kolejne 4 lata będziemy pod butą pisowskiego rządu, pisowskiego Sejmu i dyrygenta z Nowogrodzkiej.  Na szczęście marszałek Karczewski będzie musiał wyprowadzić się ze swojej willi i ze swojego gabinetu na Wiejskiej a Senat przestanie być maszynką w rękach adiutanta „naczelnika państwa” do klepania ustaw przyjętych przez Sejm. Kryzys PO jest jednak wielopłaszczyznowy i bezsprzeczny. Właściwie to na dzisiaj istotne jest jedno tylko pytanie: na ile sfrustrowana PO będzie łatwym łupem dla managerów transferowych z innych ugrupowań.

Tym nie mniej wdzięczność ludzi lewicy dla Platformy powinna być ogromna. Wystarczy pomyśleć jak wyglądała by dzisiaj sytuacja, gdyby PO wytrzymała do końca w sojuszu z SLD. Być może kilku działaczy SLD weszłoby do Sejmu, ale z pewnością nie weszłaby Wiosna, a prawdopodobnie i Razem. SLD-owcy posłowie szybko zostaliby zmarginalizowani w klubie KO, a sam Sojusz uległby przyspieszonemu procesowi sublimacji. Przewaga PiS byłaby zapewne jeszcze większa, a co za tym idzie i większa frustracja w opozycji. Na szczęście dla lewicy Grzegorz Schetyna rozpaczliwie poszukując nowej tożsamości swojej partii postanowił podziękować (w mało parlamentarny sposób) SLD za współpracę na kilka miesięcy przed wyborami. To właśnie zmusiło liderów SLD do nagłej i radykalnej zmiany strategii wyborczej i do poszukiwania wraz z liderami dwóch innych, wyraźnie „tonących” partii o lewicowym charakterze wyborczego porozumienia. Udało się i chwała im za to.  Ale trudno odmówić zasług (pewnie niezamierzonych) Grzegorza Schetyny dla konsolidacji polskiej lewicy.

Lewica ma prawo uznawać się za największego wygranego wyborów parlamentarnych. Będzie trzecim co do wielkości ugrupowaniem w Sejmie. Głos lewicy wróci na sejmową trybuną i na łamy mediów. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że jest to sukces taktyczny, ad hoc zawarte małżeństwo z rozsądku, które wpisało się w oczekiwania sporej części społeczeństwa na zmianę w tym kierunku. Czy Lewica zdoła utworzyć wspólny klub parlamentarny? Jeśli tak, kto zostanie jego przewodniczącym? Kogo Lewica desygnuje na funkcję Marszałka Sejmu? Po opublikowaniu pełnych wyników wyborczych pojawią się z pewnością analizy który z „koalicjantów” ilu przysporzył Lewicy głosów. Nie będzie to pytanie nieuzasadnione zwłaszcza z perspektywie wyboru Przewodniczącego Klubu Parlamentarnego „Lewica”   Podstawowym problemem Lewicy będzie teraz przełożenie tego wielkiego sukcesu taktycznego na trwały sukces strategiczny – na stworzenie realnych podstaw do uzyskania jeszcze większego poparcia społecznego w następnych wyborach. Potencjał jest ogromny. Wystarczy spojrzeć na olbrzymią rozpiętość poparcia dla Lewicy w różnych częściach Polski: od 4.5% w Tarnowie do 20% w Łodzi i  22,5% w Katowicach. Sufit jest więc dzisiaj dla lewicy zawieszony wysoko. Co zatem zrobić, a czego nie robić, aby sukces w wyborach do Sejmu i do Senatu utrwalić? Oczywiście nie podejmę się wysiłku udzielenia odpowiedzi na to pytanie – to temat na głęboką, poważną dyskusję. Jest jednak jedna rzecz, której pominąć nie sposób. Lewica osiągnęła sukces dzięki splotowi dwóch okoliczności: koalicji trzech, różnych przecież partii, które określane są jako lewicowe oraz przestrzeni dla lewicy, która po czterech latach rządów PiS pojawiła się w świadomości wyborców w sposób niemal naturalny. Innymi słowy lista Komitetu Wyborczego SLD – LEWICA uzyskała w znacznej mierze poparcie na kredyt. Zaistniała możliwość, aby politycy wyłonieni z tej listy w krótkim okresie czasu wypracowali taką formułę polskiej lewicy, która będzie miała szansę na jeszcze większy sukces wyborczy w kolejnych kampaniach. Za cztery lata koncert „trzech tenorów” nie zabrzmi już wiarygodnie. Wyborcy oczekiwać będą oferty lewicowej na jutro, na pojutrze. Partie, które desygnowały swoich kandydatów do listy KW LEWICA oraz wybrani parlamentarzyści stają więc przed nadzwyczaj odpowiedzialnym zadaniem: wypracowania takiej formuły polskiej lewicy, która uznana zostanie przez istotną część społeczeństwa za wiarygodną szansę na lepszą przyszłość. Przypomnę tylko, że historycznie patrząc, lewica swoje szerokie poparcie społeczne uzyskiwała zawsze przez głoszenie odważnych idei społecznych i gospodarczych i odważnych, często na miarę utopii programów. Bycie „walczącą opozycją”  w Sejmie to o wiele za mało.  Wypracowanie formuły nowoczesnej polskiej lewicy, jakkolwiek konieczne,  nie będzie sprawą prostą. Wystarczy spojrzeć na Wrocław – jeden z największych ośrodków kulturalnych i naukowych kraju. Lista SLD – Lewica uzyskała tutaj nadzwyczaj dobry wynik – ponad 15 % głosów, nie wprowadzając do Sejmu żadnego posła – członka SLD. Jest to więc w tym przypadku wielki sukces SLD bez SLD.

Pytania o przyszłość lewicy polskiej  uzasadnia również niedawna wypowiedz Leszka Milera, osoby zazwyczaj bardzo dobrze poinformowanej, w której Miller de facto zapowiedział kres formacji pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej. Tylko pióra są wieczne – nic poza tym, jak mawiał klasyk. Jeżeli jednak nie SLD to co? To kto? Z jakim bagażem wartości, ideałów, postulatów ekonomicznych, gospodarczych i społecznych zwróci się o poparcie do społeczeństwa? Odpowiedź zna pewnie tylko wiatr.

Dwója ze społecznej wrażliwości

Idąc za radą specjalistów od profilaktyki medycznej, oraz zachęcany numerem PESEL postanowiłem udać się na konsultacje do lekarza okulisty. Poradni okulistycznych świadczących usługi w tym zakresie jest we Wrocławiu kilkanaście. Terminy oczekiwania na usługę w ramach NFZ są od kilkudziesięciu do ponad trzystu dni (według NFZ). Wybrałem poradnię w miarę dobrze ocenianą, dzwonię:

– Dzień dobry. Chciałem umówić się na konsultacje do lekarza okulisty w ramach NFZ. Jaki jest najbliższy termin?

– Dzień dobry, odpowiada miła pani. -Mogę pana zarejestrować na styczeń 2021 r.

Zbaraniałem – nie wiem, czy dożyję do tego czasu. Decyduję się więc na konsultacje płatne wraz z podstawowymi badaniami. Wybieram Poradnię Okulistyczną w Dolnośląskim Centrum Medycznym SA. Żadnych problemów, wizyta umówiona w najbliższym, dogodnym dla mnie terminie. Konsultacje i badania bardzo fachowe. Cena: 290 PLN. Trudno, ale wzrok to ważna sprawa.

Dolnośląskie Centrum Medyczne SA mieści się w budynku wybudowanym dla państwowej instytucji opieki zdrowotnej: Dolnośląskiego Centrum Medycznego DOLMED.  Otwierano je z dużą pompą, z udziałem I Sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, w 1977 r. Była to bodaj pierwsza, albo jedna z pierwszych inwestycji w służbie zdrowia, których celem było kumulowanie w jednym miejscu najnowszych osiągnięć w medycynie, najnowszych technik diagnostycznych, najnowszych metod leczenia i oczywiście najlepszych kadr medycznych. Główną dewizą tych ośrodków było niesienie pomocy jak największej liczbie chorych na najwyższym aktualnym poziomie wiedzy medycznej. W tym samym roku oddano też  do użytku Centrum Zdrowia Dziecka, w 1984 r. uruchomione zostało Centrum Onkologii w Warszawie ze swoimi oddziałami w Krakowie i w Gliwicach a także słynne Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu.   Wreszcie w 1988 r. otwarto w Łodzi Centrum Zdrowia Matki Polki.

Wrocławski DOLMED był jednak pierwszą instytucją specjalizującą się w najnowszych metodach diagnostyki medycznej świadczącą swoje usługi w skali masowej. Moja wizyta w Dolmedzie kilka dni temu nie była pierwsza – mialem szczęście odwiedzić bowiem Dolmed gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych. Instytucja ta realizowała wówczas bardzo szeroko zakrojony program badań przesiewowych pracowników wrocławskich zakładów pracy  (realizowany bodaj do 1990 r.). Pracownicy Dolmelu, Pafawagu, ale też małych spółdzielni poddawani byli okresowym, szczegółowym badaniom medycznym. Przechodzili je również pracownicy Politechniki Wrocławskiej. Dlatego któregoś dnia stawiłem się wcześnie rano w Dolmedzie, na czczo rzecz jasna. Przebrany zostałem w biały szlafrok i w kapcie, otrzymałem pokaźnych rozmiarów „obiegówkę” i cały dzień spędziłem na wędrówkach od jednego gabinetu specjalistycznego do drugiego. Między innymi i do okulistycznego. Dolmed był nie tylko innowacyjną placówką medyczną. Jego budynek został specjalnie zaprojektowany przez wrocławskich architektów Annę i Jerzego Tarnawskich i trzeba powiedzieć, że ich koncepcja architektoniczna wspaniale wytrzymała próbę czasu.

Kiedy niedawno wszedłem do budynku Dolmedu  wszystko było niby tak jak 40 lat temu: te same jasne, czyste, przestronne, świetnie zaprojektowane korytarze, szeregi gabinetów. Oczywiście umeblowanie nowocześniejsze, komputery, a nade wszystko inna aparatura diagnostyczna. Różnica jednak była zasadnicza: przed 40 laty Dolmed pełen był ludzi, ruchu, życia. Dzisiaj może kilka osób na piętrze, spokój i cisza.

Siedząc z oczami zakropionymi atropiną i czekając na badanie nie sposób było uciec od refleksji jaką drogę w służbie zdrowia przeszliśmy w ciągu tych 40 lat. Od masowych, oczywiście bezpłatnych badań okresowych do (jak w moim przypadku) ponad 400 dni oczekiwania na należną mi z Konstytucji wizytę u lekarza okulisty. A to tylko wizyta konsultacyjna. A gdzie potencjalne leczenie? Z ciekawości sprawdziłem na stronach NFZ jak długo czekać trzeba we Wrocławiu na operację zaćmy. Od 850 do 1340 dni!

Była taka Polska, w której budowano olbrzymie, nowoczesne centra usług medycznych nie tylko ratujących zdrowie i życie setkom tysięcy, ale również będących kuźnią nowych kadr medycznych, ośrodkami pionierskimi we wdrażaniu nowych medycznych technologii leczenia i to również w czasach, kiedy kraj niszczony był wewnętrznymi falami strajków i zewnętrznymi sankcjami gospodarczymi. Jak to się stało, że dzisiaj w jednej gazecie czytam deklarację „wybitnego” przedstawiciela rządzącej partii, że „polska służba zdrowia należy do jednych z najlepszych w Europie”, a w drugiej opinię profesora Szczylika, że „jesteśmy onkologicznym Bantustanem”. Dalej było już tylko proste życzenie wybitnego onkologa: „Życzę każdemu Polakowi, żeby nie zachorował na chorobę nowotworową. Chorowanie na nowotwór w Polsce jest koszmarem”.

Praktyczne podejście do problemu opieki zdrowotnej obywateli jest nieubłaganym weryfikatorem intencji, deklaracji i wartości, którym służy i którymi kieruje się władza. PiS, kreujący się na zbawcę, obrońcę i dobroczyńcę „zwykłego człowieka” tą konfrontację przegrał sromotnie. Zamykane szpitale, szpitalne oddziały, dni spędzane na SOR, obawy Ministerstwa Zdrowia przed stwierdzeniem „nadwykrywalności chorób u seniorów”, nędza w lekowym zaopatrzeniu chorych onkologicznie – to tylko wierzchołek lodowej góry, o którą rozbija się w pył mit społecznej wrażliwości PiS. Poważne strukturalne, finansowe, kadrowe problemy służby (czy to jeszcze jest służba?) zdrowia sprowadzone zostały do tła dla prostackich, jarmarcznych, sypanych jak z rękawa obietnic przedwyborczych, wartych tyle, co bajania Premiera Morawieckiego o milionie elektrycznych samochodów w Polsce.

Po trzydziestu latach doświadczeń z najróżniejszymi rządzącymi koalicjami politycznymi pora na wyciągnięcie wniosków. Zatraciliśmy gdzieś przez ten czas społeczną wrażliwość władzy, zwłaszcza tej, której trzon stanowiły: Unia Wolności, AWS, Platforma Obywatelska i ostatnio Prawo i Sprawiedliwość. Wrażliwość autentyczną – nie propagandową, nie służącą tylko i wyłącznie wymogom politycznego marketingu. Nadzieja w lewicy.

Foto: Tadeusz Szwed, za Gazetą Wrocławską

Dziwić się nie przestanę

Jak donoszą media posłowie PO wnieśli do Marszałek Sejmu wniosek o „uzupełnienie składu Kolegium NIK” w związku z tym, że w obecnej chwili Kierownictwo Izby składa się formalnie z dwóch osób: wiceprezeski, pełniącej funkcje Prezesa Izby i Dyrektora Generalnego Izby. Zdaniem posłów ma to paraliżować działania NIK i w związku z tym proponują co proponują. Posłowie raz jeszcze skompromitowali się swoją nieznajomością funkcjonowania najwyższego organu kontrolnego państwa. Dziwić się nie przestanę: typowy strzał we własne kolano nieusprawiedliwiony nawet wyborczą gorączką.

Zacząć należy od tego, że Konstytucja RP w artykule 202, w pierwszym ustępie przesądza, że jedną z kardynalnych zasad, na których opiera się działalność NIK jest zasada kolegialności. Sama instytucja Kolegium NIK, o której mowa w ustawie ma tu o tyle ograniczone znaczenie, że wypełnienie normy konstytucyjnej wcale nie sprowadza się do działania Kolegium. Konstytucja formułuje zasadę generalną, która ma obowiązywać w CAŁEJ izbie: od góry (Kierownictwo NIK) do samego dołu (delegatury). Uzasadnienie jest oczywiste. Zasada kolegialności bardzo spokrewniona jest z jedną z najbardziej skutecznych zasad przeciwdziałania korupcji: zasadą wielu oczu. W przypadku Najwyższej Izby Kontroli nie tyle może chodzić o zwyczajną korupcję (chyba, że polityczną) ile w pierwszym rzędzie o zapewnienie bezstronności i obiektywizmu na każdym etapie procesu kontrolnego (od planowania po realizację wyników kontroli). W tym zapewnieniu obiektywizmu i bezstronności istotną część stanowi uchronienie Izby od politycznych nacisków lub „politycznego dryfu”. Dlatego wprowadzonej ustawą o NIK zasadę kolegialności podniesiono do rangi zasady konstytucyjnej.

W całej swojej strukturze najdalej od tej zasady NIK odeszła na najbardziej newralgicznym poziomie zarządzania: na poziomie ścisłego kierownictwa Izby, składającego się z Prezesa, wiceprezesów i dyrektora generalnego. Proces ten rozpoczął się przed 12 laty, ale w okresie ostatnich 6 lat osiągnął stuprocentową skuteczność. Kierownictwo Izby przestało praktycznie funkcjonować, co fatalnie odbiło się na poziomie pracy departamentów i delegatur. Formalnie kierownictwo istniało – tyle tylko, że nie działało.

Dzisiaj kierownictwa NIK nawet formalnie nie ma i to właśnie stanowi według mnie poważne naruszenie Konstytucji RP i ustawy o NIK. Przez kogo? Osobą w największym stopniu odpowiedzialną jest tutaj Marszałek Sejmu. To on podejmuje decyzje o odwołaniu i powołaniu wiceprezesów NIK. Opinia komisji sejmowej, chociaż konieczna, nie jest dla Marszałka wiążąca.

Wołanie posłów PO o pilne „uzupełnienie składu Kolegium” sprowadza się więc do wołania o pilne powołanie dwóch nowych wiceprezesów. Jarosław Kaczyński powinien wnioskodawcom przesłać skrzynkę wódki w podziękowaniu.  Nie zdziwiłbym się, gdyby w trakcie ostatniego, nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu Pani Marszałkini zwołała posiedzenie Komisji Kontroli Państwowej z porządkiem obrad: zaopiniowanie przedstawianych przez osobę pełniącą obowiązki Prezesa NIK kandydatów na wiceprezesów Izby a przy okazji i dyrektora generalnego (oczywiście wskazanych przez centralę na Nowogrodzkiej). Przedstawiając kandydatury na wiceprezesów Prezes NIK nie ma obowiązku konsultowania ich z kimkolwiek. Niezależnie od opinii Komisji, którą jednak łatwo można sobie wyobrazić, w tym samym dniu Pani Marszałkini wręczy nominacje, a opozycji, która zechciałaby zaprotestować odpowie tyleż wprost co cynicznie: przecież realizujemy wasz postulat i to najszybciej jak to możliwe. Sytuacja może więc być taka, że jeżeli PiS w wyniku najbliższych wyborów nie uzyska parlamentarnej większości, to jednak CAŁE ścisłe kierownictwo NIK będzie z pisowskiego nadania i praktycznie nie do ruszenia. Po wyborach Prezes Banaś wróci spokojnie z urlopu, postępowania w jego sprawie toczyć się będą nie szybciej niż postępowania w sprawie jego poprzednika (casus Banasia jest o wiele, wiele bardziej skomplikowany niż casus Kwiatkowskiego), a Sejm nie będzie miał żadnego wpływu na skład i funkcjonowanie kierownictwa Najwyższej Izby Kontroli przez całe cztery lata. Oczywiście PiS mogłoby powołać swoich wiceprezesów i swojego dyrektora generalnego i bez kuriozalnej „zachęty” ze strony PO, ale jeżeli proszą to, dlaczego nie?

Jedyną szansą na uratowanie (przywrócenie?) zasady kolegialności działania kierownictwa NIK byłoby powoływanie na wakujące stanowiska wiceprezesów przez Marszałka nowego Sejmu i to w sytuacji, kiedy PiS utraci w nim większość i Marszałek Sejmu nie będzie nominatem Nowogrodzkiej. Wówczas Prezes, idąc śladem dobrych obyczajów parlamentarnych oraz w imię nawet formalnego zrównoważenia kierownictwa Najwyższej Izby Kontroli, będzie musiał zwrócić się do największych klubów o wsparcie dla swojego wniosku u Marszałka. Zamiast więc wołać o powołanie nowych wiceprezesów należałoby apelować do Marszałkini Sejmu o niepowoływanie ich do czasu rozpoczęcia pracy prze nowy Sejm. Jak będzie? Pożyjemy – zobaczymy.

God save the NIK!

Nigdy jeszcze w nowożytnej (po 1989 r. ) nie było takiej wymiany kierownictwa Najwyższej Izby Kontroli jaka zapowiadana jest na  dzisiaj. Dyskontynuacja – to nowa jakość, którą PiS wprowadza do bardzo ważnej, wrażliwej sfery działania państwa jaką jest zewnętrzna, niezależna kontrola działalności instytucji publicznych i gospodarowania publicznym majątkiem. Decyzja świeżo wybranego Prezesa NIK, którego kompetencje do sprawowania tego ważnego urzędu zostały publicznie poważnie zakwestionowane, o zdymisjonowaniu wszystkich wiceprezesów NIK uzasadnia obawę, że okres względnej apolityczności Izby mamy za sobą.

W pierwszym komunikacie o „dobrowolnym” urlopie Prezesa NIK podała, że do czasu wyjaśnienia jego afery funkcje prezesa będzie pełnił najstarszy stażem wiceprezes. Ta decyzja zgodna była z dotychczasową dobrą praktyką i nie budziła zastrzeżeń. Jednak, w ciągu kilku godzin zaszły dwa wydarzenia: Prezes NIK odłożył swój urlop o kilka dni, oraz złożył wniosek o zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia sejmowej Komisji Kontroli Państwowej w celu rozpatrzenia jego wniosku o dymisję wszystkich trzech urzędujących wiceprezesów i powołanie jednego – swojej zaufanej współpracownicy. Od razu widać, że scenariusz taki nie był pisany na ulicy Filtrowej co potwierdza moje wcześniej wyrażone obawy, że Prezes NIK będzie kolejną pacynką na palcu „naczelnika” państwa.

Podstawę prawną funkcjonowania Najwyższej izby Kontroli stanowią stosowne zapisy Konstytucji RP i ustawy o NIK z grudnia 1994 r. (z późniejszymi zmianami). Mam prawo uznawać się za współtwórcę tej ustawy, uchwalonej przez Sejm po rocznej, wytężonej pracy specjalnie w tym celu powołanej podkomisji sejmowej, której miałem zaszczyt przewodniczyć. Byłem też sprawozdawcą ustawy przeprowadzając przyjęty przez Komisję Ustawodawczą projekt przez cały proces legislacyjny w Parlamencie. Ustawa miała wszelkie cech ustawy ustrojowej. Stwarzała podstawy do działalności Najwyższej Izby Kontroli w państwie demokratyczny, normowała na nowo relacje pomiędzy kontrolerem a instytucją kontrolowaną oraz między NIK a Parlamentem. Projekt ustawy przygotowała Izba pod kierownictwem jej Prezesa – Lecha Kaczyńskiego, który osobiście prezentował go na posiedzeniu Komisji Ustawodawczej w listopadzie 1993 r. Projekt NIK-owski przykładał olbrzymią wagę do kwestii niezależności Prezesa NIK słusznie uznając, że jest to ważne element stabilności państwa. Przyjęte ostatecznie przez Sejm rozwiązania potwierdzone zostały później w Konstytucji RP.

Ustawa o NIK z 1994 r. była przełomowa, otwierała NIK drogę do roli nowoczesnego, zewnętrznego audytora państwa, strażnika publicznych pieniędzy w nowych uwarunkowaniach ustrojowych. Stworzyła możliwość transformacji NIK z państwowego kontrolera do roli profesjonalnego, nowoczesnego, zewnętrznego, niezależnego audytora funkcjonowania państwa. Uczyniła z Izby ważną państwowotwórczą instytucję rodzącej się demokracji.

Od 1994 r. bardzo wiele zmieniło się w kontrolnym otoczeniu Izby: znacznie ograniczona została państwowa własność w gospodarce, coraz więcej środków publicznych wydawane jest przez samorządy, w kontroli których Sejm wykluczył kryterium celowości, wreszcie Polska stała się członkiem Unii Europejskiej i beneficjentem nowego, potężnego strumienia środków publicznych. Dynamicznie zmieniały się też międzynarodowe standardy audytu finansowego i wykonania zadań. Dramat NIK polegał i nadal polega na tym, że choć ustawa z 1994 r. wymaga od dawna unowocześnienia, udoskonalenia w świetle wyżej wymienionych procesów ale też i w świetle kontrolerskiej praktyki NIK w tym okresie, to dotychczasowe jej zmiany – nie wchodząc w szczegóły – były raczej natury przyczynkarskiej i często cofały NIK na drodze do nowoczesnej według międzynarodowych standardów instytucji audytorskiej. Innymi słowy NIK czeka wciąż na mądrego ustawodawcę, mądrzejszego niż ten z 1994 r. choćby o doświadczenia z 15 lat jej stosowania.

Do tej pory, chociaż okazji do tego było co niemiara, PiS nigdy nie odkrywał swoich kart odnośnie  przyszłości Najwyższej Izby Kontroli. Nigdy nie wypowiadał się w sprawach podstaw i zasad jej funkcjonowania, nie wnosił żadnych projektów modyfikacji, doskonalenia  ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli, zwiększania jej skuteczności i niezależności choćby z duchem projektu wniesionego przez Lecha Kaczyńskiego w 1993 r. Nie czynił tego mając pełną kontrolę nad Parlamentem, w którym ustawy przepychał z prędkością podświetlną niemal. Pierwszym działaniem jest właśnie supermiotła Banasia. Zwiastuje ona wszystko co najgorsze: zastraszenie pracowników, kadrowe trzęsienie ziemi w NIK – bez żadnej – co podkreślam – wizji rozwoju i doskonalenia tej instytucji.

Zwołanie na dzień dzisiejszy nadzwyczajnego posiedzenia sejmowej Komisji Kontroli Państwowej, błyskawiczne odwołanie wszystkich wiceprezesów jest ostatecznym i bezsprzecznym potwierdzeniem upolitycznienia Izby i uczynienia z niej narzędzia do realizacji celów jednej partii. PiS najwyraźniej nie wyklucza tego, że w wyniku wyborów może utracić większość parlamentarną. Całą Izbą, bez żadnego wsparcia ze strony wiceprezesów, kierować będzie więc jednoosobowo osoba bez żadnego doświadczenia w kierowaniu taką instytucją. Jedynym prezentowanym argumentem przemawiającym za kandydatką jest to, że jest „zaufaną osobą pana Banasia”. Już nie chcę nawet dociekać co stanie się, gdy w czasie pełnienia swojej podwójnej funkcji pani nowa wiceprezes nieoczekiwanie zachoruje? Ale jest coś znacznie więcej. Rozwiązanie takie stanowi poważne naruszenie Art. 202 ust. 3 Konstytucji RP, który stwierdza: „Najwyższa Izba Kontroli działa na zasadach kolegialności” oraz  Art.1. ust.3 obowiązującej Ustawy o NIK. To właśnie tą, jedną z fundamentalnych, konstytucyjnych zasad działania NIK zamierza złamać  dzisiaj PiS.

Jeżeli za dwie godziny  dojdzie w Sejmie do wymiany trzech wiceprezesów na jednego, nowego, któremu Prezes NIK zapowiedział powierzenie swoich obowiązki na czas do wyjaśnienia stawianych mu publicznie poważnych zarzutów, będzie to stanowić delikt konstytucyjny, uzasadniający postawienie obecnej Marszałek Sejmu przed Trybunałem Stanu w sprzyjających demokracji okolicznościach – czego, , się domagam.

Jeżeli dzisiaj PiS w taki sposób traktuje konstytucyjne i ustawowe zapisy w stosunku do sytuacji, jaką stworzył wybrany przez niego Prezes NIK, to jak prezes ten stosować będzie prawo kontrolując swoich kolegów?

Dziwić się tylko mogę dlaczego Jarosław Kaczyński zrobił takie świństwo swojemu bratu Lechowi. Dlaczego dopuścił do ośmieszenia i podważenia ex ante wiarygodności NIK w kraju i zagranicą dopuszczając do powołania na stanowisko, które niegdyś piastował jego brat osobę, która sama w sobie jest zaprzeczeniem wiarygodności, na którą przestępcy (a może i specjalne służby krajowe i zagraniczne) mają poważne „haki”. Dlaczego rujnuje to, co Lech Kaczyński, jego brat, na tragicznej śmierci którego wyniesiony został do  pozycji władcy niemal absolutnego, dla Najwyższej Izby Kontroli uczynił.

W Krakowie daje się odczuć podziemne wstrząsy. Epicentrum znajduje się ponoć pod Wawelem. To zapewne Lech Kaczyński przewraca się w grobie i tupie nogami.

God save the NIK!

Chrząstawa Wielka, 26.09.2019 r. godz. 12:29.

Masz problem – zadzwoń do Banasia

Okoliczności powołania Mariana Banasia na funkcję Prezesa Najwyższej Izby Kontroli budzą coraz więcej wątpliwości. Trudno mi, człowiekowi, który 10 lat swojego życia zawodowego poświęcił doskonaleniu roli NIK jako instytucji państwowo-twórczej, doskonaleniu warsztatu pracy kontrolera i budowaniu społecznego zaufania do tej instytucji przechodzić obojętnie wobec publikowanych ostatnio informacji o majątku byłego szefa służb skarbowych, wiceministra i ministra finansów.  Moje refleksje z dnia dzisiejszego przedstawiam, w imię zwięzłości, w punktach.

  1. Ustawodawca w Konstytucji i w ustawie o NIK zawarł bardzo silne gwarancje niezależności Prezesa NIK. Nie jest to oczywiście gest w stronę osoby powołanej na ten urząd, ale głęboka troska o państwo. Prezes NIK według prawa, jest strażnikiem i obrońcą najważniejszej cechy Izby: jej niezależności i obiektywności. Te rozwiązania prawne mają służyć mu do ochrony tych wartości.
  2. Niezależność NIK pod kierownictwem M.Banasia budzi wątpliwości, o czym pisałem we wpisie wcześniejszym: „Upadek Najwyższej Izby”.
  3. PiS wybierając na stanowisko Prezesa NIK nie osobę o uznanym autorytecie merytorycznym i formalnym lecz jednego ze swoich sprawdzonych w boju żołnierzy, wieloletniego członka rządu, tak naprawdę nie naruszając formalnie ustawy o NIK ani Konstytucji, przekształcił Izbę w Ministerstwo Kontroli, czyli de facto przywrócił pozycję NIK z lat 1952 – 1980, w których NIK była właśnie Ministerstwem Kontroli lub podlegała Prezydium Rządu. Takie usytuowanie najwyższego organu kontroli państwowej sprzeczne jest z międzynarodowymi standardami.
  4. Wybór M.Banasia to klasyczny przykład konfliktu interesów. Ponieważ gros kontroli NIK to kontrole ex post. Izba pod kierownictwem Prezesa Banasia kontrolować będzie obszary (bardzo ważne z punktu widzenia gospodarki finansowej państwa), za które odpowiadał minister Banaś. Izba kontrolować też będzie kolegów ministra Banasia z Rządu, a Prezes Banaś przewodniczyć będzie obradom Kolegium NIK, które rozpatrywać będzie zastrzeżenia ministrów do wyników kontroli  w ich resortach .
  5. Konflikt interesów ze szczególną ostrością przejawi się przy planowaniu i realizacji kontroli wykonania budżetu państwa za rok 2019. Projekt tego budżetu podpisał, potwierdzając jego rzetelność, prawdziwość danych i realność Minister Banaś.
  6. W świetle powyższego, dla zachowania obiektywizmu Izby, wskazane byłoby wyłączenie się Prezesa Banasia ze wszystkich czynności kontrolnych (planowanie, nadzorowanie i realizacja wyników kontroli) związanych z obszarami finansów publicznych za które, jako podsekretarz stanu sekretarz stanu i Minister Finansów ponosił odpowiedzialność. Oznaczałoby to drastyczne ograniczenie Prezesa NIK w jego działaniach, a nawet, gdyby takie deklaracje padły, trudno dać wiarę w ich realność.
  7. Osoba obejmująca stanowiska, jakie zajmował w rządzie Pan Banaś musi uzyskać od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego stosowny certyfikat dostępu do określonego poziomu tajemnic ustawowo chronionych. Udzielenie certyfikatu następuje po szczegółowym badaniu życiorysu osoby i jej bliskich, powiązań zawodowych i towarzyskich, wyjazdów zagranicznych, źródeł pochodzenia majątku i bieżącej sytuacji majątkowej. Certyfikat ważny jest przez 3 lata po czym musi zostać w stosownej procedurze odnowiony.
  8. Niezależnie od powyższego osoba składa corocznie deklarację majątkową, również sprawdzaną przez służby, zwłaszcza w przypadku eksponowanych stanowisk w rządzie.
  9. W dyskusjach o kwestiach majątkowych Prezesa Banasia media popełniają zasadniczą nieścisłość. Konieczność przejrzystości stanu majątkowego kandydata na ważne stanowisko państwowe przedstawiają bowiem głównie jako wymóg etyczno – estetyczny. Tymczasem istotą idei wymienionych wyżej postępowań sprawdzających  jest wyeliminowanie ekspozycji kandydata do ponoszenia odpowiedzialności za państwo na możliwość szantażu ze strony na przykład grup przestępczych obcych wywiadów lub innych grup posiadających informacje o kandydacie, których może użyć w celu wywołania określonego zachowania.
  10. Jeżeli nawet MB związał się przed wielu laty umowami cywilno-prawnymi (wynajem kamienicy) z osobami, o których przestępczej proweniencji nie miał pojęcia (co jednak wymaga potwierdzenia w osobnym postępowaniu) to z pewnością, jako osoba objęta ochroną kontrwywiadowczą, niezwłocznie powinien takie informacje uzyskać od stosownych służb.
  11. Jeżeli MB nie interesował się osobami, z którymi wszedł w powiązania natury finansowej ani rodzajem działalności, jaką te osoby  prowadzą w jego kamienicy to kompromituje się jako pretendent do jednego z najwyższych stanowisk w państwie oraz jako NIK-owiec.
  12. Z ujawnionych przez dziennikarzy materiałów wynika, że istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo iż w kamienicy wiceministra, a później ministra finansów przez wiele lat prowadzona była działalność nie tylko narażająca na straty Skarb Państwa, ale również mogąca służyć praniu pieniędzy.
  13. Nieujawnienie poważnego zobowiązania finansowego, jakim jest ustanowienie  zabezpieczenia na hipotece kamienicy kredytu bankowego musi zostać szczegółowo wyjaśniona. Bank będzie musiał stosownym służbom udzielić informację komu, na jaki cel i na jakich warunkach udzielił tego kredytu. Jeżeli kredyt został spłacony przedterminowo koniecznym będzie ustalenie źródeł finansowania tej spłaty.
  14. Jeżeli dwójka dziennikarzy w okresie kilku tygodni poczyniła ustalenia jak prezentowane, to z pewnością cała wyspecjalizowana instytucja jaką jest CBA prowadząca  badania od niemal roku nie mogła dokonać ustaleń węższych.  Dlaczego wobec tego przedłużono prowadzenie badań poza termin powołania M. Banasia na Prezesa NIK? A może chodziło o to, aby w sumie afery nie ujawniać, ustalenia zamknąć w okazjonalnie wyciąganej z pancernej szafy teczce a tymczasem śledztwo dziennikarskie wywróciło ten plan?  Wyjaśnienie roli CBA w tej aferze oraz znaczenia nieskrywanej zażyłości Pana Banasia z szefostwem Biura  dla prowadzonego przez Biuro postępowania staje się odrębnym problemem. Nie ulega bowiem wątpliwości, że jeżeli nawet w ograniczonym zakresie potwierdzą się ustalenia dziennikarskie mieć będziemy do czynienia nie z „Aferą Banasia”, ale z „Aferą Państwa Polskiego”.                                                                                                             P.S.1. Błyskawiczna kariera zawodowa syna Prezesa Banasia mnie nie dziwi. Wszak PiS z nepotyzmu uczyniło cnotę.        P.S.2. Całością czuję się zażenowany i jest mi zwyczajnie wstyd. W tym uczuciu łączę się z pracownikami i emerytami Najwyższej Izby Kontroli.