Biała flaga – rozpacz czarna.

 

Piątkowe głosowanie w Sejmie, w którym przyjęto pisowską nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym było kolejnym czarnym dniem polskiej demokracji. Tym razem jednak za sprawą opozycji. Opozycja, w tym i Lewica, po to prawdopodobnie by nie zostać oskarżoną przez propisowskie media o blokowanie unijnych pieniędzy z Krajowego Programu Odbudowy, których wypłatę Komisja Europejska wstrzymuje mając poważne, uzasadnione zastrzeżenia do stanu praworządności w Polsce nie głosowała przeciw projektowi, lecz wstrzymała się od głosowania, dając mu tym samym zielone światło. Wstrzymano się od glosowania przy pełnej świadomości faktu, że pisowski projekt „zmian” nie tylko jest rażąco sprzeczny z Konstytucją RP, ale w dodatku nie naprawia polskiego systemu sądownictwa, lecz wręcz przeciwnie – jeszcze bardziej go gmatwa i komplikuje.

To nawet nie jest tak, że opozycja, w tym Lewica sprzedała polski system praworządności za miliardy Euro. Lewica po prostu wywiesiła bialą flagę w walce o przywrócenie w Polsce praworządności podeptanej przez Ziobrę, Kaczyńskiego i ich wspólników.

Przez kilka lat setki tysięcy ludzi wychodziło na ulice polskich miast skandując często w deszczu i śniegu jedno hasło: „Konstytucja! Konstytucja!”. Wspierając akonstytucyjny projekt pisowski tym ludziom po prostu napluto w twarz. Napluto w twarz autorytetom, takim jak prof. Ewa Łętowska, którzy ostrzegali przed pisowskimi rozwiązaniami z żelazna logiką uzasadniając swoje obawy. W imię czego?

Liderzy Lewicy przestraszyli się zapewne medialnego ataku pod hasłem: „Oni blokują należne nam pieniądze z Unii Europejskiej!”. Ale wyborów nie wygrywają ci, którzy swoje działania podporządkowują temu, co o nich powie polityczny przeciwnik. Przywódcom Lewicy zabrakło przysłowiowych jaj aby powiedzieć: „Nie możemy się zgodzić na to, aby tak olbrzymie środki wydawane były w kraju, a którym nie funkcjonuje niezależny, skuteczny system sprawiedliwości”. Nie starczyło odwagi, aby powiedzieć, że głosowanie przeciwko projektowi to nie głosowanie przeciwko unijnym pieniądzom – te pieniądze mogły czekać na praworządną Polskę jeszcze kilka miesięcy.

Bilans tej decyzji jest ponury:

– Lewica nie zyskała politycznie nic, tracąc bardzo wiele ze swej wiarygodności obrońcy praworządności. W szczególności Lewica nie przedstawiła żadnej swojej alternatywy godząc się potulnie na pisowski mir, stając się de facto „cichym wspólnikiem” PiS w łamaniu Konstytucji.

-Lewica sama sobie wytrąciła z rąk najważniejszy, a może i jedyny realny oręż w walce o praworządność.

– Zapał do obrony Konstytucji przez prodemokratyczna część społeczeństwa został poważnie osłabiony.

– Komisja Europejska została przekonana, że w swojej walce o praworządność w Polsce nie ma wsparcia, partnera ze strony Lewicy, i jej jedynym realnym partnerem pozostaje PiS. Urzędnicy brukselscy przyjmą takie rozwiązanie ze skrywana radością, ponieważ rozwiązuje ono im ręce, „załatwia” polski problem

– Ci politycy europejscy, którym jeszcze zależało na przywróceniu w Polsce praworządności mają prawo czuć się wystawionymi do wiatru.

– PiS wygrywa na całej linii. Pokazuje Komisji Europejskiej, że bark jest alternatywy dla jego polityki względem Unii.

– Swoim wyborcom PiS demonstruje, że potrafi „ograć” zarówno Komisję Europejską jak i opozycję

– Odblokowanie środków z KPO będzie potężnym podmuchem wiatru w żagle kampanii wyborczej PiS, który ten dzięki swojej olbrzymiej machnie medialnej bezwzględnie wykorzysta do wyborczego zwycięstwa.

W imię czego ten żałosny, pseudomakiawelistyczny spektakl? Po to, by zyskać pochwałę ze strony TVP czy „W sieci”? Dla udowodnienia swojej propaństwowości? Propaństwowości w imię jakiego państwa, państwa według Kaczyńskiego?

Lewica swojej propaństwowości udowadniać nie musi. Musi natomiast mieć swoją wizję państwa i ją propagować, przekonywać do niej. Obawiam się jednak, że odważne myślenie polityczne lewicowych liderów, jeżeli kiedykolwiek takie było, ustąpiło taniemu kunktatorstwu. Lewica, czyli co?

Nie inaczej jak akt rozpaczy odebrać przy tym należy inicjatywę Senatu, aby ten projekt, dla stwierdzenia jego niezgodności z Konstytucją,  odesłać do… Komisji Weneckiej, To może od razu do ONZ lub NATO? PiS już na samym początku swoich rządów pokazał w jakich zakamarkach ulokował nadobną Komisję Wenecką. Czarna rozpacz.

Bogusławowi Litwińcowi

Rodzina Bogusława Litwińca zwróciła się do mnie o wygłoszenie paru okolicznościowych słów na ceremonii pogrzebowej. Ta prośba była dla mnie zaszczytem i honorem. Poniżej tekst mojego wystąpienia z niewielkimi skrótami.

Szanowna Rodzino Bogusława.

Chowamy dziś Bogusława Litwińca – Waszego Bogusława. Przyjmijcie proszę moje kondolencje i wyrazy szczerego współczucia. Zostałem też upoważniony, aby złożyć Wam kondolencje w imieniu Marszałka Stowarzyszenia Byłych Parlamentarzystów RP prof. Jerzego Jaskierni – co niniejszym czynię.

Ale droga Halino, drogi Michale, dobrze wiecie, że Bogusław nie był tylko Wasz. Miarą wielkości człowieka jest to, jaki ślad pozostawia w naszych sercach, że jakąś jego część przyjmujemy do siebie, że staje się jakby częścią nas. I tak właśnie jest w przypadku Bogusława. W naszych sercach pozostawił On głęboki, trwały ślad. My wszyscy, obecni tutaj i w wielu innych miejscach w Polsce i na świecie, pochylając się nad Waszym bólem, żalem po tej stracie, łączymy się w nim. Gdyż z odejściem Bogusława każdy z nas stracił coś bardzo ważnego.

   Każdemu człowiekowi, który odchodzi od nas – żywych należy się SŁOWO. Słowo o nim, słowo, z jakim będzie dalej żyć w naszej pamięci. Czujemy, że danie tego słowa jest naszą moralną powinnością, a z drugiej strony wiemy, że z tego obowiązku nigdy w pełni się nie wywiążemy, bo czyż w kilku słowach opowiedzieć można życie jednego człowieka? A co do dopiero życie tak niezwykłego człowieka jakim był Bogusław Litwiniec?

Bogusław Litwiniec był, jak tysiące innych Dolnoślązakiem z kresów i ziemi kłodzkiej, Wrocławowi poświęcił swoje życie, swoje talenty, swoją pracę. Widziałem Bogusia w wielu różnych sytuacjach, jako szalejącego po scenie teatru Kalambur reżysera czy jako dostojnego senatora Rzeczypospolitej. Najbardziej zapadł mi jednak w pamięć i w serce Jego obraz, gdy w czasie dla kawiarni „Pod Kalamburem” bardzo trudnym, z kielnią w ręku, z zaprawą murarską na roboczym ubranie i we włosach, z zapałem naprawiał elewację tego przybytku, tego czakramu kultury, jaki On wespół ze swoja wierną żoną i przyjaciółką Haliną utworzyli przy ulicy Kuźniczej we Wrocławiu. Tak – to miejsce, gdzie niegdyś działał Teatr „Kalambur”, a dzisiaj działa ośrodek myśli twórczej i nieskrępowanej Kawiarnia „Pod Kalamburem” jest czakramem promieniującym swoją pozytywną energią na całą Polskę, czakramem, którego energię tworzą nie jakieś niezbadane siły przyrody, lecz żywi ludzie, konkretni ludzie.

Jak powiedziałem bardzo trudno jest w kilku słowach opowiedzieć o człowieku, a tym trudniej o człowieku niezwykłym. Niewątpliwie był Bogusław Litwiniec uosobieniem, personifikacją zjawiska bezcennego a wciąż niedocenianego jakim dla polskiej kultury był fenomen kultury studenckiej lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku. Ale osobowość Bogusława to coś znacznie więcej.

Bogusław był nie tylko wielkim artystą. Był zadeklarowanym socjalistą i cała jego twórczość i działalność społeczna przesiąknięte były ideami społecznej sprawiedliwości, walki z wyzyskiem i nierównościami ekonomicznymi i społecznymi, przesiąknięta była na wskroś internacjonalizmem.  Ideom socjalistycznym wierny był przez całe swoje dorosłe życie. Zawsze kierował się zasadą: z ludźmi dla ludzi.

Był politykiem lewicy, politykiem w najlepszym rozumieniu tego słowa. Politykę traktował tak, jak powinna ona być traktowana: jako narzędzie społecznej służby, w jego przypadku jako środek do realizacji projektów w obszarze kultury służących najszerszym kręgom społecznym. Swój mandat reprezentanta Polski w Parlamencie Europejskim, a później mandat senatora Rzeczypospolitej traktował z najwyższą powagą i wypełniał go nie tylko rzetelnie, ale i twórczo, z taką samą pasją, z jaką traktował swoje kolejne projekty teatralne. Był Bogusław Litwiniec politykiem lewicy otwartej, postępowej, proeuropejskiej, socjalistycznej. I właśnie to rzadkie jeszcze połączenie działalności artystycznej, społecznej i politycznej jakiego dokonał, połączenie idei i czynu nadaje nowy, jakże potrzebny dzisiaj wymiar pojęciu PATRIOTYZM. Dziękujemy Ci Bogusławie.

Kultura to nie tylko działalność stricte artystyczna. To również nie mniej ważna kultura więzi międzyludzkich, relacji pomiędzy ludźmi i grupami społecznymi. Bogusław – socjalista – doskonale to rozumiał, doceniał znaczenie tego problemu i dlatego i na tym polu był niezwykle aktywny i kreatywny. Idea Kalaczakry – miejsca spotkań i dyskusji jest tego dowodem. Ale to również Stowarzyszenie Europejskich Więzi, ale to również, czego wielu już nie pamięta, a co w swoim czasie było synonimem nowoczesności – jedna z pierwszych, a może i pierwsza we Wrocławiu kawiarenka internetowa – miejsce spotkań w sieci.

Niestety przyszło nam dożyć czasów, w których coraz mniej jest przestrzeni dla wolnych, twórczych umysłów, w których umiera nie tylko oparta na zasadach racjonalnego, logicznego rozumowania nauka, ale coraz powszechniejsze staje się hasło, dewiza:

„NIE MYŚL!  MY BĘDZIEMY MYŚLEĆ ZA CIEBIE!  TY – TYLKO KUPUJ!  KUPUJ!  KUPUJ!

W tym względzie uprawnione jest twierdzenie, że poniekąd staczamy się w otchłanie głębokiego średniowiecza, kiedy to samodzielne myślenie zwykłego człowieka postrzegane było jako grzech pychy. Dożyliśmy czasów głębokich procesów dehumanizacji istoty ludzkiej i tylko kultura, szerokie w swoim wymiarze programy kulturalne, powszechna aktywizacja społeczeństwa w obszarze kultury może być ratunkiem dla homo sapiens. Pod adresem rządzących tym światem chciałoby się zawołać:

KULTURA GŁUPCZE! KULTURA!

I w takich czasach i dla takich czasów osobowości formatu Bogusława Litwińca będą bezcenne. Bezcenne dla zachowania, ochrony i rozwoju idei humanizmu, gdyż nie gospodarka, nie technologia, ale właśnie kultura może dać człowiekowi szansę na zachowanie swojego człowieczeństwa.

Bogusławie! Pokazywałeś nam znaczenie kultury dla przyszłości Polski i Europy. Ty wyprzedziłeś czas i wskazałeś nam drogę.

 Postarajmy się Twojego przesłania, przykładu Twojego życia, życia człowieka świadomego, zaangażowanego, twórczego nie zaprzepaścić.

Żegnaj Bogusiu! Przewodniku, wizjonerze, budowniczy!

Żegnaj przyjacielu, niezawodny towarzyszu z lewicowych szeregów. Swoim życiem, swoim patriotyzmem zasłużyłeś na naszą i następnych pokoleń wdzięczność, szacunek i pamięć.

Spoczywaj w pokoju!

 

Pozwolę sobie również wykorzystać tą uroczystość, być może nadużywając chwili, ale lepszej sposobności nie mam, do zaapelowania do władz miasta Wrocławia o zorganizowanie w lokalach dawnego teatru „Kalambur” muzeum tego przybytku sztuki. Dla chwały jego twórców i Wrocławia.

Do siego roku (c.d.)

„Gdyby przyszłość wiedziała co ją czeka nigdy by nie nadeszła”

Urszula Zybura

(pierwsza kartka kalendarza „Przekroju” na 2023 r.)

Do siego roku – byśmy za 365 dni zdrowi i cali znów mogli złożyć sobie te staropolskie życzenia. Od prawieków w okolicach przesilenia zimowego ludzie próbują wniknąć myślą w przyszłość szukając odpowiedzi na najważniejsze pytanie: co im ten nowy rok przyniesie. Dzisiaj niewiele jest ważniejszych pytań od tego co przyniesie nam rok 2023. Pytanie to zadajemy sobie w okolicznościach jakże odmiennych od wszystkich towarzyszących naszym, polskim życzeniom noworocznym przez ostatnie 76 lat. Do dziś, również te składane w latach 1981 i 1982 nie były obarczone tak potężnym ładunkiem niepewności na pograniczu z trwogą.  Nie chodzi tylko o przebijającą się powoli, ale zawsze do naszej świadomości prawdę, jaką niemal rok temu prezydent Francji ogłosił swojemu rządowi, że czasy dobrobytu mamy już za sobą i czekają nas czasy ograniczeń i wyrzeczeń. Pierwszy raz od 76 lat Polska jako państwo i naród uczestniczy w wojnie toczonej bezpośrednio za naszymi granicami, na terenie Ukrainy. W wojnie pomiędzy dwoma atomowymi mocarstwami o ład gospodarczy i polityczny świata. Polska uczestniczy w niej we wszystkich możliwych formach zbrojnej działalności. Jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic polskiego rządu jest informacja o liczbie Polaków poległych na froncie ukraińsko rosyjskim. Zamiast tej informacji mamy działającą wstecz ustawę przyjętą niemal jednogłośnie przez Sejm zezwalającą obywatelom Polski na bezpośredni udział w tej wojnie bez konieczności uzyskania – jak to było dotąd – zezwolenia na taki czyn polskich władz. Chcesz – to jedź! Trudno nie odczytywać tej sejmowej decyzji jako zachęty dla młodych Polaków do przeżycia „przygody życia”, dla wielu pewnie ostatniej.

Tak, dziś już nie ma wątpliwości, że świat cały nie będzie taki sam, jak przed rokiem. A jaki będzie? W którą stronę ma zwrócić się zwykły człowiek, „the men in the bus” – jak mówią Anglicy w poszukiwaniu odpowiedzi na odwieczne pytanie: co robić, jak się zachować, aby zapewnić przetrwanie sobie i swoim potomkom?

Z pewnością nie w stronę dzisiejszej Rosji, która w uzasadnionym skąd inąd poczuciu zagrożenia dla swojego imperium zdecydowała się jednak rozpętać III wojnę światową skazując na zagładę setki tysięcy istnień ludzkich i cywilizacyjny dorobek pokoleń.

Z pewnością nie w stronę USA, współodpowiedzialnych za ukraińską tragedię.  Polityka USA względem Rosji zawsze nacechowana była obłudą i przeświadczenie, że oszukać Rosję to nic zdrożnego. Oto znamienny cytat wypowiedzi sekretarza stanu Bakera w rozmowie z Gorbaczowem na Kremlu w 1990 r. (z książki Tima Weinera „Szaleństwo i chwała. Wojna polityczna pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Rosją 1945 – 2020”):

„Rozumiemy, że nie tylko dla Związku Radzieckiego, ale i dla innych europejskich krajów ważne jest, by posiadały gwarancję, że jeśli Stany Zjednoczone utrzymają swoją obecność w Niemczech w ramach NATO, obecna militarna jurysdykcja sojuszu nie zostanie przesunięta ani o cal w kierunku wschodnim”.

Z tej jakże ciekawej książki wynika jednoznacznie, że polityczne kręgi USA zawsze świadome były tego, że rozszerzanie NATO na wschód odbierane będzie przez Rosję jako działania wymierzone przeciwko bezpieczeństwu tego kraju.

Trzy lata później USA ogłosiły doktrynę „demokratycznego powiększania NATO”, a Zbigniew Brzeziński w telewizyjnym wystąpieniu powiedział bez ogródek: „Udało się nam ich (Rosjan) oszukać”.

Jak wynika z niedawnych publicznych wypowiedzi byłej kanclerz Niemiec Angeli Merkel oszustwo wpisane było też od samego początku w spektakl pod nazwą „rokowania mińskie” w 2014 r.  Merkel wyznała, że ze strony Zachodu celem Porozumień Mińskich nie było osiągnięcie jakichś trwałych rozwiązań pokojowych na Ukrainie po antykonstytucyjnym zamachu stanu w tym kraju, ale zyskanie czasu dla przezbrojenia Ukrainy i militarnego przygotowania jej do konfrontacji z Rosją. Pytanie więc, które kiedyś postawiłem: „co zrobiono na świecie w celu uniknięcia konfliktu” w świetle rewelacji Merkel wygląda nie tylko na retoryczne, ale i głupie i naiwne. Nie tylko bowiem nie zrobiono nic w tym kierunku, ale zrobiono bardzo wiele, aby ten konflikt wybuchł. Oczywiście oszustwo jako narzędzie w polityce zagranicznej USA nie jest „zarezerwowane” dla Rosji. Wystarczy przypomnieć oszustwo na światową skalę najbliższych sojuszników USA w sprawie domniemanej broni masowego rażenia Saddama Husajna.

Oczywiście można uznać (wyboru nie ma) rolę USA jako żandarma świata. Nie można jednak w żaden sposób uznać roli USA jako przywódcy świata. Nie można choćby oglądając telewizyjne wystąpienie Bidena, wówczas jeszcze wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, w którym na luzie i z nieskrywanym zadowoleniem opowiadał, jak domagał się od prezydenta Ukrainy zmiany prokuratora generalnego, gdyż ten wszczął postepowanie przeciwko jego synowi w związku z podejrzeniami o jego niezgodną z prawem działalnością gospodarczą na terenie Ukrainy. „- Obiecał mi, że to zrobi, ale tego nie zrobił. Więc ja mu powiedziałem, że jeżeli nie zmieni prokuratora to nie otrzyma obiecanego miliarda dolarów. I bardzo szybko zmienił prokuratora na właściwego człowieka”. To prawdziwe oblicze Stanów.

Powodów, dla których Stany Zjednoczone nie powinny być punktem orientacyjnym w mglistej przyszłości jest bardzo wiele, od setek miejsc na Ziemi, gdzie zbrojne interwencje USA były przyczyną śmierci i nieszczęść milionów ludzi, do wykorzystywanie uprzywilejowanej pozycji dolara do zmuszania świata pokrywana długu wewnętrznego Stanów. Ale jedne aspekt sprawy musi zostać rozwinięty. Chodzi o stosunek USA do wspaniałego (niegdyś), unikalnego w świecie projektu pod nazwą Unia Europejska. Niezależnie kto był prezydentem USA kraj ten nigdy – wbrew oficjalnym i uroczystym deklaracjom – nie wspierał faktycznie idei Unii Europejskiej Wręcz przeciwnie – Stany zawsze zainteresowane były ograniczeniem roli Unii, wyrastającej na przełomie XX i XXI wieku na jedno z najważniejszych centrów polityczno-gospodarczych świata. Dowodów jest aż nadto, choćby bezprecedensowe zaangażowanie się administracji Trumpa w antyunijne referendum w Wielkiej Brytanii, czy ostentacyjne udzielenie politycznego wsparcia rozbijackiej dla UE inicjatywie Polski powołania UE BIS pod nazwą Trójmorze. Dziś wszystko jest już pozamiatane. Efektem wojny Rosji z USA jest polityczna, gospodarcza i militarna pacyfikacja Unii Europejskiej przez Stany Zjednoczone Ameryki Północnej.

Z tych też powodów Unia Europejska w jej dotychczasowym kształcie nie może pretendować do roli zacisznej przystani dla zwykłego człowieka. Głównie z tego powodu, że jej przywódcy okazali się dobrymi na dobre, spokojne czasy, w których mogli pielęgnować swój europejski ogród z dala od światowych zgiełków. Unia Europejska okazała się projektem „na dobre czasy” i nie zdała egzaminu w czasach złych. Nie zdała, gdyż nie osiągnęła koniecznego poziomu integracji, nie wypracowała swojej własnej strategii rozwoju, nie wykształciła polityków o cechach mężów stanu. Nie może być Unia Europejska nadzieją dla Europejczyków, kiedy jej najważniejszy polityk, przewodnicząca Komisji Europejskiej odpowiadając w Parlamencie Europejskim na interpelację francuskiej deputowanej co ta powiedzieć ma swoim wyborcom, gdy ci pokazują jej nowe, drastycznie zwiększone rachunki za energię zbywa ją w nadzwyczaj butny, arogancki sposób: „-To zapytanie pod niewłaściwy adres. Niech się Pani zwróci do Pana Putina!”.

Europa, a konkretnie Europejczycy płacą dziś bardzo wysoką cenę za brak wyobraźni i kompetencji swoich przywódców. Kryzys UE rozpoczął się wiele lat temu fiaskiem ogłoszonego w 2007 r. projektu „Europa 2020. Strategia na rzecz inteligentnego i zrównoważonego rozwoju”. Do roku 2020 w żadnym kraju nie udało się w pełni osiągnąć planowanych wskaźników. Przy średniej 55% najlepiej poradziła sobie Szwecja (76%), najgorzej Bułgaria (30%). W wiosce, w której mieszkam, położonej w powiecie wrocławskim, do dziś nie ma Internetu o gwarantowanej szybkości min. 30Mb/s, a dostarczenie Internetu o takiej prędkości wszystkim mieszkańcom Unii do 2020 r. było jednym z celów Programu. Przyczyn tego fiaska jest wiele, ale dwie są decydujące. Realizacja programu wykazała bardzo zróżnicowane podejście do jego realizacji przez kraje członkowskie. Wykazała ona brutalnie skutki braku dostatecznego poziomu integracji Unii – to czynnik pierwszy. Drugim powodem było – moim zdaniem – przyjęcie założenia, że program realizowany będzie przy znacznym zaangażowaniu sektora prywatnego. To założenie okazało się chybione, ale w okresie szalejącej globalizacji i neoliberalnego terroru, przy bardzo słabych możliwościach interwencji państw w procesy gospodarcze nie mogło być innego rezultatu. Tymczasem inne kraje, przede wszystkim Chiny, Indie, Indonezja, Brazylia poczyniły olbrzymie postępy we wdrażaniu gospodarki opartej na innowacyjności. Pandemia sars-cov2, a później wojna na Ukrainie ostatecznie pogrzebały szansę Unii Europejskiej na wpisanie się do światowej czołówki państw-liderów innowacyjności technologicznej. Dzisiaj Unia Europejska przeżywa największy w swej historii kryzys, chociaż jej liderzy starają się robić dobrą minę do złej gry i zaklinają rzeczywistość deklaracjami, że Unia ma się świetnie.

Ma się źle. Źle pod względem politycznym, gospodarczym i moralnym. Już pandemia pokazała, jak bardzo trudna jest koordynacja działalności państw unijnych w sytuacja kryzysowych. W Unii nasilają się tendencje odśrodkowe, decentralizacyjne. Dwa filary Unii: Niemcy i Francja, dotychczas ściśle ze sobą współpracujące, nie są zdolne do podjęcia jakiejkolwiek wspólnej inicjatywy. I nie jest mi żal ich przywódców Macrona i Scholza widząc, jak szamoczą się w sieci problemów, które współtworzyli, a z których nie potrafią się wyplątać. A nowe pokolenie polityków europejskich, od Wielkiej Brytanii po Mołdowę przeraża swoją infantylnością, zapatrzeniem w medialne notowania. Rozczarowuje zwłaszcza Wielka Brytania – do niedawna opoka, symbol powagi państwowej, która na czele swojego rządu postawiła osobę gotową, jak to publicznie zadeklarowała, bez żadnych wahań „przycisnąć atomowy guzik”. I Liz Truss nie jest tu wcale odosobnionym przypadkiem, rodzajem wypadku przy pracy.

Unia Europejska nie zdołała rozwiązać swojego problemu z Rosją w ujęciu strategicznym. Z jednej strony ochoczo korzystała z jej tanich zasobów naturalnych, a z drugiej bez wahania wpisywała się w politykę oszukiwania Rosji. Unia nie potrafiła wypracować reguły trwałego partnerstwa z Rosją, a takie partnerstwo na terenie euroazjatyckim byłoby nie tylko naturalne, ale przynoszące korzyści obu stronom. A teraz, gdy Rosja odwróciła się od Unii i od USA jest już za późno. Dramat Europy polega na tym, że jej szanse rozwoju gospodarczego mogą być wyłącznie związane z opcją politycznego i militarnego zwycięstwa nad Rosją, zapanowania nad jej surowcami i rynkami zbytu. To natomiast wydaje się nieprawdopodobne bez wojny nuklearnej.  Ale nawet, jeśli udałoby się to osiągnąć unikając atomowej hekatomby, to trzeba mieć na względzie doświadczenie irackie, kiedy to Stany Zjednoczone nie dopuściły sojuszników swojej agresji do irackiego tortu inwestycyjnego po zabiciu Husajna. Tym bardziej, że dzisiaj Unia Europejska jest słaba, pod każdym względem uzależniona od USA.

Cóż więc przyniesie rok 2023 w tej sytuacji? Dla Europy i Europejczyków nic dobrego o ile nie zmieni się sposób funkcjonowania Unii, skutkujący między innymi takimi osobliwościami, jak wynoszenie do godności unijnych komisarzy osób o znanych, zadeklarowanych antyunijnych przekonaniach. Unia potrzebuje nowych, odpowiedzialnych polityków, zdecydowanych na nowo podjąć wysiłki integracyjne. Postępowa Europa przeciwstawić się musi prawicowej wizji Unii Europejskiej, wizji bardzo bliskiej tak Jarosławowi Kaczyńskiemu jak Joe Bidenowi i Władymirowi Putinowi, wizji luźnej unii państw narodowych, których współpraca ogranicza się wyłącznie do kwestii gospodarczych.

Wojna na Ukrainie już przyniosła ze sobą wzrost aktywności i agresji skrajnych, często neofaszystowskich ruchów nacjonalistycznych w Europie. I tutaj dostrzegam olbrzymią szansę i odpowiedzialność europejskiej lewicy. Powinna ona wystąpić do Europejczyków z własną wizją przyszłości Unii, z wizją, celem Unii Europejskiej – socjalistycznej.

I doczekania takiej właśnie Unii, zapewne jeszcze nie w 2023 r. ale w dającej się przewidzieć przyszłości życzę wszystkim.

DO SIEGO ROKU!

„Do siego roku!” – to jedno z najpopularniejszych polskich życzeń noworocznych. Jaka jest historia tego życzenia? Skąd ono się wzięło i co oznacza? Do dziś nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Kluczem jest etymologia słowa „siego”. Słowniki języka polskiego są zgodne co do jednego: „siego” do dopełniacz zaimka „si”, reliktu języka prasłowiańskiego. Ale schody zaczynają się później. Jedne bowiem słowniki (sjp pwn) podają, że „siego” to dopełniacz starosłowiańskiego zaimka wskazującego „si”, podczas gdy inne (sjp) zaimek „si” opisują jako zaimek przymiotny. Różnica jest zasadnicza. O ile zaimek wskazujący odnosi się do przedmiotów, osób, cech z otoczenia mówiącego lub wspomniane we wcześniejszej wypowiedzi to zaimek przymiotny wskazuje przedmioty, osoby bez dokładnego ich wskazania.

Obowiązująca i poprawna polityczne i najczęściej przytaczana interpretacja życzeń „Do siego roku” wyrażona jest choćby na stronach poradni językowej Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie znajdujemy:

„Do siego roku znaczy więc ‘do tego (nadchodzącego) (podkr. JU ) roku’, dlatego przyimek do należy pisać oddzielnie z dawną postacią zaimka siego.”

Bardzo trudno jest mi pogodzić się z tą interpretacją. Wynika z niej, że przy (zastawionym) wigilijnym stole rodacy składają sobie życzenia dotrwania do nowego roku, czyli przetrwania raptem kilku dni. Paranoja.

Najstarsze interpretacje życzeń do siego  roku sięgają dzieła Kazimierza Wóycickiego „Przysłowia narodowe” (Warszawa 1830 ), w których autor pisze:

Życzenia Dosiego Roku! są powszechne w całey Polszcze. Zwyczay ten zachowywany od oyców naszych w uroczystości wigilii Bożego Narodzenia, gdy gospodarz łamiąc opłatek z rodziną swoią i czeladką życzy każdemu: Ażeby Bóg dozwolił doczekać do siego roku i nawzaiem podobne życzenia odbiera”.

Wóycicki nie mówi o doczekaniu kilku dni do 1 stycznia. Jego opis jest raczej kolejnym świadectwem powszechnego procesu zawłaszczania przez kościół katolicki obrzędów i zwyczajów podbitych wyznaniowo ludów. Dla ludów słowiańskich (i nie tylko) najważniejszą datą grudniową było zimowe przesilenie (dzisiaj pomiędzy 20 a 21 grudnia). Dzisiaj, gdyż Prasłowianie nie posługiwali się kalendarzem ściennym z Wyborczej. Wiedzieli natomiast, że od tego konkretnego wieczora dnia, a więc światła i życia zaczynało przybywać. Językoznawcą nie jestem, lecz z logicznego punktu widzenia bardziej odpowiada mi interpretacja zaimka „si” jako zaimka przymiotnego, w tym przypadku odnoszącego się NIE do roku, który jest już za progiem, ale do tego odległego, nieokreślonego. Innymi słowy życzenia „Do siego roku!” to życzenia dotrwania, przeżycia do kolejnego przesilenia zimowego, do nowej nadziei na przyszłość.

I w tym znaczeniu składam wszystkim życzenia „Do siego roku!”. Abyśmy przeżyli kolejne 365 dni (8760 godzin), abyśmy dotrwali do dnia, w którym znowu będziemy mogli takie życzenia sobie składać. Żeby mogło się tak stać potrzebować będziemy trzech rzeczy: dobrego zdrowia, szczęścia (rozumianego nie jako stanu radosnego uniesienia, ale jako stanu ducha po wyjściu bez szwanku z poważnego wypadku samochodowego) i oleju w głowie.

A nie będzie łatwo. Lecz o tym w następnym wpisie.

Oligarchia zamiast demokracji?

Określenie „oligarcha” do niedawna miało bezwzględnie negatywną konotację, zwłaszcza, gdy dotyczyło niebywale zamożnych osób, który swoje olbrzymie  majątki zdobyli uwłaszczając się na państwowym majątku Związku Radzieckiego, głównie republik rosyjskiej, ukraińskiej i kazachskiej. Takie nazwiska jak Abramowicz, Mordaszow, Lisin w Rosji czy Pinczuk, Achmetov, Poroszenko w Ukrainie to tylko wierzchołki gór lodowych, „wybitni” przedstawiciele środowiska, które, zwłaszcza w Ukrainie, nie tyko praktycznie decydowały o gospodarce tego kraju, ale i o jego polityce wewnętrznej i zewnętrznej. Źródła ich majątków często są niejasne, a oni sami oskarżani są nie tylko o okradanie własnych narodów, ale i o szerzenie korupcji na najwyższych państwowych szczeblach i bezprawia.

Jeszcze niedawno prasa światowa co jakiś czas elektryzowana była doniesieniami o konfiskacie luksusowych jachtów oligarchów rosyjskich wpisanych na listę osobna które USA i ich sojusznicy nałożyli sankcje. Ta sama prasa z dniem 24 lutego 2022 r. gwałtownie przestała pisać o skrajnie skorumpowanym świecie oligarchów i polityków ukraińskich, ale niezależne media ukraińskie donosiły o tzw. „Batalionie Monako” czyli o około 70-ciu oligarchach mieszkających z rodzinami w luksusowych warunkach w Monaco, z dala od wojennego dramatu swojej ojczyzny.

Wszystko wskazuje jednak na to, że wkrótce nastąpi istotne przewartościowanie opinii światowego mainstreamu o oligarchach, a to za sprawą osobliwej bitwy o te postaci, kolejnej bitwy wojny na Ukrainie. Niedawno jak tydzień temu otóż media rosyjskie doniosły o przygotowanym przez prezydenta Rosji pakiecie ustaw, które oligarchom rosyjskim proponować mają do wyboru dwie drogi. Pierwsza, to pozostanie w kraju i wpisanie się ze swoja działalnością w jego potrzeby, w tym zobowiązanie do zwiększenia wynagrodzeń pracownikom ich przedsiębiorstw. Lojalnym wobec rządu oligarchom gwarantować ma się między innymi bezpieczeństwo prawne w zakresie dochodzeń źródeł ich majątków. Oligarchów nielojalnych względem Kremla czekać mają konfiskaty majątków na terenie Rosji i dochodzenia w sprawie legalności źródeł majątków zdobytych w latach 90-tych ubiegłego wieku. Potwierdzeniem tych zamiarów jest odpowiedź Putina na jedno z pytań w trakcie jego konferencji prasowej, jaka miała miejsce niedawno, w której skrajnie negatywnie ocenił on rosyjskich oligarchów lokujących swoje aktywa za granicą Rosji.

Pytanie skierowane do Putina i jego odpowiedź miały najprawdopodobniej związek z równoczesnymi decyzjami ministrów finansów Belgii i Luksemburga, którzy na kilka dni odblokowali konta obywateli Rosji nieobjętych sankcjami. Uzyskali ci Rosjanie możliwość podjęcia środków ze swoich kont do dnia 7 stycznia 2023 r. Ogólna kwota tych środków to 55 mld EUR, można jednak się spodziewać, że za przykładem tych dwóch państw pójdą inne.

Działania zarówno Rosji jak i niektórych państw Unii Europejskiej w stosunku do oligarchów uważam za skrajnie niebezpieczne. Zarówno z jednej jak i z drugiej strony oznaczają one bowiem formalny podział na oligarchów „dobrych” i „złych”, przy czym tym „dobrym” obiecuje się całkowitą abolicję w przypadku przestępstw gospodarczych, finansowych i karnych dokonanych w celu zgromadzenia tego majątku. W istocie jednak takie działania oznaczają uznanie oligarchów Rosji, a jeżeli tego kraju to i innych, za pełnoprawne podmioty w życiu gospodarczym, politycznym czy społecznym bez względu na to, czy popełnili oni jakieś przestępstwa czy nie. Te działania umacniają wręcz instytucje oligarchy. Dlatego ich rola w Rosji, pewnie i w Ukrainie będzie rosła. Ale czy tylko tam? Oligarchowie, czyli osoby fizyczne władające olbrzymim majątkiem i wykorzystujące ten majątek w celach politycznych to nie tylko Rosja czy Ukraina. To również Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Turcja, Indie i wiele innych państw pretendujących do miana państw demokratycznych.

Rodzi się więc pytanie, czy roztaczanie politycznego i prawnego parasola nad najbogatszymi ludźmi na świecie nie doprowadzi w konsekwencji do ukrainizacji systemów politycznych, do formalnego uznania roli najbogatszych w kierowaniu, pod płaszczykiem demokracji, państwami i narodami bez względu na metody, jakie stosują. Czy liberalna demokracja zostanie pogrzebana na rzecz nowego ustroju – oligarchii?

Kapitalizm a stanie agonalnym

Sylwester  SZAFARZ                                                                             16.12.2022.

 KAPITALIZM  W  STANIE  AGONALNYM

GŁÓWNI WINOWAJCY:

współczesny świat został doprowadzony na skraj katastrofy i przepaści cywilizacyjnej. Winę za to ponoszą, przede wszystkim: kapitalizm (dziś zwany już neokapitalizmem) oraz liberalizm/neoliberalizm. Określam ich zbiorowym mianem winowajców. Zachodni „wynalazcy”, zwolennicy, promotorzy i realizatorzy koncepcji zawartych w tych „systemach” byli, od samego początku, święcie przekonani, że posiedli instrumenty najkorzystniejsze dla siebie (wolny rynek itp.), które powinny być rozszerzone nie tylko na ich kraje i regiony, ale także na cały świat. Podejmowali więc oni i podejmują nadal intensywne starania, aby osiągnąć ten cel, ale ich koncepcje teoretyczne i poczynania praktyczne spaliły na panewce już nie jeden raz. W iluzorycznym, bezpodstawnym i złudnym przekonaniu o znacznym ciężarze gatunkowym i bezkonkurencyjności swej siły oraz przewagi ideowej, teoretycznej i materialnej, główni winowajcy wdrażali koncepcje kapitalistyczne i liberalne raczej metodami siłowymi (Hard Power) i starali się przekonywać innych wulgarną i kłamliwą  propagandą  „poniżej pasa”. Winowajcy ponoszą  gros odpowiedzialności za wszelakie tragedie, straty i nieszczęścia, które stały się udziałem ludzkości w czasach nowożytnych z powodu wprowadzenia i lansowania przez nich z gruntu wadliwego i niefunkcjonalnego „systemu” kapitalistyczno-liberalnego. Na pewną ironię zakrawa dziś fakt, że Ameryka Północna stała się, na pewien czas, kolonią brytyjsko-francuską, zaś Ameryka Południowa hiszpańsko-portugalską. Nawet relatywnie niewielkie państewka zachodnioeuropejskie, np. Belgia i Holandia, były też kiedyś „wielkimi mocarstwami” kolonialnymi!

Spokojna acz krytyczna analiza neokapitalizmu i neoliberalizmu oraz ich oddziaływania na ewolucję naszej cywilizacji nie jest bynajmniej tylko moim „wymysłem”. Bowiem od dłuższego już czasu trwają, nawet w bastionach tych „systemów”, ożywione dyskusje na temat post kapitalizmu i post liberalizmu. Co dalej? Temat ten interesuje partie polityczne, rządy, uczonych oraz szerokie warstwy i grona społeczne całego świata. Prekursorem w tej materii był austriacko-niemiecko-amerykański wybitny socjolog i ekspert ds. zarządzania prof. Peter Drucker, który zapowiedział nadejście ery post kapitalizmu w swojej książce pt.: „The Post-Capitalist Society” opublikowanej w 1993. Definicje post kapitalizmu są jeszcze dość enigmatyczne, jak np. taka: „jest to sytuacja, w której systemy gospodarcze istniejące na świecie nie mogą już być uważane za formy kapitalistyczne.” Istnieje jednak względna zgodność poglądów, że, po pierwsze, post kapitalizm jest wynikiem spontanicznej ewolucji kapitalizmu, który stał się systemem przestarzałym. I po drugie, że jest on  rezultatem celowego działania decydentów, którzy sięgają po nowoczesne metody rozwoju gospodarczego, głównie z wykorzystaniem nauki, techniki, wiedzy i najnowszych technologii. Uważam wszakże, iż definicja i formuła post kapitalizmu powstanie w wyniku symbiozy obydwu tych przyczyn i czynników. W każdym razie w post kapitalizmie wiedza i nauka będą czynnikami kreującymi bogactwo. P. Drucker prognozował, że post kapitalizm zostanie ustanowiony do roku 2020, co okazało się być tylko jego pobożnym życzeniem.

Dotychczasowe „systemy”, jakie stały się udziałem ludzkości, a mianowicie: epoka kamienia łupanego, wspólnota pierwotna, feudalizm, wczesny kapitalizm, sowietyzm, tzw. realny socjalizm, faszyzm oraz rozliczne instytucje z okresu tych formacji, jak np.: ekspansjonizm, hegemonizm, nacjonalizm, szowinizm, anarchizm, totalitaryzm, kolonializm, militaryzacja, korupcja i in. nie wytrzymały próby czasu i potrzeb ludzkości, po czym waliły się jak przysłowiowe „domki z kart”, powodując ogromne straty ludzkie  (ponad 750 mln ofiar wszystkich dotychczasowych wojen) oraz wielkie szkody materialne i moralne. Obawiam się, że neokapitalizm i neoliberalizm spotka analogiczny los na „śmietniku historii”, bowiem cała ewolucja tych reguł, kanonów i „systemów” jednoznacznie zmierza w tym kierunku. Niniejsze opracowanie – to moje z gruntu subiektywne acz realistyczne i jednak obiektywne spojrzenie analityczne na nowożytną  rzeczywistość.  Bowiem życie nauczyło mnie dość szybko poszukiwania nagiej prawdy, zimnego realizmu i nieugiętego obiektywizmu.

Parę słów o tytule opracowania, który, zresztą, mówi sam za siebie i sygnalizuje treści, które chcę poruszyć. De facto, żyjemy z czasach kilku monstrualnych i równoczesnych  kryzysów globalnych:  politycznego, strategicznego, ekonomicznego, społecznego, ekologicznego, klimatycznego, pandemicznego i in. Każdy z tych kryzysów z osobna może okazać się zabójczy dla rodzaju ludzkiego i dla życia na Ziemi, a co dopiero one wszystkie  razem  wzięte? Ww. kryzysom makro towarzyszy multum pomniejszych kryzysów, jak np.: finansowy, surowcowy, żywnościowy, energetyczny, ideologiczny, moralny, prawicowy, religijny, międzypokoleniowy, terrorystyczny, oświatowy, rasowy i wiele innych. Doszło już do tego, że niektórzy decydenci zachodni nie chcą albo nie potrafią rozmawiać i negocjować racjonalnie z partnerami z drugiej strony barykady (casus amerykańsko-rosyjsko-ukraiński jest niezwykle wymowny i niebezpieczny w tym względzie). A rozmawiać trzeba – także dla dobra decydentów i społeczeństw zachodnich!

A teraz  kilka  tzw. globalnych danych makroekonomicznych, tytułem przykładu i dla uzasadnienia opinii, oceny i tezy o bezprecedensowej szkodliwości owej mnogości kryzysowej oraz impotencji negocjacyjnej dla rodzaju ludzkiego. I tak, według stanu na dzień 09.12.2022 r., liczba chorych na COVID – 19 w świecie wyniosła  652.454.528 osób, a liczba zgonów  – 6.654.472 (wiarygodne dane dla Polski: liczba zachorowań – 6.356.079, a liczba zgonów – 118.371 oraz  dla  USA – odpowiednio: 101.213.638 i 1.109.394) [1].  Zaś jeśli chodzi o  globalny kryzys gospodarczy, to stopa wzrostu światowego produktu brutto, ŚPB, na 2022 r. prognozowana  jest na 3,3%  i na 2,1 % w roku 2023. Z kolei, stopa „wzrostu” PKB gospodarki USA w roku 2022  wyceniana jest na 1,6% i zaledwie na 1,0%  w roku 2023. Zaś jeśli chodzi o Polskę – to wartość stopy wzrostu PKB w roku 2022 szacowana jest na 4,6% i tylko na 0,7% w roku 2023 – czyli o dużo za mało w każdym z ww. przypadków [2].

Głównymi celami winowajców były i są niezmiennie: maksymalizacja zysków wielkiego kapitału, osłabienie lub unicestwienie przeciwników (rywali) oraz kompleksowe i na zasadach  monopolistycznej wyłączności  panowanie nad światem skapitalizowanym i zliberalizowanym wedle recept zachodnich. Jeszcze na długo przed I rewolucją przemysłową Zachód podjął wielką ekspansję w skali globalnej, której skutkiem były znane odkrycia geograficzne, skolonizowanie rozległych obszarów kuli ziemskiej i brutalne eksploatowanie obywateli (np. niewolnictwo) oraz rabowanie bogactw naturalnych kolonii. Mocarstwa kolonialne zbogaciły się po uszy w tym procesie, ale kolonizacja doprowadziła w końcu do dekolonizacji (po II wojnie światowej). Była to pierwsza kompromitująca porażka rabusiów i dowód makro na to, że ich „systemy” i poczynania nie zdają egzaminu w praktyce. Jak można by dopasować analizowane „wzorce”  zachodnie do specyfiki takich państw islamsko-fundamentalistycznych jak: Arabia Saudyjska, Iran, Afganistan i in.? Nie ma takiej możliwości! Choć nadal niektórzy spośród  kolonizatorów (np. Francja, W. Brytania, Holandia i in.) zachowują resztki „swych posiadłości” pokolonialnych tu i ówdzie na kuli ziemskiej, to jednak zmuszeni są oni do tego, aby kajać się przed tamtejszymi władzami i narodami oraz… oddawać zrabowane dzieła sztuki. Swoistym kuriozum w naszych czasach  jest też sztuczne i teatralne utrzymywanie przy życiu Brytyjskiej Wspólnoty Narodów ( the British Commonwealth of Nations).

W czasach nowożytnych winowajcy starali się panoszyć nadal w świecie (np. wojny napoleońskie, inwazja kilku kolonialnych mocarstw zachodnich w Chinach, pokonanie kolonizatorów w Ameryce Północnej i in.); ale ichnie „systemy”, koncepcje i praktyki napotykały na coraz większy sprzeciw i opór polityczno – społeczny (np. utworzenie USA i wielu innych państw niezależnych w Ameryce Północnej, Środkowej i Południowej, wiosna  ludów, rewolucja francuska, rewolucja chińska, rewolucja bolszewicka itp.). Winowajcy usiłowali bronić się przed coraz silniejszą falą oporu społecznego i sięgali po znacznie brutalniejsze formy i metody przeciwdziałania. Takoż ponoszą oni główną odpowiedzialność za doprowadzenie do wybuchu  I wojny światowej, do wielkiego kryzysu globalnego z przełomu lat 20-tych i 30-tych XX wielu oraz do II wojny światowej. Takimi to bezwzględnymi metodami ekonomiczno-militarnymi (Hard Power) siły kapitalizmu/liberalizmu starały się ratować własną skórę, ale nie uniknęły swej drugiej totalnej i globalnej porażki systemowej.

Euforia sojuszników i zwycięzców po wygraniu II wojny światowej szybko uleciała w kosmos, gdy tylko  przemienili się oni w zawziętych przeciwników, którzy nieomalże doprowadzili do III wojny światowej, tym razem rakietowo-nuklearnej (preteksty: wojna koreańska i wietnamska, kryzys kubański itp.).Nastała  nieuchronnie   „I zimna wojna”, intensyfikacja wyścigu zbrojeń (sławetne reaganowskie  „ gwiezdne wojny”, „Star Wars”, ZSRR jako „imperium zła”, wojna z terroryzmem = War on Terror itp.). Szalała też wojna informacyjno-propagandowa, która może być traktowana jako protoplasta współczesnych wojen hybrydowych. Ukształtował się dwubiegunowy i nietrwały układ sił na świecie: USA – ZSRR, kapitalizm – „socjalizm”, liberalizm – sowietyzm. Jaki taki pokój światowy utrzymywał się na zasadach  „równowagi strachu” i  obaw obydwu Stron przed zagładą, bowiem każda z nich, gdyby została  zaatakowana, miała możliwość zadania druzgocącego ciosu odwetowego. W takiej to ponurej atmosferze można było jednak odnotować pewne pozytywne przebłyski poprawy i nadziei, jak np.: normalizacja stosunków ChRL – USA, KBWE w Helsinkach, radziecko-amerykańskie narady i spotkania „na szczycie” i na wysokich szczeblach, układy rozbrojeniowe, także denuklearyzacyjne, zjednoczenie Niemiec oraz Wietnamu i in.

Rozpad ZSRR i jego samorozwiązanie, dnia 26.12. 1991 r., doprowadziło jednocześnie do upadku systemu dwubiegunowego w świecie oraz do utworzenia nieformalnego, ale faktycznego systemu jednobiegunowego (USA). Wówczas to wielkie i egocentryczne mocarstwo, główny promotor neokapitalizmu, neoliberalizmu i hegemonizmu światowego, poczuło wiatr w swoich żaglach i przystąpiło ponownie oraz w bezprecedensowej skali do realizacji swych surrealistycznych zamiarów i planów dominacyjnych. Stosowano też metody Soft Power: eksport amerykańskiej „demokracji” i stylu życia, „kolorowe rewolucje” w krajach post radzieckich, amerykanizacja wszystkiego, co się dało oraz wypróbowaną metodologię Hard Power: wojny w Afganistanie, w Libii, w Iraku, na Bałkanach, w Syrii, czy też ostatnio wojna  per procura z Rosją o Ukrainę. Znamienne, że żadna z tych wojen nie została wygrana przez winowajców. Nasiliły się prowokacje i  nękanie Chin przez USA pod różnymi pretekstami, choć niedawne rozmowy najwyższych przywódców na indonezyjskiej wyspie  Bali i kontakty innych wysokich urzędników państwowych z obydwu Stron stanowią iskierkę nadziei na poprawę sytuacji w stosunkach między obydwoma wielkimi mocarstwami. Póki co jednak zasadna jest dość powszechnie lansowana w świecie teza o II „zimnej wojnie”, a nawet o ryzyku wybuchu III wojny światowej. Nieodpowiedzialne  doprowadzenie do takiej sytuacji jest trzecią kolejną historyczną klęską neokapitalizmu i neoliberalizmu, których marsz ku ichnim celom globalnym przypomina raczej szarpaninę, kroczenie po omacku – z polityczną  fata morganą lub z globalną katastrofą na horyzoncie.

W naszych czasach (i w całej historii cywilizacji ludzkiej) negatywy (i straty) „rozwojowe” znacznie dominują nad pozytywami (i korzyściami). W wyniku poczynań winowajców ogólny (całościowy) bilans dokonań naszej cywilizacji, również w czasach nowożytnych, jest ujemny/negatywny. Jeśli coś udało się im osiągnąć (np. kolonizacja, odkrycie i rozwój Ameryki, dekolonizacja, postęp naukowo-techniczny i in.) to – jakże często – w wyniku… wojen lub przygotowań do wojowania. Koszty uzyskania osiągnięć są więc nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do ich łącznych  wartości i korzyści. Teraz jednak bez porównania większa i  groźniejsza jest dysproporcja i skala tego zjawiska (np. „demokratyzacja” czy „amerykanizacja” Iraku, Afganistanu, Libii, Egiptu, Syrii, Jemenu i in. czy nawet Ukrainy, Polski i wielu innych państw za cenę zadłużenia, morza krwi, strat i Himalajów zniszczeń). Tym bardziej, że USA i Zachodowi chodzi, przy tym, o własne interesy ekonomiczne i strategiczne, o osłonę Izraela, o ropę naftową, o gaz, o inne surowce (np. metale ziem rzadkich) a nie o „demokratyzację” a l’americaine producentów tych surowców i innych uległych partnerów.

Globalny system jednobiegunowy (USA), który powstał na gruzach systemu  dwubiegunowego, przyniósł jednak fatalne owoce dla naszej cywilizacji  (wojny regionalne, kryzysy światowe, pandemię, niebezpieczny i wybuchowy wzrost  napięcia na arenie międzynarodowej i in.). USA uwierzyły, wprawdzie na krótko, w swoją dominację, dyktaturę, nieomylność i niezwyciężoność w świecie, usiłując wprowadzać w nim American Democracy i Pax Americana. W wyniku tego, Stany Zjednoczone wywołały kolejne wojny: w Zatoce Perskiej, w Afganistanie, w Iraku, w Syrii, w Jemenie, na Bałkanach, na Ukrainie i in. oraz wojny hybrydowe i antyterrorystyczne. Nie wygrały jednak  żadnej z tych wojen. Ubocznym efektem irracjonalnej westernizacji, szczególnie Pax Americana, jest także ogromna fala rewolucji i ruchów społecznych w państwach islamskich Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu oraz morze krwi przelewanej np. w Libii, w Syrii, na Bałkanach, w Iraku, w Palestynie, w Jemenie, w Afganistanie, w Pakistanie, na Ukrainie i in. Plus dramat emigrantów (łącznie 281 mln osób) i uchodźców (już  ponad 100 mln – jak wynika z danych i prognoz Wysokiego Komisarza ONZ  ds. Uchodźców na 2022 r.).

 KARDYNALNE  BŁĘDY:

W pierwszych dziesięcioleciach XXI wieku poziom napięcia globalnego znów poszedł niebezpiecznie do góry, tym bardziej, iż sytuacja pogorszyła się również na Dalekim Wschodzie, szczególnie w kluczowych stosunkach rosyjsko-amerykańskich i chińsko-amerykańskich. Jednym słowem, żyjemy nerwowo w czasach wielkich bezprecedensowych zagrożeń, dylematów, strat i paradoksów. Takie są „zasługi” winowajców a – faktycznie – ich zbrodnie przeciwko całej ludzkości. Oto kilka przykładów chyba najbardziej szokujących spośród  nich w globalnej skali makro:

  1. pokój – wojna. Niby nie doszło III wojny światowej w starym stylu, choć nie ma pewności, że już nigdy do niej nie dojdzie w nowym stylu?! Ale w okresie po II wojnie, było zaledwie kilka tygodni rzeczywistego pokoju, kiedy nigdzie nie grały armaty i rakiety oraz nie lała się krew. Obecnie trwa też wiele (ponad 50) wojen domowych regionalnych i lokalnych oraz dość liczne „branżowe” wojny światowe: ekonomiczna, surowcowa, żywnościowa, energetyczna, informatyczna, a także terrorystyczna (zwyczajny terroryzm walczy z terroryzmem państwowym i vice versa);    
  2. odprężenie – napięcie. Chyba najbardziej dosadnym zewnętrznym wyrazem ilustrującym ewolucję pogarszającej się sytuacji w łonie społeczności ludzkiej są fluktuacje poziomu napięcia w stosunkach międzynarodowych. Nie dysponujemy niezawodnymi instrumentami pomiarowymi owego poziomu i jednoznacznymi wynikami badań tego rodzaju. Można podawać jedynie przybliżone dane, na które składa się suma (wypadkowa) przeróżnych czynników generujących wzrost lub obniżanie poziomu napięcia. Pokojowa przyszłość naszej cywilizacji znów zawisła na włosku i wisi na nim w dalszym ciągu. Póki co, dominują głosy o nowej „II zimnej wojnie”, choć wypowiedzi o prawdopodobieństwie „wojny gorącej” jest też coraz więcej. Ów poziom napięcia kształtuje się nadal sinusoidalnie, ale jego wypadkowa (w linii prostej) unosi się jednoznacznie ku górze;
  3. nędza – bogactwo. Stale pogłębia się przepaść między biegunem nędzy a biegunem bogactwa w poszczególnych krajach i w skali światowej. Kryzysy globalne nasiliły to zjawisko. Według najnowszych danych Banku Światowego – w państwie Luksemburg występuje największy PKB per capita – 141.587 USD (!); zaś najniższy – w państwie Burundi – zaledwie 865 USD (dla porównania PKB per capita w USA wynosi obecnie 69.288 USD). Kilka  miliardów ludzi dysponuje śmieszną kwotą 1 – 2 USD na dzienne utrzymanie, zaś, nawet w czasach pandemii, fortuny kilku procent  bogaczy wzrosły niebotycznie. Znane hasło alterglobalistów amerykańskich: „99% biednych i 1% bogatych w USA i na świecie” jest prawdziwe lub bliskie prawdy;
  4. humanizm – zezwierzęcenie. W zastraszająco szybkim tempie postępuje dehumanizacja, degeneracja moralna oraz brutalizacja stosunków międzyludzkich i międzynarodowych. Człowiek oraz jego dobro i życie liczy się coraz mniej. Znów szeroko cytowane starożytne powiedzenie: „homo homini lupus est” nabiera teraz przerażających rozmiarów i tragicznego wydźwięku. Człowiek oddala się coraz bardziej od swego ideału/pierwowzoru stworzonego przecież „na obraz i na podobieństwo boże”. To wynik neoliberalnej ideologii pieniądza i związanej z nią praktyki, nędzy szerzącej się w świecie, braków surowcowych, żywnościowych i enegretycznych oraz powszechnej anarchizacji, degradacji, demoralizacji życia i ludzi, szczególnie przy pomocy zdradliwego internetu, opacznej edukacji oraz sprzedajnych, prowokacyjnych i stronniczych mediów. Na tym gruncie nasilają się coraz bardziej wyraziste zjawiska nacjonalistyczne, fundamentalistyczne, faszyzujące i terrorystyczne;
  5. postęp – zacofanie. Jest to chyba najbardziej niepojęty z wielkich paradoksów cywilizacyjnych. Bowiem imponujący współczesny postęp naukowo – techniczny i praktyczne zastosowania jego owoców poprawiają sytuację tylko nielicznej grupy Ziemian (majętnych, wpływowych i utalentowanych); podczas gdy przygniatająca większość spośród nich pogrąża się coraz bardziej w otchłani tzw. wykluczenia (głód, choroby, bezrobocie, analfabetyzm, ciemnota, prześladowania, emigracja, destrukcja środowiska naturalnego, zmiany klimatyczne, ekstremalne zjawiska pogodowe, brak czystej wody, korupcja i in.). Współczesnych paradoksów tego rodzaju jest znacznie więcej.

Główny wniosek ogólny z tego wynikający jest jednak dość przygnębiający bowiem sytuacja ludzi i innych istot żywych na Ziemi oraz całej naszej planety – jako instytucji kosmicznej – pogarsza się nieustannie i coraz bardziej wraz z upływem czasu. Tymczasem, zdecydowanej większości Ziemian, ciągle żyjących w błogiej nieświadomości i, nierzadko, nadmiernie przemądrzałych, wydaje się nadal, że jest wręcz odwrotnie, czyli coraz lepiej!? Z tym wszakże, iż neoliberalny nakaz „życia na kredyt” prowadzi jedynie do iluzorycznego „dobrobytu” na krótką metę.  Dotyczy to, w szczególności, pokolenia kryzysowego (30-to i 40-tolatków), licznych tzw. lemingów i lemurów, szaro komórkowych analfabetów i półanalfabetów, młodych i wiecznie młodych internautów oraz półinteligentów ślizgających się leniwie po powierzchni zjawisk zamiast ich zgłębiania. Jednym  słowem, wszystkich tych (i im podobnych), których Pan Mario Monti, były premier włoski, określił mianem „zmarnowanego (straconego) pokolenia” („generazione  perduta”), w wykładzie  dnia 23 sierpnia 2012 r., w Rimini.

ZANIEDBANIA GLOBALNE :

     Jeśli zaś chodzi o kwestie merytorycznie bardziej szczegółowe, które uległy znacznemu pogorszeniu w okresie globalnego panoszenia się winowajców, którzy ponoszą za to całkowitą odpowiedzialność nie tylko „przed Bogiem i przed historią”, to niech mi będzie wolno wyeksponować następujące sprawy:

  1. Wykroczenia geopolityczne. W tym zakresie, największym problemem i niebezpieczeństwem zarazem jest notoryczny brak efektywnego i optymalnego ładu międzynarodowego oraz efektywnego systemu (ustroju) polityczno – społecznego w poszczególnych krajach (z nielicznymi wyjątkami, typu Chiny, Szwajcaria czy, jeszcze do niedawna, państwa skandynawskie). Można wręcz stwierdzić, iż pożądany i funkcjonalny sprawiedliwy i pokojowy ład międzynarodowy nie istniał nigdy w całej historii naszej cywilizacji. Ciągle walczy się o „nowy ład”, a przecież odpowiedniego starego ładu jeszcze nie było! Natomiast panował prawie powszechny „nieład” na świecie. Jeśli by istniał optymalny i efektywny ład międzynarodowy, to nie byłoby tylu wojen oraz tylu nieobliczalnych (niepotrzebnych)  ofiar i  strat, a rozwój świata dokonywałby się w normalnym trybie i dla dobra wszystkich Ziemian.

Wielcy wodzowie starożytności i średniowiecza, a później: Napoleon, Hitler, Stalin,  czy Reagan usiłowali tworzyć „łady” regionalne czy światowe na miarę swej wybujałej wyobraźni oraz ambicji supermocarstwowych i hegemonistycznych, ale żaden z nich nie przetrwał zbyt długo. Również w okresie postjałtańskim pojawił się układ sił (ład) dwubiegunowy i jednobiegunowy, ale one oba także wylądowały na śmietniku historii. Doczekaliśmy się czasów, kiedy – zamiast sensownego ładu światowego  –  mamy pustkę systemową i anarchizujący nieład globalny w tej mierze. Obłudne i nieskuteczne poszukiwania ładu (np. na forum ONZ) trwają nadal, choć mało kto wie, jak ów ład ma wyglądać? Uzasadnione  nadzieje należy wiązać jednak z wielobiegunowym (multilateralnym) układem sił na świecie, pojawiającym się już na horyzoncie. Tworzą się nowe ośrodki siły i lokomotywy (pomyślniejszego?) rozwoju naszej cywilizacji: Chiny, Szanghajska Organizacja Współpracy, BRICS, ASEAN, Unia Afrykańska, państwa arabskie, południowo amerykańskie i in. Jednak, mimo zapału i entuzjazmu promotorów, kreowanie ładu wielobiegunowego następuje powoli i napotyka na ogromne przeszkody, głównie w postaci ww. wzrostu napięcia międzynarodowego i kryzysów globalnych oraz oporu materii ze strony starego antysystemu.

Istotnym elementem obecnego nieładu międzynarodowego są tzw. organizacje pozarządowe (NGOs = Non-Governmental Organizations). Ich liczby idą w miliony. Niestety, ilość nie poprawia jakości ich działania. Wręcz przeciwnie. Liczba NGOs funkcjonujących na arenie międzynarodowej wynosi już ponad 70.000. Zaś w skali krajowej jest ich znacznie więcej: Indie – 3,5 mln (!); USA – 1,5 mln; Rosja – 277.000 itp. Nie ma praktycznie dziedziny życia, bytowania i pracy, w której nie funkcjonowałyby NGOs. Ich działalność jest jednak bardzo mało efektywna; razi w niej dublowanie i brak koordynacji poczynań. Dlatego też, w rzeczywiście nowym ładzie międzynarodowym, przestarzały, anachroniczny i rozdęty system NGOs wymagałby radykalnej redukcji, optymalizacji i uzdrowienia. Organizacje te powinny skutecznie pomagać społeczeństwom i ludziom w potrzebie, państwom, rządom i całemu światu w rozwiązywaniu wielkich problemów i wyzwań współczesności.

Radykalnych reform i sanacji wymaga także niewydolny system rządowych organizacji międzynarodowych, szczególnie ONZ (i tzw. United Nations Family). Powstały one w diametralnie odmiennej sytuacji, niekiedy jako „bękarty zmowy jałtańskiej”. I od tamtej pory się nie zmieniły. Pozostały one, w zasadzie, tylko forum dyskusyjnym i propagandowym, maszynką do głosowania i, przez długi czas, potulnym elementem w prowadzeniu polityki globalnej USA. Nie może dalej być tak, że postjałtańscy stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ dysponują nadal prawem weta i decydują samowolnie za innych. Skład Rady nie odzwierciedla współczesnego układu sił na świecie (Indie, Japonia, Australia, Iran, RPA, Nigeria, Brazylia, Niemcy, Kanada itp.?). Wielkie, wręcz monstrualne koszty utrzymania ONZ i innych organizacji międzynarodowych nie przekładają się na pożądane efekty ich działalności. Np. szokuje brak efektywności, opieszałość i impotencja ONZ w sprawach bliskowschodnich, strategicznych, ekonomicznych, ekologicznych, społecznych, terrorystycznych, w kwestiach wojny i pokoju oraz w wielu innych. „Medice cura te ipsum” („lekarzu wylecz się sam”) – chce się powiedzieć.

Na ogólny nieład światowy nakłada się, co gorsza, brak odpowiedniego i optymalnego systemu (ustroju) w poszczególnych krajach (z ww. nielicznymi wyjątkami). W okresie  pre– i post jałtańskim, następujące po sobie systemy waliły się jak domki z kart: neokapitalizm, liberalizm, faszyzm, sowietyzm i, wreszcie, amerykański neokapitalizm i skrajny neoliberalizm. Właśnie ów liberalizm i neoliberalizm („niewidzialna ręka rynku” itd.) wywołały trzy wielkie kryzysy globalne, z których pierwszy doprowadził do II wojny światowej. Na palcach jednej ręki można by policzyć dziś te państwa (spośród ponad 200-tu istniejących), które dysponują klarownym, optymalnym i efektywnym systemem polityczno-społeczno-gospodarczym. Nie ma go nawet w USA! Tragiczny to bilans „ewolucji systemowej” naszej cywilizacji w okresie minionych 5.000 – 7.000 lat! Także  w tej sferze występuje obecnie dotkliwa i bardzo niebezpieczna luka systemowa, która powinna trwać jak najkrócej, ale usuwanie której wydłuża się w nieskończoność. Fachowcy, szczególnie z wpływowych kręgów socjalistycznych, pytają: co ma być po skrajnym neoliberaliźmie? Autentyczna demokracja? Społeczna gospodarka rynkowa? Model chiński? Model szwajcarski? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to kardynalne pytanie. W każdym razie, nasza cywilizacja wkroczyła już  nie tylko w post kapitalistyczny lecz również w post amerykański etap swego rozwoju; są przeto niemałe szanse na to, że będzie on lepszy od poprzednich etapów. Ale kiedy?

Winowajcy, jako przykładni egoiści i egocentrycy, nie zrobili nic poważnego i nic ważnego  dla kompleksowego uregulowania ww. i wielu innych pierwszoplanowych problemów geopolitycznych. Szwankuje zarządzanie nimi. Usprawnienia wymaga ożywienie dialogu, negocjacji, współpracy, poszanowania wzajemnego i normalizacja stosunków oraz zmniejszenie i wyeliminowanie dysproporcji i przepaści na linii Wschód – Zachód i Północ – Południe. Wydaje się wszakże, iż – w okresie przejściowym,  można by zaproponować światu szwajcarsko-skandynawski model demokracji, polityki zagranicznej i społecznej gospodarki rynkowej, w odniesieniu do krajów rozwiniętych i do niektórych emerging nations; zaś model chiński, z odpowiednimi modyfikacjami, pasowałby do państw rozwijających się (i nie tylko). W tym kontekście, dość karykaturalnie prezentują się pozorowane starania niektórych ludzi i instytucji, szczególnie ONZ, ws. wprowadzenia tzw. zrównoważonego rozwoju (sustainable development). Na ogół, kończy się to gadulstwem na kosztownych konferencjach światowych (np. w Monterrey, w Johannesburg’u, w Paryżu. w Szarm el-Szeik itd.) oraz brakiem konkretnych poczynań realizacyjnych. Szkoda, bowiem sama idea zrównoważonego rozwoju (społeczno-gospodarczo-ekologicznego) jest dobra i odpowiednia celem rozwiązywania wielkich problemów naszych czasów. Ale, póki co, niemożliwa do praktycznego urzeczywistnienia w skali ogólnoświatowej – z uwagi na ww. przeszkody ze strony winowajców i egocentryków oraz  brak środków i konflikty żywotnych interesów pomiędzy państwami.    

  1. Niedowład geostrategiczny: w świetle trwającej indolencji winowajców oraz systematycznego pogarszania się sytuacji Ziemian i Ziemi wymienić należy na pierwszym miejscu odwieczną skłonność natury ludzkiej do „rozwiązywania” istniejących problemów, sporów i konfliktów przeważnie metodami siłowymi (niepokojowymi – Hard Power). Winowajcy są mistrzami w tej branży. Jednak, o ile kiedyś metody te nie stanowiły aż tak wielkiego zagrożenia dla całej ludzkości i dla życia na Ziemi, to obecnie, poczynając od Hiroszimy, od Nagasaki i od… pandemii COVID -19 kryją one w sobie śmiertelne niebezpieczeństwo dla wszystkich. Hard Power (siła oręża), wielkie i coraz nowocześniejsze potencjały militarne wielkich mocarstw oraz wizja  ich konfrontacji stanowią jedno z największych zagrożeń dla przetrwania (survival) i dla życia na Ziemi. Obok wyżej wymienionych, kolejnym wielkim paradoksem naszych czasów jest fakt, iż postęp naukowo – techniczny oraz najwspanialsze wynalazki geniuszu ludzkiego i sztucznej inteligencji (komputerowo – robotowej) dokonywane są, z reguły i w pierwszym rzędzie, z myślą o ich szerokich  zastosowaniach militarnych (np. bomby nuklearne, satelity szpiegowskie, rakiety hipersoniczne, internet, nanotechnologie, robotyzacja pola walki, drony, działa elektromagnetyczne, wojny hybrydowe, perspektywy wojen kosmicznych i in.
  2. Doktryny militarne. W okresie postjałtańskim, największe skłonności agresywne i wojownicze wykazywały niezmiennie: USA, ZSRR, Izrael oraz byłe mocarstwa kolonialne W. Brytania i Francja. Pozostali czołowi agresorzy, szczególnie Niemcy i Japonia, byli raczej potulni po swej wielkiej klęsce w II wojnie światowej. Jestem jednak przekonany, iż nie powiedziały one jeszcze ostatniego słowa w tej mierze. Niemcy posiadają już jedną z najnowocześniejszych armii świata. Zaś Japończycy przekształcają swe „siły samoobrony” w regularną i też bardzo nowoczesną armię. Starożytna zasada: „si vis pacem, para bellum” („jeśli chcesz pokoju, to szykuj się do wojny”) stosowana jest nadal w całej rozciągłości. Towarzyszy temu przyspieszona ewolucja i modernizacja doktryn militarnych (praktycznie) wszystkich państw, szczególnie supermocarstw, NATO, Wspólnoty Niepodległych Państw czy Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Od konferencji jałtańskiej do upadku systemu jednobiegunowego, względny pokój światowy był utrzymywany na zasadzie odstraszania broniami masowej zagłady, równowagi strachu oraz koncepcji tzw. MAD (Mutually Assured Destruction = zapewnione wzajemnie zniszczenie). Tzn., iż, państwo zaatakowane np. bronią rakietowo-nuklearną, miałoby jeszcze dość sił i środków, aby zadać niszczycielski cios odwetowy stronie atakującej. Były (i są) to doktryny nonsensowne, absurdalne i bardzo niebezpieczne.

Gwałtowny postęp w zakresie technologii i techniki militarnej, komputeryzacja i robotyzacja pola walki, straty poniesione w wyniku kryzysu globalnego, militaryzacja gospodarki celem odrabiania tych strat, rywalizacja o surowce, o rynki zbytu i in. sprawiają, iż siły zbrojne poszczególnych państw, w szczególności najbardziej agresywnych supermocarstw, elastycznie i pospiesznie modyfikują swe doktryny militarne – stosownie do nowych uwarunkowań. Istota tych zmian polega, przede wszystkim, na uzyskaniu niezawodnej możliwości zadania od razu nokautującego ciosu przeciwnikowi, na maksymalnym odsunięciu potencjalnego pola walki od własnego terytorium  oraz na stosowaniu tzw. udrzeń wyprzedzających (pre-emptive strikes). W przypadku realizacji takich doktryn w praktyce, polem walki może stać się cała Ziemia.

W oparciu o nie, US Army walczyła z przeciwnikami w odległym Afganistanie, a władze Stanów Zjednoczonych nadal usiłują odwracać uwagę Amerykanów od poważnych problemów wewnętrznych, narzucać Pax Americana innym, szczególnie na Bliskim i Środkowym Wschodzie oraz powracać, de facto, do nierealnej już roli supermocarstwa jednobiegunowego (np. trumpowska America First and Make America Great Again Policy). Nie jest to jednak możliwe, z uwagi na osłabienie USA w wyniku horroru kryzysowego i na zmianę układu sił w świecie na ich niekorzyść. Inne supermocarstwa, szczególnie Chiny i Indie, podchodzą nadspodziewanie spokojnie do awanturniczej i wojowniczej polityki USA, np. w kwestii Afganistanu, Iraku, Egiptu, Syrii, Ukrainy i in. Jest to bowiem polityka samobójcza, w związku z czym nie trzeba i należy „pomagać” Waszyngtonowi w jego dążeniu do popełnienia samobójstwa, jeśli tylko on sam tego tak bardzo pragnie! Co gorsza, wielomiliardowe i mało efektywne nakłady na wojowanie pogarszają katastrofalną sytuację budżetową w USA oraz zwiększają ich łączne zadłużenie do niebotycznych rozmiarów (skumulowane długi Stanów Zjednoczonych: państwowy (publiczny), korporacyjny, konsumencki, zagraniczny i ukryty –  sięgają już około 21 bln USD, czyli prawie równowartość PKB, która, w 2021 r., wyniosła 20,9 bln USD). [3].

  1. Nowoczesne zbrojenia. Na początku XXI wieku świat wkroczył w nową – jakościowo – fazę wyścigu zbrojeń. Zdawać by się mogło, że upadek Związku Radzieckiego i systemu dwubiegunowego osłabi nieco tempo tych zbrojeń. Tak się jednak nie stało. Globalne nakłady na cele militarne oscylowały na poziomie ponad 2 bln USD rocznie; dokładnie – 2,113 bln USD – w roku 2021 [4]. Same Stany Zjednoczone przeznaczyły na te cele około 801 mld USD (suma ta może ulec zwiększeniu z uwagi na pomoc finansową i zbrojeniową USA dla Ukrainy), Chiny – 293 mld USD, a Rosja – 65,9 mld USD. Wyścig był stymulowany przez wojny rozpętane i prowadzone przez USA, szczególnie w Iraku, w Syrii  i w Afganistanie, wojnę o Ukrainę oraz przez ogólny wzrost napięcia międzynarodowego i przez zjawiska kryzysowe. Te ostatnie zmusiły rządy do niewielkich cięć i oszczędności w budżetach wojskowych, ale i tak utrzymują się one na bardzo wysokim poziomie. De facto, zdecydowana większość krajów, także najbiedniejszych, podnosi  swe nakłady na cele militarne. Za nową jakość uzbrojenia trzeba płacić znacznie więcej niż za starą ilość i jakość (np. duża liczebność „siły żywej”, ciężkiej broni pancernej, artylerii, samolotów, okrętów bojowych itp.); ich udział w nowoczesnych siłach zbrojnych będzie ograniczany do niezbędnego minimum. Prym w wyścigu modernizacyjnym w zakresie sił zbrojnych wiodą: USA, Rosja, Chiny, Japonia, W. Brytania, Izrael i in. Poza klubem nuklearnym, już kilkadziesiąt państw świata może wejść w posiadanie tej czy innych broni masowej zagłady, także  kosmicznych, psychotropowych czy neurologicznych.

Ww. sumy mogą jednak nie wystarczyć na finansowanie przestawiania sił zbrojnych na nowe tory jakościowe, szczególnie na komputeryzację i na robotyzację pola walki. Jej dobitną ilustracją są już rakiety samosterujące (np. typu tomahawk), inne precision guided missiles oraz tzw. drony (drones = samoloty bezzałogowe). Uderzają one z dużej odległości w wyznaczone cele z ogromną precyzją i siłą. Następuje szybko doskonalenie (i miniaturyzacja) wszelkich broni masowej zagłady, środków jej przenoszenia, przy jednoczesnym zwiększaniu mocy uderzeniowej i niszczycielskiej oraz militaryzacja przestrzeni kosmicznej. Istnieje ryzyko, iż mądre roboty i komputery oraz inne instrumenty bazujące na sztucznej inteligencji, mogą wymknąć się  spod kontroli człowieka, wydawać rozkazy same sobie i wówczas totalna zagłada życia na Ziemi byłaby prawie nieunikniona. Zdaniem strategów izraelskich, siły zbrojne tego państwa potrzebują około pięciu lat na ich całkowite przestawienie się na nowe tory jakościowe oraz na kompleksowe unowocześnienie. Liczą oni na to, iż – w ww. okresie czasu – islamscy sąsiedzi (Syria, Egipt, Irak, Iran, Libia, Liban, Jemen, Palestyna i in.) nie będą w stanie zaatakować Izraela – z uwagi na trudności gospodarcze oraz niepokoje i perturbacje społeczno-polityczne w tych krajach. W tym sensie, owe niepokoje są bardzo na rękę państwu żydowskiemu, które podsyca ten ferment islamski.

  1. Wojny z terroryzmem. Niestety, sprawdziły się w znacznym stopniu prognozy futurologów izraelskich (sprzed kilkudziesięciu lat) nt. zasadniczej zmiany charakteru przyszłych wojen – nie państwo z państwem, nie armia z armią, nie grupa państw z grupą państw, nie koalicja armii z koalicją armii itp.; lecz państwa (armie) z siłami terrorystycznymi i vice versa. Punktem zwrotnym na gorsze w tych przemianach i procesach był dzień 9 września 2001 r. (tzw. nine-eleven) – atak samolotami pasażerskimi na 2 wieżowce World Trade Center w Nowym Jorku i na inne obiekty w USA. Okoliczności tego ataku nie zostały jeszcze wyjaśnione do końca. Nawet wielu obywateli amerykańskich nie kryje swych wątpliwości w tym względzie. Niemniej jednak władze USA uznały to za wygodny pretekst do intensyfikacji swej globalnej wojny z terrorystami (war on terror). Ze zwiększającą się intensywnością trwa ona już kilkanaście lat. Ale konsekwencje tej konfrontacji globalnej są, póki co, bardzo odległe od oczekiwań i zamiarów promotorów amerykańskich i zachodnich – w ogólności.

Żaden kraj i żadne społeczeństwo nie jest już wolne od zagrożenia terrorystycznego. Terroryści  atakują, z reguły, z zaskoczenia. Obywatele żyją w coraz większym strachu – nigdy nie wiadomo, kto, kiedy, czym, jak i gdzie mogą oni uderzyć? Winowajcy popełnili więc kardynalny błąd w ocenie sytuacji. Zamiast osłabienia ugrupowań i sił terrorystycznych mamy do czynienia z ich umocnieniem i z ożywieniem ich działalności nieomalże w całym świecie. Prawie codzienne już ataki, zamachy i inne akcje terrorystyczne  to prawdziwa zmora dla instytucji państwowych i dla obywateli wielu krajów. Winowajcy, szczególnie USA i Zachód, stosują więc niewłaściwe i nieskuteczne „lekarstwo” w zwalczaniu tej plagi. Tym bardziej, że jest ona stymulowana przez tragiczne konsekwencje wieloletnich wojen oraz obecnego kryzysu społecznego, pandemicznego i  gospodarczego. Dramaty społeczno-gospodarcze zwłaszcza w krajach islamskich skłoniły milionowe rzesze niezadowolonej młodzieży do czynnego udziału w wielkim zrywie rewolucyjnym w Afryce Północnej oraz na Bliskim i na Środkowym Wschodzie.

Póki co, jedną z głównych konsekwencji tego zrywu jest bezprecdensowa i bardzo groźna dla świata destabilizacja ww. regionów i nasilenie napływu uchodźców z biednego Południa do bogatej Północy. Wniosek z tego jest prosty: leczenie epidemii terrorystycznej nie powinno polegać na stosowaniu „lekarstwa” terroryzmu państwowego wobec normalnego terroryzmu (a tak czyni to Zachód), lecz na usuwaniu  przyczyn (szczególnie społeczno – ekonomicznych oraz ideologicznych) tegoż terroryzmu. W przeciwnym bowiem razie, stanie się on też  śmiertelnym zagrożeniem dla całego świata oraz instrumentem nieznośnego psychicznego i fizycznego  szantażowania całej ludzkości, szczególnie w przypadku, gdyby terroryści weszli w posiadanie broni masowej zagłady oraz intensyfikowali nadal swoje mordercze działania. Historia  uczy, iż – nawet po dłuższym okresie pokoju – z reguły dochodziło do wojen niszczących dorobek pokojowego wysiłku państw, narodów i grup społecznych. Ten diabelski mechanizm kręci się niezmiennie w dalszym ciągu. Prawdopodobieństwo kolejnej totalnej i wielkiej wojny jest coraz większe, m.in., z powodu analizowanych kryzysów i ich skutków oraz odwiecznych zaniedbań  i dysproporcji rozwojowych. Jeśli lawina wojenna zostanie uruchomiona tak czy inaczej, to winowajcy nie będą już w stanie jej powstrzymać!

Cóż więc robić w takiej sytuacji? Jedynym racjonalnym wyjściem jest powszechne zrezygnowanie raz na zawsze z siłowych metod rozwiązywania sporów i konfliktów, zaprzestanie produkcji narzędzi śmierci oraz zlikwidowanie sił zbrojnych i wszelkich formacji paramilitarnych przez wszystkich! Należy pozostawić tylko siły policyjne, niezbędne do utrzymania porządku społecznego i spokoju wewnętrznego. Produkcja, wdrażanie i stosowanie coraz nowocześniejszych narzędzi śmierci dochodzi już do absurdu. To jedna skrajność. Jej przeciwstawieniem byłoby solidarne i jednoczesne zniszczenie („na przemiał”)  tych narzędzi. Dopóki będą one istniały, dopóty znajdą się okazje i chętni do ich stosowania. Tak radykalne i bezprecedensowe globalne posunięcie rozbrojeniowe oznaczałoby, w praktyce, odstąpienie ludzkości od dotychczasowej filozofii  i  praktyki wojny, zniszczenia i  śmierci oraz zastąpienia jej przez filozofię i praktykę pokoju, budowania  i życia. Innej drogi nie ma! Utopia? Być może – w obecnym stanie ducha decydentów i obywateli. Ale, jeśli ta utopia nie stanie się prawdziwie humanistyczną rzeczywistością, to dalsze życie na Ziemi okaże się koszmarem, a następnie niemożnością.

  1. Katastrofa geoekonomiczna: to jest bez wątpienia największe przestępstwo materialne dokonane przez analizowanych winowajców! Dziś sfera gospodarczo – finansowa stanowi, bardziej niż kiedykolwiek, materialne przyczyny już istniejących i kolejnych zapaści w rozwoju oraz nieuchronnych dalszych niebezpieczeństw dla całego człowieczeństwa. Drastyczne pogarszanie się sytuacji w tej mierze jest odczuwalne przez przytłaczającą większość ludzkości. Najnowszy etap kryzysowy, daleki od zakończenia, unaocznił to z całą jaskrawością. Jak wykazałem powyżej, nakłada się na to marnotrawienie ogromnych środków przeznaczanych corocznie na zbrojenia i na prowadzenie wojen – zamiast na pokojowy i zrównoważony rozwój. Mechanizm kreowania problemów ekonomicznych jest dość prosty, wręcz banalny. Ich liczba, tempo i ostrość stale wzrasta z rozmaitych powodów: przyrost naturalny, pauperyzacja społeczeństw, wyczerpywanie się zasobów naturalnych, brak wody, energii i rezerw surowcowych, niesprawiedliwy podział dochodów i dóbr, eksplozja zjawisk patologicznych (korupcja, malwersacje finansowe, neoliberalna ideologia pieniądza, protekcjonizm i in.), zażarta walka o rynki zbytu, zwiększanie się przepaści między (rosnącym) biegunem bogactwa i (także rosnącym) biegunem nędzy i ubóstwa w świecie, brak odpowiedniego systemu rozwoju społeczno-gospodarczego i optymalnego modelu finansowego w poszczególnych krajach i na całym świecie oraz odpowiedniej koordynacji rozwoju gospodarczego w skali globalnej i wiele, wiele innych.

     Rzecz w tym, iż tempo przyrostu coraz poważniejszych problemów gospodarczych w poszczególnyh krajach i na świecie coraz bardziej przewyższa tempo ich rozwiązywania. Powstaje groźna dysproporcja. Skutek tego zjawiska jest ewidentny: dzień za dniem przybywa nierozwiązanych problemów, których łączna masa tworzy już coraz większą i coraz bardziej niebezpieczną ekonomiczno-finansową substancję wybuchową. Bezprecedensowa ogromna światowa skala współczesnych zjawisk patologicznych, szczególnie niedorozwoju, głodu, chorób, bezrobocia, zadłużenia i in. jest tego wymowną ilustracją. W okresie post jałtańskim istniała, początkowo, nadzieja, że powojenny świat wkroczy na bardziej efektywną ścieżkę rozwoju gospodarczego i wyciągnie wnioski z I-go wielkiego kryzysu (przełom lat 20-tych i 30-tych XX wieku) oraz z II wojny światowej i z II kryzysu globalnego. Tak się jednak nie stało. Obydwie części dwubiegunowego świata powojennego wdały się niezwłocznie w zawziętą rywalizację, zamiast współpracy, w intensywne zbrojenia i w wojny regionalne, zamiast pokojowego współistnienia, w szerzenie wrogości i nienawiści, zamiast przyjaźni i tolerancji. Nadzieja na lepsze szybko prysła wtedy jak bańka mydlana. Ludzkość może mowić o wielkim szczęściu, że skończyło się wówczas tylko na strachu i na kolosalnych stratach ekonomiczno-finansowych z tytułu bezproduktywnych poczynań, np. takich jak: przegrane wojny, nowoczesne zbrojenia, gwiezdne wojny i in.

Po raz drugi w czasach postjałtańskich, historyczna nadzieja na lepsze w trudnej sytuacji geoekonomicznej pojawiła się po upadku systemu dwubiegunowego, po rozpadzie Związku Radzieckiego i po obaleniu „muru berlińskiego”. Nieefektywne ustroje, występujące do tamtej pory w niektórych tzw. krajach totalitarnych, zostały zastąpione przez (też nieefektywne) neoliberalne modele zachodnie, szczególnie przez amerykański. USA, jako supermocarstwo jednobiegunowe przez prawie 20 lat, usiłowały umocnić swą dominację w świecie i pokierować jego rozwojem na wzór i na podobieństwo własne. Tak się jednak nie stało. Wielka szansa historyczna USA (zrobienia czegoś lepszego, kompleksowego, nowatorskiego dla siebie i dla świata) została bezpowrotnie zaprzepaszczona. Amerykanów zgubił ich egoizm, megalomania i pazerność.

Wzorce amerykańskie nie dały zastosować się efektywnie w innych krajach, nie wyłączając Polski. Nie powiodły się także próby narzucania siłą amerykańskiej „demokracji” i wolnego rynku na świecie. Krwawe i kosztowne doświadczenia Iraku, Afganistanu, Libii, Syrii, Egiptu, Ukrainy i in. są tragicznym potwierdzeniem tej oceny. Mało tego, system neoliberalny splajtował także w swej własnej ojczyźnie, w USA, doprowadzając do wybuchu kolejnego globalnego kryzysu gospodarczego (z przełomu I-szej i II-giej dekady XXI wieku) oraz obecnych wielkich perturbacji i strat w USA ( powodu pandemii i nieudolności w walce z nią). Okazało się, iż Stany Zjednoczone nie mają recepty ani na własny rozwój, ani też, tym bardziej, na pomyślną ewolucję całego gospodarstwa światowego. Straty ekonomiczno – finansowe spowodowane już przez kryzys są olbrzymie (setki bilionów dolarów?) i wręcz niemożliwe do precyzyjnego obliczenia. Pewne jest natomiast, że dość szybko rosną one nadal i że odrobienie tych strat będzie już mało prawdopodobne w warunkach amerykańskiego i międzynarodowego życia na kredyt.

Z aktualnych danych MFW wynika, że łączna wartość Światowego Produktu Brutto (ŚPB) wyniesie 104 bln USD, w roku 2022, a stopa jego wzrostu tylko 3,6%. Zaś całkowite zadłużenie świata osiągnie, w tymże roku, 303 bln USD czyli 247% ŚPB (!). W taki to sposób, skrajni neoliberałowie („niewidzialna ręka rynku”!?) i neokonserwatyści zachodni zahamowali normalny rozwój gospodarstwa własnego i światowego; ba, cofnęli wstecz rozwój naszej cywilizacji o 20 lat (!) jak twierdzi Bill Gates [5], skomplikowali i zaostrzyli występujące problemy ekonomiczno-finansowe oraz sprawili, że USA i inne kraje zachodnie  stają się  państwami dekadenckimi, staczającymi się coraz szybciej po równi pochyłej – ku śmietnikowi historii. Zdaniem B.G., ww. liczba ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie (tylko 1,9 USD dziennie na utrzymanie) zwiększyła się już o ponad 40 mln osób w okresie pandemii. W pewnym sensie jest więc zrozumiałe, iż Stany Zjednoczone stają się coraz bardziej nerwowe, agresywne i aroganckie  oraz  mogące wywołać wielką zawieruchę światową – jak to robili niegdysiejsi kapitaliści i liberałowie.

Jednakże, w obecnej dramatycznej sytuacji gospodarstwa światowego, pojawia się, po raz trzeci w okresie postjałtańskim, kolejna historyczna nadzieja na lepsze. Jej materialnym wyrazem jest możliwość zastąpienia skompromitowanej dominacji i hegemonizmu amerykańskiego przez system multilateralny (wielobiegunowy) na świecie oraz przez autentycznie nowy ład ekonomiczno-finansowy (i społeczno-polityczny). Ład bazujący (póki co, teoretycznie) na rehumanizacji stosunków międzynarodowych, na harmonijnym, zielonym i zrównoważonym rozwoju, na pokojowej i równoprawnej współpracy (win-win cooperation) wszystkich ze wszystkimi oraz na zasadach sprawiedliwości i poszanowania wzajemnego. Lokomotywą stymulującą nowy ład są Chiny Ludowe oraz ich sojusznicy, szczególnie państwa BRICS, SOW (=Szanghajskiej Organizacji Współpracy i in.).  Porządkowanie współczesnych stajni Augiasza należy rozpocząć, naturalnie, od ich fundamentów materialnych, czyli od gospodarstwa światowego.

  1. Dramaturgia społeczna: przedstawiona powyżej coraz trudniejsza sytuacja geopolityczna, geostrategiczna i geoekonomiczna nie pozostaje, naturalnie, bez negatywnego wpływu na ewolucję geospołeczną oraz na tendencje demograficzne w świecie. W tej mierze winowajcy doprowadzili do niebywałego chaosu i anarchii. Nie ma skutecznych i bezbolesnych możliwości uniwersalnych kontrolowania i optymalizacji rozwoju społecznego i przyrostu demograficznego (może z wyjątkiem Chin). Jednakże, inne kraje i cały świat nie zdobył się jeszcze na unormowanie sytuacji oraz na uniknięcie obecnego bałaganu i żywiołowości w tej dziedzinie. Gdyby ten stan rzeczy miał utrzymywać się nadal, to naszej cywilizacji groziłaby niewyobrażalna katastrofa ogólnoludzka – z powodu znacznego przyrostu ludności w warunkach skażenia środowiska naturalnego, klęsk żywiołowych oraz: niedostatku żywności, wody pitnej, opału, dachu nad głową, zasobów surowcowych czy lekarstw. Poczynania ONZ, FAO, ŚOZ i in. są niedostateczne w tej mierze. Np. the UN Population Division zajmuje się, głównie, publikowaniem danych statystycznych i prognoz demograficznych, których i tak potem nikt nie bierze poważnie pod  uwagę i nie wykorzystuje w praktyce. Tak więc, sławetna „bomba ludnościowa” („population  bomb”) tyka już coraz głośniej i natarczywiej. Rzecznicy teorii spiskowych i neoliberalnego NWO, masoni, militaryści i in. wykorzystują pandemię i psychozę wojenną dla celów drastycznej redukcji liczebności ludności świata.

Najpierw o jej najważniejszych aspektach ilościowych (na podstawie danych ONZ-owskich): w październiku 2011 r. liczba ludności świata przekroczyła 7 mld, a obecnie wynosi ona  już ponad 8 mld (2,5 mld – w roku 1950). Globalny przyrost naturalny jest relatywnie niewielki – 1,1%, czyli o połowę mniejszy niż w rekordowym roku 1963 (2,2%). Na średnią kobietę (w wieku rozrodczym) przypada 2,52 dziecka; przy czym wszelkie rekordy w tej mierze bije Afryka Subsaharyjska, szczególnie Niger (7,6 dziecka; dla porównania – w USA: 1,9 dziecka na kobietę, średnio). Globalnie, stosunek kobiet do mężczyzn wynosi jak: 1 do 1,01. Średnia długość życia Ziemian osiągnęła obecnie 68 lat (69 lat – kobiety i 65 lat – mężczyźni). Najwięcej ludzi zamieszkuje w Azji – 4,3 mld (ponad 60% ogółu); II-gie miejsce zajmuje Afryka – ponad 1 mld (15%; przy czym liczba ludności tego kontynentu ulegnie podwojeniu  osiągając 2,5 mld – do roku 2050); III-cie miejsce: Europa – 740 mln (11%) i IV-te miejsce: Ameryka Północna – 353 mln (5%). Najwięcej obywateli mają obecnie Chiny (ponad 1,4 mld, wśród których dominująca grupa etnicza Han jest jednocześnie najliczniejszą na świecie) oraz Indie (1,3 mld). Do roku 2050 ta kolejność może ulec odwróceniu: Indie 1,7 mld; Chiny – 1,5 mld.

Suche dane statystyczne nie odzwierciedlają powagi sytuacji związanej z „bombą ludnościową”. Dla uzyskania pełni i wyrazistości  obrazu, trzeba na nią spojrzeć także z uwzględnieniem kryteriów ilościowo-jakościowych. Jest to jednak zadanie niezwykle trudne, bowiem istnieją diametralnie odmienne prognozy demograficzne dla świata na okres do 2050 roku. Przeważa opinia, iż – w tym terminie – liczba ludności naszej planety przekroczy 11 mld. Traktowana jest ona jako maksymalny „pułap wytrzymałości” Ziemi w zakresie zapewnienia choć minimalnych warunków utrzymania oraz przetrwania (survival) dla zdecydowanej większości Ziemian. Reprezentantem drugiej skrajności w prognozach jest, np., neomathusiański uczony, prof. Richard Duncan, który przewiduje, iż – do roku 2050 – liczba ludności świata spadnie do 2 mld (!) – z braku pożywienia, lekarstw i innych środków do życia oraz z powodu pandemii i globalnej katastrofy gospodarczej. (nota bene: zmniejszanie liczebności obywateli Polski dokonuje się już teraz w coraz szybszym tempie).

Tak czy inaczej, utrzymanie stopy przyrostu demograficznego i liczby ludności świata na optymalnym poziomie jest wielkim problemem makro naszej cywilizacji. Nie ma odpowiedniej recepty na rozwiązanie tego problemu. Winowajcy też go nie wymyślili. Pojawiają się nierzadko propozycje absurdalne i drastyczne, niekiedy neomalthusiańskie: poprzez wojny, terroryzm, zjawiska patologiczne, głód, epidemie (AIDS, Ebola, ptasia grypa, pandemia COVID – 19  i in.) można by doprowadzić nie tylko do optymalizacji lecz, wręcz, do znacznego zmniejszenia dość szybko rosnącej liczby ludności świata. Dla przypomnienia: uczony brytyjski, Thomas Malthus, przewidywał (już w roku 1798) spadek tej liczby w XIX wieku i później – z powodu braku żywności. Prognoza ta nie sprawawdziła się jednak – bowiem „zielona rewolucja” w świecie, w latach 1950 – 1985, doprowadziła do wzrostu globalnej produkcji artykułów rolno-spożywczych o 250%. Ale dziś to za mało. Decydenci cierpią jednak nadal na „kompleks Malthus’a”, czego dowodem jest ich dążenie do maksymalizacji produkcji rolnej za wszelką cenę (chemizacja, klonowanie, rośliny i zwierzęta hodowlane „genetycznie modyfikowane” itp.). Jest to jednak broń obosieczna mogąca doprowadzić do wynaturzenia, do demoralizacji i do degeneracji rodzaju ludzkiego.

Bardzo wiele do życzenia pozostawia jakość życia (quality of life, living standards) przeważającej większości wielomiliardowych mas ludzkich na Ziemi. To nie jest bynajmniej normalne życie, to nędzna wegetacja. 60% spośród nich zamieszkuje w krajach najbiedniejszych – zacofanych w rozwoju lub rozwijających się. ONZ prognozuje, że wskaźnik ten wzrośnie do 80% – w roku 2050 i do 85% – w roku 2100. Marny ich los. Nawet w USA ponad 50 mln obywateli żyje w biedzie, poniżej minimum socjalnego (poverty level), które tam wynosi około 22.000 USD rocznie. Jednocześnie, w reszcie świata liczba ludzi dysponujących zaledwie 1 – 2 USD dziennie na swe utrzymanie przekroczyła już 2 mld osób (skrajne ubóstwo). Jeszcze więcej Ziemian nie ma dostępu do czystej wody pitnej. Np. tylko w Pakistanie, na ponad 200 mln mieszkańców, aż 60 mln pozbawionych jest czystej wody do picia. Inna plaga: to bezrobocie – w czasie kryzysu i pandemii  wzrosło ono do ponad 500 mln osób. Liczbę tę należy pomnożyć przez 4 (członkowie rodzin bezrobotnych) celem uzyskania rzeczywistego obrazu tragicznej sytuacji w tej mierze. Kryzys, szczególnie bezrobocie i zadłużenie, przyczynia się też do wzrostu ilości zabójstw i samobójstw. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, liczba samobójstw wśród mężczyzn w UE i w USA wzrosła o ponad 10% od początku kryzysu.

Kolejny problem: starzenie się społeczeństw dotykające, szczególnie, obszarów zasobnych, np. Europa, ale również rozwijających się Chin. Już obecnie liczba mieszkańców Ziemi w wieku powyżej 60 lat wynosi ponad 850 mln osób. Ma ona wzrosnąć do 2 mld – w roku 2050 i do 3 mld – w roku 2100. W Chinach liczba osób powyżej 60 lat oscyluje obecnie wokół 15%, (osiągąjąc 25% w wielkich miastach, np. w Szanghaju). Łącznie – jest to prawie 200 mln ludzi). Do roku 2050 ww. wskaźnik osiągnie 34% – w odniesieniu do całych Chin. Skrajne ubóstwo zostało tam zlikwidowane w 2021 r.. Szybkie starzenie się społeczeństwa stanowi już poważny problem polityczny, społeczny i ekonomiczny dla tamtejszych władz. Jest to także problem globalny – z uwagi na fakt, iż ludność Chin stanowi około 20% całej ludzkości. Właśnie starzy i najstarsi obywatele Ziemi oraz dzieci cierpią najbardziej wskutek zaostrzających się coraz bardziej trudności, niebezpieczeństw, zaniedbań, niesprawiedliwości, patologii i plag trapiących dziś całą naszą cywilizację.

Doszła ona to takiego etapu w swoim rozwoju, na którym dokonuje się bezprecedensowa dehumanizacja w stosunkach społecznych, gospodarczych, politycznych i międzynarodowych – na wszystkich szczeblach drabiny hierarchicznej: od poszczególnych jednostek do całej ludzkości. Cena życia ludzkiego i dobra człowieka jest coraz niższa. W naszych czasach jest to, przede wszystkim, skutkiem neoliberalnej ideologii pieniądza, pogoni kapitału i bogatych za zyskiem, a wszystkich ludzi – za pieniądzem. Ideologia i praktyka tego rodzaju, w której człowiek traktowany jest jak towar czy śmieć lub jeszcze gorzej, pozostaje w jaskrawej sprzeczności z istotą człowieczeństwa, z godnością rodzaju ludzkiego i ze szczytnymi ideałami humanizmu. Gdyby miało to trwać dalej, wówczas coraz większe masy ludzkie skazane byłyby na poniżenie, na nędzną wegetację i na zagładę. Z powyższej analizy wynika, iż w skali geospołecznej i w ramach poszczególnych krajów, palącym zadaniem jest rehumanizacja życia i pracy, czego warunkiem jest odstąpienie od ideologii pieniądza i od praktyki z nią związanej oraz postawienie troski o dobro człowieka na I-szym miejscu. Pewne nadzieje w tej mierze należy wiązać z obecnymi zmianami w układzie sił globalnych, z przekształceniami systemowymi oraz z budową nowego wielostronnego (wielobiegunowego) i sprawiedliwego ładu politycznego, ekonomicznego i społecznego na świecie. Pytanie tylko, czy nie jest już zbyt późno, żeby nie dopuścić do globalnej katastrofy społecznej i demograficznej na Ziemi?

  1. Perturbacje geoekologiczne: wokół widma katastrofy ekologicznej, zmian klimatycznych, ich przyczyn i konsekwencji, toczą się od dawna zażarte spory, szczególnie między ekologami a przemysłowcami, między rządzącymi a rządzonymi oraz między państwami rozwiniętymi a rozwijającymi się i in. Osią sporów jest, m.in., brak jasności, jeśli chodzi o dowody: czy główne przyczyny tych zmian wynikają ze zjawisk i z procesów naturalnych? Czy też są one konsekwencją irracjonalnych i samobójczych poczynań ludzkich, zwłaszcza w produkcji przemysłowej i rolnej, w rabunkowej gospodarce surowcowej i w postępującej destrukcji środowiska naturalnego na Ziemi? Nie ma racjonalnej – naukowej i praktycznej – możliwości jednoznacznego rozstrzygnięcia tego sporu. Fachowcy i zwykli obywatele oscylują w swych rozważaniach od jednej skrajności do drugiej. Jedni twierdzą, iż nadchodzi wielkie ocieplenie atmosfery i powierzchni ziemskiej. Np. uczeni ze znakomitego ośrodka badań klimatycznych Uniwersytetu w Cambridge prognozują, iż – wskutek ocieplenia i przyspieszonego topnienia lodów – poziom wód oceanicznych podniesie się o 7 m (!) już w niedługium czasie. Inni zaś głoszą, że wkraczamy w kolejną epokę lodowcową! Np. geofizyk prof. Victor Manuel Velasco Herrera (Universidad de Mexico) jest zdania, że – za 5-6 lat – Ziemia wejdzie w małą epokę lodowcową, która może potrwać około 60 – 80 lat. Związane byłoby to z osłabieniem aktywności Słońca.

Znamienne jest jednak, iż zdecydowana większość uczonych – ekologów, klimatologów, geofizyków i innych – podziela pogląd, iż klimat ulega przyspieszonym i nieodwracalnym (w znacznym stopniu) zmianom na gorsze będącym, w przeważającej mierze, wynikiem działalności ludzkiej. Nawet jeśli by przyjąć, że natura i człowiek ponoszą w analogicznym zakresie (np. 50% : 50%) odpowiedzialność za zniszczenia ekologiczne (ecological disasters) i za zmiany klimatyczne (climate change), to i tak skala głupoty i krótkowzroczności ludzkiej oraz pazerności winowajców jest przeogromna. Rzecz oczywista, człowiek nie ma wpływu na zjawiska naturalne: promieniowanie słoneczne i kosmiczne, uderzenia asteroidów, wibracje pola magnetycznego, wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi, tsunami i in. Ale jednocześnie ten sam człowiek ponosi wielką odpowiedzialność za ustawiczne niszczenie swego środowiska  naturalnego, co wywiera bardzo negatywny wpływ na warunki życia i rozwoju rodzaju ludzkiego oraz wszystkich gatunków fauny i flory na Ziemi. Dlatego właśnie Chiny proponują zielony rozwój własnego kraju i całego świata oraz harmonijne współistnienie człowieka i przyrody.

Lista  grzechów, niedociągnięć i błędów winowajców i niektórych społeczeństw w tej mierze jest bardzo długa, szczególnie w okresie od I rewolucji przemysłowej. Wymieńmy przykładowo tylko niektóre z nich: rabunkowa eksploatacja zasobów naturalnych, niekontrolowany przyrost demograficzny, za którym nie nadąża produkcja towarów, żywności i usług, żywiołowy rozwój gospodarczy, szczególnie industrializacja, emisja gazów przemysłowych, zwłaszcza dwutlenku węgla, dwutlenku siarki, metanu i aerozoli do atmosfery, wybuchy, awarie  i  katastrofy nuklearne (cywilne i wojskowe), nadmierna urbanizacja, zanieczyszczanie mórz i oceanów, gleby, wody i powietrza, pożary lasów, wzrost natężenia hałasu (tzw. noise pollution) i oświetlenia (light pollution) oraz zaśmiecanie przestrzeni kosmicznej, wycinka lasów tropikalnych, szczególnie amazońskich, środkowo-afrykańskich i indonezyjskich, tzw. zielonych płuc Ziemi i wiele innych.

W czasach nowożytnych i współczesnych połączone (obiektywne) czynniki ziemskie i pozaziemskie oraz (subiektywne) działania człowiecze spowodowały już bezprecedensowe i bardzo groźne pogorszenie sytuacji geoekologicznej (oraz w skali poszczególnych krajów). Wywiera ona coraz bardziej negatywny wpływ na wszystkie istoty żywe na Ziemi, grożąc ich metamorfozą, degeneracją, obumieraniem i zagładą. Dotychczasowe konsekwencje i niebezpieczeństwa ekodestrukcji dostrzegalne są nie tylko przez uczonych, ale i przez większość zwykłych obywateli. I znów, wymieńmy tylko najważniejsze konsekwencje negatywne: wzrost emisji gazów przemysłowych; niszczenie warstwy ozonowej; efekt cieplarniany, ewidentne podnoszenie się temperatury powietrza oraz poziomu wód oceanicznych i ich temperatury; zmiany klimatyczne (także w zakresie pór roku) i nasilanie się ekstremalnych zjawisk pogodowych (gwałtowne powodzie, susze, tajfuny i in.); zakłócenia w obiegu prądów oceanicznych; obumieranie raf koralowych; topnienie lodów, szczególnie pokryw lodowych Arktyki i Antarktyki; rozmrażanie wiecznej zmarzliny, co powoduje „ucieczkę” metanu do atmosfery, potęgującą efekt cieplarniany; pustynnienie i stepowienie (jest prognoza, iż lasy amazońskie staną się sawanną relatywnie niedługo); coraz bardziej dotkliwy brak czystej wody; przesuwanie się znacznie  bardziej na północ granicy chorób i szkodników tropikalnych (np. szarańczy) ryzyka egzystencjalne związane z inżynierią genetyczną, z klonowaniem oraz z innymi eksperymentami biotechnologicznymi i nanotechnologicznymi; efekty użycia broni masowej zagłady (teorie spiskowe uważają pandemię za przykład  zastosowania broni bakteriologicznej, zwanej też tanią „bombą atomową dla ubogich”) oraz awarie w elektrowniach nuklearnych; bieda (także o podłożu ekologicznym), szczególnie, w krajach zacofanych i rozwijających się, co już powoduje coraz większe fale migracji, np. między Ameryką Południową a Północną, Afryką a Europą oraz na Dalekim Wschodzie i w strefie Pacyfiku (mieszkańcy zatapianych państw wyspiarskich (np. Kiribati, Vanuatu, Tonga i in.) emigrują na tereny wyżej położone  –  Australia, Nowa Zelandia  itp.) oraz wiele innych dramatycznych konsekwencji praktycznych.

Słowem, poważnych zagrożeń geoekologicznych jest coraz więcej. Decydenci – winowajcy orientują się nieźle w tej materii – ale niezbędne przeciwdziałania i poczynania profilaktyczne na gruncie krajowym i międzynarodowym są ciągle niedostateczne. Im bardziej owe dysproporcje się pogłębiają, tym bardziej perspektywa globalnej katastrofy ekologicznej staje się realna i wręcz nieunikniona. Materia ekologiczna jest tego rodzaju, iż owych problemów nie uda się rozwiązać w pojedynkę. Niezbędny jest radykalny i skoordynowany wysiłek wszystkich ludzi, wszystkich państw i rządów oraz wszystkich organizacji międzynarodowych. Inaczej czeka nas marny los. Przykładów impotencji i złej woli w zakresie ochrony środowiska jest multum: ciągłe jego zanieczyszczanie (pollution), bezproduktywne konferencje ekologiczne, nieefektywna realizacja umów międzynarodowych, w szczególności, tzw. Protokołu z Kyoto (z dnia 12.12.1997 r.). Został on przedłużony (w roku 2012) na okres do roku 2020. Dotyczy ograniczenia emisji gazów przemysłowych w państwach rozwiniętych. Ale który rząd (łącznie z polskim) zdobędzie się na radykalne ograniczenie produkcji przemysłowej, żeby zmniejszyć emisję gazów? Rzadko który – czyli prawie żaden. Skutki są przerażające, np. w odniesieniu do wydzielania dwutlenku węgla do atmosfery: globalnie (łącznie) –  43,1 mld ton (w tym emisje przemysłowe – 36,8 mld ton!), w roku 2019. Niechlubna pierwsza „10-tka” państw uprzemysłowionych emituje razem około 70% z tej ilości; a mianowicie: 1. Chiny – 10,6 mld ton; 2. USA – 5,4 mld; 3. UE – 5,2 mld; 4. Indie – 2,6 mld; 5. Rosja – 1,7 mld; 6 – Japonia – 1,2 mld; 7. Niemcy – 0,75  mld; 8 Iran – 0,72 mld,  9. Korea  Płd. – 0,65 mld  i 10. Kanada – 0,56 mln ton CO2; (dane przybliżone na podstawie statystyk ONZ-owskich).

Globalne koszty i straty powodowane przez niszczenie środowiska naturalnego są olbrzymie, coraz większe i nieobliczalne. Jeszcze jako tako można je skalkulować w odniesieniu do poszczególnych epizodów – powódź, susza, pożar i in. W takiej sytuacji, podaję  jedynie niektóre główne elementy składowe owych kosztów i strat w poszczególnych głównych rodzajach „pollutions”:  a. zanieczyszczanie powietrza pociąga za sobą – nakłady na leczenie chorób z tym związanych i na oczyszczanie powietrza; b. skażenie wód – nakłady na leczenie, na oczyszczanie wody i na regenerację zniszczonych ekosystemów; c. zanieczyszczenie gleby – straty w produkcji rolnej, koszty zmian i przenoszenia tej produkcji gdzie indziej, podatność zdegradowanych obszarów na klęski żywiołowe (i nowe straty); d. zwiększenie natężenia hałasu – koszty leczenia, nakłady na ochronę przed hałasem, na odszkodowania (np. za huk startujących samolotów, ruchu kołowego itp.); e. wycinka i pożary lasów – koszty ich regeneracji i profilaktyki antydeforestacyjnej oraz wielkie straty globalne z powodu deforestacji; f. degradacja wybrzeża i wód przybrzeżnych – nakłady na ratowanie ekosystemów i na ochronę pasa przybrzeżnego (osiedla ludzkie, zakłady pracy, plaże, wydmy itp.).

 KONKLUZJE I WNIOSKI:

Taki oto opisany skrótowo powyżej „spadek” zostawia ludzkości nieszczęsny kapitalizm/neokapitalizm oraz liberalizm/neoliberalizm. One ponoszą główną odpowiedzialność za współczesną destrukcję ekologiczno-cywilizacyjną, ale nie kwapią się do naprawienia szkód, które, zresztą,  w wielu wypadkach nie dadzą się już naprawić. Państwa i społeczeństwa, które przyjęły i wdrażały ich „recepty” mogą teraz gorzko tego pożałować!  O tych trudnych sprawach współczesności i przyszłości piszę obiektywnie, zdecydowanie i odważnie, gdyż taką mam już naturę. Nie taję, przy tym, iż odczuwam dużą satysfakcję z tego powodu, że niemało moich prognoz sprzed wielu lat sprawdza się obecnie co do joty (np. w sprawach globalnych, europejskich, amerykańskich, chińskich, kryzysowych czy dotyczących zjednoczenia i rozwoju Niemiec, perturbacji w Rosji, na Ukrainie itp.). Ale jednocześnie przykro mi, że ostrzeżenia „proroków”, futurologów i wielu mądrych ludzi na świecie – to ciągle głosy „wołających na puszczy”, z  reguły lekceważone przez winowajców i decydentów. Dlatego też jest tak, jak jest; a będzie jeszcze „lepiej”. Jednak mój dylemat psychologiczno – intelektualny jest poważny: czy słuszniej jest nie wiedzieć o pewnych „strasznych rzeczach” i spać spokojnie; czy też wiedzieć o nich rzetelnie i również… spać spokojnie. Z obydwu możliwości tej alternatywy wybieram tę drugą, postępując zgodnie z zasadą:  „cogito ergo sum” („myślę więc jestem”). [6].

W takim to bardzo trudnym i przerażającym kontekście globalnym przebiega i nasila sławetna współczesna  mnogość kryzysowa. Sprzężenie zwrotne: mnogość komplikuje jeszcze bardziej sytuację globalną, a ona, z kolei, pomnaża mnogość kryzysową. Historia cywilizacji nie zna analogicznego zjawiska w takim zestawieniu i o tak ogromnej (globalnej) skali. Pogorszy to bardzo znacznie dotychczasową sytuację, której ewentualne uzdrowienie trwać będzie latami, a nawet bez końca. W sumie, nie może być jeszcze  mowy o praktycznej realizacji szczytnych ideałów optymalnego zrównoważonego i zielonego rozwoju świata (sustainable development), kojarzącego proporcjonalnie i harmonijnie czynniki ekonomiczne, społeczne i ekologiczne. Na dziś, żaden z tych czynników nie spełnia elementarnych acz rygorystycznych wymagań zrównoważonego rozwoju. Poza wszystkim, jak widać to jaskrawo chociażby przez pryzmat sytuacji geoekologicznej, większość działań „wspólnoty międzynarodowej” i  poszczególnych krajów jest spóźniona o dwie epoki (industrialną i postindustrialną). Obrazowo mówiąc, Ziemia – jako wspólny dom ludzi i wszystkich istot żywych fauny i flory – jest już w ogniu, straż pożarna jedzie ślamazarnie do pożaru, ale nie ma pewności, czy zdoła dom uratować? Tymczasem  jednak są wielkie ofiary ludzkie i straty materialne. A mądrość homo sapiens powinna polegać na tym, żeby (profilaktycznie) nie dopuścić do pożaru. Jest w  niniejszym opracowaniu niemało rozważań dotyczących niezbędnych i pilnych  rozwiązań oraz oznak nadziei, że nie wszystko jest jeszcze stracone. Jednak – żeby tak się stało – ludzkość musi niezwłocznie odstąpić od fatalnych teorii i praktyk winowajców z całej niedobrej przeszłości, wyciągnąć z nich stosowne wnioski oraz wypracować i wdrożyć optymalną (innowacyjną) formułę wspólnej lepszej przyszłości dla wszystkich. Tak jak czynią to Chińczycy, proponując sprawiedliwy Nowy Ład Międzynarodowy, Nową Erę i Nową Drogę rozwoju oraz pokój, bezpieczeństwo, współpracę, humanizację oraz globalną modernizację naszej cywilizacji, jako warunki jej przetrwania i postępu.

                                                                                         (-) Sylwester  SZAFARZ

 Odnośniki:

 [1]. Dane według: Worldometer z dnia 09.12.2022 r.;

[2]. Źródła:  Global Economic Outlook z listopada 2022 r. i  biuletyn NBP/PAP z dnia     14.11 2022 r.;

[3]: PPP = Purchasing Power Parity  =  parytet siły nabywczej. PKB per capita (i PKB w ogóle) mierzony jest także w kategoriach nominalnych;

[4]. Źródło: „SIPRI 2022 Fact Sheet (for 2021;)

[5]. Por. „Goalkeepers Report 2020”, 15.09.2020, Bill&Melinda Gates Foundation.

[6]. autorem tego sformułowania – na dowód istnienia “wiedzy pewnej” – jest Rene Descartes (Kartezjusz). W jego dziele pt. „Rozprawa o metodzie” wydanym po francusku, w 1637 r., brzmi ono tak: „Je pense, donc, je suis”. Natomiast w wersji łacińskiej zawarte jest ono w dziele pt. „Principia philosophiae” („Zasady filozofii”) wydanym w 1644 r.;

*     *     *     *     *

 

20 lat minęło

20 lat minęło…

Skwapliwie skorzystałem z zaproszenia Wicemarszałkini Senatu, Pani Gabrieli Morawskiej-Staneckiej, oraz polskich eurodeputowanych: Leszka Millera i Włodzimierza Cimoszewicza na konferencje poświęcona 20-tej rocznicy zakończenia negocjacji Polski z Unią Europejską. Nie tylko z tej racji, że w tym procesie miałem swój skromny udział. Konferencja była bardzo ważna, potrzebna. Zbyt mało mówi się u nas o tym okresie, o przemianach, jakie w Polsce dokonały się skutkiem całego, długiego procesu „cumowania” Polski i 9 innych państw Europy środkowo-wschodniej do Unii Europejskiej, jaki rozpoczął się właściwie już w 1990 r.

Konferencja taka była niezwykle potrzebna, gdyż rzeczywiście – jak wskazywało w jej trakcie kilkoro panelistów – zaniedbaliśmy kompletnie proeuropejską edukację społeczeństwa i w efekcie wiedza przeciętnego Polaka o tym tak trudnym, tak ważnym procesie jest dzisiaj zerowa. Za udaną próbę choćby częściowego wypełnienia tej luki inicjatorom i organizatorom konferencji należą się słowa uznania.

Do udziału w konferencji zaproszono głównie osoby, które w ten historyczny proces były czynnie zaangażowane. Wśród panelistów wielkie nazwiska: J. Truszczyńsi, D. Hubner, J. Kalinowski, M. Pol, G. Kołodko i wielu innych.  W oczy rzucała się lista nieobecnych. Otwierało ją nazwisko Aleksandra Kwaśniewskiego. Być może nie mógł przybyć, ale o ile go znam będąc zaproszonym niewątpliwie przesłałby uczestnikom jakiś swój adres w tym względzie.  Prócz Donalda Tuska nie było wśród obecnych żadnego z szefów partii opozycyjnych, żadnego przedstawiciela rządu. Czy wynikało to z takiej a nie innej koncepcji konferencji, czy z innych powodów – nie wiadomo.

To, co najbardziej inspirowało mnie do udziału w konferencji był oczywisty dysonans i ciekawość, jak wybrną z niego organizatorzy. Z jednej strony bowiem tytuł i temat konferencji jednoznacznie wskazywały na jej historyczno-wspomnieniowy charakter. Z drugiej zaś odpowiedzialnością polityka jest patrzenie przed siebie, działanie dla przyszłości, dla przyszłości Polski w Unii europejskiej w szczególności. Zwłaszcza dzisiaj, kiedy tak wiele dzieje się w samej Unii oraz dookoła niej jest to temat topowy.  Jak z tego punktu widzenia przedstawiała się konferencja?

Część historyczno-wspomnieniowa bez zarzutu. Problemy, atmosfera około negocjacyjna, emocje – to główne tematy poszczególnych wystąpień. Leszek Miller przypomniał m.in. że aby wypełnić nasze zobowiązania z tytułu acquis communautaire musieliśmy przyjąć ponad 300 ustaw zmieniających w istocie nasz system prawny, ustrój społeczny i gospodarczy. Przytoczył też komentarz jednego z duńskich dziennikarzy zaraz po zakończeniu negocjacji w Kopenhadze, w konkluzji którego stwierdza się, że pozytywne zakończenie negocjacji polski z Unią jest de facto prawdziwym zakończeniem II Wojny Światowej.

Niestety, trudno wyzbyć się poczucia niedosytu, a nawet obaw związanych z wizją przyszłości. Padło wiele ważnych, prawdziwych haseł, w tym przede wszystkim cel, jakim powinien być powrót Polski do głównego nurtu polityki europejskiej. Jednakże jak miałoby to nastąpić – tego żaden z polityków nie wskazał. Miller odwoływał się do 70-80% poparcia Polaków dla członkostwa Polski w Unii. – To jest nasza kotwica – głosił Miller, która daje nam szansę wygrania wyborów. Jeszcze dalej poszedł w swoim płomiennym wystąpieniu Marek Pol, kategorycznie stwierdzając, że to nie odsunięcie PiS od władzy powinno być głównym celem opozycji w najbliższych wyborach, ale zapobieżenie polexitowi – wyprowadzeniu polski z Unii. To, zdaniem byłego przewodniczącego Unii Pracy powinno przesądzać o wspólnej liście wyborczej opozycji w najbliższych wyborach.

Mam poważne zastrzeżenia do takiego rozumowania. Bardzo bym chciał, aby rzeczywiście 70-80% Polaków było za członkostwem Polski w Unii, takiej, jaka ona jest teraz. Z całą pewnością w kampanii wyborczej nie zaistnieje dychotomiczny podział na zwolenników i przeciwników Unii. W żadnym ze swoich wystąpień Kaczyński nie zapowiadał przecież polexitu. Wręcz przeciwnie. Mówił on: – jesteśmy za członkostwem w Unii, ale nie takiej. Wizja Unii Europejskiej według Kaczyńskiego to powrót do organizacji stricte gospodarczej typu Europejska Wspólnota Węgla i Stali, organizacji zdecentralizowanej tworzonej przez całkowicie suwerenne, narodowe państwa. Unia według Kaczyńskiego to unia w której jedynymi wspólnymi wartościami są tzw. wartości chrześcijańskie, unia, która nie wtrąca się w takie sprawy jak praworządność, prawa człowieka, wolności obywatelskie itp.

I jeżeli dzisiaj cieszymy się, że 80% Polaków jest za członkostwem w Unii, to opozycyjni politycy KONIECZNIE uzyskać muszą odpowiedź na pytanie następujące: jaki procent Polaków jest za Unią w jej dotychczasowej koncepcji, organizacja dążącą do jak największej integracji państw unijnych we wszystkich możliwych płaszczyznach (politycznej, obronnej, kulturowej, naukowo-badawczej), a jeki procent popierać będzie koncepcje przyszłej Unii według Kaczyńskiego. O ile wierzyć przekazom medialnym, mówiącym o doskonałym sondażowym zapleczy PiS, to Kaczyński odpowiedź na to pytanie zna. Rozwiniecie więc przez opozycję frontu: za i przeciw polexitowi będzie przysłowiowym tak obszernym zamachem siekierą, że wypadnie ona z rąk. PiS bowiem spokojnie odpowie: my wcale nie myślimy o wystąpieniu z Unii, my chcemy Unię zmieniać. Dlatego pro unijna polityka opozycji powinna być bardziej wyrafinowana, powinna precyzyjnie określać jakiej Unii w przyszłości chcemy, jakie wnioski wyciągamy z jej dotychczasowego funkcjonowania, co będziemy proponować na przyszłość. Itp., itd.

Niestety, żadne takie wątki w wystąpieniach dyskutantów się nie pojawiły, a apel Marka Pola spotkał się nawet z aplauzem sali. I to martwi mnie bardzo, a tym bardziej po zapoznaniu się z dzisiejszymi „sensacyjnymi” doniesieniami mediów o jakowej „kapitulacji PiS przed Unią Europejską”. Chodzi oczywiście o kwestie praworządności i wypełnieniem tzw. kamieni milowych przez Polskę. Prasa rozwodzi się na „tajnym” dokumentem popisanym przez polski rząd, w którym wymienionych jest szereg zobowiązań rządu w kwestii „przywrócenia” praworządności, od czego uzależnione będzie uruchomienie środków z KPO. Odblokowanie tych środków niechybnie nastąpi wkrótce na podstawie deklaracji polskiego rządu przeprowadzenia kilku regulacji prawnych. Wszyscy znamy biegłość PiS w manewrowaniu prawem, przepisami i procedurami. Czym innym jest więc zgłoszenie projektu, czym innym przyjęcie ostatecznej jej wersji, a zupełnie czym innym jej stosowanie. PiS zgłosi jakieś projekty, środki zostaną uruchomione. Spełni się więc w ten sposób moje przewidywanie („Pieniądze za demokrację?” http://jacekq.pl/wp-admin/post.php?post=294&action=edit), że Komisja Europejska skorzysta z niesławnej metody „dynamicznej interpretacji prawa” aby na jakiś czas mieć z głowy polski problem. Na jakiś czas. Sytuacja jest tym groźniejsza, że z prasowych enuncjacji wynika, że na porządku dziennym nie stawia się kwestii nadrzędności prawa unijnego nad krajowym. Rok temu trybunał Przyłędzkiej jednoznacznie odrzucił tą, powszechnie obowiązującą w Unii zasadę, czym wywołał poważne obawy Brukseli o jedność całej zjednoczonej Europy. Wśród tzw. „kamieni milowych” próżno szukać żądania wycofania się Polski z tego stanowiska. Odblokowanie środków z KPO PiS niewątpliwie ogłosi jako swój sukces, przysparzając zwolenników Unii według Kaczyńskiego.

Jakiej więc Unii chce opozycja?

NIPCz?

Prodemokratyczna, progresywna część polskiego społeczeństwa zaskoczona została decyzją prof. M. Wiącka, Rzecznika Praw Obywatelskich o odwołaniu jednego ze swoich zastępców – pan dr. Hanny Machińskiej. Pani dr Machińska, wybitny specjalista w zakresie praw człowieka zyskała popularność i szacunek m.in. swoimi licznymi działaniami interwencyjnymi w przypadkach zatrzymywania przez policję protestujących przeciwko łamaniu praworządności w Polsce, przeciwko odradzaniu się faszyzmu czy w obronie praw kobiet.

Z lakonicznych doniesień medialnych wynika, że przyczyną odwołania jest to, że działalność pani dr Machińskiej nie odpowiada koncepcji działania RPO prof. Wiącka. Tenże widzi swój urząd jako instytucją zajmującą się „badaniami w zakresie praw człowieka” (GW) tymczasem jego zastępczyni utożsamiana jest bardziej z interwencyjną działalnością Rzecznika. Przyzwyczailiśmy się do tego, że jak trwoga, jak łamanie prawa Kowalskiego, to organizacje społeczne i polityczne, posłowie a także indywidualni obywatele apelowali do Rzecznik Praw Obywatelskich o podejmowanie interwencji – i rzecznik, jeśli uznał to za zasadne, takie interwencje podejmował.

Tyle tylko, że podejmowani takich interwencji nie jest ustawowym obowiązkiem RPO. Konstytucja stwierdza lakonicznie: „Art. 208, ust. 1. Rzecznik Praw Obywatelskich stoi na straży wolności i praw człowieka i obywatela określonych w Konstytucji oraz w innych aktach normatywnych. Ust.2. Zakres i sposób działania Rzecznika Praw Obywatelskich określa ustawa.” A ustawa? Otóż ustawa o Rzeczniku Praw Obywatelskich uchwalona została przez Sejm w 1987 r., a później była tylko nowelizowana. Zadania RPO określa ona w art. 1.  W ust. 1 głosi on że: „W sprawach o ochronę wolności i praw człowieka i obywatela Rzecznik bada, czy wskutek działania lub zaniechania organów, organizacji i instytucji, obowiązanych do przestrzegania i realizacji tych wolności i praw, nie nastąpiło naruszenie prawa, a także zasad współżycia i sprawiedliwości społecznej.” W ust. 2 natomiast daje prawo „wizytowania w sprawach zapobiegania torturom i innemu okrutnemu, nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu…”

Szczegółowe uprawnienia i kompetencje Rzecznika określają art. 9 do 17d ustawy. Mówią one m.in. o tym, że podejmując sprawę Rzecznik ma do dyspozycji cały wachlarz działań, wśród których na pierwszym miejscu znajdują się „prowadzenie działań wyjaśniających” i „badanie, nawet bez uprzedzenia, każdej sprawy na miejscu”. Tyle tylko, że tych działań Rzecznik wykonywać nie musi, a tylko, wedle własnego uznania, może. Mówiąc krótko ustawa nakłada na RPO obowiązek badania spraw w zakresie praw człowieka a bezpośrednie interwencje Rzecznika to jedno z kilku dostępnych, ale nie obligatoryjnych narzędzi.

I właśnie dlatego obawy związane z niespodziewanym odwołaniem zastępcy Rzecznika Praw Obywatelskich pan dr Machińskiej są uzasadnione. Może bowiem to odwołanie być zapowiedzią odchodzenia RPO od prowadzenia własnych działań wyjaśniających i badania spraw na miejscu – co było domeną Pani Machińskiej na rzecz dokumentarnych badań analitycznych. Czyżby przybywał nam nowy, bardzo ważny instytut: Narodowy Instytut Praw Człowieka?

Gdyby do tego doszło, gdyby rzeczywiście nastąpiła modyfikacja form działania RPO przez istotne ograniczenie jego działalności interwencyjnej, oznaczać to będzie znamienne osłabienie i tak już bardzo wątłego poczucia bezpieczeństwa obywateli, a zwłaszcza aktywistów demokratycznej opozycji w zakresie ochrony praw człowieka.

Europa głupieje

29 października b.r. Zgromadzenie Generalne Organizacji Narodów Zjednoczonych procedowało rezolucję w sprawie przeciwdziałania faszyzmowi, nazizmowi, ksenofobii i innym formom nietolerancji. Rezolucję taka przyjmuje ONZ corocznie i jak dotąd odbywało się to bez większych zgrzytów. Przykładowo, w ubiegłym roku przeciw takiej rezolucji były Stany Zjednoczone i Ukraina. USA tłumaczą się tym, że któraś tam poprawka do konstytucji uniemożliwia temu krajowi podpisywania się pod takimi rezolucjami o międzynarodowym charakterze.  W tym roku było inaczej. Propozycję kuriozalnej poprawki do standardowego tekstu wniosła Australia. ONZ piętnuje w niej Rosję, która jakoby dzięki tej rezolucji usiłuje sankcjonować swoją agresję na Ukrainę. Na marginesie: zjawiska neofaszyzmu i nacjonalizmu na Ukrainie nie doczekały się rzetelnej, głębokiej analizy przez polskich obserwatorów, a media zdawały się omijać ten problem szerokim łukiem.

Poprawkę przyjęto zwykłą większością głosów: 63 głosy za, 23 przeciw i 65 wstrzymujących. Pomimo przyjęcia poprawki Stany Zjednoczone usiłowały wprost na sali plenarnej wpływać na delegatów, aby końcową rezolucję ONZ odrzucić. Pomimo ich starań rezolucja, za którą głosowała również Rosja, została przyjęta: 105 głosów za, 52 przeciw i 15 wstrzymujących. Wśród 52 krajów głosujących przeciw aż 33 były krajami europejskimi. Kraje, które chwile przedtem forsowały australijską poprawkę głosowały przeciwko końcowej rezolucji, która ta poprawkę zawierała. To głosowanie było znamienne: jest niezbitym dowodem pęknięcie świata na tzw. złoty miliard i resztę. Interesy złotego miliarda okazują się przy tym ważniejsze od takich celów jak te, o których od dziesięcioleci walczy między innymi ONZ. W ten sposób Polska po raz pierwszy w historii głosowała przeciwko rezolucji ONZ wzywającej do zwalczania faszyzmu, nazizmu, ksenofobii, rasizmu i innych rodzajów dyskryminacji. Europa zapala zielone światło wszelkiej maści nacjonalistom i neofaszystom. Europa, część świata najbardziej historycznie doświadczona przez faszyzm głupieje.

Universitates ante portas!

Najbardziej renomowaną uczelnią techniczną na świecie jest MIT (Massachusetts Institute of Technology). Powstał w 1861 r i od wielu lat jest liderem wśród technicznych wyższych uczelni. Wciąż pod tą samą nazwą. Przywiązanie do nazwy wyższej uczelni to rzecz ważna dla budowy jej pozycji w środowisku naukowym. Toteż zmiany tych nazw są na ogół rzadkie. Może za wyjątkiem Polski.

Rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce po II WŚ był niezwykle burzliwy, zwłaszcza w ujęciu ilościowym. I tak w latach 60-tych i 70-tych byliśmy świadkami tworzenia sieci Wyższych Szkół Inżynierskich, uzupełniających sieć „starych” Politechnik. Wiele z tych uczelni, jak na przykład Politechnika Rzeszowska, z czasem przebiło się do krajowej extra klasy – i chwała im za to.

Po rewolucji lat 90-tych rozpoczął się run na uniwersytety. Uczelnie wyższe masowo zaczęły przekształcać się w uniwersytety. Uniwersytet to brzmi dumnie! Czapki z głów! W ten sposób Akademia Medyczna stała się Uniwersytetem Medycznym, Wyższa Szkoła Rolnicza – Uniwersytetem Przyrodniczym, Wyższa Szkoła Nauczycielska w Kielcach zmieniła się w Akademię Świętokrzyską (2000), a w 2008 r. już w Uniwersytet Humanistyczno-Przyrodniczy itp. I niech im będzie na zdrowie! Niech rozwijają polską i światowa naukę!

Ale czasem można mieć wątpliwości czy za tymi zmianami nazw szły dobre zmiany jakościowe. Stowarzyszenie „Przyszłość, Socjalizm, Demokracja” organizuje wspólnie w Wydziałem Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego sympozjum na temat „Lewica po neoliberalizmie”. Zaproszenie do udziału i wygłoszenia wykładu przyjął między innymi prof. Grzegorz Kołodko. Kołodko, wybitny polski ekonomista o światowej renomie we Wrocławiu – duża sprawa. Uznałem więc za stosowne zwrócić się do władz wrocławskiego Uniwersytetu Ekonomicznego z zapytaniem, czy byliby zainteresowani wykorzystaniem na uczelni obecności w naszym mieście profesora. Jego Magnificencja odpowiedział, że propozycja jest interesująca i że się zastanowi w jaki sposób skorzystać z tej okoliczności. Kiedy po jakimś czasie znowu rozmawiałem z rektorem usłyszałem taką mniej więcej odpowiedź: „Chyba jednak nie skorzystamy. Widziałem się z Kołodką kilka dni temu w Karpaczu (XXXI Kongres Ekonomiczny. J.U.) i nawet chciałem z nim o tym rozmawiać, ale Kołodko wygadywał takie kontrowersyjne rzeczy, a przy tym chwalił Chiny, że chyba nie!”. Pora na głęboki oddech.

Profesor Grzegorz Kołodko jest najbardziej rozpoznawalnym w świecie polskim ekonomistą. Jest autorem 50 książek i wielu artykułów publikowanych w 26 językach (w tym 200 w języku angielskim). Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że liczba zagranicznych cytowań prac prof. Kołodki przewyższa ogólną liczbę cytowań wszystkich pracowników niejednego polskiego uniwersytetu ekonomicznego. Profesor zapraszany jest na wykłady przez największe światowe uczelnie, jest laureatem wielu nagród. Co jednak moim zdaniem jest najważniejsze to to, że profesor Kołodko jest propagatorem idei przekształcenia ekonomii w naukę interdyscyplinarną, ściśle związaną w swych badaniach z innymi dziedzinami nauki. W swojej książce „Świat w matni” Grzegorz Kołodko, domagając się nowej ekonomii, adekwatnej do aktualnych wyzwań i potrzeb świata pisze między innymi:

Ekonomia wyszła z filozofii i trochę się zatraciła, gdy mocno się od niej oddaliła, dając się za bardzo wciągnąć w matematykę, kiedy wielu ekonomistów skupiało się bardziej na tym, jak liczyć, niż co i po co. Z istoty zatem powinna być traktowana jaka jedna z nauk humanistycznych, aczkolwiek najczęściej plasowana jest poza nimi, chociaż wśród nauk społecznych.

A dalej:

Dobra ekonomia nie może pozostawać li tylko dyscypliną, lecz musi w rosnącej mierze stawać się interdyscyplinarną wiedzą i nauką.

Jak bardzo to szerokie i wnikliwe spojrzenie prof. Kołodki wypełnia idę uniwersytetu, uczelni gromadzącej wiele różnych dyscyplin naukowych, otwartej na wyzwania i na nowe prądy intelektualne! Okazuje się jednak, że wrota wrocławskiego Uniwersytetu Ekonomicznego są dla prof. Kołodki zamknięte. Dlaczego? Dlatego, że głosi kontrowersyjne teksty, że w ocenie profesury UE chwali Chiny. (Na marginesie: okazało się, że wcale Chin nie chwalił, ale dystansował się od potępiania ich w czambuł przez innych, pokazywał i wyjaśniał mechanizm, przyczyny ekonomiczne i polityczne – ich niebywałego sukcesu gospodarczego). Wrocławski U N I W E R S Y T E T  Ekonomiczny zamknięty jest dla naukowców myślących nieszablonowo. Tu nie ma, jak widać miejsca na kontrowersje, a więc nie ma miejsca na prawdziwą, akademicką dyskusję, na naukowe spory. I do tego jeszcze te nieszczęsne Chiny. Jak on śmiał „chwalić” Chiny, gospodarczego i politycznego rywala naszego największego, do grobowej deski przyjaciela – Stanów Zjednoczonych! Że jedna z najpotężniejszych gospodarek świata? Że gospodarka rozwijająca się w tempie, którego możemy tylko pozazdrościć? Że najbardziej innowacyjna? A jakież to ma znaczenie dla naukowców z UE we Wrocławiu, których głowy i myśli zwrócone są w jedną, zachodnią tylko stronę? Chiny na tym wrocławskim uniwersytecie są zakazane, chyba, że będzie się o nich mówić wyłącznie źle, malować je w czarno-szarych barwach.

Nie mam pretensji do Jego Magnificencji, gdyż wiem, jakie jest jego tej sprawie zdanie. Rektor odczytał tylko postawę „uniwersyteckiej” profesury, środowiska uczelni, którą przyszło mu kierować i z którym musi się liczyć. I właśnie ta reakcja panów profesorów i docentów, wroga wobec doktryn z którymi się nie zgadzają martwi najbardziej. Uniwersytety od zawsze były ostoją wolnej myśli, miejscem otwartych, nieskrępowanych dyskusji. Również w czasach, które niektórzy uznają za czarną dziurę w historii Polski, uczelnie wyższe, a uniwersytety zwłaszcza były azylem, schronieniem dla intelektualistów myślących inaczej niż oczekiwały tego władze. Ten model utrzymywał się jeszcze czas jakiś. Przecież to swego czasu rektor tej samej uczelni, prof. Józef Kaleta w dobie szalejącego neoliberalizmu, dał schronienie na uczelni socjaliście Józefowi Piniorowi w okresie, w którym podstawy jego bytu materialnego były zagrożone. Dzisiaj jest już inaczej. Casus prof. Kołodki jakoś dziwnie łączy mi się przy tym z przypadkiem prześladowań prof. Stanisława Bielenia na Uniwersytecie Warszawskim, tylko dlatego, że jako wybitny znawca kultury i polityki naszych wschodnich sąsiadów odważył się głosić tezy niezgodne z obowiązującym aktualnie sznytem. Pora się bać. Czyżby ilość kosztem jakości?  Universitates ante portas!

Mam jednak nadal nadzieję, że te dwa przypadki nie są zapowiedzią powszechniejszego procesu niszczenia wolnej myśli uniwersyteckiej, której przecież nie obroni nikt poza samymi pracownikami tych uczelni. Reakcja środowisk akademickich na być może dla niektórych kontrowersyjnego, ale odważnie myślącego prof. Kołodko jest świetnym probierzem stanu tego procesu. Nie wszędzie jeszcze jest tak jak we Wrocławiu. Rok temu profesor otrzymał tytuł Doctor Honoris Causa Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. To pierwszy taki tytuł profesora polskiej uczelni wobec 15 tytułów uczelni zagranicznych. Został również zaproszony przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie do wygłoszenia prestiżowego Wykładu Rektorskiego. Nie wszystko być może jeszcze stracone.