I my pójdziemy na kraniec świata?

Wielu ekonomistów, polityków, politologów zgodnych jest w opinii, że era neoliberalizmu dobiega kresu, dożywa swoich dni. Wyliczanie tych autorytetów zajęłoby zbyt wiele miejsca, wystarczy tu przytoczyć tylko nazwiska takich autorytetów jak Stglitz, Strange, Harvey, czy wreszcie Grzegorz Kołodko – jeden z najwybitniejszych współczesnych ekonomistów, filozofów ekonomii i strategologów. Konieczność pogrzebania neoliberalizmu wynika nie tylko z jego głównego celu, jakim jest stworzenie mechanizmu radykalnego, szybkiego bogacenia się elit tego kosztem maluczkich we współczesnym świecie, ale i z tego, że jak to dzisiaj wyraźnie widać neoliberalizm, będący w tym zakresie zaprzeczeniem liberalizmu, zrujnował podstawy demokracji obywatelskiej, wykreował niespotykane po II wojnie światowej wewnętrzne napięcia polityczne w krajach demokracji euro-atlantyckiej, środki masowego przekazu przekształcił w komercyjne środki masowej indoktrynacji, a obywateli sprowadził do roli manekinów wrzucających co 4 lata kartkę do urny wyborczej. Neoliberalizm otworzył drogę do władzy autorytaryzmowi, spowodował podniesienie głowy przez ugrupowania nacjonalistyczne czy wręcz faszyzujące. Neoliberalizm musi odejść – to pewne. Ale jak skończy? Wszystko wskazuje na to, że nie podda się bez walki.

Wielu ekonomistów i polityków wyrażało swoje opinie, że ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny (a więc i społeczny) jest nieuchronny. Pytaniem było tylko jak i kiedy? Wskazywano, że przyczyna może być dowolna: jakaś większa katastrofa ekologiczna, pandemia czy jakiś lokalny konflikt zbrojny. Zaczęło się od pandemii sars_cov2. Pokazała ona, że pokonanie tej zarazy możliwe jest wyłącznie przy aktywnym interwencjonizmie w gospodarkę rządów, w tym rządów państw neoliberalnych, międzynarodowej współpracy i reglamentacji niezbędnych artykułów oraz dzięki ogromnym nakładom z publicznych budżetów.  Kolejnego ciosu w skali ogólnoświatowej finansowe imperium neoliberalne mogło nie wytrzymać.

Dlatego nie może dziwić, że lokalny w skali świata konflikt na Ukrainie, wywołany odmową Ukrainy realizacji podpisanych przez to państwo porozumień mińskich, niezdolnością zachodnich sygnatariuszy tych porozumień do wyegzekwowania ich wdrożenia a następnie haniebną agresją Rosji na Ukrainę bardzo szybko, za sprawą Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej przekształcony został w zbrojną konfrontację pomiędzy Zachodem a Rosją toczoną na ukraińskiej ziemi.  Rosja od dawna wskazywana była w natowskich dokumentach jako „największe zagrożenie”. Dla sojuszu wojskowego „największe zagrożenie” to największy przeciwnik. Dobitnie znalazło to wyraz w oficjalnym dokumencie rządu brytyjskiego „Globalna Brytania w epoce konkurencyjnej: zintegrowany przegląd bezpieczeństwa, obrony, rozwoju i polityki zagranicznej” (marzec 2021), gdzie napisano między innymi: „Wzmocnienie bezpieczeństwa i obrony w kraju i za granicą: będziemy współpracować z sojusznikami i partnerami, aby stawić czoła wyzwaniom dla naszego bezpieczeństwa w świecie fizycznym i w Internecie. NATO pozostanie fundamentem zbiorowego bezpieczeństwa w naszym rodzimym regionie euroatlantyckim, gdzie Rosja pozostaje najpoważniejszym zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa.”

Nigdy jeszcze, przeciwko żadnemu państwu Zachód nie zastosował tak ogromnej liczby sankcji ekonomicznych i politycznych jak przeciwko Rosji. Szybko jednak okazało się, że sankcje takie mają właściwości bumerangu i coraz boleśniej rykoszetem trafiają w zachodnie społeczeństwa. Odpowiedź Rosji w postaci zażądania płatności za węglowodory w rublach i niebezpieczeństwo wyrugowania amerykańskiego dolara ze znacznej części międzynarodowych operacji na rynku paliw jeszcze bardziej zwiększyła determinację Zachodu, głównie USA. Nawet częściowa detronizacja dolara, utworzenie alternatywnych systemów rozliczeń byłoby potężnym ciosem w amerykańską gospodarkę i w amerykański ład. W tym tylko upatrywać należy bezprecedensowego w swojej skali zaangażowania się finansowego i propagandowego USA i ich sojuszników w wojnę na Ukrainie.

Wojna z Rosją kosztuje niemało. Koszty poniosą rzecz jasna nie premierzy czy prezydenci zachodnich rządów, ale całe społeczeństwa. Najbardziej oczywiste, widoczne i dotkliwe są rzecz jasna koszty materialne ponoszone przez każdego z nas. Nikt nie lubi byś okradany, a przecież rodzajem kradzieży dóbr, często gromadzonych mozolnie przez lata jest galopująca, niekontrolowana inflacja.  Niedawno pojawiły się w Polsce analizy, że pod koniec roku cena energii elektrycznej dla taryfy „G” może wzrosnąć o 70%. Kto to wytrzyma? Kto wytrzyma pośrednie skutki takiego wzrostu cen? Ale nie tylko w cenach problem – również w dostępności do szeregu towarów, zwłaszcza rolno-spożywczych w najbliższych latach.

Niebezpieczeństwo wybuchów społecznych niepokojów w USA i w UE na podstawie ekonomicznej rośnie. Jedyną więc drogą, historycznie sprawdzoną, jest dostarczenie cierpiącym społeczeństwom ideologii, która te cierpienia mogłaby usprawiedliwić i ukoić.  I tutaj zachodnim przywódcom z pomocą przyszła historia: zdają się oni ogłaszać nową krucjatę Zachodu przeciw bezbożnikom. Historia takich krucjat jest długa jak długa jest historia zachodniej cywilizacji. I bynajmniej nie chodzi tylko o wyprawy zbrojne do Ziemi Świętej.  O wiele krwawszymi były krucjaty przeciwko Słowianom w X – XI wiekach czy przeciwko husytom. Forma takiej krucjaty była również zbrojna interwencja NATO w Jugosławii.

Nie inaczej jak ogólnoświatowym wezwaniem do takiej nowej krucjaty zachodniego świata przeciwko „wschodnim barbarzyńcom” uznać należy wystąpienie Elizabeth Truss, brytyjskiej minister spraw zagranicznych na wielkanocnym bankiecie burmistrza Londynu 27 kwietnia b.r.  Wzywając do powszechnej rozprawy z Rosją Pani minister powiedziała między „innymi: „Wojna na Ukrainie jest naszą wojną – jest wojną wszystkich, ponieważ zwycięstwo Ukrainy jest strategicznym imperatywem dla nas wszystkich.” Trudno o bardziej jednoznaczne wezwanie do walki i do poświęceń.

Hasło zostało rzucone, więc gorliwcy się zaktywizowali. Zwłaszcza polski premier Mateusz Morawiecki wychodzi wręcz z siebie aby stanąć na ideowym czele tej krucjaty. Z jednej strony to mu się nawet nie dziwię: Polska pod prawicowymi rządami PO i PiS przez dziesięciolecia „stawała na uszach”, by stworzyć swój wizerunek jako obrońcy Zachodu przez bezbożnym Wschodem. Aż tu nagle zrządzeniem historii na pozycję lidera wysunęła się Ukraina i prezydent Zelenski, który po prostu ukradł show PiSowi. Dlatego rząd Polski a premier w szczególności nie maja wyjścia – muszą atakować. Takim właśnie atakiem był wywiad, jakiego ostatnio udzielił był nasz pierwszy minister „Daily Telegraph”. Strasząc świat rosyjską ekspansją, która nota bene z trudnością radzi sobie na Ukrainie, stwierdził w nim między innymi: <<”Russkij Mir” to rak, który trawi nie tylko większość rosyjskiego społeczeństwa, ale stanowi śmiertelne zagrożenie dla całej Europy. Dlatego nie wystarczy wspierać Ukrainę w jej militarnej walce z Rosją. Musimy całkowicie wykorzenić tę nową, potworną ideologię>>. A więc walka z Rosją, z „większością rosyjskiego społeczeństwa”. Ale walka po uprzedniej dehumanizacji przeciwnika – gdyż dopiero z przeciwnikiem, którego obedrze się ze wszystkich człowieczych przymiotów można zrobić wszystko i bez grzechu. Jak leczy się raka? Skalpelem, promieniowaniem, chemią lub kombinacją tych metod.

Polski rząd bezsprzecznie ubiega się o przywództwo w nowej, zachodniej krucjacie. Niestety, chcąc nie chcąc weźmiemy w niej udział wszyscy płacąc za nią swoimi pieniędzmi, swoim zdrowiem, przyszłością naszych dzieci. Pokusa oczywiście jest wielka. Nic nie stracił na aktualności list arcybiskupa magdeburskiego Adelgoza z 1106 r, w którym wzywał on do zdobywania ziem słowiańskich pogan, stwierdzając, że są to obszary zaludnione przez „najgorsze ludy”, a zajmowanie ich może przynieść korzyść podwójną: „Sasi, Frankowie, Lotaryńczycy, Flandryjczycy – przesławni zwycięzcy – tam będziecie mogli i zbawić wasze dusze, i jeśli się wam spodoba, zdobyć na osiedlenie bardzo dobrą ziemię”*. Czasy zmieniły to tylko, że owymi „rycerzami” są dzisiaj de facto politycy, bankierzy i magnaci finansowi. Stawka jest też dużo większa: nie tyle chodzi o ziemię na osiedlenie (Hitlerowi się nie udało) ile o złoto, diamenty, gaz, ropę, metale rzadkie itp., itd.

Tragizm sytuacyjny jest w tym, że z jednej strony mamy obiektywnie zagrożony w swoim bycie neoliberalny świat wszelkimi sposobami walczący o utrzymanie swojej światowej dominacji, swoich przywilejów i praw do eksploatacji innych narodów a z drugiej strony imperium, na które tenże świat wydał już wyrok, i które też stanęło przed problemem być albo nie być. I obydwie, śmiertelnie zagrożone strony dysponują ogromnymi potencjałami jądrowej broni masowego rażenia. Może więc niestety tak się stać, że proroczym okaże się tytuł świetnej książki P. Barreta i J_N Gurganda  o europejskich krucjatach do Ziemi Świętej „I my pójdziemy na kraniec świata”. Rzeczywiście, dzisiaj znowu możemy pójść. Wszyscy. I nawet o jeden krok dalej.

 

*) Maria Janion, „Niesamowita Słowiańszczyzna”.

25 lat Konstytucji

Miałem okazję uczestniczyć w obchodach jubileuszu 25-ciolecia uchwalenia Konstytucji RP, które w Sali Kolumnowej Sejmu zorganizował PSL rękami swojego wicemarszałka Zgorzelskiego. I nie jest ważne to, że PSL „zaprzągł” Konstytucję do walki o utrzymanie się na powierzchni polskiej politycznej sadzawki – chwała Stronnictwu za to, że Konstytucję przypomniało.

Od razu powiedzieć należy, że obchody te nie były oficjalne: nie uczestniczyli wszak w nich ani ci politycy, którzy obejmując urzędy na tą Konstytucje przysięgali, ani przedstawiciele Trybunału Konstytucyjnego, który przecież ma stać na straży Ustawy Zasadniczej. Jednym słowem okolicznościowe spotkanie parlamentarzystów i byłych parlamentarzystów zwołane przez Marszałka Zgorzelskiego miało charakter półoficjalny, prywatny niemalże, było jakimś erzacem obchodów tego ważnego jubileuszu. Stąd też moja refleksja w temacie.

Naszym świętem narodowym jest dzień 3 maja – dzień uchwalenia w 1791 r. pierwszej w Europie i drugiej w świecie demokratycznej (na owe czasy) konstytucji. Uroczyście świętujemy corocznie ten dzień, chociaż sama Konstytucja 3-go Maja przeżyła raptem 14 miesięcy, jej doniosłe postanowienia w większości nigdy nie były wprowadzone w życie, a sam akt jej uchwalenia miał raczej charakter zamachu stanu i sam w sobie był zaprzeczeniem demokracji. Tym nie mniej co roku sztandary, przemówienia, msze, parady – święto narodowe. Mało kto pamięta przy tym, że ten „testament gasnącej ojczyzny”, jak nazwał Konstytucję jeden z jej współtwórców derogowany został przez samych Polaków podczas tzw. Sejmu Grodzieńskiego (1793), zwołanego przez Imperium Rosyjskie. Sejm Grodzieński uzna l Sejm Czteroletni za niebyły i unieważnił wszystkie jego ustawy.

Dzisiejsza Konstytucja powstawała jakże inaczej! Inicjatorem jej uchwalenia i pierwszym Przewodniczącym Komisji Konstytucyjnej polskiego parlamentu był wybitny polityk lewicy – Aleksander Kwaśniewski.  W ramach prac komisji rozpatrzono ogółem siedem różnych projektów aktu zasadniczego, autorstwa różnych środowisk politycznych. Po przyjęciu Konstytucji 2 kwietnia 1997 r. została ona zatwierdzona w ogólnonarodowym referendum 25 maja tegoż roku. Jest więc nasza Konstytucja owocem wielkiego narodowego wysiłku, świadectwem gotowości ówczesnych polityków do kompromisów w najważniejszych sprawach, doniosłym aktem integrującym Polaków.

Jest dla mnie oczywiste, że Konstytucja 2-go kwietnia 1997 roku jest dla Polski znacznie ważniejsza niż Konstytucja 3-go maja. Nie tylko formalnie wprowadziła ona do naszego kraju demokratyczny porządek, przywróciła Polskę rodzinie krajów demokratycznych. Co najważniejsze – jej postanowienia zostały w pełni wdrożone i to one zmieniły obraz tej polskiej ziemi. Dzięki Konstytucji 1997 roku Polska mogła stać się członkiem Unii Europejskiej, a Polacy przez długi czas – do momentu objęcia władzy przez PiS – mogli w pełni korzystać z praw obywatelskich.

A jednak rocznica uchwalenia tego najważniejszego w nowożytnej historii Polski aktu prawnego chowana jest w cień, nie stała się przedmiotem narodowej adoracji. Uroczystości rocznicowe, jeżeli są, wykorzystywane są głównie do doraźnych politycznych celów schodzącego ze sceny ugrupowania.

Jest w tym jednak jakieś tragiczne światełko nadziei. Historia naucza bowiem, że aby jakieś wydarzenie mogło stać się przedmiotem naszych narodowych celebracji musi wpierw przejść drogę narodowej martyrologii, musi być związane z cierpieniem, walkami, utratą niepodległości. Inne, pozytywne okoliczności nie wchodzą w grę. A tymczasem praktyka polityczna PiS, praktyka dezawuowania Konstytucji RP, jej publicznego gwałcenia, obniżania rangi jako żywo przywołuje z pamięci tenże Sejm Grodzieński, tylko w innej, XXI-wiecznej formule. Chociaż jest zasadnicza różnica: Sejm Grodzieński był „dziełem” rosyjskiego imperium, a dzisiaj Polacy mordują swoją Ustawę Zasadniczą własnymi rękami i z własnej woli. Ale tworzy to tragiczną nadzieję, że za jakieś 150 lat lat Polacy z dumą przypomną sobie o najważniejszym akcie prawnym statuującym demokratyczną Polskę, czyli o Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej z 2-go kwietnia 1997 r.

Kanał plus

Będąc fanem tenisa przymierzałem się do obejrzenia bezpośredniej relacji spotkania polskiej tenisistki Magdy Linette z tenisistką rosyjską Ekateriną Aleksandrową w ramach rozgrywanego w Charleston (USA) turnieju WTA. Tenisistki walczyły o wejście do półfinału turnieju, transmisję prowadził Canal+ Sport. Dwójka polskich sprawozdawców, dziennikarzy sportowych rozpoczęła swoją „robotę” z przytupem. Zapowiedziała ni mniej ni więcej, że w swojej relacji zajmować się będzie wyłącznie polską tenisistką. Jej partnerką nie, gdyż jak wytłumaczyli na antenie: „państwo rozumiecie, to są takie nasze sankcje”. I rzeczywiście, nazwisko Aleksandrowej nie przechodziło przez usta „dziennikarzy”. Oponentki Magdy Linette w swojej „relacji” nie zauważali, traktowali ją dosłownie jak szczególny rodzaj powietrza, które odbija piłki tenisowe.

Nie mogę nazwać tego zachowania inaczej jak przejawem zdziczenia polskiego dziennikarstwa, jak otwieraniem przez pseudodziennikarzy, będących bądź co bądź osobami publicznymi wrót faszyzmowi.

Ekaterina Aleksandrowa, 54 tenisistka świata została zaproszona do udziału w turnieju oraz wpuszczona na terytorium USA. Nie angażuje się w żadne działania polityczne, ciężko pracuje, jak każda profesjonalna tenisistka nad technika i kondycją. Nie znajduje się na żadnej liście obywateli Rosji objętych sankcjami czy to politycznymi czy finansowymi. Swoistą karą za rosyjskie obywatelstwo jest dla tej zawodniczki usunięcie przez WTA flagi Rosji sprzed jej nazwiska w oficjalnych materiałach turniejowych.

Ale nasi polscy „dziennikarze” postanowili (musieli?!) wykazać się „prawidłową” postawą patriotyczną i na rosyjską tenisistkę nałożyli dodatkowe sankcje własne.  Z jednej strony to oczywista kpina, gdyż te „sankcje” polskich „dziennikarzy” nie są wcale wymierzone ani w Aleksandrową ani tym bardziej w Rosję – nie będą mieć dosłownie żadnego wpływu na politykę Kremla – nie są więc żadnymi sankcjami. Jeżeli więc nie są sankcjami przeciwko Rosji to czym są? W istocie są sankcjami przeciwko Polakom, przeciwko osobom takim jak ja, które późna nocą chcą obejrzeć sportowe widowisko, i którym to widowisko usiłuje się zepsuć, obrzydzić. Jest jednak inny, o wiele ważniejszy aspekt tej nowej dziennikarskiej praktyki. Postawa „dziennikarzy” Canal+ Sport jest nie tylko mową nienawiści w ich ustach, jest również nienawistnym działaniem wymierzonym w sportowca, jest wręcz próbą publicznej dehumanizacja tej osoby. Czy ci „dziennikarze” zdają sobie sprawę z tego, że prezentując takie postawy nawołują publicznie do nienawiści wobec innego narodu, że dają przykład, zachęcają telewidzów do ogłaszania własnych „sankcji”: dziś na tych, jutro na innych, dziś takich jutro takich – wedle uznania, możliwości i determinacji? A przecież tak właśnie rodzi się faszyzm.

ZDRADA

Na lewej stronie, zwłaszcza wrocławskiej rozgorzał śmieszny i straszny jednocześnie spór o to co powiedział Donald Tusk w swoim wystąpieniu na wczorajszej programowej konwencji Platformy Obywatelskiej. Śmieszny, gdyż okazuje się nagle, że dla polityków lewicy Donald Tusk, ten zadeklarowany neoliberał, zadeklarowany lewicożerca, pomiatający polską lewicą niczym „prof.”  Pawłowicz flagą Unii Europejskiej staje się nagle najwyższym autorytetem i wyrocznią. Straszne, jeżeli to wystąpienie, na konferencji, przypomnę programowej, podda się szczegółowej analizie.

W internetowej dyskusji, mającej udowodnić, że Tusk mówi to samo, co Zarząd dolnośląskiej Nowej Lewicy (patrz mój wpis „Majtki opadły”), a więc, że Zarząd miał niby rację, jeden z działaczy zamieszcza wpis mocny, krótki i buńczuczny: „1.41”. Innymi słowy: posłuchaj sobie mój interlokutorze, co Tusk powiedział w pierwszej minucie i czterdziestej pierwszej sekundzie swojego wystąpienia.

Wczorajszego wystąpienia Tuska odsłuchałem trzykrotnie. Drugi raz, aby upewnić się, że rzeczywiście powiedział on to co usłyszałem za pierwszym razem. Po raz trzeci, aby móc moim małym rozumkiem objąć całą głębię tej wypowiedzi. Wystąpienie to oceniam jako wyjątkowo słabe, stawiające Platformę na równi z PiS nieprzebierającego w środkach aby do maksimum wykorzystać tragedię ukraińską dla własnych, wewnętrznych celów politycznych. Jak zwykle w takich przypadkach ważne jest to co zostało powiedziane, oraz to, co powiedziane nie zostało. Po pierwsze więc Tusk robił wszystko, aby w oczach mediów zatrzeć obraz jego postaci malowany przez rządowe media jako przyjaciela, wspólnika niemal prezydenta Putina. Działanie oczywiście chybione, gdyż wyborcy PiS nie będą wsłuchiwać się w mądrości Tuska, natomiast karmieni zapewne będą obficie obrazami mimiki jego twarzy w trakcie tego wystąpienia. I to będzie jedyny efekt walki Tuska z TVP. Po drugie Tusk w oczywisty sposób wykorzystywać chce wojnę na Ukrainie w politycznej walce o władzę w Polsce, chce znowu na swoim ulubionym białym koniu wjechać na polską scenę polityczną tym razem z hasłem: „To ja odzyskałem dla Polski 780 miliardów!”. Po trzecie wreszcie strategiczna ocena sytuacji przedstawiona prze Tuska jest nie tylko płaska, nieprawdziwa, ale nakierowana na straszenie Polaków. „Polska będzie następna!” – groził. Oczywiście jest to fałsz. W konflikcie na Ukrainie Polska nie odgrywa żadnej roli. Wszyscy polityczni komentatorzy są zgodni co do tego, że konflikt na Ukrainie to preludium konfliktu USA z Chinami. W przypadku takiego konfliktu Ukraina, jako faktyczny już członek NATO, stanowiłaby miękkie podbrzusze głównego sojusznika Chin czyli Rosji. Polska nie ma tu żadnego znaczenia i dopóki nie dojdzie do zbrojnego udziału NATO w konflikcie – jest bezpieczna. Tusk z pewnością zdaje sobie z tego sprawę, ale dlaczego straszy?  Wytłumaczenie może być tylko jedno: zastraszone społeczeństwo łatwiej akceptuje to, czemu jeszcze niedawno było przeciwne.

Powróćmy więc do kwestii pieniędzy z Unii Europejskiej w ustach Donalda Tuska. Rzeczywiście w drugiej minucie swojego wystąpienia zarzucił on rządowi, że wobec olbrzymiej potrzeby środków finansowych nie ubiega się on o takowe z unijnego programu solidarnościowego (jak to zrobiła Mołdawia) czy też nie domaga się porozumień w sprawie alokacji uchodźców. Ale clue stanowiska Tuska w tej kwestii zawarte jest w trzech minutach pomiędzy 25:30 a 28:30. Padają tu bardzo ważne słowa, te mianowicie, że Tusk będzie namawiał Unię, aby ta znalazła „jakiś sposób” na niezwłoczne przekazanie zablokowanych środków Polsce. Jednocześnie, w kontekście tej inicjatywy, wezwał on rząd do przedstawienia na jutrzejszym spotkaniu z opozycją „uczciwej deklaracji jedności”. Ale ważniejszym jest tekst dalszy. Tusk przywołuje Ukrainę. „Tam Ukraińcy o swoja praworządność (podkr. JU), demokrację walczą z karabinem w ręku. A my możemy uczynić to samo kartką wyborczą!” – grzmiał Przewodniczący. I żeby nikt nie miał wątpliwości pada kolejna kwestia z ust Przewodniczącego: „Żadna Bruksela (czytaj: Unia Europejska, J.U.), żaden Waszyngton nie zrobią tego za nas!” Jednym słowem Tusk zapowiedział ni mniej, ni więcej jak tylko odstąpienie Platformy Obywatelskiej od żądania wykonania przez PiS postanowień Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, odsuwając ten problem do przyszłych wyborów parlamentarnych. Co znamienne: w całym wystąpieniu Tuska takie żądanie pod adresem rządu natychmiastowej realizacji orzeczeń ETS nie zostało w ogóle wyartykułowane ani nawet wzmiankowane w całym wystąpieniu programowym Przewodniczącego Platformy Obywatelskiej.

I to właśnie nazywam ZDRADĄ. Zdradą osoby pretendującej do miana lidera opozycji wszystkich nas, którzy protestowaliśmy, braliśmy udział w manifestacjach, malowaliśmy plakaty i pisaliśmy, wszystko w imię obrony podstawowych, elementarnych wartości Unii Europejskiej. W sytuacji, w której właśnie dzisiaj rządowi Morawieckiemu, całemu PiS przedstawić należało twarde żądanie niezwłocznej realizacji orzeczeń ETS gdyż to jest najprostsza, najlepsza droga do unijnych pieniędzy, najlepsze rozwiązanie dla Polski i Unii Europejskiej, Tusk publicznie ogłasza odstąpienie od takiego żądania. Zdaniem Tuska to Unia, nie Polska powinna znaleźć „jakiś sposób” przy czym wyraża on gotowość zadowolenia się jakąś nieokreśloną „uczciwą deklaracją jedności”. Tusk wierzący w jakąś uczciwą deklarację tych, których przez lata jego partia (i nie tylko) nie określała inaczej jak mafię u władzy? Z drugiej strony kto jak kto, ale Tusk musi być świadomy, że odstąpienie dzisiaj od tego żądania to zabetonowanie władzy PiS i jego akolitów w Polsce na dziesięciolecia. Władzy PiS a może POPiS? Wszystkiego można się spodziewać zwłaszcza od polityka, który niegdyś uratował od politycznego niebytu dwa filary obecnej rządzącej kamaryli.

Rzecz o odstąpieniu od wymogów przywrócenia w Polsce zasad praworządności w zamian za odblokowanie środków unijnych nie znalazła się w ustach byłego prezydenta Europy przypadkiem. Jest bardziej niż prawdopodobne, że padła po jakichś konsultacjach z brukselskimi urzędnikami, którzy też chcieliby mieć problem polski z głowy. Najprawdopodobniej gotowi są oni sięgnąć po sztuczkę zwaną „dynamiczna interpretacja prawa”. Co to takiego? Otóż zderzyłem się z tym chwytem kontrolując pomocowe środki unijne wydawane w krajach spoza Unii. Przepisy finansowe Unii są surowe i jednoznaczne: środki takie mogą być przekazywane wyłącznie państwom, w których istnieje system kontroli wydawania środków publicznych spełniający międzynarodowe standardy. Ale zdarzało się, że ze względów politycznych Komisja chciała udzielić takich środków państwom czwartego świata, w których nie tylko takiego systemu nie było, ale gdzie nie było również rocznego budżetu, a parlament był papierową atrapą. Wówczas urzędnicy brukselscy wymyślili właśnie ową „dynamiczną interpretację prawa”. Wystarczyło więc, aby w takim kraju pojawił się byle projekt byle jakich reform finansów publicznych i ich kontroli, aby KE uznała, że cele tego projektu zostały już osiągnięte (dynamiczna interpretacja) a więc i wymogi wypłacania środków Unii spełnione. Europejski Trybunał Obrachunkowy zablokował wprawdzie tą praktykę, ale sam patent zachował się pewnie w niejedny biurku Komisji Europejskiej. Czy w przypadku Polski rolę takiego projektu reform odegrać ma owa „deklaracja”? Bardzo prawdopodobne.

Kwestia przestrzegania unijnych zasad praworządności i unijnego prawa przez Polskę nie jest wyłączną kwestią pomiędzy Polską a Brukselą. To sprawa o fundamentalnym znaczeniu dla całej Unii. Wycofanie się Komisji Europejskiej z obowiązku zapewnienia realizacji postanowień traktatowych i wyroków europejskich trybunałów w tak zasadniczej sprawie będzie de facto kolejnym wielkim osłabieniem Unii Europejskiej w ostatnich dniach. Pierwszym było oczywiste fiasko próby prowadzenia przez Unię własnej polityki wobec Rosji. USA szybko wybiły Unii takie fanaberie – Unia okazała całemu światu swoja polityczną niemoc i na długi czas wypadła z grona ważnych politycznie podmiotów (graczy) na świecie. Praktyczne zakwestionowanie przez Polskę zasady jednolitego systemu prawnego Unii może okazać się tym, czym wybicie zwornika w sklepieniu łukowy: cała konstrukcja nieuchronnie musi się zawalić. I jeżeli tak się stanie będzie to ku radości wszystkich tych, którym silna Unia jest nie w smak – a putinowskiej Rosji przede wszystkim. Prawdopodobnie to idea zjednoczonej Europy w jej dotychczasowym kształcie będzie jedną z ofiar wojny na Ukrainie.

Przyznam, że jeden fragment wystąpienia Tuska, jednego z najbardziej doświadczonych polityków europejskich wstrząsnął mną niewątpliwie. To ten fragment, w którym wypominał on rządowi, że ten miał 100 dni na przygotowanie się na falę migracji. „Od stu dni wiedzieli, że atak nastąpi, że będzie fala uchodźców! I co zrobili?” – pytał dramatycznie Tuska na konferencji.

Otóż właśnie: politycy tacy jak Tusk oraz, jak należy przypuszczać inni, jeszcze lepiej poinformowani przez służby analityczno-wywiadowcze byli w pełni świadomi nie tylko tego, że wojna nastąpi, ale również świadomi jej tragicznych skutków. Byli świadomi i co zrobili, aby zapobiec tragedii Ukrainy? Co zrobiła ONZ, powołana do zażegnywania tego rodzaju konfliktów? Nic. Cynicznie czekali.

A ja bardzo, bardzo chciałbym mieć pewność, że tej niewyobrażalnej tragedii nie można było uniknąć.

W odpowiedzi prof. Tadeuszowi Klementewiczowi

Dziękuję Tadeuszu za MĄDRY artykuł („Trybuna” 18.03.2022 r. „O jeden kraj za daleko”).  Tym nie mniej pozwolę sobie na parę uwag nie tyle polemicznych, co uzupełniających Twój wywód.

W czasie wojennym, a taki mamy, media w oka mgnieniu zostały zmobilizowane i skierowane na pierwszą linię frontu. Rakiety, anty-rakiety i anty-anty-rakiety frontu propagandowego rażą nas 24 godziny na dobę. Każda wojna – jak wiadomo – ma dwa oblicza: etyczno-moralne i strategiczne. Moralno-etyczna ocena tej i każdej innej wojny jest jednoznaczna: wojna to samo zło. Znamienne, że na tych właśnie kwestiach koncentruje się 99,99% doniesień medialnych, wśród których dominują oczywiście wzajemne oskarżenia o  wszelkie możliwe wojenne zbrodnie. Bardzo rzadko, albo zgoła wcale  podnoszony jest w  medialnych publikacjach aspekt strategiczny tego konfliktu wojennego, szukanie odpowiedzi na podstawowe dla przyszłości pytania:

– jakie procesy polityczne, społeczne i gospodarcze doprowadziły do tego, że taki konflikt zaistniał?

– czy zrobiono wszystko, aby tego konfliktu uniknąć, czy wręcz przeciwnie: robiono wszystko, aby on wybuchł?

– kto będzie jego ostatecznym beneficjentem?

– jak wojna na Ukrainie wpłynie na geopolityczną mapę świata? itd itp.

Na tym tle Twój artykuł Profesorze jest perełką, unikatem, jest pocieszającym przykładem, że wolna, nieskrępowana, racjonalna myśl nie została zabetonowana w jakiejś mysiej dziurze.

A teraz kilka refleksji na tematy, które podniosłeś.

Świat po tej wojnie nie będzie już taki jak przed – to pewne. Ale jaki będzie? To fakt, że tylko trzy kraje zaliczyć dziś można do mocarstw: USA, Rosję i Chiny. Jestem jednak bliższy opinii Mearscheimera, że najważniejszy konflikt, jakiego jesteśmy światkami i przedmiotem jednoczesnie to konflikt pomiędzy USA a Chinami, a Rosja, jako najsłabszy podmiot w tej „wielkiej trójce” odgrywała rolę języczka u wagi. Sytuacja klarowała się przez ostatnie 20 lat. Ani Europa, ani Stany Zjednoczone nie potrafiły zawiązać z Rosja partnerskiego, strategicznego sojuszu, popychając ją na wschód. Rację wydaje się mieć Mearscheimer wskazując na przełomowe w tej kwestii znaczenie bukaresztańskiego szczytu NATO w 2008r, na którym oficjalnie zaproszono Gruzję i Ukrainę do tego sojuszu militarnego. Odpowiedzią Moskwy, która nie ukrywała, że nie pogodzi się z dalszą ekspansją NATO była agresja na Gruzję kilka miesięcy po natowskim szczycie. Ukraina czekała do 2014 r. a finalnie do 2022.

Od szeregu lat wielu makroekonomistów wieszczyło nieuchronność kolejnego wielkiego kryzysu gospodarczego. – Wiadomo, że nastąpi. Nie wiadomo tylko kiedy i z jakiej przyczyny: może nią być katastrofa ekologiczna, jakieś lokalne zamieszki czy wojny – mówiono.

Najprawdopodobniej nie o samą Ukrainę chodzi w tej wojnie. Najprawdopodobniej Moskwa postanowiła zadziałać uprzedzająco, aby zablokować dalsze rozprzestrzenianie się NATO. Teza nagłaśniana przez wiele różnych mediów z frontu propagandowego, że przyczyna wojny jest jakoby osoba Putina i jego psychiczna choroba ma dokładnie taką samą wartość jak teza, którą wkładano nam do głowy w szkołach, że przyczyną I Wojny Światowej był zamach na życie arcyksięcia Ferdynanda. Ciekawa tutaj byłaby opinia Hongbinga Songa na temat roli światowej finansjery w roznieceniu tego konfliktu. W swojej świetnej książce „Walka o pieniądz” (wyd. Wektor, 2017 r.) ten chiński analityk udowadnia między innymi tezę, że za wszystkimi kryzysami i wojnami współczesnego świata stała światowa finansjera, która kreowała wręcz te wydarzenia lub im sprzyjała. Dzieje się tak zdaniem autora, gdyż wojny są nieodzownym elementem systemu finansowego opartego o zadłużanie się obywateli i państw, którego jedynym celem jest zysk. Jaka była rola FED, MFW i banków centralnych w dzisiejszej wojnie Rosji z Zachodem? Rozpoczynając bowiem agresję na Ukrainę Rosja na długie lata zatrzasnęła swoją Zachodnią Bramę, świadomie odcięła się od Zachodu nie skrywając, że jej celem jest nowy podział stref wpływów na świecie. Oczywiście sama nie jest zdolna do zaprowadzenia nowego, globalnego ładu – musi działać ręka w rękę z Chinami. Dokładnie przewidział to Mearscheimer, który w wykładzie na bostońskim uniwersytecie w 2017 r. zapowiedział, że jeżeli Zachód nie porozumie się z Rosją, to Rosja sprzymierzy się z Chinami, a wówczas – głosił ten politolog – Ukraina zostanie zniszczona. Nie chodzi więc w istocie o Ukrainę, ale o Stany Zjednoczone.

Niewątpliwie Chiny będą największym wygranym tej wojny. Już dzisiaj wspierając Rosję deklarują Ukrainie wolę bardzo głębokiego zaangażowania się w jej odbudowę po wojennych zniszczeniach. Wygranym będzie też światowa finansjera, której wszystko jedno kto do kogo strzela, byle tylko zaciągał kredyty na bomby, a potem na odbudowę. Będzie, o ile Rosji i Chinom nie uda się wywrócić tego systemu. Napomknięcie przez Ławrowa w jego pierwszym po wybuchu konfliktu wystąpieniu o nadziejach jakie dla nowego ładu światowego może nieść ze sobą system kryptowalut jest zapewne nieprzypadkowe.

Przegranym (prócz ewentualnie Rosji) będzie Unia Europejska. Konflikt ukraiński nie tylko osłabia Unię ekonomicznie, ale co ważniejsze również politycznie i moralnie. W „chwili prawdy” Unia pokazała, że nie jest zdolna do kreowania własnej, samodzielnej polityki zagranicznej, wykazała, że nie należy do grona światowych graczy politycznych. Jeżeli tuż przed wybuchem wojny Niemcy i Francja usiłowały realizować jakąś niezależną, europejską politykę wobec Rosji, to wkrótce doszlusowały te państwa do amerykańskiego szeregu.
Największym przegranym tej wojny będą jednak, jak zwykle w dziejach, zwykli, szarzy ludzie. Nie tylko ci, z terenów objętych działaniami zbrojnymi, ale wszyscy, których już pośrednio lub bezpośrednio dotyka wzrost cen nośników energii, a jutro wzrost cen żywności, których już dotyka spowolnianie gospodarki. Tak na prawdę, to my wszyscy w sensie dosłownym ponosimy i ponosić będziemy koszty sankcji ekonomicznych, nie ważne przez kogo i na kogo nakładanych.

Wielką niewiadomą jest oczywiście Rosja. Jeżeli Rosja zostanie zmuszona do odstąpienia od agresji na Ukrainę, to zapewne nie za sprawą takich czy innych sankcji zewnętrznych. Największym zagrożeniem dla polityki obranej przez parlament i rząd rosyjski może się okazać rosyjskie społeczeństwo. Okres moich doświadczeń ze współpracy z rosyjskimi instytucjami ugruntował we mnie przekonanie o głębokiej proeuropejskiej orientacji przynajmniej części tego społeczeństwa. Czy ta część łatwo pogodzi się z zatrzaśnięciem wrót Zachodniej Bramy?

A Polska? Dramat ukraiński obnażył dziecinadę polskiej polityki zagranicznej: dziecinadę buńczucznego sprzeciwiania się ogólnoeuropejskiej polityce migracyjnej, dziecinadę stawiania zasieków i uzbrojonych żołnierzy przeciwko uchodźcom z Syrii, Afganistanu czy Iraku. Cały obecny pisowski establishment wyrosły z wrogości do obcych, z wrogości do wielokulturowego społeczeństwa nagle postawiony został przez historię przez zadaniem pilnej, niemal natychmiastowej budowy rzeczypospolitej dwóch narodów. W Polsce już przed konfliktem mieszkało około 1 miliona Ukrainek i Ukraińców. Dzisiaj doszło ponad 1.700 tys. nowych, głównie kobiet i dzieci. Jeżeli nawet niw wszyscy finalnie zostaną w naszym kraju, to choćby z tytułu łączenia rodzin dojdą nowi. Tak czy inaczej populacja zamieszkująca tereny pomiędzy Odrą a Bugiem nagle zwiększy się o około 10%. Czy wszyscy w Polsce łatwo pogodzą się z wyrastającymi nieopodal kościołów cerkwiami?

Ale istnieje inne, potencjalne wprawdzie, lecz poważniejsze zagrożenie dla Polski. Może się nim bowiem okazać tak lub inaczej wyrażona wola społeczności międzynarodowej, aby na przykład na mocy jakichś międzynarodowych porozumień Polska właśnie objęła patronat nad zachodnią Ukrainą, nad Galicją. Obawiam się, że takiego ciężaru gospodarczego, kulturowego i społecznego dzisiejsza Polska nie udźwignie.

Na koniec kilka słów o lewicy kontekście wojny Rosji z Zachodem. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że na ten dramat nałożyły się trzy okoliczności: immanentna potrzeba kapitalizmu okresowego oliwienia swojej machiny ekonomicznej krwią ofiar wojen, konflikt pomiędzy imperializmem amerykańskim i rosyjskim oraz antagonizm pomiędzy nacjonalizmem rosyjskim i ukraińskim. Wniosek dla lewicy jest prosty: tylko nowoczesny, demokratyczne socjalizm, w którym motorem rozwoju nie jest niszczycielska żądza zysku i który wolny jest od zmory nacjonalizmu może być podstawą alternatywy dla obecnego turbokapitalizmu, nadzieją na nowy, lepszy świat.

Majtki opadły

Coś bardzo złego dzieje się z Nową Lewicą. Wiceprzewodniczący tej partii, współtwórca Nowej Lewicy na Dolnym Śląsku, poseł na Sejm oświadcza publicznie 8 marca b.r.: „Uważam, że nadszedł odpowiedni czas, aby Lewica głośno zwróciła się do struktur Unii Europejskiej o odblokowanie Polsce środków z Funduszu Odbudowy!” oraz: „Ci, którzy patrzą na świat przez pryzmat nienawiści do PiS-u zapewne będą wieszać na mnie psy, ale Ci, co myślą rozsądnie i w interesie Polski – przyznają mi rację.” Ta krótka wypowiedź niesie wiele różnych treści, które muszą bulwersować. Po pierwsze więc poseł Dyduch, bo o nim mowa, domaga się w imieniu Nowej Lewicy, aby Unia Europejska odpuściła PiS łamanie praworządności w Polsce i wobec trudnej sytuacji z ukraińskimi uchodźcami odblokowała fundusze gromadzone przez Unię dla odbudowy unijnej gospodarki po pandemii. Tak wytrawny polityk musi mieć świadomość tego, że takie „odpuszczenie” to nic innego jak utrwalenie władzy PiS w Polsce na długie, długie lata i utrwalenie w Polsce systemu państwowego bezprawia. Tak wytrawny polityk musi też mieć świadomość tego, że rezygnacja Unii z obrony unijnego systemu prawnego i unijnego systemu wartości, a do tego sprowadzałoby się „odblokowanie środków z Funduszu Odbudowy”, to samozagłada Unii w jej dotychczasowym formacie. O ironio – to jeden z najważniejszych celów Kaczyńskiego. Wprost nie chce się wierzyć, że takie postulaty padły, tym bardziej, że tak doświadczony polityk powinien wiedzieć, że środki z Krajowego Planu Odbudowy nie będą mogły być wydawane dowolnie, według lokalnego uznania – ale na rozwój gospodarki. Ma to kapitalne znaczenie i z tego powodu, że spora część tych środków pochodzi z zaciągniętego przez Unię kredytu (na bardzo dobrych warunkach, niedostępnych dla pojedynczego państwa), gwarantowanego solidarnie przez wszystkich członków Unii. Od efektywności wydawania tych pieniędzy na OBUDOWĘ GOSPODARKI zależeć więc będzie to, czy te kredyty uda się w przyszłości spłacić.

Na domiar złego niefortunnie (ale może świadomie) zaczął poseł Dyduch swój wywód od zwrotu: „nadszedł odpowiedni czas…”. Czyżby myśl, aby zwrócić się do UE o przymknięcie oczu na łamanie zasad praworządności w Polsce kluła się w głowach nowolewicowych liderów od dawna, a dzisiaj tylko „nadszedł odpowiedni czas” ku temu, aby ja publicznie wyartykułować?

Swoją publiczną deklarację poseł Dyduch kończy też znamiennie znanym a ulubionym przez PiS chwytem retorycznym: kto jest złym, głupim człowiekiem („nienawidzi PiS”) – ten będzie przeciw, a kto „myśli rozsądnie” przyzna mu rację. Nowolewicowy podział na lepszy i gorszy sort obywateli? Zdecydowanie zbyt dużo pisowszczyzny jak na mój gust, pisowskich celów, retoryki i socjotechniki w ustach jednego z liderów Nowej Lewicy.

Na tym dramat NL związany z ta wypowiedzią się nie kończy. W partiach demokratycznych bowiem to najpierw ciała kolegialne wypracowują stanowisko partii w ważnych dla państwa i społeczeństwa sprawach a dopiero potem jej liderzy je obwieszczają. W tym przypadku stało się dokładnie odwrotnie: najpierw współprzewodniczący powiedział co powiedział, a w dwa dni później, po internetowej fali krytyki tej wypowiedzi podległy mu zarząd wojewódzki pospieszył na ratunek swojemu szefowi przyjmując uchwałę w zasadzie powielającą jego wcześniejszy postulat i argumentację. Argumentację nawet rozszerzył – wskazując, że te pieniądze unijne powinny natychmiast trafić do samorządów na pokrycie wydatków związanych z przyjmowaniem ukraińskich uchodźców. Zbiorowa głupota czy zaczadzenie? Przecież członkowie zarządu muszą wiedzieć, że środki z Funduszu Odbudowy to nie wagon z Eurusami, który jutro Unia prześle do polskich samorządów, aby te mogły je swobodnie wydawać i jak powiedziałem wyżej nie mogą i nie powinny one być wykorzystywane do zaopatrzenia uchodźców.

Argumentowanie „odblokowania środków KPO” tragedią ukraińską ma ten sam myślowy rodowód co dzisiejsze kuriozalne, a przy tym nad wyraz cyniczne uzasadnianie przez premiera Morawieckiego poprawki-wrzutki do spec-ustawy ukraińskiej gwarantującej bezkarność urzędnikom łamiącym prawo przy wydawaniu publicznych pieniędzy sytuacją polskiego strażaka, który musi ratować dziewczynkę ukraińską z domniemanego pożaru.

Ale to nie koniec propisowskiego charakteru uchwały Dolnośląskiego Zarządu Wojewódzkiego Nowej Lewicy. Zarząd słowem nie zająknął się o roli państwa, odpowiedzialności rządu i jego struktur za wykonywanie państwowych zobowiązań wobec migrantów wynikających z podpisanych przez rząd konwencji, nie dokonał żadnej oceny dotychczasowych działań rządu, nie apelował do rządu o aktywność na forum Unii Europejskiej o specjalne środki na ten, migracyjny właśnie cel, nie mówiąc o tym, że pół słowem Zarząd nie odniósł się do sytuacji innych uchodźców przed wojną i głodem, koczujących nad polsko-białoruską granicą. Tym samym Zarząd uznał taktykę pisowskiego rządu przerzucania gros obowiązków zaopiekowania się uchodźcami wojennymi na barki obywateli i samorządów.

Powiem wprost. Nie tego spodziewałem się po partii roszczącej sobie pretensje do numeru pierwszego na lewej stronie polskiej sceny politycznej. Przede wszystkim spodziewałem się, że ta właśnie partia w uchwale swoich krajowych władz ZAŻĄDA od PiS niezwłocznej realizacji wyroków Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, aby w ten sposób odblokować pieniądze tak potrzebne polskiej gospodarce nie tylko już ze względu na zniszczenia „pandemiczne”, ale również olbrzymie zniszczenia wojenne.

Dlaczego lewica nie wykorzystała tej sytuacji do ratowania polskiej praworządności a de facto stanęła po stronie Prawa i Sprawiedliwości? Nie dopuszczam mimo wszystko myśli, że takie akrobacje wyczyniane są z myślą o przyszłych wyborach czy koalicjach rządowych. Chociaż tego ostatniego aspektu do końca też wykluczyć nie mogę. Wszak wielce kontrowersyjne delikatnie mówiąc wystąpienie wiceprzewodniczącego Nowej Lewicy nie spotkało się z żadną reakcją ze strony jego szefa, tak często deklarującego, że już niedługo „będziemy rządzić!”. Trudno też sobie wyobrazić, że Zarząd Krajowy unieważni uchwałę Zarządu Dolnośląskiego.

Wychodzi więc na to, że majtki opadły.

Zawiedzione nadzieje

Jeszcze parę miesięcy temu wielu Polaków (wśród nich i ja) wychodziło na ulice aby protestować przeciwko zakusom PiS likwidacji telewizyjnego kanału TVN 24. Cała Polska pełna była haseł w obronie wolnych, niezależnych mediów. TVN 24 ocalał, ale dzisiaj zadają sobie pytanie: po co?

Społeczeństwo obywatelskie potrzebuje wolnych, niezależnych mediów jak tlenu. Bez wiarygodnej, obiektywnej informacji niemożliwe jest nie tylko korzystanie z wolności obywatelskich, ale również świadome wypełnianie obywatelskich obowiązków. Wolne, obiektywne media szczególnie potrzebne są społeczeństwu w chwilach ważnych, w historycznych momentach, które być może decydują o przyszłości państwa i narodu. Wszyscy mamy świadomość, że właśnie w takim momencie się znaleźliśmy. Dwóch sąsiadów Polski toczy ze sobą wojnę. Nie dyplomatyczną, nie cybernetyczną, ale jak najbardziej realną. Ostrzeliwania artyleryjskie, sabotaże, bezpośrednie starcia żołnierzy, cierpienia i exodus cywilów. Leje się krew.

Właśnie w takiej sytuacji, jak nigdy, Polakom potrzebna jest rzetelna informacja o istocie, przyczynach i przebiegu tego konfliktu zbrojnego. Wydawać by się mogło, że kto jak kto, ale właśnie TVN24 stanie na wysokości zadania, czyli stanie na głowie, aby takie informacje nam dostarczać. Stało się inaczej. TVN ochoczo i co gorsza bezkrytycznie przyjął rolę tuby propagandowej waszyngtońskiej administracji. Informacje o przyczynach konfliktu, o stanowisku i planach Rosji, a nawet o tym, o czym myśli Prezydent tego kraju dowiadujemy się z przekazów z Waszyngtonu. Przekazów – dodać należy – przedziwnych. Wielokrotne zapewnienia CIA o nieuchronnym ataku Rosji na Kijów, nawet z podaniem precyzyjnych dat, ostentacyjne ewakuowanie ambasad i obywateli z Ukrainy lały się z TVN szerokim strumieniem. Dla równoczesnych wypowiedzi ukraińskiego ministra obrony, że Ukraina nie notuje żadnych ruchów wojsk rosyjskich, które świadczyć by miały o agresji czasu antenowego zabrakło. Zabrakło też poważnych komentarzy o widocznej rozbieżności w podejściu do kwestii konfliktu pomiędzy USA i największymi państwami europejskimi a nawet samą Unią Europejską. Dzisiaj również kilkadziesiąt razy dziennie atakowani jesteśmy informacją CIA, że „Rosja gotowa jest zaatakować w każdej chwili”. Obfity strumień przekazu serwowany przez TVN nie ma na celu dostarczanie rzetelnych, obiektywnych informacji o konflikcie. Jego głównym celem jest kształtowanie wysoce negatywnego obrazu Rosji a prezydenta Putina w szczególności.

Największe pretensja mam jednak do TVN- tego do niedawna symbolu mediów obiektywnych, niezależnych o to, że nie zrobiła nic, aby zaprezentować polskiej opinii publicznej stanowiska Rosji i Ukrainy z pierwszej niejako ręki. Przecież mamy w Polsce dyplomatyczne przedstawicielstwa tych krajów. Nie spotkałem na platformie TVN żadnej informacji, że przykładowo, ambasador Rosji odmówił spotkania przed kamerami z niezależnym dziennikarzami na ten temat . W przekazach nam serwowanych obowiązuje jeden sznyt, reaganowski zresztą, tym razem autoryzowanym przez Bidena: Rosja to imperium zła, a więc wszystkie chwyty, metody są dozwolone, usprawiedliwione i a priori rozgrzeszone.

W obwodach Ługańskim i Donieckim leje się krew. Strony wzajemnie oskarżają się o naruszenie rozejmu. Niektóre stacje telewizyjne docierają tam starając się przekazać swoim odbiorcom informacje z pierwszej ręki. Nie ma wśród nich ekip z TVN 24, a nie każdy w Polsce odbiera telewizję arabską, która znalazła się pod obstrzałem, nie każdy też sięga do Reutera, który donosi o ostrzałach z terytorium Ukrainy. Z wielkim rozczarowaniem odnotować trzeba to, że TVN nie wytrzymała próby czasu, że okazała się stronniczym nieobiektywnym narzędziem propagandowym.

Czyżby wszyscy doświadczyli jakiegoś zjawiska zbiorowej amnezji? Czyżbyśmy zapomnieli już wielkie amerykańskie oszustwo w sprawie Iraku, kiedy to amerykański sekretarz stanu objeżdżał stolice świata (w tym i Warszawę) i zapewniał o absolutnie pewnych ustaleniach CIA w sprawie broni masowego rażenia, którą jakoby miał dysponować Saddam Husajn?  A przecież to cyniczne kłamstwo stało się podstawą dla wielu rządów, głów wielu państw do podjęcia się współuczestnictwa w tej karnej ekspedycji, która narodowi irackiemu przyniosła cywilizacyjną tragedię. Wstyd mi było słuchać polskiego prezydenta, kiedy swego czasu przed kamerami wyznał: „W sprawie broni masowego rażenia Husajna sekretarz stanu USA mnie okłamał”. Nie tylko Kwaśniewskiego. Podobne publiczne wyznanie uczyniła Toni Blair – premier Wielkie Brytanii.  USA okłamywały nie tylko głowy państwa. Amerykańska machina propagandowa starała się ukształtować w podobny sposób opinię publiczną, aby decyzja o współudziale w operacji irackiej była dla rządów łatwiejsza. Zapomnieliśmy?

Amerykańskie kłamstwo irackie nie było pierwszym. W 2015 r. niemiecki dziennikarz opublikował dokument „Tajna wojna Reagana” („Operation Täuschung -Die Methode Reagan”, https://www.youtube.com/watch?v=rc0jThe2F4Q), w której opisał kulisy i przebieg olbrzymiej operacji amerykańskiej w Szwecji w latach zimnej wojny. W tym okresie opinia publiczna Szwecji w zdecydowanej większości opowiadała się za porozumieniem Szwecji z ZSRR w sprawach bezpieczeństwa. USA zdecydowały się zmienić wektor tej opinii o 180 stopni dokonując inscenizacji aktywności radzieckich okrętów podwodnych u szwedzkich wybrzeży kreując i eskalując poczucie zagrożenia szwedzkiego społeczeństwa. Dwuletnia kampania kłamstwa przyniosła sukces. Ważne jest to dzisiaj o tyle, że przeprowadzenie tej operacji powierzono utworzonej przez Reagana specjalnej Komisji d.s. Dezinformacji, której zadaniem było organizowanie propagandowych działań przeciwko ZSRR. Trudno zakładać, że komisja ta została zlikwidowana. Zapewne nie tylko działa nadal, ale korzystając z dobrodziejstw postępu informatycznego rozwija skrzydła.

USA nie można wierzyć – taka nauka wypływa z historii. A TVN?  No cóż: smutne, ale król jak zwykle okazał się nagi. O innych, publicznych „przekaziorach” wspominać się nawet nie godzi, gdyż wygląda na to, że tam słowa” rzetelność”, „obiektywizm” są po prostu zakazane.

Europa wita amerykańskich komisarzy!

Jak podała agencja Reuters do Europy przybędzie delegacja amerykańska, której zadaniem ma być koordynowanie sankcji przeciwko Rosji. Jak podaje PAP: „o amerykańską interwencję zwracały się niektóre państwa Unii, w tym Polska”. Według Reuters „delegacja” ma odwiedzić Niemcy, Wielką Brytanię, Francję oraz Belgię. Polskę nie.

Albo jest to rzeczywiście inicjatywa Polski, która usiłuje szczuć Stanami Zjednoczonymi te europejskie kraje, które niezbyt ochoczo zdaniem Nowogrodzkiej podchodzą do kwestii amerykańskich sankcji przeciwko Rosji, albo, co wydaje się bardziej prawdopodobne, Polska inicjatywa inspirowana jest przez Waszyngton, który szuka pretekstu, aby przyjść z bratnią pomocą błądzącym rządom europejskim. Tak czy inaczej postawa Polski haniebna.

Po co Scholz przyjechał?

Nowo wybrany kanclerz Niemiec Olaf Scholz, następca Angeli Merkel rozpoczął swoją międzynarodową aktywność w interesujący sposób. Z pierwszą zagraniczną wizytą udał się do Francji, dając tym jasny sygnał, że doskonale zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności Niemiec i Francji za funkcjonowanie i przyszłość Unii Europejskiej. Potem odwiedził Komisję Europejską w Brukseli. Trzecim celem wizyt inauguracyjnych nowego kanclerza Niemiec była Warszawa.

Oczywiście euforia w PiS była wielka. – Patrzcie – zdawali się mówić niemal w każdej publicznej wypowiedzi.  – Polska pod naszymi rządami jest unijną potęgą i Niemcy muszą się z nami liczyć. Ta duma przechodząca w zadufanie może okazać się myląca.

To prawda, że Polskę i Niemcy łączą silne więzi gospodarcze. Ale w tej współpracy Polska nie jest partnerem równorzędnym: nie ten poziom gospodarki, nie ta innowacyjność, nie ta efektywność, wreszcie nie te kapitały.

Przysłuchując się konferencji prasowej Morawieckiego i Scholza trudno było nie zadawać sobie pytania: po co Scholz, zwłaszcza po afroncie jaką Warszawa uraczyła jego poprzedniczkę równo dwa miesiące temu do Polski przyjechał? W jakim celu? Co miał do załatwienia? Co miał do zaoferowania? Szczegółów rozmów pewnie nie prędko poznamy, ale jej okoliczności skłaniają do domysłów, że rzeczywiście wybór Polski nie był przypadkowy.

Przypomnieć tu należy nie tak bardzo odległe sytuacje, kiedy to Polska usilnie starała się o pozycję głównego reprezentanta Unii Europejskiej wobec przeżywającej głęboki kryzys Ukrainy czy Gruzji. Ani jedna, ani druga misja się nie powiodła. O przyszłości Ukrainy zadecydował układ Mińsk II (format normandzki) podpisany przez Francję, Niemcy, Rosje i Ukrainę. Polski do stołu nie zaproszono. Jeszcze gorzej było w Gruzji. Podczas gdy Prezydent Francji leciał do Moskwy rozmawiać o zażegnaniu kryzysu, Prezydent Kaczyński w Tbilisi nawoływał do wojny z Rosją.  Wizyta Scholza w Warszawie świadczyć może o tym, że krajem specjalnej troski dla Unii Europejskiej jest teraz właśnie Polska.

W po konsultacjach w Paryżu a następnie w Brukseli Niemcy najwidoczniej przyjęły na siebie rolę lidera w rozwiązywaniu „kwestii Polskiej”. Stąd właśnie szybka wizyta Kanclerza Niemiec w Warszawie dla bezpośredniego zbadania gruntu i poznania – no właśnie, partnera czy raczej już przeciwnika.

Jeżeli taka była geneza wizyty Scholza w Warszawie to bardzo dobrze, że do niej doszło. Scholz mógł na własnej skórze zapoznać się z trudnościami zadania, które na siebie przyjął. Konferencja prasowa szefów rządów Polski i Niemiec była dla Niemca trudna. Morawiecki nie otworzył nawet wąskiego przesmyku do rozmów na temat pogłębiania integracji Unii Europejskiej. Stanowisko zaprezentowane przez Polski rząd miało elastyczność betonu. Dodatkowo polski premier z lekkością słonia pomijając pytanie o IV Rzeszę zaatakował kanclerza powojennymi roszczeniami oraz żądaniami wręcz zastopowania strategicznej dla Niemiec inwestycji jaką jest Nord Stream 2. W tej ostatniej sprawie okazał się raczej komiwojażerem amerykańskich firm gazowych niż politykiem. Nie pokazał Morawiecki w jaki sposób Nord Stream 2 zagraża Polsce – wyręczył się Ukrainą. Argumentował natomiast, że uruchomienie tego gazociągu i zwiększenie przez to wolumenu dostaw gazu do Europy podniesie ceny tego surowca, chociaż wiadomo, że dostawy gazu z Rosji odbywają się na podstawie kontraktów długoterminowych, a z innych, najczęściej amerykańskich źródeł, na podstawie bieżących cen giełdowych.

Scholz też pozostał na dotychczasowych stanowiskach Niemiec i Unii Europejskiej, choć swoje zdanie wyraził w bardzo dyplomatyczny sposób. Przypomniał, nie wprost, ale jednoznacznie, że sprawa roszczeń jest od bardzo dawna formalnie uregulowana i zamknięta. Zwrócił gospodarzom grzecznie uwagę, że to Niemcy utrzymują w znacznej mierze Unię Europejską nie tylko finansowo, ale gospodarczo i politycznie, twardo bronił suwerenności Niemiec w określaniu swojej strategii energetycznej, oraz dwukrotnie podkreślał wartości Unii jaką są demokracja i praworządność.

Nowy Kanclerz Niemiec mógł w efekcie rozmów w Warszawie wyrobić sobie zdanie w sprawie najważniejszej: jak jest gotowość obecnych władz polskich do kompromisów, do poszukiwania najlepszych dla Unii rozwiązań. I tutaj Scholz zderzył się ze ścianą. To nie jest wcale jego porażka, to może być natomiast, w dłuższej perspektywie, znacząca porażka dzisiejszych pisowskich triumfatorów. Kanclerz Niemiec dostał do ręki twardy dowód, że z Warszawą nie ma sensu rozmawiać, negocjować, że należy sięgać po środki radykalne. A te będą bolały nie Morawieckiego, ale nas wszystkich. Echa wizyty Scholza w Warszawie usłyszymy zapewne w Brukseli.

Chociaż i dla Kanclerza Scholza nie wszystko jest jeszcze stracone. Kilkukrotnie wspominając o bardzo dobrej współpracy Polski i Niemiec w przyszłości zdawał się przypominać, że wszystko się kiedyś kończy: rządy PiS też.

Układ Warszawski BIS

Na dwa dni Warszawa stała się stolicą europejskiego nacjonalizmu, nie gardzącego wsparciem sił faszystowskich. Na oczach całego świata Warszawa oficjalnie przywdziała brunatną koszulę. I nie był to jakiś półtajny zlot nacjonalistyczno-faszystowskich radykałów, ale zlot takowych pod światłym patronatem Rzeczypospolitej i Republiki Węgierskiej. Nad całym tym upokarzającym dla demokratycznej Polski wydarzeniem unosił się nie materialny, ale z dala widoczny, pisany olbrzymimi, wyboldowanymi literami transparent o treści: „TERAZ K…A MY!” Przywódcy nacjonalistycznych partii i ruchów społecznych nie zjechali się do Warszawy po to przecież, aby zjeść razem kolację, pozwiedzać warszawską starówkę i poopowiadać sobie anegdoty i rozjechać się do swoich domów. Swojego celu strategicznego nie ukrywają: przejęcie sterów w Unii Europejskiej i przeprowadzenie jej radykalnej deformy przez jej głęboką dezintegrację.

Nie zdziwiłbym się, gdyby realnym efektem tego spotkania było jakieś porozumienie europejskich sił nacjonalistycznych, zawiązanie czegoś w rodzaju Nacjonalistycznej Międzynarodówki. Nie zdziwiłbym się, gdyby uzgodniono regularność tego typu spotkań, ale również gdyby uzgodniono wspólne kierunki i metody działania, na przykład rodem z Cambridge Analytica –  tak efektywnie stosowanymi podczas brytyjskiego referendum  jak i w kampanii prezydenckiej A. Dudy w Polsce. Czyli Układ Warszawki bis. Czy ta powtórka z historii okaże się farsą czy tragedią – pokaże czas.

W komentarzach polskich antypisowskich polityków dominuje teza, że organizując tą historyczną hucpę PiS potwierdza swoją role „pożytecznego idioty Putina” i że PiS realizuje strategię Rosji. To moim zdaniem olbrzymie uproszczenie. Nie tylko Rosja jest zainteresowana osłabieniem i dezintegracją Unii Europejskiej. W niemniejszym stopniu zainteresowane były Stany Zjednoczone pod przywództwem Trumpa. Nie chodzi tu tylko o ewidentnie antyunijne akcje przyjaciół Trumpa w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu. To również odmowa Trumpa negocjacji gospodarczych z Unią na rzecz negocjacji bilateralnych z państwami – członkami Unii. To również entuzjastyczne przyjęcie przez Trumpa polskiej inicjatywy antyunijnej jaką był pomysł „Trójmiarza” (wpis „Szczyt zaszczycony” z 17.06.2017 r.) Wprawdzie Trump zszedł ze sceny (antrakt?) ale przecież to nie jest tak, że o amerykańskiej strategii decyduje jednoosobowo prezydent USA. Wprawdzie obecnie jest Biden, lecz na ile ma wolną rękę w kształtowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej? Rozczłonkowanie Unii może być na rękę również Chinom, którzy przyszłościowy podział świata postrzegają nie podług różnic politycznych czy ideowych, ale podług technologii informatycznej: amerykańskiej bądź chińskiej. Tańce wokół wykonawstwa systemu telefonii komórkowej 5G są tu najlepszym przykładem.

Spójność Unii Europejskiej wystawiana jest na ciężką próbę. Kryzys finansowy, migracyjny, pandemia sars-cov2, a ostatnio nasilające się medialne „zwiastowania” paneuropejskiego energetycznego blackout-u stawiają przed Unią nowe, nieznane wyzwania. Jeszcze parę lat temu, kiedy toczyły się dyskusje o tworzeniu się w świecie nowych centrów polityczno-gospodarczych wymieniano najczęściej trzy takie: Stany Zjednoczone, Chiny i Unia Europejska. Dzisiaj Unia wypadła już z pierwszej ligi przyszłych światowych liderów gospodarczych. Głównie dlatego, że nikt na świecie nie będzie chciał wiązać się strategicznie z organizacją targaną wewnętrznymi problemami.

O cóż więc chodzi polskim politykom odpowiedzialnym za przyszłość Polaków? Co, może usprawiedliwiać zbrodniczy charakter pisowskiej władzy? Piszę „zbrodniczy” dlatego, że nie ma większej zbrodni politycznej na demokratycznym państwie niż wykorzystanie instytucji i procedur demokratycznych do unicestwienia demokracji. A PiS tak właśnie działa – od pierwszego dnia swojego uzurpatorskiego panowania nad Polską co dnia niszczy polską demokrację. Niszczy fizycznie – demolując system prawny, gwałcąc Konstytucję, niszcząc instytucje demokratycznego państwa jak parlament, Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny, Narodowy Bank Polski, Najwyższą Izbę Kontroli.  Ale niszczy również to, co jest podstawą i istotą i esencją demokracji – społeczeństwo obywatelskie. Każdego dnia, dzień w dzień, noc w noc.  Zbrodniczy charakter pisowskiej władzy ma niestety wymiar czysto ludzki. W 2015 r. PiS przejął odpowiedzialność za Polskę. Nikt nie zdejmie z PiS-u odpowiedzialności za dziesiątki tysięcy „nadmiarowych” zgonów Polaków w minionych latach – zgonów będących skutkami zapaści służby zdrowia i podporządkowania walki z pandemią doraźnym potrzebom politycznym Kaczyńskiego. Nikt nie zdejmie z pisowskich polityków, którzy zapewne codziennie żarliwie klepią formułki: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” czy „nie zabijaj” odpowiedzialności za tragedie ludzkie na polskiej ziemi przy granicy z Białorusią.

Ile wreszcie trzeba mieć determinacji, aby Unię Europejską, która powstała, aby nie dopuścić do nowej wojny przyrównać do Rzeszy Niemieckiej? Unię Europejską, która jest bezalternatywną opcją dla chcącej się rozwijać Polski?

Nie myślę, aby prymitywna żądza rządzenia i chęć nagrabienia jak najwięcej dla siebie i swojej rodziny były głównymi motorami dla pisowskiej wierchuszki. Tym motorem może być tylko wzniosły cel ideowy, tak wzniosły, tak ważny, że wart wszelkich ofiar. Cel ten sformułował w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli premiera Mateusz Morawiecki. Wydawało się wówczas, że ni z gruszki ni z pietruszki w swojej programowej mowie wypalił, że „naszym celem jest rechrystianizacja Europy”.  Teraz patrzeć na to należy inaczej.

W analizach sytuacji Unii Europejskiej, jej problemów i zagrożeń rzadko i niesłusznie przywołuje się Kościół Katolicki, rzadko analizuje się jego rolę w kształtowaniu przyszłości Unii. Pewnie dlatego, że sam Kościół jest wewnętrznie podzielony,  przezywa swój kryzys, którym jest kryzys wiary w młodych europejskich pokoleniach, afery etyczne i zbrodnie pedofilskie. Ale jak to często bywa w kryzysie aktywizują się i do głosu dochodzą radykalne siły konserwatywne, integrystyczne. To one stawiają warunek: Unia Europejska tak, ale z królem Jezusem i królową Maryją – wiecznie dziewicą!  Ostoją europejską tego konserwatyzmu jest polski episkopat, który ostentacyjnie już nie uznaje progresywnego papieża Franciszka.  Katolicka – w najbardziej tradycyjnym, integrystycznym, czy wręcz średniowiecznym rozumieniu katolicyzmu – Europa, oto cel nad cele Kaczyńskiego. To jedyna dla niego droga na wymarzone pomniki i trumnę u boku brata na Wawelu.

I temu ma służyć Układ Warszawski bis. Jak mawiał Hegel: „historia lubi się powtarzać dwukrotnie”. Marks zaś dodawał: „ale za pierwszym razem jako tragedia, a za drugim jako farsa”. Czyżby więc czekała nas tragedia?