Kto nas „broni”?

Jakie wojska stacjonują w Polsce? Tego nie wie nikt. Minister Macierewicz, jego podwładny Prezydent Duda,  mówią jednym tchem o „wojskach NATO i USA”. Ale USA są przecież członkiem NATO. Skąd więc to rozróżnienie? Które z wojsk stacjonujących w Polsce są natowskie i podlegają dowództwu NATO, a które amerykańskie, podlegające rozkazom Waszyngtonu? Zasadnicze pytanie, z punktu widzenia bezpieczeństwa naszego kraju, zwłaszcza po niejasnych wypowiedziach nowego Prezydenta USA na temat NATO, to to czyich interesów bronią te wojska? Jak USA potrafią bronić swoich interesów kosztem innych państwa, na przykład Szwecji pokazał emitowany niedawno na platformie PLANETEPLUS niemiecki film z 2015r. „Tajna wojna Reagana”. Wszystkie relacje medialne pokazują ostentacyjne przejazdy kolumn wojskowych przez Niemcy do Polski ale pod flagami Stanów Zjednoczonych. Prezydent Duda witając oficjalnie „obrońców” występuje na tle szpaleru flag Polski i USA. Ani jednej flagi NATO. Dla przypomnienia, gdyby ktoś zapomniał, wygląda ona tak:

Młodzi, gdzie wy jesteście?!

Uczestniczyłem wczoraj w unikalnym wydarzeniu w ramach 38. Przeglądu Piosenki Aktorskiej,  a mianowicie w panelo-koncercie, czy jak kto woli koncerto-panelu „Siła piosenki” we wrocławskim Capitolu. Wydarzenie bez precedensu: wspaniali paneliści, m.in. : prof. Kocur, Maria Peszek, Zbigniew Hołdys,  Janusz Lipiński, świetni moderatorzy: Katarzyna Janowska i Konrad Imiela – to 100% gwarancji sukcesu. Zamiarem inicjatorów wydarzenia było dociekania jak to się dzieje, że jakaś piosenka staje się nagle hymnem pokoleniowym, który jest na ustach niemal wszystkich, który staje się siłą społeczną. Autentyczna, szczera dyskusja, żywy kontakt z salą – wydawać by się mogło, że nic prócz radości.

A jednak…

Nie zamierzam recenzować muzycznego panelu. Ale o jednej sprawie napisać trzeba koniecznie. Zarówno Tomasz Lipiński jak i Zbigniew Hołdys, Maria Peszek odwoływali się w swoich wystąpieniach, a także muzycznych prezentacjach (Peszek, Lipiński) do takich wartości jak wolność, swoboda wypowiedzi, niezgoda na niesprawiedliwą rzeczywistość. Aluzje do dnia dzisiejszego lały się potokiem i były żywo „kupowane” przez publiczność. I oto w trakcie dyskusji Zbigniew Hołdys podniósł kwestię następującą. Powiedział on między innymi tak:      „- Niestety, nie widzę, aby nowe, młode pokolenie miało swoją pieśń, aby wyrośli nowi, na miarę czasów i problemów, bardowie i poeci, którzy tworzą nowe pieśni porywające tłumy”. Prowadzący panel zareagowali: „- Ale przecież jesteście wy: Lipiński, Hołdys!”. Odpowiedź Hołdysa była druzgocąca: „- Gdy ja tworzyłem, to miałem 19, 20 lat. Pisałem dla swojego pokolenia. Teraz mam ponad 60. Gdzie są dzisiejsi dziewiętnastolatkowie? Nie widać ich, nie słychać”. Moderatorzy próbowali polemizować, ale bez przekonania. Król okazał się nagi.

Po wspaniałym intelektualnie i muzycznie wydarzeniu gorzka refleksja. Wolność, demokracja, prawo do swoich poglądów, sprzeciw  wobec narzucania ideologii – to wartości drogie tylko wówczas, gdy ich nie mamy. Ale gdy je już mamy, to nie potrafimy ich bronić kiedy są ewidentnie zagrożone. Młodzi – gdzie wy jesteście?!

Bye, bye Unio

Szydło wyszło z worka.

Dzisiejsza rewelacja ministra Waszczykowskiego, oskarżającego 27 przywódców państw europejskich o współudział w przestępstwie fałszerstwa jest swoista kropką nad i. Szydło wyszło z worka i do niego nie wróci. Prawdziwym, strategicznym celem PiS jest wyprowadzenie Polski z Unii.

PiS nie może oczywiście iść przez Polskę i świat z tym hasłem na ustach. Z jednej bowiem strony unijna forsa, która tak potrzebna jest choćby na wizażystki Naczelniczka, z drugiej bezlitosna dla tej idei polska opinia publiczna, która jeszcze nie jest gotowa zaakceptować takiej jawnej deklaracji. Jeszcze nie, ale …

Kaczyński i jego sekta, nie mogąc dzisiaj ogłosić Plexitu werbalnie, starają się stworzyć ku temu właściwy klimat społeczny. Taktyka jest prosta: konsekwentnie oblewać Unię Europejską wszelkiego rodzaju fekaliami, aby w pewnym momencie zwrócić się do swoich wyznawców z retorycznym pytaniem: „Dalej chcecie być z tymi śmierdziuchami?”. Nawet mało uważny obserwator zauważy, że wszelkie publiczne działania PiS w sprawach Unii nie są ukierunkowane na konstruktywne rozwiązywanie problemów Europy, ele adresowane są wyłącznie „do wewnątrz”, na użytek swojej polityki wewnętrznej, na – jak to zgrabnie ujął jeden z brytyjskich komentatorów – zaspokajanie apetytu PiS w wewnętrznej polityce.

Czy akcja Ministra Spraw Zagranicznych informowania opinii publicznej o swoich rewelacjach nastąpiła bez konsultacji z Premier, czy w porozumieniu z nią nie ma znaczenia. Każda alternatywa jest dla Polski zgubna: albo rządzą nami idioci wymagający psychiatrycznej opieki albo zdrajcy.

Działania Waszczykowskiego wpisują się w ciąg zdarzeń po decyzji Rady Europejskiej o wyborze Przewodniczącego. Przypomnę: Prezydent Duda nie gratuluje Tuskowi wyboru, ale „uzyskania poparcia większości”, sprawę wyboru pozostawiając otwartą. Zaraz po tym „zwykły poseł” udaje się do Londynu na rozmowy z Premier Wielkiej Brytanii. Dziennikarze komentujący ten eksces kupują na ogół argument, że Kaczyński ma pełne prawo spotykać się z przewodniczącym bratniej partii. Oczywiście tak, ale ta wizyta ma miejsce w bardzo konkretnym kontekście. Unia otóż zadecydowała, że nie będzie bilateralnych rozmów poszczególnych państw z WB, ale wyłącznie rozmowy Unia – WB. Polak jednak potrafi. Po to, aby swojemu elektoratowi wykazać, że żadna Unia nas nie obchodzi zastosowano prosty trick. Nie Premier Szydło rozmawiać będzie z Premier May, ale prezes z Premier.

Przecież, gdyby Kaczyński myślał pro-unijnie, to swoją wizytę organizował by tak, aby nie psuć szyków Premier polskiego rządu w kontaktach z Unią i zabiegał by o spotkanie z Przewodniczącą Partii Konserwatywnej w siedzibie tej partii przy Maththew Parker Street, a nie w urzędzie premiera przy Downing Street. Chodziło jednak o to, aby zademonstrować elektoratowi, że wbrew unijnym postanowieniom, Polska pisowska prowadzić będzie swoją własną politykę i potrafi Unii „zagrać na nosie”.

Dochodzi do tego haniebna, ale i świadcząca o braku minimum woli zrozumienia istoty Unii Europejskiej wypowiedź Premier Szydło w sprawie polityki imigracyjnej  w kontekście  dramatu na moście westminsterskim.

W Europie uznano, że podpisanie Deklaracji Rzymskiej w jakiś sposób kończy „problem polski”. Nic z tych rzeczy. To dopiero początek.  Niestety, Polska stała się chorym członkiem Unii Europejskiej.

Zdaniem łotra

Unia Europejska nie uległa PiS-owskiemu szantażowi. Wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej głosami szefów wszystkich (prócz polskiego) rządów w przeciągu 20 minut był ostentacją – jednoznaczną deklaracją, że próby przeszczepiania przez PiS swoich metod na unijne podwórko są i będą daremne. Kaczyński w oczach całego świata poniósł spektakularną, upokarzająca klęskę. Niestety, nie wyciągnie z niej właściwych wniosków. Wręcz przeciwnie: to co w oczach całego świata jest błazenadą, Kaczyński w „swoim” kraju przedstawia jako historyczny sukces, a Premier Szydło wynosi do panteonu narodowych bohaterów. Kaczyński w swoje szaleństwo wciąga nie tylko swoją partię, rząd, parlament, wojsko, ale stara się wciągnąć i jak największą część polskiego społeczeństwa. To w oczywisty sposób jest zagrożeniem dla Narodu i Państwa. Kaczyńskiemu  basuje Prezydent Polski. Nie mógł nie napisać do nowego/starego Przewodniczącego RE oficjalnego listu, ale to, co media przedstawiają jako gratulacje wyboru na Przewodniczącego RE, po uważnym przeczytaniu tekstu gratulacjami wyboru nie jest. Prezydent gratuluje „uzyskania poparcia większości” sprawę wyboru zostawiając otwartą. Oczekiwania Prezydenta: „Liczę, że w przyszłości uda się ponownie odbudować europejską jedność w oparciu o zasadę równych państw i wolnych narodów” nie są wprost adresowane do rozpoczynającej się nowej kadencji Tuska, ale poza nią.   Źenada dyplomatyczna.

Starając się Polskę odizolować od świata, uczynić z niej  „Chrystusa narodów”, niezrozumiałego przez nikogo, zdradzonego przez wszystkich  i cierpiącego za wszystkich, Kaczyński przekracza kolejne poziomy obłędu. Po idiotycznym skreśleniu Węgier z listy przyjaciół Polski zostało na niej tylko jedno jedyne państwo St Eskobar. Niedawno wszyscy myślący inaczej niż on (PiS) byli obywatelami gorszego sortu. Od wczoraj w jego ustach stali się łotrami (synonimy: bandytami, kanaliami, itp.). A takich ze zdrowej tkanki społeczeństwa należy przecież eliminować.  Będzie się działo.

Tymczasem opinia światowa jest jednoznaczna. Reprezentatywnym artykułem jest ten pomieszczony ostatnio w „The Economist” http://www.economist.com/news/europe/21718698-new-governments-obsession-punishing-former-polish-prime-minister-leaves-it-isolated.

Przytoczę tylko znamienne zakończenie:

Polska była gigantem wśród państw wchodzących do Unii w 2004r. Sukces ekonomiczny, wzrost  politycznego znaczenia, którego doświadczyła było inspiracją dla innych, włączając państwa europejskie, które obecnie zabiegają o członkostwo. Rząd (polski, JU) będzie pierwszą ofiarą bezsensownej afery, którą wywołał: nie może na przykład liczyć na szczodre potraktowanie w nadchodzących negocjacjach budżetowych.  Ale przecież jego błazeństwa są drwiną z idei jedności, do której UE ślubowała dążyć po Brexicie. Wczoraj Pan Tusk ostrzegał, że  nie można przekraczać spalonych mostów. Ale wygląda na to, że Pan Kaczyński jest w objęciach w pełni rozwiniętej piromanii.

Skutki owej błazenady Polacy odczuwać będą latami. Oczywiście w oficjalnych spotkaniach będą uśmiechy i slogany. Ale na tysiącach różnych decyzji dotyczących Polski podejmowanych na różnych unijnych (i nie tylko) szczeblach odium próby szantażu Unii przez polski rząd ciążyć będzie długo. Mówiąc wprost: Polska postrzegana będzie jako brzydko pachnąca kupa nieznanej substancji, której z mapy trudno usunąć, ale którą obchodzić należy szerokim łukiem. I to PiS uważa za swój historyczny triumf. Znając pomysłowość pisowskich spin-doktorów wiktoria brukselska przyćmi wnet wiedeńską.

Póki nie będzie za późno!

Minister Waszczykowski szantażuje dzisiaj 27 państw UE groźbą zerwania szczytu Unii Europejskiej, który, według wszelkich zapowiedzi, ma przedłużyć mandat Donalda Tuska na stanowisku Przewodniczącego Rady Europejskiej.

Wyobraź sobie dobry człowieku, że jesteś majętnym ziemianinem. Zgłasza się do ciebie Twój ubogi sąsiad, prosząc, podobnie jak inni, abyś przyjął go pod swój dach, gdyż też chciałby żyć na takim poziomie jak Ty. Tobie także jest to na rękę, gdyż sąsiad ten, aczkolwiek biedny, to jednak jest właścicielem dużych terenów i moglibyście wspólnie lepiej je wykorzystać ekonomicznie. Zgadzasz się, ale stawiasz warunek. Mówisz: – Drogi sąsiedzie. Bardzo chętnie przyjmę ciebie i innych podobnych sąsiadów, ale widzisz, w naszym dużym domu obowiązują określone zasady współżycia i zachowania się. Jeśli zadeklarujesz ich przestrzeganie, to nie ma sprawy. Sąsiad uroczyście deklaruje respektowanie Twoich zasad, podpisuje co trzeba i zostaje wpuszczony pod Twój dach. Jednakże po pewnym czasie – już współlokator – zaczyna podejmować próby przemeblowania Twojego domu na swoją modłę, zmiany zasad funkcjonowania Twojej posiadłości, w końcu ucieka się do szantażu, aby przeforsować swoje reformy. Siadasz więc  w zaciszu gabinetu, wyciągasz czystą kartkę, dzielisz ją na pół. W pierwszej połówce wypisujesz swoje świadczenia finansowe, materialne i niematerialne  jakie przez 13 lat  koegzystencji pod jednym dachem przekazałeś ubogiemu sąsiadowi. Na drugiej połówce kartki wypisujesz wszystkie te działania, którymi Twój współlokator przyczynił się, aby wasza koegzystencja była jak najbardziej efektywna dla was obojga, które prowadziły do wzmocnienia wartości leżących u podstaw waszego związku, nadania mu nowych perspektyw. I okazuje się, że o ile pierwsza strona zapisana jest gęsto zapisana, to druga zieje pustką. Dodatkowo uzmysławiasz sobie, że Twój współlokator, za Twoimi plecami, zaciąga zobowiązania wobec innego Twojego sąsiada, równie bogatego jak Ty, wobec którego starasz się prowadzić swoją politykę oraz usiłuje buntować Twoich innych współlokatorów przeciwko Tobie.

Jaka podejmujesz decyzję?

Swoim szantażem 27 państw Unii Europejskiej polski Rząd:

– działa na szkodę żywotnych, historycznych interesów Narodu i Państwa Polskiego,

– działa wbrew oczekiwaniom większości społeczeństwa

– w poważnym stopniu naraża na szwank bezpieczeństwo ekonomiczne i polityczne Polski.

Są to moim zdaniem wystarczające argumenty, aby obywatele Rzeczpospolitej wypowiedzieli posłuszeństwo grupie trzymającej władzę w kraju. Póki nie będzie za późno.

Każdy, byle nie Polak

Czy ktoś pamięta jazgot, jaki PiS podniósł gdy rozpoczęła się europejska dyskusja o raporcie Komisji Weneckiej na temat Polski? Główną nuta przewodnią propagandy pisowskiej była dewiza Pani Dulskiej: „Brudy należy prać we własnym domu”. Dzisiaj, gdy procedura  przedłużenia mandatu Donalda Tuska na stanowisku Przewodniczącego Rady Europejskiej dobiega końca PiS nie ma żadnych skrupułów aby kampanii przeciw  najpoważniejszemu kandydatowi na to stanowisko – Polakowi, nadać rangę międzynarodową.  Kaczyński balię z polskim praniem wylał na środku Grand-Place w Brukseli.

W mediach i stanowiskach opozycji dominuje tłumaczenie tej ofensywy jakąś osobistą animozją Kaczyńskiego do Tuska. Uważam tę tezę za błędną, a nawet niebezpieczną, gdyż jej uznawanie przesłonić może prawdziwe oblicze problemu. Wydaje mi się raczej mało prawdopodobne aby cała rządowa administracja i polityczna artyleria PiS jak jeden mąż stanęła w szeregach prywatnej wojny prezesa PiS. Moim zdaniem prawdziwe intencje Kaczyńskiego są zupełnie inne.

Kaczyński zapowiedział reformowanie Unii Europejskiej zaraz po wygraniu wyborów parlamentarnych. Obwieścił nawet, że „zlecił prawnikowi opracowanie projektu nowego Traktatu o Unii Europejskiej”. Ambicje przemodelowania Unii podług koncepcji Kaczyńskiego (jeżeli to są jego, a nie na przykład Kościoła koncepcje), prezentowane były światu konsekwentnie. Przypomnę, że osnową  tego modelu jest rozluźnienie polityczne i ekonomiczne Unii – co stoi w sprzeczności z poglądami sił politycznych decydujących dzisiaj o kształcie i kierunkach reform UE.

Kaczyński ma jednak jeden, poważny problem. Jak pisałem już wcześniej, nie może on – poprzez swoich żołnierzy jak Duda, Waszczykowski czy Szydło – w pełni rozwinąć żagle swojej unijnej kontrrewolucji na forach międzynarodowych, gdyż na przeszkodzie stoi mu osoba Przewodniczącego Rady Europejskiej, Polaka, legitymującego się również społecznym mandatem w Polsce, a który prezentuje przy tym zupełnie inną koncepcję przyszłości Unii. Celem Kaczyńskiego jest więc to, aby stanowisko Przewodniczącego objął ktokolwiek, byle nie Polak.  Tylko wówczas bez jakichkolwiek ograniczeń Kaczyński będzie mógł „w imieniu Narodu polskiego” domagać się reform Unii alla polacca.

Kaczyński bardzo dobrze wie, że kandydatura Saryiusza-Wolskiego nie ma żadnych szans. Zgłaszając ją zamierza prezes PiS ustrzelić dubleta. Z jednej strony liczy na to, że ta decyzja otworzy – wydawało by się zamkniętą już – dyskusję w gronie państw członkowskich nad alternatywnymi wobec Tuska kandydaturami. Z drugiej strony wystawienie członka PO na kontrkandydata znakomicie zamiesza i podzieli wewnętrznie największe opozycyjne ugrupowanie. Dla mnie kandydatura ta nie jest żadnym zaskoczeniem. Wszak już wystąpienie Saryiusza-Wolskiego u zarania kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego było – ku zdumieniu wielu – bardzo pro-pisowskie. Ten flirt ma więc swoją historię i nie zakończy się zapewne po rozstrzygnięciu kwestii stanowiska Przewodniczącego RE.

Znamienna dla mnie będzie reakcja państw członkowskich. Nadzieją dla Polski będzie, jeżeli pozostaną one przy kandydaturze Tuska. Będzie to znaczyło, że Europa nie skreśliła jeszcze Polski. Gdyby natomiast Przewodniczącym RE został ktoś inny, będzie to jasnym, czytelnym sygnałem, że Unia Europejska uznała Polskę za kraj i naród stracony dla idei europejskiej integracji. A wówczas zostaniemy na terenie Europy sami, z jedynym „przyjacielem” za Wielką Wodą, który przyjaźń z innymi narodami całkowicie podporządkowuje swoim i tylko swoim interesom.

Pożyjemy, zobaczymy. Ale nie zapomnimy!

Truchtająca lewica

Rozmawiałem niedawno z pewnym działaczem SLD, zadeklarowanym człowiekiem lewicy. Zapytałem go o opinię o mojej idei DEKOMERCJALIZACJI ( patrz wpis: „Jak i kogo wybierać”, 15.02.2017) procedur wyborów władz publicznych w Polsce. Reakcja była jednoznaczna, nacechowana trudno skrywanym pobłażaniem: „-tego się nie da zrobić,” „-to niemożliwe, nierealne” itp.

Jeszcze jedno potwierdzenie, że powodem obecnego głębokiego kryzysu lewicy jest brak woli i/lub umiejętności sięgania po rzeczy niemożliwe (dla innych). Brak woli i/lub umiejętności ukazywania, że to, co korzystne dla ludzi i państwa a dla innych niemożliwe, my – lewica – potrafimy zrealizować. Całkowita defensywa , skazywanie lewicy na rolę paprotki przy stole innych, listek figowego polskiej „demokracji”. Być może kolejne wybory przyniosą upragnione przekroczenie magicznego progu 5% i zdobycie kilku mandatów w Sejmie. Odtrąbiony zostanie olbrzymi sukces, który w istocie tylko przedłuży trwającą od dwudziestu lat agonię polskiej lewicy.

Tym bardziej więc pisać i mówić należy o rzeczach uznanych za niemożliwe, ale przecież możliwych, choćby było to tylko „wołaniem na puszczy”. Dzisiaj kolejny problem.

Prawie bez echa przeszła przez polską prasę bardzo ważna moim zdaniem informacja o ustaleniach The Observer. Gazeta ta ujawniła otóż szczególne związki amerykańskiego miliardera Roberta Mercera z liderem brytyjskich eurosceptyków Nigelem Farage’em. Mercer jest największym sponsorem kampanii prezydenckiej Trumpa. Okazało się jednak, że w niedalekiej przeszłości w sposób szczególny wsparł swojego brytyjskiego przyjaciela Farage’a. Udostępnił mu otóż, za pośrednictwem jednej ze swoich spółek, wartą około 8 mln USD usługę informatyczna polegającą na dostarczaniu zwolennikom Brexitu argumentów mających przekonać wahających się. Rzecz w tym, że te porady były spersonalizowane, z wykorzystaniem metody tworzenia olbrzymich osobowych baz danych i określania profilu psychometrycznego użytkownika Internetu przez analizę jego aktywności w sieci. Twórcą takiej metody jest młody naukowiec polskiego pochodzenia Michał Kosiński. Według Kosińskiego jego model pozwala na określenie, na podstawie 150 lajków na FB, profilu osoby lepiej niż współmałżonek, a analiza 300 lajków na poznanie danej osoby lepiej niż ona sama. Prawda, czy nie, metoda Kosińskiego wykorzystana przez Mercera sprawdziła się w przypadku Brexitu, kampanii wyborczej Trumpa i już pojawiły się zapowiedzi wykorzystania jej w kampaniach wyborczych w Niemczech i we Francji. Pomoc Mercera nie została (choć powinna była) zgłoszona do komisji wyborczej Wielkiej Brytanii – ale to już zmartwienie Brytyjczyków. Niech sobie dociekają, na ile jedno z ugrupowań politycznych korzystało z niedozwolonej pomocy, na ile naruszono normy prawne czy etyczne, na ile społeczeństwo zostało zmanipulowane.

Nie sposób jednak czytając te doniesienia nie wspomnieć czarnej internetowej kampanii PiS w trakcie kampanii wyborczej Prezydenta RP i parlamentarnej. Jeśli wierzyć Internetowi PiS uruchomił armię (podobno płatnych) hejterów , którzy zalewali internetowe debaty potokami brzydko cuchnącej cieczy. I czynią tak do dnia dzisiejszego.

Kiedy wybuchła internetowa rewolucja wydawało się, że swobodny, szeroki i szybki dostęp do informacji będzie tym czynnikiem, który zdecydowanie przyspieszy tworzenie się społeczeństwa obywatelskiego, przyda tej szlachetnej idei nowych impulsów. Okazało się jednak, że ta niewątpliwa zdobycz cywilizacyjna w pierwszej kolejności  wykorzystana została w celach wręcz przeciwnych: do mniej lub bardziej wyrafinowanej manipulacji opinią publiczną. Narzędzia informatyczne bazujące na informacjach zgromadzonych w Internecie stały się poważnym zagrożeniem dla demokracji.

Realność takiego zagrożenia poświadcza również bardzo ciekawa praca Emmy Briant „ Propaganda a zwalczanie terroryzmu: strategia dla globalnych zmian” *)

Spoglądając w przyszłość rysuje się więc szereg pytań zasadniczych.

– Czy w swojej wizji społeczeństwa i państwa jutra lewica dostrzega ten problem?

–  Czy jest w stanie zaproponować takie działania, które z Internetu uczyniłyby dźwignię demokracji, a nie jej zagrożenie?

Czy lewica potrafi  zaproponować rozwinięte formy demokracji w maksymalnym stopniu wykorzystujące model demokracji bezpośredniej,  korzystający z technik i zasobów internetowych, ograniczając tym samym formy demokracji przedstawicielskiej?

– Czy wreszcie lewica tylko potulnie truchtać będzie – jak dotychczas – za prawicą, która bez żadnych skrupułów wykorzystuje Internet do swoich celów naginając prawo lub wykorzystując zapóźnienie prawa w stosunku do procesów cywilizacyjnych?

 

———————–

*) Emma Briant, ‚Propaganda & Counterterrorism: Strategies for Global Change’ Manchester University Press (April 2015),