Zdrowie najważniejsze

Chory jest nasz kraj. W przenośni i dosłownie.

Art. 68 Konstytucji RP stanowi:

  1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.
  2. Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.
  3. Władze publiczne są zobowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku.
  4. Władze publiczne są obowiązane do zwalczania chorób epidemicznych i zapobiegania negatywnym skutkom degradacji środowiska.

Jako obywatele mamy konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia – tyle tylko, że z prawa tego nie możemy korzystać. Państwo polskie na to nie pozwala. Prawo do ochrony zdrowia bowiem to nie prawo do wizyty za dwa (przed koronawirusem) lata u endokrynologa, lecz prawo bycia wyleczonym (ochrona zdrowia!). Niestety, również pojęcie „służby zdrowia” straciło wiele ze swojego pierwotnego etosu. Nie mamy już służby zdrowia – mamy za to biznes zdrowia, który kręci się w najlepsze, a najlepiej w MZ. Na dobrą sprawę Ministerstwo Zdrowia swoją nazwę powinno zmienić na Ministerstwo Chorób. Zajmuje się ono bowiem wyłącznie administrowaniem chorobami a nie ochroną zdrowia obywateli.

Za sprawą pandemii wirusa sars-cov2 organizacja tzw. ochrony zdrowotnej w Polsce poddana została surowemu testowi. I ten test oblała dokumentnie i z kretesem. I to nie dlatego, że krzywe infekcji i zgonów na COVID 19 niebezpiecznie rosną. Koronawirus tylko do końca obnażył iluzoryczność realizowania przez państwo jego konstytucyjnych obowiązków w zakresie ochrony zdrowia Polaków.

Liczba zgonów na COVID przeraża. Przeraża też ciemna, nieznana liczba zgonów Polaków chorujących na inne choroby, którym, z tytułu walki z epidemią odmówiono należnych im świadczeń, którym wstrzymano zabiegi operacyjne, badania. Jest bardzo prawdopodobne, że liczba tych niepotrzebnych zgonów znacznie przewyższy liczbę ofiar koronawirusa. Przerażają też sypiące się jak skalna lawina informacje o dezorganizacji tzw. służby zdrowia, o głupich przepisach wydalanych przez rząd, o nie odpowiedzialnych zachowaniach premiera i ministrów, o kręceniu lodów na epidemii na ministerialnych szczeblach.

Winni ludzie? Tak, minister Szumowski, Premier Morawiecki, Prezydent Duda, parlamentarna większość… można wymieniać długo. Ale widać jak na dłoni, że głównym winowajcą zapaści polskiej służby zdrowia, ochrony zdrowia obywateli jest SYSTEM.

Urynkawianie usług medycznych w Polsce rozpoczęło się od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, by w 1999r. za rządów J.Buzka przybrać ustawowy charakter reformy służby zdrowia. Jej zasadą miała być równoważność sektorów prywatnego i państwowego świadczących usługi z zakresu ochrony zdrowia dla ludności i sztandarowe hasło: PIENIĄDZ BĘDZIE SZEDŁ ZA PACJENTEM!.

Bardzo szybko okazało się, że będzie odwrotnie: pieniądz kroczył i kroczy przed pacjentem! W publicznych placówkach służby zdrowia (o prywatnych nie wspominając) liczy sie tylko pieniądz. Limit świadczeń z NFZ wyczerpany – spadaj człowieku do domu i czekaj na kolejny rok. Może ci się uda. Albo wywalaj ciężką kasę na te same usługi, wykonywane często przez tych samych lekarzy, czasami też w tych samych pomieszczeniach, lecz teraz już jako skomercjalizowana, prywatne nie państwowa służba zdrowia.

Jaskrawą patologią tego systemu jest sytuacja, kiedy to, aby „dostać się” do szpitala trzeba najpierw odwiedzić prywatną przychodnię prowadzoną przez właściwego ordynatora, który w tej przychodni zatrudnia swój szpitalny personel. Ale wyjścia nie masz! Choroba to choroba, zdrowia ponad wszystko.

Za Polski Ludowej było inaczej. Cały, absolutnie cały system skoncentrowany był na pacjencie. To pacjent, nie pieniądz był punktem centralnym systemu, osią, wokół której wszystko się kręciło. Poczynając od systemu kształcenia kadr medycznych: lekarskich i pielęgniarskich. Kształcone one były na potrzeby powszechnej służby zdrowia. Liczba pacjentów na 1 lekarza spadała z 2700 w 1950 r., do 796 w 1965 i  do 466 w 1990. I na tej wartości dynamika „ulekarzowienia” społeczeństwa się zatrzymała. Obecnie wskaźnik ten wynosi 416 wobec średniej europejskiej 263 . Z tych 416 nie wszyscy jednak pracują w powszechnej służbie zdrowia – znaczna część w biznesie zdrowia, tak więc efektywna, realna liczba lekarzy na 1000 mieszkańców, świadczących usługi ze środków publicznych jest większa. Uczyniliśmy krok wstecz.

Podobnie rzecz ma się ze szpitalami. Liczb wybudowanych w okresie powojennym szpitali nie ma nawet co porównywać z tymi, powstałymi ze środków publicznych po 1990 r. Nie mówiąc już o skali. Centrum Zdrowia dziecka, Centrum Onkologii, Centrum Zdrowia Matki Polki – to przykłady nie tylko wspaniałych inwestycji, ale przemyślanej, zorientowanej na podnoszenie jakości świadczeń zdrowotnych polityki państwa. Ale okazało się, że wybudowano za dużo! Komercjalizacja notorycznie wpędzała szpitale publiczne w długi – więc je  likwidowano. Proces likwidacji szpitali  szczególnie dotknął Polskę powiatową. Nie tylko o szpitale chodzi. Niektóre obszary powszechnych, konstytucyjnych usług medycznych zostały zlikwidowane całkowicie, lub – jak na przykład stomatologia – znakomicie ograniczone. Praktycznie zlikwidowano przychodnie zakładowe i opiekę zdrowotną w szkołach wszystkich szczebli.

Przywoływanie czasów Polski Ludowej jest dzisiaj w Polsce bluźnierstwem, asumptem do oskarżeń o bezbożny komunizm, sowiecką agenturę i wszelkie niegodziwości. Ale przecież zdrowie jest najważniejsze!   Jeżeli chcemy uczynić zadość przepisom Konstytucji to wniosek z minionych 30 lat jest jeden:  gruntownie zmienić trzeba cały system ochrony zdrowia. Odrzucić należy neoliberalne, pekuniarne podejście do najważniejszej dla człowieka sprawy: zdrowia. Znowu przywrócić należy obywatelowi, pacjentowi z jego chorobami należne mu centralne miejsce w tym systemie.

Lubimy, zwłaszcza ostatnimi laty stawiać sobie szczytne zadania:  a to rechrystianizacja Europy, a to niesienie przez świat kaganka prawdziwej demokracji i wolności. Nie zbawiajmy całego świata. Postawmy sobie inny, bardziej przyziemny cel. Sprawmy, aby Polska była krajem ludzi maksymalnie zdrowych.

I to zadanie powinno być jednym ze strategicznych celów polskiej lewicy.

 

Stając na palcach

Chcąc dostrzec więcej niż przesłania nam szara codzienność wspinamy się na szczyty, na jakiś dach wysokiego budynku, lub ostatecznie na drabinę. Ale czasami, aby zobaczyć to co ciekawe i co ważne wystarczy ledwie wspiąć się na palce. Byle spoglądać we właściwą stronę. Takie wspięcie się na palcach pozwala na przykład odpowiedzieć na pytanie jakie to surowce są obecnie najbardziej poszukiwanymi, pożądanymi, niezbędnymi do dalszego rozwoju. Okazuje się, że nie są  nimi złoto, ropa, gaz, czy nawet uran. Są nimi informatyczne bazy danych – bazy bardzo specyficzne.

Jeżeli przyjrzeć się temu, jakiego rodzaju przedsiębiorstwa są dzisiaj wiodącymi na rynku zarówno pod względem tempa rozwoju jak i zakumulowanego kapitału to są nimi bezsprzecznie firmy działające w obszarze internetowym jak Facebook, Google, Allegro i wiele innych. Co je napędza? Ropa? Gaz? Złoto?  Nie, paliwo ich rozwoju jest zupełnie nowe, nie tylko nieznane „staroświeckim” przedsiębiorcom, ale również mające tą cechę, że zdaje się być tanie, a przy tym niewyczerpane. Tym paliwem jest nasza prywatość, są wszelkie informacje, ślady, które pozostawiamy w sieci kupując coś na Allegro, czy bilet do kina, lajkując jakiś przekaz internetowy lub umawiając wizytę u lekarza. Wszystkie te dane są gromadzone i są przedmiotem „wtórnego obrotu”. To na ich podstawie opracowywane są strategie marketingowe, one służą mikrotargetowaniu, przewidywaniu zachowań pojedynczego człowieka i całych grup społecznych, one wreszcie są podstawowymi bazami danych dla uczących się algorytmów Sztucznej Inteligencji. Afera Cambridge Analytica, która SI działającą w oparciu o bazy Facebooka wykorzystała do manipulacji wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych oraz przy referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to tylko drobny przedsmak możliwości SI. Od czasu wyboru Trumpa minęły już 4 lata – cała epoka w doskonaleniu algorytmów.

Do powszechnej świadomości powoli, ale jednak docierają problemy przyszłości człowieka wspołistniejącego ze wszechogarniającą go Sztuczną Inteligencją. Chociaż po prawdzie, a zwłaszcza po historycznym zwycięstwie 5:1 programu AlphaGo z człowiekiem, niedoścignionym mistrzem świata w Go w 2016r, niektórzy zaniechali przymiotnika „sztucznym” mówiąc o inteligencji „innej”.

Oczywiście prym wodzą w tej dyskusji – i trudno się dziwić – politycy. Wszak mowa o naszej przyszłości. Ale ponad wywodami polityków warto zerknąć na opinie ekspertów, fachowców, autorytetów w tej dziedzinie, dalekich od polityki.

Takim ekspertem niewątpliwie jest Kai-Fu-Lee, Tajwańczyk, wykształcony w USA naukowiec w dziedzinie zastosowania sztucznej inteligencji, pisarz, publicysta, a co najważniejsze niegdyś szef chińskiego Google, a obecnie szef jednego z największych w Chinach (a więc pewnie i na całym świecie) konsorcjum zajmującego się produkcją robotów wykorzystujących algorytmy SI. Wiarygodności tego dżentelmena upatruję i w tym, że stać go było na zmianę swoich poglądów: od naukowca uzasadniającego tezę o braku zagrożenia SI dla pracy ludzkiej do surowego recenzenta korzyści i zagrożeń, jakie rewolucja cybernetyczna może sprowadzić na człowieka.

Oczywistością jest dla niego nieuchronność tej rewolucji jak i to, że nie jesteśmy dzisiaj w stanie wyobrazić sobie choćby tylko najważniejszych jej zastosowań. Wiadomo tylko, że odmieni ona życie każdego człowieka. W wypowiedzi w filmie „In the Age of AI” Kai-Fu-Lee przekazał swoje opinie dotyczące przyszłości. Są one wiele mówiące.

I tak jest on przekonany, że rewolucja SI doprowadzi do tego, że bogaci będą jeszcze bardziej bogaci, a biedni jeszcze bardziej zbiednieją. To warta najwyższej uwagi konstatacja człowieka, który w tworzeniu i implementacji SI na skalę przemysłową tkwi po uszy. Ale jest jeszcze coś. Kai-Fu-Lee nie ma złudzeń, że to właśnie Chiny wygrają wyścig ze Stanami Zjednoczonymi o prymat w dziedzinie zastosowań SI. „Dzisiaj Stany przodują trochę w technologii, ale my ich już doganiamy. A w zastosowaniach Chiny są już dzisiaj dużo lepsze gdyż mają lepsze warunki rozwoju zastosowań SI” (większa populacja, dużo większe bazy danych – kluczowe dla efektywności Sztucznej Inteligencji). W 2030 r. przegonimy Amerykę – twierdzi Kai-Fu-Lee. Czyli już za 10  lat Chiny będą cybernetycznym numerem 1 na świecie. Jest to zgodne z celami, jaki dla Chin nakreśliła Komunistyczna Partia Chin.

Kai-Fu-Lee idzie dalej. W przyszłości świat podzielony będzie na dwa obszary technologiczne: Chiny i USA – twierdzi. To mówi nie polityk, ale naukowiec, inżynier i biznesmen, guru w sprawach sztucznej inteligencji. Warto zatrzymać się nad tą wizją. Podział na obszary technologiczne przełoży się zapewne na podziały geo-polityczne. Czyżby więc rewolucja SI powadziła do nowego ładu światowego? Ale z naszego punktu widzenia ważne jest nie tylko co w tej wizji jest,  ale również to, czego w niej nie ma. A nie ma w niej ani Unii  Europejskiej, ani Rosji. Przypadek?

Problem polega na tym, że w obecnej dobie ostoją tzw. wartości europejskich jest sama Europa. Z pewnością nie Azja i z pewnością nie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, które, zwłaszcza pod rządami Trumpa ostro skręcają w stronę izolacjonizmu i narodowego egoizmu. O kryzysie  demokracji w tym kraju nie wspominając.

Unia Europejska nie potrafiła nawet stanąć do konkurencji w dziedzinie rozwoju i implementacji SI. Zajęta własnymi sprawami wewnętrznymi, pozbawiona efektywnych procedur podejmowania decyzji strategicznych, z silnymi tendencjami odśrodkowymi poddała pole rozwoju technologii informatycznych prawie bez walki. Komu Europa przypadnie w łupie, jaki byk ją posiądzie – chiński czy amerykański? Dla jednego i drugiego Europa będzie smakowitym kąskiem. Nie tylko z racji swojego tradycyjnego bogactwa. Rywalizacja o Europę to rywalizacja o „surowce” dla rozwoju SI strategiczne jakimi są wszelkie informatyczne bazy danych. Ta rywalizacja już trwa, choćby w obszarze rozwoju sieci 5G czy projektu Nowego Szlaku Jedwabnego.

Czy oznacza to, że w dłuższej perspektywie Europa jest bez szans? Wygląda na to, że niestety tak. Chociaż byłaby może jedna szansa, ale jest to szansa czysto teoretyczna, z gatunku political fiction. Tą szansą mogła by  być unia polityczno-gospodarcza Unii z Rosją. Rosja bowiem też staje przed historycznym wyzwaniem. Sama jest za słaba by wejść do gry. Geo-politycznie blisko jej do Chin. Kulturowo natomiast niewątpliwie jest jej bliżej do Unii Europejskiej. Wszak zarówno Unia Europejska jak i Rosja mają te same fundamenty kulturowe: greckie, rzymski, czy w końcu wspólną kulturę świata chrześcijańskiego.

Ale to jest myślenie dobro-życzeniowe. Zbyt wiele wysiłków i pieniędzy włożyły w minionych dekadach Stany Zjednoczone Ameryki Północnej w wykopywanie rowów pomiędzy Unią Europejską  a Rosją aby można je było teraz łatwo zasypać.  Jednym z takich głębokich rowów jest między innymi Polska, w której idea izolacji Rosji od Europy spotkała się z entuzjazmem rusofobicznej części polskiej elity politycznej.  Ale też i mężów stanu, zdolnych do stawienia czoła temu wyzwaniu póki co brak po obu stronach. Tak więc skazani jesteśmy na Jankesów. Nie mam przy tym złudzeń: wygłodniała Ameryka, w której standardy życia lecą dziś na maseczkę potraktuje Europę dokładnie tak, jak wygłodniali europejscy konkwistadorzy potraktowali zupełnie niedawno Amerykę. Oczywiście przy założeniu, że prognozy Kai-Fu-Lee się zmaterializują.

 

 

List Leszka Millera do Zarządu Krajowego SLD

Swego czasu odnosząc się do przedziwnych łamańców, jakie wokół starego-nowego statutu SLD wyprawia Zarząd Krajowy polegających na utajnianiu treści statutu przyjętego przez konwencję z grudnia 2019 r, utrzymywaniu przez kierownictwo partii, że ten statut jest obowiązujący, chociaż nie został przez sąd zarejestrowany, stosowaniu metody faktów dokonanych (rebranding?!) stwierdziłem, że Zarząd Krajowy w swym postępowaniu, w swoim stosunku do prawa i do członków partii prezentuje dobrą PiS-owską szkołę. Trudno o lepsze udokumentowanie tej tezy niż zamieszczony poniżej list Leszka Millera do Zarządu Krajowego

 

                                                                      Warszawa, października 2020 roku 

 Leszek MILLER 

 Zarząd Krajowy 

Sojuszu Lewicy Demokratycznej 

 Szanowne Koleżanki i Koledzy, Członkowie Zarządu Krajowego SLD. 

Żywiłem nadziejęże będę mógł uczestniczyć w posiedzeniu Zarządu Krajowego SLD w dniu 2 października br., gdyż od marca tego roku przewodniczę delegacji SLD w Parlamencie Europejskim i moja obecność na posiedzeniu tego gremium wydawała się naturalna. Skoro jednak nie otrzymałem zaproszenia postanowiłem zwrócić się do Was tą drogą kreśląc poniższe oceny i przemyślenia. 

W dniu 23 stycznia 2016 roku, podczas VI Kongresu SLD Włodzimierz Czarzasty został wybrany przewodniczącym partii na 4-letnią kadencję. Zgodnie z art. 17 ust. 4 statutu SLD, który przesądza, że kadencja władz uchwałodawczych, wykonawczych, sądowniczych i kontrolnych partii trwa 4 lata Włodzimierz Czarzasty zakończył swą kadencję 23 stycznia 2020 roku. Przewodniczący SLD, przed wygaśnięciem jego kadencji miał obowiązek doprowadzić do zwołania Kongresu SLD i przedłożenia temuż Kongresowi sprawozdania z 4-letniej działalności oraz przeprowadzenie wyborów na kolejną 4-letnią kadencję. Zgodnie z zapisami statutu obowiązek ten dotyczy zarówno przewodniczącego, jak i Rady Krajowej, Zarządu Krajowego, Krajowego Sądu Partyjnego i Krajowej Komisji Rewizyjnej. 

Zgodnie z art. 22 ust. 1 lit. d) statutu SLD, Kongres przyjmuje sprawozdanie Rady Krajowej SLD, Krajowej Komisji Rewizyjnej SLD i Krajowego Sądu Partyjnego SLD. Wbrew tym postanowieniom nie zwołano Kongresu SLD, nie przyjęto wymienionych dokumentów, nie przeprowadzono też wyboru nowych władz na kolejne 4 lata.  

W tej sytuacji zachodzi uzasadnione domniemanie, że Włodzimierz Czarzasty, jak i władze SLD podejmują swoje działania na zasadzie uzurpacji, gdyż nie mają pochodzącego z wyboru członków partii mandatu. Taki bieg rzeczy pozostaje bez precedensu nie tylko w 21-letniej historii SLD, ale w życiu politycznym naszego krajuNiedawno Adrian Zandberg i grupa znanych działaczy partii Razem wykonując postanowienia statutu odeszła z Zarządu Krajowego własnej partii po wyczerpaniu dwóch dwuletnich kadencji. Jest to przykład poważnego traktowania przepisów i norm statutowych. 

Koleżanki i Koledzy! 

W dniu 14 grudnia 2019 r. przeprowadzono Krajową Konwencję SLD, na której podjęto próbę wprowadzenia zmian do statutu SLD. Statut przewiduje bowiem dwie sytuacje, gdy partia dokonuje takich zmian. Po pierwsze – zgodnie z art. 22 ust. 1 lit. e), gdy Kongres SLD podejmuje uchwałę w sprawie zmiany statutu partii większością 2/3 głosów, w obecności co najmniej połowy uprawnionych do głosowania” oraz – po drugie – zgodnie z art. 24 lit. d), gdy Konwencja Krajowa podejmie uchwałę, by dokonać zmian w statucie. 

Jak widać, statut SLD wyraźnie rozróżnia zmianę statutu partii” od zmian w statucie. Semantycznie rzecz analizując, zmiana statutu to przeformułowanie, przebudowanie na nowo deklaracji programowych partii, jej celów, struktury, etc. Zmiany w statucie natomiast to naniesienie poprawek, zmian, uzupełnień w dotychczasowym statucie. Zmiany statutu nie mają na celu gruntownych, rewolucyjnych, pryncypialnych przebudowań konstytucji partii. Analogicznie, zmiana konstytucji państwa to nie to samo co zmiany w konstytucji państwa. Czym innym jest nowa konstytucja, a czym innym istniejąca konstytucja ze zmianami. Zmiany w mieszkaniu to nie to samo, co zmiana mieszkania. 

Zgodnie ze statutem SLD zmianę statutu partii” może przeprowadzić tylko Kongres SLD, natomiast zmiany w statucie” może przeprowadzić także Konwencja Krajowa SLD. Na grudniowej Konwencji zwracałem na to uwagę argumentując, że przedłożony projekt nowego statutu wraz z nową nazwą partii wykracza poza kompetencje Konwencji i mieści się jedynie w jurysdykcji Kongresu SLD. Te, jak i inne uwagi krytyczne zostały całkowicie zlekceważone. Złamano również procedury głosowania nie poddając pod głosowanie poprawek, które – jak i cały Statut – muszą mieć poparcie 2/3 delegatów.  

W kontekście zapowiadanego w trakcie Konwencji połączenia Sojuszu Lewicy Demokratycznej z partią Wiosna zwracałem także uwagęże art. 60 ust. 1 i 2 Statutu SLD nie pozostawia wątpliwości, iż może to się dokonać jedynie na mocy uchwały Kongresu SLD. Zgodnie z tym przepisem: Połączenie SLD z inną partią lub innymi partiami politycznymi może nastąpić na podstawie porozumienia zawartego pomiędzy zainteresowanymi. Treść porozumienia zatwierdza kongres większością 2/3 głosów, w obecności co najmniej połowy uprawnionych do głosowania. 

Te i inne nieprawidłowości towarzyszące procesowi rejestracji nowej partii i jej statutu spowodowały, że procedura rejestracji po decyzji Sądu Okręgowego w Warszawie zawisła w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie. W wykazie Państwowej Komisji Wyborczej partii wpisanych do ewidencji partii politycznych na podstawie prawomocnych postanowień Sądu Okręgowego w Warszawie pod numerem 8wpisany jest dalej Sojusz Lewicy Demokratycznej, natomiast nie figuruje tam Nowa Lewica. To zrozumiałe. PKW wpisuje partię do rejestru, gdy postanowienie sądu o jej rejestracji uprawomocni się. 

Stan prawny w jakim obradował Zarząd Krajowy SLD wynika z nieprawomocności orzeczenia Sądu Okręgowego w Warszawie z dnia 27 stycznia 2020 r. w sprawie wpisania w rejestrze prowadzonym dla SLD zmian podjętych na Konwencji w dniu 14 grudnia 2019 roku. Zostały one zaskarżone i są przedmiotem kontroli, którą przeprowadza Sąd Apelacyjny w Warszawie. Sąd Apelacyjny sprawdzi zapewne, czy zmiany Statutu SLD zostały skutecznie przyjęte przez Konwencję Krajową SLD w dniu 14 grudnia 2019 r., czy Konwencja mogła zgodnie z prawem przyjąć nowy statut partii i wyrazić zgodę na jej połączenie z inną partią. Sąd Apelacyjny rozstrzygnie, czy Sąd Okręgowy mógł, zgodnie z prawem wpisać do rejestru partii wniosek o rejestrację Nowej Lewicy. 

Próby przekonywania, że mimo stanu nieprawomocności można posługiwać się nazwą „Nowa Lewica, przyjmować uchwały, występować w jej imieniu oraz przekształcać struktury SLD – są całkowicie nieuprawnione. Sytuacja, w której posiedzenie w dniu 2 października br. rozpoczęło się jako zebranie Zarządu Krajowego SLD, a skończyło się jako zebranie Zarządu Krajowego Nowej Lewicy można traktować jedynie w kategoriach humorystycznych. Stan prawny dotyczący rejestracji Nowej Lewicy na początku posiedzenia był dokładnie taki sam, jak na jego końcu.  

W trakcie posiedzenia Zarządu Krajowego SLD w dniu 2 października, starano się forsować tezęże proces rejestracji Nowej Lewicy jest na tyle zaawansowany, że nie czekając na decyzje Sądu Apelacyjnego można oficjalnie wprowadzić do przestrzeni publicznej nową nazwę, nowe symbole i nowy statut. Uchwały podjęte na posiedzeniu zostały sygnowane już w imieniu Nowej Lewicy choć jednocześnie kongres zjednoczeniowy SLD i Wiosny został wstrzymany do czasu orzeczenia Sądu Apelacyjnego. 

Koleżanki i Koledzy! 

Zdaję sobie sprawęże partie polityczne rodzą się i kończą swoją działalność. Reguła ta dotyczy także SLD. Ważne jest jednak, aby wygaszanie działalności następowało zgodnie z prawem i normami wewnątrzpartyjnymi ujętymi w statucie. W czerwcu 1999 roku została rozwiązana Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej. Nastąpiło to mocą uchwałKongresu tej partii po wielomiesięcznej dyskusji i sporach. Wbrew spotykanym opiniom SdRP nie przemieniła się w SLD, ani nie było to połączenie dwu partii. SLD powstał jako samodzielna partia polityczna wcześniej niż nastąpiło samorozwiązanie SdRP. W związku z tym Kongres SdRP mógł zaapelować do wszystkich członkótej partii, aby na mocy indywidualnych decyzji wstępowali do utworzonej i zarejestrowanej już nowej partii lewicy – Sojuszu Lewicy Demokratycznej. SdRP schodziła ze sceny politycznej w sposób godny, w poszanowaniu jej dorobku i przy otwartej kurtynie. Zupełnie inaczej wygląda to obecnie. Rozstanie z SLD odbywa się bez uchwały Kongresu, chyłkiem, wstydliwie, w chaosie prawnym, lekceważeniu godności i dorobku tysięcy jego członków. Nie można tego akceptować. SLD dwukrotnie współtworzył rząd, wyprowadzał nasz kraj z zapaści gospodarczej i społecznej, czynnie i owocnie uczestniczył w jego reformowaniu, w budowie i rozwoju samorządu terytorialnego, w wejściu Polski do Unii Europejskiej, gdzie odegrał rolę decydującą. Jeśli obecne władze, a przede wszystkim członkowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej uznająże czas tej partii wyczerpał się, statut SLD wyraźnie określa co należy czynić, aby zakończyć jej byt. 

Koleżanki i Koledzy! 

Skala nieprawidłowości ma duży ciężar gatunkowy.  Rzutuje to na wiarygodność SLD w debacie i w życiu publicznym. Nie można miarodajnie krytykować rządzącej większości za łamanie Konstytucji RP – gwałcąc jednocześnie konstytucję własnej partii, czyli statut SLD. Nie można domagać się przestrzegania prawa, jeśli samemu się go nie przestrzega. Jestem przekonany, że podzielacie ten punkt widzenia. 

 

Ze słowami szacunku. 

Leszek Miller 

Koronawirus połączy?

Należy słuchać tego, co mówią politycy. Nie należy im bezrefleksyjnie wierzyć, gdyż, jak wykazały niedawno opublikowane badania jednego z zachodnich uniwersytetów, politycy którzy kłamią odnoszą większe sukcesy niż ci, którzy mówią prawdę. W wypowiedziach polityków o wiele ważniejszą informacją niż podawane przez nich fakty, jest zaszyfrowana w ich przekazach intencja.

I właśnie intencje polityków,  rzeczywiste, a nie gołosłownie deklarowane są najważniejsze.

Dziwię się, że Polska opozycja tak mało uwagi przydaje tej sprawie, dając się często nabierać na propagandowe gesty rządzących mające na celu wyłącznie kształtowanie zewnętrznego wizerunku władzy.

Przez całe miesiące cała rządowa ekipa z premierem Morawieckim na czele odsądzała od czci i wiary opozycję, starała się ją ośmieszać i obrażać gdy ta podnosiła problemy strategii walki z pandemią sars-cov2, domagała się wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, pytała o kryminalne działania przedstawicieli rządu.

Azaliż w ostatnich dniach rząd z wielkim rozgłosem zaprosił opozycję do wspólnej debaty na temat walki z pandemią. Bardzo znamienna będzie to debata. Po pierwsze zweryfikuje rzeczywiste intencje rządu dotyczące współpracy z opozycją. Czy będzie to kolejny zabieg propagandowy połączony z próbą podzielenia się z opozycją odpowiedzialnością za katastrofalny stan, w jakim, za sprawą beztroski i upolitycznienia epidemii przez PiS znalazł się kraj i Polacy, czy też rząd przedstawi jakiś nowy, wymagający rzeczywistego współdziałania plan ratunkowy.

Interesująca też będzie postawa opozycji. Czy wystąpi na tym spotkaniu jako rzeczywisty blok opozycyjny, czy też poszczególne partie prześcigać się będą w wyścigu po laur opozycji konstruktywnej.

Szczególnie interesujące zaś będzie to, czy opozycja przedstawi jakieś warunki wstępne przejęcia części odpowiedzialności, chociażby zobowiązanie rządu do natychmiastowego wyjaśnienia afer maseczkowych, respiratorowych, i innych. Czy swój udział uzależni od przeproszenia Polaków przez PiS za bagatelizowanie przez Premiera, Ministra Zdrowia i kandydata na prezydenta kraju powagi zagrożenia epidemiologicznego.

I sprawa ostatnia. Jeżeli rzeczywiście intencją rządu będzie przerzucenie na opozycję części odpowiedzialności w sytuacji, gdy rząd, jak sam twierdzi, utracił kontrolę nad rozwojem pandemii, opozycja nie powinna zapominać o kardynalnej zasadzie: nie ma odpowiedzialności bez kompetencji i narzędzi sprawczych.

Wystąpienie?

19 września konwencją wojewódzką we Wrocławiu Sojusz Lewicy Demokratycznej rozpoczął serię 16 wojewódzkich konferencji programowych, które poprzedzać mają Krajową Konwencję Programową Polskiej Lewicy. Zostałem zaproszony na to wydarzenie i przygotowałem w związku z tym krótkie wystąpienie. Okazało się ono i tak zbyt długie (limit czasu: 1,5 min). Dlatego poniżej zamieszczam pełny tekst, który zamierzałem zaprezentować zebranym

Wystąpienie na Dolnośląskiej Konferencji Programowej Lewicy

Czas na wystąpienie merytoryczne przeznaczony „głosom z sali” jest tak ograniczony, że podejmowanie kwestii programowych byłoby obrazą dla wielkości i znaczenia problemów przed którymi w chwili obecnej staje lewica, w tym lewica polska. Dlatego nie podniosę tutaj wszystkich zasadniczych wątków szczegółowych, którym chciałbym podzielić się z koleżankami i kolegami. Tym nie mniej moje krótkie wystąpienie będzie merytoryczne.

Wszyscy, którzy ze mną niegdyś pracowali wiedzą, że przystępując do organizacji spotkań takich jak dzisiejsze zawsze zadawałem standardowe pytania:

– Po co organizujemy to spotkanie, konferencję, naradę itp.?  Czym ma się ono zakończyć? Co ma być jego celem, wynikiem końcowym? Co zamierzamy osiągnąć?

W przypadku naszej konferencji pytania są równie zasadne, tym bardziej, że praktycznie nikt nie podjął realizacji Stanowiska II Kongresu Lewicy z 2016 r. Od Drugiego Kongresu lewica polska nie odnotowała postępu – wręcz przeciwnie.

Jeżeli to spotkanie i piętnaście podobnych w kraju ma się nie kończyć przyjęciem jakiegoś dokumentu zawierającego postulaty programowe, przyjęciem w formie pisemnej, umożliwiającej później konfrontację z dokumentem końcowym finalnej konferencji krajowej, to wszystkie te spotkania mieć będą znaczenie li tylko socjotechniczne, może krótkotrwałe wizerunkowe chociaż z punktu widzenia organizatorów będą bardzo pragmatyczne.

Z jednej strony bowiem spotkania takie jak dzisiaj mają „zadać kłam” dosyć powszechnym, również w kręgach SLD opiniom o atrofii dyskusji programowej na lewicy, stworzyć pozory „powszechnej debaty”, a z drugiej dostarczyć Centrali piętnaście dokumentów, w których znajdzie się cale spektrum różnych problemów. Tak więc konstruując praktycznie dowolny dokument końcowy Konferencji Krajowej organizatorzy zawsze powołać się będą mogli na „głos suwerena”.

Dlatego musimy mieć świadomość, że my, zebrani na tej sali nie współtworzymy dzisiaj programu Nowej Lewicy. My tylko asystujemy niejako przy jego powstawaniu, stanowimy oprawę dla całego procesu. Żeby była jasność: nie zarzucam władzom partii  manipulacji. Stwierdzam tylko jej konsekwencję w działaniu. Przyjęta procedura tworzenia programu Nowej Lewicy doskonale materializuje bowiem koncepcję nowej „partii” lewicowej pozbawionej podstawowej komórki strukturalnej, jaką były koła członków partii. Intencja taka zawarta została w projekcie nowego statutu SLD przekazanego delegatom na zeszłoroczną konwencję grudniową. Konwencja wprawdzie wprowadziła ponoć jakieś korekty, ale nowego, oficjalnego statutu nikt (prawie nikt) jeszcze nie widział na oczy choć już minął bez mała rok. Kampania wojewódzkich konferencji programowych, których istotą jest przysłuchiwanie się dyskusjom panelowym jest doskonałym, praktycznym przykładem wdrażania nowego, amerykańskiego modelu partii politycznej typu komitetowego, wyborczego czy wręcz medialnego w miejsce klasycznego, europejskiego modelu partii politycznej mającej swoje trwałe, codzienne połączenie ze społeczeństwem w postaci aktywnych kół terenowych.

Powiem wprost: jeżeli sprawy potoczą się w tym właśnie kierunku, to Nowa Lewica będzie tak naprawdę NIBY-PARTIĄ, partią pozorną i wątpię, abym takiej udawanej partii mógł być członkiem.

Tym nie mniej, póki dyskusja trwa i uważając że nie można zmarnować żadnej okazji do zabrania głosu,  Komitet Założycielski Socjalistycznej Platformy SLD postanowił zaprezentować swoje stanowisko w kwestii programu lewicy. Zostało ono koleżankom i kolegom doręczone w formie 18 punktów. Jest to stanowisko wstępne, gdyż ostateczne zaprezentowane zostanie z początkiem listopada, po szerokiej dyskusji. Postanowiliśmy zaprezentować nasze postulaty programowe pomimo tego, że jesteśmy de facto wciąż strukturą nieformalną – od ponad roku toczymy bezskutecznie boje o zarejestrowanie naszej platformy przez Zarząd Krajowy – zgodnie ze statutem SLD i pomimo tego, że żadne z naszych poprzednich stanowisk merytorycznych nie zasłużyło na reakcję władz partii.

Jak powiedziałem stanowisko nasze przekazujemy zebranym i organizatorom w formie pisemnej. Tutaj pozwolę sobie przytoczyć tylko dwa pierwsze punkty:

  1. W swoich poszukiwaniach programowych lewica, na samym początku, powinna odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie: czy zamierza być kreatywnym ruchem społecznym, z ambicjami zmieniania kraju i świata, czy zadowalać się będzie, jak dotychczas, rolą bierną lub co najwyżej adaptacyjną do realiów tworzonych przez innych: wcześniej neoliberalizm dzisiaj przez nacjonalistyczną prawicę. SPP SLD jednoznacznie opowiada się za partią kreatywną. Więcej: uważamy, że tytuł „lewicowości” nie przystoi partiom i ruchom społecznym „socjalizującym” rozwiązania innych, polewających różowym lukrem strategie w swojej istocie skierowane przeciwko ludziom pracy, przeciwko społecznej sprawiedliwości, przeciwko podstawowym zasadom humanizmu.
  2. W swoich poszukiwaniach programowych lewica powinna poruszać się jednocześnie w dwóch przestrzeniach czasowych: strategicznej, długofalowej, wyznaczającej nasze cele zasadnicze, naszą, lewicową wizję państwa, społeczeństwa, gospodarki, naszą odpowiedź na ślepy zaułek, w który wpędził świat turbokapitalizm oraz taktycznej, krótkoterminowej, określającej cele  i zasady postępowania w bieżącej sytuacji politycznej, społecznej i ekonomicznej – stosownie do realnych możliwości.

oraz,  aby nie zabierać głosu po raz drugi w trakcie dyskusji o samorządności, punkt 16.. Punkt ten głosi:

Samorządność powinna być jedną z fundamentalnych zasad funkcjonowania społeczeństwa i państwa. Zasada ta powinna być wprowadzona wszędzie tam, gdzie to jest możliwe. Umacniać więc należy nie tylko samorządność terytorialną, ale również samorządy gospodarcze, zawodowe, kulturalne, i inne. Druga izba parlamentu powinna zostać przekształcona w Izbę Samorządową.

Koleżanki i koledzy. Z wykształcenia jestem inżynierem i jedna strona mojej duszy jest inżynierska, praktyczna. Dlatego z wielkim szacunkiem odnoszę się do pragmatyzmu jako zasady działania. To dzięki pragmatykom posuwamy się naprzód.

Wiem jednak również, że pragmatycy potrafiąc dokonywać wielkich rzeczy potrafią robić tylko to, co jest możliwe. Tymczasem polska i europejska lewica, jeśli chce odzyskać swoją pozycję  w społeczeństwie, musi poważyć się na cele niemożliwe, w przekonaniu powszechnym utopijne. Wobec wyzwań XXI wieku jesteśmy po trosze w sytuacji naszych poprzedników, dziewiętnastowiecznych socjalistów, których wiara w niemożliwe, zaangażowanie, oddanie sprawie zmieniły jednak świat radykalnie.

Życzę więc Wam i całej lewicy  odwagi w myśleniu, w kreśleniu nowych horyzontów, nowych dróg, po których poprowadzą nas pragmatycy.

Najniższa Izba Kontroli

 

Trudno nie pisać o Najwyższej Izbie Kontroli. Zwłaszcza po publikacji „Syn Mariana Banasia rozpycha się w NIK” pomieszczonej w „Rzeczpospolitej”  29.09. b.r. Oczywiście zaangażowanie syna, którego rola w tak zwanej „Aferze Banasia” jest wciąż niewyjaśniona, do współkierowania najwyższym organem kontroli państwa jest jawną kpiną z przyzwoitości, naigrywaniem się z podstawowych etycznych zasad urzędnika państwowego. Jest też oczywiście ostentacją, publicznym wyzwaniem do wszystkich: – i co mi zrobicie?

Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Jak donosi otóż Rzepa Prezes NIK utworzył nową, nieznaną kategorię para-pracowników NIK: społecznych doradców prezesa. Prezes ma specjalny, zawodowy zespół swoich doradców, najczęściej pracowników z poważnym doświadczeniem kontrolerskim, oraz specjalistów z różnych dziedzin prawa i ekonomii. Jaki jest więc cel tworzenia nowego, stałego zespołu, nie mającego umocowania w żadnych ustawowych przepisach dotyczących Izby? A musi być jakiś skoro, jak pisze Rzeczpospolita: „…doradcom spoza NIK jej szef dał niezwykle szerokie, i także zdaniem części pracowników Izby kontrowersyjne, uprawnienia. Zobowiązał dyrektorów Izby do udzielania społecznym doradcom wszelkich informacji i przekazywania dokumentów”.

Innymi słowy Prezes NIK zobowiązał dyrektorów Izby do  łamania ustawy o NIK! Ta bowiem jednoznacznie określa tajemnicę kontrolerską i konieczność jej zachowania przez kontrolera nawet po ustaniu stosunku pracy z Izbą. Tajemnica kontrolerska ma niezwykle istotne znaczenie dla wiarygodności Izby. Przykładowo, kontrolując przedsiębiorstwo  kontroler często sięga do informacji stanowiących tajemnicę tego przedsiębiorstwa. To, czy zostanie ona wykorzystana w materiale pokontrolnym, to inna sprawa. Ale jeżeli nawet, to z poszanowaniem wszelkich przepisów dotyczących ochronie informacji niejawnych.

Tymczasem w Izbie pojawia się grupa osób nie będących kontrolerami, doradcami czy członkami Kolegium która uzyskuje od Prezesa prawo  żądania wszelkich dokumentów kontrolnych, a dyrektorzy jednostek zobowiązani są do ich udostępniania. To już nie jest skandal – to jest jawne łamanie kilku ustaw, za które Prezes NIK powinien ponieść odpowiedzialność.

Ustawa o NIK przewiduje wprawdzie możliwość zwolnienia pracownika NIK z tajemnicy kontrolerskiej przez Prezesa, ale z przepisu art. 73 tej ustawy wynika jednoznacznie, że dotyczy to przypadków szczególnych, pojedynczych. Prezes NIK nie może zwolnić kontrolerów z tajemnicy kontrolerskiej blankietowo. Ale więcej: Prezes NIK nie ma ustawowego prawa dopuszczania do tajemnicy kontrolerskiej żadnej osoby, która ustawą o NIK nie jest związana.

Izba podzieliła więc los Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Została przez armię PiS  spacyfikowana, ośmieszona, zamieniona w kolejny bastion bezprawia i w rodzinny folwark.

Dziwić i smucić jednocześnie musi też postawa Sejmu. W Sejmie, któremu ustawowo podlega NIK działa specjalna Komisja d.s. Najwyższej Izby Kontroli. Zasiadają w niej nie tylko posłowie Prawa i Sprawiedliwości, ale również opozycji. Dlaczego ci ostatni, wykonując swoje poselskie powinności nie biją na alarm? Dlaczego biernie przyglądają się agonii jednaj z najbardziej zasłużonych dla Polski instytucji?

 

List od świata

Ambasador, będący oficjalnym przedstawicielem rządu w obcym państwie nie powinien angażować się w wewnętrzne problemy państwa – gospodarza. Jeżeli zaś to czyni – to musi mieć ku temu bardzo ważne powody. Jedynym po prawdzie powodem, uzasadniającym oficjalną interwencję ambasadora w wewnętrzne sprawy kraju, w którym pełni misję,  może być uznanie, że działania władz tego kraju stanowią zagrożenie dla interesów państwa, którego jest przedstawicielem.  Oczywiście takie interwencje się zdarzają.

Ale jednoczesna interwencja 50-ciu ambasadorów? To wydarzenie bezprecedensowe, to ewenement na skalę światową. A takim ewenementem jest właśnie list 50 ambasadorów do polskiego rządu w sprawie obrony praw społeczności LGBT w Polsce. Pytanie, na które warto szukać odpowiedzi to co skłoniło ambasadorów do takiego radykalnego kroku? Jakie interesy reprezentowanych państw narusz polska praktyka polityczna?

Jeszcze jeden aspekt: trudno sobie wyobrazić, aby ambasadorowie, podpisując to wspólne wystąpienie działali bez porozumienia za swoimi rządami. Jest raczej pewne, że uzyskali na takie działanie zgodę, a więc ich stanowisko należy uznać za stanowisko ich rządów.

Istota problemu leży w tym, że w opinii autorów listu działania polskiego rządu godzą w prawa człowieka, rządząca w Polsce elita polityczna utrzymuje tymczasem i nagłaśnia tezę, że chodzi o  „ideologię”. I w tym jest problem, w odrzuceniu przez polskie elity uniwersalności praw człowieka i sprowadzenie ich do jakiejś „ideologii”. Jeżeli dopuści się do ideologizacji praw człowieka nawet w małym społecznie wymiarze, to otworzy to drogę do szerokiego i uznaniowego w praktyce ograniczania praw człowieka w innych obszarach. Nie należy zapominać, że zbrodnie przeciwko ludzkości dokonywane w epoce kolonializmu uzasadniane były również ideologią – wyższości rasy białej nad kolorowymi. Podobnie z ideologiczną podbudową zbrodni Hitlera i Stalina.

Świat wyciągnął z mrocznej historii wnioski w postaci powszechnie akceptowanych praw  człowieka, a Polska usiłuje do tej przeszłości wracać. I to musi budzić sprzeciw świata wyrażony między innymi w liście ambasadorów. Sprowadzenie praw człowieka do ideologii stanowi zagrożenie dla współczesnych fundamentów ich państw, dla ich społeczeństw. Dlatego interweniują, dlatego protestują.

Politycy prawicy wpadli we własne sidła. Od zarania uprawiają polityczną praktykę zdobywania „rządu dusz” przez kreowanie wyimaginowanych wrogów a siebie na obrońców ludu przed tym wrogiem. Przypomnieć trzeba, że pierwszym wrogiem naznaczonym jeszcze w 2015 r. przez Kaczyńskiego byli Niemcy. Potem Rosjanie, Żydzi, uchodźcy, lekarze, dziennikarze, sędziowie, prokuratorzy. Oczywiście cały czas wrogami byli „komuchy” do których ostatnio zaliczono również polityków Platformy Obywatelskiej. W mnożeniu „wrogów ludu” PiS prześcignął wszystkich. Aż trafiło na środowisko LGBT. Spindoktorzy PiS uznali, że odwołanie się do homofobii części społeczeństwa, do jego zacofania, braku wiedzy o istocie i problemach społeczności LGBT w połączeniu ze zdyskredytowanym pojęciem „ideologia” przyniesie oczekiwane skutki wyborcze. Nie pomylili się, tym bardziej, że uzyskali gorące poparcie polskiego Kościoła Katolickiego, działającego tym razem wbrew swojemu watykańskiemu zwierzchnikowi. Sukces wyborczy został osiągnięty, ale za olbrzymią cenę, którą płacimy my wszyscy.

PiS nie uważa środowiska LGBT za społeczną mniejszość, za pełnoprawną społeczną odrębność. Uważa ich za zwyrodnialców, zboczeńców, co najmniej za ludzi chorych, których należy leczyć. Ponieważ nie może (póki co) wprost, z urzędu i fizycznie występować przeciwko niemu, nadaje swojej misji charakter wojny ideologicznej. To właśnie Prawo i Sprawiedliwość pospołu z polskim Kościołem katolickim ideologizują problem. I w tym punkcie zderzają się z całym światem.

Charakterystyczna jest reakcja polskich władz na „List 50-ciu”. Sprowadza się ona do linii wytyczonej przez Andrzeja Dudę w kampanii wyborczej: „Nie będą nam w obcych językach narzucali jaki ustrój mamy mieć…”. Wystąpienie okoliczność  „Listu” Ministra Sprawiedliwości jest  najlepszym tego przykładem. Z drugiej strony ze wszystkich pisowskich i propisowskich gardeł okrzyki, że Polska jest światowym wzorem poszanowania praw człowieka i wolności. Białe jest czarne, a czarne jest białe.

Najgorsze jednak jest to, że afery wokół pisowskiej nagonce przeciw środowiskom LGBT nie można oderwać od deklaracji samego wodza i ideologa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, który swego czasu grzmiał z trybuny:  „Jeżeli nawet w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie sami – to pozostaniemy! I będziemy tą wyspą wolności, tolerancji…”

Jest w tym coś niepokojąco szaleńczego. To ta łatwość w zupełnie fałszywej interpretacji Słowackiego i traktowanie Polaków jako „kamieni przez Boga rzucanymi na szaniec”. Przeciwko Europie, przeciwko Watykanowi, a jak trzeba przeciwko całemu światu. Takie działanie, to działanie sekciarskie, tyle tylko, że sektą w świecie usiłuje się uczynić cały naród.

Obyśmy tylko nie skończyli jak członkowie sekty „Świątynia Ludu Uczniów Chrystusa”.

Żenada rządzących

Od ponad tygodnia 37. milionowy naród ekscytowany jest przez wszystkie media informacjami, częściej strzępkami informacji spod drzwi budynku przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, lub innego, przy ul. Parkowej. Dogadali się, czy nie? Na jakich warunkach? Kto odejdzie z rządu, a kto pozostanie? Tym razem osobą nr 1 nie jest Jarosław Kaczyński, lecz „złoty chłopak” Zbigniew Ziobro – Minister Sprawiedliwości i Prokurator Krajowy.  W rządzącej koalicji mocno tąpnęło. Zaczęto straszyć się nawzajem wcześniejszymi wyborami, rządem mniejszościowym itp. Politycy Zjednoczonej (sic!) Prawicy nie przebierali w słowach, starając się dopiec adwersarzowi – do niedawna wiernemu druhowi w bojach z obrzydliwym lewactwem.

Ważnym aspektem kłótni były udziały koalicjantów w grabieniu spółek skarbu państwa przez obsadzanie ich władz swoimi ludźmi, na ogół kompetentnymi inaczej, ale wiernymi i oddanymi. Wujowie, szwagrowie, synowie, córki, żony – wszyscy. Wszak rodzina musi być na swoim – nieprawdaż?

Nepotyzm Zjednoczonej Prawicy nie tylko osiągnął wymiar kosmiczny. On stał się regułą, zasadą. Kiedyś, kilka lat temu popularne było powiedzenie, zwłaszcza wśród samorządowców, że w obecnych czasach tylko głupiec się nie zadłuża. Dzisiaj tylko głupiec nie rozmieszcza swoich krewnych i znajomych na atrakcyjnych, państwowych posadach. Można mieć obawy, że nie chodzi już tylko o zwykłe dbanie o swoich. Najprawdopodobniej obsadzanie swoimi jest dzisiaj rodzajem przepustki do kasty rządzącej: nie obsadzasz – jesteś niepewny, niegodny zaufania.

Istotą kłótni w koalicji jest więc to, które ugrupowanie ile ma wyszarpać z tego postawu płótna, którym jest Rzeczpospolita, oraz to kto zapewni sobie szanse w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Żenada, żenada i jeszcze raz żenada. Jedynym logicznym wyjaśnieniem tej całej awantury może być dążenie Kaczyńskiego do uchwalenia za wszelką cenę kuriozalnej, haniebnej ustawy o bezkarności pisowskich polityków i spacyfikowanie ambicji Ziobry. Tymczasem „walcząc o swoje” Zbigniew Ziobro publicznie postawił ustawie veto. Nie zareagował pan minister od sprawiedliwości zaraz po tym, jak taki projekt ujrzał światło dzienne, nie darł szat na posiedzeniach rządu, nie grzmiał na konferencjach prasowych. Wykorzystał swoje veto instrumentalnie, jako dźwignię nacisku na Kaczyńskiego domagając się większej liczby łupów. Oczywiście ma to związek z ambicjami Ziobry objęcia sukcesji po Kaczyńskim – nowy lider musi wszak okazać skuteczność w zabiegach o swój dwór i akolitów.

Jak można się było spodziewać z dużej chmury ledwie pokropiło. Ogłoszono koniec konfliktu, a jedyną ważną zmianą jest zapowiedź wejścia Jarosława Kaczyńskiego do rządu w roli wicepremiera bez teki. To w istocie oryginalne rozwiązanie. Po pierwsze jest ono w sprzeczności z zapowiedziami rządu dokonywania cięć w administracji. Tymczasem jednak funduje się Narodowi nowy urząd. A nie chodzi przecież o gabinet, biurko, telefon i samochód z kierowcą. Taki wicepremier, nadzorujący kluczowe dla państwa resorty (sprawiedliwości, administracji i spraw wewnętrznych oraz ministerstwo obrony) a przy tym szefujący  nowemu komitetowi bezpieczeństwa będzie potrzebował sztabu asystentów i zastępów doradców różnej maści. Nie koniec na tym. Aby taki super-wicepremier mógł efektywnie urzędować muszą zostać stworzone nowe procedury komunikowania się wewnątrz rządu i pomiędzy rządem a Prezydentem. Niewątpliwie bowiem Kaczyński, jeśli obejmie zakres kompetencji, o którym się mówi, istotnie osłabi pozycję Prezydenta kraju w takich sprawach jak wojsko, obronność i bezpieczeństwo.

Jest jeszcze jedna ciekawostka związana z tym novum. Wicepremier Kaczyński będzie miał swojego formalnego zwierzchnika w osobie Premiera Morawieckiego, który ostatnie lata owocnie spędził na publicznym pianiu peanów na temat prezesa PiS i upraszaniu się o jego łaski przekraczając w tym znacznie standardy zwykłego lizusostwa. Kasztany przeciw orzechom że ta zwierzchność będzie iluzoryczna. W istocie nastąpi osłabienie pozycji również Premiera polskiego rządu. Współczuć można będzie tylko polskim partnerom za granicą, którzy formalnie kontaktować się będą musieli z Morawieckim ale pilnie obserwować będą co w danej sprawie ma jego podwładny.

Gdyby te gierki nie dotyczyły naszego kraju można by uznać je za egzotyczne i zabawne. Niestety tak nie jest.

Jest jednak nadzieja. Koalicja w istocie nie tylko popękała, ale przez czas jakiś przestała istnieć. Wychodzi na to, że udało się ją posklejać z powrotem. Ale rozbita filiżanka, choćby nie wiedzieć jak kunsztownie sklejona nigdy nie odzyska pierwotnej urody ani nigdy nie odzyska swoich walorów użytkowych. Zawsze pozostanie już rozbita, choć sztucznie jeszcze połączona.

Kaczyński słupem?

Kaczyńskiego należy słuchać – jego publiczne wypowiedzi często mają drugie dno. Już prawie wszyscy zapomnieli jego słynną myśl wypowiedzianą z trybuny sejmowej 18 października 2018 r.: „Nas nie przekonają, że białe jest  białe a czarne jest czarne”. Uznano to za lapsus językowy, ale czy zasadnie? Praktyka komunikacji PiS z elektoratem w 100% potwierdza, że PiS tą zasadą kieruje się na co dzień. Ostatnią próbkę tej praktyki zafundował nam niejaki Jaki, eurodeputowany, który kilka dni temu przekonywał Parlament Europejski że „strefy bez LGBT w Polsce to prowokacja lewicy, która wywiesza takie tablice na granicach miast”. Nie zająknął się nasz dzielny przedstawiciel o finansowej rekompensacie, jaką bezprawnie funduje jego były szef – minister nomen omen sprawiedliwości – gminom, które utraciły wsparcie finansowe ze środków UE wskutek przyjęcia uchwał ich organów samorządowych ogłaszających ich teren „wolnym od LGBT”. I tak jest wręcz co dnia: ludzi przekonuje się, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Dlatego złota myśl Kaczyńskiego mogła nie być lapsusem lecz podświadomym, niekontrolowanym wyjawieniem tej pisowskiej metody robienia ludziom wody z mózgu.

Ale przed tą wypowiedzią była jeszcze inna. Otóż w 2017 r. Jarosław Kaczyński, przy okazji wystąpienia  na jakiejś miesięcznicy katastrofy smoleńskiej zagrzmiał z trybuny: „Jeżeli nawet w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie sami – to pozostaniemy! I będziemy tą wyspą wolności, tolerancji…” Już w tej wypowiedzi widać wyraźnie zasadę: białe jest czarne, a czarne jest białe. Ale nie o to teraz chodzi. Chodzi o tą wyspę. Czy przypadkiem Kaczyński mówiąc o wyspie inspirowany był myślami o jakiejś konkretnej?

Tak się bowiem stało, że w tym samym roku zwykły poseł Jarosław Kaczyński wystąpił do Rady Miasta Świnoujście o oddanie mu w dzierżawę wyspy Wielki Krzek, leżącą w obszarze miasta i będącą częścią Wolińskiego Parku Narodowego i będącą częścią Obszaru Natura 2000. Oto ta wyspa:

 

 

Rada Miasta poszła zwykłemu posłowi na rękę, wyspę przekazano w dzierżawę i jak stwierdził do mediów rzecznik prezydenta Świnoujścia: „Z informacji, jakie posiadamy, wynika, że prezes PiS zamierza wybudować na wyspie ośrodek wędkarski, w którym nie tylko będzie spędzał czas wolny, ale także udostępni go ministrom i posłom”.

Z kilku powodów tej transakcji należy przyjrzeć się z największą uwagą.

Po pierwsze: po co Kaczyńskiemu, osobie schorowanej, dźwigającej w bólach swój ósmy krzyżyk taka „długoletnia” dzierżawa? Li tylko dla zaspokojenia swoich wędkarskich namiętności? Aby kilka razy w roku pomoczyć kija w Zalewie?

Po drugie: w ustawie o gospodarce nieruchomościami nie występuje pojęcie „długoletnia dzierżawa”. Ustawa przewiduje wydzierżawienie terenu na okres lat trzech lub bezterminowo. Należy domniemywać, że w tym przypadku J.Kaczyński wydzierżawił wyspę Wielki Krzek bezterminowo.

Jak ogłosił wspomniany rzecznik prasowy: „- Na razie nie możemy ujawnić szczegółów planowanej inwestycji oraz warunków na jakich teren będzie dzierżawiony, jednak mogę zapewnić, że miasto zdecydowanie na tym skorzysta”. Wniosek Kaczyńskiego o bezterminową dzierżawę musiał zawierać uzasadnienie, które podzieliła Rada Miasta (jej uchwała w takiej sprawie indywidualnej dzierżawy musi być uzasadniona). Z enuncjacji rzecznika prasowego prezydenta Świnoujścia wynika, że na wyspie prowadzona będzie inwestycja: wędkarski ośrodek wypoczynkowy (WOW) dla ministrów i polityków.

To z kolei prowadzi do kolejnych pytań: kto będzie inwestorem? Kaczyński osobiście? Raczej nie. Więc kto? Orlen? KGHM? Radio Maryja? Ośrodek taki wymaga nie tylko niemałych  nakładów inwestycyjnych, lecz również sporych nakładów na jego bieżące utrzymanie – bez wątpienia będzie jakąś formą działalności gospodarczej. Kto wówczas płacić będzie podatki od nieruchomości?

Lokując na posiadanej działce WOW Kaczyński będzie musiał prowadzić ewidencję podatkową, chyba, że przekona administrację podatkową, że WOW nie jest formą działalności gospodarczej. Więc czym będzie? Instytucją non profit fundującą pisowskim urzędnikom wypoczynek za friko?

Po trzecie: okoliczności związane z tą dzierżawą. Wyspa Wielki Krzek jest niezamieszkała. Bez dróg, bez prądu, wody, kanalizacji. „Prezes zamierza wybudować…” Budowanie na niej jakiegoś ośrodka wiązać się musi z poważnymi inwestycjami infrastrukturalnymi. Kto je poniesie? Zwykły poseł Kaczyński? Jacyś utajnieni sponsorzy?  A może to władze miasta zobowiązały się do doprowadzenia na własny koszt do wyspy prądu, wody i systemu kanalizacyjnego (wszak nie wypada aby ministrowie i posłowie chodzili do „sławojki”)? A jeżeli nie miasto, to z pewnością nie zwykły poseł, gdyż nawet jeśli od wielu lat nie ponosi kosztów swojego utrzymania to i tak zgromadzone w ten sposób oszczędności nie wystarczą nawet na pokrycie drobnej części takich przedsięwzięć inwestycyjnych.

Po czwarte wreszcie: czy, a jeżeli tak to na jakich zasadach uregulowano w umowie dzierżawnej kwestie pierwokupu. Już dzisiaj poseł Brudziński oznajmia w mediach społecznościowych, że w sierpniu „Kaczyński dokonał inspekcji swojej wyspy”. Swojej wyspy – choć w świetle prawa nie jest jej właścicielem a tylko posiadaczem. Ale otoczenie Prezesa uważa go już za właściciela.

Tak czy inaczej szczegóły umowy dzierżawy wyspy Wielki Krzek z obywatelem Jarosławem Kaczyńskim powinny bezwzględnie zostać upublicznione. Tylko wówczas uzyskać będzie można odpowiedź na część powyższych pytań.

Z tych odpowiedzi wyłonić się powinna też odpowiedź na pytanie zasadnicze: czy w tych tańcach wokół Wielkiego Krzeku Jarosław Kaczyński nie pełni roli pospolitego słupa na nazwisko i pozycję którego kamaryla pisowska planuje budowę swojego partyjnego ośrodka?

Oczywiście ośrodka wędkarskiego, w którym uczyć się będzie pisowskich adeptów polityki łowów parlamentarnych. Na żywca, na blachę, na kukurydzę lub robactwo.

I nie zdziwię się też, gdy któregoś dnia dowiemy się, że wyspa zmieniła nazwę. Na: Wyspa Wolności i Tolerancji.

Człowiek kontra człowiek

Rok 1997 był, można rzec, przełomowy dla relacji człowiek – maszyna. W tym to roku komputer szachowy Deeper Blue wygrał pierwszy mecz z szachowym mistrzem świat Garijem Kasparowem. Wcześniej zdarzało się, że poprzednik maszyny – Deep Blue wygrywał niektóre pojedynki, ale nigdy całego meczu. Kasparow bardzo przeżywał porażkę i choć nie zarzucił szachów, to jednak przegrana z maszyną rozpoczęła schyłek jego szachowej kariery. Programy szachowe i same komputery były potem doskonalone, a szczytowym osiągnięciem techniki był komputer Hydra, który nie przegrał żadnej partii z człowiekiem grającym bez wsparcia innego komputera. W ten sposób komputery odarły z blasku i nimbu doskonałości „królewską grę” – jak szachy zwykło się nazywać. Oczywiście turnieje szachowe nadal się odbywają, szachy mają miliony zwolenników, ale… To już nie jest to samo. Już rozgrywki szachowe, pojedynki na szczycie nie rozpalają tak publicznych emocji jak dawniej. Ale nie tylko na szczycie. Również lokalnie szachy zeszły w cień. Czy ktoś pamięta jakąś publiczną symultanę w swojej okolicy?

Oglądam właśnie transmisję z nowojorskiego turnieju tenisowego ATP, poprzedzającego wielki US Open. Smutny to turniej. Nie tylko za sprawą pandemii sars-cov-2 i spowodowaną nią przeraźliwą pustką na trybunach – również za sprawą wyeliminowania sędziów liniowych, którzy dotychczas odgrywali niezwykle ważną rolę w tenisie. Dla niewtajemniczonych: pytanie, czy piłka dotknęła choćby linii kortu jest w tej grze fundamentalne, a w rozgrywce, w której stawką jest na przykład kilka milionów dolarów szczególnie. Odpowiedź na nie od zawsze rozgrzewała emocje zawodników i publiczności. Decydowali sędziowie: najpierw liniowi, a ostatecznie główny arbiter „na stołku”. Istotnym usprawnieniem procesu podejmowania tej ważnej decyzji było powszechne wprowadzenie do międzynarodowych zawodowych rozgrywek tenisowych technologii „sokolego oka” (Hawk-Eye), czyli systemu kamer cyfrowych i czujników połączonych programem komputerowym. System ten po raz pierwszy wprowadzony został w rozgrywkach tenisowych w 2006 r. W następnych latach zastosowano go do innych dyscyplin: badminton, krykiet, piłka nożna. W tenisie system ten działał w ten sposób, że każdy zawodnik mógł poprosić o sprawdzenie decyzji sędziego liniowego przez sokole oko. Mógł o takie sprawdzenie prosić dowolną liczbę razy, ale pomylić się mógł tylko trzy razy (tzw. challenge). Oczywiście każda analiza komputerowa, wyświetlanie animacji na wielkim, stadionowy ekranie podnosiła adrenalinę zawodników i publiczności. Było żywo i wesoło. Do dzisiaj.

Na turnieju nowojorskim powszechnie wprowadzono kolejne rozwiązanie techniczne: sędziów liniowych zastąpiono bieżącą analizą gry przez komputery. Auty wywoływane są przez system automatycznie. Skutek jest taki, że zawodnicy praktycznie zrezygnowali z „challengu”. Wiadomo – z maszyną nie wygrasz. Może tylko dla rozładowania emocji, albo dla zyskania kilku cennych sekund na odpoczynek, ale i wówczas bez żadnej wiary w sukces: system wywołał aut i animacja komputerowa tylko potwierdza tą diagnozę. Dla porządku rzeczy dodać należy, że już w zeszłym roku pojawiły się rozwiązania techniczne zastępujące komputerową animację odtworzeniem rzeczywistego nagrania momentu odbicia się piłki tenisowej – rozwiązanie z jednej strony fascynujące,  a z drugiej bardzo precyzyjne.

Jednym słowem współczesny tenis odarty został z istotnego czynnika ludzkiego: z decyzji człowieka o ważności zagrania. Mecze nowojorskie są więc bardziej mechaniczne, wręcz chłodne, a pustki na trybunach tylko ten chłód pogłębiają. Na pocieszenie można zauważyć, że zostali – póki co – sędziowie główni „na stołku”. Oni nie tylko maja ostateczne zdanie w kwestii zdobytego punktu, ale również rozstrzygają szereg innych spornych kwestii, które mogą pojawić się na korcie. Dodatkowo są oni nie raz obiektem ataku słownego ze strony sfrustrowanego zawodnika. Nie mają lekko, ale za to są sędziowie mniej lub bardziej lubiani zarówno przez zawodników jak i tenisową publiczność. Na pocieszenie – ale tylko do czasu. Łatwo wyobrazić bowiem sobie można sztuczną inteligencję w roli takiego arbitra. Skoro SI potrafi się uczyć, a uczy się bardzo szybko, to jest tylko kwestią czasu, jak i ta funkcja przejęta zostanie przez algorytmy. Postęp w tworzeniu algorytmów i budowie nowych generacji komputerów jest szalony. Cóż wtedy zostanie z tego pięknego sportu? Tylko zawodnicy?

W ten sposób maszyny pozbawiają blasku najszlachetniejsze dyscypliny sportowe. Dla większej precyzji: zawodowe, o najwyższe stawki rozgrywki w tych dyscyplinach. Można mieć tylko nadzieję, że te rozwiązania techniczne nie prędko, a może nigdy nie zagoszczą na kortach amatorskich. Tutaj rozstrzygnięcie, czy piłka „była dobra” czy nie pozostanie kwestią ustalenia pomiędzy zawodnikami, którzy, najczęściej, spotkają się ze sobą znowu za kilka dni. Sport amatorski górą!

P.S.

W szerokiej publicystyce od dawna obecny jest temat: maszyna kontra człowiek. Ale takie ujęcie zagadnienia jest błędne z zasadniczego powodu. Przecież maszyny (komputery, algorytmy) wytwarzane są, póki co,  przez człowieka i tylko przez człowieka. Do czasu, gdy sztuczna inteligencja opanuje proces reprodukcji. Ale dzisiaj to w istocie temat: człowiek kontra człowiek.