100% PiS

Marionetkowy Trybunał Konstytucyjny ręcznie sterowany z Nowogrodzkiej, na wniosek grupy pisowskich posłów orzekł niekonstytucyjność przepisu ustawy o Rzeczniku Praw obywatelskich, normującego funkcjonowanie Rzecznika po konstytucyjnym upływie kadencji w sytuacji, gdy nowy rzecznik nie został przez Sejm wybrany. PiS chodziło oczywiście o to, aby otworzy drogę do usunięcia z urzędu wielce dla tej partii niewygodnego prof. Adama Bodnara, który, na mocy tej ustawy pełni tę funkcję mimo upływu jego kadencji, ponieważ nie ma komu jej przekazać.

Dzisiejsze orzeczenie jest znamienne. Zawiera się w nim 100% PiS, cała esencja tej para mafijnej organizacji, która zawładnęła Polską. Sytuacja jest prosta jak konstrukcja cepa. Konstytucja przesądza o tym, że rzecznika praw obywatelskich wybiera Sejm za zgodą Senatu. Ten zapis nie jest zapisem technicznym – niesie on ze sobą bardzo głęboką treść, jest bardzo ważnym elementem demokratycznego państwa prawnego. Mechanizm: wybiera Sejm za zgodą Senatu Konstytucja przewiduje nie tylko w przypadku RPO. Również Prezes Najwyższej Izby Kontroli wybierany jest w tym trybie. Idzie o to, aby na ważne stanowiska w państwie, od szefów których wymagane są najwyższe gwarancje bezstronności, niezależności od partii politycznych, wybierać osoby akceptowane przez najszersze spektrum reprezentacji obywateli w parlamencie. Ale ważna rzecz: wybiera Sejm, czyli na Sejmie spoczywa odpowiedzialność za przeprowadzenie całej procedury.

Gdyby PiS utrzymał większość w Senacie nie byłoby problemu. Na RPO wybrano by w ciągu 23 minut osobę wskazaną na Nowogrodzkiej. Ale stało się inaczej. Okazało się że w sytuacji, w której Kaczyński nie ma pełni władzy nie jest w stanie, nie jest organicznie gotów do sprostania wymogom ustroju demokratycznego, nie jest zdolny do rozważania innych kandydatur niż te, które sam zgłosił, a zgłaszał kandydatów, którzy urągali wręcz zasadzie politycznej niezależności.

Dlatego zorganizowano przedstawienie cyrkowe, w którym grupa błaznów kieruje (na marginesie, na co zwracała wagę Pani prof. Ewa Łętowska, w liczbie mniejszej od ustawowo wymaganej!) do pseudo-trybunału konstytucyjnego wniosek o zbadanie z konstytucją przepisu, który zawsze był stosowany i nigdy nie był kwestionowany, był logiczny, a co najważniejsze – służył zwykłym obywatelom w ich zmaganiach z władzą.

Wniosek ochoczo podjęty został przez akrobatów z TK pod przewodnictwem „towarzyskiego odkrycia” Kaczyńskiego i po 9 próbach salto mortale zostało wykonane. Odbył się żenujący, haniebny dla Polski spektakl o wymiarze historycznym. Z jednej strony banda uzurpatorów – członków TK, a z drugiej prof. Adam Bodnar – Rzecznik Praw Obywatelskich. Z jednej grupa cynków zbyt inteligentna, aby nie uświadamiać sobie nielegalności swoich działań, aby nie rozumieć, że wszystkie tezy głoszone przez prof. Bodnara są absolutnie słuszne, ale zbyt miałka, niska jak mickiewiczowski płaz w skorupie, aby przyznać mu rację, a z drugiej osoba emanująca kompetencją, erudycją, najwyższą kulturą urzędniczą i człowieczą.  Wszyscy od samego początku byli świadomi finału – mógł być tylko jeden. Ale show must go on!

W tej sytuacji profesorowi Adamowi Bodnarowi należą się największe słowa uznania. Podjął się on obrony sprawy z góry przegranej, ale sprawy niezwykle dla obywateli ważnej – i co najistotniejsze ze wszech miar słusznej. Ze swojego wystąpienia przed TK uczynił piękny wykład o istocie instytucji rzecznika praw obywatelskich, jego znaczenia dla zwykłych ludzi oraz dla demokratycznej władzy. Podjął się obrony wszystkich swoich poprzedników. Ale było w wystąpieniu profesora, w jego odpowiedziach na pytania „sędziów” coś więcej. Profesor Bodnar pokazywał dlaczego o demokrację należy walczyć i że ta walka warta jest wszelkich poświęceń. Gloria victis! Chapeau bas Panie profesorze!

Rozstrzygnięcie TK jest ze wszech miar niekorzystne dla obywatela. Otwiera ono drogę do upolitycznienia tego urzędu i podporządkowania go woli politycznej Kaczyńskiego podobnie jak już się to stało z Trybunałem Konstytucyjnym, Sądem Najwyższym czy Rzecznikiem Praw Dziecka. PiS pokazało, że skutki swojej niezdolności do sprawowania władzy w demokratycznym ustroju, swojej niezdolność do poszukiwania porozumienia bez wahania gotów jest przerzucić tak naprawdę na barki obywateli. Byle tylko zachować absolutyzm swojej władzy. Haniebne i karygodne, ale w tym właśnie zawiera się cała kwintesencja istoty polityki Jarosława Kaczyńskiego.

Kartagina musi być zniszczona, a teren po niej zasypany solą.

List otwarty do KP „Lewica”

Wciąż toczy się dyskusja czy lewica powinna poprzeć w Sejmie rządowy projekt ustawy ratyfikującej decyzji Rady w sprawie systemu zasobów własnych Unii Europejskiej. Uważam, że taki projekt lewica poprzeć powinna, ale nie bezwarunkowo. Przychylam się tu do opinii, że to rząd zabiegać powinien o zdobycie parlamentarnej większości dla swojego projektu. Warunkowość oparcia ze strony lewicy, czy też całej sejmowej opozycji jest jak najbardziej uzasadniona. Codzienna praktyka pokazuje z jaką wręcz frywolnością rządzący odnoszą się dzisiaj do przepisów normujących gospodarowanie środkami publicznymi, z jaką łatwością wykorzystują je do budowania swojej i swoich rodzin potęgi finansowej. Ostatnim, skandalicznym przykładem jest odmowa Polskiej Fundacji Narodowej, jednego ze sztandarowych projektów rządu PiS, o wartości na dzisiaj ponad 600 mln złotych poddania się badaniom Najwyższej Izby Kontroli. Ile jeszcze jest takich fundacji, funduszy i innych podmiotów, do których wyprowadzane są środki budżetowe i środki przedsiębiorstw zarządzanych przez przedstawicieli rządu, i które uznają się za zwolnione od kontroli najwyższego organu kontroli państwa?

W pełni zasadne jest więc moim zdaniem uwarunkowanie poparcia opozycji dla wspomnianego rządowego przedłożenia od ustalenia zasad tworzenia i funkcjonowania Krajowego Planu Odbudowy, który ma być odpowiedzialny za realizację na szczeblu krajowym NextGenerationEU – największego w historii pakietu środków na rzecz ożywienia gospodarki. Chciałem jednak zwrócić uwagę na inny problem – nie mniej doniosły, o którym jednak zwykło się zapominać. Rzecz idzie o system kontroli wydatkowania środków unijnych. Jeszcze za czasów rządów PO przyjęto fatalne moim zdaniem rozwiązanie lokujące jednostkę odpowiedzialną za sporządzenie „rocznego podsumowania dotyczącego dostępnych audytów i deklaracji”, czyli de facto dokumentu potwierdzającego wiarygodność wydatkowania unijnych środków w Polsce w Ministerstwie Finansów. Mógł rząd, śladem niektórych innych państw, podjąć decyzję o przekazaniu tych kompetencji Najwyższej Izbie Kontroli, ale zdecydował inaczej, według zasady: nikt tak dobrze nas nie oceni jak my sami.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości poszedł dalej. Wyjął procedury poświadczenia wiarygodności z Ministerstwa Finansów i powołał z hukiem Międzyresortowy Zespół do spraw Funduszy Unii Europejskiej, któremu przewodniczy minister funduszy i polityki regionalnej. Europejski Trybunał Obrachunkowy co rok publikuje obszerny raport z badania wykonania budżetu Unii Europejskiej, w tym z badania wiarygodności wydatków. Ale 80% budżetu unijnego realizowane jest na szczeblu krajowym. Konia jednak z rzędem temu, kto na stronach rządowych znajdzie publikację „Rocznego podsumowania…” jakie rząd polski zobowiązany jest dostarczać Komisji Europejskiej w ramach wspólnej kontroli budżetu unii. Prawdą jest też, że nikt o taką publikację nie woła.

NextGenerationEU jest programem nie tylko o olbrzymiej wartości, ale również oryginalnym, gdyż po praz pierwszy wprowadzi do obrotu środki pozyskane z pożyczek zaciągniętych solidarnie przez państwa członkowskie – w znacznej części na rzecz wsparcia różnych podmiotów gospodarczych. Pociągnie to za sobą nieuchronnie nowe problemy związane z systemową kontrolą wydatkowania tych środków.

Dlatego uważam, że Lewica swoją zgodę na ratyfikację właściwego rządowego projektu ustawy bezwzględnie uwarunkować powinna od:

  1. Wprowadzenia do Krajowego Planu Odbudowy szczegółowych i konkretnych zapisów odnoszących się do systemu kontroli wydatkowania tych środków.
  2. Wyznaczenia Sejmowej Komisji Kontroli Państwowej zadania bieżącego monitorowania procesu kontroli środków w ramach NextGenerationEU.
  3. Niezwłocznego zlecenia wydania opinii prawnej w sprawie uznania środków z NextGenerationEU za środki publiczne, co jest warunkiem rzetelnego audytu wykorzystania tych środków.

Niezależnie od powyższego proponuję, aby KP Lewica wystąpił do Kolegium Najwyższej Izby Kontroli o:

  1. Uwzględnienie w Strategii Kontroli NIK zadania „Kontrola tworzenia i realizacji Krajowego Planu Odbudowy”.
  2. Przeprowadzenia audytu „rocznych podsumowań dotyczących dostępnych audytów i deklaracji”, jakie rząd polski jest zobowiązany corocznie przedkładać Komisji Europejskiej.

Być może stanowisko KP Lewica nie będzie ważyło na decyzji Sejmu, ale przecież liczy się również opinia publiczna.

Republika banasiowa

W jednym dniu Marian Banaś, Prezes NIK udzielił dwóch ważnych wypowiedzi. W pierwszej ogłosił, że nie było żadnej „afery Banasia” z hotelem na godziny i współpracą ze światem przestępczym, gdyż była to „prowokacja służb specjalnych”. W drugiej wypowiedzi Prezes Najwyższej Izby Kontroli zapowiedział szereg kontroli w urzędach państwowej administracji, wskazując, że w odróżnieniu do afery Banasia „prawdziwe afery są gdzie indziej”. Prezes NIK powiedział: „– Obecnie prowadzimy już kilka, a za chwilę rozpoczniemy kolejne, bardzo wrażliwe kontrole. One odbiją się głośnym echem.”

To kolejny mega skandal. Zachowanie szefa najważniejszego organu kontrolo państwa jest jawnym, publicznym pogwałceniem międzynarodowych standardów audytu i zasad etyki audytorów. Prezes NIK nie ma prawa wypowiadać się na temat wyników bieżących, niezakończonych kontroli w inny sposób niż w przypadku ujawnionych w trakcie kontroli istotnych nieprawidłowości, niezwłocznie informując o nich przełożonych kontrolowanego lub/i właściwą prokuraturę. I w żadnej innej formie!

A już zupełnie niewyobrażalne i niedopuszczalne jest przesądzanie przez Prezesa NIK o wynikach kontroli, które jeszcze się nie zaczęły! Nie sposób nie przywołać starego, sprzed kilkudziesięciu lat żartu Szymona Kobylińskiego na pierwszej stronie  „Polityki”: Mówca z trybuny grzmi: – Oczywiście towarzysze, że kryl jest jadalny! Już dwa instytuty naukowe pracują nad tym, aby to udowodnić!

Historia więc się powtarza, tyle, że jak twierdził Karol Marks (uzupełniając Hegla), historia lubi powtarzać się dwukrotnie: po raz pierwszy jako dramat, a po raz drugi jako farsa. Wystąpienia Marcina Banasia to nie farsa, to dramat całego naszego społeczeństwa. W swoim zachowaniu Banaś prezentuje przy tym klasyczne podejście pisowskie do litery prawa: furda tam ustawy, traktaty, konstytucje, artykuły czy paragrafy! Prawo to my, a my to suweren. Prawo powinno służyć suwerenowi, a więc nam!

W ten sposób Marian Banaś niszczy Najwyższą Izbę Kontroli, a wraz z nią całe państwo. Czy należy skontrolować aferę SKOK-ów, KFN, czy idące już w setki podejrzane decyzje rządzących. Jak najbardziej tak! Ale w imię powagi niezależnego audytora, w imię ochrony autorytetu NIK, w imię wiarygodności ustaleń kontrolnych nie może jej prezes uprzedzać o wynikach kontroli, które jeszcze się nie rozpoczęły!

Nie może tym bardziej, że szokująca jest czasowa zbieżność tych dwóch wypowiedzi. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Banaś, traktuje NIK jako oręż w bijatyce ze swoimi niedawnymi kolesiami, że poprzez media na jednym wydechu stawia im ultimatum: przyjmijcie moją wersję w sprawie „afery Banasia” i odpuście bo jak nie, to uderzę was w bolące miejsca.

Najwidoczniej Banaś ma coś na swoich niedawnych kolesiów, ci mają coś na Banasia. Klasyczna sytuacja „złapał Kozak Tatarzyna…” Tylko społeczeństwo wychodzi przy tej gierce na zbiorowisko głupców.

P.S.

Właśnie w mediach ukazał się komunikat: „Śledztwo w sprawie afery Banasia przedłużone”. Przedłużanie i tak już historycznego śledztwa może świadczyć o woli jego przeciągania bez finalizacji bądź wolę jego rozwodnienia. Czyżby Tatarzyn przystał na ofertę Kozaka?

Odcinanie czarnych kuponów

Polska w europejskiej czołówce zakażeń wirusem sars-cov-3 i zgonów z powodu COVID-19. Obraz jest jeszcze tragiczniejszy, jeśli do tych oficjalnych danych dodać liczbę zgonów pozacovidowych, ale będących „ubocznym” skutkiem pandemii, przez drastyczne zmniejszenie miejsc w szpitalach, liczby udzielanych świadczeń medycznych. Ani Ministerstwo Zdrowia, ani NFZ nie kwapi się, aby oficjalnie oszacować tą liczbę. Wiadomo tylko, że ona jest – i to jest nie mała. Istny dopust boży. Wygląda na to, że rzeczywiście  boży.

Jakie są najbardziej prawdopodobne przyczyny miejsca Polski w ścisłej europejskiej czołówce pod względem liczny zakażeń i zgonów. Widzę takie dwie. Jak podają statystyki za około 80% obecnych  zakażeń koronawirusem odpowiada jego brytyjska mutacja B.1.1.7. Wykryto ją na wyspach na początku grudnia ub. roku. Od samego początku wiadomo było, że jest ona aż o 70% bardziej zaraźliwa niż „tradycyjny” sars-cov-2. A mimo to polski rząd przechodził sam siebie, aby jak najwięcej Polaków ściągnąć do kraju na Święta Bożego Narodzenia. Rozum, racjonalność i przede wszystkim ODPOWIEDZIALNOŚĆ poszły do kąta. Wszak tradycja, wiara zobowiązują, są najważniejsze i godne każdej ofiary. Ilu Polaków przyjechało w sumie z Wielkiej Brytanii w tym okresie? NIKT TEGO NIE WIE. Szacuje się na ponad 100 000 osób w samym transporcie lotniczym. A lądowy?  Dla uspokojenia gawiedzi wciskano nam kit, że wprawdzie wirus B1.1.7. jest bardziej zaraźliwy, ale infekcja przebiega łagodniej, chociaż bezwzględnie obowiązywać powinna w takich sytuacjach ostrożność i zasada ograniczonego zaufania.  Rząd jednak przyjął inną zasadę: nam musi się udać! Król i Królowa czuwają, a my skazani jesteśmy na sukcesy! Nie tylko się nie udało, ale kosztuje to Polaków tysiące niepotrzebnych zgonów.

Zakładając, że było tylko 100 tysięcy świątecznych gości z WB i że odsetek zakażonych wśród nich był na poziomie 25% to zaimportowaliśmy sobie 25 000 nosicieli koronawirusa, w większości w jego najzjadliwszej mutacji. W sposób godny najwyższej kary zaniechano wymogu posiadania przy wjeździe do kraju zaświadczenia o negatywnym wyniku testu. Dla okazania wspaniałomyślności rząd zaoferował przyjeżdżającym MOŻLIWOŚĆ bezpłatnego wykonania testu w czasie pobytu. Ilu z przyjeżdżających z tej możliwości skorzystało – nie wiadomo. Dzisiaj odcinamy czarne kupony od tej patriotyczno-religijnej akcji polskiego rządu.

Mówiąc wprost: w okresie Świąt Bożego Narodzenia rząd zaimportował do Polski i zdetonował potężną bombę biologiczną. Nie chce mi się wierzyć, że wśród licznych epidemiologów, rządowych doradców nie było nikogo, który by przed tym przestrzegał.

Ręka boska jest nie tylko w nieodpowiedzialnej akcji świątecznej. Kolejną, absolutnie niewytłumaczalną i wprost haniebną postawą rządu jest zgoda na otwarcie kościołów. Zamknięto korty tenisowe, gdzie na jednego gracza przypada ponad 300 m2 powierzchni a pozostawiono kościoły z wymogiem (absolutnie nie weryfikowanym) 15 m2. Kościoły w Polsce są wyjątkowo odporne na wszelkie obostrzenia nawet wówczas, gdy zaczyna już brakować miejsc w szpitalach, respiratorów i kadr medycznych. A przecież zdalny udział w mszach ma w Polsce bardzo długą tradycję; najpierw poprzez radio, a teraz również przez telewizję. Dzisiaj nic nie stoi na przeszkodzie, aby każda parafia mogła transmitować swoje msze w Internecie. Nic z tego! Od kościołów wara!

Jeszcze bardziej bulwersująca od postawy rządu w tej sprawie jest postawa Episkopatu. Można było oczekiwać, że nie czekając na decyzje rządu Episkopat z własnej woli czasowo zlikwiduje nabożeństwa jako istotne źródła rozprzestrzeniania się infekcji. Nic z tego. Urzędnicy pan B., którzy w obronie zygoty gotowi są na wszystko, życie żyjących mają – jak widać – za nic. Po zapoznaniu się z „Notą Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski w związku z pandemią koronawirusa” nie mam złudzeń. Kościół Polski w pandemii upatrzył szansę na odwrócenie trendu laicyzacji społeczeństwa. Im gorzej – tym lepiej! Im lud w większym są strachu przed cierpieniem i  śmiercią – tym bardziej garnąć się powinien do kościołów! Stare ludowe porzekadło można więc sparafrazować następująco: „Ksiądz wspiera pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza”.

Lewicowe „lewactwo”

Redaktor M. Janicki w ostatnim numerze „Polityki”, w artykule „Lewoskręt” usiłuje znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego, pomimo wyraźnego, jak wskazują badania, zwiększenia się elektoratu lewicowego wśród młodzieży, poparcie dla parlamentarnego ugrupowania „Lewica” nie rośnie. Przytacza przy tym publiczną wypowiedź posła, jednego z prominentnych działaczy SLD, członka władz krajowych i przewodniczącego jednej z rad wojewódzkich partii: „Jeżeli lewica nie będzie obarczona lewactwem, możemy przekroczyć 20 proc. poparcia”. To bardzo znamienne stwierdzenie i nie może być pozbawione komentarza. Terminy „lewak”, „lewactwo” były do dzisiaj powszechnie używanymi przez prawicowych polityków i publicystów epitetami pod adresem wszystkich na lewo od nich, z którymi z zasady nie warto podejmować żadnej merytorycznej debaty. Był określeniem mającym wyrażać pogardę wobec lewicowych ruchów politycznych, z wyjątkiem tych koncesjonowanych przez prawicowy mainstream. Użycie tego terminu przez posła Klubu Parlamentarnego „Lewica” jest więc wydarzeniem bez precedensu.

Cytowana przez „Politykę” wypowiedź znamienitego polityka SLD obrazuje dramatyczny problemy, przed którymi stają aktualni liderzy tej partii. Z jednej strony nawołują do zjednoczenia polskiej lewicy, zapowiadają ogólnopolskie kongresy programowe lewicy, głoszą potrzebę współdziałania, a z drugiej – bliżej nieokreślone, lewicowe nurty wskazują jako przyczynę swojego marnego poparcia społecznego. Uciekają się do znanej z ubiegłego wieku doktryny „cięcia po skrzydłach”. Tyle tylko, że wówczas była to doktryna bezkonkurencyjnej partii rządzącej. W dzisiejszych warunkach ostrej politycznej konkurencji używanie terminu „lewactwo” przez polityka SLD, przejęcie przez niego terminologii propagandy prawicowej jest wyrazem skrętu w prawo.

Tymczasem przyczyny stagnacji na niskim poziomie poparcia dla „Lewicy” są raczej oczywiste. Głównym źródłem społecznej energii, jaka zasila to ugrupowanie jest właśnie stygmatyzowanie jego zwolenników przez prawicową propagandę jako „lewaków”, jest odwoływanie się do wspólnej, politycznej niedoli, do obrony przeszłości. Ale co to obchodzi młode pokolenia Polaków?  SLD nie chce lub nie potrafi wyjść z szufladki z napisem „lewica”, którą przewidział dla niej neoliberalny mainstream. Odnoszę wrażenie, że nawet jest mu w tej szufladce wcale dobrze. Tymczasem nowe, dramatyczne wyzwania przed którymi staje człowiek w XXI wieku nakazują redefinicję społecznego znaczenia pojęcia „lewica” oraz korektę, modyfikację jej celów programowych. Postulaty społeczne i ekonomiczne lewicy europejskiej XIX i XX wieku zostały w znacznej części inkorporowane do programów innych nurtów politycznych – i jest to wielki sukces naszych lewicowych antenatów. Dlatego dzisiaj „Lewica” czy SLD nie przebiją już PiS w sprawach socjalnych. Tymczasem nad głowami ludzi pracy zawisły nowe, nieznane naszym poprzednikom zagrożenia.

Dlaczego w historii lewica osiągała niebywałe sukcesy społeczne?  Dlatego, że była NADZIEJĄ. Nadzieją, na lepszą, sprawiedliwą przyszłość, nadzieją na równość ekonomiczną, na równość praw, na socjalne bezpieczeństwo. Nadzieją na cywilizacyjny postęp dla mas, na wykształcenie, pracę, ziemię. Na ochronę praw pracowniczych, na związki zawodowe, na kres „klasy próżniaczej”. Lewica była wówczas utopią, mrzonką idealistów, którzy poważyli się na święte prawa kapitału. Tak, to była utopia, nierealne dla wielu marzenia. Ale to właśnie pociągało młode pokolenia. Młodość potrzebuje ideałów, potrzebuje utopii, potrzebuje wizji swojej innej, lepszej przyszłości.

Jaką wizję, jaką utopię, jaką opowieść o przyszłości niesie z sobą współczesna „Lewica”? Żadną. Właściwie ogranicza się do głoszenia: „Będziemy robić to co inni, tylko lepiej”. Nic więc dziwnego, że współczesna, uczesana lewica nie jest sexy dla młodych, nie jest pociągająca. Po prostu lewicowa młodzież nie wiąże swojej przyszłości z taką lewicą, którą reprezentują dzisiejsi jej parlamentarni liderzy.

Współczesna lewica, a właściwie jej przywódcy nie rozstają się z hasłami typu: „Idziemy po władzę!”, „Od przyszłej kadencji będziemy rządzić!”. Rządzić (jeżeli już, to współrządzić, JU) po co? Zamiast wyciągać wnioski z przeszłości, skupiać się na budowaniu swojego TRWAŁEGO politycznego zaplecza, lewica skupia się na wyborach, na wyborczych gierkach i przepychankach. 20% poparcia to (nieosiągalny) szczyt marzeń? Ale po co rządzić, skoro nie ma się własnej, strategicznej wizji przyszłości, własnej lewicowej propozycji dla nowych pokoleń?

Rozważania te nie są czysto teoretyczne, nie są żadną spekulacją. Przykładem niech będą losy wrocławskiego projektu z marca 2019 r pod nazwą Socjalistyczna Platforma Programowa SLD, którego jestem jednym z inicjatorów. Zawiązaliśmy ją, by stworzyć w ramach największej partii polskiej lewicy forum dla dyskusji o przyszłości. Nie wstydzimy się słowa „socjalizm” ani słowa „towarzysz”. Nie jesteśmy bezrefleksyjnymi gloryfikatorami socjalistycznej przeszłości. Wręcz przeciwnie – do ważnego dla lewicy okresu tzw. realnego socjalizmu podchodzimy z należytą krytyką. Uważamy jednocześnie, że teoretyczny i praktyczny dorobek myśli socjalistycznej XIX i XX wieku może pomóc nam, lewicy, w wypracowaniu realnej alternatywy dla szalejącego dziś, wszechobecnego, kryzysogennego neoliberalizmu. Tylko tyle: chcieliśmy (i nadal chcemy) stworzyć zgodną z wciąż obowiązującym statutem wewnątrzpartyjną platformę dyskusyjną, aby móc myśleć i rozmawiać o lewicy nie w perspektywie najbliższych wyborów, ale o naszych celach strategicznych, o zadaniach lewicy wobec aktualnych wyzwań, przed jakimi neoliberalizm postawił cały świat. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do programowych materiałów SPP (Grupa SPP SLD na FB).

Niezadługo „świętować” będziemy drugą rocznicę walenia głową w mur, czyli zabiegów o formalną rejestrację naszej platformy przez władze partii. Wniosek w tej sprawie leży na biurku Przewodniczącego, lecz odpowiedzią jest ostentacyjny brak reakcji, milczenie, udawanie, że pada deszcz. Trudno o bardziej dobitny wyraz pogardy kierownictwa SLD, partii, która „demokrację” ma w nazwie, dla inaczej niż kierownictwo myślących. Właściwie to doczekaliśmy się reakcji, drugiego policzka. Było nim skasowanie po prostu platform programowych wewnątrz partii we wciąż czekającym na ostateczny werdykt sądu nowym statucie, uchwalonym przez Konwencję SLD w grudniu 2019 r.

Pora więc zapytać liderów SLD: z kim wam nie jest po drodze, kogo w Polsce wsadziliście do worka „lewactwo”? Miejcie polityczną i cywilną odwagę powiedzenia tego wprost, bez ściemy: z kim wam nie jest po drodze.  Nie zasłaniajcie się epitetami o prawicowej proweniencji – to lewicy po prostu nie uchodzi. W szczególności powiedzcie też czy wrocławską ideę Socjalistycznej Platformy Programowej wewnątrz partii uznajecie za egzemplifikację owego „lewactwa”, za brzemię, które przeszkadza wam we wspinaniu się po drabinkach sondaży.

A gdy wreszcie pozbędziecie się tych wszystkich „lewackich” balastów czerwony balon z napisem LEWICA nareszcie swobodnie poszybuje w górę. Albo, co bardziej prawdopodobne, poszybuje jak orzeł… z poobcinanymi skrzydłami.

Prawdziwa twarz nowej lewicy?

Wiceprzewodniczącą Klubu Parlamentarnego „Lewica” jest posłanka „Wiosny” Monika Pawłowska. W ostatnich dniach jest ona ulubienicą prawicowych mediów, które wielbią ją za to, że ich zdaniem  „stanęła po stronie prawdy”. W czym rzecz?

Otóż pani wiceprzewodnicząca klubu parlamentarnego obwieściła, że „należy uhonorować wszystkich żołnierzy walczących o wolność Polski” i złożyła hołd „żołnierzom wyklętym” (cudzysłów JU). Wprawdzie nie osobiści, ale poprzez dyrektora swojego biura poselskiego, który, tu cytat ze wpisu pani poseł na Twitterze: „Składał kwiaty pod pomnikiem żołnierzy wyklętych w moim imieniu”.

Każdy może głosić swoje poglądy i postępować według nich – jeżeli tylko postępuje z godnie z prawem i nie szkodzi innym osobom. W tym przypadku, ponieważ mamy do czynienia z posłanką, osobą publiczną a na dodatek wiceprzewodnicząca lewicowego klubu parlamentarnego komentarz potrzebny jest w kilku sprawach.

Po pierwsze razi brak reakcji na to zachowanie zarówno ze strony Klubu Parlamentarnego „Lewica” jak i jego największej części: SLD. Tym bardziej, że postawa wiceprzewodniczącej Klubu stoi w rażącej sprzeczności ze stanowiskiem SLD w sprawie „Dnia pamięci żołnierzy wyklętych” opublikowanym na oficjalnej stronie internetowej Sojuszu. Rozumiem, że mogło lewicowych posłów zamurować, ale po kilku dniach powinni dojść do siebie. Nic z tego. Klub udaje, że pada deszcz.

Po drugie nie jest znana żadne działania wiceprzewodniczącej KP Lewica upamiętniające ofiarę życia ponad 17 tysięcy żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego w walkach z hitlerowskim okupantem ani protesty przeciwko dewastacji poświęconych im pomników i tablic pamiątkowych. Ci żołnierze zdaniem Pani posłanki o wolność Polski nie walczyli. Przyłącza się więc Pani wiceprzewodnicząca KP „Lewica” do tej części polityków, którzy głoszą, że żołnierze ci nie przynieśli Polsce wolności, ale drugiego okupanta. Gloryfikacja „żołnierzy wyklętych” świetnie mieści się w tej logice.

Po trzecie nie jest znane żadne wystąpienie Pani posłanki, żadna jej adekwatna aktywność upamiętniająca ofiary tzw. żołnierzy wyklętych.

Tak czy inaczej nie sposób oprzeć się refleksji zasadniczej: czy zachowanie wiceprzewodniczącej Klubu Parlamentarnego „Lewica”, Pani Moniki Pawłowskiej w sprawie tzw. żołnierzy wyklętych oraz reakcja, a właściwie brak publicznej reakcji na nie ze strony klubu nie jest aby praktycznym, twardym zwiastunem charakteru szumnie zapowiadanej nowej, lewicowej partii Biedronia i Czarzastego?

Czy to jeszcze lewica, czy już tylko atrapa?

Oto fragment refleksji jednego z polityków:

„…w ciągu ostatnich 20 lat stworzyliśmy podwaliny pod tak zwaną czwartą rewolucję przemysłową opartą na szerokim zastosowaniu sztucznej inteligencji oraz automatyzacji i robotyki. Pandemia koronawirusa znacznie przyspieszyła takie projekty i ich realizację. Jednak proces ten prowadzi do nowych zmian strukturalnych, myślę w szczególności o rynku pracy. Oznacza to, że bardzo wiele osób może stracić pracę, jeśli państwo nie podejmie skutecznych środków, aby temu zapobiec. (…) Dlatego:

po pierwsze, każdy musi mieć komfortowe warunki życia, w tym mieszkania i

niedrogą infrastrukturę transportową, energetyczną i użyteczności publicznej. Plus dobrobyt środowiska, coś, czego nie można przeoczyć.

 – po drugie, każdy musi mieć pewność, że będzie miał pracę, która zapewni trwały wzrost dochodów, a co za tym idzie, przyzwoite standardy życia. Każdy musi mieć dostęp do efektywnego systemu edukacji ustawicznej, która jest obecnie absolutnie niezbędna i która pozwoli ludziom na rozwój, karierę, przyzwoitą emeryturę i świadczenia socjalne po przejściu na emeryturę.

– po trzecie, ludzie muszą mieć pewność, że w razie potrzeby otrzymają skuteczną opiekę medyczną wysokiej jakości, a państwowy system opieki zdrowotnej zagwarantuje dostęp do nowoczesnych usług medycznych.

– po czwarte, niezależnie od dochodu rodziny, dzieci muszą mieć możliwość uzyskania godnej edukacji i realizacji swojego potencjału. Każde dziecko ma potencjał.”

Jestem przekonany, że dla większości czytających postulaty powyższe są par excellence postulatami jednoznacznie lewicowymi, i że lewica, również u nas  w kraju, powinna je wielkimi literami umieszczać na swoich sztandarach i na ulicznych kartonach z hasłami.

Tymczasem słowa powyższe wypowiedział polityk, który, jeżeli kiedykolwiek bliski był ideologii lewicowej to bardzo, bardzo dawno temu. Dzisiaj jest liderem nurtu liberalno-konserwatywnego, z mocnym nachyleniem ku nacjonalizmowi. Nazywa się Władimir Putin, a słowa pochodzą z jego wystąpienia otwierającego ostatnie Światowe Forum Ekonomiczne w Davos.

To wystąpienie Putina znakomicie ilustruje wielkie sukcesy społecznej lewicy XIX i XX wieku. Jej hasła, jej postulaty socjalne uznawane kiedyś za rewolucyjne i obrazoburcze dzisiaj przyjmowane są „za swoje” przez większość nurtów politycznych również od centrum na prawo.

Ale to wystąpienie skłania do refleksji innej. Czym mianowicie powinna być lewica społeczna w XXI wielu? Co powinno ją charakteryzować, wyróżniać spośród innych orientacji ideowych? Czy „socjalizowanie” różnych propozycji, projektów forsowanych przez nurty centrowe i prawicowe wystarczy? Czy „wywalczenie” w parlamencie 23% czegoś tam zamiast proponowanych 20 % czegoś tam zaspokaja aspiracje lewicy jako ruchu społecznego, czy uzasadnia zajmowanie miejsc na lewej stronie sali sejmowej? Dla mainstreamu, dla komercyjnych mediów niewątpliwie tak. W końcu jakaś lewica powinna w parlamencie być. Ale czy taka rola lewicy jest zasadna również z punktu widzenia najważniejszych problemów, wobec których staje człowiek, wobec toczących się z olbrzymią dynamiką zmian cywilizacyjnych i mającej już miejsce katastrofy klimatycznej? W znakomitej części obecną sytuację esencjonalnie zdiagnozował prof. Grzegorz Kołodko w ostatnim numerze „Zdania”. Pisze on:

Coraz więcej wskazuje na to, że nie da się wyjść z wirażu, w którym znalazł się nasz świat bez kryzysu i kolejnych rewolucji. Lepiej byłoby poprzez wszechstronnie zrównoważony – politycznie, kulturowo, ekologicznie, gospodarczo, finansowo – rozwój i poprzez ewolucję, ale na to nas już, a zarazem jeszcze nie stać. Jaki kryzys – nie wiemy. Kiedy – też nie wiadomo, ale to już tylko kwestia czasu, sprzeczności jest bowiem coraz więcej. I nabierają one antagonistycznego charakteru. Wobec tego ich przezwyciężenie wymaga ruchów bez mała tektonicznych, zasadniczych zmian strukturalnych, przesunięć w systemach alternatywnych wartości i odmiennego niż obecny rozkładu sił i ról na globalnej scenie.

– Nie zostały usunięte systemowe i strukturalne źródła poprzedniego globalnego kryzysu finansowego. Górę wzięła zachłanność możnych tego świata i uległość elit politycznych wobec ich nacisków.

– Nie udało się do końca wyeliminować wpływów neoliberalizmu – ideologii z systemem marnych wartości oraz opartej na niej polityki i złej regulacji gospodarki – służącemu wzbogaceniu nielicznych kosztem większości. W rezultacie globalizacja, skądinąd nieodwracalna, wciąż nie ma charakteru dostatecznie inkluzyjwego, co jest warunkiem sine qua non zrównoważonego rozwoju.

– Nie udało się zahamować procesów dewastacji naturalnego środowiska człowieka i ocieplania klimatu. Ludzkość sama siebie wprowadza na drogę do termicznej zagłady…

– Nie udało się stłumić eskalacji dochodowych i majątkowych oraz wprowadzić gospodarki i społeczeństwa na drogę ich redukcji. Bez tego nie ma szans na zachowanie spójności społecznej w dłuższej perspektywie czasowej.

– Pogłębia się nierównowaga demograficzna skutkująca z jednej strony niebywałym rozstrzeleniem współczynników rozrodczości i w ślad za tym dysfunkcjonalną nadwyżką bądź deficytem rąk do pracy, z drugiej zaś masową migracją. Wielkie, liczące dziesiątki milionów osób fale uchodźców z miejsc, w których żyć spokojnie nie można… dopiero zaczną napływać do krajów bogatych.

– Narastają napięcia polityczne na tle niezdolności do koncyliacyjnego rozwiązywania piętrzących się ponadnarodowych problemów i braku mechanizmów sterowania współzależną gospodarką światową. Unoszą się upiory ksenofobii i szowinizmu, nowego nacjonalizmu i protekcjonalizmu, czemu towarzyszy druga zimna wojna i wojna handlowa wypowiedziana przez Stany Zjednoczone nie tylko Chinom i Rosji, lecz także własnym sojusznikom.”

Do tej opinii koniecznie dodać należy galopujący wręcz rozwój takich dziedzin jak łączność bezprzewodowa, Internet Rzeczy, sztuczna inteligencja, blockchain, biotechnologia, big-data, druk 3D, zaawansowana robotyzacja. Ten postęp technologiczny, ta czwarta rewolucja przemysłowa, podobnie jak poprzednie, zmieni dosłownie wszystko od finansów i gospodarki po kulturę, funkcjonowanie administracji publicznej i stosunki międzyludzkie. Tyle tylko, że dużo głębiej i w dużo krótszym czasie. To jest nieuniknione. Czwarta rewolucja przemysłowa to olbrzymi potencjał, który może być wykorzystany dla dobra ludzkości, ale też przeciwko niej. Z jednej strony nowe technologie stwarzają szanse na rozwój demokracji, społeczeństw obywatelskich, na powstrzymanie lub istotne ograniczenie zmian klimatycznych. Z drugiej jednak strony łatwo prowadzić mogą do jeszcze większego pogłębienia nierówności ekonomicznych i rażących dysproporcji w dobrostanie ludzi, do wzrostu bezrobocia i dehumanizacji istoty ludzkiej. Już dzisiaj są łakomym kąskiem dla kandydatów na dyktatorów wszelkiej maści, nabierających co raz większej wprawy w wykorzystywaniu dostępnych cyber-narzędzi do manipulowania społeczeństwem. Dzisiaj – a co będzie jutro?

Tymczasem czwarta rewolucja przemysłowa tym zasadniczo różni się od wcześniejszych, że o wiele łatwiej jest poddać jej rozwój społecznej kontroli. Dzieje się tak, gdyż jednym z jej głównych elementów jest powszechny dostęp do informacji i szybkość transmisji danych. Ale kto, jak nie lewica XXI wieku ma się o taki społeczny nadzór upomnieć?

I właśnie wobec tych wyzwań, nieznanych zupełnie naszym lewicowym, XIX-wiecznym antenatom lewica współczesna – jeśli chce być lewicą w ujęciu historycznym, przedstawić musi swoją alternatywę, swoją wizję społeczeństwa i państwa, swoją wizję gospodarki i stosunków międzyludzkich. Aby mogła to zrobić jej liderzy powinni najpierw dogłębnie zrozumieć nadciągające zmiany w ich najszerszym aspekcie, dostrzec największe szanse i największe zagrożenia dla zwykłego człowieka. Jeżeli tego nie uczynią, jeżeli horyzont ich patrzenia i ich cele ograniczą się do zdobycia paru procent poparcia w najbliższych wyborach parlamentarnych, to zastaną atrapą lewicy, halabardnikiem na scenie, na której odbywa się spektakl pisany przez prawicę.

Ratujmy Polskę

Świat pędzi na złamanie karku. Dokąd – nikt nie wie. Ale wiadomo w jakim kierunku i wiadomo, że coraz szybciej. Kierunek ten wyznaczają rozwijające się z niebywałą prędkością takie dziedziny jak łączność bezprzewodowa, sztuczna inteligencja, automatyzacja, nanotechnologia, druk 3D i biotechnologia. Wielu ekonomistów utrzymuje, i trudno z nimi się nie zgodzić, że świat wkroczył już w erę IV rewolucji przemysłowej. W swojej znakomitej książce „Czwarta rewolucja przemysłowa”, która powinna być obowiązkową lekturą każdego polityka, niezależnie od jego ideowych zapatrywań, prof. Klaus Schwab bardzo celnie zwraca uwagę na to, że zmiany, jakie niesie z sobą ta rewolucja są nieuniknione, globalne i głębokie, i że dotykają każdego. Prowadzą one do transformacji całych systemów – zarówno tych, które przechodzą poprzez kraje, firmy, branże i całość społeczeństwa, jak i obecnych wewnątrz ich struktur. Jednocześnie globalny charakter tych zmian sprawia, że „rządy, firmy, uczelnie, społeczeństwo obywatelskie – są wręcz zobowiązani do współpracy w celu lepszego zrozumienia pojawiających się trendów”. O skali i głębokości przewidywanych przez prof. Schwaba skutków IV rewolucja przemysłowa dla funkcjonowania zarówno pojedynczych przedsiębiorstw jak i gospodarki w skali państwa czy całego niech świadczy jego postulat, będący konsekwencją tych zmian napisanie ekonomii od nowa.

IVrewolucja przemysłowa to oczywiście nie same dobrodziejstwa, to wyzwania i zagrożenia – głównie w warstwie społecznej. Najtrafniej ujął to prof. Sztumski w artykule „Sztuczna inteligencja gorsza od broni jądrowej”[1] zwracając uwagę na niebezpieczeństwo dehumanizacji człowieka za sprawą  „przekazywania przez człowieka swoich typowych funkcji do urządzeń technicznych – maszyn, automatów, komputerów i robotów”. Odpowiedzialni politycy dostrzegają te procesy i – jak potrafią i mogą – starają się przygotować swoje społeczeństwa i państwa na spotkanie z przyszłością. A u nas w Polsce? Cóż mamy u nas prócz frazesów i pustosłowia o gospodarce opartej na wiedzy i innowacjach? Przepraszam, mamy przecież tak hucznie zapowiadany przez rząd jako symbol innowacyjności gospodarki, milion polskich samochodów elektrycznych. Cud nie tylko XXI ale i XXII wieku. Nie tylko, że są elektryczne, to są również niewidzialne!

U nas w Polsce niemal masowo powołuje się takie „naukowe” instytucje jak IPN czy „De Republica”, fundacje typu Polska Fundacja Narodowa, czy też różne podejrzane podmioty cynicznego biznesmena w sutannie z Torunia. Mało, albo wcale słychać natomiast o rozwoju państwowych lub państwowo-prywatnych placówek innowacyjno-wdrożeniowych. U nas w Polsce Minister Edukacji Narodowej w publicznym wystąpieniu za wzór metod dydaktycznych w szkołach przywołuje szkoły średniowieczne grożąc wręcz nauczycielom, którzy nie będą chcieli realizować katolickiej linii programowej. U nas Minister Edukacji Narodowej niszczy naukę, przez zmuszanie naukowców do zamieszczania swoich prac w wydawnictwach bliskich mu ideologicznie, administracyjnie ale i drastycznie zwiększając punktowanie w nich publikacji, tak ważne w ocenie dorobku naukowego. U nas w Polsce Prezydent uzurpuje sobie prawo oceniania i negowania osiągnięć naukowych kandydatów na profesorów „belwederskich”, których uznaje za obcych ideowo sobie i swojemu ugrupowaniu politycznemu.

Do rejestru „zbrodni stanu pisowskiego na społeczeństwie i państwie polskim”, do których zalicza się na ogół: wykopywanie, pogłębianie i utrwalanie podziałów społecznych, powszechne, systemowe łamanie Konstytucji, zlikwidowanie ustrojowych zasad demokratycznego państwa prawnego, odgradzanie Polski i Polaków od Unii Europejskiej dodać należy bezwzględnie zbrodnię świadomego cofania cywilizacyjnego naszego kraju. Mówiąc wprost: Prawo i Sprawiedliwość wraz ze swoimi koalicjantami w żaden sposób nie przygotowuje Polaków i Polski na wyzwania przyszłości, ale jedyną drogę reakcji na zachodzące w świecie zmiany upatruje w powrocie do Średniowiecza i do autorytaryzmu.

Dochodzimy do pytania za 100 punktów: czy ten trend można powstrzymać? Nie ulega bowiem wątpliwości, że należy, że trzeba robić wszystko, aby go odwrócić, aby ratować Polskę przed trwałym zamknięciem jej w kokonie zaprzaństwa, ultrakonserwatywnego, autorytarnego państwa wyznaniowego. Nie będzie to rzecz łatwa biorąc pod uwagę to, że konsekwencja, z jaką J. Kaczyński przez lata kształtował wierny sobie lektorat spowodowała, że zdaje się on być niewrażliwy na zagrabianie państwa przez pisowską kamarylę, na gigantyczne pisowskie afery, nepotyzm władzy wszystkich szczebli, coraz powszechniejsze łamanie Konstytucji, na monopolizację mediów. Daje na to swoje przyzwolenie. Nie będzie to rzecz łatwa ze względu na ogrom doświadczenia w manipulowaniu postawami ludzi i ogrom środków finansowych, medialnych i administracyjnych, jakie zgromadził Kaczyński i jego dwór.  Rozstrzygające będą najbliższe wybory do parlamentu, a właściwie to, czy uda się w Polsce utworzyć taką koalicję, która po wyborach byłaby w stanie zawrócić Polskę z drogi ku cywilizacyjnej przepaści. Kolejna wygrana Kaczyńskiego w wyborach parlamentarnych umocni go na tym autokratycznym, antyunijnym kursie i wygasi szczątki sympatii do Polski jako partnera nie tylko w Brukseli.

W szeregu moich wcześniejszych publikacji popełnianych na okoliczność krajowych wyborów parlamentarnych propagowałem tezę, że lewica powinna w takich wyborach startować samodzielnie, pod własnym szyldem i z własnym programem. Ale to było zanim w pełni ujawniła się determinacja Zjednoczonej Prawicy do utrzymania władzy „wszelkimi środkami”. Skoro dla Jarosława Kaczyńskiego „wszelkie środki” dopuszczalne są dla obrony Kościoła, to można się domyślać, że do obrony swojej władzy, którą Kościołowi zaprzedał, użycie „wszelkich środków” też uzna za zasadne. Dzisiaj sytuacja jest po prostu inna.

Oczywiście można pójść na żywioł, ufając, że każda z partii politycznych pójdzie, jak dotychczas, swoją drogą a obecna koalicja prawicowa w sposób naturalny się skompromituje,  zgnije i że rozpadnie się na tyle, że nie będzie w stanie utworzyć większości parlamentarnej. A jeżeli tak się nie stanie? Stawka tych wyborów będzie wysoka – bodajże najwyższa od 1918 roku. Błąd polityczny będzie brzemienny w skutkach na dziesięciolecia.

Bardzo ważna będzie odpowiedź na pytanie czy utworzenie koalicji pod nazwą na przykład „Polska Demokratyczna i Europejska” będzie niezbędne do uzyskania większości w Sejmie – wymaga to rzetelnych badań. Jeżeli taka koalicja, z punktu widzenia celu zasadniczego okaże się zbędna – sprawa będzie prosta. Jeżeli natomiast okaże się to koniecznością, to tradycyjne, progresywne partie polityczne staną przed olbrzymim wyzwaniem. Najtrudniejsza sytuacja będzie wtedy, gdy wynik takich badań nie będzie jednoznaczny. Wówczas podjęcie decyzji wymagać będzie od liderów politycznych szczególnie dużej odwagi i odpowiedzialności.

Jest dla mnie sprawą bezdyskusyjną, że zawiązanie prodemokratycznej i proeuropejskiej koalicji wymagać będzie wynegocjowania określonego minimum programowego, w którym, prócz zapisów odnoszących się do kwestii ustrojowych i europejskich powinny znaleźć się i inne, jak rozliczenie zbrodni stanu pisowskiego na państwowości polskiej, rozliczenie afer czy co dalej z IPN? Nie będzie to łatwe, ale nie w tym upatruję głównych trudności takiego porozumienia. Tkwi ono w tym, że brak jest w Polsce tego elementu kultury politycznej, jakim jest gotowość do zawiązywania koalicji partii politycznych o skrajnych, czasami wręcz przeciwnych celach strategicznych w sytuacjach nadzwyczajnych, w których ważą się losy państwowości. Każda partia polityczna w naszym kraju pod adresem każdej innej może przedstawić litanię aktualnych i historycznych pretensji i zastrzeżeń czyniących porozumienie ponad podziałami, w krytycznym historycznie momencie, w imię nadrzędnych celów wspólnych trudne czy wręcz niemożliwe. Jeśli okaże się że zmarnowano przez to szansę ratowania Polski kaca leczyć będziemy długo.

Aspekty demokratycznego państwa prawnego dyskutowane są niemal codziennie. Stosunkowo mało natomiast dyskusji dotyczy kwestii europejskich. Celem proeuropejskiej koalicji powinno być wszechstronne naświetlenie problematyki europejskiej, nie zawężając jej do kwestii pekuniarnych, tym bardziej, że obóz aktualnej władzy poczyna tu sobie wcale śmiele i pozycja Polski w Unii Europejskiej zleciała na twarz.

W oficjalnych przekazach medialnych, nie ważne, czy z ust członków rządu, czy partyjno-rządowych mediów nie ma żadnych, dosłownie żadnych pozytywnych treści o Unii Europejskiej. Wręcz przeciwnie: wykorzystywana jest każda sposobność, prawdziwa lub najczęściej zmyślona, aby Unii „przyłożyć”, aby ośmieszyć, zdeprecjonować ten historyczny, europejski projekt. To na zewnątrz widać, z tego wyciągane są wnioski. Polskiemu rządowi udało się zaszantażować Unię w kwestii wieloletniego planu finansowego i wprowadzenia zasady powiązania go z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowskich. Wszyscy ogłosili wprawdzie osiągnięcie kompromisu, ale to kompromis szczególny, śmiało nazwać go można zgniłym, gdyż niemal nazajutrz Polska ogłosiła, że wystąpi do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości o zbadanie zgodności trybu warunkowości z unijnymi traktatami. Komisja Europejska śle kolejne listy do polskiego rządu oczekując wyjaśnień i odpowiedzi, rząd coś tam odpisuje, albo nie i jest OK.

Ciekawie rysuje się kwestia ratyfikacji przez polski Sejm unijnego Funduszu Odbudowy. Aby mógł on wejść w życie, aby można było zastrzyk niemal biliona Euro dać gospodarkom państw unijnych na odbudowę po kryzysie pandemii sars-cov-2 musi on być ratyfikowany przez wszystkie narodowe parlamenty. Na dzisiaj Polska mówi NIE. Rząd nie zdołał uzgodnić projektu ustawy o ratyfikacji, gdyż zdecydowanie przeciwko niej jest Minister Sprawiedliwości i kierowana przez niego Solidarna Polska.

Jestem przekonany, że nie chodzi tu tylko o bojaźń Ziobry przed powiązaniem funduszy wspólnoty europejskiej z praworządnością. Głosy członków rządu z SP wypowiadających się publicznie przy okazji tego tematu wyraźnie kwestionują już zasadność członkostwa Polski w Unii. Buńczucznie głoszą, że nam Unia nie jest potrzebna, że sami sobie damy radę itp. A Prezydent Polski milczy albo jeszcze dokłada do pieca. Cała sprawa jest więc rodzajem papierka lakmusowego dla określenia akceptacji społeczeństwa dla takich decyzji. Jest wstępem do referendum o polexicie. Kurs Jarosława Kaczyńskiego na wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej jest od dawna oczywisty. Jedyną przeszkodą jest jak dotąd wysokie poparcie jakie w społeczeństwie polskim ma nasze członkostwo w Unii. Ale tą opinię można próbować zmieniać – i właśnie się to robi.

Wszystko wskazuje na to, że w Europie pogodzono się już z faktyczną utratą Polski, że obowiązuje tam doktryna: „dla Polaków jesteśmy gotowi zrobić wiele, ale za Polaków – nic”.  Nikt z nami się nie liczy. Traktują nas tak, jak traktuje się niewygodny kamyk w bucie, którego z ulgą pozbywa się przy najbliższej okazji. Skoro Warszawie bliżej jest do Budapesztu czy Stambułu – to voilà! Droga wolna. Tak – za nas, za społeczeństwo nikt obcy palcem nie kiwnie. Tego trendu nie są w stanie odwrócić żadne deklaracje polityków. Tutaj tylko wyraźny, dobitny głos społeczeństwa, głos ludu ma szansę coś zmienić.

Nie wiadomo, czy prodemokartyczna, proeuropejska koalicja postępowych partii politycznych stanie się faktem. Nie jest dla mnie na sto procent pewne czy kolejne wybory się odbędą lub czy odbędą się w terminie. Jestem natomiast przekonany, że będą pewnie ostatnią szansą na ratowanie Polski jako państwa demokratycznego i europejskiego. Ratujmy Polskę.

 

 

[1] http://www.sprawynauki.edu.pl/archiwum/dzialy-wyd-elektron/288-filozofia-el/4448-bron-gorsza-od-jadrowej

Tygodnik „Przegląd”, „Solidarność” i CIA

W tygodniku „Przegląd” ukazała się właśnie recenzja książki Setha Jonsa: „Tajna operacja. Reagan, CIA i zimnowojenny konflikt w Polsce” pióra Brunona Drwęskiego.  Usiłowałem zamieścić komentarz do tej recenzji korzystając z  „zaproszenia” redakcji pod internetowym wydaniem artykułu, ale po kliknięciu zakładki „opublikuj” wyświetlił mi się komunikat, że nie mam do tego prawa. – mimo iż jestem subskrybentem „Przeglądu”. Dlatego mój komentarz publikuję poniżej.

Książkę Setha Jonsa skonfrontować należy z wcześniejszą amerykańską publikacją na ten temat: Petera Szchweizera „Victory, the Reagan Administration’s Secret Strategy That Hastened the Collapse of the Soviet Union”. Bardzo ciekawa skądinąd książce B. Drwęckeigo „Zagrabiona historia „Solidarności”” nie wnosi nic ponad te dwie publikacje do sprawy. Jonsa cechuje swego rodzaju polonocentryzm. Zdaje się on sugerować, że Polska była centralnym problemem dla CIA, a pomoc „Solidarności” usprawiedliwioną interwencją USA w obronę wolności i demokracji w Polsce. Tymczasem Schweizer ukazuje problem polski jako element amerykańskiej strategii walki USA z ZSRR, dążenia USA do ekonomicznego zrujnowania tego państwa z jednej strony przez nakręcanie spirali zbrojeń, a z drugiej przez zablokowanie ważnego źródła przychodów ZSRR – eksportu gazu do Europy. Ale to nie jedyne różnice. Jons skupia się na problemie kamuflowania budżetu CIA jako źródła finansowego wsparcia „Solidarności” podczas gdy Schweizer pokazuje również rolę CIA w organizowaniu zewnętrznej pomocy przez inne państwa i międzynarodowe organizacje. Polska, z naszymi wydarzeniami lat 80-tych ubiegłego wieku, była według Schweizera ważnym elementem kampanii Reagana przeciwko ZSRR. O ile administracja Cartera będąc pozytywnie nastawiona do opozycji w Polsce, ostrożnie szafowała pomocą, o tyle administracja Reagana postanowiła rozegrać kartę polską w swojej strategii przeciw ZSRR bardzo aktywnie – pisze Schweizer. Główna w tym rola przypadła właśnie CIA i jej Dyrektorowi W. Caseyowi. Schweizer relacjonuje rozmowy Caseya z szefami amerykańskich związków zawodowych (AFL-CIO), obcych wywiadów (Mosad), Watykanem i przedstawicielami rządów Europy Zachodniej w sprawie montowania od 1981 roku sieci pomocy finansowej i materialnej dla „Solidarności”. Przytacza ona amerykańskie źródła (Carl Bernstein i Marco Politi w książce „Jego Świątobliwość”), które oceniają, że „Solidarność” otrzymała od CIA około 50 mln dolarów (na ówczesne czasy suma bajońska), a jak pisze Schweizer: „w szczytowym okresie 8 milionów USD rocznie było transferowanych do walizek >>Solidarności<<”. To oczywiście nie jedyne według Schweizera pieniądze przekazywane z zagranicy do Polski. Bardzo efektywne było również źródło watykańskie. W dokumentach Calviego, prezesa Banco Ambrosiano, głównego partnera Banku Watykańskiego (również w praniu pieniędzy mafii włoskiej i kolumbijskiej), znalezionych po jego śmierci, jest zapis o milionach dolarów przekazanych „Solidarności”. Znany jest też fakt przemytu do Polski dla „Solidarności” sztabek złota o wartości 4 milionów dolarów, dokonanego w 1981r. przez Bank Watykański. Wsparcie CIA dla „Solidarności” nie miało wyłącznie finansowego charakteru. Stosowny program CIA przyjęty w 1982r. zawierał następujące najważniejsze (według Schweizera) punkty:
– utrzymywać niezbędne dla podtrzymania „S” finansowanie w formie gotówki przekazywanej w dolarach i polskich złotych;
– dostarczyć zaawansowane wyposażenie komunikacyjne do zorganizowania efektywnej sieci C31 (komputerowy system łącznościowo-rozkazodawczy w wersji wywiadowczej) dla podziemia „Solidarności”;
– oferować szkolenia dla kilku wyselekcjonowanych osób z „S” w zakresie obsługi tego systemu;
– używać agentów CIA, jako oczy i uszy „Solidarności” dzieląc się niezbędnymi informacjami wywiadowczymi.
Kropkę nad i postawił doradca Reagana d.s. bezpieczeństwa Robert McFarlane stwierdzając: „Pomoc finansowa Stanów Zjednoczonych była decydująca dla utrzymania „Solidarności””.
„Solidarność” lat 80-tych XX wieku spełniała więc wszystkie cechy agentury obcego wywiadu, włączonej w realizację strategii obcego państwa. Wynika stąd kilka wniosków.
Pierwszy jest taki, że dziwnie cicho jest ze strony polskiej na ten ważny temat. Działacze „S” nabrali wody w usta – a przecież pozują na historycznych bohaterów. Ale, co szczególnie przykre, brak jest również ochoty polskich historyków do dogłębnego zbadania problemu związków „Solidarności” ze służbami wywiadowczymi obcych państw, w tym i kwestii finansowania. A może powinno to być zadaniem IPN? Przecież chwalebne korzystanie przez opozycję z finansowego, technicznego i szkoleniowego wsparcia ze strony obcych wywiadów powinno być istotnym elementem pamięci narodowej, do którego zatarcia IPN nie powinien żadną miarą dopuścić.
Po drugie bycie na garnuszku obcego wywiadu (wywiadów?!) wyjaśnia ten przemożny trend do negowania przez postsolidarnościowych polityków polskiej państwowości w latach 1944 – 1989. To przecież ich jedyna deska ratunku przed osądem historii: – my nie braliśmy od obcych pieniędzy za walkę z polskim państwem, gdyż takiego nie było – zdają się mówić.
I wreszcie wniosek trzeci. Czas płynie, nie ma już ZSRR, ale cele strategiczne USA są niezmienne: osłabienie ekonomiczne Rosji, wyeliminowanie jej z rynku gazu w Europie. Czy naprawdę nikt nie zauważa dziwnej sekwencji wydarzeń: za każdym razem, kiedy opinia publiczna informowana jest o postępie w realizacji Projektu Nord Stream 2, natychmiast pojawia się afera z „noviczokiem”. A to trzykrotnie w Wielkiej Brytanii, a to ostatnio w Niemczech. (W Niemczech, gdyż to tam stwierdzono obecność „nowiczoka” w organizmie Nawalnego, nie dopuszczając, podobnie jak wcześniej w W. Brytanii strony rosyjskiej do badań.) I zaraz za tym zmasowana kampania medialna, sankcje nakładane przez Prezydenta USA na Rosję i europejskie przedsiębiorstwa uczestniczące w Projekcie oraz wzywanie innych do pójścia w ślady USA. Jest przy tym jednak istotne różnica. W latach osiemdziesiątych Stany wysługiwały się polską opozycją. Dzisiaj nie muszą. Dzisiaj mają do dyspozycji polski rząd.

„Plan dla ludzi” – komentarz

Adam Jaśkow opublikował na swoim blogu znamienny esej „Plan dla ludzi”, w którym odważnie zmierza się z problemem Kościoła Katolickiego w Polsce (https://aristoskr.wordpress.com/2021/02/02/plan-dla-ludzi/). Problem jest niestety dużo głębszy niż zarysował go autor, a wnioski końcowe niewystarczające. Zacząć należy od kwestii tożsamości narodowej. W przypadku nas – Polaków – jej fundamenty są – trzeba to otwarcie przyznać – dużo słabsze niż na przykład Włochów, Hiszpanów, Francuzów czy Niemców. Za wyznaczniki tej tożsamości uznaje się na ogół historię, język i szeroko rozumiany dorobek kulturowy. W XI wieku spod pióra anonimowego poety wyszła „Pieśń o Rolandzie” – utwór kreślący na wieki bohaterską misję Francji. Działo się to na około sto lat przed odnotowaniem w „Księdze henrykowskiej” (1270) pierwszego, pełnego zdania w języku polskim. W dodatku do protokołu sądowego wypowiedział je Czech.   200 lat przed powstaniem „Trenów” Jana Kochanowskiego spisany został w językach starofrancuskim i starogermańskim przekazywany ustnie od VII wieku poemat „Tristan i Izolda”. Akademia Krakowska – pierwsza polska uczenia, powstała 350 lat później niż uniwersytet w Bolonii.  W naszej historii nie mieliśmy umysłów pokroju Leonarda da Vinci czy Kartezjusza, pisarzy formatu Dantego, Prousta, Cervantesa, Hugo, poetów na miarę Goethego, Schillera czy Szekspira. Największy polski naukowiec, który „wstrzymał Słońce” był pół Polakiem pół Niemcem, a najwybitniejszy kompozytor – pół Francuzem. Wielu mistrzów języka polskiego, tego podstawowego spoiwa narodu: poetów, pisarzy, wielu naukowców, lekarzy, wynalazców miało – o zgrozo! – pochodzenie żydowskie. Ciekawe, że do XX wieku jedynymi osobami, które złotymi zgłoskami zapisały się na kartach kultury europejskiej był Konrad Korzeniowski i Maria Skłodowska-Curie. Ale swoją sławę zdobyli oni po opuszczeniu Polski.

Historia Polski jest zakłamana od samego początku, od tak zwanego „chrztu Polski”. Potem to już poszło na całego – do dzisiaj. Dodatkowo, jak to trafnie ujął kiedyś Jasienica, polska historia to takie wahadło, które w miarę regularnie porusza się na linii wschód – zachód. W miarę, gdyż ostatni wyraźny zwrot w kierunku wschodnim nastąpił niedawno, bardzo krótko po wychyleniu się na zachód w 1989. To też nie sprzyja budowaniu narodowej tożsamości. Do tego dorzucić trzeba chroniczne problemy z budowaniem państwowości, niewykorzystanie historycznych szans na tworzenie nowoczesnego państwa, nowoczesnej gospodarki, które to szanse w XVI/XVII wieku spłonęły na stosie ofiarnym wolności i przywilejów szlacheckich a dzisiaj płoną na stosie wznieconym przez ultrakatolickie, nacjonalistyczne i homofobiczne ugrupowania polityczne.

Na czym więc można było, prócz języka polskiego i polskiej literatury budować narodową tożsamość? Ano, w znacznej mierze na legendach, podaniach, na literackiej fikcji „ku pokrzepieniu serc”, na zakłamywaniu historii, na kreowaniu Polski jako ofiary, gnębionej przez kogo się dało: Niemców, Rosjan, Ukraińców, Żydów, Szwedów, Tatarów. Polskość wykuwano i wykuwa się nadal z wrogości do najbliższych sąsiadów, z wrogości do innych wyznań i ras. I tutaj pojawia się ten ważny czynnik przez stulecia wykorzystywany do zlepiania narodowej tożsamości o wiele, wiele bardziej intensywnie niż w zachodniej Europie: wiara rzymsko-katolicka. Polak, to osoba mówiąca w języku polskim, chodząca do kościoła i posłuszna kościelnym hierarchom – stereotyp prosty jak konstrukcja cepa, którego kultywowanie przynosi dzisiaj efekt w dzieleniu bez żenady Polaków przez polskie władze na sorty lepszy i gorszy, na tych, którzy usprawiedliwiani są w swoich działaniach poza prawem i tych, którym odmawia się człowieczeństwa. Tą ubogość, w porównaniu z innymi europejskimi narodami, podstaw kulturowych i historycznych do budowy narodowej tożsamości Polaków w pełni wykorzystał Kościół Katolicki. Mówiąc wprost Kościół nieprawnie zawłaszczył część tej tożsamości. Całkowitą rację miał Żeleński-Boy nazywając kler „naszymi okupantami”. Kościół bowiem zawsze miał i ma zupełnie inne priorytety niż naród: Kościół dąży do ekspansji i do stałego poszerzania swojego władztwa, umacniania swojej struktury i powiększania majątku kosztem społeczeństwa w każdym historycznym czasie i w każdej sytuacji. Właściwie to dążył, gdyż w większości krajów europejskich Kościół już się ucywilizował, wyzbył się swoich ekspansjonistycznych celów, uznał, że to wierni nie hierarchowie są w Kościele podmiotem, że nie są stadem owieczek do wypasania i strzyżenia przez proboszczów. Ale nie w Polsce. Polska po 1989 r stała się największą w Europie fortecą Kościoła Katolickiego, a zwłaszcza jego integrystycznego, konserwatywnego odłamu, najmocniejszym ośrodkiem katolickiego konserwatyzmu. Nie zapomnę wielkiego zgromadzenia na Placu Piłsudskiego w Warszawie w rocznicę smoleńskiej katastrofy. Wszyscy pogrążeni w smutku, żałobie. Świetnie przygotowana godna, dostojna uroczystość ponad politycznymi podziałami – do czasu wystąpienia przedstawiciela Watykanu. Ten, zamiast uszanować narodową tragedię, narodową żałobę, stawiał przed zgromadzonymi zadanie bycia „wschodnią redutą Kościoła”. „Jak zgrzyt żelaza po szkle” – ale właśnie w tym najlepiej wyraziła się strategia Kościoła względem polskiego Narodu. Mamy być redutą i „kamieniami przez Boga rzucanymi na szaniec” pomimo ofiar i cierpienia. Tu nie chodzi o dobro narodu, o dobro wiary. Tu chodzi o dobro kościelnej struktury: dobro polityczne i dobro materialne.

Na nieszczęście dla Polski spora grupa polityków swój byt polityczny, potrzebę zaspokojenie żądzy władzy związała z kościelną hierarchią z kościelnymi strukturami, gdyż w znacznej mierze to Kościół decyduje o tym, jak, na kogo, zagłosują Polacy w wyborach do rady gminy czy do Sejmu. Niektórzy odnaleźli w tym swoją życiową misję, jak Kaczyński, który jako wicepremier d.s. bezpieczeństwa ani razu nie wypowiedział się w istotnych kwestiach dotyczących bezpieczeństwa państwa, ale dwukrotnie publicznie wezwał (naród?) do „obrony Kościoła za wszelką cenę”. Inni, jak na przykład Premier Morawiecki, koniunkturalnie wytyczają narodowi cel „rechrystianizacji” Europy. To oni, świadomie lub nie doprowadzili do tego, że już dzisiaj Polska spełnia wiele kryteriów państwa wyznaniowego. Wygraną w tej grze będzie tylko jedna strona: Kościół. Będzie, o ile nie powstanie u nas powszechny, społeczny ruch sprzeciwu powrotowi  Polski do Średniowiecza.

Oczywiście nadzieja jest również w tym, co dzieje się dzisiaj w Watykanie. Kościół w Polsce ostentacyjnie kontestuje działania papieża Franciszka. Czy jednak idee Franciszka będą w Watykanie trwalsze od jego pontyfikatu? To rzecz dla nas w Polsce bardzo ważna. Ale bez wyraźnego, społecznego protestu przeciwko politycznej i materialnej hegemonii Kościoła, bez projektu państwa obywatelskiego szanującego wiarę, każdą wiarę, ale również bezwyznaniowców, ateistów i agnostyków, państwa, w którym kościoły odseparowane są od zarządzania państwem na każdym jego poziomie administracyjnym nic w Polsce się nie zmieni. Nikt za nas tego  trudnego problemu – wyzwalania polskiej tożsamości narodowej z terroru  ultrakonserwatywnej doktryny Kościoła Katolickiego  nie uczyni. Do postulatów Adama Jaśkowa dołożę więc kolejne.

Sprawę postawić trzeba jasno: bez rozwiązania kwestii roli Kościoła katolickiego w państwie polskim nie będzie mowy o cywilizacyjnym rozwoju naszego państwa i społeczeństwa w przyszłości, rozwoju, dla którego otwartość na innych, efektywna współpraca międzynarodowa w bardzo złożonym, skomplikowanym świecie będą nieodzowne. Kościół w Polsce nie może stać ponad państwem, ponad prawem, ponad społeczeństwem.

Polsce potrzeba drugiego Oświecenia, zwrócenia się na powrót ku rzetelnej wiedzy, racjonalizmowi, wiary w umiejętności i zdolności człowieka, wolności twórczej. To wielkie wyzwanie dla progresywnych elit kultury, nauki i polityki.

Przede wszystkim należy zacząć od edukacji. Żądać należy wycofania nauczania religii ze szkół i przeniesienia go, jako dobrowolnego, do obiektów kościelnych. Należy podjąć trud wychowania nowych pokoleń we właściwym, niepodporządkowanym ponadnarodowym celom Kościoła duchu tolerancji, wzajemnego szacunku, uznania różnorodności kulturowych. Konieczny jest program wychowania młodzieży dla współpracy z innymi narodami a nie dla zasiedlenia jakiejś samotnej, polskiej wyspy według imaginacji Kaczyńskiego.

Rozwój kultury i nauki powinien być drugim po zdrowiu obywateli priorytetem państwa.

Dążyć należy do zmiany Konstytucji, aby wyraźnie zapisać w niej, wzorem Konstytucji Republiki Francuskiej, że Polska jest państwem laickim.

Kościoły pozbawić należy wszelkich przywilejów gospodarczych, finansowych i fiskalnych.

Na świecie, ale również i w Polsce narasta ekonomiczne rozwarstwienie społeczeństwa. Przywracanie społecznej sprawiedliwości prędzej czy później będzie musiało wiązać się z redystrybucją dóbr materialnych. Kościoły swoim bogactwem daleko przewyższającym potrzeby sprawowania kultu religijnego również będą musiały podzielić się ze społeczeństwem. Dlatego, wzorem Irlandii, dążyć należy do sekularyzacji dóbr kościelnych.

To oczywiście program na długą drogę. Chyba, że jakaś rewolucja przyspieszy bieg wypadków.