Europa głupieje

29 października b.r. Zgromadzenie Generalne Organizacji Narodów Zjednoczonych procedowało rezolucję w sprawie przeciwdziałania faszyzmowi, nazizmowi, ksenofobii i innym formom nietolerancji. Rezolucję taka przyjmuje ONZ corocznie i jak dotąd odbywało się to bez większych zgrzytów. Przykładowo, w ubiegłym roku przeciw takiej rezolucji były Stany Zjednoczone i Ukraina. USA tłumaczą się tym, że któraś tam poprawka do konstytucji uniemożliwia temu krajowi podpisywania się pod takimi rezolucjami o międzynarodowym charakterze.  W tym roku było inaczej. Propozycję kuriozalnej poprawki do standardowego tekstu wniosła Australia. ONZ piętnuje w niej Rosję, która jakoby dzięki tej rezolucji usiłuje sankcjonować swoją agresję na Ukrainę. Na marginesie: zjawiska neofaszyzmu i nacjonalizmu na Ukrainie nie doczekały się rzetelnej, głębokiej analizy przez polskich obserwatorów, a media zdawały się omijać ten problem szerokim łukiem.

Poprawkę przyjęto zwykłą większością głosów: 63 głosy za, 23 przeciw i 65 wstrzymujących. Pomimo przyjęcia poprawki Stany Zjednoczone usiłowały wprost na sali plenarnej wpływać na delegatów, aby końcową rezolucję ONZ odrzucić. Pomimo ich starań rezolucja, za którą głosowała również Rosja, została przyjęta: 105 głosów za, 52 przeciw i 15 wstrzymujących. Wśród 52 krajów głosujących przeciw aż 33 były krajami europejskimi. Kraje, które chwile przedtem forsowały australijską poprawkę głosowały przeciwko końcowej rezolucji, która ta poprawkę zawierała. To głosowanie było znamienne: jest niezbitym dowodem pęknięcie świata na tzw. złoty miliard i resztę. Interesy złotego miliarda okazują się przy tym ważniejsze od takich celów jak te, o których od dziesięcioleci walczy między innymi ONZ. W ten sposób Polska po raz pierwszy w historii głosowała przeciwko rezolucji ONZ wzywającej do zwalczania faszyzmu, nazizmu, ksenofobii, rasizmu i innych rodzajów dyskryminacji. Europa zapala zielone światło wszelkiej maści nacjonalistom i neofaszystom. Europa, część świata najbardziej historycznie doświadczona przez faszyzm głupieje.

Universitates ante portas!

Najbardziej renomowaną uczelnią techniczną na świecie jest MIT (Massachusetts Institute of Technology). Powstał w 1861 r i od wielu lat jest liderem wśród technicznych wyższych uczelni. Wciąż pod tą samą nazwą. Przywiązanie do nazwy wyższej uczelni to rzecz ważna dla budowy jej pozycji w środowisku naukowym. Toteż zmiany tych nazw są na ogół rzadkie. Może za wyjątkiem Polski.

Rozwój szkolnictwa wyższego w Polsce po II WŚ był niezwykle burzliwy, zwłaszcza w ujęciu ilościowym. I tak w latach 60-tych i 70-tych byliśmy świadkami tworzenia sieci Wyższych Szkół Inżynierskich, uzupełniających sieć „starych” Politechnik. Wiele z tych uczelni, jak na przykład Politechnika Rzeszowska, z czasem przebiło się do krajowej extra klasy – i chwała im za to.

Po rewolucji lat 90-tych rozpoczął się run na uniwersytety. Uczelnie wyższe masowo zaczęły przekształcać się w uniwersytety. Uniwersytet to brzmi dumnie! Czapki z głów! W ten sposób Akademia Medyczna stała się Uniwersytetem Medycznym, Wyższa Szkoła Rolnicza – Uniwersytetem Przyrodniczym, Wyższa Szkoła Nauczycielska w Kielcach zmieniła się w Akademię Świętokrzyską (2000), a w 2008 r. już w Uniwersytet Humanistyczno-Przyrodniczy itp. I niech im będzie na zdrowie! Niech rozwijają polską i światowa naukę!

Ale czasem można mieć wątpliwości czy za tymi zmianami nazw szły dobre zmiany jakościowe. Stowarzyszenie „Przyszłość, Socjalizm, Demokracja” organizuje wspólnie w Wydziałem Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego sympozjum na temat „Lewica po neoliberalizmie”. Zaproszenie do udziału i wygłoszenia wykładu przyjął między innymi prof. Grzegorz Kołodko. Kołodko, wybitny polski ekonomista o światowej renomie we Wrocławiu – duża sprawa. Uznałem więc za stosowne zwrócić się do władz wrocławskiego Uniwersytetu Ekonomicznego z zapytaniem, czy byliby zainteresowani wykorzystaniem na uczelni obecności w naszym mieście profesora. Jego Magnificencja odpowiedział, że propozycja jest interesująca i że się zastanowi w jaki sposób skorzystać z tej okoliczności. Kiedy po jakimś czasie znowu rozmawiałem z rektorem usłyszałem taką mniej więcej odpowiedź: „Chyba jednak nie skorzystamy. Widziałem się z Kołodką kilka dni temu w Karpaczu (XXXI Kongres Ekonomiczny. J.U.) i nawet chciałem z nim o tym rozmawiać, ale Kołodko wygadywał takie kontrowersyjne rzeczy, a przy tym chwalił Chiny, że chyba nie!”. Pora na głęboki oddech.

Profesor Grzegorz Kołodko jest najbardziej rozpoznawalnym w świecie polskim ekonomistą. Jest autorem 50 książek i wielu artykułów publikowanych w 26 językach (w tym 200 w języku angielskim). Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że liczba zagranicznych cytowań prac prof. Kołodki przewyższa ogólną liczbę cytowań wszystkich pracowników niejednego polskiego uniwersytetu ekonomicznego. Profesor zapraszany jest na wykłady przez największe światowe uczelnie, jest laureatem wielu nagród. Co jednak moim zdaniem jest najważniejsze to to, że profesor Kołodko jest propagatorem idei przekształcenia ekonomii w naukę interdyscyplinarną, ściśle związaną w swych badaniach z innymi dziedzinami nauki. W swojej książce „Świat w matni” Grzegorz Kołodko, domagając się nowej ekonomii, adekwatnej do aktualnych wyzwań i potrzeb świata pisze między innymi:

Ekonomia wyszła z filozofii i trochę się zatraciła, gdy mocno się od niej oddaliła, dając się za bardzo wciągnąć w matematykę, kiedy wielu ekonomistów skupiało się bardziej na tym, jak liczyć, niż co i po co. Z istoty zatem powinna być traktowana jaka jedna z nauk humanistycznych, aczkolwiek najczęściej plasowana jest poza nimi, chociaż wśród nauk społecznych.

A dalej:

Dobra ekonomia nie może pozostawać li tylko dyscypliną, lecz musi w rosnącej mierze stawać się interdyscyplinarną wiedzą i nauką.

Jak bardzo to szerokie i wnikliwe spojrzenie prof. Kołodki wypełnia idę uniwersytetu, uczelni gromadzącej wiele różnych dyscyplin naukowych, otwartej na wyzwania i na nowe prądy intelektualne! Okazuje się jednak, że wrota wrocławskiego Uniwersytetu Ekonomicznego są dla prof. Kołodki zamknięte. Dlaczego? Dlatego, że głosi kontrowersyjne teksty, że w ocenie profesury UE chwali Chiny. (Na marginesie: okazało się, że wcale Chin nie chwalił, ale dystansował się od potępiania ich w czambuł przez innych, pokazywał i wyjaśniał mechanizm, przyczyny ekonomiczne i polityczne – ich niebywałego sukcesu gospodarczego). Wrocławski U N I W E R S Y T E T  Ekonomiczny zamknięty jest dla naukowców myślących nieszablonowo. Tu nie ma, jak widać miejsca na kontrowersje, a więc nie ma miejsca na prawdziwą, akademicką dyskusję, na naukowe spory. I do tego jeszcze te nieszczęsne Chiny. Jak on śmiał „chwalić” Chiny, gospodarczego i politycznego rywala naszego największego, do grobowej deski przyjaciela – Stanów Zjednoczonych! Że jedna z najpotężniejszych gospodarek świata? Że gospodarka rozwijająca się w tempie, którego możemy tylko pozazdrościć? Że najbardziej innowacyjna? A jakież to ma znaczenie dla naukowców z UE we Wrocławiu, których głowy i myśli zwrócone są w jedną, zachodnią tylko stronę? Chiny na tym wrocławskim uniwersytecie są zakazane, chyba, że będzie się o nich mówić wyłącznie źle, malować je w czarno-szarych barwach.

Nie mam pretensji do Jego Magnificencji, gdyż wiem, jakie jest jego tej sprawie zdanie. Rektor odczytał tylko postawę „uniwersyteckiej” profesury, środowiska uczelni, którą przyszło mu kierować i z którym musi się liczyć. I właśnie ta reakcja panów profesorów i docentów, wroga wobec doktryn z którymi się nie zgadzają martwi najbardziej. Uniwersytety od zawsze były ostoją wolnej myśli, miejscem otwartych, nieskrępowanych dyskusji. Również w czasach, które niektórzy uznają za czarną dziurę w historii Polski, uczelnie wyższe, a uniwersytety zwłaszcza były azylem, schronieniem dla intelektualistów myślących inaczej niż oczekiwały tego władze. Ten model utrzymywał się jeszcze czas jakiś. Przecież to swego czasu rektor tej samej uczelni, prof. Józef Kaleta w dobie szalejącego neoliberalizmu, dał schronienie na uczelni socjaliście Józefowi Piniorowi w okresie, w którym podstawy jego bytu materialnego były zagrożone. Dzisiaj jest już inaczej. Casus prof. Kołodki jakoś dziwnie łączy mi się przy tym z przypadkiem prześladowań prof. Stanisława Bielenia na Uniwersytecie Warszawskim, tylko dlatego, że jako wybitny znawca kultury i polityki naszych wschodnich sąsiadów odważył się głosić tezy niezgodne z obowiązującym aktualnie sznytem. Pora się bać. Czyżby ilość kosztem jakości?  Universitates ante portas!

Mam jednak nadal nadzieję, że te dwa przypadki nie są zapowiedzią powszechniejszego procesu niszczenia wolnej myśli uniwersyteckiej, której przecież nie obroni nikt poza samymi pracownikami tych uczelni. Reakcja środowisk akademickich na być może dla niektórych kontrowersyjnego, ale odważnie myślącego prof. Kołodko jest świetnym probierzem stanu tego procesu. Nie wszędzie jeszcze jest tak jak we Wrocławiu. Rok temu profesor otrzymał tytuł Doctor Honoris Causa Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. To pierwszy taki tytuł profesora polskiej uczelni wobec 15 tytułów uczelni zagranicznych. Został również zaproszony przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie do wygłoszenia prestiżowego Wykładu Rektorskiego. Nie wszystko być może jeszcze stracone.

Polska węglem leży (i kwiczy)

Premier i nadpremier prężą muskuły na międzynarodowych arenkach, rozstawiają po kątach Francję, Niemcy i kogo popadnie, aby wybić się na nowego lidera nowej Unii Europejskiej, a tymczasem w kraju afera goni aferę i co jedna to groźniejsza, obnażająca do kości prawdę, że ten rząd, ta władza nie potrafi obronić obywateli ani przed katastrofą ekonomiczną, ani finansową, ani żadną inną.

Najpierw elektrownia Jaworzno. W jednym z dokumentów dotyczących awarii bloku 910 MW tej elektrowni czytamy: „…pośród brył węgla (sprowadzanego z Indochin – JU) kierowanego do jaworznickiej elektrowni znajdują się zwykłe kamienie, mnóstwo stalowych prętów, śrub, gwoździ, żwiru, a nawet części gumowych opon.” To nie tylko skandal, afera, to po prostu przestępstwo. Każdemu energetykowi włos na głowie staje czytając podobne raporty. Wola polityczna jest wielka, ale nie wszechpotężna – nie potrafi węglowego śmiecia zamienić w donbaski antracyt. Węgiel z Donbasu polskie spółki energetyczne sprowadzały właśnie w tym celu, aby dzięki jego najwyższej jakości wzbogacać ubogi polski węgiel, co było konieczne dla zapewnienia prawidłowego funkcjonowania bloków energetycznych. Premier Morawiecki od dawna zapowiadał, że statki z tym, „zastępczym” węglem, który ma zastąpić ohydny węgiel wydobywany przez górników w Donbasie są już w drodze. Widać dopłynęły i dzisiaj widzimy co to za węgiel – po prostu śmiecie: kamienie, złom i opony wymieszane z węglem.  Polityczną głupotą nasze władze nie są w stanie mnie zaskoczyć ani zadziwić. Przejęty jestem jednak tym, jak mogło dojść do tego, że coś takiego mogło zostać wprowadzone do spalania w kotłach elektrowni. Gdzie były służby techniczne? Kto personalnie podjął decyzję o tej technicznej zbrodni?

Pytań w tej sprawie jest oczywiście więcej. Na przykład: po jakiej cenie sprowadziliśmy węgiel z Indochin, czy trafił on tylko do elektrowni Jaworzno czy też w inne miejsca? Dlaczego wolne niby media nie drążą tego tematu? Dlaczego nie pokazują prawdziwego oblicza efektów spektakularnej, politycznej decyzji o niezwłocznym, energetycznym uniezależnieniu się Polski od Rosji, decyzji, którą Polska nie tylko zadziwić chciała świat, ale i dać mu przykład, stać się jego liderem w okładaniu Rosji pałą amerykańskich sankcji.

Jedno jest pewne: to nie premier Morawicki ani nie prezesi spółki Tauron poniosą koszty naprawy bloku 910 MW Elektrowni Jaworzno. Te koszt poniesiemy oczywiście my – szarzy odbiorcy energii elektrycznej.

Druga, nie mniejsza moim zdaniem afera to oczywiście zatrucie Odry. Rząd ze wszystkimi swoimi instytucjami okazał się zupełnie bezsilny i bezrady wobec tej największej w historii ekologicznej katastrofy w Polsce. Czarno na białym pokazał, że niej jest w stanie chronić ani środowiska naturalnego Polski, ani Polaków.

Od ujawnienia pierwszych symptomów katastrofy upłynęły niemal trzy tygodnie, a opinia publiczna wciąż nie ma odpowiedzi na najprostsze i jednocześnie najważniejsze pytania:

– co jest przyczyną masowego śnięcia ryb w Odrze?

– czy tylko o ryby chodzi, czy też inne organizmy wodne?

– kto jest sprawcą zatrucia?

– jakie skutki bezpośrednie (zdrowotne) i pośrednie (ekonomiczne) mieć będzie ta katastrofa dla ludzi?

– jakie skutki mieć będzie ta katastrofa dla Zalewu Szczecińskiego i dla Bałtyku?

W publiczny wystąpieniu Premier ośmiesza się tłumaczeniem, że „o katastrofie dowiedziałem się za późno”. To jest kolejną katastrofą Polski. O katastrofach bowiem zawsze dowiadujemy się za późno. Ale rząd jest po to, aby robić wszystko, by ich uniknąć, a w przypadku ich zaistnienia niezwłocznie podejmować wszelkie, niezbędne czynności ratunkowe. Tymczasem mamy wielotygodniowy festiwal przerzucania odpowiedzialności, wprowadzania w błąd społeczeństwa z elementami kabaretu (niespełniona obietnica jakiegoś ważnego a odpowiedzialnego wiceministra publicznego wykąpania się w Odrze dla udowodnienia, że jej wody są dla ludzi bezpieczne).

Interesująco rozwija się międzynarodowy aspekt odrzańskiej katastrofy. Po pierwszych, irracjonalnych komunikatach przedstawicieli rządzących sił politycznych o tym, że to Niemcy zatruli Odrę pojawiły się medialne zarzuty Niemców pod adresem Polski o próby tuszowania skandalu i o nieinformowanie sąsiada o zatruciu. Już prawie dwie godziny czekam na zapowiedzianą wspólną polsko-niemiecką konferencję prasową w tej sprawie. Coś nie może się ona rozpocząć – widać więc na horyzoncie kolejne polsko-niemieckie problemy.

Źródeł zatrucia może być wiele. Nie można wykluczyć zrzutu przejętego do „utylizacji” w Polsce ładunku obcych odpadów przemysłowych. Za najbardziej prawdopodobne uznaję jednak nadmierny, być może niekontrolowany zrzut do Odry nieodsolonych wód kopalnianych. Polskie kopalnie, również te zlikwidowane, wymagają ciągłego odprowadzania wód gromadzących się w wyrobiskach, które są naturalnie bardzo zasolone. Tradycyjnie wody te odprowadzano częściowo do Wisły, a częściowo do Odry i dlatego zasolenie tych rzek zawsze było podwyższone. Być może, w ramach szukania oszczędności w kopalniach i spółkach powołanych do odprowadzania wód z kopalń nieczynnych, katastrofa Odry związana jest z nadmiarowym zrzutem takich wód do tej rzeki związanym z restrukturyzacją polskiego górnictwa. W dobie gwałtownego powrotu do polskiego węgla podawanie informacji, że jego wydobywanie ma swoją negatywną z punktu widzenia ekologii stronę prawdopodobnie uznane zostało przez władze za „niepolityczne”. Spokojnie czekano więc, aż problem rozpłynie się w Bałtyku. Jeżeli okaże się to prawdą, to z obydwu tych afer wynika, że Polska nie tyle węglem stoi, co leży, a cały pisowski porządek jest do natychmiastowej likwidacji.

Mamy prawo wiedzieć

„Przeglądowi Tygodniowemu” udało się – choć to rzecz niełatwa – głęboko mnie rozczarować. Konkretnie artykułem Marcina Odgowskiego „(Nie)regularni”. Autor podjął się tematu niezwykle ważnego, trudnego i bolesnego zarazem dla Polaków. I ten temat popisowo, dokładnie jak w słynnej piosence mistrza Młynarskiego  – spieprzył.

Już sam początek jest dla dziennikarza pechowy. Relacjonuje w nim swoją rozmowę z 2015 r. z   przedstawicielem DNR, który na linii frontu z ukraińskim prawym sektorem, wskazując na drugą stronę przekonuje, że tam są dwie kompanie Polaków i proponuje Odgowskiemu sprawdzenie, gwarantując bezpieczeństwo ze swojej strony. Jak wynika z artykuły dziennikarz   nie sprawdził. Nie wiadomo czy nie wierzył w gwarancję bezpieczeństwa, czy bał się postrzału od drugiej strony, czy wreszcie zląkł się tego, że rzeczywiście mógł po drugiej stronie spotkać jakiś Polaków. I co wtedy?  W każdym razie ważnego, ciekawego tematu dziennikarz Odgowski nie podjął, nie skorzystał z możliwości zobaczenia czegoś na własne, dziennikarskie oczy. Nie skorzystał ani w 2015 ani w 2022, gdyż obecny artykuł zupełnie nie nosi cech relacji z frontu a za to wszelkie cechy kompilacji różnych acz jednostronnych materiałów z medialnego frontu.

Autor artykułu „(Nie)regularni”, w którym porusza problem liczebności zagranicznych najemników po ukraińskiej stronie cytuje oczywiście oficjalne dane ukraińskie i rosyjskie, ale rzetelność tych ostatnich od razu, z urzędu wręcz dyskredytuje. W jaki sposób to czyni jest doskonałym punktem wyjścia do problemu zasadniczego. Oto cytat:

O jakości tych rewelacji najlepiej świadczy historia z połowy kwietnia, kiedy ten sam generał (Konaszenkow, szef Wydziału Informacji i Komunikacji MO FR) informował o śmierci 30 Polaków w obwodzie charkowskim, na co do tej pory nie przedstawiono żadnych dowodów. O pukaniu się w głowę przedstawicieli naszego MSZ wspomnę tylko z obowiązku.”

Pamiętamy wszyscy z jaką determinacją obecne polskie władze podejmowały interwencje w przypadkach śmierci obywateli polskich za granicą (może z wyjątkiem niejakiego Izdebskiego w Albanii). Pamiętamy jak minister Ziobro gotów był wysyłać polskich policjantów na pomoc brytyjskiej policji, gdy stwierdzono tam zabójstwo pewnej Polki. Na każdym kroku władza demonstrowała jak drogie jest jej życie każdego Polaka za granicą i że gotowa jest zrobić wszystko, aby je chronić lub, w przypadku morderstw, ująć sprawców. Do czasu, do czasu wojny na Ukrainie.

Rosyjska strona w oficjalnym komunikacie informuje o zabiciu 30 polskich najemników – i nie była to pierwsza tego typu informacja. Czy ten komunikat wywołał jakąś reakcję polskich władz? Czy próbowały one oficjalnymi bądź nieoficjalnymi kanałami tą informację zweryfikować? Dziennikarz Odgowski odnotował tylko jedną reakcję polskiego MSZ: pukanie się w czoło. I jak wynika z jego artykułu ta reakcja polskich władz całkowicie dziennikarza zadawala – wręcz nawet satysfakcjonuje! Szafa Gra!

Dziwię się wielce, że żaden poseł, żaden dziennikarz nie zwrócił się do tej pory do polskich władz z szeregiem pytań o udział obywateli polskich w wojennych działaniach za naszą wschodnią granicą. W szczególności o informacje o liczbie polskich najemników, charakteru ich pobytu, liczbie zabitych i rannych. Że tacy są red. Odgowski nie ukrywa pisząc: „Żołnierze ci biorą aktywny udział w działaniach zbrojnych – zwykle na najtrudniejszych odcinkach frontu – jest więc oczywiste, że giną. Ale czy w skali podanej przez Rosjan?” Jeżeli nie tylu, o których mówią Rosjanie to ilu obywateli polskich zginęło do tej pory na Ukrainie? Kogoś to obchodzi?

Wszystko wskazuje na to, że osobowe zaangażowanie się Polski w wojnę na Ukrainie jest tematem tabu, starannie omijanym przez władze, polityków i media. Jestem jednak przekonany, że polskiemu społeczeństwu należy się rzetelna informacja nie tylko o liczbie Polaków walczących na Ukrainie, o ich ofiarach, ale również o tym, na ile ich pobyt jest rzeczywiście wyłącznie ich prywatną sprawą, a na ile jest przez polskie władze wspierany, jaką mają opiekę państwa w przypadkach ekstremalnych. Mamy prawo to wiedzieć.

Nie dorzucę Sierakowskiemu

Lewicowy publicysta Sławomir Sierakowski ogłosił zbiórkę publicznych pieniędzy na zakup jednego tureckiego  drona Baykar dla ukraińskiej armii. Nie dołożę się do tej zbiórki.

Nie tylko dlatego, że jeden Baykar wobec sprzętu najnowszej generacji wartości setek miliardów dolarów, jakim Zachód zasila Ukrainę to mniej więcej ziarenko piasku na Pustyni Błędowskiej. Ale i to ziarenko budzi wątpliwości. Tureckie Baykary w warunkach wojny na Ukrainie po prostu się nie sprawdziły, stając się łatwym celem Rosjan.  Zakup Baykara to wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Przede wszystkim nie dołożę się  dlatego, że taki gest nie będzie miał żadnego znaczenia dla rozwoju sytuacji militarnej i politycznej na Ukrainie. Bardzo bym chciał, aby z tej wojennej zawieruchy Ukraina wyszła jako państwo będące wzorem demokracji. Ale nie wyjdzie. Nie wyjdzie dlatego, że miała ponad 30 lat na to, aby skutecznie wdrożyć zasady demokratycznego państwa prawnego. Tymczasem stała się Ukraina karykaturą demokracji, państwem, w którym władza państwowa jest, niczym piłka w rugby, wyrywana sobie z rąk przez różne grupy oligarchów. Jest państwem oligarchów, którzy swoje niebotyczne majątki zdobyli uwłaszczając się na majątku państwowym i dzięki korupcji. Ukraina nie jest też państwem praworządnym. Jest państwem, w którym w bezwzględnej walce o polityczne i gospodarcze wpływy siłą, drogą przewrotu usuwa się legalnie wybrane władze. Jest państwem, w którym praktycznie zlikwidowano opozycyjne względem rządu partie polityczne (w tym partię socjalistyczną) i na długo przed rosyjską agresją pozamykano nieprzyjazne rządowi (prezydentowi) media. Przez dziesięciolecia Ukraina była i nadal jest olbrzymim siedliskiem korupcji przeżerającej społeczeństwo z samej góry do samego dołu. Czy dron Sierakowskiego jest w stanie odmienić to państwo, to społeczeństwo? Żadną miarą. Jedyną szansą na uzdrowienie Ukrainy jest rozwiązanie konfliktu militarnego drogą dyplomatyczną, drogą jakiegoś międzynarodowego porozumienia, w którym Ukraina zostałaby wręcz przymuszona do przeprowadzenia u siebie głębokiej, realnej, demokratycznej rewolucji. Ale należy mieć na względzie, że w przeszłości rząd ukraiński podpisywał już takie porozumienia, które jego następca a obecny prezydent, ostentacyjnie odrzucał. Bardzo surowy, międzynarodowy nadzór nad demokratycznymi przemianami w Ukrainie jest dodatkowo uzasadniony decyzją Unii Europejskiej przyznania temu państwu statusu kandydackiego do Unii.

Inicjatywa Sierakowskiego ma więc li tylko wewnętrzne znaczenie.  Nie zakładam, że celem jej są względy marketingu osoby lub instytucji. Polacy nie muszą też dokumentować ani potwierdzać swojej solidarności z Ukraińcami zrzucając się na drona. A jeżeli tak, to jedynym celem akcji Sierakowskiego zakupu tureckiego drona bojowego pozostaje promilitarystyczne kształtowanie społecznych postaw. I tutaj mam poważny problem. Wychowany zostałem (całe moje pokolenie) w głębokim przeświadczeniu, że najgorszą rzeczą na świecie są wojny (i faszyzm), i że należy czynić wszystko, aby ich uniknąć. Tymczasem Polska, a właściwie obecne polskie władze coraz głośniej potrząsają szabelką. Czynnie uczestniczą już w ukraińskiej wojnie śląc tam tony wojskowego wyposażenia i amunicji. Na marginesie – to wyposażenie i amunicja nie są własnością rządu, ale całego społeczeństwa, od którego Sierakowski chce wydobyć dodatkowe 21 milionów zł. Na froncie giną polscy obywatele. Nie dalej jak wczoraj byłem świadkiem zabawy dzieci – uczestników jednej z wrocławskich półkolonii, w ramach której to zabawy grupa kilkunastu chłopców i dziewcząt, wyposażona przez organizatorów w atrapy broni palnej, z zapałem ostrzeliwała się zza różnych ukryć gumowymi strzałkami. I niech mi nikt nie mówi, że tak trzeba, że należy przygotowywać się od dziecka na odparcie rosyjskiej agresji na Polskę. Jeżeli bowiem takowa nawet nastąpi, to niestety mieć będzie nie postać strzelanki zza węgła, ale postać taktycznego uderzenia atomowego w ramach potencjalnej wojny Rosji z NATO.

Swoją inicjatywą Sierakowski wpisuje się jednoznacznie w brytyjsko-amerykańską doktrynę przeciągania tego konfliktu i rozwiązania go drogą militarną, doktrynę z zapałem wspieraną przez polski rząd. Jest to doktryna diametralnie przeciwstawna aktualnej doktrynie europejskiej. Jak na dłoni widać dzisiaj głęboki rozziew pomiędzy Brukselą a Londynem i Waszyngtonem w tej kwestii – Europa coraz bardziej skłania się do rozwiązań dyplomatycznych, coraz bardziej świadoma tego, że przeciąganie konfliktu tragicznie odbije się na politycznej i gospodarczej kondycji Unii, sprzyjać będzie i tak już wielkiemu transferowi kapitału z Europy do USA. Niezbędne są więc, zwłaszcza ze strony organizacji lewicowych inicjatywy społecznego nacisku na rząd pójścia tą właśnie drogą, razem z Francją, Niemcami czy Włochami. Sięganie do prywatnych pieniędzy obywateli celem militarnego wsparcie którejkolwiek z walczących stron – to ni mniej, ni więcej jak czynienie z nich współrealizatorów (choćby w symbolicznym wymiarze) doktryny eskalacji wojennych okrucieństw.

Biden obraża Polskę – referendum konieczne

Ze zdumieniem przeglądam dzisiejsze strony internetowych portali. Owszem, jest o tym, że „przywódcy G7 zadrwili z Putina”, ale ani słowem o decyzji USA w sprawie stałej obecności wojsk amerykańskich w Polsce. Decyzja zapadła, ogłosił ja Biden.  Tego chodzącego wzorca demokracji nie stać było nawet na banalny gest w stosunku do Polaków i Polski – których umiłowanie do wolności tak celebruje przy każdej okazji, na stwierdzenie, że rząd USA zwróci się do władz Polski o zgodę na taką, bardzo ważną dla naszego bezpieczeństwa decyzję. Choćby dla zachowania pozorów, choćby ze zwykłej „przyjacielskiej” uczciwości. Po raz kolejny Polska została potraktowana przez USA jak podbity, skolonizowany kraj, który w najważniejszych dla siebie sprawach nie ma nic do powiedzenia. A przecież Biden powinien wiedzieć, że zwłaszcza w Polsce stała obecność obcej armii jest tematem szczególnie wrażliwym.

Znamiennie milczą na ten temat ludzie, którzy podjęli się konstytucyjnej odpowiedzialności za Polskę i Polaków. Milczy Prezydent, premier, marszałkowie Sejmu i Senatu. Normalka – bazy radzieckie – oczywiście po stosownym remoncie zamienią się w bazy amerykańskie. Obywatele! Nic się niestało!

A stało się. Decyzja USA niesie z sobą cały szereg konsekwencji. Po pierwsze chodzi nie tylko o stałą obecność żołnierzy USA w naszym kraju, ale również o przeniesieniu do Polski stałej kwatery głównej V korpusu armii USA.  Wszystko oczywiście pod hasłem zwiększenia bezpieczeństwa naszego kraju. Śmiem w szczerość takich intencji wątpić. Siedziba kwatery głównej wojsk amerykańskich stanie się pierwszym i najważniejszym celem rakiet domniemanego przeciwnika. Wobec uporczywie narastającego zagrożenia konfliktem nuklearnym, kreowanego zarówno przez Moskwę jak i Waszyngton, nie będą to zapewne rakiety z ładunkiem konwencjonalnym. Polskę sytuuje się więc na pierwszej linii frontu wojny atomowej pomiędzy USA a Rosją (Chinami).

Arbitralną, jednostronną decyzję USA postrzegać należy również w kontekście funkcjonowania nowego, ogólnoświatowego sojuszu polityczno – militarnego, jakie niedawno USA zawarły z Wielką Brytanią i Australią. Oficjalnie dla „zabezpieczenia pokoju w strefie Oceanu Spokojnego”, ale wszyscy są zgodni co do tego, że jest to przygotowanie do generalnego konfliktu pomiędzy USA a Chinami. A ta wojna toczy się już dzisiaj na Ukrainie.

Już dzisiaj widać szczególną aktywność Borysa Johnsona, premiera Wielkiej Brytanii w Europie. Przede wszystkim podejmuje on wszystkie możliwe działania, aby storpedować niemrawe próby przywódców niektórych państw europejskich skierowania konfliktu ukraińskiego na drogę rokowań. To wbrew interesom WB i USA – ich interesem jest bowiem przeciąganie tego konfliktu jak najdłużej, aby w ten sposób wyeliminować z gry, lub poważnie osłabić największego sojusznika Chin jakim jest Rosja. Najwyraźniej Wielkiej Brytanii przypadła rola strażnika interesów nowego sojuszu w Europie. Dziwna, eskalująca napięcie światowe decyzja Litwy w sprawie blokady Kaliningradu, podjęta wbrew opinii Unii  Europejskiej a z błogosławieństwem USA i Wielkiej Brytanii jest dowodem na brutalną, antyunijna politykę Waszyngtonu i Londynu. Unia Europejska została praktycznie wyeliminowana z gry.

Sojusz Waszyngtonu i Londynu nie jest przypadkowy. Rzecz idzie o polityczny, ale przede wszystkim finansowo-gospodarczy ład świata. Obecny ład finansowy jest dziełem wspólnym brytyjskich i amerykańskich elit finansowych. I ten ład trzeszczy. Coraz więcej państw na świecie, w tym Chiny I Rosja nie godzi się na dalszą dyktaturę amerykańskiego dolara. Trzeba świat przywołać do porządku – potrzeba nowej, Anno Domini 2022 kolonizacji świata – tym razem bez Hiszpanów, Belgów, Francuzów – tym razem pod karabinem USA. Jednym słowem odpowiedzią Stanów na rozpadający się ich system jest ucieczka do przodu, jest użycie WSZELKICH środków do obrony własnych interesów. Polska w tej grze nie odgrywa żadnej roli – prócz wygodnego dla USA i WB pola walki.

Arbitralna decyzja USA godzi też bezpośrednio w idee europejskiego systemu obronnego, proponowanego między innymi przez Prezydenta Macrona.  Po prostu ją grzebie  – zwłaszcza wobec milczenia Europy. W tym jednak nie ma nic dziwnego – Unia Europejska zawsze traktowana była przez USA jako krnąbrne dziecko, któremu należy dać klapsa i przywołać do porządku. I właśnie jesteśmy tego świadkami. A zaczęło się, przypomnę, od skutecznego zaangażowania się USA w antyunijne referendum w Wielkiej Brytanii.

Wróćmy jednak do polskich spraw. Być może dzisiaj, większość Polaków byłaby za udzieleniem stałej gościny wojskom amerykańskim. Być może. Ale to z punktu widzenia podstaw państwowej suwerenności to zbyt poważna decyzja aby pozostawić ją w rękach zagrożonego utratą władzy w Polsce prezesa PiS.  Dlatego rozmieszczenie na stałe obcych wojsk w Polsce bezwzględnie powinno być poprzedzone ogólnonarodowym referendum. Po to, aby sprawa była jasna w przyszłości: sami tego chcieliśmy.

I my pójdziemy na kraniec świata?

Wielu ekonomistów, polityków, politologów zgodnych jest w opinii, że era neoliberalizmu dobiega kresu, dożywa swoich dni. Wyliczanie tych autorytetów zajęłoby zbyt wiele miejsca, wystarczy tu przytoczyć tylko nazwiska takich autorytetów jak Stglitz, Strange, Harvey, czy wreszcie Grzegorz Kołodko – jeden z najwybitniejszych współczesnych ekonomistów, filozofów ekonomii i strategologów. Konieczność pogrzebania neoliberalizmu wynika nie tylko z jego głównego celu, jakim jest stworzenie mechanizmu radykalnego, szybkiego bogacenia się elit tego kosztem maluczkich we współczesnym świecie, ale i z tego, że jak to dzisiaj wyraźnie widać neoliberalizm, będący w tym zakresie zaprzeczeniem liberalizmu, zrujnował podstawy demokracji obywatelskiej, wykreował niespotykane po II wojnie światowej wewnętrzne napięcia polityczne w krajach demokracji euro-atlantyckiej, środki masowego przekazu przekształcił w komercyjne środki masowej indoktrynacji, a obywateli sprowadził do roli manekinów wrzucających co 4 lata kartkę do urny wyborczej. Neoliberalizm otworzył drogę do władzy autorytaryzmowi, spowodował podniesienie głowy przez ugrupowania nacjonalistyczne czy wręcz faszyzujące. Neoliberalizm musi odejść – to pewne. Ale jak skończy? Wszystko wskazuje na to, że nie podda się bez walki.

Wielu ekonomistów i polityków wyrażało swoje opinie, że ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny (a więc i społeczny) jest nieuchronny. Pytaniem było tylko jak i kiedy? Wskazywano, że przyczyna może być dowolna: jakaś większa katastrofa ekologiczna, pandemia czy jakiś lokalny konflikt zbrojny. Zaczęło się od pandemii sars_cov2. Pokazała ona, że pokonanie tej zarazy możliwe jest wyłącznie przy aktywnym interwencjonizmie w gospodarkę rządów, w tym rządów państw neoliberalnych, międzynarodowej współpracy i reglamentacji niezbędnych artykułów oraz dzięki ogromnym nakładom z publicznych budżetów.  Kolejnego ciosu w skali ogólnoświatowej finansowe imperium neoliberalne mogło nie wytrzymać.

Dlatego nie może dziwić, że lokalny w skali świata konflikt na Ukrainie, wywołany odmową Ukrainy realizacji podpisanych przez to państwo porozumień mińskich, niezdolnością zachodnich sygnatariuszy tych porozumień do wyegzekwowania ich wdrożenia a następnie haniebną agresją Rosji na Ukrainę bardzo szybko, za sprawą Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej przekształcony został w zbrojną konfrontację pomiędzy Zachodem a Rosją toczoną na ukraińskiej ziemi.  Rosja od dawna wskazywana była w natowskich dokumentach jako „największe zagrożenie”. Dla sojuszu wojskowego „największe zagrożenie” to największy przeciwnik. Dobitnie znalazło to wyraz w oficjalnym dokumencie rządu brytyjskiego „Globalna Brytania w epoce konkurencyjnej: zintegrowany przegląd bezpieczeństwa, obrony, rozwoju i polityki zagranicznej” (marzec 2021), gdzie napisano między innymi: „Wzmocnienie bezpieczeństwa i obrony w kraju i za granicą: będziemy współpracować z sojusznikami i partnerami, aby stawić czoła wyzwaniom dla naszego bezpieczeństwa w świecie fizycznym i w Internecie. NATO pozostanie fundamentem zbiorowego bezpieczeństwa w naszym rodzimym regionie euroatlantyckim, gdzie Rosja pozostaje najpoważniejszym zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa.”

Nigdy jeszcze, przeciwko żadnemu państwu Zachód nie zastosował tak ogromnej liczby sankcji ekonomicznych i politycznych jak przeciwko Rosji. Szybko jednak okazało się, że sankcje takie mają właściwości bumerangu i coraz boleśniej rykoszetem trafiają w zachodnie społeczeństwa. Odpowiedź Rosji w postaci zażądania płatności za węglowodory w rublach i niebezpieczeństwo wyrugowania amerykańskiego dolara ze znacznej części międzynarodowych operacji na rynku paliw jeszcze bardziej zwiększyła determinację Zachodu, głównie USA. Nawet częściowa detronizacja dolara, utworzenie alternatywnych systemów rozliczeń byłoby potężnym ciosem w amerykańską gospodarkę i w amerykański ład. W tym tylko upatrywać należy bezprecedensowego w swojej skali zaangażowania się finansowego i propagandowego USA i ich sojuszników w wojnę na Ukrainie.

Wojna z Rosją kosztuje niemało. Koszty poniosą rzecz jasna nie premierzy czy prezydenci zachodnich rządów, ale całe społeczeństwa. Najbardziej oczywiste, widoczne i dotkliwe są rzecz jasna koszty materialne ponoszone przez każdego z nas. Nikt nie lubi byś okradany, a przecież rodzajem kradzieży dóbr, często gromadzonych mozolnie przez lata jest galopująca, niekontrolowana inflacja.  Niedawno pojawiły się w Polsce analizy, że pod koniec roku cena energii elektrycznej dla taryfy „G” może wzrosnąć o 70%. Kto to wytrzyma? Kto wytrzyma pośrednie skutki takiego wzrostu cen? Ale nie tylko w cenach problem – również w dostępności do szeregu towarów, zwłaszcza rolno-spożywczych w najbliższych latach.

Niebezpieczeństwo wybuchów społecznych niepokojów w USA i w UE na podstawie ekonomicznej rośnie. Jedyną więc drogą, historycznie sprawdzoną, jest dostarczenie cierpiącym społeczeństwom ideologii, która te cierpienia mogłaby usprawiedliwić i ukoić.  I tutaj zachodnim przywódcom z pomocą przyszła historia: zdają się oni ogłaszać nową krucjatę Zachodu przeciw bezbożnikom. Historia takich krucjat jest długa jak długa jest historia zachodniej cywilizacji. I bynajmniej nie chodzi tylko o wyprawy zbrojne do Ziemi Świętej.  O wiele krwawszymi były krucjaty przeciwko Słowianom w X – XI wiekach czy przeciwko husytom. Forma takiej krucjaty była również zbrojna interwencja NATO w Jugosławii.

Nie inaczej jak ogólnoświatowym wezwaniem do takiej nowej krucjaty zachodniego świata przeciwko „wschodnim barbarzyńcom” uznać należy wystąpienie Elizabeth Truss, brytyjskiej minister spraw zagranicznych na wielkanocnym bankiecie burmistrza Londynu 27 kwietnia b.r.  Wzywając do powszechnej rozprawy z Rosją Pani minister powiedziała między „innymi: „Wojna na Ukrainie jest naszą wojną – jest wojną wszystkich, ponieważ zwycięstwo Ukrainy jest strategicznym imperatywem dla nas wszystkich.” Trudno o bardziej jednoznaczne wezwanie do walki i do poświęceń.

Hasło zostało rzucone, więc gorliwcy się zaktywizowali. Zwłaszcza polski premier Mateusz Morawiecki wychodzi wręcz z siebie aby stanąć na ideowym czele tej krucjaty. Z jednej strony to mu się nawet nie dziwię: Polska pod prawicowymi rządami PO i PiS przez dziesięciolecia „stawała na uszach”, by stworzyć swój wizerunek jako obrońcy Zachodu przez bezbożnym Wschodem. Aż tu nagle zrządzeniem historii na pozycję lidera wysunęła się Ukraina i prezydent Zelenski, który po prostu ukradł show PiSowi. Dlatego rząd Polski a premier w szczególności nie maja wyjścia – muszą atakować. Takim właśnie atakiem był wywiad, jakiego ostatnio udzielił był nasz pierwszy minister „Daily Telegraph”. Strasząc świat rosyjską ekspansją, która nota bene z trudnością radzi sobie na Ukrainie, stwierdził w nim między innymi: <<”Russkij Mir” to rak, który trawi nie tylko większość rosyjskiego społeczeństwa, ale stanowi śmiertelne zagrożenie dla całej Europy. Dlatego nie wystarczy wspierać Ukrainę w jej militarnej walce z Rosją. Musimy całkowicie wykorzenić tę nową, potworną ideologię>>. A więc walka z Rosją, z „większością rosyjskiego społeczeństwa”. Ale walka po uprzedniej dehumanizacji przeciwnika – gdyż dopiero z przeciwnikiem, którego obedrze się ze wszystkich człowieczych przymiotów można zrobić wszystko i bez grzechu. Jak leczy się raka? Skalpelem, promieniowaniem, chemią lub kombinacją tych metod.

Polski rząd bezsprzecznie ubiega się o przywództwo w nowej, zachodniej krucjacie. Niestety, chcąc nie chcąc weźmiemy w niej udział wszyscy płacąc za nią swoimi pieniędzmi, swoim zdrowiem, przyszłością naszych dzieci. Pokusa oczywiście jest wielka. Nic nie stracił na aktualności list arcybiskupa magdeburskiego Adelgoza z 1106 r, w którym wzywał on do zdobywania ziem słowiańskich pogan, stwierdzając, że są to obszary zaludnione przez „najgorsze ludy”, a zajmowanie ich może przynieść korzyść podwójną: „Sasi, Frankowie, Lotaryńczycy, Flandryjczycy – przesławni zwycięzcy – tam będziecie mogli i zbawić wasze dusze, i jeśli się wam spodoba, zdobyć na osiedlenie bardzo dobrą ziemię”*. Czasy zmieniły to tylko, że owymi „rycerzami” są dzisiaj de facto politycy, bankierzy i magnaci finansowi. Stawka jest też dużo większa: nie tyle chodzi o ziemię na osiedlenie (Hitlerowi się nie udało) ile o złoto, diamenty, gaz, ropę, metale rzadkie itp., itd.

Tragizm sytuacyjny jest w tym, że z jednej strony mamy obiektywnie zagrożony w swoim bycie neoliberalny świat wszelkimi sposobami walczący o utrzymanie swojej światowej dominacji, swoich przywilejów i praw do eksploatacji innych narodów a z drugiej strony imperium, na które tenże świat wydał już wyrok, i które też stanęło przed problemem być albo nie być. I obydwie, śmiertelnie zagrożone strony dysponują ogromnymi potencjałami jądrowej broni masowego rażenia. Może więc niestety tak się stać, że proroczym okaże się tytuł świetnej książki P. Barreta i J_N Gurganda  o europejskich krucjatach do Ziemi Świętej „I my pójdziemy na kraniec świata”. Rzeczywiście, dzisiaj znowu możemy pójść. Wszyscy. I nawet o jeden krok dalej.

 

*) Maria Janion, „Niesamowita Słowiańszczyzna”.

25 lat Konstytucji

Miałem okazję uczestniczyć w obchodach jubileuszu 25-ciolecia uchwalenia Konstytucji RP, które w Sali Kolumnowej Sejmu zorganizował PSL rękami swojego wicemarszałka Zgorzelskiego. I nie jest ważne to, że PSL „zaprzągł” Konstytucję do walki o utrzymanie się na powierzchni polskiej politycznej sadzawki – chwała Stronnictwu za to, że Konstytucję przypomniało.

Od razu powiedzieć należy, że obchody te nie były oficjalne: nie uczestniczyli wszak w nich ani ci politycy, którzy obejmując urzędy na tą Konstytucje przysięgali, ani przedstawiciele Trybunału Konstytucyjnego, który przecież ma stać na straży Ustawy Zasadniczej. Jednym słowem okolicznościowe spotkanie parlamentarzystów i byłych parlamentarzystów zwołane przez Marszałka Zgorzelskiego miało charakter półoficjalny, prywatny niemalże, było jakimś erzacem obchodów tego ważnego jubileuszu. Stąd też moja refleksja w temacie.

Naszym świętem narodowym jest dzień 3 maja – dzień uchwalenia w 1791 r. pierwszej w Europie i drugiej w świecie demokratycznej (na owe czasy) konstytucji. Uroczyście świętujemy corocznie ten dzień, chociaż sama Konstytucja 3-go Maja przeżyła raptem 14 miesięcy, jej doniosłe postanowienia w większości nigdy nie były wprowadzone w życie, a sam akt jej uchwalenia miał raczej charakter zamachu stanu i sam w sobie był zaprzeczeniem demokracji. Tym nie mniej co roku sztandary, przemówienia, msze, parady – święto narodowe. Mało kto pamięta przy tym, że ten „testament gasnącej ojczyzny”, jak nazwał Konstytucję jeden z jej współtwórców derogowany został przez samych Polaków podczas tzw. Sejmu Grodzieńskiego (1793), zwołanego przez Imperium Rosyjskie. Sejm Grodzieński uzna l Sejm Czteroletni za niebyły i unieważnił wszystkie jego ustawy.

Dzisiejsza Konstytucja powstawała jakże inaczej! Inicjatorem jej uchwalenia i pierwszym Przewodniczącym Komisji Konstytucyjnej polskiego parlamentu był wybitny polityk lewicy – Aleksander Kwaśniewski.  W ramach prac komisji rozpatrzono ogółem siedem różnych projektów aktu zasadniczego, autorstwa różnych środowisk politycznych. Po przyjęciu Konstytucji 2 kwietnia 1997 r. została ona zatwierdzona w ogólnonarodowym referendum 25 maja tegoż roku. Jest więc nasza Konstytucja owocem wielkiego narodowego wysiłku, świadectwem gotowości ówczesnych polityków do kompromisów w najważniejszych sprawach, doniosłym aktem integrującym Polaków.

Jest dla mnie oczywiste, że Konstytucja 2-go kwietnia 1997 roku jest dla Polski znacznie ważniejsza niż Konstytucja 3-go maja. Nie tylko formalnie wprowadziła ona do naszego kraju demokratyczny porządek, przywróciła Polskę rodzinie krajów demokratycznych. Co najważniejsze – jej postanowienia zostały w pełni wdrożone i to one zmieniły obraz tej polskiej ziemi. Dzięki Konstytucji 1997 roku Polska mogła stać się członkiem Unii Europejskiej, a Polacy przez długi czas – do momentu objęcia władzy przez PiS – mogli w pełni korzystać z praw obywatelskich.

A jednak rocznica uchwalenia tego najważniejszego w nowożytnej historii Polski aktu prawnego chowana jest w cień, nie stała się przedmiotem narodowej adoracji. Uroczystości rocznicowe, jeżeli są, wykorzystywane są głównie do doraźnych politycznych celów schodzącego ze sceny ugrupowania.

Jest w tym jednak jakieś tragiczne światełko nadziei. Historia naucza bowiem, że aby jakieś wydarzenie mogło stać się przedmiotem naszych narodowych celebracji musi wpierw przejść drogę narodowej martyrologii, musi być związane z cierpieniem, walkami, utratą niepodległości. Inne, pozytywne okoliczności nie wchodzą w grę. A tymczasem praktyka polityczna PiS, praktyka dezawuowania Konstytucji RP, jej publicznego gwałcenia, obniżania rangi jako żywo przywołuje z pamięci tenże Sejm Grodzieński, tylko w innej, XXI-wiecznej formule. Chociaż jest zasadnicza różnica: Sejm Grodzieński był „dziełem” rosyjskiego imperium, a dzisiaj Polacy mordują swoją Ustawę Zasadniczą własnymi rękami i z własnej woli. Ale tworzy to tragiczną nadzieję, że za jakieś 150 lat lat Polacy z dumą przypomną sobie o najważniejszym akcie prawnym statuującym demokratyczną Polskę, czyli o Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej z 2-go kwietnia 1997 r.

Kanał plus

Będąc fanem tenisa przymierzałem się do obejrzenia bezpośredniej relacji spotkania polskiej tenisistki Magdy Linette z tenisistką rosyjską Ekateriną Aleksandrową w ramach rozgrywanego w Charleston (USA) turnieju WTA. Tenisistki walczyły o wejście do półfinału turnieju, transmisję prowadził Canal+ Sport. Dwójka polskich sprawozdawców, dziennikarzy sportowych rozpoczęła swoją „robotę” z przytupem. Zapowiedziała ni mniej ni więcej, że w swojej relacji zajmować się będzie wyłącznie polską tenisistką. Jej partnerką nie, gdyż jak wytłumaczyli na antenie: „państwo rozumiecie, to są takie nasze sankcje”. I rzeczywiście, nazwisko Aleksandrowej nie przechodziło przez usta „dziennikarzy”. Oponentki Magdy Linette w swojej „relacji” nie zauważali, traktowali ją dosłownie jak szczególny rodzaj powietrza, które odbija piłki tenisowe.

Nie mogę nazwać tego zachowania inaczej jak przejawem zdziczenia polskiego dziennikarstwa, jak otwieraniem przez pseudodziennikarzy, będących bądź co bądź osobami publicznymi wrót faszyzmowi.

Ekaterina Aleksandrowa, 54 tenisistka świata została zaproszona do udziału w turnieju oraz wpuszczona na terytorium USA. Nie angażuje się w żadne działania polityczne, ciężko pracuje, jak każda profesjonalna tenisistka nad technika i kondycją. Nie znajduje się na żadnej liście obywateli Rosji objętych sankcjami czy to politycznymi czy finansowymi. Swoistą karą za rosyjskie obywatelstwo jest dla tej zawodniczki usunięcie przez WTA flagi Rosji sprzed jej nazwiska w oficjalnych materiałach turniejowych.

Ale nasi polscy „dziennikarze” postanowili (musieli?!) wykazać się „prawidłową” postawą patriotyczną i na rosyjską tenisistkę nałożyli dodatkowe sankcje własne.  Z jednej strony to oczywista kpina, gdyż te „sankcje” polskich „dziennikarzy” nie są wcale wymierzone ani w Aleksandrową ani tym bardziej w Rosję – nie będą mieć dosłownie żadnego wpływu na politykę Kremla – nie są więc żadnymi sankcjami. Jeżeli więc nie są sankcjami przeciwko Rosji to czym są? W istocie są sankcjami przeciwko Polakom, przeciwko osobom takim jak ja, które późna nocą chcą obejrzeć sportowe widowisko, i którym to widowisko usiłuje się zepsuć, obrzydzić. Jest jednak inny, o wiele ważniejszy aspekt tej nowej dziennikarskiej praktyki. Postawa „dziennikarzy” Canal+ Sport jest nie tylko mową nienawiści w ich ustach, jest również nienawistnym działaniem wymierzonym w sportowca, jest wręcz próbą publicznej dehumanizacja tej osoby. Czy ci „dziennikarze” zdają sobie sprawę z tego, że prezentując takie postawy nawołują publicznie do nienawiści wobec innego narodu, że dają przykład, zachęcają telewidzów do ogłaszania własnych „sankcji”: dziś na tych, jutro na innych, dziś takich jutro takich – wedle uznania, możliwości i determinacji? A przecież tak właśnie rodzi się faszyzm.

ZDRADA

Na lewej stronie, zwłaszcza wrocławskiej rozgorzał śmieszny i straszny jednocześnie spór o to co powiedział Donald Tusk w swoim wystąpieniu na wczorajszej programowej konwencji Platformy Obywatelskiej. Śmieszny, gdyż okazuje się nagle, że dla polityków lewicy Donald Tusk, ten zadeklarowany neoliberał, zadeklarowany lewicożerca, pomiatający polską lewicą niczym „prof.”  Pawłowicz flagą Unii Europejskiej staje się nagle najwyższym autorytetem i wyrocznią. Straszne, jeżeli to wystąpienie, na konferencji, przypomnę programowej, podda się szczegółowej analizie.

W internetowej dyskusji, mającej udowodnić, że Tusk mówi to samo, co Zarząd dolnośląskiej Nowej Lewicy (patrz mój wpis „Majtki opadły”), a więc, że Zarząd miał niby rację, jeden z działaczy zamieszcza wpis mocny, krótki i buńczuczny: „1.41”. Innymi słowy: posłuchaj sobie mój interlokutorze, co Tusk powiedział w pierwszej minucie i czterdziestej pierwszej sekundzie swojego wystąpienia.

Wczorajszego wystąpienia Tuska odsłuchałem trzykrotnie. Drugi raz, aby upewnić się, że rzeczywiście powiedział on to co usłyszałem za pierwszym razem. Po raz trzeci, aby móc moim małym rozumkiem objąć całą głębię tej wypowiedzi. Wystąpienie to oceniam jako wyjątkowo słabe, stawiające Platformę na równi z PiS nieprzebierającego w środkach aby do maksimum wykorzystać tragedię ukraińską dla własnych, wewnętrznych celów politycznych. Jak zwykle w takich przypadkach ważne jest to co zostało powiedziane, oraz to, co powiedziane nie zostało. Po pierwsze więc Tusk robił wszystko, aby w oczach mediów zatrzeć obraz jego postaci malowany przez rządowe media jako przyjaciela, wspólnika niemal prezydenta Putina. Działanie oczywiście chybione, gdyż wyborcy PiS nie będą wsłuchiwać się w mądrości Tuska, natomiast karmieni zapewne będą obficie obrazami mimiki jego twarzy w trakcie tego wystąpienia. I to będzie jedyny efekt walki Tuska z TVP. Po drugie Tusk w oczywisty sposób wykorzystywać chce wojnę na Ukrainie w politycznej walce o władzę w Polsce, chce znowu na swoim ulubionym białym koniu wjechać na polską scenę polityczną tym razem z hasłem: „To ja odzyskałem dla Polski 780 miliardów!”. Po trzecie wreszcie strategiczna ocena sytuacji przedstawiona prze Tuska jest nie tylko płaska, nieprawdziwa, ale nakierowana na straszenie Polaków. „Polska będzie następna!” – groził. Oczywiście jest to fałsz. W konflikcie na Ukrainie Polska nie odgrywa żadnej roli. Wszyscy polityczni komentatorzy są zgodni co do tego, że konflikt na Ukrainie to preludium konfliktu USA z Chinami. W przypadku takiego konfliktu Ukraina, jako faktyczny już członek NATO, stanowiłaby miękkie podbrzusze głównego sojusznika Chin czyli Rosji. Polska nie ma tu żadnego znaczenia i dopóki nie dojdzie do zbrojnego udziału NATO w konflikcie – jest bezpieczna. Tusk z pewnością zdaje sobie z tego sprawę, ale dlaczego straszy?  Wytłumaczenie może być tylko jedno: zastraszone społeczeństwo łatwiej akceptuje to, czemu jeszcze niedawno było przeciwne.

Powróćmy więc do kwestii pieniędzy z Unii Europejskiej w ustach Donalda Tuska. Rzeczywiście w drugiej minucie swojego wystąpienia zarzucił on rządowi, że wobec olbrzymiej potrzeby środków finansowych nie ubiega się on o takowe z unijnego programu solidarnościowego (jak to zrobiła Mołdawia) czy też nie domaga się porozumień w sprawie alokacji uchodźców. Ale clue stanowiska Tuska w tej kwestii zawarte jest w trzech minutach pomiędzy 25:30 a 28:30. Padają tu bardzo ważne słowa, te mianowicie, że Tusk będzie namawiał Unię, aby ta znalazła „jakiś sposób” na niezwłoczne przekazanie zablokowanych środków Polsce. Jednocześnie, w kontekście tej inicjatywy, wezwał on rząd do przedstawienia na jutrzejszym spotkaniu z opozycją „uczciwej deklaracji jedności”. Ale ważniejszym jest tekst dalszy. Tusk przywołuje Ukrainę. „Tam Ukraińcy o swoja praworządność (podkr. JU), demokrację walczą z karabinem w ręku. A my możemy uczynić to samo kartką wyborczą!” – grzmiał Przewodniczący. I żeby nikt nie miał wątpliwości pada kolejna kwestia z ust Przewodniczącego: „Żadna Bruksela (czytaj: Unia Europejska, J.U.), żaden Waszyngton nie zrobią tego za nas!” Jednym słowem Tusk zapowiedział ni mniej, ni więcej jak tylko odstąpienie Platformy Obywatelskiej od żądania wykonania przez PiS postanowień Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, odsuwając ten problem do przyszłych wyborów parlamentarnych. Co znamienne: w całym wystąpieniu Tuska takie żądanie pod adresem rządu natychmiastowej realizacji orzeczeń ETS nie zostało w ogóle wyartykułowane ani nawet wzmiankowane w całym wystąpieniu programowym Przewodniczącego Platformy Obywatelskiej.

I to właśnie nazywam ZDRADĄ. Zdradą osoby pretendującej do miana lidera opozycji wszystkich nas, którzy protestowaliśmy, braliśmy udział w manifestacjach, malowaliśmy plakaty i pisaliśmy, wszystko w imię obrony podstawowych, elementarnych wartości Unii Europejskiej. W sytuacji, w której właśnie dzisiaj rządowi Morawieckiemu, całemu PiS przedstawić należało twarde żądanie niezwłocznej realizacji orzeczeń ETS gdyż to jest najprostsza, najlepsza droga do unijnych pieniędzy, najlepsze rozwiązanie dla Polski i Unii Europejskiej, Tusk publicznie ogłasza odstąpienie od takiego żądania. Zdaniem Tuska to Unia, nie Polska powinna znaleźć „jakiś sposób” przy czym wyraża on gotowość zadowolenia się jakąś nieokreśloną „uczciwą deklaracją jedności”. Tusk wierzący w jakąś uczciwą deklarację tych, których przez lata jego partia (i nie tylko) nie określała inaczej jak mafię u władzy? Z drugiej strony kto jak kto, ale Tusk musi być świadomy, że odstąpienie dzisiaj od tego żądania to zabetonowanie władzy PiS i jego akolitów w Polsce na dziesięciolecia. Władzy PiS a może POPiS? Wszystkiego można się spodziewać zwłaszcza od polityka, który niegdyś uratował od politycznego niebytu dwa filary obecnej rządzącej kamaryli.

Rzecz o odstąpieniu od wymogów przywrócenia w Polsce zasad praworządności w zamian za odblokowanie środków unijnych nie znalazła się w ustach byłego prezydenta Europy przypadkiem. Jest bardziej niż prawdopodobne, że padła po jakichś konsultacjach z brukselskimi urzędnikami, którzy też chcieliby mieć problem polski z głowy. Najprawdopodobniej gotowi są oni sięgnąć po sztuczkę zwaną „dynamiczna interpretacja prawa”. Co to takiego? Otóż zderzyłem się z tym chwytem kontrolując pomocowe środki unijne wydawane w krajach spoza Unii. Przepisy finansowe Unii są surowe i jednoznaczne: środki takie mogą być przekazywane wyłącznie państwom, w których istnieje system kontroli wydawania środków publicznych spełniający międzynarodowe standardy. Ale zdarzało się, że ze względów politycznych Komisja chciała udzielić takich środków państwom czwartego świata, w których nie tylko takiego systemu nie było, ale gdzie nie było również rocznego budżetu, a parlament był papierową atrapą. Wówczas urzędnicy brukselscy wymyślili właśnie ową „dynamiczną interpretację prawa”. Wystarczyło więc, aby w takim kraju pojawił się byle projekt byle jakich reform finansów publicznych i ich kontroli, aby KE uznała, że cele tego projektu zostały już osiągnięte (dynamiczna interpretacja) a więc i wymogi wypłacania środków Unii spełnione. Europejski Trybunał Obrachunkowy zablokował wprawdzie tą praktykę, ale sam patent zachował się pewnie w niejedny biurku Komisji Europejskiej. Czy w przypadku Polski rolę takiego projektu reform odegrać ma owa „deklaracja”? Bardzo prawdopodobne.

Kwestia przestrzegania unijnych zasad praworządności i unijnego prawa przez Polskę nie jest wyłączną kwestią pomiędzy Polską a Brukselą. To sprawa o fundamentalnym znaczeniu dla całej Unii. Wycofanie się Komisji Europejskiej z obowiązku zapewnienia realizacji postanowień traktatowych i wyroków europejskich trybunałów w tak zasadniczej sprawie będzie de facto kolejnym wielkim osłabieniem Unii Europejskiej w ostatnich dniach. Pierwszym było oczywiste fiasko próby prowadzenia przez Unię własnej polityki wobec Rosji. USA szybko wybiły Unii takie fanaberie – Unia okazała całemu światu swoja polityczną niemoc i na długi czas wypadła z grona ważnych politycznie podmiotów (graczy) na świecie. Praktyczne zakwestionowanie przez Polskę zasady jednolitego systemu prawnego Unii może okazać się tym, czym wybicie zwornika w sklepieniu łukowy: cała konstrukcja nieuchronnie musi się zawalić. I jeżeli tak się stanie będzie to ku radości wszystkich tych, którym silna Unia jest nie w smak – a putinowskiej Rosji przede wszystkim. Prawdopodobnie to idea zjednoczonej Europy w jej dotychczasowym kształcie będzie jedną z ofiar wojny na Ukrainie.

Przyznam, że jeden fragment wystąpienia Tuska, jednego z najbardziej doświadczonych polityków europejskich wstrząsnął mną niewątpliwie. To ten fragment, w którym wypominał on rządowi, że ten miał 100 dni na przygotowanie się na falę migracji. „Od stu dni wiedzieli, że atak nastąpi, że będzie fala uchodźców! I co zrobili?” – pytał dramatycznie Tuska na konferencji.

Otóż właśnie: politycy tacy jak Tusk oraz, jak należy przypuszczać inni, jeszcze lepiej poinformowani przez służby analityczno-wywiadowcze byli w pełni świadomi nie tylko tego, że wojna nastąpi, ale również świadomi jej tragicznych skutków. Byli świadomi i co zrobili, aby zapobiec tragedii Ukrainy? Co zrobiła ONZ, powołana do zażegnywania tego rodzaju konfliktów? Nic. Cynicznie czekali.

A ja bardzo, bardzo chciałbym mieć pewność, że tej niewyobrażalnej tragedii nie można było uniknąć.