Upadek Najwyższej Izby

Obejmując urząd nowy członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego zobowiązany jest złożyć uroczyste ślubowanie przed pełnym składem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Ceremonia ślubowania ma charakter publiczny, w obecności przedstawicieli Parlamentu, Komisji Europejskiej i mediów. Jeden z fragmentów roty ślubowania brzmi następująco:

„Ślubuję uroczyście nie przyjmować żadnych instrukcji od rządu, partii politycznych ani innych instytucji oraz nie ubiegać się o takie instrukcje”.

Ślubowanie jest publiczną deklaracją kierowania się w wypełnianiu obowiązków audytora zasadami obiektywizmu i niezależności, gdyż te dwa przymioty (prócz oczywiście profesjonalizmu) decydują o generalnej wartości audytora jaką jest wiarygodność. Niezależność, obiektywizm i profesjonalizm audytora to więc podstawowe międzynarodowe standardy audytu zapisane już w słynnej Deklaracji INTOSAI z Limy (1978), oczko w głowie i bastion każdego szanującego się najwyższego państwowego organu kontrolnego.

W praktyce z tą niezależnością bywa różnie. Na ogół politycy nie doceniają fachowego, zewnętrznego audytu dla prawidłowego funkcjonowania państwa i często zainteresowani są wyłącznie możliwością użycia ustaleń kontrolnych do bieżącej młócki politycznej. Również władza wykonawcza ma tendencje do wpływania na wyniki kontroli bądź traktowania zewnętrznej kontroli jako dopustu bożego. Dlatego wiarygodność najwyższego organu kontrolnego w państwie w decydującej mierze zależy od tego organu, od jego aktywności i determinacji w obronie swojej niezależności. Państwowe najwyższe organy kontrolne wspierane są w tej codziennej walce przez międzynarodowe organizacje jak INTOSAI czy EUROSAI, które ustanawiając międzynarodowe standardy dostarczają im stosowych argumentów.

W minionych czterech latach dyskusja w polskich mediach o polskim najwyższym organie kontroli (NIK) koncentrowała się wokół dwóch obszarów: bieżące wyniki kontroli i domniemane afery Prezesa NIK. Pilnie śledziłem wystąpienia publiczne polityków rządzącego ugrupowania, zarówno wówczas, gdy domagali się dymisji Prezesa Kwiatkowskiego jak i wówczas, gdy już było jasne, że do zmiany na tym stanowisku dojdzie w normalnym trybie ustawowym. Mówiąc wprost interesowało mnie czy nowa władza publicznie wykaże zrozumienie znaczenia niezależności NIK dla państwa i czy zadeklaruje działania dla jej ochrony. Nic takiego nie nastąpiło. Żaden polityk PiS, czy to Marszałek Sejmu, Prezydent, czy nawet „naczelnik państwa”, nigdy oficjalnie nie zająknęli się nawet na ten temat. W świetle niebywałych afer wokół Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa taka wstrzemięźliwość musiała budzić najgorsze obawy o przyszłość jednego z instytucjonalnych filarów demokratycznego państwa – Najwyższej Izby Kontroli i to w jubileuszowym roku 100-lecia jej działalności. Jakiekolwiek nadzieje, że może będzie inaczej rozwiał wybór nowego Prezesa Izby. I nie chodzi tylko o to, że NIK wpisana została na listę PiS-owskich łupów wojennych. Chodzi o coś większego, o to, że wybór ten w sposób modelowy niemal zaprezentował formułę polskiego państwa, której hołduje Jarosław Kaczyński i jego Grupa Trzymająca Władzę i którą zdecydowani są realizować wszelkimi sposobami.  Najdobitniej problem ten wybrzmiał w wystąpieniu Mariana Banasia, świeżo wybranego przez Sejm Prezesa NIK, na forum Senatu podczas „debaty” nad wymaganą Konstytucją zgodą izby dumania na ten wybór. Wystąpienie to zupełnie nie zostało zauważone przez media, co podkreśla tylko postępującą znieczulicę opinii publicznej na proces rujnowania polskiego państwa.

Trzeba powiedzieć wprost: wystąpienie Mariana Banasia, wstępującego Prezesa Najwyższej Izby Kontroli przed Senatem w dniu 30.sierpnia b.r. nie mogę inaczej nazwać jak skandalicznym i powodem do poważnych obaw o przyszłość Polski. I nie chodzi już tylko o to, że było ono nieskładne, niewolne od błędów gramatycznych, składniowych i logicznych – jednym słowem, że od strony formalnej było na poziomie nie licującym w żaden sposób z powagą NIK i wysokim poziomem kultury językowej, której Izba przez lata się dorobiła. Nie chodzi też o to, że osoba Pana Banasia swoim formatem do pięt nie dorasta takim prezesom NIK jak prof. Walerian Pańko czy prof. Lech Kaczyński. Ważne jest to, co Pan Banaś w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli Prezesa Najwyższej Izby Kontroli powiedział, a jeszcze ważniejsze jest to, czego nie powiedział. Stanowisko Prezesa NIK należy do tych nielicznych w państwie, jak Prezydent, Premier, Marszałek Sejmu czy Prezes NBP, którego wypowiedzi publiczne są (powinny być) istotne, których się słucha i które są analizowane. Nie mogła o tym nie wiedzieć osoba, która chwali się swoją wieloletnią praktyką w NIK.

Wystąpienie Prezesa Banasia (dostępne na stronie internetowej Senatu oraz, z kronikarskiego obowiązku jako dodatek do tego wpisu) ma bardzo charakterystyczną formę i układ. Jest więc to rzadko spotykana forma autolaudacji, jakby nie było nikogo innego, kto o cnotach Prezesa chciałby Senat poinformować. Już w pierwszym zdaniu, Prezes podkreśla zaszczyt jaki go spotkał, zupełnie nie wspominając o przyjętej na swoje barki odpowiedzialności. Cóż, zaszczyty – rzecz najważniejsza i jak widać jedyna.  Zaszczyt, który spłynął na Pana Banasia traktuje on jako nagrodę za swój życiorys opozycjonisty z czasów Polski Ludowej, gdyż to jest przez niego wybite na pierwszym miejscu wśród czterech argumentów, które jego zdaniem przemawiają za zdobyciem tego zaszczytu. Kolejnym argumentem w autopromocji jest oczywiście deklaracja głębokiego patriotyzmu połączona z publicznym wyznaniem głębokiej wiary w Boga oraz uznanie Go za źródło prawdy. To bardzo ważne wyznanie, gdyż założyć należy, że teolog z wykształcenia uznaje tym samym prymat „prawa boskiego” nad „prawem ludzkim” – co w ustach Prezesa NIK musi niepokoić szczególnie. Do tej pory źródłem prawdy o państwie były ustalenia inspektorów Najwyższej Izby Kontroli na podstawie szeregu kryteriów, z których najważniejsze to kryterium legalności, czyli zgodności z obowiązującym prawem (ludzkim). Czyżby od dzisiaj źródłem prawdy o państwie były objawienia? Czyje?

Trzecim (nie pierwszym!) argumentem jest jego przygotowanie merytoryczne, które sprowadził do „ponad dwudziesty lat pracy w NIK” i ścieżki formalnego awansu. Żadnych konkretnych, własnych osiągnięć kontrolerskich nie było?

Najbardziej charakterystyczny jest argument czwarty: wyznanie głębokiej wdzięczności znacznie przekraczające granice uległości Prezesowi PiS i pisowskim posłom za zaufanie.

Czego Pan Prezes – wieloletni pracownik NIK – nie powiedział? Ano właśnie nie powiedział ani słowa o niezależności Najwyższej Izby Kontroli i niezależności jej kontrolerów ani o staraniach przestrzegania najwyższych, międzynarodowych standardów kontroli – co w świetle okoliczności jego wyboru było szczególnie ważne.

Głęboki niepokój budzić musi również wizja zadań NIK pod kierownictwem nowego prezesa. Zabrakło w niej wspierania Sejmu w wypełnianiu jego konstytucyjnego obowiązku kontroli działania rządu i jego agend. Znalazł natomiast Pan Prezes czas i miejsce, aby zadeklarować zadania NIK jako narzędzie PiS (władzy politycznej i wykonawczej) do realizacji jego strategicznych planów i „przeciwdziałania wszelkim zmianom w złym kierunku”. To już brzmi naprawdę groźnie.

Najwyższa Izba Kontroli w swojej najnowszej historii nie miała szczęścia do polityków tego formatu, którzy przed stu laty stworzyli jej fundamenty. O swoją niezależność zawsze musiała walczyć. Dzisiaj widać wyraźnie, że i ta reduta demokratycznego państwa upadła.

P.S.

Nie z małostkowości, ale dla pełnego obrazu nowego Prezesa NIK dwie uwagi szczegółowe.

  1. Prezes Banaś chwali się, że był doradcą w rządzie Olszewskiego. Po prawdzie był doradcą Antoniego Macierewicza w tym rządzie, ale widać – trochę dzisiaj wstyd…
  2. Prezes Banaś za główne merytoryczne uzasadnienie swojej prezesury podaje „ponad 20 lat pracy w NIK”. W Izbie znajdzie się kilkaset osób o stażu nie krótszym. Rzecz jednak w tym, że faktycznie Pan Banaś przepracował w NIK fizycznie około 15 lat – przez resztę czasu pracował „na oddelegowaniu z NIK” w jednostkach rządów PiS. 25% „pomyłki”, a właściwie świadomego wprowadzenia w błąd w ustach Prezesa NIK nie może wróżyć niczego dobrego.

 

Załącznik: wystąpienie Prezesa NIK na 84 posiedzeniu Senatu (za stenogramem)

 

Pani Marszałek! Wysoka Izbo!

Chciałbym powiedzieć kilka słów, jeśli chodzi o tak zaszczytne stanowisko, jakim jest stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Otóż na stanowisku prezesa Najwyższej Izby Kontroli, podobnie jak zresztą w przypadku wszystkich ważnych stanowisk państwowych, trzeba spełniać kilka wymogów, jest kilka cech, którymi każdy kandydat powinien się charakteryzować. Ważna jest tu przede wszystkim postawa etyczno-moralna, czyli to, co nazywamy ogólnie patriotyzmem, zamiłowaniem i miłością własnej ojczyzny, to z jednej strony, z drugiej strony – kompetencja.

Chciałbym się odnieść do tego pierwszego wymogu. Otóż, proszę państwa, ja swoim życiem dałem dowód tego, że dla mnie po Panu Bogu ojczyzna stanowi największą wartość. Kiedy Polska była w potrzebie, żyliśmy w systemie totalitarnym, odważyłem się, jak wielu innych Polaków, działać, aby tę sytuację zmienić, ryzykując życiem, zdrowiem, majątkiem. Jak państwo wiecie, nie tylko z mediów, ewentualnie z encyklopedii, zostałem też skazany na 4 lata więzienia w tamtym okresie. Krótko mówiąc, ojczyzna i rodzina były dla mnie największymi wartościami. Krótko mówiąc, prawda, dobro i piękno. Prawda w Panu Bogu – uznaję, że to jest pierwsze, co powinno cechować każdego człowieka, szczególnie Polaka, bo nasza historia wiąże się z tym, co przynosi Dekalog, co przynosi Ewangelia. To dało nam, Polakom, siłę i potęgę. Dobro jako służba, służba najpierw rodzinie, potem narodowi i państwu, bo bez tego państwo nie jest w stanie funkcjonować. I, proszę państwa, piękno, które nas powinno zachwycać, a nie być odrażające, jak to nieraz bywa.

Kolejna rzecz, bardzo istotna, którą powinien się cechować każdy kandydat na takie stanowisko czy człowiek pełniący najwyższe funkcje w państwie, to kompetencje. Proszę państwa, przepracowałem w Najwyżej Izbie Kontroli przeszło 20 lat, od prostego, najniższego stanowiska do doradcy prawnego, czyli od strony merytorycznej przeszedłem prawie wszystkie szczeble. Proszę państwa, miałem też zaszczyt uczestniczyć w rządzie najpierw śp. premiera Jana Olszewskiego – wprawdzie krótko, bo to prawie pół roku trwało – a później w rządach Prawa i Sprawiedliwości w latach 2005–2007 i 2015–2019.

Za zaufanie i postawienie mojej kandydatury przez posłów Prawa i Sprawiedliwości, pana prezesa bardzo dziękuję i uważam, że te zobowiązania… Tę zaszczytną funkcję będę pełnił z największą godnością, zaangażowaniem, bezstronnością, bo powierzono mi tamte funkcje, właśnie podsekretarzy stanu, sekretarza stanu, pozwolono mi realizować największy projekt reformy służb skarbowych i celnych, byłem również ministrem finansów… Powierzono te funkcje, proszę państwa, osobie, która była bezpartyjna, więc za to jestem serdecznie wdzięczny. To dowodzi też, że PiS nie dzieli, ale łączy. I Zjednoczona Prawica. I myślę, że w nadchodzących wyborach Polacy dadzą temu wyraz.

Jeśli chodzi o dalsze predyspozycje, dalsze zamiary, to przede wszystkim uważam, że Najwyższa Izba Kontroli, jako najwyższy organ państwowy, powinna dostarczać Sejmowi, rządowi, prezydentowi najwartościowsze analizy, które wytyczają kierunki strategiczne państwa, aby w porę przeciwdziałać wszelkim nieprawidłowościom, wszelkim zmianom w złym kierunku. Najwyższa Izba Kontroli, która grupuje w dużej mierze naprawdę wysokiej klasy fachowców, powinna właśnie dawać taki materiał, abyśmy rzeczywiście jak najlepiej przyczyniali się do rozwoju kraju, do tworzenia siły naszego państwa, aby się z nim liczono zarówno tu, w kraju, jak i za granicą. Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Agencje i agentury

Czy naprawdę dziennikarze nie maja oczu ani uszu? Czy nie potrafią czytać wierszy i między wierszami? Dziwię się próbom analizy wypowiedzi polityków PiS, próbom dyskusji z nimi – jednym słowem traktowania ich poważnie. Dlaczego nikt nie zauważa, że w wystąpieniach polityków PiS obowiązuje jedna, żelazna, nienaruszalna zasada. Otóż, wypowiadając się publicznie polityk PiS ma w nosie interlokutora: dziennikarza lub innego polityka. Ma w nosie fakty i elementarne zasady racjonalnego rozumowania. Wypowiadający się publicznie polityk PiS ma tylko jedno na względzie: właściwy komunikat do swojego elektoratu. Dla uściślenia: do twardego elektoratu PiS i do tego z „diaspory”, który się waha, który jest „do wzięcia”. Nic innego ich nie interesuje, nic innego nie ma dla nich najmniejszego znaczenia. Klasyczny przykładem jest reakcja na ujawniony ostatnio skandal wszechczasów w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zastosowano sprawdzony schemat powtarzany przez polityków PiS przy każdej podobnej okazji: dymisja (wymuszona przez zewnętrzne okoliczności), zapowiedz jakiej regulacji prawnej i zamknięcie sprawy. No, może jeszcze medal dla ministra sprawiedliwości.  Dlatego z rozbawieniem obserwuję debaty typu „Kawa na ławę”,  w którym politycy partii opozycyjnych usiłują prowadzić jakąś racjonalną dyskusję, a politycy PiS, odporni na fakty, na rzeczowe argumenty,  mówią przez telewizyjne kamery i mikrofony wprost do swojego elektoratu.  I mówią im, zgodnie z doktryną amerykańskiego,  prawicowego guru medialnego Rogera Ailesa tylko to, co ten elektorat chce usłyszeć.

Słuchałem niedawno dyskusji w rado TOK-FM z ekspertem od politycznego marketingu. Odcinając się od politycznych treści nie mógł on – i nie chciał – uniknąć zauroczenia profesjonalizmem politycznego marketingu PiS. – Wprawdzie jest to robota zagranicznej agencji PiArowskiej, ale profesjonalizm należy docenić – stwierdził ekspert. Coś tu jednak nie pasi. Od dawna w środowisku dziennikarskim krąży informacja, że PiS w swoich kampaniach wyborczych wspierane jest z zagranicy przez jakąś wyspecjalizowaną w politycznym marketingu agencję. Pora więc postawić publiczne pytanie: jaka to zagraniczna agencja odpowiedzialna jest za mieszanie w głowach Polaków? Uzasadnienie pytania jest niewzruszalne: PiS korzysta z pieniędzy publicznych a jako organizacja polityczna nie jest spółką prywatną. Obywatele Polski mają więc prawo wiedzieć jaka zagraniczna agencja spowodowała to, że partia, którą w wyborach poparło niecałe 19% uprawnionych do głosowania zdobyła władzę absolutną i oddała ją w ręce jednego, nieponoszącego żadnej politycznej czy karnej odpowiedzialności człowieka. To nie tylko pytanie o PiS. Doniesienia medialne z ostatnich miesięcy o zawiłościach powiązań pomiędzy takimi agencjami a służbami wywiadowczymi obcych państw nakazuje szczególną czujność. Czy można sobie wymarzyć lepszy wpływ na kontrolowanie i kreowanie sytuacji w jakimś kraju niż poprzez PiAr-owską agencję „obsługującą” rządzącą partię polityczną? A może agencja, która świadczy usługi dla PiS jest de facto agenturą FSB lub Mosad? Czy to, że PiS swoją pozycję zawdzięcza polityce kreowania wrogów, dzielenia Polaków, judzenia i szczucia, że zawdzięcza to metodycznemu, systemowemu kłamstwu nie nosi znamion działalności obcej agentury?  Jeśli jest to agentura CIA – to jeszcze pół biedy. Wysługiwanie się CIA, realizowanie za jej pieniądze strategicznych interesów USA należy do patriotycznych obowiązków prawdziwego Polaka i w żaden sposób nie podpada pod działalność agenturalną (póki co). Ale, jak pokazuje historia Brexitu, rejestrowane w USA firmy mieszające w głowach wyborców, mają często powiązania z innymi mocarstwami, na przykład z Rosją. I co wtedy?

Jak to jest w przypadku PiS? Czy obsługująca ją agencja została należycie sprawdzona przez polski wywiad i kontrwywiad? I nie tylko chodzi o PiS. Chodzi o podstawową zasadę. Możemy mieć zagraniczny kapitał, zagraniczne inwestycje i banki. Ale nie można dopuścić do tego, aby zagraniczne „agencje” sterowały naszym życiem społecznym i politycznym z tylnego siedzenia. Dlatego wezwać należy wszystkie partie polityczne do ujawnienia informacji z usług jakich podmiotów zajmujących się marketingiem politycznym korzystają. A w pierwszym rzędzie wezwać należy do tego Prawo i Sprawiedliwość.

Milczenie władzy

Trzy miesiące temu, dokładnie 16. maja opublikowałem na blogu „List otwarty do Prezydenta Wrocławia, Pana Jacka Sutryka”. Nawiązując do problemu Stadionu Miejskiego podniesionego na jednym z przedwyborczych spotkań kandydata Sutryka oraz publicznej jego deklaracji na tym spotkaniu, że jako Prezydent Wrocławia opublikuje rzeczywiste koszty budowy i utrzymania stadionu  zwróciłem  się tym listem o realizację przedwyborczych deklaracji.  Po szczegóły odsyłam do wpisu z dnia 16. maja 2019 r. Odpowiedzi w żadnej formie do dziś nie otrzymałem i zapewne już nie otrzymam. Upewnia mnie w tym przekonaniu również to, że jak się niedawno dowiedziałem, kilkukrotne monity Gazety Wrocławskiej, która swego czasu podjęła temat „Listu…”, również nie spotkały się z żadną reakcją Urzędu Miejskiego.

Może ktoś inny na moim miejscu poczułby się obrażony takim traktowaniem przez osobę sprawującą urząd z publicznego wyboru, tym bardziej, że sprawa wcale nie jest błaha, nie tylko w wymiarze finansowym, i wcale nie jest tylko historyczna. Życie jednak utwardziło moją skórę na tyle, że takiego a nie innego zachowania Pana Sutryka nie odbieram w kategoriach osobistych. Jest jednak w tej sprawie kilka aspektów, które napawać muszą głębokim niepokojem. Zwrócę uwagę tylko na trzy z nich.

Po pierwsze wyniosłe milczenie  Prezydenta Wrocławia, bliższe raczej postawie przysłowiowego wójta,  boleśnie godzi w ideę społeczeństwa obywatelskiego. Obywatelskiego, a więc świadomego swoich praw i obowiązków, zdolnego nie tylko do wyboru władzy publicznej raz na jakiś czas, ale również do bieżącej kontroli jej działalności. Dużo słów popłynęło w trakcie kampanii wyborczej na temat społeczeństwa obywatelskiego i podmiotowości obywateli. Ale przecież nie słowa się liczą tylko czyny. Tymczasem społeczeństwa obywatelskiego w Polsce praktycznie nie ma i niestety w minionym ćwierćwieczu elity polityczne, na barkach których spoczywa to zadanie i odpowiedzialność nie zrobiły  praktycznie nic, aby takie społeczeństwo zbudować, aby stworzyć realny, społeczny fundament pod ustrój demokratyczny. Mądre, francuskie powiedzenie mówi, że dobre rozliczenia tworzą dobrych przyjaciół. Podobnie jest z relacjami władza – obywatele. Ważne jest, w tym konkretnym, wrocławskim przypadku, czy mieszkańcy Wrocławia postrzegać będą środki, którymi dysponuje Urząd Miejski jako należące do nich i ważne jest, czy Prezydent Wrocławia obejmując urząd, uznaje swoją misję depozytariusza pieniędzy Wrocławian i gestora tych środków w ich imieniu.  Podstawową i niezbywalną przy tym zasadą jest zasada przejrzystości finansów miasta. Brak tej przejrzystości od dziesięcioleci utrwala podział na MY  i ONI. A przecież nie oto chodzi w idei samorządu terytorialnego w demokratycznym państwie!

Po drugie, zachowanie się Prezydenta Sutryka w tej sprawie obnaża  całe zakłamanie medialnej kampanii „odcinania pępowiny”, jaka była nam serwowana na początku tego roku. W swoich wystąpieniach, w relacjach prasowych Prezydent Sutryk przedstawiany był jako ten, który wyzwolił się od wpływów swojego poprzednika,  patrona i promotora – Prezydenta Dudkiewicza. Fakty jednak są nieubłagane. Odpowiedzialność za całokształt spraw stadionowych ponosi poprzednia ekipa i najlepszym dowodem na „wybicie się na niezależność” Jacka Sutryka byłoby właśnie rozliczenie tej inwestycji, tego bardzo kontrowersyjnego projekt. Nic z tych rzeczy. Nominowanie wiceprezesa spółki stadionowej na wiceprezydenta Wrocławia już zapowiadało kontynuację (ochronę?) działań poprzednika.

I wreszcie aspekt trzeci. Nieujawnianie istotnych informacji o finansach miasta niczym właściwie się nie różni od nieujawniania przez PiS list poparcia dla kandydatów do KRS. Ten sam model działania aroganckiej władzy: – nie pokażemy i co nam zrobicie? Jacek Sutryk wziął pod rękę Jarosława Kaczyńskiego. Dokąd nas zaprowadzą?

Miałem nadzieję. Miałem nadzieję, że po wyborach dojdzie we Wrocławiu, jednym z ważniejszych miast w Polsce, do dobrych zmian w zarządzaniu, w relacjach samorząd a wybrane przez niego władze. Miałem nadzieję, że rozliczenie afery stadionowej otworzy nowy, lepszy rozdział w historii Wrocławia, że Prezydent Sutryk dostrzeże w tym swoją wielką szansę. Już nie mam. Dla mnie ta sprawa jest jasna i zakończona. Nie oczekuję już żadnej odpowiedzi. Uznaję, że jako zwykły człowiek dla mojego kochanego miasta zrobiłem wszystko, co mogłem. Okazuje się jednak, że „wszystko” to za mało. Trudno.

Ale mimo to pozostanę przy swoim idealizmie i przy przekonaniu, że procedury demokratyczne przy braku społeczeństwa obywatelskiego prędzej czy później obracają się przeciw idei demokracji. Pozostanę też przy przekonaniu o odpowiedzialności elit politycznych za ten stan rzeczy. I nie dam się ponieść pojawiającym się od czasu do czasu euforycznym doniesieniom mediów, że oto udało się na 40-tysięcznym stadionie zgromadzić 15 tysięcy fanów klubu piłkarskiego.

 

Dzień sądu nadchodzi

Stwierdzenie, że Polska jako państwo demokratyczne nie istnieje staje się truizmem. Nie może być za takowe uznane z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że parlament, instytucja, która w demokratycznym państwie jest zazwyczaj ostoją praworządności, rodzajem wzorca metra w Sevres stanowienia i przestrzegania prawa dla wszystkich innych instytucji państwowych, prywatnych przedsiębiorstw i obywateli zamieniona została przez partię o cynicznej nazwie „Prawo i Sprawiedliwość” w kabaretową fasadę władzy jednego człowieka. Przykładów jest aż nadto, ale ostatni gwałt na Konstytucji RP dokonany przez Grupę Trzymającą Władzę, polegający na bezczelnej odmowie Kancelarii Sejmu wykonania prawomocnego wyroku sądowego NSA w sprawie ujawnienia nazwisk osób rekomendujących kandydatów do KRS to już nie Himalaje, to już stratosfera arogancji tej Grupy.

Formalnie za ten stan rzeczy odpowiada Szefowa Kancelarii Sejmu, ale to tylko pozory. Podlega ona przecież Marszałkowi Sejmu. Tymczasem wypowiedzi publiczne PiS-owskich wicemarszałków (Marszałek do dzisiaj nie może zejść na ziemię) świadczą dobitnie o tym, że co najmniej akceptują tą sytuację.  Akceptują, czy też są jej bezpośrednimi sprawcami? Ale są przecież inni, niepisowscy wicemarszałkowie. Dlaczego ich opinie na temat tej niebywałej afery sejmowej nie przebijają się do opinii publicznej? Zabrakło odwagi? Zabrakło poczucia współodpowiedzialności za polski parlamentaryzm? Przecież nie reagując adekwatnie do sytuacji wicemarszałkowie ci stają się współudziałowcami, żeby nie powiedzieć współsprawcami kolejnego zamachu na konstytucyjne zasady państwa prawa.

Czy Agnieszka Kaczmarska, Szefowa Kancelarii otrzymała polecenie od Marszałka Kuchcińskiego niewykonania wyroku NSA wie to tylko ona i Marszałek. Ale czy w tej sprawie zasięgane były opinie Biura Prawnego Kancelarii? Jeżeli tak, to powinny one być niezwłocznie upublicznione, jeżeli nie, to… no właśnie. Zasięgnięcie takiej opinii przez Szefową Kancelarii Sejmu należało do jej obowiązków. Znalazła się bowiem w takiej oto sytuacji, że z jednej strony miała prawomocny wyrok sądu, a w drugiej administracyjną decyzję Prezesa UODO o wszczęciu postępowania w tej sprawie, nakazującą de facto niewykonanie tego wyroku. Szefowa „uległa” Prezesowi wprowadzając tym samym faktyczną kontrolę wyroków sądowych przez administrację. Kolejne mega-kuriozum: formalną podstawą zajęcia się sprawą przez Prezesa UODO była skarga… sędziego Krajowej Ray Sądowniczej! To ten sędzia, tej a nie innej instytucji wystąpił o administracyjną kontrolę orzeczeń NSA!

Sprawa jest ponad wszelką wątpliwość precedensowa i o trudnym do przeceniania znaczeniu politycznym. Tymczasem Prezes UODO wyniośle milczy, jakby to była jedna z tysięcy drobnych spraw, którymi się na co dzień zajmuje, jakby wstrzymywanie wyroków sądowych było dla niego chlebem powszednim. Jeżeli wszczęcie formalnego postępowania przeciw Kancelarii Sejmu było jego własną, autonomiczną decyzją podjętą z takiego a nie innego rozumienia swojej misji, to Prezes powinien publicznie swoją decyzję uzasadnić. Chyba, że nie była to jego decyzja autonomiczna, chyba, że na jawie oświecony został niespodziewanie laserowym promieniem prawa i sprawiedliwości z ul. Nowogrodzkiej.

Co skłoniło Grupę Trzymającą Władzę do sięgnięcia po tak drastyczne środki zapobiegające ujawnieniu nazwisk osób popierających kandydatów do KRS? Z pewnością nie chodzi tu o kwestie etyczne – one nigdy dla PiS nie stanowiły problemu. Powód może być tylko jeden: ujawnienie tych list może stworzyć realne podstawy do zakwestionowania legalności nowej Krajowej Rady Sądownictwa powołanej przez PiS. A to już niesie ze sobą konsekwencje trudne do wyobrażenia. Na dzień dzisiejszy KRS powołała już 543 nowych sędziów. Zakwestionowanie legalności KRS równoznaczne jest z zakwestionowaniem prawomocności orzeczeń tych sędziów. Oczywiście sędziowie ci są, przynajmniej w większości, Bogu ducha winni. Po prostu wplątani zostali przez PiS w tryby maszyny niszczącej państwo prawa. Można im tylko współczuć.  Ale współczuć należy przede wszystkim nam – szarym obywatelom. Podczas, gdy niektórzy młodzi adepci prawa za naturalną drogę swojej kariery uznają karierę sędziowską, ci starsi, którzy wiedzą i czują co to znaczy społeczna odpowiedzialność sędziego, masowo przechodzą na emeryturę, Już ponad 300 sędziów zapowiedziało taki krok do końca tego roku. KRS powoła oczywiście 300 nowych, których orzeczenia będą wątpliwe itd., itd. Połączenie tych dwóch praktyk: możliwość administracyjnej kontroli wyroków sądowych z potencjalną nielegalnością nowej KRS, jej wszystkich działań i potencjalnym brakiem prawomocności wyroków sędziów powoływanych przez tą KRS to już nie jest bałagan, to już nie jest chaos. To jest już totalna ruina systemu prawnego państwa.

Dlatego PiS kładzie wszystko na jedną kartę. Za wszelką cenę przeciągnąć chce sprawę KRS do wyborów parlamentarnych, które, za wszelką cenę, musi wygrać. Za wszelką cenę uzyskać musi na tyle olbrzymią władzę, że będzie mógł, niczym wielki spychacz przejechać się po tej aferze, starannie wyrównać teren i być może posadzić nawet jakieś symboliczne drzewko. Na przykład Dąb Prawa i Sprawiedliwości. A potem będzie już tylko „lepiej”. PiS lub jego następcy brnąć będą musieli, a właściwie nie brnąć a maszerować równym krokiem, ku dalszej eskalacji autorytaryzmu na drodze kłamstwa, oszustwa, argumentów siły we wszystkich odmianach.

Problem Polski jest jednak dużo poważniejszy niż nieodpowiedzialne, pozaprawne kampanie Grupy Trzymającej Władzę. Prawdziwą katastrofą dla Polski jest to, że tak po prawdzie to niebywała skądinąd afera nowej KRS, za wyjątkiem marginalnej grupy „wykształciuchów”, „łże-elit”, kilkudziesięciu dziennikarzy czy jajogłowych profesorów prawa nikogo nie obchodzi. „Suweren” ma głęboko w nosie jakąś KRS, jakąś administracyjną kontrolę nad sądami. Ważne, że dają. Oni dają. I jest dobrze i tak ma być. To właśnie takie postawy znacznej części polskiego społeczeństwa są olbrzymim źródłem ciemnej mocy PiS. To taki rodzaj społecznej świadomości zepchnie Polskę jako państwo demokratyczne w przepaść. Póki co dzień sądu – oby nie ostatecznego – wyznaczony został na 13 (nomen omen) października tego roku.

Krew

To nie była żadna ustawka, żadna demonstracja lub kontrdemonstracja. Oto przypadkowe spotkanie dwóch nieznanych sobie ludzi we Wrocławiu. Jeden z nich posłyszał krytyczny komentarz drugiego na temat homofobicznych, antylewicowych napisów opatrzonych znakami Autonomicznych Nacjonalistów, które „zdobią” nadodrzańskie bulwary we Wrocławiu. Posłyszał i zaatakował. Poważnie pobił zupełnie nieznanego sobie człowieka, jak się później okazało Przemysława Witkowskiego, jednego z komentatorów „Krytyki Politycznej”. Odchodząc bandyta zagroził pobitemu śmiercią i zapowiedział: „wszystkich was dopadnę”.

  zdjęcia za onet.pl

Do dzisiaj akty fizycznej agresji nazioli miały miejsce głównie podczas różnego rodzaju demonstracji. Dzisiejszy akt bandytyzmu był indywidualną akcją faszystowskiego aktywisty. Pewnie przechwala się właśnie swoim bohaterskim, patriotycznym wyczynem, chleje piwsko i zbiera wyrazy uznania współtowarzyszy.

Spotkanie było przypadkowe, ale działanie bandyty już nie. To efekt wieloletniej pobłażliwości dla tych środowisk ze strony PiS, Jarosława Kaczyńskiego, Tadeusza Rydzyka, niektórych hierarchów. Nie tylko pobłażliwości ale czasami wręcz zachęty i dopingu dla skrajnej polskiej prawicy żarliwie modlącej się na Jasnej Górze. To ich oskarżam o tą zbrodnię. To owoc ich działalności.

Właściwie to wszyscy spodziewali się, że kiedyś przekroczona zostanie i ta granica, że indywidualne napaści, pobicia na tle politycznym staną się faktem. To „kiedyś” to właśnie dzisiaj. We Wrocławiu.

Ale lewica zastraszyć się nie da. Nie może, gdyż jak uczy historia tylko lewica jest w stanie poskromić faszystowską bestię.

Mam głęboko w nosie wszelkie uroczyste deklaracje i zapewnienia że sprawca zostanie ukarany itp. itd. To nie chodzi o tego jednego nieszczęśnika, to chodzi o cały system starannie pielęgnowany w Polsce od dziesięcioleci. Potrzeba radykalnych zmian w polityce państwa, zmian, których PiS, ani żadna prawicowa partia nie chce, a może już i nie jest w stanie dokonać.  Dlatego fotografię pobitego lewicowego dziennikarza powinien mieć przed oczami każdy podejmujący decyzję przy urnie wyborczej. Jutro to możesz być ty.

Na lewo patrz!

Nie ukrywam satysfakcji. To, o czym pisałem od niemal dwóch lat zdaje się przybierać realne kształty. Chodzi oczywiście o jasny w politycznym i społecznym przekazie udział lewicy w wyborach parlamentarnych. Nareszcie powstaje lewicowa koalicja wyborcza. Wprawdzie jest to dla SLD rozwiązanie „drugiego wyboru”, ale jestem przekonany, że w dłuższej, a może i w bardzo krótkiej perspektywie zbawienne.

Kierownictwo SLD w Warszawie zafascynowane było taktyką „przyklejania” się SLD do silniejszego. Wybory samorządowe, zwłaszcza we Wrocławiu, w kąt odesłały wszystkie inne opcje. Obowiązywało rozumowanie: udało się w wyborach samorządowych we Wrocławiu – uda się w wyborach parlamentarnych w kraju. Nie uda się – i bardzo dobrze.

Nieoczekiwanie przed polską lewicą pojawiła się unikalna szansa powrotu na arenę polityczną. Główna zasługa w tym jest udziałem partii prawicowych: PO, PiS, PSL oraz takich tuzów polskiej lewicy jak Cimoszewicz, Miller, Belka, Liberadzki, chociaż tych ostatnich z odmiennych oczywiście powodów.

Koalicja Europejska przegrała wybory do PE wyłącznie na własne życzenie. Nie prowadziła wspólnej kampanii wyborczej zadowalając się przekonaniem, że ujawnienie paru afer z udziałem PiS wystarczy do wyborów. Aż trudno mi uwierzyć, że nikt w Koalicji Europejskiej nie dostrzegł tego, że PiS do mistrzostwa opanował technikę przekuwania każdego swojego niepowodzenia, każdej afery ze swoim udziałem w sukces w oczach swojego elektoratu. Bo dla PiS tylko ten elektorat się liczy – reszta: opozycja, międzynarodowa opinia publiczna – nie mają żadnego znaczenia. Koalicja nie wykorzystała potencjału wyborczego, który wytworzyła, nie przekonała obywateli, że tworzy się oto nowa jakość na scenie politycznej.

Jedyną partią opozycyjną, która mogła ogłosić sukces był Sojusz Lewicy Demokratycznej, a to głównie za sprawą „czterech tenorów”. Sukces SLD spowodował wielką popularność w środowisku PO tezy, że nie można dopuścić do tego, aby SLD wygrywał „na plecach Platformy”. Może jeszcze Schetyna zacisnąłby zęby i zgodził się na szeroką Koalicję Obywatelską w krajowych wyborach parlamentarnych, gdyby nie przekonanie, że Koalicja tych wyborów wygrać nie zdoła. Schetyna oddał wygraną Kaczyńskiemu już na początku kampanii i powrócił do głoszonej niegdyś koncepcji przemodelowania, wspólnie z PiS, polskiego parlamentu podzielonego na dwa główne, trwałe bloki polityczne: PiS i PO.

Po przegonieniu SLD nikt nie wierzy w szczerość umizgów PO do lewicowego elektoratu. Propagując się jako zalążek bloku centro-prawicowego PSL też odciąć się musiało od lewicy, co uczyniło nadzwyczaj medialnie spektakularny.  O stosunku PiS do lewicy wspominać nie trzeba. Pojawił się więc nieoczekiwanie rodzaj próżni na polskiej scenie politycznej: od hasła „lewica” odsunęli się wszyscy ci, którzy jeszcze niedawno na wyprzódy kokietowali lewicowych wyborców.

I w tej sytuacji powstaje wyborcza koalicja LEWICA. W tym układzie: SLD, Wiosna, Razem jako trzon LEWICA jest nową jakością na polskiej scenie politycznej. Znowu – jak w wyborach do Parlamentu Europejskiego – pojawia się możliwość wykorzystania efektu synergii, to jest powiększenia elektoratu ponad arytmetyczną sumę elektoratów poszczególnych koalicjantów. Koalicja powstaje i jednocześnie staje wobec olbrzymiej odpowiedzialności za przyszłość polskiej lewicy, ale także przed olbrzymią szansą. LEWICA mam moim zdaniem szansę sięgnąć nie tylko po część „lewoskrętnego” elektoratu PO, ale również PSL – jeżeli odwoła się do lewicowych tradycji ruchu ludowego. Zamiast więc wylewać gorzkie żale na PO i PSL powinna koalicja nawiązywać kontakt ze wszystkimi, którzy dostrzegają konieczność powrotu lewicy do parlamentu, a którzy nie dostrzegają takiej możliwości w dotychczasowym układzie partyjnym. Ma też szansę LEWICA zmobilizować tą część lewicowego elektoratu, który do tej pory, nie mając wiary w skuteczność, pozostawał w dniu wyborów w domu.

Aby jednak wykorzystać efekt synergii spełnione być muszą pewne warunki. Podstawowym jest ten, że koalicja LEWICA musi udowodnić, że tworzona nowa jakość polityczna nie będzie efemerydą, że będzie rozwiązaniem trwałym – przynajmniej w perspektywie najbliższej kadencji parlamentu. Stąd kwestia klubu parlamentarnego, jego kierownictwa i relacji z poszczególnymi partiami winna być szybko ustalona i ogłoszona.

Drugim warunkiem jest przekaz programowy. Na trzy miesiące przed wyborami trudno będzie prawdopodobnie o kompleksowy, wspólny, lewicowy program alternatywny dla Polski. Spodziewam się, że program koalicji LEWICA nie wykroczy poza horyzont najbliższych czterech lat. Jednakże w trakcie kampanii LEWICA musi zadeklarować podjęcie wspólnych działań na rzecz przygotowania i zaprezentowania Polakom swojej wizji społeczeństwa i państwa, w obliczu wewnętrznych i zewnętrznych wyzwań.

I trzecia wreszcie sprawa. Obecna chwila jest prawdopodobnie ostatnią, w której lewicowa koalicja ma szansę na przekroczenie zaczarowanych 8 %. Dlatego musi być jak najszersza. Nie powinna być zamknięta na żadną opcję, która uważa się za lewicową i demokratyczną. W tym kontekście niepokoić musi brak w dotychczasowej koalicji Polskiej Partii Socjalistycznej. Kto nie chce? PPS czy koalicja?

Próżnia polityczna w którą wkracza koalicja LEWICA spotyka się ze społecznym zapotrzebowaniem na autentyczną lewicę w polskim parlamencie. Tej szansy nie wolno zmarnować. Na lewo patrz!

Aneks

Jak dzisiaj (22.07.2019) się dowiedziałem Polska Partia Socjalistyczna przystąpiła do koalicji LEWICA. To bardzo dobra wiadomość.

Reduta Bodnara

Kiedyś, dawno, dawno temu ukształtowała się opinia, że emocje są złym doradcą. Pogląd ten to oczywista apoteoza racjonalizmu, kierowania się przy podejmowaniu różnych decyzji faktami, obiektywnymi analizami, opiniami ekspertów. Ta epoka właśnie przemija. Dzisiaj liczą się tylko emocje, jakie u ludzi można wzbudzić. Rządzenie przez zarządzanie ludzkimi emocjami z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i Internetu – to nowa fala.

W samej rzeczy władcy często woleli odwoływać się do emocji poddanych niż do ich racjonalizmu. Zwykle jednak taka podstawa władzy kończyła się katastrofą nie tylko dla władcy, ale i dla poddanych. A nigdy nie mieli do dyspozycji Internetu i botów.

Czy historia się powtórzy po raz kolejny? Niestety jest to całkiem realne. Przed wybuchem drugiej wojny światowej rozkwitły w Europie dyktatury czerpiące swoje żywotne soki z emocji mas: Rosja Sowiecka, Hiszpania, Włochy, Niemcy – to tylko niektóre z przykładów. Ruchy faszystowskie rozlały się i po takich krajach jak na przykład Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania, Polska.

Dzisiaj historia zatacza kolejny krąg. Do głosu w wielu krajach dochodzą populiści, nacjonaliści, wielcy manipulatorzy ludzkimi emocjami. Rozum idzie (poszedł?) spać. Zaczyna wiać grozą. Politycy PiS są tyko częścią sieci tych wstecznych sił politycznych. Kłamstwa PiS stały się codziennością i niebezpiecznie spowszedniały. Co raz to wzniecane są nowe emocje, nowe pseudo-zagrożenia. Zachować wierność zasadom, racjonalizmowi, jest  tej sytuacji funkcjonariuszom publicznym coraz trudniej.

Tym większy szacunek należy się Adamowi Bodnarowi, Rzecznikowi Praw Obywatelskich, który odważył się wskazać, że metody zastosowane przez policję względem podejrzanego o popełnienie szczególnie okrutnego mordu na 10-letniej dziewczynce były niewłaściwe, były nadużyciem. Pan Bodnar stwierdził między innymi: „Nie może być zgody na niegodne traktowanie człowieka. Na nadużywanie środków represyjnych, poniżanie, demonstrowanie siły w stosunku do jednostki. A zwłaszcza na budowanie atmosfery linczu przez organy i przedstawicieli władz”. Nic dodać nic ująć. Ale reakcja PiS była wręcz frenetyczna. Rządząca partia i jej propagandowe tuby publicznie postawili Rzecznikowi Praw Obywatelskich kuriozalny, cyniczny, ze wszech miar obrzydliwy zarzut „obrony mordercy”. Na Bodnara wylały się cysterny hejtu w Internecie w oczywisty sposób napędzane potężnymi emocjami. W tym przypadku emocje były niewątpliwie uzasadnione ale zachowanie policji niewątpliwie daleko niewłaściwe. Przekaz ze strony rządzących jest jednak jednoznaczny: jeżeli emocje społeczne są na dostatecznie wysokim poziomie w kąt idą wszelkie prawne ograniczenia brutalności organów represji. Ale społeczne emocje wzbudzać można w różny sposób i wcale nie muszą mieć one materialnych podstaw. Dlatego Adam Bodnar, odważnie broniąc prawa i zawartych w nich zasad bronił tak naprawdę każdego z nas przed potencjalnymi nadużyciami ze strony instytucji państwowej, przez tworzenie przez te instytucje klimatu dla linczów. I za to należy mu się podziękowanie i uznanie. Dzisiaj Bodnar jest jak kapitan Ordon broniący do ostatka Fortu nr 54 na Woli w 1831 r.

Świetny opis procesu kształtowania się nowej polityki opartej na fałszywie kreowanych emocjach postawiła BBC w swoim filmie „Brexit”, w kluczowym dla filmu dialogu. Rozmówcami są: Oliver Craig – szef sztabu kampanii referendalnej ruch „RemaIn” – za pozostaniem w UE i Dominic Cummings – charyzmatyczny architekt kampanii ruchu „Leave” – za opuszczeniem Unii.  O ile „RemaIn” w swojej kampanii odwoływał się do danych gospodarczych, statystyk, eksperckich analiz, jednym słowem do faktów, wiedzy i racjonalizmu, o tyle „Live” do emocji wyborców kreowanych kłamstwami jak to, że Wielka Brytania co tydzień przekazuje UE 350 mln funtów, rozpowszechnianych przez specjalne czerwone autobusy i amerykański system profilowania użytkowników Facebooka i Tweetera. Film „Brexit” oparty jest na faktach, jednak ten dialog jest niewątpliwie częścią fabularną, dodaną przez BBC. Panowie nieoczekiwanie spotykają się w brytyjskim pubie przy piwie, po morderczej kampanii, dzień po zamordowaniu na jednym z wieców posłanki do Parlamentu i na dzień przed referendum, które, jak wskazują sondaże, wygrają zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Oliver Craig (RemaIn) – Nie sądziłem, że będzie tak źle, a ty?

Dominic Cumming (Leave)- Też nie… ale takie pytania dzielą ludzi na plemiona.

– A mimo to wierzę, że możemy je sobie zadać i odpowiedzieć sobie na nie bez tego wszystkiego, bez nienawiści, zabijania.

Tak…

– Tu chodzi o coś więcej niż o nasze relacje z gospodarką Unii. Chodzi o duszę tego kraju. Boję się, że nie uda nam się jej wyleczyć, bo stworzyliśmy…

Tylko odkryliśmy.

– rodzaj debaty, która jest prymitywna, dzika i co najgorsze – brutalna. Nie martwią cię jej długofalowe skutki? Odrzucenie wiedzy, autorytetów?

– Wasi eksperci mieli swój plan

– Poparty wiedzą. Wy dajecie pożywkę toksycznej kulturze, w której nikt nikomu nie ufa.

Wcale nie.

– Nikt nie słucha, tylko wrzeszczy.

Bo chce, żeby go usłyszeli. Tych ludzi przez lata ignorowano.

– Szczujecie ich.

Mylisz mnie z Banksem i Farage’em.

– To wygodne – robią za ciebie brudną robotę. Próbowałeś ich powstrzymać?

Tacy jak ty przez lata dominowali w debacie publicznej – i co z tego wyszło?

– Już nie zamkniesz tej puszki. Odtąd polityka będzie właśnie taka.

Zmiany cieszą.

– Co cię w niej rajcuje? Co odkryłeś?

– … brakuje mi snu. Chcę spać.

– Ja też. Więcej spałem nawet przy małych dzieciach. Twoje wkrótce się urodzi?

Tak. Ty masz dwie córki?

– Trzy. I zastanawiam się w jakim kraju będą dorastać.

Bierzesz mnie na dzieci? Daruj. Chcę nas przygotować. Nie spodziewałeś się tego pociągu. Nie było go w rozkładzie, przykre. Nawet mnie zaskoczył. Ale godzę się na niego. A ty go nie zatrzymasz. Tak, to nowa polityka, nad którą nie będziesz miał kontroli.

– Ostrożnie z życzeniami, bo i ty ją stracisz.

Dialog kończy tradycyjny dzwonek barmana oznaczający ostatnią szansę na zamówienie kolejnego piwa.

PiS wydaje się, że bazowanie na kłamstwach i emocjach daje mu władzę na zawsze. Nic z tych rzeczy, pierwsze symptomy, że tak nie jest już się pojawiły. Arcybiskup Metropolita Wrocławski wydał otóż „Dyspensę od obowiązku wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych na dzień 21 czerwca 2019 r.”. Rzecz w tym, że owa dyspensa nie została udzielona wiernym w tej diecezji, ale: „wszystkim mieszkańcom Archidiecezji oraz przebywającym w tym dniu na jej terytorium” (podkr. JU). Można na ten incydent spojrzeć przez palce, zbagatelizować go, sprowadzi do głupiego żartu. Ale przecież od tak drobnych spraw się zaczyna. Jeżeli nie będzie reakcji władzy państwowej na ten eksces kościelnego hierarchy, a nie będzie,  to dzisiaj mamy zezwolenie Arcybiskupa, ale jutro być może zakazik oglądanie tego lub owego lub nakazik  takiego lub innego postępowania – adresowany do WSZYSTKICH obywateli. Ośrodek władzy publicznej się rozmywa, prawo idzie do kosza. Tej puszki nie da się już łatwo zamknąć. Jeżeli w ogóle się da.

Mój 4 czerwca 1989 r.

Trwające huczne obchody 30 rocznicy wyborów parlamentarnych w 1989 r. pełne są zakłamania i obłudy. Skoro przez te 30 lat niczego jako naród się nie nauczyliśmy, to pewnie już się niczego nie nauczymy. A podstawowa lekcja płynąca z wydarzeń sprzed 30 lat to ta, że wszystko, co ma swój początek, ma i koniec – również ustroje polityczne. Bojownicy o wolność i demokrację z lat osiemdziesiątych dzisiaj przeżywają po raz kolejny swój triumf, wypełniają ekrany telewizorów i szpalty gazet. Oczywiście jest tylko jedna, jedyna i jedynie słuszna strona transformacji z 1989 r.: „Solidarność: odmieniana przez wszystkie przypadki. Strona druga, albo nie istnieje wcale, albo traktowana jest w dalszym ciągu jako reaganowskie „imperium zła”, z którym walczyć należało i nadal należy wszelkimi sposobami i za wszelką cenę.

Dzisiejsi „kombatanci” wypierają ze swoich głów ten fakt, że w drugiej połowie lat osiemdziesiątych Rakowski z Kiszczakiem (albo odwrotnie) wręcz reanimować musieli rozbitą, wewnętrznie poróżnioną „Solidarność” aby wykreować jakiegoś społecznego partnera do Okrągłego Stołu, wespół z którym można by przeprowadzić głębokie przemiany ustrojowe. Ale „Solidarność” nie chciała władzy, uciekała przed nią, otwartością strony rządowej była zaskoczona. Geremek mówił wprost: „nie byliśmy przygotowani do przejęcia władzy”.  Czy wszyscy już zapomnieli szczyt  ówczesnych marzeń „Solidarności” propagowany przed Okrągłym Stołem przez liderów „S”, w tym przez samego Adama Michnika: „Wasz rząd, nasz samorząd”? Celebrując 30 lecie wyborów w 1989 r. szacunek oddać należy tym spośród ówczesnego obozu rządowego, którzy potrafili wznieść się ponad ideologiczne dogmaty i w trosce o przyszłość Narodu i Państwa do tych wyborów doprowadzili.

Na dzisiejszym wiecu w Gdańsku Donald Tusk nadmienił wprawdzie o unikalności „polskiej drogi porozumienia” , ale były to figury czysto retoryczne. Starannie unikał jakiejkolwiek wzmianki, która mogłaby być odczytana jako ukłon w stronę Rakowskiego czy Jaruzelskiego. Przez całe 30-lecie konsekwentnie odmawiano stronie rządowej z 1989 r. dobrej woli i dobrych, patriotycznych intencji. Również dzisiaj we wszystkich mediach od prawa do prawa sukces „Okrągłego stołu” to wyłącznie sukces „Solidarności’.

A przecież w wyborach 1989 r była i druga strona: 2 miliony członków PZPR z rodzinami, członkowie ZSL i SD oraz rzesze bezpartyjnych. Obóz rządowy przegrał wybory parlamentarne w 1989 r. Ale ta część społeczeństwa, która opowiedziała się przecież za nim została niemal natychmiast po wyborach uznana za „najgorszy sort”. I co za paranoja! Dzisiaj nieformalny lider partii, która przegrała wybory  do PE upomina się o należną przegranym podmiotowość! Dzisiaj to ten rdzeń, to serce „Solidarności” zepchnięte zostało do roli „gorszego sortu”. Rewolucja zjada własne dzieci, kto mieczem wojuje… itd.

Dzisiaj Donald Tusk znów usiłował podnosić sztandary demokracji i solidarności. Koniec „Solidarności” z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku ogłosił swego czasu jej legendarny przywódca – Lech Wałęsa. A demokracja? Przecież Tusk przemawiał jeżeli jeszcze nie na gruzach, to już na wpół rozsypanym gmachu polskiej demokracji! Gmachu, który ledwo został jako tako wzniesiony a już został zniszczony przez polityków PiS nie tylko wywodzących się z „Solidarności”, ale również pretendujących do roli jej faktycznych przywódców. A kto jak nie inni działacze „Solidarności”, tym razem skupieni najpierw w Unii Wolności a później w Platformie Obywatelskiej wyścielili czerwonym dywanem drogę PiS do władz? Chociażby przez to, że nie zrobili nic, aby przez 30 lat entuzjazm społeczny z czerwca 1989 r. przekuć na trwałe wartości społeczeństwa obywatelskiego – które przecież jest podstawą i istotą demokratycznego ustroju. Dzisiejsze, jak je wielu nazywa „święto wolności” jest równocześnie dniem żałoby polskiej demokracji. Dzisiaj PiS, nadęty jak balon po wyborach do Parlamentu Europejskiego, nachalnie przypisujący sobie prawo do schedy po „Solidarności” i nimbu „obalaczy komunizmu”, dzielnie i konsekwentnie wspierane jest przez związek zawodowy „Solidarność” w zbożnym dziele niszczenia resztek społeczeństwa demokratycznego, resztek demokratycznych instytucji. Donald Tusk przemawiał na gruzach demokracji i na gruzach sierpniowej „Solidarności”.

Mam prawo czuć się oszukany przez polityków wywodzących się z solidarnościowego pnia – podobnie jak tysiące członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, którzy w latach osiemdziesiątych doświadczali procesu transformacji od ustroju monopartyjnego do demokracji parlamentarnej. Temu procesowi, tak ważnemu dla polskiej lewicy, nie poświęca się żadnej uwagi. Nawet Sojusz Lewicy Demokratycznej w swoim oficjalnym „Niezbędniku historycznym” go nie dostrzega. A szkoda, gdyż PZPR w latach osiemdziesiątych była partią bardzo rozdyskutowaną, intelektualnie bardzo rozbudzoną. Dyskusjom na najważniejsze sprawy, sporom ideologicznym i programowym nie było końca zarówno w samej partii jak i na różnych spotkaniach otwartych i na różnych płaszczyznach półoficjalnych struktur poziomych. Dzisiejsze partie polityczne pod względem poziomu i zakresu powszechnych, obywatelskich dyskusji o państwie nie umywają się nawet do PZPR z lat osiemdziesiątych. Powstanie Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej  w 1990 r. było tylko zwieńczeniem tego procesu. Z pełnym przekonaniem i zaangażowaniem, znieważani, obrażani, wymyślani z sejmowej trybuny od „zdrajców” i „płatnych pachołków” zaangażowaliśmy się w budowę nowej, demokratycznej Polski. Tymczasem dzisiaj główne siły, uważające się za „ojców” tej demokracji sami ją rozmontowują. Wystawiły do wiatru wszystkich, którzy im zawierzyli.

Każdy, kto żył w tamtych czasach ma swój „czwarty czerwca 1989 r.” Oto fragment z mojego sztambucha związany z tą datą:

Jednym z ustaleń Okrągłego Stołu było przeprowadzenie  przyspieszonych wyborów parlamentarnych, organizowane na nowych zasadach, według których nastąpił podział mandatów w Sejmie pomiędzy obóz rządzący (PZPR, ZSL i SD) a opozycję postsolidarnościową. Wybory do Senatu były bez tych ograniczeń. Organizacjom partyjnym przypadło oczywiście zadanie organizowania kampanii wyborczej jej kandydatom. Byliśmy niemal przekonani, że kierownictwo w Warszawie zrobi wszystko, aby zademonstrować gotowość do wewnętrznych również reform i że odwoła się do ludzi młodych, wysuwając ich kandydatury do Sejmu. Nic z tych rzeczy. Postawiono – jak zwykle przez ostatnie 40 lat, na starą, wypróbowaną jeszcze w latach 50 -60 gwardię. W tej sytuacji w dzielnicy Wrocław Śródmieście, w której, zwłaszcza w partii, byłem bardzo popularny, zrodziła się inicjatywa wspierająca moją kandydaturę. Przystałem na samorzutną, oddolną propozycję, zawiązaliśmy komitet wyborczy „Lista Obrony Społecznej”, z której kandydowałem do Sejmu.

Jako członek PZPR powinienem uzyskać miejsce na liście kandydatów aktualnej władzy. PZPR była wówczas partią na wskroś demokratyczną i kandydatów na swoje listy wyłaniała na specjalnych konwencjach wyborczych. W moim przypadku okręgiem wyborczym były dzielnice Śródmieście, Psie Pole oraz powiaty Milicz, Trzebnica, Oleśnica i Oława. Konwencja wyborcza odbyła się w auli Politechniki Wrocławskiej i miała przebieg bardzo burzliwy. Kandydaci, zgłoszeni przez KW i spoza prezentowali swoje programy wyborcze, uzasadniali chęć startowania w wyborach. Potem elektorzy zadawali nam pytania (było ich wiele), a w końcu przeprowadzono tajne głosowanie. Tą Konwencję niespodziewanie, ale bezapelacyjnie wygrałem, uzyskałem najwięcej głosów, pokonując wszystkich kandydatów zgłoszonych przez KW, chociaż delegaci ze Śródmieścia stanowili ledwie garstkę wśród 500 elektorów. To był jeden z moich największych, osobistych sukcesów politycznych. KW musiał mnie umieścić na liście. Znalazłem się jednak na miejscu zupełnie nie odpowiadającym zaufaniu, jakie uzyskałem na Konwencji – szanse wyborów były znikome, właściwie żadne. Już w trakcie kampanii dowiedziałem się zresztą, że Komitet Wojewódzki prowadził otwarte działania przeciwko mojej kandydaturze zakazując aktywowi głosowania na moją osobę. Dowiedziałem się o tym pewnego dnia, gdy odwiedził mnie w KD jeden z członków partii w Trzebnicy. Był leśnikiem. Powiedział, że właśnie wraca z KW, gdzie zwołano naradę członków partii, w różnego rodzaju służbach mundurowych (leśnicy, SOK itp.) i tam nakazano im głosować przeciwko mnie. On sam, któremu moja kandydatura i moje wystąpienia na przedwyborczych spotkaniach w Trzebnicy bardzo się podobały, takimi działaniami KW był skonfundowany i uznał, że powinienem o nich wiedzieć. 

Mandatu do Sejmu nie zdobyłem, ale zebrane doświadczenie, wiele otwartych spotkań w różnych zakładach pracy, w różnych miejscowościach, w różnych środowiskach przydały się kilka lat później. Nigdy nie spotkałem się z jakimikolwiek aktami agresji, dezaprobaty – czy to na spotkaniach zakładowych (nie w czasie pracy!) czy na przykład na miejskich targowiskach. Jeszcze jedno doświadczenie przyniosła mi ta przygoda – jak się okazało towarzyszące mi przez całe życie. To mianowicie, że najcięższe ciosy dostawałem zawsze w plecy, od „swoich”.

PZPR przegrała wybory do Senatu, ale również do Sejmu. Stało się tak dlatego, że na krajowej liście centralnej, zamiast postawić na ludzi młodych, na autorytety, ustępująca władza, członkowie Komitetu centralnego, ustawiła sama siebie. Partia nie dostrzegła, że był to ostatni moment na zaprezentowanie woli i umiejętności przeprowadzania głębokich wewnętrznych reform. Wyborcy nie chcieli głosować na zużyte od dziesięcioleci nazwiska z KC i masowo przekreślano całe listy. Porażka była kompletna.

Przegranie wyborów przesądziło o losie PZPR. Jej dalsze istnienie straciło społeczny i historyczny sens. Dla mnie, 39-letniego I Sekretarza Komitetu Dzielnicowego stanowiło to szczególny problem, również egzystencjalny. Wbrew logice postanowiłem trwać na posterunku do końca – nie mogłem odejść pozostawiając kilka tysięcy członków partii w dzielnicy. To nie wchodziło w rachubę.

Jest o czym myśleć…

Nie tak miało być, ale jest tak jak jest. W mojej gminie wygrała Koalicja Europejska, w moim powiecie wygrała Koalicja Europejska, w moim województwie wygrała Koalicja Europejska, a w moi kraju wygrał PiS. Gdzie ja żyję?

Analizy przyczyn porażki Koalicji Europejskiej będą jeszcze długo tematem publikacji, dyskusji w otwartych i zamkniętych gremiach. Gdzie i jakie popełniono błędy?, kto bardziej „ruszył” wyborców niezdecydowanych lub nowych?, kto czyj przejął elektorat?, kogo poparła młodzież? Te i wiele jeszcze pytań czeka na odpowiedź, chociaż zasadnicze to to, jak wyglądałyby wyniki wyborów do PE gdyby nie było Koalicji Europejskiej, gdyby każde z ugrupowań poszło do nich samodzielnie. Intuicyjnie bardziej niż racjonalnie wyczuwam, że wówczas sukces PiS byłby jeszcze większy. Ale to wymaga specjalistycznej, głębokiej analizy.

Dla mnie wynik wyborów stał się oczywisty w przedwyborczą sobotę wieczorem, kiedy to jechałem taksówką. Oto fragment dialogu, który zaczął kierowca, lat około 35:

– Idzie Pan na wybory?

Bąknąłem coś o obywatelskim obowiązku, ale ten nie dawał za wygraną.

– Bo ja idę, powiedział. Bardzo bym chciał, aby opozycja przegrała.

– A to dlaczego? – zapytałem zaciekawiony.

– Nie ogląda Pan TVP? Tam wszystko wyjaśnili.

– Kto?

– No przecież taki profesor, sam widziałem – odparł. Ten profesor na podstawie wystąpień liderów opozycji udowodnił, że jeśli opozycja wygra, to w ciągu czterech lat każda czteroosobowa rodzina w Polsce starci 120 tysięcy złotych!

– Po  pierwsze – odpowiedziałem – nie oglądam TVP, gdyż ta telewizja po prostu kłamie. Po drugie staram się śledzić wystąpienia liderów Koalicji Europejskiej i w żadnym z nich nie znalazłem nawet najmniejszej wzmianki o zamiarach wycofania się z socjalnych transferów PiS. Nawet niektórzy „dosypywali”. A w ogóle to przecież pytał Pan o wybory do Parlamentu Europejskiego, a tu chodzi raczej o jesienne wybory krajowe.

– Proszę pana! – rzekł kierowca. Przecież dla wszystkich jest jasne, że wybory europejskie to tak naprawdę wybory do Sejmu!

– Wie Pan – próbowałem ratować sytuację. Do tych pisowskich specjalistów nie można mieć zaufania, choćby z racji ich blamażu przy smoleńskiej katastrofie.

– Ależ to był profesor! On wszystko wyliczył!

Jedyny plus z tej rozmowy, to uwaga taksówkarza przy wysiadaniu:

– Ja i tak na PiS nie będę głosował. Zagłosuję na Kukiza.

Ten krótki dialog uświadomił mi geniusz pisowskich propagandzistów: od hasła „wystarczy nie kraść” do hasła: „wystarczy łgać”. 120 tys. dla rodziny robi o wiele większe wrażenie niż mityczne 100 milionów Wałęsy. Kto zagłosuje na partię, która – jak wyliczył profesor przed kamerami Telewizji Polskiej – jego rodzinie zabrać chce 120 tysięcy? Z pewnością tego geniuszu bardziej należy się bać niż go podziwiać.

Czas leci na złamanie karku, wakacje za pasem. Analizy przyczyn porażki KE muszą być więc szybkie a nade wszystko celne. Tu nie może być mowy o łatwiźnie, czy zwykłym wishful thinking . Analitycy dostrzec powinni historyczne tło (podwaliny?) tego wyniku wyborczego, zwłaszcza na tle wyników ogólnoeuropejskich. One nie spadły z nieba. Rosnąca niebezpiecznie popularność w Europei populistów o nacjonalistycznym zabarwieniu jest prawdopodobnie efektem kryzysu gospodarki neoliberalnej, prowadzącej do gwałtownego majątkowego rozwarstwienia społeczeństw i do pauperyzacji klas średnich. Temu kryzysowi, w sposób naturalny, towarzyszy kryzys tradycyjnych lewicowych partii, które swoją pomyślność związały z pomyślnością neoliberałów. Mam tu na myśli oczywiście klasyczne partie socjaldemokratyczne – na naszych oczach wali się ostoja europejskiej socjaldemokracji: SPD.

Mowa rodzaju: „Wszystkie ręce na pokład!” to dzisiaj mowa trawa. Na pokład jakie łodzi? Która płynie dokąd?

Przyznam się, że byłem wielce zdziwiony, gdy z ust liderów Koalicji przed wyborami, słyszałem w kółko i z uporem powtarzane hasło: „Idziemy do wyborów do Parlamentu Europejskiego aby odsunąć PiS od władzy”. To z pewnością jeden z błędów. Pisałem o tym wielokrotnie, że w wyborach europejskich Koalicja powinna prezentować program pozytywny: – idziemy do wyborów w imię czegoś, w obronie wartości itp. Te hasła wprawdzie też były obecne, ale dominowało hasło konfrontacyjne. W efekcie Koalicja nie wykorzystała w pełni potencjału europejskości w docieraniu do młodzieży, zraziła niechętnych „targaniu się po szczękach” i dodatkowo zmobilizowała elektorat PiS. Innymi słowy Koalicja dała się wciągnąć na podwórko PiS. I przegrała.

Podstawowym problemem Koalicji to to, czy dalej trwać przy haśle: „Idziemy do wyborów aby odsunąć PiS od władzy”, czy stanąć na uszach i wypracować wspólną, spójną i wiarygodną alternatywę programową.  Ironia sytuacyjna jest w tym, że właśnie wybory krajowe są najlepszą okazją do „odsuwania od władzy”, ale ten argument, moim zdaniem, eksplodował przedwcześnie. Nie będzie łatwo, tym bardziej, że samą Koalicję czekają ciężkie czasy. Czy przetrwa? Gremialne opuszczenie wieczoru wyborczego przez PSL nie wróży nic dobrego. Otwartym też staje się pytanie, czy Platforma Obywatelska – trzon Koalicji, będzie chciała ją utrzymywać. Już rozlegają się głosy, że przyczyną porażki PO, zwłaszcza na tle sukcesu SLD, był zbyt ostry skręt na lewo. Nad głową Schetyny zbierają się ciemne chmury.

SLD niewątpliwie odniósł sukces – utrzymał „stan posiadania” w PE. Ten sukces może być jednak przyczyną potężnego bólu głowy w wyborach do polskiego parlamentu. Po pierwsze stał się on za sprawą wybitnych osobowości polskiej lewicy, które stanęły w szranki wyborcze a nie za sprawą programowej, społeczne siły Sojuszu. Skierowanie byłych premierów na pierwszą linię frontu było zagraniem iście genialnym i skutecznym. Millera, Belkę, Cimoszewicza choć wiele wprawdzie łączy, to jednak też wiele dzieli. W okresie kampanii będą oni ponadto zajęci urządzaniem się w Brukseli. Ich udział w kampanii wyborczej do Sejmu będzie więc mocno ograniczony.

Jeżeli Koalicja wystąpi z alternatywnym programem, to aby był spójny i wspólny SLD będzie musiał pójść na duże ustępstwa programowe i ideowe – będzie więc miał problem wewnętrzny, problem swojej lewicowej tożsamości. Jeżeli Koalicja nie przetrwa – SLD stanie do jesiennych wyborów właściwie bez aktualnego programu przyszłościowego. Jest o czym myśleć.

Kasa i seks

Dyskusja o kościele rzymsko-katolickim w Polsce dopiero się rozpoczyna. Oczywiście za sprawą dwóch filmów: „Kler” i „Tylko nie mów nikomu”, ale również na ogólnoświatowej fali refleksji nad moralną, etyczną stroną Kościoła, a zwłaszcza jego administracji, to jest księży i wszelkich hierarchów. Fala wzbierała od dawna. Rozpoczęła ją niewyjaśniona do tej pory  afera Banco Ambrosiano z 1982r, kiedy to ujawniono powiązania tej watykańskiej instytucji z narkotykowymi kartelami południowoamerykańskimi, zaangażowanie jej w pranie pieniędzy tych mafii oraz zaangażowanie Watykanu w wspieranie reżimów w Argentynie i w Nikaragui.

Dochodzenia toczyły się latami, kto miał zawisnąć, ten sam się powiesił wiążąc sobie z tyłu ręce i wkładając cegłówki do kieszeni, ale głębszych refleksji nad źródłami bogactwa Kościoła i prawości jego pochodzenia nie było.

Równolegle niemal wezbrała fala krytyki Kościoła na kanwie przestępstw seksualnych jego urzędników, zwłaszcza na dzieciach.  Huragan afer na tym tle przetoczył się przez Irlandię, Stany Zjednoczone i kraje Ameryki Łacińskiej. Dotarł wreszcie i do Polski. Lepiej późno niż wcale. Mam nadzieję, że Episkopat polski podzieli los chilijskiego i zostanie przez Papieża Franciszka rozgoniony na cztery wiatry.

Zbrodnie pedofilii popełniane przez urzędników „Pana B.” dotyczą zapewne marginesu duchowieństwa. Stanowią one jednak coś na kształt wierzchołka góry lodowej, której na imię seks. Monumentalna praca Frederica Martela „Szambo – czyli kto rządzi w Watykanie” z całą bezwzględnością pokazała znaczenie seksu nie tylko w apostolskiej stolicy. Martel ukazał, że nie jest to problem jednostek, czarnych owiec Kościoła – to podstawowy, powszechny problem tej instytucji.

Czy więc zażegnanie bieżących afer pedofilskich rozwiąże problem polskiego kościoła katolickiego? Bardzo w to wątpię. Nawet najszczodrzejsze zadośćuczynienie ofiarom zbrodniarzy w sutannach ujawnionym w filmie Sekielskich nie będzie jego rozwiązaniem, a tylko zakamuflowaniem. Potrzeba działań systemowych i radykalnych – przede wszystkim potrzeba zniesienia celibatu.

Z tym zniesieniem celibatu jest jednak problem poważny – nie tyle ideologiczny co ściśle ekonomiczny. Celibat księży wprowadzony został dopiero w XI wieku. Biblia o celibacie nie wspomina – wręcz przeciwnie, apostołowie byli na ogół osobami żonatymi. Zapewne narastający nurt ascetyczny w kościele celibatowi sprzyjał. Nie można jednak pominąć i tej okoliczności, że właśnie w X i XI wieku Kościół zaczął odgrywać decydującą rolę w kształtowaniu się państw europejskich. Watykan stał się szafarzem a zarazem gwarantem prawa do świeckiego władania ludem. Wprowadzanie chrześcijaństwa choćby ogniem i mieczem było bardzo na rękę wszelkim żądnym władzy kandydatom na księciów, królów czy cesarzy.   Watykan legitymizował ich prawo do panowania, nadawał im znamiona boskości a władzę nad ludem przekazywał im od samego Boga. Związek tiary z koroną, ekspansja terytorialna Kościoła rodziła jednak problem gospodarowania jego rosnącym majątkiem. Celibat tymczasem uzasadnia moralne prawo ubogich, nie posiadających żadnego prywatnego majątku duchownych do nieograniczonego gromadzenia majątku „na chwałę Pana”. Ksiądz zaś posiadający rodzinę to nie tylko większe wydatki, to również prawo do dziedziczenia przez jego naturalnych zstępnych. Dlatego celibat, niezależnie od swojej ideologicznej osnowy, ma bardzo mocny, materialny wątek. Jego zniesienie zachwiać może fundamentami i strukturą ekonomiczną Kościoła katolickiego. Ale czasy, kiedy seksualne życie księży oraz majątek Kościoła stanowiły taboo minęły na szczęście bezpowrotnie.

Oglądając w telewizji daremne kołatania dziennikarzy do kutych w żelazie bram biskupich pałaców w nadziei uzyskania stanowiska purpurata w sprawie kościelnej afery pedofilskiej nieodparcie nasuwa się jednak pytanie: skąd księża, biskupi, arcybiskupi, kardynałowie mają środki finansowe na swoje pałacowe nieraz rezydencje?

Być może rąbka tajemnicy uchyla kolejna aktualna afera – działka państwa Morawieckich. Zakupiona ponoć po wielokrotnie zaniżonej cenie od instytucji kościelnej. Być może część środków z których wybudowano tak licznie w ostatnich latach biskupie rezydencje pochodzą właśnie z obrotu gruntami uzyskanymi przez Kościół w ramach „odszkodowania” po 1989 r. Być może, ale pałacowa rezydencja to jednak nie tylko duży na ogół teren (działka?), olbrzymi, „wypasiony” budynek. To również niebagatelne koszty codziennego użytkowania: energii, mediów, koszty obsługi (służby?), kierowców itp. Skąd na to kasa? Pytanie jest też o tyle zasadne, że jak ujawniają rozmaite źródła, Watykan od brudnych pieniędzy w przeszłości nie stronił.

Jeżeli więc z każdego już niemal zakątka Polski dochodzą wołania o odnowę Kościoła, to ta odnowa nie może być powierzchowna, udawana. Powinna to być głęboka instytucjonalna rewolucja, obejmująca nie tylko zniesienia celibatu, ale również pełne ujawnienie majątku Kościoła na świecie i wprowadzenie jasnych, przejrzystych zasad finansowania jego działalności w Polsce. Powinna to być rewolucja, która pasterzy wszelkiej hierarchii nie pozostawi w sytuacji wielbłąda usiłującego przejść przez igielne ucho.

Wbrew pozorom oczyszczenie Kościoła nie jest jego tylko sprawą wewnętrzną. Kościół sam z siebie nie tworzy żadnych dóbr materialnych. On tylko gromadzi dobra wytworzone i zgromadzone przez innych, niekoniecznie nawet przez swoich członków. Dlatego pewnie historia Kościoła w Europie to nieustający łańcuch sekularyzacji jego majątku. Polska ma też swoje chwalebne tradycje w tym względzie. Otóż dokładnie 230 lat temu dokonano największej bodajże sekularyzacji majątku kościelnego przez przejęcie na Skarb Państwa tzw. „księstwa siewierskiego” i innych posiadłości biskupów krakowskich.  Po 230 latach czara znowu się przelewa. Tym razem Kościołowi niezbędna jest nie tylko dieta ale i zniesienie celibatu.