Dalej nie ma już nic

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda ogłosił stan okupacji kraju przez Unię Europejską. Prezes wszystkich prezesów, wychodząc z kościoła po nabożeństwie w intencji swojej matki (ciekawe, kiedy będzie nabożeństwo w intencji ojca) wezwał naród do „odparcia zamachu na naszą suwerenność”. Jasne jest już jakie będzie główne hasło na sztandarach PiS w prezydenckiej kampanii wyborczej: „brońmy naszej suwerenności, brońmy naszej wiary”.

Odwołanie się do stanu zagrożenia suwerenności kraju – skąd, w potocznym odbiorze tylko mały kroczek do stanu zagrożenia niepodległości – to w istocie, paradoksalnie, stan zagrożenia PiS-owskiego establishmentu. Wezwanie do „obrony suwerenności i wiary” to najwyższa półka środków mobilizowania społeczeństwa. PiS widocznie uznało, że sytuacja jest na tyle krytyczna, że wszystko postawić należy na jedną kartę, że sięgnąć należy po broń największego kalibru. Dalej nie ma już nic.

PiS sprawowało niepodzielną władzę przez 4 lata, po uzyskaniu poparcia niespełna 19% uprawnionych do głosowania. Przyjmowanie ustaw, również tych o charakterze ustrojowym, w ciągu kilku godzin, bez należnych konsultacji społecznych, często wbrew opiniom parlamentarnych służb legislacyjnych stało się „znakiem firmowym” tej partii. Stało się również manifestacją instrumentalnego traktowania prawa przez PiS oraz wyrazem hołdowania zasadzie faktów dokonanych w polityce. Prezes Kaczyński miał przez cztery lata władzę absolutną. Władzę podbudowaną świetną sytuacją gospodarczą i wodospadem na miarę Niagary obietnic przedwyborczych.  Po czterech latach takiej władzy, w obliczu kolejnej, bardzo ważnej kampanii wyborczej  PiS nie chce jednak odwoływać się do swoich  sukcesów i osiągnięć, a mówiąc wprost: ucieka z tego pola konfrontacji z opozycją. Nic dziwnego. Sejmowa debata budżetowa z 8 stycznia 2020 r. a zwłaszcza świetne wystąpienie Włodzimierza Czarzastego uzmysłowiła Kaczyńskiemu zapewne, że to pole jest dla nich przegrane. Obietnice wyborcze okazały się blefem, premier kraju zyskał przydomek wierutnego kłamcy, instytucje rządowe obrastać poczęły śliską, śmierdzącą warstwą korupcji, nepotyzmu, demoralizacji. Ostateczny cios zadał Kaczyńskiemu jego wierny sługa Marian Banaś okopując się wbrew, politycznym interesom PiS, w gabinecie Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Nie chce więc PiS rozmawiać z „suwerenem” w trakcie kampanii wyborczej o tym, dlaczego zamiast obiecanych 200 000 mieszkań komunalnych wybudowano niespełna 900, dlaczego kolejki do lekarzy specjalistów znacząco się wydłużyły, dlaczego skróceniu uległ statystyczny czas życia Polaka, dlaczego czas oczekiwania na wyrok sądowy zamiast obiecywanego skrócenia wydłużył się, dlaczego obszar nędzy w Polsce, pomimo gospodarczej prosperity, powiększa się dlaczego wreszcie we wszystkich przekazach rządzących dominuje kłamstwo i naigrywanie się z inteligencji rodaków. Nie chce PiS rozmawiać o wzroście cen, tym na dziś i tym na jutro, będących oczywistymi skutkami podwyżek cen energii elektrycznej. PiS, tak bardzo wrażliwy medialnie na śmierć pojedynczego człowieka nie chce rozmawiać o niepotrzebnych zgonach tysięcy Polaków na skutek wzrostu zanieczyszczenia powietrza, braków w dostępności do leków i procedur leczniczych w onkologii, o „naturalnej selekcji” w liczonych już w latach kolejkach do niektórych lekarzy specjalistów, samobójstw z przyczyn ekonomicznych.

Wszystkie te problemy Jarosław Kaczyński postanowił przykryć zagrożeniem najwyższych wartości. Zagrożeniem w ewidentny sposób wyimaginowanym, wirtualnym, medialnym – w żadnym razie rzeczywistym.

Za Kaczyńskim dzielnie kroczy Andrzej Duda, który w krytyce międzynarodowych środowisk prawniczych i uznanych w świecie prawniczych autorytetów PiS-owskiej „reformy” wymiaru sprawiedliwości, sprowadzającej do wzięcia pod polityczny but upatruje zamachu na ustrój i suwerenność Polski. Trudno o większą parodię. Wszak środowiska te, w tym Komisja Wenecka, wskazują na odchodzenie PiS-u od polskiej Konstytucji. W szarży na niezależność sędziów Prezydent polski nie przebiera w słowach. W ostatnim swoim wystąpieniu publicznym  grzmiał podniecony go granic wytrzymałości guzika u kołnierza koszuli o „potrzebie eliminacji ze środowiska sędziowskiego czarnych owiec, tych, którzy nie umieją zachować się uczciwie”. Oczywiście wzorcem prawniczej uczciwości jest sam doktor praw Andrzej Duda, który w pierwszych dniach swojej prezydentury wydał akt łaski osobie nieskazanej, po to, aby nie musiała stawać przed sądem i aby mogła objąć jedno z najważniejszych stanowisk w polskim rządzie. Z pewnością nie miał też Prezydent Duda na myśli tych „wybitnych prawników”, wiceministrów będących wzorem cnót uczciwego zachowania, którzy z Ministerstwa Sprawiedliwości uczynili hejterską centralę lub tych, którzy (prawdopodobnie) sfałszowali listy poparcia kandydatów do KRS. Spirala nienawiści, judzenia, szczucia się rozkręca. Minister Ziobro zamiast pierwszy, w imię transparentności władzy, pokazać publicznie listy poparcia do KRS, usiłuje uczynić z sędziego Juszczyszyna przestępcę, gdy ten wykonując czynności procesowe chce zapoznać się z osławionymi „listami Ziobry”.

Hasło obrony suwerenności ma dzisiaj postać obrony Polski przez międzynarodowymi standardami niezależności wymiaru sprawiedliwości. Czy ta nowa fala nienawiści wylewająca się z ust Kaczyńskiego, Ziobry, Dudy, Jakiego, Szydło i wielu innych PiS-owskich prominentów kiedyś opadnie? Obawiam się, że nie. Obawiam się, że wyzwoli ona naśladowców, wielokrotnie bardziej gorliwych i bezwzględnych. Dramat Prezydenta Adamowicza nikogo w PiS niczego nie nauczył. Jedyna nadzieja w tym, że Polacy, Naród, nie są tak głupi za jakich biorą ich PiS-owscy przywódcy i spindoktorzy.

30 lat temu

W dniach 27 – 30 stycznia 1990 r. w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki obradował kongres założycielski nowej partii lewicowej, wyłaniającej się z rozwiązanej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Miałem honor uczestniczyć w tym ważnym dla Polski wydarzeniu. Po długich dyskusjach przyjęliśmy nazwę Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP). Powołanie do życia SdRP i utworzenie struktur tej partii w całym kraju było niewątpliwie największym procesem transformacji ideowej polskiej lewicy w XX wieku. Procesem trudnym, długim, ale skutecznym. Z pewnością niezasługującym na zapomnienie. W naszej kulturze przyjęte jest celebrowanie okrągłych rocznic ważnych wydarzeń. To również nie powinno zostać zapomniane – tym bardziej, że następca i spadkobierca SdRP w zamieszczonym na swojej oficjalnej stronie internetowej dokumencie „Niezbędnik historyczny lewicy” nie zauważa w ogóle istnienia takiej formacji. Powstanie i losy SdRP stanowią źródło wielu różnych refleksji. Ponieważ wpis ten nie aspiruje do opracowania naukowego ograniczę się do zasygnalizowania kilku, moim zdaniem najważniejszych.
Stosunek do SdRP jest więc surowym, ale rzetelnym weryfikatorem wszelkiego rodzaju sloganów, deklaracji o polityce historycznej lewicy, o obronie osiągnięć Polski Ludowej i ludzi, których były dziełem. Prawica oraz postsolidarnościowa lewica szybko obłożyły nową partię swoistą anatemą, czyniąc z niej organizację ponoszącą odpowiedzialność za zbrodnie reżimu stalinowskiego i wszelkie zło okresu Polski Ludowej. Pomimo wielokrotnych publicznych przeprosin głoszonych w imieniu partii przez jej przewodniczącego Aleksandra Kwaśniewskiego, który nota bene przyszedł na świat po śmierci radzieckiego satrapy, szybko zdobyła popularność teza, że „SdRP mniej wolno”. Teza wygłoszona z trybuny sejmowej ochoczo podjęta została przez media dając sygnał, że owszem, mamy już demokrację, ale nie dla wszystkich. Skutki tego fatalnego błędu elit, które w 1989 r. przejęły odpowiedzialność za Polskę dramatycznie wręcz odczuwamy dzisiaj, kiedy z tej wyśnionej demokracji zostały już strzępy, kiedy demokracji pozbawiono jej jądra to jest woli większości jej obrony, kiedy pozbawiono demokrację jej istoty, to jest poszanowania dla mniejszość, kiedy zwulgaryzowano procedury demokratyczne do zasad: zwycięzca bierze wszystko i zwycięzcy nikt nie sądzi.
Wbrew utartemu przez mainstream poglądowi powstanie SdRP nie było aktem „przemalowania”. W istocie było finałem wewnątrzpartyjnych dyskusjach, jakie w PZPR toczyły się zawsze, w różnych formach, które, po tragicznych wydarzeniach 1970 roku, przybrały formę tak zwanych „poziomek”, czyli poziomych porozumień i spotkań dyskusyjnych organizacji partyjnych poza oficjalną pragmatyką. Spotkania i struktury poziome uaktywniły się w momencie zalegalizowania NSZZ „Solidarność”, które było oczywiście przełomowym wydarzeniem dla polskiej sceny politycznej. Jako przedstawiciel Komitetu Uczelnianego PZPR Politechniki Wrocławskiej uczestniczyłem w spotkaniach dwóch takich struktur: akademickiej i akademicko-przemysłowej. To były niezapomniane spotkania między innymi na SGH w Warszawie czy w Hucie Miedzi Głogów, spotkania otwarte dla wszystkich, przesiąknięte głęboką troską o Polskę. I trzeba jasno powiedzieć: idea podzielenia się władzą, zasada tyle socjalizmu ile akceptacji w demokratycznych wyborach wcale nie była dominującą. Tym większy szacunek należy się Mieczysławowi Rakowskiemu, który podjął się dzieła gruntownych reform systemu politycznego i gospodarczego Polski. To z tych ruchów poziomych wyłoniły się główne postaci Kongresu Założycielskiego SdRP.
Tylko niewielka część członków PZPR wstąpiła do nowej partii – z pewnością, z różnych względów, nie wszyscy ci, którzy popierali ustrojowe przemiany. Ale też wstąpienie było aktem indywidualnym, aktem deklaracji poparcia dla demokratycznych zmian i ustroju kraju. Do SdRP wstępowali też ludzie młodzi – pracownicy, studenci. Szybko we Wrocławiu powstała młodzieżowa organizacja: Socjaldemokratyczna Frakcja Młodych, która wnet stała się organizacją ogólnokrajową. Atmosfera tych pionierskich lat była wspaniała. Nikt nie liczył czasu ani wysiłku. Organizowaliśmy kampanie wyborcze, demonstracje – w tym pierwszomajowe, wydawaliśmy ulotki, broszury, gazetki. Rada Wojewódzka wydawała miesięcznik TAMA, który w nakładzie 3000 – 6000 egzemplarzy rozchodził się w województwie i poza nim. Młodzi wydawali swoją BIBUŁĘ. To właśnie ci ludzie przyjęli na siebie, „na klatę” wściekłe ataki postsolidarnościowych „zwycięzców”. Ataki bezpardonowe.
Dzisiaj, kiedy postsolidarnościowe elity doprowadziły do krytycznego kryzysu demokracji w Polsce, kiedy odradzają system autorytarny, członkowie-założyciele SdRP mogliby czuć się oszukanymi – przecież nie oto chodziło! Ale tak z pewnością nie jest. Demokracja w Polsce wymaga dzisiaj obrony i jestem pewien, że członkowie – założyciele stoją po właściwej stronie. Dlatego dzisiaj nie można w wiarygodny sposób kreować się na obrońcę dorobku Polski Ludowej bez docenienia wysiłków tych liderów PZPR, którzy do transformacji doprowadzili jak również wysiłku i poświęceń tysięcy ludzi polskiej lewicy, którzy nową, socjaldemokratyczną partię tworzyli.
Niedawna zaproponowałem w Internecie utworzenie Grupy „SdRP 001”, zrzeszającej członków-założycieli, noszących legitymacje o jednakowym numerze 001. O przyjęcie do grupy zaczęli wnosić również koledzy, którzy wprawdzie nie byli delegatami na Kongres, ale którzy czynnie angażowali się w tworzenie struktur nowej partii w 1990 r. Swoją prośbę o członkostwo grupy jeden z kolegów, wówczas młody student, dzisiaj uznany autorytet naukowy prośbę swoją uzasadnia tym, że jego zdaniem „SdRP była jedyną, prawdziwą organizacją lewicową lat 90-tych”. 30-ta rocznica utworzenia SdRP powinna być okazją nie tylko do przypomnienia samego Kongresu, ale i do przypomnienia tych trudnych, pionierskich dla nowej polskiej lewicy lat. Proponuję, aby Sojusz Lewicy Demokratycznej zorganizował w najbliższym możliwym terminie ogólnopolskie seminarium poświęcone powstaniu Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, by zaprosić na nie zarówno członków – założyciel partii, oraz tych, którzy w jej tworzenie czynnie się zaangażowali. Z pewnością nie będzie takie seminarium spotkaniem nostalgicznym. My, członkowie-założyciele SdRP zawsze patrzymy w przyszłość.

Bat, albo mordy w kubeł!

12 grudnia 2019 r. Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło swego rodzaju stan wojenny na terenie całego kraju. Wojnę wypowiedziano niezależnemu sądownictwu, a w ten sposób i całemu społeczeństwu. Już od dawna odbywały się różne harce, potyczki, mniejsze lub większe bitwy. Teraz jednak nastąpiła eskalacja, przejście na wyższy poziom, rozpoczęcie starcia decydującego i otwartej konfrontacji z Unią Europejską. Stało się tak za sprawą publikacji 12. grudnia 2019 r. projektu ustawy o zmianie ustawy „Prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw”. Trzeba głośno powiedzieć, że zamierzana ustawa jest aktem wobec stanu sędziowskiego na wskroś represyjnym. Ustawa sprowadzić ma polski system sądowniczy do organu administracyjnego posłusznie wykonującego polecenia władzy politycznej i wykonawczej, wsłuchany w oczekiwania i życzenia tej władzy. Wprowadzenie w życie zapisów projektu spowoduje odsianie sędziów niezależnych, wiernych misji wyznaczonej dla nich w Konstytucji a pozostawienie i nabór sędziów politycznie oddanych PiS oraz wszelkiej maści oportunistów, karierowiczów i koniunkturalistów. Jakość stanu sędziowskiego poleci na łeb na szyję.

Trudno znaleźć właściwe słowa, którymi należałoby opisać działania PiS. Nawet najcięższe przekleństwa, obelgi nie są w stanie oddać całej ohydy, podłości i szkodnictwa zarazem działań Prezydenta RP i politycznych władz PiS w ich walce z niezależnymi sądami. Gdy widzę i słyszę Andrzeja Dudę, który z wybałuszonymi oczami, nabrzmiały i zaczerwieniony od złych emocji obraża niezależnych polskich sędziów wskazując ich jako wrogów Narodu i zapowiadającego rozprawienie się z nimi, gdy czytam projekt wyżej wspomnianej ustawy – nie mam wątpliwości. To wojna bezpardonowa, w której władza brać jeńców nie będzie.

Dawno temu pisałem, że Prawo i Sprawiedliwość, wszczynając wojny na różnych frontach, znalazło się w klasycznej sytuacji „szyszki w rectum”. Poruszać można się tylko w jedna stronę, lecz efekty będą coraz dotkliwsze i coraz bardziej bolesne. Ale PiS nie ma wyjścia, nie może dopuścić do utraty władzy. Będzie jej bronił za wszelką cenę. Nie może dopuścić do rozliczeń gospodarczych i politycznych afer, których liczba tych poważniejszych dawno już przekroczyła 100, a złotówkowe wartości strat idą w miliardy. PiS nie może dopuścić do tego, aby obywatele mogli korzystać z prawa do wzruszania orzeczeń sądów wydanych przez dotknięte wadą prawną składy sędziowskie. Liczba takich spraw zbliża się do 100 tysięcy. Dlatego ujarzmienie, wzięcie pod but całego wymiaru sprawiedliwości od początku stało się głównym celem Nowogrodzkiej i przyległości.

Projekt wspomnianej ustawy jest szeroko komentowany przez prawników i polityków, więc ograniczę się tylko do dwóch jej wątków. Pierwszy to art. 107 projektu: „Art. 107. § 1. Sędzia odpowiada dyscyplinarnie za przewinienia służbowe (dyscyplinarne), w szczególności za: oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa, w tym odmowę stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z Konstytucją lub umową międzynarodową ratyfikowaną za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny;

Ten przepis ustanawia ni mniej, ni więcej tylko nadrzędność polskiego systemu prawnego nad systemem unijnym. Powoływanie się sędziów na orzeczenia TSUE staną się podstawą do wszczęcia wobec nich postępowania dyscyplinarnego, o ile w danej sprawie nie wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny. Trybunał, który – o czym pamiętać trzeba we dnie i w nocy – jest dzieckiem publicznego, zbiorowego i wielokrotnego gwałtu PiS na Konstytucji i na szeregu ustaw. Ten gwałt, to także gwałt na tych wszystkich Polakach, którzy w referendum zatwierdzili Akt Zasadniczy. To znamienne, że tak wrażliwe na postawy „suwerena” PiS wyciera sobie nos wynikami referendum w 1997 r., w którym prawie 54% Polaków biorących w nim udział powiedziało Konstytucji TAK.

Wspomniany przepis oraz szereg innych, rażąco sprzecznych nie tylko z unijnym prawe, ale idących pod prąd ostatniego orzeczenia TSUE w sprawie niezależności KRS to de facto otwarcie procedury wystąpienia Polski z Unii Europejskiej. Z pewnością Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zareaguje na uchwalenie takiego aktu prawnego, podobnie jak Komisja Europejska, odpowiedzialna za przestrzeganie przez państwa członkowskie postanowień traktatowych. Uczynnią tak nie przejęci miłością do Polski i Polaków, ale w obronie spójności całej Unii.  Należy jednak pamiętać, że Unia zrobi wiele dla obrony praworządności w Polsce, ale nie zrobi nic za nas, Polaków.

Chichotem historii jest to, że projekt ujrzał światło dzienne w przeddzień rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Stan wojenny był właśnie rozpaczliwą reakcją władz legalnego państwa na śmiertelne dla tego państwa zagrożenie. Najwyraźniej państwo a la PiS musi czuć się poważnie zagrożone. Uznano, że wirusy olsztyński i katowicki są dla tego państwa śmiertelne i wszelkimi sposobami należy powstrzymać ich rozprzestrzenianie się. Stąd ten projekt i dlatego, między innymi art. 9d o treści: „Przedmiotem obrad kolegium i samorządu sędziowskiego nie mogą być sprawy polityczne, w szczególności zakazane jest podejmowanie uchwał wyrażających wrogość wobec innych władz Rzeczypospolitej Polskiej i jej konstytucyjnych organów, a także krytykę podstawowych zasad ustroju Rzeczypospolitej Polskiej.” Na miłość Boską! – jak powiadają marksiści. Co dzisiaj nie jest sprawą polityczną, skoro za taką uznaje się zobowiązanie organu administracyjnego do przekazania sądowi ważnego dla toczącej się sprawy dokumentu, który w żaden sposób nie podlega ustawom o ochroni informacji niejawnych, czy o ochronie danych osobowych, dokumentu, o obowiązku ujawnienia którego  przesądził Najwyższy Sąd Administracyjny?! Za polityczne, „wyrażające wrogość wobec władz” i krytykę „podstaw ustrojowych” już uznano  zapytanie katowickiego sądu w sprawie prawidłowości powołania sędziów przez nową KRS! Zapis art. 9d jest groźny, gdyż zawiera sformułowania bardzo nieostre, rozciągliwe do granic wszechświata. Idealny bat w rękach polityków, tak zaprawionych w interpretacjach i nadinterpretacjach. Bat, albo mordy w kubeł!

Politycznie umeblowany Trybunał Konstytucyjny wespół z podobnie powołaną KRS, a szczególnie jej Izbą Dyscyplinarną działając pod kierunkiem i parasolem ministra sprawiedliwości, patrona rządowego hejtu w społecznościowych mediach wobec niepokornych sędziów będzie gwarantem niezależności i apolityczności polskiego sądownictwa. Arogancja, bezczelność, hipokryzja władzy wielokrotnie przerosła Himalaje.

Nadchodzi kolejny czas próby dla stanu sędziowskiego i dla obywatelskiego społeczeństwa. Ale też czas próby dla demokratycznej opozycji. Dyskredytowanie represyjnej wobec sędziów ustawy, będącej jawnym zamachem na niezależność sędziowskiego stanu to za mało. Za mało też zwracania się do Unii Europejskiej o pomoc. Potrzebna jest nie tylko jasna alternatywa dla pisowskiego państwa. Równie ważne jest wskazanie drogi i sposobów wydobycia Polski z tego szamba, w które po pachy wepchnął nas PiS. Doskonałą ku temu sposobnością będzie prezydencka kampania wyborcza. Oczekuję, że właśnie na wydobyciu Polski z tego głębokiego kryzysu ustrojowego, politycznego i społecznego skupią się kandydaci na prezydenta z lewicy, PO czy PSL. Dla mnie będzie to dzisiaj jedno z podstawowych kryteriów przy podejmowaniu wyborczej decyzji w przyszłym roku. Naprawianiu polskiego systemu sądownictwa po wandalizmie pisowskim zacząć należy od odrodzenia sędziowskiego samorządu. Ale nie tylko o samorząd sędziowski chodzi. Odrodzenie, umocnienie samorządności powinno być jednym z głównych elementów demokratycznej alternatywy dla całego państwa a la PiS. Nową Polskę oprzeć należy na samorządach właśnie: na samorządach terytorialnych, zawodowych, gospodarczych. Samorządność morze być rodzajem odtrutki na pisowski jad, który poraża państwo. Mamy tylko cztery lata na przygotowanie takiej alternatywy.

Smutna historia pewnego orła

Logo Najwyższej Izby Kontroli jest dzisiaj powszechnie znane, ale na potrzeby tego wpisu przypomnę je. Wygląda ono tak:

 

Jego historia jest następująca. Gdzieś, chyba w 1997, wystąpiłem na posiedzeniu Kierownictwa NIK z propozycją sporządzenia jakiegoś logo naszej instytucji, którym znaczyć będziemy wszystkie dokumenty i wydawnictwa niewymagające oficjalnego godła państwowego i które będzie znakiem rozpoznawczym Izby. Prezes Wojciechowski bez entuzjazmu, ale  na tą propozycję przystał, powierzając mi doprowadzenie sprawy do końca. O sporządzenie kilku wariantów logo zwróciłem się do znanego warszawskiego grafika, specjalizującego się w tych formach graficznych. Po kilku miesiącach wylądowały na moim biurku trzy propozycje, z których ta powyżej najbardziej przypadła mi do gustu. Zapytałem jednak autora skąd pomysł na zawijasy. Odpowiedź artysty była znamienna:

– Te zawijasy mają nawiązywać do grafiki przedwojennych obligacji skarbowych i bankowych. Grafika taka miała na celu utwierdzać ich posiadacza, nabywcę o wiarygodności emitenta, stanowiła niejako graficzny symbol tej wiarygodności. A cóż Panie Prezesie jest najważniejsze dla instytucji, którą Pan reprezentuje? Właśnie wiarygodność.

Kierownictwu NIK przedstawiłem wersje logo ze zdecydowanym wskazaniem na ten właśnie wariant.  Używanie logo było z początku ograniczone, ale bardzo szybko rozprzestrzeniło się na wszystkie aspekty działania Izby: od oficjalnych dokumentów przez wydawnictwa do materiałów promocyjnych.  Ten znak graficzny jest ważny nie tylko dla zewnętrznych odbiorców NIK-owskich materiałów. Codziennie przypomina on również wszystkim pracownikom NIK o ich powinności strzeżenia tej wartości, jaką jest wiarygodność.

Dlatego trafia mnie wszystko, co może mnie trafić, gdy w mediach oglądam zdjęcia jak to:

Spodziewałem się

Mój wpis na blogu „Sepuku” (z japońskiego nigdy nie byłem dobry) spotkał się z reakcją w postaci artykułu Zygmunta Tasjera „Harakiri z tym seppuku” w dzisiejszej Trybunie. I bardzo dobrze – spodziewałem się tego.  W końcu artykuły są po to, aby wywoływały dyskusję. Z tym jednak związana jest szczególna historia. Wpis „Sepuku” popełniłem 20.listopada. Wpis na blogu jest zawsze bardziej osobisty i emocjonalny niż regularny artykuł publicystyczny w gazecie. Tak się utarło, że dziennik „Trybuna” przedrukowuje niektóre moje wpisy. Nie mam nic przeciwko, gdyż w końcu to coś takiego jak internetowe „udostępnianie”, tym bardziej, że z racji moich publikacji w „Trybunie” nie pobieram żadnych wynagrodzeń.

W przypadku „Sepuku” było jednak inaczej. Doszedłem otóż do wniosku, że jest to wpis nazbyt osobisty i emocjonalny jak na  publikację gazetową, toteż uzgodniłem z naczelnym, że nie będą go zamieszczać. W zamian przesłałem  inny artykuł na ten sam temat: „Przed Konwencją SLD”, który opublikowany został przez dziennik. Był to artykuł mniej emocjonalny, a przede wszystkim pogłębiony o kwestię amerykanizacji polskiego życia politycznego na przykładzie przemian jakie przechodzi SLD. Ta amerykanizacja ma się w Polsce bardzo dobrze. Jej przejawem jest komercjalizacja kampanii wyborczych, a ostatnio, za przykładem USA, próby ogłupiania wyborców narzędziami informatycznymi rodem z Ameryki. Teraz stajemy przed nową dla nas, a starą w USA formułą partii politycznych, która sprowadza się po pierwsze petryfikowania aktualnego system społeczno-gospodarczy, po drugie zaś do uczynienia z wyborów systemu reelekcji, a w wielu przypadkach dziedziczności mandatów parlamentarnych. Jakież było moje zdziwienie, gdy w następnym numerze „Trybuny” ukazał się jednak mój wpis „Sepuku”. Widocznie redakcja przeżywała kryzys materiałów i musiała czymś wypełnić łamy.

Tak czy inaczej w dzisiejszej „Trybunie” Z. Tasjer usiłuje pryncypialnie „przejechać się z góry na dół” właśnie po tym wpisie analizując każdy niemal jego akapit. Niemal, gdyż pominął kilka bardzo istotnych tematów. Nie zamierzam polemizować z każdym akapitem artykułu Z.Tasjera, chociaż gotowy jestem do takiej szczegółowej debaty.  Do kilku kwestii trudno mi się jednak nie odnieść  a zwłaszcza do najważniejszej konstatacji Z.Tasjera pomieszczonej na samym końcu. Swój komentarz do artykułu „Harakiri z tym seppuku” zamieściłem w elektronicznym wydaniu „Trybuny”. Ponieważ jednak nie wszyscy czytelnicy „Trybuny” sięgają tą wersję elektroniczną dziennika, treść mojego komentarza zamieszczam poniżej:

„Jacek Uczkiewicz pisze:

4 grudnia 2019 o 13:18

  1. Nie wdając się w szczegóły zacznę od końca, od sprawy dla mnie i – jak się okazuje – dla autora artykułu najważniejszej. Choć oceny mamy różne. Właśnie prowadzenie partii „w nieznane”, czego autor nie kwestionuje, ja uważam za najprostszą drogę do zbiorowego hara-kiri, czy też seppuku polskiej lewicy.
    2. W pełni podtrzymuję swoją tezę, że obecny stan (określę go jako stan terminalny) SLD jest rezultatem wielu lat kierowania partią w sposób, w którym tzw. pragmatyzm polityczny całkowicie przesłonił wartości ideowe. Służę konkretnymi przykładami mojej tezy, że pragmatyzm polityczny, który nie służy realizacji idei prowadzi do politycznego oszustwa. Ktoś kiedyś przejmował odpowiedzialność za partię na różnych szczeblach. Obecny stan SLD obciąża przede wszystkim kierownictwa tej partii. I właśnie z historii SLD wyciągać należy wnioski na przyszłość polskiej lewicy, aby prowadzić partię dokądś.
    3. Tak, program „Polska jutra” jest dobry… – na jutro. Ale nie wychodzi naprzeciw najpoważniejszym wyzwaniom, jakie dla człowieka niesie współczesność. Nie jest programem strategicznym, nie prezentuje lewicowej wizji państwa pojutrza, a w związku z tym nie ma szans na akceptację „lewoskrętnej” młodzieży. Bardzo ważne treści obyczajowe, społeczne i ekologiczne nie są wystarczające, zwłaszcza gdy nie są powiązane z wizją gospodarki.
    4. Sugestie, że nie lubię Czarzastego są nieuprawnione i nie na miejscu. Autor próbuje otworzyć nową, personalną płaszczyznę dyskusji. Osobiste uczucia są tu zresztą bez znaczenia. Od kilku lat obserwuję natomiast, i daję temu wyraz, że idea likwidacji SLD przesłoniła inne obszary myślenia i działania Przewodniczącego. Wyraźnie piszę: „likwidacji” a nie przekształcenia.
    5. Na koniec. Wiele swoich publikacji poświęciłem konkretnym, konstruktywnym w moim odczuciu propozycjom dla SLD i polskiej lewicy. Odsyłam autora do nich.

I co? – I psińco.

Cała Polska ekscytowana była przez media problemem: – Premier przeczytał już raport CBA dotyczący Prezesa NIK, czy jeszcze nie, a jeżeli nie, to kiedy zasiądzie do lektury. Premier złożył obietnicę, że uczyni znajdzie czas na lekturę tego dokumentu w miniony weekend i być może, jak powiedział,  po tej lekturze „zadzwoni do Banasia”. Oczywiście, jak zwykle słowa nie dotrzymał, w poniedziałek okazało się, że Premier miał na głowie inne, bardzo ważne sprawy i do raportu CBA nie sięgnął, więc opinia publiczna w napięciu czekała kiedy to nastąpi. Nareszcie ulga! Nastąpiło! W minioną środę. I co? – I psińco.

Cała ta sprawa z Banasiem, premierem – jego byłym zwierzchnikiem, Jarosławem Kaczyńskim i PiS to jedna wielka hucpa, to bezczelne naigrywanie się ze społeczeństwa, niestety wspierane niekompetencją mediów. Całe to powołanie tej właśnie osoby, w takim, a nie innym trybie było jedną, wielką manifestacją arogancji PiS-owskiej władzy, przekonania o swojej bezkarności. W sumie osoba samego Mariana Banasia nie jest tu najważniejsza. PiS wyrządził olbrzymią szkodę polskiemu państwu, obywatelom i szkodę jednej za najbardziej społecznie zaufanych instytucji – Najwyższej Izbie Kontroli

Pytanie zasadnicze: co Premier ma do raportu w sprawie Prezesa NIK? Otóż nie ma nic. Jeżeli ktoś miałby czytać raport i ogłaszać opinii publicznej wyciągnięte z niego wnioski w stosunku do Prezesa NIK, to jedynie Marszałek Sejmu i Prezydent. Ale Premier? Premier powinien oczywiście zapoznać się z raportem, ale nie pod kątem afery Banasia, ale pod kątem skandalicznego działania podległych Premierowi służb: CBA i ABW i Ministerstwa Finansów. To powinno Premiera interesować od samego początku. Jeżeli nie miał czasu, gdyż zajęty był podróżowaniem po kraju i opowiadaniem głupot w trakcie kampanii wyborczej do parlamentu, to przecież od takich spraw ma swój gabinet. Szef tego gabinetu powinien z takim materiałem się zapoznać i bezzwłocznie zreferować go Premierowi wraz z wnioskami. Sprawa jest ewidentna: PiS celowo opóźniał zajęcie się aferą Banasia, by nie psuć sobie kampanii wyborczej.

Premier winny jest opinii publicznej odpowiedzi na pytania: – jak to się stało, że pomimo od roku prowadzonego przez CBA badania oświadczenia majątkowego M.Banasia został on powołany na stanowisko najpierw Ministra Finansów a potem Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Premier winien również odpowiedzieć jak ocenia działalność ABW, która bez mrugnięcia okiem wydawała certyfikaty dostępu do najwyżej kwalifikowanych tajemnic państwowych osobie tak eksponowanej na potencjalny szantaż ze strony świata przestępczego i obcych wywiadów. Nic takiego nie nastąpiło i dziwnie nikt – posłowie opozycji, niezależne media – tego od Premiera nie wymaga.

Przez media mignęła dosłownie informacja, że osobny i obszerny raport w sprawie przepływów finansowych pomiędzy M.Banasiem a jego wspólnikami z krakowskiego półświatka sporządził i przekazał komu trzeba Generalny Inspektor Informacji Finansowej, urzędnik kompetentny w kwestiach badania podejrzanych operacji finansowych i prania pieniędzy. Dlaczego nikt o opublikowanie tego raportu się nie upomina? Czy Premier też go przczytał?

Premier miesiącami nie miał czasu na przyjrzenie się działalności CBA w tej jednaj z największych polskich afer. Dziwnym zupełnie trafem uczynił to po tym, jak PiS-owska marszałka Sejmu powołała dwóch wiceprezesów NIK na wniosek rzeczonego Banasia. Zbieg okoliczności? Wątpię. Powołanie tych wiceprezesów jest wymownym wydarzeniem. Od 1995 r., od wejścia w życie nowej ustawy o NIK zmieniającej charakter tej instytucji na właściwy państwu demokratycznemu, każdy z prezesów Izby kierował się przy powoływaniu swoich zastępców, z którymi tworzy Kierownictwo NIK, praktyką konsultowania swoich decyzji z klubami poselskimi. Ta bez wątpienia dobra praktyka, w połączeniu z ustawową zasadą kolegialnego charakteru działalności NIK zapewniać miała obiektywizm i niezależność Izby. Tak było przez 24 lata do minionej środy, kiedy to Pani Witek powołała kolejnych wiceprezesów – wszystkich będących politykami Prawa i Sprawiedliwości. NIK został wzięty. Dopiero po tym fakcie „Premier doczytał” a Prezes wezwał Prezesa na dywanik i wyraził oczekiwanie na jego dymisję. Jawna kpina.

Wszyscy żyją teraz w napięciu oczekując na decyzję Banasia: – poda się do dymisji, czy nie?  Groźby usunięcia Banasia z urzędu drogą nowelizacji ustawy są śmieszne. Sejm mógł bez specjalnych międzynarodowych konsekwencji uchwalać ustawy działające z mocą wsteczną w latach dziewięćdziesiątych. Ale teraz, kiedy Polska jest (jeszcze) częścią europejskiego systemu prawnego, uchwalanie prawa działającego wstecz może okazać się nieskuteczne.

Senat pręży muskuły, wzywa Banasia przed swoją komisję, ale nie będzie też mógł nic zrobić – może poza uchwaleniem jakiejś rezolucji czy apelu.

Prezes Banaś może natomiast złożyć rezygnację w dwóch przypadkach. Po pierwsze wówczas, gdy jego polityczni mocodawcy, którzy jeszcze nie tak dawno piali nad jego „krystaliczną uczciwością” zapewnią mu nietykalność. Czyli ustąpienie w zamian za ukręcenie aferze jego imienia łba. Ta opcja jest według mnie najbardziej realna. PiS nie może sobie pozwolić na smród roztaczany przez tą aferę u progu kampanii wyboru Prezydenta RP. Ustąpienie Banasia będzie sprzedawane jako kolejny wielki sukces Kaczyńskiego, który zażądał dymisji i ją otrzymał. Ma to przykryć pytanie o szerokie grono osób, które dopuściło do tej afery. Dlatego opozycja sejmowa powinna domagać się „do upadłego” powołania komisji śledczej d.s. afery Mariana Banasia i domagać się przewodnictwa tej komisji, jako że afera dotyczy najwyższych osób w państwie rządzonym od czterech lat przez PiS i instytucji najważniejszych dla ścigania przestępstw, kierowanych przez pisowskich nominatów.

Prezes Banaś, widząc jak długo rozpatrywane były przez wymiar sprawiedliwości o niebo mniejszego kalibru sprawy swojego poprzednika, może iść „w zaparte”. Mało tego – z odpierania ataków na swoją osobę może próbować czynić dowód swojej od polityków niezależności. W takim przypadku jedynym ratunkiem dla Najwyższej Izby Kontroli i dla kraju jest totalny bojkot Pana Mariana Banasia przez media, polityków, a nawet przez pracowników Izby. Sprawa jest ekstraordynaryjna. Namawianie pracowników NIK do bojkotu swojego szefa jest czymś niebywałym. Ale afera Banasia najbardziej odbije się właśnie na Izbie, na jej autorytecie i skuteczności. Dlatego z racji  współodpowiedzialności za Izbę powinni oni włączyć się do dzieła ratowania NIK. A straty wizerunkowe są ogromne.

SEPUKU

Jesteśmy świadkami osobliwego wydarzenia. Partia polityczna, uważająca się za lewicową, popełnia otóż publicznie zbiorowe samobójstwo i to niemal nazajutrz po ogłoszeniu swojego triumfu w wyborach parlamentarnych. Jest to moment osobliwy, historyczny, godny uwagi i odnotowania. A nade wszystko godny analizy i wniosków.

Uczestniczyłem niedawno – trochę z przypadku – w obradach dolnośląskiej  Rady Wojewódzkiej SLD. Członkowie RW, przewodniczący rad powiatowych wysłuchali informacji Sekretarza Generalnego SLD o przygotowaniach partii do przekształcenia się w nowy byt polityczny. Determinanty tego przekształcenia są dla kierownictwa SLD dwa: przeprowadzić je w ten sposób, aby nie stracić budżetowej dotacji, jaką SLD uzyskał z racji wyniku wyborczego oraz tak, aby nowa partia powstała z przekształconego w ten sposób Sojuszu była do zaakceptowania przez partię Biedronia „Wiosna”. Na pytanie „po co?” odpowiedz jest jedna, powtarzana od jakiegoś czasu jak mantra przez kierownictwo SLD i nowo wybranych posłów: „po to, aby za cztery lata, lub wcześniej, rządzić lub współrządzić krajem”. Przyznam, że oczekiwałem uzasadnienia w rodzaju: „chcemy rządzić, aby realizować nasz program, naszą, lewicową wizję państwa, społeczeństwa i gospodarki”. Tymczasem dokument KW SLD „Polska jutra” jest, jak zaznaczają to sami autorzy, zbiorem postulatów. Trzeba powiedzieć postulatów z reguły słusznych i oczekiwanych, ale w sumie doraźnych. Są to postulaty na dziś i jutro. Autorzy w żaden sposób nie udowadniają, że potrafią myśleć strategicznie, że potrafią nie tylko trafnie zidentyfikować zagrożenia i wyzwania jakie stają przed Polską i Polakami, ale i znaleźć na nie skuteczne remedium. Ani słowem autorzy nie zająknęli się na kluczowy temat: „Polska w świecie jutra, Polska na arenie międzynarodowej”. Dokument ten nie wyczerpuje więc znamion programu partii pretendującej do rządzenia, a więc do wzięcia odpowiedzialności za państwo. Żądza rządzenia jest jednak przeogromna i hasło „będziemy rządzić” ma w zamyśle autorów być najwyraźniej główną atrakcją nowej partii.

Polityka kierownictwa SLD jest bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącego SdRP, który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Wydawać by się mogło, że po tylu kolejnych wyborczych doświadczeniach SdRP a później SLD jednoznacznie wskazujących, że hołdowanie zasadom wyborczego pragmatyzmu prowadzi wprawdzie do chwilowych sukcesów, po których następują jednak bardzo bolesne i co raz boleśniejsze upadki, zwycięży w SLD opcja szukania siły politycznej w trwałym politycznym zapleczu związanym z atrakcyjną dla tego zaplecza wizją przyszłości społeczeństwa i państwa. Nic z tego. Sprawy idą w odwrotnym kierunku. Kultywowanie przez lata dojutrkowego pragmatyzmu doprowadziło do chemicznego wyprania SLD z poszukiwań koncepcyjnych, z wewnętrznej, permanentnej a nie doraźnej dyskusji programowej.

Tragiczne skutki tej polityki dały o sobie znać w całej pełni na wspomnianym zebraniu dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD. Zebranemu aktywowi przedstawiono następujący scenariusz. SLD zmieni swój statut, w tym swoją nazwę (co jeszcze w tym statucie – nie wiadomo) tak, aby możliwe dla „Wiosny” stało się dołączenie do tego nowego bytu politycznego. Ustalono już, że w nowej partii będzie dwóch współprzewodniczących i podobną strukturę zalecono na szczeblach niższych. Okazało się, że z nazwą nowej partii jest pewien kłopot, gdyż nazwa „Lewica” zostało już przez kogoś zastrzeżone, ale, jak powiedział obecny i prawdopodobnie przyszły Sekretarz Generalny, „jakoś sobie z tym poradzimy”. Charakterystyczna była odpowiedz Sekretarza Generalnego na pytanie „co z członkostwem i legitymacjami SLD”. Zdaniem M.Kulaska zostanie zachowana ciągłość członkostwa, nie będzie potrzeby formalnego wstępowania do nowej partii. A legitymacje? – a po co nam nowe legitymacje? -po co wydawać pieniądze na drukowanie kolejnych plastików? – pytał retorycznie sekretarz generalny SLD. Bez echa pozostało wystąpienie jednego z działaczy sygnalizującemu, że należy liczyć się z odejściami z partii – mimo tego, że wsparł go komentarz z sali „- już odchodzą”.

Zanosi się więc na nową partię, której deklaracja ideowo-programowa jest nieznana i nie jest przedmiotem konsultacji, partii, na którą reakcja zarówno członków SLD jak i „Wiosny” jest nierozpoznana. Tymczasem wrocławskie powyborcze doświadczenia współpracy SLD z „Wiosną” niewiele mają wspólnego z atmosferą miłości roztaczaną w mediach przez szefów tych partii w Warszawie.

Zanosi się również na to, że członkostwo w nowej partii nie będzie ewidencjonowane. Partię tworzyć więc będzie jakoś tam uformowany aktyw, działający w chmurze mniej lub bardziej zidentyfikowanych partyzantów. Mówiąc krótko tworzony jest nowy byt polityczny, nad którym unosi się chmara poważnych znaków zapytania.

Największym dramatem dolnośląskiego zebrania rady wojewódzkiej SLD było moim zdaniem wystąpienie jej przewodniczącego – dzisiaj już posła na Sejm. Marek Dyduch dziękując po wielokroć aktywowi SLD za kampanię wyborczą stwierdził w pewnym momencie coś takiego: „Musimy dokonać przekształcenia partii, wpuścić młodych i oddać im władzę. Czas nam na polityczną emeryturę. Ja sam zamierzam zrezygnować z funkcji przewodniczącego rady wojewódzkiej”. To wystąpienie zasługuje na szerszy komentarz.

Na całym świecie wiek 60 lat jest dla polityka wiekiem złotym, wiekiem jego pełnej dojrzałości i odpowiedzialności. Oczywiście polityk może czuć się wewnętrznie wypalony ideowo i programowo. Ale wypalony polityk zazwyczaj po cichu usuwa się z życia politycznego, a nie czyni ze swojej ideowej i programowej impotencji przepustki do uczestniczenia w tym życiu. A już z pewnością nie powinien swoją niemocą zarażać innych i ciągnąć ich za sobą. Dyduch najpierw podziękował za kampanię wyborczą aby w kolejnych słowach powiedzieć ni mniej ni więcej tylko „spadajmy, pora na nas”. Zapewne nie zdawał sobie sprawy, że takie działanie to odbieranie praw ludziom z racji ich wieku, to ageism w czystej postaci – dyskryminacja, która z zasady obca powinna być demokratycznej partii lewicowej.

Rzecz jednak w tym, że poseł Dyduch kreśląc „świetlaną” przyszłość partii nie świecił własnym światłem. Dokładnie takie same opinie i hasła słyszę od kilku ładnych lat z ust Przewodniczącego SLD Włodzimierz Czarzastego. Po raz pierwszy usłyszałem dosłownie te same sformułowania ponad 3 lata temu, też we Wrocławiu, kiedy to Czarzasty zapowiadał odmłodzenie partii i konieczność uwolnienia jej z balastu „starego aktywu”. Obecna sytuacja Sojuszu jest efektem wieloletniego, konsekwentnego działania Włodzimierza Czarzastego, z determinacją zmierzającego do zamknięcia karty pod tytułem SLD. To wszystko dzieje się w 30-tą rocznicę utworzenia Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Od samego początku wewnątrz tej partii obecny był wątek   ucieczki od przeszłości. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj świadkami jesteśmy aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się „na szczęście” pod ręką nowy, dosyć przypadkowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.

W minionej kampanii wyborczej Czarzasty rolę SLD sprowadził do roli techniczno- organizacyjnej. SLD wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym „Lewicy” przekazując je „Wiośnie”. Co dzieje się po wyborach? Na najważniejszą, najbardziej eksponowaną funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”. Przewodniczący klubu parlamentarnego to na scenie politycznej osoba dużo bardziej znacząca niż wicemarszałek Sejmu. Ten bowiem, z racji funkcji w Prezydium Sejmu ma z urzędu stępione ostrze polemiki politycznej. Nie koniec na tym. Znamiennie ukształtowano Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski.  To hasło łączenia młodości z doświadczeniem w realu. Już tylko wisienką na torcie jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą. SLD oddało przywództwo polityczne w klubie parlamentarnym a przed „frakcją” SLD trudne czasy. Jej jedność wystawiana będzie na próbę z jednej strony przez proces „przekształceniowy” SLD a z drugiej przez jasną, lewicowo bardzo wartościową postawę Zandberga, polityka o charyzmie zdecydowanie górującej zarówno nad Czarzastym jak i Śmieszkiem czy Gawkowskim.

SLD zniknie – to rzecz przesądzona. Nie mogę jednak zgodzić się z tezą, że dzieje się tak za sprawą wieku i „nieprawego” pochodzenia jego aktywu. Dzieje się tak, gdyż od wielu kadencji kierownictwa SLD nie były w stanie wypracować formuły nowoczesnej partii lewicowej, nie potrafiły zaszczepić młodym Polakom lewicowych idei, skupiając się na politycznym, doraźnym pragmatyzmie. Włodzimierz Czarzasty postanowił dokończyć ten proces agonii SLD, a przez to i jego poprzedniczki SdRP. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy. Zasługujący może na jakiś medal „Za zasługi w dekomunizacji”, lub „Za zasługi w walce z postkomunizmem”?

Dokonując przekształceń SLD nie idzie, jak 30 lat temu PZPR do konkretnego celu, konkretnej wizji nowej partii. Czarzasty prowadzi SLD w nieznane. Ważne jest, że kapsuła z wąską, starannie dobraną załogą na minimum cztery lata zapewniła sobie polityczną egzystencję. Dla ludzi mojego pokroju, zwłaszcza dla tych z legitymacją SdRP nr 001 sytuacja jest jednak trudna. Czy godzić się z upokarzającą rolą członka partii „drugiego sortu”, rolą zbędnego balastu, czy też honorowo samemu opuścić tą łódź? Póki co członkom SLD dedykuję wstępniak do noworocznego wydania „TAMY”, gazety wrocławskiej SdRP z grudnia 1991r:

Noworoczna przypowieść o odrzutowcach, Ewangelii i socjalizmie.

Jakże doskonałym urządzeniem jest nowoczesny odrzutowiec pasażerski. Jest on najszybszym i najbezpieczniejszym środkiem masowej komunikacji. Nie tylko z racji swojej wspaniałej konstrukcji, silnikom, komputerom, ale również dzięki lotniskom, urządzeniom radiolokacyjnym, naziemnej i satelitarnej kontroli lotów, dzięki całemu systemowi w którym współpracuje najnowocześniejszy sprzęt z dziesiątkami tysięcy wykwalifikowanych ludzi. Co to ma wspólnego z Ewangelią i socjalizmem? W Ewangelii zawarte są nauki Jezusa, ten zaś, jak wiadomo, nauczał przez analogie.

Jak to więc było z tymi odrzutowcami? Przecież nie od razu stały się one tak doskonałe. Początki dzisiejszych samolotów to nieporadne konstrukcje maniaków opętanych bezbożną ideą zbudowania latających maszyn cięższych od powietrza. Budowali swoje pokraczne urządzenia, rujnowali się majątkowo, ginęli. Narażali się na śmiech i drwiny maluczkich, którzy ich działania uznawali za poważenie się na prawa naturalne i boskie.

Realny socjalizm był też taką nieporadną próbą poważenia się na naturalne – wydawało się niewzruszalne, boskie wręcz prawa ekonomiczne. Nie wiem, czy bardziej odpowiada on tej śmiesznej konstrukcji, w której pilot machał drewnianymi skrzydłami naśladując lot kaczki, czy wielopłatom napędzanym siłą mięśni, którym nie dane było zaznać swobodnego lotu. Najpewniej były czymś na kształt owej machiny uwiecznionej na archiwalnych filmach, która wzbiła się w powietrze, przeleciała kilkadziesiąt metrów i rozbiła się w drobny mak.

 Jedno jest oczywiste. Bez tych konstruktorów-szaleńców, bez ich wiary w słuszność swojego rozumowania, bez ich śmiesznych dzisiaj konstrukcji, bez ich ofiar – nie było by współczesnego lotnictwa. Tak samo bez realnego socjalizmu, bez PRL-u, nie będzie na świecie ustroju społecznej sprawiedliwości. A przecież taki ustrój będzie. Nowy, lepszy samolot wzbije się w przestworza! Nieprawdaż?

A więc do dzieła – konstruktorzy idealiści, naiwniacy, marzyciele. Nasza jest przyszłość!

 

Zwyczajne draństwo

Poważni politolodzy i publicyści podnoszą ostatnio tą kwestię, że budowanie przez opozycję swojej pozycji na krytyce PiS jest niecelowe, niewłaściwe i nieskuteczne, gdyż PiS pozyskało sobie znaczą część elektoratu i zdobyło tych, którzy uznali się za poszkodowanych w wyniku transformacji ustrojowej.  Nie zamierzam odmawiać zasług PIS w tym, że skutecznie odwołał się do tej części społeczeństwa, która w imię apoteozy wolnego rynku i indywidualnej przedsiębiorczości odsunięta została na margines przez elity przejmujące w 1989 r. odpowiedzialność za Polskę i jej przyszłość. Mam jednakże ogromne wątpliwości, czy ten polityczny manewr wynikał rzeczywiście z głębokich przesłanek ideowych liderów prawicy. Poważnie skłaniam się ku temu, że odwołanie się do tzw. „suwerena”, rzucenie hasła „wstawania z kolan” było wynikiem chłodnej analizy i cynicznej kalkulacji, mającej swoje pierwociny w amerykańskich doświadczeniach z Fox News, Cambridge Analytica i służyło jedynie zdobyciu i utrzymaniu władzy. Tak czy inaczej niegodziwość pisowską i draństwo należy pokazywać i opisywać. Dla potomności choćby.

Oto historia prawdziwa. Nazwa instytucji, stanowiska bohaterów i ich imiona zostały z oczywistych względów (co za czasy!) zmienione. Rzecz działa się w ważnej instytucji publicznej o nazwie, dajmy na to „Agencja”, a jej bohaterem był urzędnik o imieniu Antoni. Antoni pracuje w Agencji od ponad 20 lat – trafił do niej bezpośrednio po studiach. Przechodząc kolejne szczeble zawodowej kariery, w swoim czasie uzyskał status urzędnika Służby Cywilnej i w momencie przejęcia przez PiS władzy w 2015 r. zajmował stanowisko zastępcy kierownika oddziału. Przystępując do totalnej czystki w Agencji PiS wymieniło całe jej kierownictwo. Natrafiło jednak na problem statusu służbowego Antoniego, toteż nowe, słuszne już kierownictwo usilnie zaczęło namawiać go do zrzeczenia się statusu urzędnika SC. Antoni pozostał jednak przy swoim, nie dał się namówić. Efekt był taki, że z tytułu „zmian organizacyjnych” przeniesiono go, z zachowaniem warunków płacowych, do innej komórki organizacyjnej, na niższe oczywiście stanowisko. W Agencji urzędnicy przechodzą okresowe oceny swojej pracy, dokonywane przez ich przełożonych. Antoni również poddany został takiej ocenie przez swojego nowego zwierzchnika – z pisowskiego nota bene nadania, ale fachowca, doświadczonego pracownika Agencji. Otrzymał ocenę najwyższą z możliwych. Problemy zaczęły się w momencie odejścia tego zwierzchnika na emeryturę.

Pewnego dnia Antoni „zaszczycony” został wizytą w swoim skromnym pomieszczeniu samego, najwyższego Naczelnika. Ten, nie owijając sprawy w bawełnę, zaproponował Antoniemu, aby ten – uwaga! – ni mniej, ni więcej tylko wyraził dobrowolną zgodę na obniżenie mu jego oceny okresowej o jeden stopień.  Okazało się bowiem otóż, że ta najwyższa ocena była jego trzecią najwyższą oceną z rzędu. Zgodnie natomiast z pragmatyką urzędniczą uzyskanie takiej oceny MUSI skutkować służbowym awansem – w tym przypadku na stanowisko kierownicze. PiS jednak nie może w żaden sposób dopuścić do awansowania urzędników powołanych przez z gruntu niesłuszne i nieczyste siły. Ponadto awansując Antoniego musieli by wcześniej jakieś stanowisko kierownicze oczyścić z zajmującego go pisowskiego nominata. Pan Naczelnik, najwidoczniej dbając o swoją reputację w pisowskiej para-mafijnej strukturze zdecydował się na jawny, ordynarny szantaż. Dał Antoniemu wyraźnie do zrozumienia, że nieprzyjęcie jego oferty skutkować będzie totalnym uprzykrzeniem mu pracy, niekończącymi się kontrolami, które zawsze przynieść mogą jakiś skutek i w efekcie zwolnienie dyscyplinarne z utratą wszystkich przywilejów wynikających ze statusu urzędnika Służby Cywilnej.

Antoni mając na utrzymaniu liczną rodzinę był bez wyjścia i temu szantażowi uległ. Dobrowolnie zgodził się na obniżenie mu oceny jego wieloletniej pracy.

Ilu takich Antonich jest w Polsce? Ilu złamano charaktery, kariery?  W imię czego? W imię czego?

Macierewicz wraca

Bez większego zainteresowania oczekuję wystąpienia Marszałka – Seniora otwierającego pierwsze posiedzenie nowo wybranego Sejmu. Wiem mniej więcej co powie.

Większość komentatorów powiela tezę, że powierzenie Macierewiczowi godności Marszałka Seniora jest symbolicznym odstawieniem tego polityka na boczny tor. Nie podzielam tych opinii. Macierewicz nie raz już pokazał, że na boczny tor odstawić się nie da. I tak będzie i w tym przypadku – wykorzysta tą okazję do swojej nowej gry.

Pytanie tylko, czy rzeczywiście swojej. Mam w pamięci wystąpienie jego poprzednika: Konrada Morawieckiego w roli Marszałka Seniora, inaugurujące prace dogorywającej obecnie kadencji Sejmu. W wystąpieniu tym Morawiecki dokonał rzadkiej sztuki: mówił dwoma głosami jednocześnie: swoim i Kaczyńskiego. Swoje, własnego autorstwa wątki starannie przeplatał wątkami, które w następnych miesiącach i latach rozwijał J. Kaczyński, a trudno sobie wyobrazić, aby Kaczyński uznał czyjąś nad sobą dominację programową. Przykładów można mnożyć, przywołam tylko wołania Marszałka Seniora o  nowa konstytucję dla Polski i dla Europy oraz zapowiedź ich przygotowania. Innymi słowy wystąpienie Kornela Morawieckiego było prezentacją w pigułce programu i zasad działania Prawa i Sprawiedliwości w nowej kadencji parlamentu.

Tak będzie i tym razem. Wybór Macierewicza przez Prezydenta Dudę, jego niedawnego jeszcze jawnego wroga na godność Marszałka Seniora nie jest przypadkowy i daleki od pustych gestów „na otarcie łez” wobec schodzącego ze sceny polityka. Jarosław Kaczyński i prawicowy obóz któremu lideruje staje przed poważnymi wyzwaniami. Już mnożą się sygnały o ograniczaniu przedmiotowym, czasowym lub w obydwu tych wymiarach obiecanek wyborczych PiS. Najbliższym sprawdzianem będzie przyjęcie przez nowy Sejm budżetu państwa, w projekcie którego nie znalazły się środki na zapowiadane 13-te emerytury. Ale to dopiero początek. Nieunikniona podwyżka cen energii pociągnie za sobą podwyżkę cen towarów i usług. Czarne chmury gromadzą się nad ZUS, którego oficjalne prognozy rozwoju sytuacji w obszarze zabezpieczenia emerytalnego są gorzej niż pesymistyczne. Kontrowersje wewnątrz obozu władzy wokół sztandarowej propozycji zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUSA dla przedsiębiorców. To już nie „wrogie rozgłośnie telewizyjne”, ale obecna i prawdopodobnie przyszła Pani Minister wieszczy nadciągające schłodzenie gospodarki. A przecież jeszcze   tak niedawno PiS sypało miliardami jak z rękawa, podkreślając przy każdej okazji, że „oddają Narodowi to, co poprzednicy nakradli”. Nie było projektu sprzyjającego kampanii wybiorczej, na który nie znaleziono pieniędzy. Na każdym szczeblu: w gminach, w powiatach, województwach. I gdyby sytuacja była standardowa, czyli koniec wyborów – zapominamy o obietnicach, to może by jakoś to przeszło. Ale z jednych wyborów wchodzimy z marszu w kolejną kampanię: wyborów prezydenckich. W momencie oddawania głosów realność PiS-owskich obietnic będzie w poważnym już zakresie zweryfikowana i ta weryfikacja może mieć znaczenie dla decyzji wielu wyborców.

Na problemy gospodarcze nakładają się poważne problemy wizerunkowe PiS. Niespotykana, o skali i znaczeniu trudnym do ogarnięcia dla wielu tzw. „afera Banasia”, afera hejterska w Ministerstwie Sprawiedliwości, druzgocące dla „dobrej zmiany” orzeczenie TSUE w sprawie legalności skrócenia wieku emerytalnego sędziów SN, nominowanie do Trybunału Konstytucyjnego osób, które w żaden sposób nie powinny się w nim znaleźć –  to tylko niektóre z przykładów  świadczących o szybkim, moralnym zużywaniu się władzy Jarosława Kaczyńskiego.

Dlatego wystąpienie Marszałka Seniora będzie znamienne. Zakładam, że, podobnie jak 4 lata temu Marszałek Senior śpiewać będzie jednocześnie na dwa głosy: przedstawiać będzie swoje tezy, swoje poglądy przeplatając je tym, co Kaczyński każe mu uwzględnić. Jednego jestem pewien. Macierewicz jest idealnym politykiem do zapowiedzenia kierunku zaostrzenia politycznego kursu PiS. Zgodnie ze stalinowską doktryną mówiącą, że „walka klasowa zaostrza się w miarę postępów budowy komunizmu” PiS ustami Macierewicza chwalić będzie z jednej strony „epokowe, historyczne  osiągnięcia i sukcesy” minionej kadencji a z drugiej strony wskazywał będzie wrogów „dobrej zmiany”. Spodziewam się, że na najwyższe maszty wciągnięty zostanie sztandar głoszący konieczność kontynuacji i wzmożenia walki z „postkomuną”. Postkomuna to dzisiaj nie tylko, a właściwie nie tyle byli członkowie PZPR, co przede wszystkim „zdrajcy okrągłostołowi” i ich następcy. Nieprzypadkowo Macierewicz publicznie chwali dzisiaj  kandydaturę Piotrowicza do TK podkreślając jego „zasługi w walce z postkomunizmem”. Ten wybór i to jego uzasadnienie, to jest właśnie zapowiedź głównego kierunku działania PiS w najbliższych dniach i miesiącach.  W jakiś sposób odwracać trzeba przecież, przed prezydenckimi wyborami, uwagę społeczeństwa od nieuchronnego bankructwa niedawnych przedwyborczych obiecanek, od faktów niezbicie potwierdzających mafijny charakter PiS-owskiej władzy na wszystkich szczeblach. Igrzyska w Polsce zaczną się na dobre 12 listopada 2019 r.

Co jest grane?

Niespodziewana decyzja PiS o zakwestionowaniu wyników wyborów do Senatu w okręgach, w których kandydaci tej patii przegrali z kandydatami Koalicji Obywatelskiej wstrząsnęła mediami, zelektryzowała publiczne i prywatne dyskusje. Pytanie, na które wszyscy usiłują w ten lub w inny sposób odpowiedzieć jest w istocie to samo: CO JEST GRANE?

Fakty są takie, że we wszystkich właściwie jednobrzmiących sześciu „Protestach wyborczych” pełnomocnicy Komitetu Wyborczego PiS sformułowali zarzut: „Naruszenie przepisu artykułu 227 Kodeksu, polegające na niewłaściwym zakwalifikowaniu głosów, jako nieważnych, podczas gdy głosy te powinny zostać uznane za ważne”.

Kuriozalność tak postawionego zarzutu jest oczywista. Jeśli takie protesty zostaną uznane i przyniosą w efekcie ponowne przeliczanie głosów, to stworzony zostanie precedens, dzięki któremu każde wybory w przyszłości będzie można kwestionować w ten sam sposób. Opinie prawników – specjalistów od prawa wyborczego są jednoznacznie negatywne i druzgocące dla wnioskodawców. Nie mniej jednak bardzo charakterystyczne i ciekawe są wypowiedzi polityków PiS dla niezależnych mediów w tej sprawie. I tak Szef Gabinetu Premiera, indagowany na okoliczność niewłaściwego przywołania Art. 227 stwierdza, że „taki czy inny artykule – to nie jest rzecz najważniejsza. To zadaniem sądów jest ustalenie jaki artykuł ma tu zastosowanie”. Jest to stanowisko typowe dla PiS, traktowania prawa jak narzędzia, którego można używać w dowolny sposób, byle tylko osiągnąć konkretny cel. To pisowskie sądy mają za zadanie „dopasowania artykułu do sprawy”. Póki co do sprawy tylko, a nie do człowieka.

Inną, charakterystyczną wypowiedzią była odpowiedź wicemarszałka Terleckiego na pytanie o podstawy tej „akcji protestu PiS”. Z właściwą sobie arogancją rzucił on do kamery: „Ze zwykłej ciekawości warto sprawdzić”.

Największe jednak wrażenie robi wypowiedź rzecznika prasowego PiS, który stwierdził, że „formułując zarzut (co wymagane jest przepisem prawa J.U.) należało stworzyć jakąś podstawę. Przyjęto więc, że jeśli były głosy niesłusznie zakwalifikowane jako nieważne, to powinny one być zaliczone na rzecz kandydata przegranego”. Wypowiedź rzecznika jest o tyle istotna, że w połączeniu z przywołaną treścią „Protestu przeciwko ważności wyborów”, Prawo i Sprawiedliwość, wprawdzie nie expressis verbis, ale jednoznacznie sformułowało zarzut o intencjonalności kwalifikacji głosów nieważnych przez komisje wyborcze, a więc zarzut sfałszowania przez nie wyników wyborów.

Dlaczego Jarosław Kaczyński zdecydował się na tak desperacki krok? To właśnie jest przedmiotem domysłów i spekulacji mediów. Trzy opcje prezentowane są w tych spekulacjach najczęściej.

Pierwsza z nich, najbardziej korzystna dla PiS (jeżeli coś tu może być korzystnego) to opcja „europejska”. Według niej PiS wykorzystał sytuację, że niedługo Europejski Trybunał Sprawiedliwości rozpatrywać będzie pytania prejudycjalne wysłane na początku sierpnia przez Sąd Najwyższy, co ma pomóc rozwiązać wątpliwości związane m.in. z niezawisłością sędziowską. Innymi słowy PiS, w pełni świadomie wykreował w Polsce problem nieprawidłowości wyborów, aby politycznie utworzona i powołana przez tą partię Izba Kontroli i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego mogła „wykazać się” przed ETS „niezależnością”. Ta opcja jest realna. W perspektywie nieuniknionego Brexitu znaczenie Polski dla gospodarki Unii Europejskiej rośnie i ostatnio KE wyraźnie szuka pretekstów, aby stosunki z Polską unormować. Gdyby opcja ta okazała się prawdziwą, stałaby się jednak wymownym świadectwem pogardy, z jaką PiS traktuje Polaków. Cała bowiem Polska, wszyscy jej obywatele, instytucje i system demokratyczny stają się w tym momencie narzędziem PiS-owskich machinacji. Czy rzeczywiście jest tak, że Kaczyński świadomie wystawia się na kpiny i pośmiewisko, demonstruje totalny brak zaufania do mężów zaufania PiS w komisjach wyborczych, dyskredytuje się jako prawnik byle tylko ETS miał pretekst do korzystnego dla PiS orzeczenia? Odrzucanie przez IKiSP kolejnych protestów wyborczych PiS nie może przecież być żadnym poważnym argumentem za niezależnością i obiektywizmem tego super-urzędu. Bić Izbie brawa za te oczywiste decyzje nie ma podstaw. Tzw. protesty wyborcze PiS zostały już gruntownie ocenione przez całe rzesze prawników, opinię publiczną i IKiSP nie ma innego wyjścia jak podjąć decyzję te protesty oddalającą. Gdyby uczyniła cokolwiek innego, pogrążyłaby się ostatecznie i nieodwołalnie.

Druga opcja zakłada, że rozpętując aferę ze sfałszowanymi wyborami PiS odwrócić chce uwagę od innych, niekorzystnych dla siebie sytuacji. – Lepiej niech zaczną liczyć głosy i się kłócić niż drążyć sprawę Najwyższej Izby Kontroli, lub coraz częściej pojawiającymi się sygnałami i spowalnianiu gospodarki i o iluzoryczności przedwyborczych obiecanek Kaczyńskiego. Jest to o tyle ważne, że PiS przystąpił już „z marszu” do kampanii wyborów prezydenckich. Wyjątkowo śmierdząca, tzw. afera Banasia jest mu tak samo nie na rękę, jak pojawiające się niemal nazajutrz po wyborach zapowiedzi kolejnych pisowskich ministrów wycofywania się z przedwyborczych deklaracji. Piszę „tzw. afera Banasia”, gdyż PiS zapewne chciałoby sprowadzić ją do kwestii personalnej i zwykłej pomyłki. Tymczasem jest to afera, której istotą jest sposób traktowania konstytucyjnego, najwyższego organu kontroli przez pisowską władzę. Osoba Mariana Banasia kompromituje NIK i odbiera Izbie z takim trudem wypracowaną wiarygodność – to fakt bezsprzeczny. Ale nie to jest w tym wszystkiom najważniejsze. Najważniejszy jest stosunek rządzących elit do tej ważnej, konstytucyjnej instytucji. Kiedyś, na zupełnie inny użytek sformułowałem tezę: „Pokaż mi najwyższy organ kontrolny swojego państwa (jego usytuowanie ustrojowe, niezależność, wiarygodność i kompetencje), a powiem ci w jakim kraju żyjesz”. Niezależność i wiarygodność najwyższego organu kontrolnego jest doskonałym miernikiem poziomu demokracji w państwie. W sposób, w jaki PiS obsadziło stanowisko Prezesa NIK, owacje i laudacje pod jego adresem po wyborze przy braku jakiejkolwiek refleksji nad koniecznym, dalszym usprawnianiem działalności NIK, zwiększaniem jego niezależności – to jest istotą afery Banasia. To demaskuje gromkie deklaracje Kaczyńskiego o Polsce jako wzorcu demokracji. Być może pisowski sztab antykryzysowy doszedł do wniosku, że bombę pod nazwą „Marian Banaś” można choćby częściowo rozbroić zajmując uwagę opinii publicznej powtórnym liczeniem głosów.

Trzecia wreszcie opcja – najkorzystniejsza dla Polski – to taka, że cała afera z wniesieniem przez PiS protestów wyborczych jest wynikiem szoku w tej partii spowodowanego realną groźbą „utraty” Senatu. PiS na taką okoliczność nie było przygotowane i kierując się zasadą „raz zdobytej władzy nie oddamy” ucieka się do wszystkich możliwych środków, półśrodków i kruczków. Na realność takiej opcji wskazywałaby różnorodność reakcji polityków PiS pytanych u uzasadnienie wnoszenia protestów. Dopiero po kilku dniach wykrystalizowała się jedna, powszechnie w PiS obowiązująca linia interpretacyjna. Groźba utraty Senatu ma dla PiS znaczenie nie tylko prestiżowe. Cała, nadzwyczaj sprawnie i nadzwyczaj szkodliwie dla państwa funkcjonująca dotychczas maszynka ustawodawcza PiS ulega poważnemu demontażowi. Jest to dla partii Kaczyńskiego niewygodne również z tego względu, że zasadniczo zmieniła się sytuacja polityczna w Sejmie. PiS wprawdzie utrzymało większość, ale otoczony został zarówno z lewej (LEWICA) jak i z prawej (Konfederacja) flanki. Właśnie ta różnorodność antypisowskiej opozycji będzie dla Kaczyńskiego, z misją zostania mężem opatrznościowym całego Narodu kością w gardle. Dodatkowo wewnątrz obecnego układu władzy narastają konflikty, gdyż zarówno „Solidarna Polska” Ziobry jak i „Porozumienie” Gowina zwiększyły po wyborach swoje udziały w prawicowej koalicji montowanej przez Kaczyńskiego. Być może więc akcja” „Wnosimy protesty!” jest wypadkiem przy pracy, niekontrolowanym odruchem odsłaniającym wewnętrzne pęknięcia i konflikty prawicy. I to może być nadzieją dla Polski.

Większą jasność na postawione w tytule pytanie uzyskamy, jeśli opublikowane zostanie oficjalne stanowisko Ministra Sprawiedliwości, Prokuratora Krajowego w sprawie pisowskich protestów. Stanowisko takie zostało ponoć przesłane do IKiSP, ale treści jego dotąd nie ujawniono. Ciekawe dlaczego? Przecież w żadnej mierze materia wyborcza nie jest objęta tajemnicą państwową i wszystkie oficjalne dokumenty powinny być dostępne opinii publicznej. Póki co odpowiadając na pytanie „co jest grane?” powiedzieć trzeba, że jest to brutalna, nie przebierająca w środkach walka o władzę. O władzę jak największą i trwającą jak najdłużej. Walka, w której społeczeństwo, prawo i dobre obyczaje sprowadzone zostały do roli kawałków plasteliny, z których PiS usiłuje lepić nową, jedynie słuszną rzeczywistość.