Europa wita amerykańskich komisarzy!

Jak podała agencja Reuters do Europy przybędzie delegacja amerykańska, której zadaniem ma być koordynowanie sankcji przeciwko Rosji. Jak podaje PAP: „o amerykańską interwencję zwracały się niektóre państwa Unii, w tym Polska”. Według Reuters „delegacja” ma odwiedzić Niemcy, Wielką Brytanię, Francję oraz Belgię. Polskę nie.

Albo jest to rzeczywiście inicjatywa Polski, która usiłuje szczuć Stanami Zjednoczonymi te europejskie kraje, które niezbyt ochoczo zdaniem Nowogrodzkiej podchodzą do kwestii amerykańskich sankcji przeciwko Rosji, albo, co wydaje się bardziej prawdopodobne, Polska inicjatywa inspirowana jest przez Waszyngton, który szuka pretekstu, aby przyjść z bratnią pomocą błądzącym rządom europejskim. Tak czy inaczej postawa Polski haniebna.

Po co Scholz przyjechał?

Nowo wybrany kanclerz Niemiec Olaf Scholz, następca Angeli Merkel rozpoczął swoją międzynarodową aktywność w interesujący sposób. Z pierwszą zagraniczną wizytą udał się do Francji, dając tym jasny sygnał, że doskonale zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności Niemiec i Francji za funkcjonowanie i przyszłość Unii Europejskiej. Potem odwiedził Komisję Europejską w Brukseli. Trzecim celem wizyt inauguracyjnych nowego kanclerza Niemiec była Warszawa.

Oczywiście euforia w PiS była wielka. – Patrzcie – zdawali się mówić niemal w każdej publicznej wypowiedzi.  – Polska pod naszymi rządami jest unijną potęgą i Niemcy muszą się z nami liczyć. Ta duma przechodząca w zadufanie może okazać się myląca.

To prawda, że Polskę i Niemcy łączą silne więzi gospodarcze. Ale w tej współpracy Polska nie jest partnerem równorzędnym: nie ten poziom gospodarki, nie ta innowacyjność, nie ta efektywność, wreszcie nie te kapitały.

Przysłuchując się konferencji prasowej Morawieckiego i Scholza trudno było nie zadawać sobie pytania: po co Scholz, zwłaszcza po afroncie jaką Warszawa uraczyła jego poprzedniczkę równo dwa miesiące temu do Polski przyjechał? W jakim celu? Co miał do załatwienia? Co miał do zaoferowania? Szczegółów rozmów pewnie nie prędko poznamy, ale jej okoliczności skłaniają do domysłów, że rzeczywiście wybór Polski nie był przypadkowy.

Przypomnieć tu należy nie tak bardzo odległe sytuacje, kiedy to Polska usilnie starała się o pozycję głównego reprezentanta Unii Europejskiej wobec przeżywającej głęboki kryzys Ukrainy czy Gruzji. Ani jedna, ani druga misja się nie powiodła. O przyszłości Ukrainy zadecydował układ Mińsk II (format normandzki) podpisany przez Francję, Niemcy, Rosje i Ukrainę. Polski do stołu nie zaproszono. Jeszcze gorzej było w Gruzji. Podczas gdy Prezydent Francji leciał do Moskwy rozmawiać o zażegnaniu kryzysu, Prezydent Kaczyński w Tbilisi nawoływał do wojny z Rosją.  Wizyta Scholza w Warszawie świadczyć może o tym, że krajem specjalnej troski dla Unii Europejskiej jest teraz właśnie Polska.

W po konsultacjach w Paryżu a następnie w Brukseli Niemcy najwidoczniej przyjęły na siebie rolę lidera w rozwiązywaniu „kwestii Polskiej”. Stąd właśnie szybka wizyta Kanclerza Niemiec w Warszawie dla bezpośredniego zbadania gruntu i poznania – no właśnie, partnera czy raczej już przeciwnika.

Jeżeli taka była geneza wizyty Scholza w Warszawie to bardzo dobrze, że do niej doszło. Scholz mógł na własnej skórze zapoznać się z trudnościami zadania, które na siebie przyjął. Konferencja prasowa szefów rządów Polski i Niemiec była dla Niemca trudna. Morawiecki nie otworzył nawet wąskiego przesmyku do rozmów na temat pogłębiania integracji Unii Europejskiej. Stanowisko zaprezentowane przez Polski rząd miało elastyczność betonu. Dodatkowo polski premier z lekkością słonia pomijając pytanie o IV Rzeszę zaatakował kanclerza powojennymi roszczeniami oraz żądaniami wręcz zastopowania strategicznej dla Niemiec inwestycji jaką jest Nord Stream 2. W tej ostatniej sprawie okazał się raczej komiwojażerem amerykańskich firm gazowych niż politykiem. Nie pokazał Morawiecki w jaki sposób Nord Stream 2 zagraża Polsce – wyręczył się Ukrainą. Argumentował natomiast, że uruchomienie tego gazociągu i zwiększenie przez to wolumenu dostaw gazu do Europy podniesie ceny tego surowca, chociaż wiadomo, że dostawy gazu z Rosji odbywają się na podstawie kontraktów długoterminowych, a z innych, najczęściej amerykańskich źródeł, na podstawie bieżących cen giełdowych.

Scholz też pozostał na dotychczasowych stanowiskach Niemiec i Unii Europejskiej, choć swoje zdanie wyraził w bardzo dyplomatyczny sposób. Przypomniał, nie wprost, ale jednoznacznie, że sprawa roszczeń jest od bardzo dawna formalnie uregulowana i zamknięta. Zwrócił gospodarzom grzecznie uwagę, że to Niemcy utrzymują w znacznej mierze Unię Europejską nie tylko finansowo, ale gospodarczo i politycznie, twardo bronił suwerenności Niemiec w określaniu swojej strategii energetycznej, oraz dwukrotnie podkreślał wartości Unii jaką są demokracja i praworządność.

Nowy Kanclerz Niemiec mógł w efekcie rozmów w Warszawie wyrobić sobie zdanie w sprawie najważniejszej: jak jest gotowość obecnych władz polskich do kompromisów, do poszukiwania najlepszych dla Unii rozwiązań. I tutaj Scholz zderzył się ze ścianą. To nie jest wcale jego porażka, to może być natomiast, w dłuższej perspektywie, znacząca porażka dzisiejszych pisowskich triumfatorów. Kanclerz Niemiec dostał do ręki twardy dowód, że z Warszawą nie ma sensu rozmawiać, negocjować, że należy sięgać po środki radykalne. A te będą bolały nie Morawieckiego, ale nas wszystkich. Echa wizyty Scholza w Warszawie usłyszymy zapewne w Brukseli.

Chociaż i dla Kanclerza Scholza nie wszystko jest jeszcze stracone. Kilkukrotnie wspominając o bardzo dobrej współpracy Polski i Niemiec w przyszłości zdawał się przypominać, że wszystko się kiedyś kończy: rządy PiS też.

Układ Warszawski BIS

Na dwa dni Warszawa stała się stolicą europejskiego nacjonalizmu, nie gardzącego wsparciem sił faszystowskich. Na oczach całego świata Warszawa oficjalnie przywdziała brunatną koszulę. I nie był to jakiś półtajny zlot nacjonalistyczno-faszystowskich radykałów, ale zlot takowych pod światłym patronatem Rzeczypospolitej i Republiki Węgierskiej. Nad całym tym upokarzającym dla demokratycznej Polski wydarzeniem unosił się nie materialny, ale z dala widoczny, pisany olbrzymimi, wyboldowanymi literami transparent o treści: „TERAZ K…A MY!” Przywódcy nacjonalistycznych partii i ruchów społecznych nie zjechali się do Warszawy po to przecież, aby zjeść razem kolację, pozwiedzać warszawską starówkę i poopowiadać sobie anegdoty i rozjechać się do swoich domów. Swojego celu strategicznego nie ukrywają: przejęcie sterów w Unii Europejskiej i przeprowadzenie jej radykalnej deformy przez jej głęboką dezintegrację.

Nie zdziwiłbym się, gdyby realnym efektem tego spotkania było jakieś porozumienie europejskich sił nacjonalistycznych, zawiązanie czegoś w rodzaju Nacjonalistycznej Międzynarodówki. Nie zdziwiłbym się, gdyby uzgodniono regularność tego typu spotkań, ale również gdyby uzgodniono wspólne kierunki i metody działania, na przykład rodem z Cambridge Analytica –  tak efektywnie stosowanymi podczas brytyjskiego referendum  jak i w kampanii prezydenckiej A. Dudy w Polsce. Czyli Układ Warszawki bis. Czy ta powtórka z historii okaże się farsą czy tragedią – pokaże czas.

W komentarzach polskich antypisowskich polityków dominuje teza, że organizując tą historyczną hucpę PiS potwierdza swoją role „pożytecznego idioty Putina” i że PiS realizuje strategię Rosji. To moim zdaniem olbrzymie uproszczenie. Nie tylko Rosja jest zainteresowana osłabieniem i dezintegracją Unii Europejskiej. W niemniejszym stopniu zainteresowane były Stany Zjednoczone pod przywództwem Trumpa. Nie chodzi tu tylko o ewidentnie antyunijne akcje przyjaciół Trumpa w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu. To również odmowa Trumpa negocjacji gospodarczych z Unią na rzecz negocjacji bilateralnych z państwami – członkami Unii. To również entuzjastyczne przyjęcie przez Trumpa polskiej inicjatywy antyunijnej jaką był pomysł „Trójmiarza” (wpis „Szczyt zaszczycony” z 17.06.2017 r.) Wprawdzie Trump zszedł ze sceny (antrakt?) ale przecież to nie jest tak, że o amerykańskiej strategii decyduje jednoosobowo prezydent USA. Wprawdzie obecnie jest Biden, lecz na ile ma wolną rękę w kształtowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej? Rozczłonkowanie Unii może być na rękę również Chinom, którzy przyszłościowy podział świata postrzegają nie podług różnic politycznych czy ideowych, ale podług technologii informatycznej: amerykańskiej bądź chińskiej. Tańce wokół wykonawstwa systemu telefonii komórkowej 5G są tu najlepszym przykładem.

Spójność Unii Europejskiej wystawiana jest na ciężką próbę. Kryzys finansowy, migracyjny, pandemia sars-cov2, a ostatnio nasilające się medialne „zwiastowania” paneuropejskiego energetycznego blackout-u stawiają przed Unią nowe, nieznane wyzwania. Jeszcze parę lat temu, kiedy toczyły się dyskusje o tworzeniu się w świecie nowych centrów polityczno-gospodarczych wymieniano najczęściej trzy takie: Stany Zjednoczone, Chiny i Unia Europejska. Dzisiaj Unia wypadła już z pierwszej ligi przyszłych światowych liderów gospodarczych. Głównie dlatego, że nikt na świecie nie będzie chciał wiązać się strategicznie z organizacją targaną wewnętrznymi problemami.

O cóż więc chodzi polskim politykom odpowiedzialnym za przyszłość Polaków? Co, może usprawiedliwiać zbrodniczy charakter pisowskiej władzy? Piszę „zbrodniczy” dlatego, że nie ma większej zbrodni politycznej na demokratycznym państwie niż wykorzystanie instytucji i procedur demokratycznych do unicestwienia demokracji. A PiS tak właśnie działa – od pierwszego dnia swojego uzurpatorskiego panowania nad Polską co dnia niszczy polską demokrację. Niszczy fizycznie – demolując system prawny, gwałcąc Konstytucję, niszcząc instytucje demokratycznego państwa jak parlament, Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny, Narodowy Bank Polski, Najwyższą Izbę Kontroli.  Ale niszczy również to, co jest podstawą i istotą i esencją demokracji – społeczeństwo obywatelskie. Każdego dnia, dzień w dzień, noc w noc.  Zbrodniczy charakter pisowskiej władzy ma niestety wymiar czysto ludzki. W 2015 r. PiS przejął odpowiedzialność za Polskę. Nikt nie zdejmie z PiS-u odpowiedzialności za dziesiątki tysięcy „nadmiarowych” zgonów Polaków w minionych latach – zgonów będących skutkami zapaści służby zdrowia i podporządkowania walki z pandemią doraźnym potrzebom politycznym Kaczyńskiego. Nikt nie zdejmie z pisowskich polityków, którzy zapewne codziennie żarliwie klepią formułki: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” czy „nie zabijaj” odpowiedzialności za tragedie ludzkie na polskiej ziemi przy granicy z Białorusią.

Ile wreszcie trzeba mieć determinacji, aby Unię Europejską, która powstała, aby nie dopuścić do nowej wojny przyrównać do Rzeszy Niemieckiej? Unię Europejską, która jest bezalternatywną opcją dla chcącej się rozwijać Polski?

Nie myślę, aby prymitywna żądza rządzenia i chęć nagrabienia jak najwięcej dla siebie i swojej rodziny były głównymi motorami dla pisowskiej wierchuszki. Tym motorem może być tylko wzniosły cel ideowy, tak wzniosły, tak ważny, że wart wszelkich ofiar. Cel ten sformułował w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli premiera Mateusz Morawiecki. Wydawało się wówczas, że ni z gruszki ni z pietruszki w swojej programowej mowie wypalił, że „naszym celem jest rechrystianizacja Europy”.  Teraz patrzeć na to należy inaczej.

W analizach sytuacji Unii Europejskiej, jej problemów i zagrożeń rzadko i niesłusznie przywołuje się Kościół Katolicki, rzadko analizuje się jego rolę w kształtowaniu przyszłości Unii. Pewnie dlatego, że sam Kościół jest wewnętrznie podzielony,  przezywa swój kryzys, którym jest kryzys wiary w młodych europejskich pokoleniach, afery etyczne i zbrodnie pedofilskie. Ale jak to często bywa w kryzysie aktywizują się i do głosu dochodzą radykalne siły konserwatywne, integrystyczne. To one stawiają warunek: Unia Europejska tak, ale z królem Jezusem i królową Maryją – wiecznie dziewicą!  Ostoją europejską tego konserwatyzmu jest polski episkopat, który ostentacyjnie już nie uznaje progresywnego papieża Franciszka.  Katolicka – w najbardziej tradycyjnym, integrystycznym, czy wręcz średniowiecznym rozumieniu katolicyzmu – Europa, oto cel nad cele Kaczyńskiego. To jedyna dla niego droga na wymarzone pomniki i trumnę u boku brata na Wawelu.

I temu ma służyć Układ Warszawski bis. Jak mawiał Hegel: „historia lubi się powtarzać dwukrotnie”. Marks zaś dodawał: „ale za pierwszym razem jako tragedia, a za drugim jako farsa”. Czyżby więc czekała nas tragedia?

Międzynarodowy blamaż Sikorskiego

Rozmowa Kanclerz Niemiec Merkel z Prezydentem Białorusi Łukaszenką zbulwersowała między innymi byłego ministra od spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Upust swojej frustracji dał Mister Twister w wywiadzie dla CNN. Blamaż na całej linii.

Nie ulega wątpliwości, że zbieżność rozmowy Merkel z Łukaszenką, z równoległą rozmową Prezydenta Francji z Prezydentem Putinem nie jest przypadkowa. Przywódcy dwóch państwa, na których obecnie wspiera się cała Unia Europejska postanowili wziąć sprawę obrony granic Unii w swoje ręce. Nie mieli innego wyjścia. Cała Europa widzi niezrozumiałe zupełnie zachowanie się polskiego rządu w tej sprawie. Utworzenie z przygranicza osobliwego obszaru sanitarnego wolnego od wszystkich, którzy mogliby patrzeć władzy na ręce, zmonopolizowanie przez rząd przekazu o sytuacji, uporczywa odmowa uruchomienia pomocy humanitarnej, odrzucanie oferty pomocy ze strony państw – członków Unii, ostentacyjne izolowanie unijnych, wyspecjalizowanych w rozwiązywaniu kwestii migracyjnych służb, jaką jest FRONTEX – te i wiele innych działań dają wystarczające podstawy do udowodnienia tezy, że rządowi polskiemu nie zależy na rozwiązaniu konfliktu, ale wręcz przeciwnie – na jego eskalacji. Widać jak na dłoni, że polski rząd kryzys nadgraniczny cynicznie wykorzystuje do rozgrywek wewnętrznych i do rozgrywek (pogrywania?) z Unią Europejską.

Rozmowy Merkel i Macrona z prezydentami Białorusi i Rosji wysoko ponad głowami Polaków, z ominięciem szerokim łukiem Warszawy świadczą nie tylko o ich odpowiedzialności za bezpieczeństwo Unii, ale również, niestety, o ich postrzeganiu Polski. I kto jak kto, ale Mister Twister – były minister od zagranicznych spraw powinni to dostrzegać. Niestety, tak jak wielu Polaków łyknął on jedyną słuszną prawdę rozpowszechnianą w kwestii konfliktu przez PiS. Łyknął, a może był jej współautorem?

Przy okazji pytanie w próżnię: jaka liczba widnieje na liczniku ofiar nadgranicznego dramatu?

O programie Nowej Lewicy słów kilka

Wybory parlamentarne zbliżają się szybkimi krokami, a mogą jeszcze przyspieszyć, gdy ziszczą się przepowiednie o skróceniu kadencji obecnego Sejmu. Wybory te będą szczególnie szczególne: od ich wyniku zależy dosłownie przyszłość Polski. Jeżeli PiS z przybudówkami utrzyma władzę, to czerń chmur, które już wiszą nad naszym krajem jeszcze bardziej się pogłębi, a ich gęstość zwiększy.

Partie opozycyjne postawione zostały przez PiS w bardzo trudnym położeniu. Kaczyński dokonał bowiem spektakularnego manewru okrążając prawicowe partie demokratyczne z prawej, a lewicowe z lewej flanki. W wyborach parlamentarnych opozycji wypadnie więc niejako grać na stadionie urządzonym przez PiS, według pisowskich zasad, kontrolowanych przez pisowskich sędziów i przed publicznością, która dzięki potężnej machinie propagandowej PiS jest doskonale impregnowana na jej hasła i argumenty. Czy to starcie można wygrać? W swojej kampanii PiSowi nie udało się, póki co zagospodarować dwóch przestrzeni, powiązanych zresztą ze sobą: kwestii Unii Europejskiej i kwestii wolności człowieka. Póki co, gdyż nie polegałbym zbytnio na sondażach mówiących o 80% poparciu Polaków dla Unii Europejskiej. Brak mi wyników sondażu o poparciu Polaków dla wizji UE nakreślonej przez Morawieckiego w jego słynnym wystąpieniu przed Parlamentem Europejskim. Oczywiście opozycja ma szanse pod warunkiem wymuszenia własnych reguł choćby przez wystawienia jednej, wspólnej listy. Ale czy to jest realne? Na dzień dzisiejszy liderzy opozycyjni starają się bardziej niż o porozumienie w tej sprawie zabiegać o wydarcie jak największe części elektoratu innych, opozycyjnych ugrupowań. Czas pokaże, czy zdążą się opamiętać.

Ale i na scenie opozycyjnej wiele się dzieje. Otóż z połączenia SLD, partii o zdecydowanie socjalistycznym, a nawet komunistycznym rodowodzie z partyjką „Wiosna” – bez rodowodu i będącą bardziej postępowym ruchem społecznym niż partią polityczną powstała nowa partia: Nowa Lewica.

Pojawienie się NL w miejsce SLD jest niewątpliwie wydarzeniem ważnym, zasługującym na szczególną uwagę. Ważnym dlatego, że w ostatnich dekadach pojęcie lewicowości znacznie się rozmyło i dlatego od Nowej(!) Lewicy spodziewano się odpowiedzi na pytanie: co dzisiaj znaczy pojęcie „lewica”, jak to pojęcie rozumieją liderzy największego lewicowego ugrupowania. Z tego względu z zainteresowaniem oczekiwano zapowiadanego Programu Nowej Lewicy, który, jak przystało, powinien przyjąć jej Kongres Założycielski. I tutaj pierwsze rozczarowanie: Kongres, który odbył się 9 października b.r. nie przyjął żadnej uchwały programowej. Nie przyjął również żadnej deklaracji ideowo- programowej, którą pozycjonowałby się na polskiej scenie politycznej. Rozczarowanie tym większe, że czasu było aż nadto, kongres był przecież kilkakrotnie przesuwany. Delegaci wyjechali z wręczoną im broszurką „Przyszłość jest teraz. Priorytety programowe Nowej Lewicy. Materiał do dyskusji”. Programu więc nie ma, nie ma więc podstawowego dokumentu, który odpowiadać powinien na pytanie po co Nowa Lewica weszła na scenę polityczną.

Programu nie ma, ale są „Priorytety”, więc one muszą wystarczyć za podstawę do analizy nowego bytu politycznego. Analizowanie i komentowanie tego dokumentu jest jednak rzeczą niezwykle trudną. Na 58 stronach, w pięciu rozdziałach: „Współpraca”, „Nowy zielony ład”, „Równość i szacunek”, „Odważna Europa” i „Troskliwe państwo” zawarto w sumie 437 priorytetów (postulatów, obietnic, deklaracji), z których część się powtarza, a część jest płaska jak naleśnik po przepuszczeniu przez walcarkę. Jak na priorytety przystało nie mają one określonego ani czasowego zakresu realizacji ani orientacyjnych kosztów i źródeł finansowania. Tym nie mniej ich lektura skłania do wielu refleksji i wniosków.

Sprawa podstawowa: czy z tych „Priorytetów” wyłania się postępowa partia lewicowa, która chce zmieniać Polskę, tworzyć nową, sprawiedliwą rzeczywistość, czy też partia, której ambicje ograniczają się do modyfikowani, lukrowania rzeczywistości kształtowanej do niedawna przez neoliberałów a obecnie przez nacjonalistyczno-faszyzujących populistów. Jeżeli owe „Priorytety” mają czemuś, jakiemuś strategicznemu celowi służyć, to cel ten zdefiniować należałoby po uproszczonej choćby analizie obecnej sytuacji społeczno-ekonomicznej, po wskazaniu największy zagrożeń jakie nad ludzkość nadciągają do których zaliczyć należy w pierwszym rzędzie katastrofę klimatyczną, ale również galopującą, spowodowaną kapitalistyczna gospodarką degradację ekosystemu Ziemi, niekontrolowanymi ingerencjami techniki cyfrowej w życie człowieka, narastającą presję migracyjną i gwałtownie postępujące rozwarstwienie ekonomiczne społeczeństw. Konsekwencje tych zagrożeń dla człowieka będą ogromne i obowiązkiem współczesnej lewicy jest nie tylko ich dokładna analiza, ale i prezentacja swojej drogi ku przyszłości.

Oczywiście nie każdy ruch lewicowy powinien przyjąć klasową teorię społeczeństwa za podstawę swojej lewicowości. Ale każdy ruch lewicowy powinien stosować analizę klasową do opisu stanu społeczeństwa – tym bardziej w burzliwych społecznie i ekonomicznie czasach. Próżno w dokumencie Nowej Lewicy znaleźć choćby ślady takiej analizy polskiego społeczeństwa. Chociaż sorry – jest taki ślad! Otóż na stronie 22 znajdujemy termin „zielone społeczeństwo klasy średniej”. Ale żarty na bok. Nowa Lewica swoje „Priorytety” nakreśliła bez uprzedniej analizy polskich klas społecznych i tym bardziej bez analizy przemian, które w nich zachodzą i wyzwań, jakie przed nimi stają. Nie dzieje się to – tak mniemam – przypadkowo. Materiał nie odpowiada na jedno z zasadniczych dla każdej partii pytań: kogo, jaką część społeczeństwa zamierza ona reprezentować. Koncert życzeń według zasady „dla każdego coś miłego”, za jaki uznać można zestaw „priorytetów” pokazuje, że Nowa Lewica chce być partią wszystkich Polaków. Żeby nie wyszło na to, że „wszystkich” znaczy „nikogo”.

Jest rzeczą zupełnie niezrozumiałą dlaczego nie znalazł się w dokumencie osobny rozdział poświęcony gospodarce i finansowym, dlaczego wśród 437 priorytetów programowych Nowej Lewicy nie znalazły się te, które odnoszą się do gospodarki czy systemu finansowego. Nic nie dowiemy się o postulatach NL w sprawie regulacyjnych funkcji państwa, podporządkowania gospodarki zaspokajaniu potrzeb obywateli, kwestii akcjonariatu pracowniczego czy rozwoju ruchu spółdzielczego. Chociaż spółdzielnie raz są wspominane jako „ekologiczne kooperatywy rolników”. Dlaczego tylko rolników i dlaczego tylko ekologiczne? Bark postulatów w zakresie gospodarki i finansów państwa wyraźnie wskazuje na to, że Nowa Lewica tym obszarem zajmować się nie zamierza. A więc czym? Jest to chyba pierwszy w historii przypadek, kiedy nowa partia polityczna, predestynująca do miana lewicowej, w swoim inauguracyjnym dokumencie o charakterze programowym szerokim łukiem omija kwestie ekonomii, gospodarki, finansów.

Bardzo niepokojący jest w świetle powyższego zestaw postulatów odnośnie do związków zawodowych. Po NOWEJ lewicy można było spodziewać się wyraźnego celu: zapewnienia opieki związkowej wszystkim pracownikom, zwłaszcza w małych, prywatnych zakładach i wzmocnienie pozycji związków zawodowych w sporach z pracodawcami. Tymczasem mamy tylko „zachęty do rozwiązywania sporów” kierowane jednym tchem do pracowników i do pracodawców.

Kolejny problem – kwestia katastrofy klimatycznej. Punktem wyjścia dla formułowania priorytetów programowych lewicy powinna być odpowiedź na zasadnicze pytanie: czy chcemy tylko usprawniać proponowane przez neoliberałów mechanizmy rynkowe nakierowane czy to na obniżenie poziomu emisji gazów cieplarnianych czy temperatury, czy też, z racji tego, że chodzi o być albo nie być człowieka na Ziemi, postulować mechanizmy skuteczne. Wszak większość prób urynkowienia ochrony przyrody przyniosła dotychczas marne rezultaty. W tej kardynalnej sprawie NL się nie wypowiada, a w szczegółowych deklaracjach wyraźnie zajmuje stanowisko „usprawniające”, lokując się w mainstreamie neoliberalnym.

Już analiza tych choćby programów uzasadnia tezę, że być może Nowa Lewica jest partią lewicową, ale jej lewicowość jest bardzo rozmyta i w dodatku jakoś tak prawoskrętną.

Prócz tych generaliów na kilka spraw warto dodatkowo zwrócić uwagę.  I tak, w zupełnie dobrze opracowanym rozdziale „Odważna Europa” chociaż wiele się w nim mówi o współpracy z Ukrainą (kuriozalne: „służenie naszym ukraińskim partnerom pomocą, zawsze gdy będą tego oczekiwać”) czy z białoruską opozycją demokratyczną, nie znalazł się ani jeden priorytet współpracy z lewicowymi partiami europejskimi oraz z Grupą Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim w celu wspólnego budowania sprawiedliwszej społecznie Europy. Zupełnie niezrozumiałe jest również, dlaczego w tym rozdziale znalazły się fundamentalne dla Polski kwestie niezależności sądownictwa i praworządności.

Niestety, wśród priorytetów NL nie znalazł się generalny priorytet rozwoju samorządności jako podstawy państwa demokratycznego, a więc postulaty rozwoju samorządności gospodarczej, zawodowej, artystycznej itp. Natomiast w dobrze na ogół opracowanym podrozdziale „Dobry i obywatelski samorząd terytorialny” zdecydowanie spłycono problem budownictwa komunalnego. Budownictwo komunalne powinno być przedmiotem rządowo-samorządowego programu, a samorządy powinny zostać zobowiązane do sporządzenia i wdrażania własnej polityki mieszkaniowej.

Fatalnie „Priorytety” prezentują NL w kwestiach realizacji przez państwo konstytucyjnego zadania zapewnienia obywatelom opieki zdrowotnej. Stwierdzając, że (mimo ciągłego wzrostu nakładów na służbę zdrowia. J.U.) „system jest coraz mniej wydajny” Nowa Lewica za najważniejszy priorytet uznaje pompowanie w ten niewydajny system kolejnych, wielkich pieniędzy. Razi brak postulatu, aby z publicznej służby zdrowia uczynić główne narzędzie państwa realizacji swojego konstytucyjnego obowiązku w tym zakresie. Dlaczego postuluje się, aby absolwenci uczelni medycznych mieli obowiązek czasowej pracy w Polsce a nie w publicznej służbie zdrowia? Itp., itd. W tym jakże wrażliwym społecznie obszarze Nowa Lewica konserwuje neoliberalny, skompromitowany, nieskuteczny system urynkowienia opieki zdrowotnej.

Nie sposób odnieść się do wszystkiej, prawie pół setki postulatów i obietnic. Tym bardziej, że zupełnie dobre i słuszne pomieszane są w nim z miałkimi i kontrowersyjnymi. Nie zdziwiłbym się, gdyby w publicznej debacie wyszło na to, że Nowa Lewica przebić zamierza swymi priorytetami PiS w populizmie. Czy z tego powstanie program Nowej Lewicy? Jakiś pewnie w końcu powstanie, ale czy wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom lewicowego elektoratu? I nie znosi się na to, aby program Nowej Lewicy opracowany na podstawie tych priorytetów był jakimś programem strategicznym, żeby stanowił zapowiedź nowej jakości dla Polski w obliczu nowych, bardzo trudnych wyzwań. Odnieść można wrażenie, że podporządkowany on będzie bieżącym potrzebom kampanii wyborczej, a ze swoimi 437 priorytetami NL pozostaje na scenie politycznej urządzonej już przez PiS.

Wielkie Lanie Morawieckiego

Lanie jakie premier Polski otrzymał dzisiaj w Strasburgu przejdzie do historii. Nie zdziwię się, gdy znane powiedzenie „bić jak w kaczy kuper” ustąpi miejsca powiedzeniu: „oberwać jak Morawiecki w Strasburgu”. W swoim wystąpieniu Morawiecki objawił się jako zbawca Europy, nawoływał wprost do rozłamu zapraszając pod swoje przywództwo ku nowej Europie. Zastosował prymitywny chwyt techniczny świadomie przedłużając czas swojego wystąpienia. Odebranie mu głosu uczyniłoby z niego „unijnego męczennika” w przekazach reżimowych mediów, byłoby koronnym argumentem reżimowych mediów o prześladowaniu polskiego rządu. Morawiecki świadomie złamał reguły obrad Parlamentu Europejskiego perorując o równości i demokracji. Zagranie sprytne, tyle tylko, że zapomniał, że podstawą funkcjonowania Unii nie jest spryt, ale wzajemne zaufanie i szukanie konsensusu. Wystąpienie Morawieckiego skwitować można jednym zdaniem: uciekł się on do znanego sposobu odwracania uwagi głośno krzycząc „łapaj złodzieja!”. Ale w wystąpieniach eurodeputowanych prawie nikt za nim nie pobiegł. I w tym zasadza się podstawowa klęska Morawieckiego przed Parlamentem Europejskim.

W dotychczasowych komunikatach serwowanych „suwerenowi” PiS, a wraz z nim Morawiecki utrzymywali, że Polska nie może ulegać naciskom/szantażom „brukselskich biurokratów” czy „jakichś tam urzędników Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości”.  To był light motive narracji władzy.  Dzisiaj w Strasburgu Morawiecki dostał sromotne lanie nie od urzędników, lecz od eurodeputowanych, którzy, z nielicznymi wyjątkami, nie zostawili na nim, na jego wystąpieniu, na polityce jego rządu suchej nitki. Mało tego. W bardzo wielu wystąpieniach pojawiał się motyw: „stop dla transferu unijnych pieniędzy do Polski, zanim Polska nie wróci do rodziny państw europejskich szanujących prawo”. Nie zdziwię się, jeśli ci eurodeputowani zaliczeni zostaną przez pisowskie media do „komuchów”, „lewicowych złogów” itp. Ale fakt jest faktem. Ogólny przekaz debaty jest jednoznaczny: zdecydowany nacisk Parlamentu na Komisję Europejską aby skutecznie wdrożyła mechanizmy chroniące praworządność w Unii Europejskiej, aby zdusiła w zarodku niebezpieczny dla Unii precedens.

Lanie dostał Morawiecki nie tylko od eurodeputowanych, ale i od swoich kolegów – premierów rządów państw członkowskich, do których, nota bene, kilka dni temu skierował swój osobisty list. Otóż w imieniu Rady Europejskiej przeciwko tezom głoszonym przez Morawieckiego wypowiedziała się Prezydencja Słoweńska.

W dyskusji zabrakło mi jednak jednego pytania do Mateusza Morawieckiego. Pytania o to, czy jego dzisiejsze wystąpienie przed Parlamentem Europejskim, nawoływanie do burzenia Unii w jej obecnym kształcie, działającej na obecnych zasadach jest realizacją misji, jaką ogłosił w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu po zaprzysiężeniu na urząd premiera. Stwierdził wówczas: „musimy podjąć dzieło rechrystianizacji Europy”. Według mnie ta misja właśnie jest główną sprężyną antyunijnych kampanii nie tyle oportunisty Morawieckiego, co jego szefa, póki co wicepremiera polskiego rządu.

Ludzkość potrzebuje diety

Dla współczesnego Europejczyka czy Amerykanina indywidualna dieta jest nie tylko czymś niezbędnym, koniecznym. Dieta stała się cool, pozytywnym wyróżnikiem, przedmiotem dumy. – Przejść na dietę – to wyraz nobilitacji, demonstracji, że panuje się nad sobą, że dba się o własne zdrowie. Dla coraz większej liczby osób dieta stała się wręcz koniecznością, niezbędnym elementem terapii ratującej życie. Przy czym dieta wcale nie jest już synonimem głodu. Wręcz przeciwnie – stała się synonimem lepszego życia.

Nie inaczej jest z całą ludzkością.  Ziemia już człowieka nie wytrzymuje, buntuje się gwałtownymi klimatycznymi zmianami reagując na jej rabunkową eksploatację. Oczywistym jest, że dla przetrwania gatunku ludzkiego ludzkość musi przejść na dietę – ograniczyć spożycie, ograniczyć produkcję, ograniczyć dewastację naturalnego środowiska.

Ludzkość staje przed dylematem: albo bezwolnie poddać się machinacjom speców od wymyślania potrzeb adresowanych do nielicznych a zaspokajanych kosztem wszystkich mieszkańców Ziemi, albo wprowadzić powszechny program zdrowotnej diety. Świat cały staje wobec zasadniczego problemu: jak z okresu „wielkiego żarcia”, okresu, w którym ludzkość bezprzytomnie przejada zasoby naturalne Ziemi, przejada przyszłość swojej progenitury, przejść do okresu planowego, świadomego samoograniczania konsumpcji, do okresu globalnej diety.

Neoliberalna gospodarka, neoliberalna filozofia i etyka jak najszybciej powinny znaleźć swoje należne miejsce – na śmietniku historii. Na śmietniku historii powinien się znaleźć „rozwój” według kapitalistycznych standardów, którego filarami są mnożenie potrzeb, konkurencja i nadprodukcja, gdzie oliwą smarującą mechanizmy systemu jest powszechne, to jest indywidualne i zbiorowe zadłużanie a miernikiem którego jest prędkość obrotu finansowego, czyli osławiony PKB.

Oczywiście kapitalizm sam z siebie nie dokona takiej społecznej, politycznej i gospodarczej rewolucji. Nie miejmy złudzeń. Takiego programu ratowania człowieka i świata nie wprowadzą Musk, Gaets czy Bezos.  Oto, gdy z jednej strony Ziemia wręcz wyje z bólu, kiedy znikają całe grupy społeczne jak klasa średnia czy rolnicy, kiedy lawinowo przybywa biedy, jesteśmy świadkami kolejnej próby „pierwotego grodzenia” procesu będącego fundamentem każdej nowej odsłony kapitalizmu. Wygrodzona już dawno została produkcja, lecznictwo. W minionych dekadach wygrodzono w ten sposób informatyzację, a dzisiaj jesteśmy świadkami (a także oklaskującą publiką) nowego grodzenia: turystyki kosmicznej.

Neoliberalne media rozwodzą się na temat „sukcesu” jakim jest według nich pierwsza turystyczna wyprawa w kosmos. „Pionierzy komercyjnych lotów kosmicznych” – to najczęściej spotykane w mediach określenie czwórki „astronautów”, którzy na wysokości prawie 600 km ponad powierzchnią Ziemi spędzili trzy dni. Taka wysokość to wprawdzie za mało, aby formalnie uznać całą czwórkę za astronautów, ale propaganda ruszyła pełną parą: to początek komercyjnej turystyki kosmicznej! – radują się media. I nikt też nie ukrywał, że przetarcie szlaków do tej nowej formy turystyki było celem programu Inspiration 4.

Tymczasem w programie Inspiration 4 jak w zwierciadle przejawia się cała istota kapitalizmu. Pierwszym krokiem jest sprywatyzowanie tego, co dotychczas powszechnie uważane było za publiczne. Mam na myśli olbrzymi, wielo- wieloletni dorobek badaczy, naukowców i inżynierów, których prace finansowane były ze środków publicznych, a więc kosztem jakości życia obywateli (głównie w USA i ZSRR) i które pozwoliły opanować przestrzeń kosmiczną wokół Ziemi. Bez tych gigantycznych nakładów żadna rakieta pana Muska nie mogłaby wzbić się w przestworza. Po drugie: sprywatyzowanie przestrzeni okołoziemskiej. W ten mianowicie sposób, że uznano, że kosmiczna turystyka może swobodnie niszczyć warstwę ozonową wokół Ziemi, może generować niebotyczne ilości dwutlenku węgla itp., itd. Bo to przecież niczyje. Ale właśnie z tych względów za kosmiczną turystykę zapłaci każdy człowiek na Ziemi. Zapewne dlatego twórcy kosmicznej turystyki podjęli próby „socjalizowania” swojej inicjatywy. Nie tylko zwrócili się więc do społeczeństw o indywidualne, finansowe wsparcie, ale również zadeklarowali, że część zebranych w ten sposób środków przeznaczona zostanie na walkę z nowotworami wśród dzieci. Któż nie da grosza na taki cel?

Zapewne znajdą się chętni, aby za 100 milionów dolarów (tyle jeden z multimiliarderów zapłacił za kosmiczną przygodę każdego z „astronautów – turystów”) stać się kosmonautą.  Rodzi się jednak podstawowe pytanie: Po co?  Po to, aby bardzo wąska grupa najbogatszych mogła przeżyć kilka chwil uderzenia adrenaliny podczas startu i lądowania? Bo przecież nie po to, aby przez trzy dni z daleka, przez malutkie okienko oglądać Ziemię. Należy moim zdaniem powiedzieć wyraźnie DOŚĆ tego rodzaju inicjatywom.

Inspiration 4 jest szczytowym produktem neoliberalnej gospodarki, której napędem jest mnożenie, wymyślanie potrzeb. Jest dla mnie przykładem strawy, jaką bezwzględnie wykreślić trzeba z menu potrzeb współczesnego człowieka w ramach powszechnej diety. To dla mnie przykład idei, jakie z jakąś misją Inspiration 5 bezpowrotnie wystrzelone powinny zostać w kosmos. Środowisko będzie mniej zniszczone, a jeżeli wszystkie środki, jakie przewiduje się wydać na te fanaberie przeznaczy się na leczenie dzieci z chorobami nowotworowymi to i skutek społeczny będzie znacznie lepszy.

Ludzkość, aby przetrwać, potrzebuje diety, świadomego ograniczania się w konsumpcji i w produkcji, nowego programu społeczno-gospodarczego. Takiego programu nie są w stanie stworzyć nie tylko środowiska neoliberalne, ale również partie, które wprawdzie ogłaszają się lewicowymi, ale które wyzbyły się ambicji kreowania rzeczywistości, ograniczając się do „socjalizowania” rozwiązań autorstwa neoliberałów, lub, jak od niedawna, narodowych socjalistów. To zadanie dla nowoczesnej lewicy, lewicy internacjonalistycznej, lewicy gotowej do sięgania do kilkudziesięcioletnich doświadczeń ludzkości w tworzeniu systemu społecznego i gospodarczego nie poddanego dyktatowi i potrzebom kapitału, lewicy otwartej na idee socjalistyczne. Nigdy jeszcze potrzeba uformowania się takiej właśnie lewicy nie była tak paląca, a odpowiedzialność lewicowych elit i liderów tak wielka.

Mamy jeszcze złoty róg?

Ostatnie wypowiedzi na temat naszej, polskiej obecności w Unii Europejskiej, wicemarszałka polskiego Sejmu czy prominentnego ministra Suskiego nie są dla mnie żadnym zaskoczeniem. Od 2015 r. konsekwentnie piszę o tym, że celem strategicznym PiS (Kaczyńskiego?, Kościoła Katolickiego?) jest bądź wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej bądź przekształcenie Unii podług własnego, pisowsko-kościelnego systemu wartości. Wspomnę tylko deklarację Premiera Morawieckiego, wygłoszoną nota bene bezpośrednio po otrzymaniu nominacji na pierwszego ministra z rąk Prezydenta Polski, że „Naszym celem jest rechrystianizacja Europy”. PiS mówił i mówi: „W Unii według naszych wartości albo w żadnej”. Cel swój relaizuję konsekwentnie: samodzielnie starając się rozsadzić Unię od środka bądź wespół z oryginalną, europejską populistyczno-nacjonalistyczną międzynarodówką.

W ostatnim czasie PiS otrzymał podwójne, nieoczekiwane raczej wsparcie. Pierwszym, od duetu Putin-Łukaszenka, był kryzys na granicy polsko-białoruskiej. Dzięki niemu Kaczyński może używać „dźwigni migracyjnej” wobec Komisji Europejskiej pokazując jak dla Unii ważna jest Polska i że trzeba się z nią liczyć. Drugim wsparciem było pożegnalne wystąpienie Merkel w Warszawie, w którym, jakby z obowiązku wspomniała o praworządności, ale podkreślała, że „potrzebny jest dialog”. A o to właśnie PiS chodzi.

Tak więc wypowiedzi Terleckiego, Ziobry, Suskiego czy Sasina nie można brać za jakieś przejęzyczenia,  lapsusy. Kryzys, w jakim znalazły się stosunki pisowskiej władzy z Unią Europejską po skierowaniu przez Komisję Europejską wniosku o nałożenia na Polskę kar finansowych za nierealizowanie postanowień Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości spowodował tylko z góry przewidzianą reakcję Kaczyńskiego: zagrożeniem wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Taktyka PiS jest przejrzysta: symulować i przeciągać jak tylko się da „dialog” z Unią Europejską”, a w cieniu tego dialogu, metodą faktów dokonanych robić swoje; wbrew polskiej konstytucji, wbrew unijnym traktatom.

Wśród wypowiedzi pisowskich premierów, ministrów, marszałków na szczególną uwagę zasługują ostatnie wypowiedzi wicepremiera Glińskiego. W jednym z nich, w Krynicy, zarysował dokładnie strategię PiS, o której pisałem wyżej. W drugiej, dla „Sieci”, poszedł dalej. Po raz pierwszy publicznie zarysował front walki według PiS. To, według Glińskiego walka Unii z polskim społeczeństwem. Stwierdził ponadto, że: „Jeżeli KE sądzi, że w sposób niesprawiedliwy, niezgodny z literą i duchem traktatów może Polskę karać jakimiś mandatami, to my odwołamy się do opinii społeczeństwa polskiego”.

To bardzo znamienna wypowiedź. Nie tylko z tego powodu, że w oczach odbiorców stawia PiS (Kaczyńskiego) za jedynego, właściwego interpretatora traktatów unijnych. Również dlatego, że przypisuje PiS rolę wyraziciela woli polskiego społeczeństwa w tej sprawie i gotowość „odwoływania się do opinii tego społeczeństwa”. To oczywiście bezpośrednia zapowiedź gotowości do polexitu, to nazwanie innymi słowami tezy wygłoszonej wcześniej w tym samym miejscu przez Terleckiego.

A tak zwana demokratyczna opozycja? Opozycja leniwie drzemie, uspokajając się sondażami, z których wynika, że i tak już wysokie poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej w polskim społeczeństwie rośnie. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze PiS też jest za Polską w Unii -tylko nie takiej jak obecnie. Tak więc ci, którzy popierają PiS ze spokojnym sumieniem mogą odpowiadać TAK, na pytanie: „Czy jesteś za pozostaniem polski w Unii Europejskiej”. Po drugie PiS pyta się, w licznych wystąpieniach swoich polityków, mniej lub bardziej wprost: „czy jesteście za Unią, która nie chce dawać nam pieniędzy, które nam się należą?”.

Stan wojenny 2

Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło na ograniczonym terenie Polski stan wyjątkowy, który, przez analogię do stanu wojennego z 1981 roku śmiało można nazwać „stanem wojennym 2”.  Analogia może być dla niektórych bulwersująca, obrazoburcza wręcz, ale….

W 1981 roku władze polski wprowadziły stan wojenny, gdyż w ówczesnym porządku prawnym nie istniała instytucja „stanu wyjątkowego”. Naiwna władza ludowa nie dopuszczała myśli, że lud może obrócić się przeciwko ludowej Polsce i takiej instytucji stworzyła. Władza uznała natomiast, że nadrzędną sprawą jest obrona ówczesnego ustroju i porządku konstytucyjnego państwa.

Jak to jednak często bywa, historia, jeśli się powtarza, to jako farsa lub dramat. Mamy dzisiaj do czynienia raczej z dramatem. Głównym celem PiS wprowadzenia stanu wyjątkowego jest właśnie obrona pisowskiego, antydemokratycznego ustroju państwa i obrona wszechwładzy PiS przez powszechnego łamania Konstytucji, o ustawach nie wspominając. Stan wyjątkowy AD 2021 skierowany jest głównie przeciwko polskiemu społeczeństwu. Jest jednak również mocnym sygnałem kierowanym na zachód.

Stawiam tezę, że PiS-owi nie zależy wcale na szybkim zakończeniu kryzysu na białoruskiej granicy. Wręcz przeciwnie: PiS żywo zainteresowany jest „hodowaniem” tego kryzysu, jego eskalacją. Czy ambasador Białorusi wezwany został do MSZ w celu wyjaśnienia sprawy? Czy zwracano się oficjalnie do Białoruskich władz z propozycjami wspólnego, politycznego rozwiązania problemu? Jeżeli w szeregu publikacjach pojawiała się teza, że Kaczyński de facto realizuje strategię Putina i – co należy uznać za pewnik – kryzys na granicy polsko – białoruskiej nie zaistniał bez aprobaty Kremla, to wywołując go Łukaszenka z Putinem rzucili upadającemu Kaczyńskiemu koło ratunkowe, a on się go  skwapliwie uczepił. Żal wielki i smutek, że dla rozwiązywania wewnętrznych, polskich spraw rząd polski zniża się do poziomu Łukaszenki, stając w równym z nim szeregu w instrumentalizacji tragedii uchodźców, w instrumentalizacji ludzkich nieszczęść.

Konflikt polsko – białoruski spadł Kaczyńskiemu niczym manna z nieba. Oczywiście rację mają ci, którzy wskazują, że przez wprowadzenie stanu wyjątkowego PiS odwrócić chce uwagę od innych, poważnych polskich problemów jak choćby klęska operacji szczepień przeciw covid 19, szalejąca drożyzna itp. Mają rację wskazując, że celem tego stanu jest szerzenie poczucia zagrożenia w społeczeństwie, odcięcie społeczeństwa od informacji o rzeczywistej sytuacji nadgranicznej, usunięcia niewygodnych świadków wojskowych operacji przeciwko 32 schorowanym uchodźcom afgańskim.

Ale najważniejszy cel eskalacji napięcia na granicy polsko-białoruskiej wydaje się być inny. Prawdopodobnie władza dostrzegła otóż, że konflikt ten może okazać się bardzo silną dźwignią w jej rękach w otwartej już wojnie z Unią Europejską na polu praworządności i relacji pomiędzy ustawodawstwem unijnym i polskim. Morawiecki zdaje się mówić Unii Europejskiej: – popatrzcie, jak ważna jest teraz Polska. Bronimy granic Unii Europejskiej – a nie musimy. Możemy szeroko otworzyć wrota dla emigrantów z Afganistanu, którzy w większości przez Polskę tylko przejdą, kierując się na zachód. Możemy też wprowadzać stany nadzwyczajne, mobilizować armię, ale oczekujemy zrozumienia ze strony Unii dla naszych wewnętrznych „reform” systemu sprawiedliwości. Dla skuteczności tego nacisku niezbędny jest gwarantowany przez stan wyjątkowy monopol władzy na przekazywanie opinii publicznej informacji o konflikcie i na interpretację tych informacji.

W ten właśnie sposób PiS broni wprowadzonego przez siebie ustroju państwa i z jego punktu widzenia wprowadzenie stanu wyjątkowego jest jak najbardziej zasadne.

Coś jest na rzeczy, gdyż po niedawnej wizycie Premiera w Brukseli, ze strony Komisji Europejskiej wyszedł sygnał, że „w kwestii praworządności dialog trwa”. Trwa, chociaż jeszcze miesiąc temu zapowiadane były ostre sankcje przeciwko pisowskiemu rządowi. Nie przez przypadek też po raz kolejny marionetkowy Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłęckiej (TKJP) odracza udzielenie odpowiedzi na pytanie Premiera: czy prawo unijne jest niezgodne z polską konstytucją. Dialog trwa.

Najwyższa więc pora, aby czołowi politycy opozycyjni, z Tuskiem na czele, zwrócili się do Komisji Europejskiej z konkretnymi pytaniami: czy Komisja Europejska wiąże kwestie praworządności w Polsce z kwestią kryzysu migracyjnego? Czy Komisja rozważa poświęcenie praworządność w Polsce za cenę zasieków z drutów kolczastych na wschodnich granicach Unii Europejskiej?

Danse macabre a la polacca c.d.

Jarosław Kaczyński, którego poparło niespełna 19% uprawnionych do głosowania Polaków, wniósł wiele nowych elementów do polskiej polityki najwyższego szczebla. Niestety większość z nich powinna jak najszybciej stać się epizodem, o którym się nie zapomina, ale którego powtórzenia unikać należy jak ognia. Do tych skrajnie destrukcyjnych „innowacji” Kaczyńskiego zaliczyć należy codzienne niemal przekonywanie, że czarne jest białe, a białe jest czarne, zwyczaj działania „bez żadnego trybu”, brak poszanowania dla osób niebędących zwolennikami PiS, świadome dzielenie społeczeństwa i wiele innych. Nade wszystko jednak czarną wizytówką Kaczyńskiego i skupionej wokół niego kamaryli jest stosunek do praw, a więc: bardzo swobodna, stosowna do aktualnych potrzeb politycznych PiS interpretacja przepisów prawa, powszechne łamanie niewygodnych przepisów prawa łącznie z Konstytucją, tworzenie przepisów prawa pod doraźne potrzeby pisowskiego interesu politycznego, upolitycznienie i podporządkowanie sobie wymiaru sprawiedliwości metodami terrorystycznymi a to wszystko w oprawie bezwzględnego autorytaryzmu.

Niestety zaobserwować można, że pisowski wirus atakuje i inne partie, w tym lewicowe, które – o zgrozo – w nazwie maiły przymiotnik „demokratyczny”. Sposób, w jaki wygumkowano z polskiej sceny politycznej największą polską partię lewicową: Sojusz Lewicy Demokratycznej jest jednoznacznym dowodem tej tezy. Zaczęło się od autorytaryzmu Przewodniczącego, od praktycznego zawieszenia działalności ciał kolegialnych SLD. Potem przyszła fatalna Konwencja w grudniu 2019 r., a z nią kuriozalny statut nowej partii, który nie tylko całkowicie zmienił jej charakter, strukturę i metody działania, ale dał realne podstawy dla opinii, że nastąpiło sprywatyzowanie partii przez jej Przewodniczącego. Zarzutów nie można jednak kierować tylko do Czarzastego. Przecież na owej konwencji dostał przyzwolenie od czołowego aktywu partii. Potem cała partia stała się zakładnikiem haseł o fatalnych konsekwencjach wewnętrznych dyskusji dla jedności lewicy. Sam statut, jego interpretacje i wprowadzanie w życie godne są najlepszych uczniów Kaczyńskiego: ukrywanie treści statutu przez długi czas, jednoczesne kierowanie się dwoma statutami: nowym i starym, interpretacja na zawołanie, pokrętne wyjaśnienia. Kulminacją – jak dotąd – prywatyzacji partii przez Czarzastego była tyleż spektakularna co gorsząca akcja zawieszania przez Przewodniczącego członków organu kolegialnego jakim jest Zarząd partii do skutku, do uzyskania większości dla swojej opcji. W tym dramacie, jak wynika z relacji z obrad Zarządu, dzielnie sekundowali mu „pomocnicy” zgłaszając kolejne kandydatury do zawieszenia gdy okazało się, że liczbo dotychczasowych zawieszonych jest niewystarczająca.. Wszystko według zasady cel uświęca środki. Połączenie autorytaryzmu z bufonadą doprowadziło do tego, że nawet obiektywnie dobre decyzje, jak ta o poparciu polskiego rządu w kwestii ustalenia nowych źródeł dochodów Unii Europejskiej obróciło się przeciwko Lewicy. Nie wykorzystano argumentu, że w ten sposób Lewica ratuje Unię Europejską, rozmowy z rządem podjęto w tajemnicy przed klubem poselskim i partią, nie zadbano o należyte zabezpieczenie medialne dla tej decyzji. Manipulowanie prawem, autorytaryzm, instrumentalne traktowanie członków partii nie zasługuje na inne określenie jak pisienie Lewicy – wtłaczanie do praktyki lewicowej partii politycznej kanonu wartości i wzorców zachowań PiS.

W Sejmie trwa danse macabre a la polacca, czyli wojny i wojenki wokół Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Poparcie wniosku PiS o uchylenie immunitetu Banasiowi zapewne odczytane byłoby przez większość lewicowego elektoratu za zdradę przez duże Z. Ale…

Samo sformułowanie takiego wniosku i jego procedowanie jest jaskrawym przypadkiem klasycznej tragedii antycznej we współczesności, a więc sytuacji, w której ma miejsce konflikt dwóch istotnych wartości. Osoba pokroju Mariana Banasia nigdy nie powinna kandydować na szefa jednego za najważniejszej instytucji państwowej – w imię zachowania jej powagi, autorytetu i wiarygodności. Dzisiaj ci, którzy jeszcze niedawno, zasadnie, głosowali w Sejmie przeciwko tej kandydaturze staja się jej obrońcami. Dlaczego? Wyjaśnia to Przewodniczący Klubu Lewica: „odbieranie immunitetu Marianowi Banasiowi to pozbawianie wzroku i słuchu najważniejszej dziś instytucji będącej opornikiem obozu władzy… NIK pod rządami Banasia ujawnia rzeczy, których żadna instytucja by nie ujawniła. Banaś walcząc o swoje życie pokazuje prawdziwe oblicze władzy, więc powinien pozostać na stanowisku”. W innym publicznym wystąpieniu Gawkowski zdaje się relatywizować wagę zarzutów stawianych jeszcze nie tak dawno Banasiowi.  Wygląda na to, że sejmowa lewica gotowa jest sprzedać jedną z najważniejszych wartości Najwyższej izby Kontroli – wiarygodność, za kilka sensacyjnych raportów. Politycy zdają się być skrajnie podekscytowani ostatnimi raportami NIK, chociaż na dobrą sprawę  niewiele jest w nich rzeczy nowych, dotąd nieznanych. Z całą pewnością raporty te podzielą losy setki innych, nie mniej sensacyjnych, jakie w przeszłości publikowała Izba. Przez całą ćwierć wieku Sejm starannie dbał wszak o to, aby skuteczność NIK sprowadzić do krótkotrwałych sensacji medialnych. Dlaczego dzisiaj miałoby być inaczej? Tym bardziej, że wiarygodność NIK, która stała się maczugą w wewnątrz i międzypartyjnych, paramafijnych walkach obozu władzy sięgnęła dna. Sam prezes nie ukrywa już politycznego charakteru swojego urzędu, czemu dał wyraz zamawiając analizę aktualnej sytuacji politycznej w kraju. Nawet najbardziej rasowy polityk, jaki stał na czele Izby – Lech Kaczyński sobie na to nie pozwalał. Co Prezes NIK ma do aktualnej sytuacji politycznej, układów kto z kim, przeciw komu? Prezesowi NIK nic do tego, ale Marian Banaś widać ma.

W tej sytuacji obrona Banasia – to w istocie wpisywanie się w strategię PiS – strategię demontażu instytucji państwowych, upolitycznianie tych, które z zasady powinny być jak najdalej od polityki. Niedawno jak wczoraj Marian Banaś doskonale sam wpisał się w tą strategię obrażając swoim zachowaniem Sejm. Nie inaczej nazwać bowiem należy jego ostentacyjne opuszczenie obrad komisji sejmowej, obradującej w jego sprawie, uzasadniane opinią jego pełnomocnika prawnego. To bardzo groźny precedens, mogący mieć w przyszłości naśladowców. Nie jest przy tym ważna okoliczność, że dla wielu obecny Sejm na nic innego nie zasługuje, lub to, że argumenty pełnomocnika Banasia brzmią przekonywująco. Konstytucja stwierdza jasno: „Najwyższa Izba Kontroli podlega Sejmowi”. Dlatego zachowanie Mariana Banasia musi być ocenione jako przykładanie ręki do nieliczenia się z Konstytucją, ośmieszanie i Sejmu i Najwyższej Izby Kontroli

Z drugiej strony głosowanie za przyjęciem wniosku też jest politycznie wielce ryzykowne – głównie z powodów ciężkich oskarżeń o koalicję z antydemokratycznym PiS, jakie taka decyzja by wyzwoliła. Dylemat: bronić osobę piastującą stanowisko Prezesa NIK, która nigdy nie powinna na tym stanowisku się znaleźć, czy, w imię ochrony powagi demokratycznego państwa polskiego i jednej z jego najważniejszych instytucji dążyć do jego usunięcia, nawet za cenę wsparcia wniosku autorstwa politycznego „imperium zła” jakim w Polsce stało się polityczne zaplecze Kaczyńskiego – to właśnie wymiar współczesnej tragedii Polski. Tragedii, do której doprowadził Jarosław Kaczyński swoją polityką, misją przebudowy państwa i narodu wedle własnych ideałów za wszelką cenę, pogardą dla prawa i swoją żądzą władzy, to właśnie tragedia, w której, jak w każdej tragedii nie ma dobrego wyjścia, w której wszyscy są przegrani.

Chociaż paradoksalnie ten ostatni wariant niesie z sobą pewne możliwości konstruktywnego wyjścia progresywnych sił politycznych z twarzą. Głosowanie za uchyleniem immunitetu to przecież przejaw wierności głoszonym nie tak dawno poglądom, to obiektywnie działanie dla obrony powagi polskiego państwa. Jest jednak jeszcze coś innego, ważniejszego. Czy nie można całej tej żenującej afery z wyborem i odwoływaniem Banasia wykorzystać do wprowadzenia nowej, ze wszech miar pozytywnej i pożądanej dla Polski wartości? Chodzi mi o sytuację, w której opozycja popiera wniosek o uchylenie immunitetu wcześniej zawierając z PiS publiczną umowę, przypieczętowaną publiczną deklaracją szefostwa tego ugrupowania, o wprowadzeniu w parlamencie zasady, że wprawdzie większość parlamentarna zatwierdza kandydaturę na Prezesa NIK, ale samą kandydaturę zgłasza opozycja i tylko opozycja. Rozwiązanie takie, na dobrą sprawę nie wymaga nawet natychmiastowej zmiany ustawy. Rzecz przecież w zasadach dobrej praktyki parlamentarnej i mogłoby być świadectwem dźwigania się kultury politycznej na Wiejskiej z jej najgłębszego dotychczas upadku. Zgłaszanie kandydatury Prezesa NIK przez opozycję i zatwierdzanie jej przez parlamentarną większość niewątpliwie wzmocniłaby system kontroli władzy przez społeczeństwo. Rządzący i opozycja mieliby do wyboru dwie drogi: wzajemnego blokowanie się, co prowadzi do praktycznego paraliżu największej instytucji kontrolnej w państwie bądź wyboru kandydata nie związanego z żądną formacją polityczną, za to dającego gwarancję budowania profesjonalizmu i autorytetu Izby.

Gdyby PiS, po upokarzającej lekcji z wyborem nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, taką ofertę przyjęło – Lewica, jej pomysłodawca, wyrosłaby na bohatera nie dnia, ale dziesięciolecia. Gdyby ją odrzuciło – Lewica miałaby ręce rozwiązane. Pomarzyć dobra rzecz.