Jeszcze nie jest za późno

Niespełna dwa tygodnie temu Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD, przekonując o konieczności udziału w wyborach 10 maja b.r. grzmiał z ekranów telewizorów, że pomimo akonstytucyjności pisowskich wyborów kopertowych „trzeba brać udział w tych wyborach, aby przegonić Andrzeja Dudę z pałacu prezydenckiego”.

Po zmianie kandydata PO Klub Parlamentarny Lewicy zawarł osobliwe porozumienie z Klubem Koalicja Polska (PSL plus Kukiz 15) o poparciu PiS w sprawie możliwie najkrótszego terminu wyborów, czyli 28 czerwca b.r. Osobliwość jest w tym, że jak dotąd całej opozycji zależało na maksymalnym przesunięciu terminu wyborów, aby skutki nieudolności rządu w sprawie przeciwdziałania epidemii koronawirusa ujawniły się w całej pełni osłabiając tym samym kandydata PiS. W pełni świadomy tego zjawiska był Kaczyński, i dlatego z taką determinacją, wszelkimi, również pozaprawnymi metodami i sztuczkami parł do jak najszybszej reelekcji swojego kandydata. Tylko bowiem ta reelekcja gwarantuje pisowskiej mafii bezkarność.

Porozumienie klubów Lewica i Koalicja Polska  w sprawie terminu wyborów 28 czerwca stanowi zwrot w dotychczasowej kampanii. Oznacza ono ni mniej ni więcej tylko to, że te dwa kluby, których kandydaci na urząd prezydenta chwalą się sondażowymi poparciami odpowiednio: Biedroń 3% do 7% i Kosiniak-Kamysz  6% do 10% pogodziły się z tym, że ich kandydaci nie mają szans na drugą turę. Celem prezydenckiej kampanii wyborczej tych ugrupowań, wobec wejścia do gry Trzaskowskiego, stało się więc tylko uzyskanie jak najlepszego wskaźnika poparcia dla swoich kandydatów, aby „wyjść z honorem” z całej tej politycznej konfrontacji.   Najwyraźniej najgroźniejszym przeciwnikiem stał się dla nich już nie Duda, ale Trzaskowski. Stąd gra na maksymalne utrudnienie jego kampanii, a być może, wobec krótkiego terminu na zebranie podpisów przy czerwcowym terminie wyborów, na jego formalną eliminację. Ale wyjść z honorem popierając PiS, się nie da.

Dziwi mnie to, że Pragmatykowi Spod Przasnysza (jak sam siebie określa Przewodniczący SLD), jego wrodzony pragmatyzm polityczny nie podpowiedział, że w tej sytuacji, jeżeli poważnie traktował cel „przegonienia Dudu z pałacu”, najlepszym rozwiązaniem jest maksymalna konsolidacja sił opozycyjnych, skoncentrowanie się na kandydacie dającym największe szanse wygrania z Dudą, doprowadzenie do drugiej tury i stworzenie najlepszych warunków społecznych i politycznych dla jego ostatecznej wygranej.

Reelekcja Dudy to umocnienie, być może na długi czas, autokratyzm w Polsce, to oddalające się perspektywy przywrócenia demokratycznego ładu w kraju.  Zmiana w pałacu prezydenckim jest dzisiaj dla Polski dużo, dużo ważniejsza niż wynik Roberta Biedronia. Wolę Trzaskowskiego na urzędzie Prezydenta przy zerowym wyniku Biedronia, niż Dudę przy wyniku kandydata lewicy nawet (co jest mało prawdopodobne) na poziomie 15%. Celów demokratycznej lewicy nie sposób realizować w autorytarnym państwie prawicowo-nacjonalistycznym.

Jeszcze nie jest za późno.

O potrzebie odpolitycznienia klęsk żywiołowych

Politycy Zjednoczonej Prawicy wszystkich szczebli na pytanie, dlaczego nie można w Polsce wprowadzić stanu klęski żywiołowej, jako jednej z konstytucyjnych form stanu nadzwyczajnego odpowiadają, zgodnie i bezbłędnie wyuczoną formułką, że u nas nie ma klęski żywiołowej, jest epidemia, a postępowanie władz w takich sytuacjach reguluje ustawa z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi. Przeto PiS – jako partia stojąca na straży demokracji i przestrzegania prawa musi kierować się tą ustawą, gdyż władza działa w ramach i na podstawie ustaw.

Oczywista arogancja takich polityków, którzy jednocześnie bez podstawy prawnej wydają miliony złotych publicznych pieniędzy, którzy zhańbili się łamaniem Konstytucji po wielokroć jest oczywista, bezdyskusyjna i nad wyraz obrzydliwa. Ale, o dziwo, argument ten rzadko, a właściwie wcale nie spotyka się z jakąkolwiek merytoryczną repliką ze strony demokratycznej opozycji. Może warto się więc przyjrzeć sprawie głębiej.

Decydująca w sprawie jest ustawa o stanie klęski żywiołowej, która za taki stan uważa: „zdarzenie związane z działaniem sił natury, w szczególności wyładowania atmosferyczne, wstrząsy sejsmiczne, silne wiatry, intensywne opady atmosferyczne, długotrwałe występowanie ekstremalnych temperatur, osuwiska ziemi, pożary, susze, powodzie, zjawiska lodowe na rzekach i morzu oraz jeziorach i zbiornikach wodnych, masowe występowanie szkodników, chorób roślin lub zwierząt albo chorób zakaźnych ludzi albo też działanie innego żywiołu”. Do klęsk żywiołowych ustawodawca zalicza również zdarzenia w cyberprzestrzeni oraz działania o charakterze terrorystycznym.

Nie ulega więc wątpliwości, że choroby zakaźne u ludzi mogą stanowić przesłankę do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Wszystko zależy od skali zdarzeń. Porównajmy dwa kataklizmy: powódź tysiąclecia w 1997 r. i obecną epidemię koronawirusa. Potężna, tragiczna powódź z 1997 r. pochłonęła w sumie 52 ofiary śmiertelne, a jej skutki materialne szacowano na 12 miliardów złotych. Epidemia koronawirusa zabrała jak dotychczas życie 758 Polaków (chociaż są miarodajne opinie, że nie jest to pełna statystyka) i końca nie widać. Straty materialne państwa i gospodarki idą w setki miliardów złotych i również nikt nie jest w stanie oszacować ich całkowitej wartości. Polacy tracą zdrowie, życie i majątki w coraz większej liczbie. Rząd jednak z uporem kluczy i szuka naiwnych (albo dla naiwnych) wykrętów i „uzasadnień” dla niewprowadzania stanu nadzwyczajnego.

Żeby była jasność: w 1997 r. również nie wprowadzono stanu klęski żywiołowej, pomimo mocnych nacisków ówczesnej opozycji (część z niej jest obecnie u władzy). Stanu klęski żywiołowej nie wprowadzono również w żadnym z późniejszych przypadków katastrof naturalnych takich jak susza w 2006 i 2015, przymrozki w 2007 czy kilkukrotne fale powodzi w 2010r. Krótko mówiąc tradycją polskich rządów, niezależnie od ich politycznego zabarwienia, jest unikanie wprowadzania stanu klęski żywiołowej, co bardzo wyraźnie odróżnia nas od innych krajów europejskich. Są podstawowe przyczyny: kolizje stanów klęsk żywiołowych z aktualnymi wydarzeniami politycznymi oraz skutki budżetowe. Polskie życie polityczne jest, szczególnie w ostatnich latach niezwykle burzliwe, więc trudno jest jakiejś klęsce żywiołowej znaleźć dla siebie wygodne miejsce w kalendarzu. Budżet państwa też z natury rzeczy zawsze jest napięty do granic możliwości, a czasami nawet bardziej.

Jeżeli jednak z panującego dzisiaj stanu klęski naturalnej, jaką jest rozwijająca się wciąż epidemia koronawirusa wyciągnąć należy jakieś dobre wnioski na przyszłość – to niewątpliwie również te dotyczące zarządzania krajem w takich stanach. Dzisiaj państwo całkowicie nie zdaje egzaminu.

Sytuacja jest smutna. Jak się okazuje większość Polaków już nie chce walczyć za wolność ani „waszą”, ani nawet „naszą” – swoją. Nie pali się do protestów wobec jaskrawego, codziennego łamania prawa przez rządzących, przeciwko codziennemu manipulowaniu ludźmi przez rządowe media, przeciwko kłamstwom każdego właściwie przedstawiciela władzy, który wypowiada się publicznie. Tak, jakby kłamstwo było prawem, obowiązkiem i normą rządzących. Dzisiaj do protestów zrywają się ci tylko, którzy walczą o swoje i swoich bliskich życie, a więc drobni przedsiębiorcy, ludzie z pogranicza, których rząd swoimi decyzjami pozbawił pracy i jakiegokolwiek wsparcia. Rozmawiałem niedawno z takim przedsiębiorcą. Zakład zamknięty, z własnych środków uzyskiwanych z wynajmu mieszkania wspomaga pracowników, lecz boi się, że lada dzień podnajemcy ogłoszą, że nie mają już środków na opłacenie mieszkania. Oczywiście złożył wszystkie konieczne wnioski o państwową pomoc, ale od miesiąca nic nie może załatwić, a administracja piętrzy tylko trudności. Na przykład kwestionując wniosek, gdyż w jednej z rubryk, w której wpisane było „zero”, nic nie należało, zdaniem urzędniczki,  wpisywać. To ci ludzie, zdeterminowani do końca wychodzą dzisiaj na ulice, to ich goni i aresztuje policja.

Innymi słowy zarządzanie w stanach klęsk żywiołowych jest w Polsce maksymalnie upolitycznione, a przez to nieskuteczne. Do absurdów dochodzimy dzisiaj, kiedy to logiczna interpretacja działań władzy prowadzi do wniosku, że według PiS, w okresie wyborów prezydenckich nie można wprowadzać stanów nadzwyczajnych, bez względu na skalę społecznego i gospodarczego zagrożenia.

Dlatego maksymalne odpolitycznienie procesu podejmowania decyzji o stanie klęski żywiołowej jest wprawdzie zadaniem trudnym, ale niezbędnym i pilnym. To sprawa dla konstruktorów Polski po PiS. Epidemia koronawirusa nie jest ostatnią plagą, jaka spaść może na nas spaść.

Czerwonym moherem nie będę

Jest dzień 3 maja 2020 r. – Święto Konstytucji. 7 dni przed dniem wyborów na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej, terminem wyznaczonym zgodnie z przepisem Ustawy Zasadniczej przez Marszałka Sejmu RP. Doskonała pora do paru osobistych refleksji o aktualnym stanie naszej „konstytucyjności”. Naszej, to znaczy zarówno w ujęciu formalnym jak i indywidualnym, osobistym stosunkiem obywateli do ustrojowych fundamentów państwa, jakimi są zapisy Konstytucji.

Wybory prezydenckie w Polsce Anno Domini 2020 z pewnością będą przedmiotem badań naukowych i wykładów akademickich na wydziała prawa i nauk politycznych uniwersytetów na całym świecie. Oto bowiem rozgrywa się wielopłaszczyznowy dramat: mordowanie ustroju demokratycznego przez politycznych przestępców mieniących się obrońcami demokracji, wykorzystującymi – jako narzędzie mordu – połamane, ponaginane przepisy demokratycznej konstytucji.

Na dzień dzisiejszy nie ma jeszcze w prawnym porządku RP ustawy regulujących zasady wyborów prezydenckich, według nowej, rewolucyjnej jak na polską tradycję, powszechnej i jedynej zasadzie korespondencyjności.  Będzie ona mogła być podpisana przez Prezydenta za kilka dni, na 2, 3 dni przed dniem wyborów. Ustawy nie ma, ale już na jej podstawie uruchomiono potężną machinę drukowania tzw. pakietów wyborczych, czyli kart, oświadczeń i kopert. Dzisiaj wyczytałem w Internecie, że ich rozprowadzanie przez (sic!) pocztę rozpocznie się w dniu jutrzejszym.

Swoje generalne zastrzeżenia do forsowanej przez PiS farsy wyborczej wyraziłem we wpisie „Ćwiek” z dnia  19 kwietnia b.r., nie będę więc ich tutaj powtarzać. Dodam tylko jedną, nową, poważną wątpliwość. Jak się okazuje nastąpił przeciek wzorów pakietów wyborczych i każdy względnie obznajomiony z programami graficznymi może sobie taki pakiet (pakiety) wydrukować. Teraz wystarczy znać PESEL jakiejś osoby, aby w dowolnej skrzynce pocztowej umieścić jej głos. Który będzie ważny? W przypadku ujawnienia fałszerstwa (bardzo mało prawdopodobne), kto będzie ścigany?

Ale teraz nie chcę rozwijać wątku akonstytucyjności tych „wyborów”, wątku wałkowanego w systemie 24/7 w mediach. Największy od 1989 roku kryzys demokracji w Polsce, z którym mamy do czynienia, jest niewątpliwie skutkiem kryzysu partii politycznych. To właśnie te partie, odwołujące się do zasad demokracji, przez swoją słabość dopuściły do tego, że Polską rządzi partia autorytarna.

Konstytucja podmiotowo i bardzo ogólnie odnosi się do partii politycznych w dwóch tylko artykułach: Art.11 i Art.100 oraz w Art. 13, mówiącym o zakazie działalności partii politycznych w zakładach pracy. Praktyka jednak jest taka – i nic w tym dziwnego, jest to zgodne z tradycjami europejskiej kultury politycznej – że to właśnie partie polityczne odgrywają przemożną, decydującą rolę w kształtowaniu społecznej, gospodarczej i oczywiście politycznej rzeczywistości. Najbliższa mi jest rzecz jasna partia o nazwie (póki co) Sojusz Lewicy Demokratycznej.

Świat, Europa i Polska wstrząsane są w ostatnich latach, a ostatnich miesiącach w szczególności, najpoważniejszymi od dziesięcioleci torsjami ekonomicznymi, gospodarczymi, społecznymi i politycznymi. Pandemia sars-cov-2 przyspieszyła oczekiwania na głębokie zmiany oraz spotęgowała obawy o bezpieczne jutro miliardów ludzi na świecie. Dzieje się więc bardzo wiele i bardzo szybko. Czy jednak ktoś jest w stanie wskazać na jakieś oficjalne stanowisko partii politycznej o nazwie Sojusz lewicy Demokratycznej, odnoszące się do aktualnych problemów Polski i świata? W poszukiwaniach sięgam do źródła, czyli internetowej strony SLD. Na całej stronie nie ma zakładki typu: „Stanowiska SLD w wobec aktualnych problemów Polski i Polaków”. Są natomiast publikowane uchwały Rady Krajowej. I tak, na przestrzeni lat 1916 -2020 Rada Krajowa przyjęła ogółem 13 uchwał, z których 9 dotyczyło spraw wewnątrzpartyjnych. Te odnoszące się do spraw ogólnopolskich to:

– uchwała RK z czerwca 2017 r. w sprawie członkostwa Polski w Unii Europejskiej;

– uchwała RK z września 2017 r. w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości;

– uchwała RK z grudnia 2018 r. w sprawie ustawy represyjnej,

– uchwała RK z marca 2019 r. w sprawie rocznicy uchwalenia Konstytucji RP.

Do tych uchwał „ponadpartyjnych” dodać należy jeszcze uchwałę Zarządu Krajowego z grudnia 2016 r. „Ręce precz od generała”. TO WSZYSTKO

To wszystko, ale to i tak, jak się okazuje, za dużo. O ile bowiem statut SLD określa (na marginesie bardzo ogólnie, hasłowo) cele partii, to w ogóle nie odnosi się do metod ich realizacji. Tak też w statucie  nie mam mowy o wypracowywaniu, zajmowaniu i rozpowszechnianiu stanowisk SLD wobec aktualnych problemów. W świetle zapisów statutowych nawet wymienione wyżej dokumenty zdają się nie mieć wystarczającej podstawy. Tylko bowiem Kongresowi SLD (zwoływanemu sporadycznie) przyznaje on prawo do „uchwalania apeli i stanowisk”. Konwencja Krajowa, Rada Krajowa, jako i Zarząd mogą, zgodnie ze statutem podejmować uchwały, ale tylko: „w najważniejszych dla partii sprawach”.  Dla partii – nie dla Polski i Polaków.

Z oczywistych względów do tych stanowisk nie można zaliczyć stanowisk Klubu Parlamentarnego Lewica – Razem. Klub ten tworzony jest przez trzy odrębne podmioty polityczne, a ponadto z żadnym ze stanowisk Klubu nie jest związane żadne stanowisko chociażby Zarządu Krajowego SLD.

Pozwoliłem sobie na tą wiwisekcję po to, aby pokazać jak na przestrzeni ostatnich lat zmieniła się najbardziej mi znana partia polityczna. Trudno jest mi uznać za przypadek, że w statucie SLD brak jest zadań bieżącego reagowania na ważne wydarzenia polityczne, społeczne czy gospodarcze zarówno przez władze krajowe jak i lokalne. Gros swojej energii partia kieruje na sprawy wewnętrzne, na przygotowywanie się do kolejnych kampanii wyborczych. Uchwały „ponadpartyjne” są okazjonalne. Potwierdza to moją tezę, wyrażoną w szeregu wcześniejszych publikacji, że w przeciągu ostatnich lat władze SLD dążą do przekształcenia tej partii, wywodzącej się z europejskich tradycji politycznych, a więc ściśle związanych z bieżącymi problemami ludzi, w partię komitetową, w strukturę wyborczą na wzór amerykański.

I tutaj dochodzimy do dnia dzisiejszego. We wpisie „Ćwiek” podzieliłem się swoimi poważnymi wątpliwościami odnośnie udziału w przygotowywanym przez PiS teatrzyku pod nazwą „wybory”. Moje główne zastrzeżenia dotyczyły legalizacji przeze mnie  bezprawia przez udział w tych „wyborach”. Będąc przekonanym, że to nie tylko mój problem, wyraziłem przy tym nadzieję, że władze partii pomogą mi i innym się z nim uporać. Nie oczekiwałem oczywiście odpowiedzi imiennej – wystarczające byłoby jednoznaczne odniesienie się do tego dylematu. Nic takiego nie nastąpiło, prócz niezłomnej deklaracji  kandydata lewicy udziału w wyborach i oczekiwaniach, że elektorat nie zawiedzie. A przecież w tej tak doniosłej kwestii partia mogła o zdanie zapytać się swoich członków. Mogła – ale tego nie zrobiła. Ale jutro, może pojutrze znajdę w skrzynce pocztowej lub na schodach „pakiet wyborczy” od nadkomisarza wyborczego – Sasina. Co mam z nim zrobić?

Po raz pierwszy ja i wielu innych stajemy przed tak poważnym problemem. Raz na trzydzieści lat. Po raz pierwszy i zapewne po raz ostatni, gdyż jeżeli zwyciężą ciemne moce z Nowogrodzkiej, to druga taka sytuacja nie będzie potrzebna. Jeżeli natomiast Kaczyński przegra, to – mam nadzieję – nowi liderzy wyciągną z tej lekcji właściwe nauki, tak by podobna trauma się nie powtórzyła.

Pora na decyzję. Nie wesprę swoim działaniem bezprawia Kaczyńskiego ani 10 maja 2020 r., ani w żadnym innym terminie „wyborów” podług przeforsowanej wbrew prawu i przyzwoitości ustawy o wyborach korespondencyjnych. Nie przyczynię się do tego, aby mógł mówić, że „suweren poparł jego sposób obchodzenia się z prawem”, choćbym miał narazić się na szykany administracyjne lub partyjne konsekwencje. Chcę być obywatelem świadomym ważności i wartości swojego głosu, swojej cegiełki w budowaniu demokratycznego państwa. I dlatego w tej nadzwyczajnej, krytycznej sytuacji nie będę głosować „bez względu na wzgląd”. Nie zamierzam być czerwonym moherem.

P.S.

Konstytucja nie jest „świętą księgą” i powinna być modyfikowana. Oczywiście nie na kolanie, na potrzeby chwili lub pojedynczego człowieka. Jeżeli do takiego spokojnego, odpowiedzialnego namysłu kiedyś dojedzie, to jednym z problemów, który powinien być w Ustawie Zasadniczej  doprecyzowany, to rola i odpowiedzialność partii politycznych w politycznym i społecznym życiu kraju. Jednoznacznie określić w niej należy, czy partie polityczne są trwałym elementem systemu politycznego, czy też, na wzór zza oceanu, są tylko komitetami wyborczymi, których głównym celem jest reelekcja posłów i senatorów.

Ćwiek

Włodzimierz Czarzasty, Przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej (jeżeli ta nazwa jest jeszcze prawnie obowiązująca) zabił mi ćwieka. Zagrzmiał otóż niedawno publicznie, że „wybory prezydenckie w maju nie powinny się odbyć”, zaraz potem dodając hardo: „Jak będą, to trzeba iść i po prostu rozwalić politycznie PiS i Andrzeja Dudę – pognać ich w cholerę”. Nie jest istotne to, czy to zawołanie do boju jest emanacją autentycznych emocji Przewodniczącego, jego niezłomnej wiary w sukces, czy produktem właściwego mu pragmatyzmu politycznego i chłodnej kalkulacji. Tak czy inaczej mam problem.

Wszystkie najwyższe dla mnie autorytety prawne jak między innymi prof. Łętowska czy prof. Piotrowski jednoznacznie stwierdzają, że wybory przeprowadzone w obecnej sytuacji epidemicznej, na podstawie naprędce zmienianej ordynacji wyborczej będą bezprawne, gdyż naruszają zasady wyborcze określone w Konstytucji we wszystkich ich czterech podstawowych aspektach. Wiadomo, że nie będą to wybory ani powszechne, ani równe, ani bezpośrednie a ich tajność stoi pod olbrzymim znakiem zapytania. Jako obywatel opowiadający się za Konstytucją i określoną w niej zasadą państwa prawnego powinienem odmówić udziału w takich wyborach. Jeżeli tego nie uczynię, usankcjonuję w jakiś sposób zbiorowy gwałt, jaki na Konstytucji dokonuje Prawo i Sprawiedliwość, wezmę udział w tym gwałcie!

Tymczasem opozycyjni kandydaci, wśród nich i Robert Biedroń, nie rezygnują z wyborów czyli wzywają swój elektorat do „pójścia do skrzynek pocztowych” bez względu na wzgląd. I to jest właśnie ten ćwiek.

W przypadku przeforsowania przez PiS majowych wyborów możliwe są dwa scenariusze – każdy zły. Pierwszy to ten, że w wyniku majowych wyborów Andrzej Duda zdobędzie drugą kadencję swojej prezydentury – nie ważne w pierwszej, czy w drugiej turze wyborów. Oczywiście umocni to zasadniczo obecny obóz władzy, a znając jezuicką przewrotność Prezesa PiS łatwo odgadnąć, że udział w tych akonstytucyjnych wyborach ogłosi on jako zgodę suwerena na właściwie dowolną interpretację przepisów ustawy zasadniczej przez obecne władze, otwierającą tym samym rządzącej sile politycznej wrota do dalszych, nieskrępowanych już konstytucyjnych bezeceństw. Na nic zdadzą się publiczne zaklinania, że „braliśmy udział, ale ze wstrętem”. Odwołanie się do woli suwerena będzie decydujące.

Drugi scenariusz, pozornie bardziej optymistyczny, jest taki, że opozycja zdoła doprowadzić do drugiej tury wyborów i w ostatecznej rozgrywce pokonać obecnie urzędującego prezydenta. Być może kierownictwo SLD dysponuje jakimiś wiarygodnymi sondażami, wskazującymi na obiecujące prawdopodobieństwo takiej możliwości. Już dzisiaj jednak pojawiają się ostrzeżenia politycznych komentatorów, że wybrany według pisowskiej ordynacji prezydent nie będzie miał demokratycznego mandatu do pełnienia swojej funkcji – również prezydent nie-Duda. Przyjmiemy wówczas postawę, że okraść złodzieja to nie grzech?

Dylemat ten przyjdzie rozwiązać mi w dniu wyborów – jeżeli do nich dojdzie. Najlepszym bowiem scenariuszem dla kraju to ten, że te nieszczęsne wybory w maju jednak się nie odbędą. Aby tak się stało Sejm musiałby przyjąć ustawę o wprowadzeniu w Polsce stanu nadzwyczajnego z powodu klęski żywiołowej, jaką jest pandemia koronawirusa. Ale na to się nie zanosi. Wręcz przeciwnie. Sprytne ogłaszanie nawet głupich ograniczeń i ich następne huczne odwoływanie to tworzenie wirtualnej „normalizacji”, pozorów, że rząd panuje na epidemią, że wybory będą bezpieczne. Już dzisiaj szczęśliwy Naród zanosi dzięki Panu Premierowi Morawieckiemu za to, że łaskawie zezwolił znowu wejść obywatelowi do lasu. Tymczasem nie ma żadnych przekonywujących faktów, że epidemia jest pod kontrolą. Wręcz przeciwnie – coraz to ujawniają się nowe zagrożenia, jak te w domach opieki społecznej. Wiarygodność oficjalnych danych o epidemii została skutecznie podważona przez Prezydenta Warszawy. Znakomitym uzupełnieniem tego obrazu nierzeczywistej rzeczywistości jest transport sprzętu ochronnego do Polski największym ( i też najdroższym) na świecie samolotem i żenująca „uroczystość” jego rozładowywania z udziałem premiera i jego zastępcy.

Oczywiście podsuwana jest również alternatywa: przyjęcie propozycji Gowina-Kaczyńskiego zmiany Konstytucji „na kolanie” i przedłużenie kadencji Andrzeja Dudy o 2 lata. Ale projekt ten jest wyraźną pułapką zastawioną na opozycję. Z jednej strony daje on 2 lata oddechu prawicowej koalicji na otrząśnięcie się z nokautu, jakiego system opieki zdrowotnej i system zarządzania państwem w okresie kryzysu doznał po ataku koronawirusa, a po drugie uczyniłby z opozycji wspólnika doraźnego majstrowania przy Konstytucji. Mam nadzieję, że nikt na to się nie nabierze.

Może jest też i tak, że emocje Włodzimierza Czarzastego nie są w pełni autentyczne, że kryje się za nimi chłodna kalkulacja. Jej podstawą może być założenie, że w powszechnym bałaganie – głównie po tronie opozycji – o wyniku uzyskanym przez kandydata lewicy zadecyduje zdyscyplinowanie elektoratu i jego w miarę masowy udział w wyborach. Uzyskanie przez Roberta Biedronia poparcia powyżej 15% będzie można ogłosić jako kolejny, wielki sukces lewicy, jako argument do przyszłych ewentualnych sojuszy i koalicji. Tylko jakim kosztem?

Może ktoś zapytać: – skoroś taki mądry, to co ty byś zaproponował? Nie jestem mądry wystarczająco, nie mam też wystarczająco dużo wiarygodnych informacji. Wiem tylko, że w przypadku, gdy majowe wybory staną się faktem możliwe są dwa wyjścia. Pierwsze to pójście za wezwaniem Czarzastego i wzięcie udziału w „wyborach”. Drugie – to wycofanie kandydata i ogłoszenie bojkotu niekonstytucyjnych wyborów. Niech PiS sam pogrąża się w bagnie, które sam stworzył. Może lewica nie będzie wówczas obecna na wykazach wyników wyborów, ale za to ocalimy Konstytucję RP jako naszą najważniejszą, jedyną redutę. Ocalimy nasze moralne prawo do jej obrony, nie przyjmiemy odium współsprawcy łamania ustawy zasadniczej.

Mam prawo przypuszczać, że dylemat, przed którym stanąłem to problem nie tylko mój. Mam też prawo oczekiwać, że kierownictwo partii, do której należę, dostrzeże problem i pomoże mi i innym uporać się z nim.

Wykład inauguracyjny

Rok akademicki mamy z głowy, należy więc myśleć o kolejnym. Poniżej propozycja wykładu inauguracyjnego na dowolnej uczelni ze szczególnym wskazaniem na wydziały prawa, bezprawia, politologiczne i teologiczne.

Państwo studenctwo!

Na dzisiejszym wykładzie omówimy sobie rodzaje uroczystości państwowych. Uroczystości takie mają doniosłe znaczenie tak dla rządzących jak i rządzonych. Rządzącym pozwalają umocnić się w przekonaniu, że lud ich kocha, a rządzącym na odwrót, – że umiłowana władza kocha ich.

Wszystkie rodzaje uroczystości państwowych mają trzy cechy wspólne:

  1. Państwowość. Mogą odbywać się tylko w państwie, – jako prawno-organizacyjnej strukturze wspólnoty ludzi. Każdy matoł przecież wie, że gdyby nie było państwa, nie byłoby również państwowych uroczystości – o czym później.
  2. Oficjalność. Uroczystości państwowe organizowane są przez oficjalne instytucje bądź osoby, które grają w nich główną, czasami jedyną rolę. Prosty lud stanowi zazwyczaj oprawę uroczystości, potrzebny jest do wznoszenia okrzyków na cześć i bicia braw.
  3. Materialna bezużyteczność. Z uroczystości państwowych nic konkretnego zazwyczaj nie wynika. Nie są na nich podejmowane żadne konkretne decyzje, chociaż czasami rządzący wykorzystują je do objawienia ludowi swoich decyzji w ważnych sprawach lub planów. Literatura przypisuje uroczystościom państwowym doniosłe znaczenie dla wytwarzania dóbr niematerialnych, takich jak patriotyzm, poczucie wspólnoty, lub dla pokazania ludowi kto naprawdę w państwie rządzi. Jednakże tezę tą uznać należy za intuicyjną raczej, gdyż brak jest jak dotąd przekonywujących wyników badań empirycznych w tym zakresie.

Fundamentalną zasadą pozwalającą na zrozumienie istoty uroczystości państwowych są „Prawa porcjonalności Smytha-Kuropkina”, ogłoszone przez tych dwóch wybitnych autorytetów z zakresy psychologii społecznej niezależnie od siebie w 1948 r.  Pierwsze prawo Smytha-Kuropkina głosi, że liczba N uroczystości państwowych w państwie w ciągi roku  jest w ekspotencjalnej zależności od współczynnika KSH

gdzie:

 

 Sa  – jest tzw. współczynnikiem autorytaryzmu, przyjmującym wartość od 0 (w przypadku dawno zaniechanej idei teoretycznego państwa demokracji obywatelskiej) do 10 (w przypadku państwa, w którym władza rzeczywiści jest władzą, czyli jest absolutna). Wartość  Sa  określa władza.

p  – wyraża stosunek dochodu narodowego per capita w danym roku do roku ubiegłego, czyli:

Drugie prawo Smytha-Kuropkina głosi natomiast, że część budżetu państwa przeznaczana na organizację uroczystości państwowych jest wprost proporcjonalna do współczynnika KSH.   KSwedług zależności:              

Współczynnik Cw  określa władza.

Po tym koniecznym wstępie przejdźmy do kwestii zasadniczej: do rodzajów uroczystości. Obecnie wyróżniamy ich trzy podstawowe rodzaje.

  1. Uroczystości państwowo-kościelne. Najstarszym i historycznie dominującym rodzajem uroczystości państwowych w Polsce były uroczystości „państwowo – kościelne”. Centralną postacią tych uroczystości był wprawdzie panujący monarcha ze swym dworem, lecz zasada, że „władza pochodzi od Boga” dokumentowana była specjalną pozycją i honorami osób duchownych. Odmianą uroczystości państwowo-kościelnych są uroczystości kościelno-państwowe, w których to kościelna hierarchia gra pierwsze skrzypce a władza państwowa daje ludowi dowód, że tej władzy podlega. Pierwszy i drugi rodzaj uroczystości państwowych praktykowany był w naszym kraju nieprzerwanie do nastania epoki „bezbożnego komunizmu”, na szczęście krótkiej. Uroczystości państwowo-kościelne odbywały się na terenach byłego państwa polskiego nawet pod panowaniem caratu. Na cześć miłościwie panującego Cara Aleksandra I skomponowano wówczas, na wzór brytyjskiego hymnu „God Save the King” jego polską wersję „Boże chroń Cara”, wykonywaną pod zaborem rosyjskim podczas uroczystości państwowo-kościelnych lub kościelno-państwowych. Z czasem w tekście cara zastąpiono Bogiem i w ten sposób powstała najważniejsza polska pieśń religijna „Boże coś Polskę”.

W ostatnich czasach ten rodzaj uroczystości państwowych przeżywa u nas należny renesans. Nie chodzi tylko o liczbę takich wydarzeń, ale i o istotne ich modyfikacje, które, należy to jasno powiedzieć, przywracają naturalny porządek rzeczy. Tak więc, Prezydent Polski na uroczystościach z udziałem osób duchownych, zajmuje zwykle należne mu niższe miejsce od najwyższego rangą hierarchy, dając tym świadectwo zgodności swoich słów i czynów czyli wierności propagowanej przez siebie zasadzie wyższości prawa boskiego nad ludzkim. Do ważnych udoskonaleń obrządków państwowo-kościelnych zaliczyć należy powołanie przez polskie władze państwowe Matki Boskiej na królową, a Jezusa Chrystusa na króla Polski. Ma to na celu pokazanie ludowi, że tzw. królestwo niebieskie jest już na Ziemi a przynajmniej na małej jej części. Król i królowa mają chronić lud przed nieszczęściami jak trzęsienia ziemi, uderzenia asteroidy czy przed zarazami.

Odnotować należy rosnącą innowacyjność władz centralnych, lokalnych i gospodarczych w wymyślaniu coraz to nowych form uroczystości państwowo-kościelnych. Ich bogactwo zasługuje na uwagę a nawet na doktorską dysertację, do czego studenctwo namawiam.

Nie mogę jednak w tym miejscu wyrazić swojego oburzenia niedopuszczalną formą obchodzonej niedawno uroczystości rozładowywania na lotnisku w Warszawie samolotu transportowego. Wziął w niej udział Premier, wicepremier, świta cała, a o ubogim kapłanie zapomniano! Mam nadzieję, ze więcej taka sytuacja się nie powtórzy. Jedynym, częściowym tylko usprawiedliwieniem może być fakt, że samolot ten był dziełem komunistycznych naukowców i inżynierów. Ale przecież można było przy okazji oczyścić go od złego!

  1. Państwowe uroczystości laickie. Uroczystości takie miały miejsce na terenie Polski głównie w latach 1948 – 1989, lecz z naukowego punktu widzenia trudno je uznać za zasługujące na uwagę. Po pierwsze wiadomo, że w tym okresie państwa polskiego nie było, więc o jakich uroczystościach może być mowa? Po drugie, ten okres uznać należy za głęboko patologiczny dla Narodu i Państwa, okres, który z całą pewnością nie powróci. Po trzecie wreszcie wszyscy żyjący jeszcze uczestnicy laickich uroczystości pseudo państwowych tego okresu i ich zstępni, są starannie identyfikowani i ewidencjonowani oraz izolowani od zdrowej tkanki Narodu.
  2. Uroczystości rodzinno-państwowe. Ten rodzaj uroczystości jest pewnym novum w naszej historii. Uroczystość rodzinno-państwowa polega na tym, że panująca rodzina zaprasza do udziału w swoich rodzinnych uroczystościach najwyższych dostojników państwowych. Oczywiście nie mogą oni odmówić (przestaną być najwyższymi dostojnikami) i w ten sposób rodzina ta staje się rzeczywiście rodziną panującą. Przy okazji koszty takiej imprezy pokryć można z budżetu państwa. Żaden Banaś się nie przyczepi. Przewidujemy dalszy, dynamiczny wzrost udziału uroczystości rodzinno-państwowych w naszym doczesnym życiu.

Na koniec wykładu parę słów o przyszłości. Nie ulega wątpliwości, że rodzaj i charakter uroczystości państwowych będą nadal ewoluowały. Należy spodziewać się, że kolejnym, nowym rodzajem uroczystości rodzinno-państwowych, będzie uroczystość rodzinno-kościelno-państwowa. Oczywiście do czasu tylko, kiedy głowa rodziny zostanie głową kościoła. Nie jest przy tym specjalnie ważne jakiego kościoła. Może być rzymsko-katolicki, smoleńsko-katolicki albo jakiś inny. Wiadomo, że w historii Polski wiara ludu często zmieniała się stosownie do wiary panujących rodzin.

I to by było na tyle.

Pod osłoną wirusa

Pod osłoną walki z epidemią koronawirusa dzieją się w Polsce bardzo złe rzeczy. Rok 2020 niewątpliwie przejdzie do annałów jako rok pandemii koronawirusa sar-cov-2. Ten nowy wirus, który na zawsze już zagnieździł się w naszym biosystemie poraził wszystkie przestrzenie ludzkiej aktywności, odcisnął swoje piętno nie tylko na stanie zdrowia fizycznego, ale i na psychice ludzi, ich sposobie myślenia, patrzenia na otaczający świat i jego problemy. Nawet jeśli ogłoszony zostanie koniec epidemii długo jeszcze podanie ręki na przywitanie uruchamiać będzie podświadome hamulce.

Sars-cov-2 weryfikuje ludzkość. Sprawdza nie tylko naszą odporność immunologiczną, ale również psychiczną, sprawdza trwałość więzi społecznych, sprawdza jakość usług publicznych w tym przede wszystkim opieki zdrowotnej, sprawdza gotowość systemów ekonomicznych do ochrony ludzi przed totalnym zarażeniem. Wirus weryfikuje również systemy polityczne i polityków.

Generalna diagnoza sytuacji jest tyle prosta co okrutna. Pomimo setek tysięcy ekspertów z naukowymi tytułami, tysięcy specjalistycznych ośrodków naukowych, międzynarodowych organizacji zajmujących się ochroną zdrowia w skali ogólnoświatowej, pomimo wielu doświadczeń, zima znowu zaskoczyła drogowców, Tyle, że w skali makro. Okazało się, że nieliczne rządy zdały egzamin z odpowiedzialności za przygotowanie się na zagrożeni, które wisiało i pewnie, w zupełnie innej postaci znów wisi jak miecz Damoklesa nad ludzkością. Okazało się, że demokracja, jaką znamy, jaka wydawała się bezalternatywna, była systemem wyłącznie na dobre czasy, na pogodę. Komercjalizacja wyborów władz publicznych, oddanie ich w pacht skomercjalizowanych mediów i specjalistów od wciskania ludziom kitu jeszcze bardziej wspomagały tą cechę. Liczył się tylko medialny sukces, skuteczność potwierdzona obrazkiem i komentarzem w telewizji lub/i w Internecie. Przykładów można mnożyć setkami tysięcy, że wspomnę tylko jeden: „wejście smoka”  Premiera Donalda Tuska, który w 2009 r., wobec  ujawnienia afery hazardowej, w którą zamieszani byli jego ministrowie, w ciągu tygodnia przeforsował przez parlament ustawę całkowicie likwidująca hazard na automatach o niskich wygranych, „wybawiając” w ten sposób społeczeństwo od tego potwora. Czy wybawił? Nie, ale efekt był. Wówczas 7 dni na ustawę Tuska było terminem zwalającym z nóg, gwałtem na systemie legislacyjnym. Następcy Tuska, wykazali, że był on „małym Kaziem”. Swoje superważne dla PiS ustawy Kaczyński przeprowadzał w kilka godzin .

Pandemia dotarła do świadomości Pis-owskich polityków w trakcie kluczowej dla PiS  – wobec porażki tej partii w wyborach do Senatu – kampanii wyborów Prezydenta RP. Dotarła z opóźnieniem, gdyż jeszcze na początku lutego ministrowie rządu Morawieckiego w trakcie posiedzenia senackiej komisji zdrowia bagatelizowali problem, zapewniali pełnym przygotowaniu kraju na takie sytuacje, o braku zagrożenia i apelowali do senatorów o niesianie paniki. Pandemia zaskoczyła PiS w dwójnasób. Po pierwsze wirus zmiótł uśmiechy samouwielbienia z twarzy ministrów demaskując fatalny stan polskiego systemu ochrony zdrowia. Fatalny pod każdym względem: kadrowym, organizacyjnym i sprzętowym. Polskie instytucje odpowiedzialne za politykę zdrowotną okazały się całkowicie nieprzygotowane na taką sytuację. Po drugie szybko okazało się, że skutki pandemii będą szerokie, głębokie i długotrwałe, co spowodowało, że partia Kaczyńskiego podjęła strategiczną decyzję: na pierwszy miejscu wśród celów działań okołoepidemicznych uznano nie walkę z wirusem, racjonalną, ochronę społeczeństwa i gospodarki ale cele polityczne: doprowadzenie za wszelką cenę do majowych wyborów prezydenckich i przepchnięcie „pod osłoną koronawirusa” kontrowersyjnych rozwiązań, jak to o możliwości nakładania przez prokuratora 3-miesięcznego aresztu na osoby objęte postępowaniem przygotowawczym czy zaostrzenie prawa aborcyjnego. Celem nadrzędnym było oczywiście doprowadzenie do wyborów majowych wbrew wszystkim i wszystkiemu, na siłę, łamiąc nie tylko ustawy, Konstytucję, ale  wbrew odczuciom i obawom większości społeczeństwa, wbrew autorytetom medycznym i prawnym.

Rząd nie był w stanie wypracować własnej strategii walki z koronawirusem. W swoich działaniach chaotycznie ale za to przesadnie gorliwie naśladował rządy innych państw, zwłaszcza gdy idzie o blokady granic i restrykcje wobec obywateli i gospodarki. Morawiecki nie wiedział dokąd prowadzi kraj tymi działaniami. Nie sformułował żadnych jasnych kryteriów odwoływania nakładania restrykcji. Dokładnie natomiast znał cele polityczne: wybory w maju 2020.  Temu i tylko temu celowi podporządkowano działania instytucji podległych rządowi. Zastosowano dwie dźwignie: strach i propagandę skuteczności.

W pierwszym rzędzie rząd Morawieckiego wprowadził embargo na informacje o sytuacji epidemicznej w kraju. Kto ma informację – ten ma władzę, wiadomo. W ten sposób karmieni jesteśmy codziennie informacją „o liczbie zakażonych osób”, „o przyroście zakażonych” itp. Tymczasem są to liczby o ujawnionych na skutek testów liczbie osób, u których wykryto koronawirusa. Ile jest w Polsce osób zakażonych – nikt tego nie wie. Tymczasem eksperci podają różne szacunki liczby zarażonych: od 10 do nawet 100 razy większej w stosunku do liczby ujawnień. Tymczasem szacunek tej liczby, a dokładnie zmiana jej wartości w czasie powinien być podstawowym parametrem określającym strategię antywirusową. Liczbą ujawnionych zakażeń łatwo jest manipulować: przez ograniczenie liczby testów. Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie pod tym względem. Instrumentalne sterowanie przez rząd informacjami o sytuacji epidemicznej obnażył Prezydent Warszawy konfrontując oficjalnie podawaną liczbę zgonów w mieście z czterokrotnie większą liczbą aktów zgonu „z powodów koronawirusa” rejestrowanych w Urzędzie Miejskim. Tłumaczenie resortu było znamienne i głupie: w statystykach wykazuje on tylko stałych mieszkańców Warszawy. Ale i ta liczba – według UM jest ponad dwukrotnie mnijesza od rzeczywistej. Afera wokół liczby zgonów w stolicy godna jest uwagi z wielu powodów. Po pierwsze rząd nie rozliczył się z tego, gdzie, w których miastach, ujęto zgony 24 osób. Po drugie – zaniżając liczbę zgonów w Warszawie rząd demaskuje brak jakiejkolwiek strategii w walce z pandemią. Już pierwszy rzut oka na dane statystyczne (nawet te oficjalne) pokazuje, że epidemia koronawirusa to przede wszystkim problem dużych miast, aglomeracji – a to powinno być ważną okolicznością braną pod uwagę przy opracowywaniu strategii. Dlatego rejestracja zgonów według ich faktycznego miejsca jest nie tylko naturalna, ale i racjonalna. Dlaczego rząd postępuje inaczej? Po trzecie wreszcie cały system zbierania informacji pozbawiony jest społecznego (czytaj: medialnego) nadzoru. Jest po prostu totalnie niewiarygodny.  UjawnianeS luki w systemie ochrony antywirusowej, na przykład dramaty w domach opieki społecznej, spotykają się z bezczelną, obnażającą cały cynizm i pogardę dla ludzi publiczną wypowiedzią znamienitego pisowskiego polityka Giżyńskiego: „DPS-y to nie jest sprawa PiS, myśmy ich nie zakładali. To wymysł Platformy”.

Nawet radziecka technika zaprzęgnięta została do wyborczej kampanii PiS. Symbolem propagandy skuteczności stała się obecność samego Premiera i jego świty przy lądowaniu na Okęciu największego samolotu transportowego świata (konstrukcji radzieckiej) An-225. Patrz Narodzie! Oto największy na świecie samolot dostarcza Ci upragnione maseczki! To my – rząd, Premier i ministrowie to sprawiliśmy!

Żenada. Żaden kraj – o ile mi wiadomo nie korzysta z usług ukraińskiego kolosa dla transportu maseczek z Chin. Ponoć koszty takiej usługi An-225 są aż 11 razy większe od kosztów normalnego Cargo. Ale nie o koszty tu chodzi. Tu chodzi o efekt, o twardy dowód skuteczności władz. Tym bardziej, że za transport rząd nie płaci z kasy budżetowej, tylko ze swojej podręcznej skarbonki, jaką uczynił sobie ze spółki skarbu państwa.

Strach, poczucie zagrożenia potęgowane są specyfiką polityki represji prowadzonej przez rząd. Leśniczy odganiający mieszkańców wioski otoczonej lasami od tych lasów jest syntezą tej polityki.  Mnożenie restrykcji i obostrzeń, niemal codzienne komunikaty o ich zmianach i interpretacjach głupich rozporządzeń – to sprawy na co dzień dominujące w eterze. – Co dzisiaj wprowadzili?  – Co poluzowali? Tym żyje kraj. Wszystko wskazuje na to, że rząd pełnymi garściami czerpie z żydowskich mądrości i w czyn wciela przypowieść o kozie rabina. Mnożyć zakazy, nakazy, restrykcje aby potem je triumfalnie znosić (bez żadnych merytorycznych uzasadnień) – to droga do „przedwyborczej normalności” do stanu, w którym można będzie triumfalnie ogłosić, że wybory mogą się odbyć! Obawiam się bardzo, że PiS tak rozmiłował się w trzymaniu społeczeństwa na smyczy, w wymyślaniu i nakładaniu ograniczeń, że nieprędko będzie chciał całkowicie z nich zrezygnować.

Tą okrutną tezę o podporządkowaniu problemu zdrowotnego bezpieczeństwa Polaków politycznym celom PiS  potwierdza granicząca z obłędem determinacja Kaczyńskiego w torpedowaniu naturalnej propozycji wprowadzenia stanu nadzwyczajnego w Polsce. Decyzja taka równoznaczna byłaby z decyzją o przesunięciu wyborów prezydenckich. Forsowanie powszechnego, obowiązkowego głosowania korespondencyjnego na kilka tygodni przed oficjalnym terminem wyborów to szaleństwo, to łamanie Konstytucji, to doprowadzenie najważniejszego politycznego aktu obywateli do farsy. Ale nie ma dla Kaczyńskiego ceny, którą jest gotów zapłacić za utrzymanie władzy. Stany nadzwyczajne, dokładnie stany klęski żywiołowej wprowadzane były w Polsce wielokrotnie – na ograniczonym powodzią czy na przykład suszą obszarze. Wówczas zagrożone bywało zdrowie i mienie ograniczonej liczby ludzi. Dzisiaj zagrożone jest zdrowie całej populacji, zagrożona jest cała gospodarka, rząd nie ma jakiegokolwiek pomysłu jak wyjść z tego głębokiego kryzysu. Ale dla rządzących nie są to wystarczające argumenty. Ich cynizm pokazuje się i w tym, że wprowadzając coraz to nowe restrykcje rząd de facto wprowadzają stan nadzwyczajny – tyle tylko, że niesformalizowany. Politycy PiS jawnie i cynicznie głoszą, że przeprowadzenie wyborów w maju „jest niezbędne dla utrzymania stabilności władzy publicznej w czasie kryzysu”. Czyli zmiana w Pałacu Namiestnikowskim, jaka prawdopodobna jest w przypadku przesunięcia wyborów o kilka miesięcy, uznawana jest przez PiS za destabilizację władzy publicznej a warunkiem „utrzymanie stabilności” jest ponowny wybór Andrzeja Dudy na urząd Prezydenta . W ten sposób „walka” z koronawirusem stała się głównym argumentem za odnową prezydenckiej kadencji najgorszego od 30 lat Prezydenta Polski.

Wybory pod przymusem

Kilkukrotnie we wpisach podnosiłem problem obligatoryjnego uczestnictwa obywateli w wyborach władz publicznych. Rozwiązanie takie przyjęło kilka krajów europejskich. Powszechny i obowiązkowy udział w wyborach jest  jednym z filarów ustrojowych demokracji obywatelskiej. Jesteś obywatelem, jesteś członkiem wspólnoty – twoim obowiązkiem jest branie współodpowiedzialności za wybór tych, którym powierzamy kierowanie wspólnotą. Jasne, proste.

Tyle tylko, że taki obowiązek, będący – jak powiedziałem – jednym z filarów ustroju państwa, powinien być określony w Konstytucji.

Prawo i Sprawiedliwość zafundowało nam powszechny, obowiązkowy udział w wyborach prezydenckich. Tyle tylko, że to, co powinno być przedmiotem regulacji konstytucyjnej, przepchnięto zwykła ustawą, której projekt zgłosiła grupa posłów. Przepchnięto w trybie superekspresowym, przechodząc od razu do drugiego czytania, a więc bez dyskusji w komisjach problemowych. Tryb projektu poselskiego jest nagminnie nadużywany przez obecną większość parlamentarną. Projekty większości ważniejszych ustaw uchwalanych w ostatnich pięciu latach, chociaż pisane w rozmaitych ministerstwach lub w Kancelarii Premiera, wnoszone były do Laski Marszałkowskiej przez grupę posłów. Projekt poselski nie musi spełniać wielu wymogów, które, w imię zapewnienia najwyższych standardów legislacyjnych i spójności ustawodawstwa spełniać muszą projekty rządowe. Między innymi projekt taki nie podlega konsultacjom społecznym bądź zawodowym, nie jest opiniowany przez żadne z biur legislacyjnych (rządu lub Sejmu), nie musi zawierać opinii o zgodności z prawem Unii Europejskiej.

Dzisiaj cała Polska była świadkiem patologii, do jakiej doszło w polskim parlamencie. Najpierw, w trybie „inicjatywy poselskiej” procedowano projekt istotnie zmieniający ordynację wyboru Prezydenta RP. Projekt nie uzyskał większości, więc przepadł. Ale tylko na chwilę, gdyż bardzo szybko pojawił się nowy, o treści niemal identycznej, poselski projekt ustawy, który tym razem, czterema głosami rządzącej koalicji udało się przepchnąć. Powtórzę: chodzi o doniosłe regulacje o charakterze konstytucyjny, przyjmowane zwykłą ustawą, i to w ciągu kilku godzin, bez żadnych opinii specjalistów od prawa wyborczego, konstytucjonalistów czy legislatorów!

PiS, czego się dotknie, wszystko zamienia w … błoto. Tak też stało się ze szlachetną skąd inąd ideą obywatelskiego obowiązku wyborczego. Sejm uchwalił ustawę zmieniającą zasadniczo Kodeks wyborczy, nakładając na obywateli nie tylko obowiązek uczestnictwa w wyborach, ale również grożący surowymi karami (do 3 lat więzienia!) za „nieodebranie, lub zatrzymanie w domu pakietu wyborczego”. Większość sejmowa uchwaliła ją nie zaprzątając sobie głowy tym, czy nowa regulacja należycie zabezpiecza takie podstawowe prawa obywatelskie jak tajność wyborów i równość. Żadnej możliwości nie stworzono posłom opozycji, aby ci, sięgając po opinie ekspertów, utwierdzili się w tym, że nowe, rewolucyjne zasady nie otwierają dróg do manipulacji i oszustw wyborczych. Do łez przerażenia doprowadziła mnie kandydatka na wicepremiera, minister Emilewicz, która na pytanie dziennikarki, co z doręczaniem pakietu osobom, które nie zamieszkują na stałe pod adresem wskazanym jako miejsce stałego zameldowania odparła dziarsko: „Myśmy to też przewidzieli! Każda taka osoba będzie mogła (powinno być raczej: musiała. J.U.) udać się do stosownego urzędu i pobrać pakiet”. Udać się do urzędu i pobrać pakiet w dobie szalejącej epidemii, nie mając żadnej pewności, czy pakiety te i osoby je wydające wolne są od wirusa sars-cov-2! Z jednej strony rząd zamyka lasy przed obywatelami „w trosce o ich zdrowie”, a z drugiej zagania do urzędów – bo jak nie to 3 lata paki!

Obowiązek udziału w wyborach, określony w Konstytucji zatwierdzanej ostatecznie w ogólnonarodowym referendum to nie to samo, co wprowadzany zza węgła, nieczystymi metodami przymus wyborczy. Przymus w sytuacji, kiedy de facto nie toczy się żadna kampania wyborcza  i tylko jeden, jedynie słuszny kandydat ma do swojej dyspozycji rządowe stacje telewizyjne i radiowe, kiedy Polacy skupiają się na tym, czy będą nadal mieli pracę, czy będą mieli środki finansowe na życie, czy będą mieli zapewnioną opiekę zdrowotną w przypadku jakiejkolwiek choroby, czy wreszcie im samym uda się uniknąć zarażenia koronawirusem.

I w ten sposób jedna z najszlachetniejszych form demokracji obywatelskiej zmieniona zostaje przez PiS w farsę wyborczą, w kpinę z państwa i z jego obywateli. Dzisiaj PiS dokonało kolejnego, zbiorowego gwałtu na polskiej demokracji.

Z brzytwą w ręku

Opętańcza szarża Jarosława Kaczyńskiego mająca utorować drogę do reelekcji obecnego Prezydenta trwa. Wbrew wszystkim i wszystkiemu, wbrew Konstytucji, opiniom ekspertów prawnych i epidemiologów, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew opinii publicznej podstawowym zasadom przyzwoitości. Z zastępami wiernych mameluków, nie przebierając w środkach i w kosztach, również tych najwyższych – ludzkiego życia i zdrowia,  Prezes Prawa i Sprawiedliwości zagonić chce wierny mu elektorat do wyborów. Swój elektorat, gdyż na dobrą sprawę wystarczy, że w przypadku powszechnego bojkotu tych wyborów zagłosują tylko członkowie komisji wyborczych, aby Andrzej Duda mógł święcić „triumf” a Kaczyński mógł wszystkim pokazać „gest Lichockiej”.

W ciągu ostatnich kilkunastu dni PiS, brutalnie łamiąc wyroki Trybunału Konstytucyjnego i Regulamin Sejmu, ogłosiło trzy projekty zmian Kodeksu Wyborczego. Nie po raz pierwszy Kaczyński demonstruje swój stosunek do polskiego parlamentaryzmu, zamieniając salę sejmową na taśmę produkcyjną bubli prawnych, potworków legislacyjnych przyjmowanych w maksymalnym pośpiechu, bez żadnych poważnych dyskusji, konsultacji, najlepiej późną nocą. Tak zmasakrowanego parlamentaryzmu i parlamentu, upokorzonego, obdartego z godności, powagi i znaczenia Polska nie widziała od czasów przedrozbiorowych.

Wybory 10 maja nie powinny się odbyć – to jest oczywiste dla większości Polaków. Dyskusja publiczna, toczona w mediach skupia się wyłącznie na kwestiach organizacyjno – prawnych. Są one oczywiście niezwykle istotne, ale w ferworze tej dyskusji ginie sprawa zasadnicza: znaczenia i charakteru aktu wyborczego.

Oddanie głosu w wyborach to wzięcie udziału w procesie podejmowania najważniejszych decyzji dotyczących kraju, decyzji przekazania zadań działania dla dobra wspólnoty narodowej w demokratycznym państwie. Udział w wyborach, każdych, w tym również prezydenckich, to jednocześnie akt brania swego rodzaju indywidualnej współodpowiedzialności za przyszłość kraju.

Oddanie głosu w wyborach, aby spełniły one należycie swoją rolę, powinno być finałem, kulminacją ogólnonarodowej dyskusji, prezentowania programów, celów i strategii. To ta dyskusja przywieść ma każdego z nas do podjęcia indywidualnej, obywatelskiej decyzji, której finałem jest kartka wrzucona do urny. To swego rodzaju święto demokracji.

Tymczasem dramat, jaki ściągnęła na świat i Polskę epidemia wirusa sars-cov-2 wywrócił wszystko do góry nogami. Sparaliżowana została cała kampania wyborcza wszystkich – prócz jednego, jedynie słusznego, kandydatów. Ale najważniejsze jest to, że epidemia całkowicie zdominowała umysły i czyny ludzi. Zamknięte szkoły i uczelnie, bankructwa zakładów pracy, narastając bezrobocie i drożyzna przy topniejących jak śnieg zasobach rodzin zamkniętych w swoich mieszkaniach, zapaść systemu opieki zdrowotnej, skutkująca odwoływaniem zabiegów medycznych, badań i medycznych konsultacji – wszystko to sprawia, że uwaga ludzi skupiona jest wokół jednej, zasadniczej kwestii: jak uniknąć zarażenia i jak przeżyć.  Jak przeżyć w coraz bardziej dramatycznej egzystencjalnie sytuacji, z której drogi wyjścia rządzący nie potrafią wskazać. Obywatele raczeni są przez rząd komunikatami, że najgorsze, w sensie epidemiologicznym dopiero przed nami, że głęboki kryzys gospodarczy jest nieunikniony i jednym tchem deklaracjami, że wybory prezydenckie 10 maja się odbędą.

Nawet, jeżeli te wybory w jakiś sposób zostaną przeprowadzone, to nie będą one miały żadnej mocy nie tylko z oczywistych powodów prawnych. Nie będą one miały społecznej mocy i znaczenia, gdyż obywatele, wyborcy, nie mieli warunków do podjęcia przemyślanej, odpowiedzialnej, indywidualnej decyzji wyborczej.

Zgłoszenie przez Jarosława Kaczyńskiego, na miesiąc przed wyborami, kuriozalnego projektu zmian w Kodeksie wyborczym dosłownie demolującego cały, przez 30 lat doskonalony system, kreujący miliony pytań o wykonalność, rzetelność i uczciwość wyborów, będący niezbitym dowodem pogardy Kaczyńskiego dla wyborców, których dosłownie zapędzić chce do wyborów, odczytać można jako chwytanie się brzytwy przez tonącego. Pytanie tylko za co Kaczyński usiłuje złapać: za ostrze brzytwy czy za rękojeść. Szaleńca, dążącego po trupach do władzy stać na wszystko.

Dokąd prowadzi nas PiS?

Pandemia wirusa sars-cov-2 i powodowana przez niego choroba COVID-19 sparaliżowała społeczeństwa, rządy, parlamenty i gospodarkę. Zasadnicze pytanie: dlaczego ta właśnie epidemia, nie pierwszego przecież koronawirusa, który atakuje ludzi, powoduje takie spustoszenie w wielu wymiarach życia człowieka wciąż czeka na odpowiedź. Wirus rozprzestrzenia się bardzo łatwo, ale 80% zarażonych zwalcza go bezobjawowo lub z objawami bardzo słabymi. Śmiertelność wśród zakażonych jest na poziomie śmiertelności na skutek grypy. O co więc chodzi? Dlaczego zamykane  są szkoły, uczelnie, zakłady produkcyjne i usługowe, szpitale? Dlaczego zamykane są granice pastwa i ludzie w swoich domach?

Dokąd prowadzi nas rząd? Tego nie wie nikt, nawet Premier Morawiecki. Opartą na powszechnej kwarantannie strategię walki z epidemią przyjętą przez rząd  można by zrozumieć, gdyby została uzasadniona, gdyby powiedziano: wprowadzamy ostre restrykcje, ale dzięki nim oczekujemy, że wtedy to a wtedy nastąpi poprawa sytuacji i powrót do normalności. Żadnego takiego scenariusza rząd nie przedstawił. Nie przedstawił – gdyż go nie ma. Zamiast tego serwuje się obywatelom kolejne rygory i cynicznie uzasadnia się je tym, że poprzednie zdały egzamin! Trzeba powiedzieć wprost: rząd nie wie dokąd nas prowadzi. Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie kiedy skończą się ograniczenia, kto i kiedy je odwoła.

Mało tego. Obecna sytuacja z jezuicką przewrotnością wykorzystywana jest przez PiS do umacniania swojej autorytarnej władzy. Przykładem jest bandycka próba ministra Ziobro wykorzystywanie „koronawirusowej” specustawy do BEZTERMINOWEGO przyznania prokuratorom prawa nakładania 3-miesięcznego aresztu domowego na osoby objęte już nie śledztwem, ale tylko postępowaniem przygotowawczym.  W powodzi tysięcy gigantycznych skandali autorstwa PiS i ten pewnie przejdzie i przez Sejm i bez echa. PiS nie wie dokąd prowadzi społeczeństwo, dokąd prowadzi gospodarkę, ale dobrze wie dokąd sam dąży – właśnie do władzy autorytarnej.

Wydawać by się mogło, że epidemia koronawirusa spadła Jarosławowi Kaczyńskiemu jak z nieba. Pozycja wyborcza partyjnego kandydata na Prezydenta RP zaczęła się chwiać, perspektywa niepisowskiego prezydenta, niebędącego bezmyślnym notariuszem Grupy Trzymającej Władzę, grupy, która na sumieniu ma cały wór deliktów konstytucyjnych i zwyczajnych przestępstw jak czarna zmora zaczęła śnić się po nocach. I nagle pojawia się ON, wybawca, wirus sars-cov-2! Przecież Kaczyński do perfekcji wyćwiczył technikę manipulowania społeczeństwem przez kreowanie najpierw jego śmiertelnych wrogów, a później siebie, na Wielkiego Wybawiciela i Obrońcę Narodu. Kaczyński bez zastanowienia więc dosiadł tego konia. Tyle tylko, że koń go poniósł.

A miało być tak ładnie. Rząd PiS, zastraszywszy wpierw ludzi,  dzielnie stawia czoła wirusowi, Andrzej Duda wygrywa wybory w pierwszym terminie. Ale sprawa wymknęła się spod kontroli. Najpierw ujawniony został – jak to zwykle w sytuacjach kryzysowych – rzeczywisty stan służby zdrowia. Rażące nieprzygotowanie organizacyjne i proceduralne, braki zaopatrzenia w elementarne środki ochrony osobistej personelu medycznego, chaos i bałagan powszechny. Wyszło na jaw, że wieloletnie skrobanie do kości budżetu państwa na wyborcze kiełbaski PiS pozbawiło to państwo realnych możliwości obrony społeczeństwa w sytuacjach nadzwyczajnych.

Na światło dzienne wychynęła jeszcze jedna, poważna wielce sprawa. Koronawirus sar-cov-2 obnażył z całą bezwzględnością parodię systemu zarządzania antykryzysowego w państwie. Doniosłą, o strategicznych, wieloletnich konsekwencjach decyzję o de facto zamrożeniu państwa, jego gospodarki, komunikacji, usług i instytucji rząd podjął bez żadnej debaty parlamentarnej, bez żadnej konsultacji chociażby z Radą Bezpieczeństwa Narodowego. Biały koń nie mógł czekać.

A przecież  są jeszcze ludzie! Zamknięci w swoich mieszkaniach, przestraszeni wirusem, przestraszeni kurczącymi się zasobami finansowymi, często przestraszeni  perspektywą utraty pracy. Już wiadomo, że na dwóch tygodniach kwarantanny się nie skończy, gdyż w zgodnej opinii ekspertów najgorsze, czyli gwałtowny wzrost zakażeń jest jeszcze przed nami.

Tymczasem rząd nie ma bladego pojęcia jak i kiedy zakończy się ten realny stan wyjątkowy w Polsce. Najpierw kwarantanna 2-tygodniowa, potem przedłużenie do Wielkiej Nocy. Może rząd liczy na cud wielkanocny? Tymczasem specjaliści są jednoznaczni: epidemia skończy się, gdy do powszechnego użytku wejdzie szczepionka przeciwko sars-cov-2, a to nie nastąpi wcześniej niż za 18 miesięcy. Wielodzietna rodzina zamknięta na półtora roku w niewielkim mieszkaniu? Czy ktoś sobie to wyobraża? Póki co rząd usiłuje odwlec w czasie apogeum zachorowań i spłaszczyć krzywą zakażeń poniżej poziomu wydolności systemu opieki zdrowotnej.

Bez odpowiedzi pozostaje pytanie w jakich warunkach wycofane zostaną nałożone na obywateli i przedsiębiorców ograniczenia. Kiedy cofnięty zostanie zakaz zgromadzeń, kiedy przywrócona zostanie normalna praca przedsiębiorstw, kin, teatrów. Przecież negatywne skutki ogólnokrajowej  kwarantanny ujawniać się będą coraz powszechniej i coraz gwałtowniej. Czym się to skończy? Wojskiem na ulicach?

PiS nie wie dokąd prowadzi kraj, ale wie dokąd sam chce dojść. Absolutnym priorytetem są więc dla partii Kaczyńskiego wybory prezydenckie. Wprowadzone przez rząd rygory w znakomity sposób ograniczyły kampanię wyborczą wszystkich, za wyjątkiem Andrzeja Dudy, kandydatów. Ten korzysta pełnymi garściami z możliwości jakie daje mu pozycja Prezydenta i partyjne środki masowego przekazu. Jarosław Kaczyński odrzuca więc naturalne rozwiązanie, jakim byłoby w tej sytuacji przyjęcie przez Sejm ustawy o stanie nadzwyczajnym – oznaczałoby to bowiem konieczność przełożenia wyborów na późniejszy termin. W maju, wystraszone społeczeństwo zagłosuje na kandydata władzy. Za kilka miesięcy, kiedy w pełni ujawnią się społeczne i gospodarcze skutki działania tej władzy – może być różnie. Dlatego Kaczyński, ryzykując oskarżenie o naruszenie artykułu 165 Kodeksu Karnego, bezwzględnie prze do utrzymania terminu 10 maja, chociaż nic nie wskazuje na to, aby do tego czasu zniknęły przesłanki na podstawie których wprowadzono w Polsce stan epidemiczny.

Wielu komentatorów zachodzi w głowę jak to jest, że z jednej strony PiS faktycznie wprowadza stan nadzwyczajny, że nic nie zapowiada, aby 10-go maja Polska uwolniona została od wirusa sar-cov-2, wręcz przeciwnie – spodziewana jest jego dalsza ekspansja, a z drugiej strony PiS odrzuca propozycje wprowadzenia stanu nadzwyczajnego i upiera się przy majowym terminie wyborów. Skoro mądrzejsi ode mnie nie potrafią dać jasnej odpowiedzi na to pytanie pozwolę sobie na spekulację.

Nie wykluczam otóż, że szukając wyjścia z pułapki, w którą PiS się wpakował, Kaczyński próbować będzie ucieczki do przodu. Coraz częściej spotkać można poważne publikacje kwestionujące skuteczność prób przeniesienia na grunt Unii Europejskiej drastycznych, chińskich metod walki z wirusem. Coraz częściej słychać opinie, że nie stan zakażenia tym wirusem uznać należy za społecznie niebezpieczny, a powikłania, których może on być przyczyną. Innymi słowy, tak, jak to jest praktykowane w Szwecji i częściowo w Wielkiej Brytanii zakłada się, że siły i środki pomocy medycznej i socjalnej państwa powinny być kierowane nie do całego społeczeństwa, ale do grup podwyższonego ryzyka powikłań z tytułu zarażenia wirusem sar-cov-2 i do osób cierpiących na powikłania po tym zarażeniu. A więc do osób starszych, schorowanych, o obniżonej odporności immunologicznej. Osobiście dostrzegam w takim podejściu dużą dozę racjonalizmu, o czym pisałem we wpisie z 16. marca b.r.  „Karton, papier mâché, propaganda”. Przy obecnej praktyce rządu nikt nie jest w stanie przewidzieć ile dodatkowych, nie związanych z koronawirusem istnień ludzkich pociągnie za sobą dezorganizacja służby zdrowia, zamykanie oddziałów szpitalnych, odwoływanie zabiegów medycznych, wstrzymywanie procedur leczniczych. Nikt nie jest w stanie przewidzieć skutków gospodarczych rządowej strategii walki z koronawirusem: wzrostu bezrobocia, bankructwa przedsiębiorców, spadku PKB, spadku dochodów samorządów terytorialnych i wielu, wielu innych. Wiadomo tylko, że koszty będą wysokie i wiadomo kto za nie zapłaci. Jedynym wyjściem, prędzej czy później, będzie więc powrót na ścieżkę racjonalizmu.

Ucieczka PiS do przodu może więc wglądać tak, że gdzieś w okolicy Świąt Wielkanocnych, ogłaszając publicznie i z fanfarami wielkie sukcesy dotychczasowych działań, rząd ogłosi przejście do „kolejnej fazy” czyli do tej właśnie ograniczającej zdecydowanie krąg społeczeństwa, który państwo obejmie specjalną antywirusową opieką. Że będzie to faktyczne wycofanie się z obranej drogi? Że będzie to faktyczne przyznanie się do błędnych decyzji? Nikt tak jak PiS nie opanował sztuki przekuwania swoich wielkich porażek w jeszcze większe sukcesy. Tak może być i tym razem, a uwolniony z aresztu lud radośnie  przystąpi do pracy i zakupów i radośnie wybierze kandydata PiS na Prezydenta.

Rozwiązanie takie będzie poważnym problemem i dla mnie. Z jednej bowiem strony uznaję, że rząd, dla dobra Polski i Polaków,  powinien czym prędzej wycofać się ze zbyt pochopnie obranej drogi i powrócić na drogę racjonalizmu w walce z koronawirusem. Z drugiej strony uważam, że najwyższy czas przywrócić powagę, godność i konstytucyjne znaczenie urzędowi Prezydenta RP i niezwłocznie dokonać zmian na tym urzędzie. Co jest ważniejsze? Ważniejsze jednak w tej sytuacji jest społeczeństwo i gospodarka. Jeżeli nawet Duda zostanie ponownie wybrany, to, zważywszy na okoliczności i kontekst takiego wyboru, zostanie on na zawsze Prezydentem „Wstyd”, marionetką przepchaną kolanem z pogwałceniem zasad demokracji, symbolem rzeczywistego stosunku PiS do „ukochanego” suwerena.

„Dążyć do celu po trupach” – to określenie odnosi się do metody postępowania nieliczenia się, przy całej bezwzględności, ze środkami na drodze do obranego celu, ale także do określenia charakteru osoby hołdującej takiej zasadzie. W potocznym języku takie określenie było rodzajem metafory – rzadko tyczyło trupów jako takich. Tak było do 10 kwietnia 2010 r. gdyż od tego dnia cała metafora prysła. Od tego dnia „religia smoleńska”, polityczne żerowanie na ofiarach smoleńskiej  katastrofy, a przede wszystkim śmierci Lecha Kaczyńskiego, wyniosły jego brata Jarosława do niemal absolutnej władzy w Polsce. Czy 10 maja 2020 r. będzie potwierdzeniem charakteru i metod postępowania prezesa PiS? Się okaże.

Karton, papier mâché, propaganda

Jeżeli w zespołowym uniesieniu, w naturalnej wspólnej potrzebie nadziei na przetrwanie wszyscy skandują to samo, to powinien jednak znaleźć się choć jeden członek społeczności, który spojrzy w innym niż większość kierunku. To przecież też element zbiorowego bezpieczeństwa. Wszak biblijna „zabłąkana owca” może okazać się bezcenna dla całego stada, gdy to, wyzbywszy się racjonalizmu, kierowane stadnym instynktem, wpadnie w pułapkę.
Podejmowanie dyskusji na temat rządowej polityki walki z pandemią koronawirusa COVID-19 zakrawa nie tylko na szaleństwo, ale i publiczne samobójstwo. Przecież wszystko jest jasne. Rząd działa nieprzerwanie, dzień i noc. Jego politykę wspiera cała niemal opozycja i media od prawa do lewa. Zewsząd, a zwłaszcza z internetowych zakątków słychać zachwyty jacy to jesteśmy wspaniali, najlepsi w Europie, jacy zdyscyplinowani w pozostawaniu w domach! Puste ulice świadectwem naszego patriotyzmu!
Ale coś w tym wszystkim nie daje spokoju. I to nie jedna sprawa.
Rząd zamroził kraj. Na jak długo? Nie wiadomo. W niektórych przypadkach mówi się o dwóch tygodniach, w innych o tygodniu, w jeszcze innych „do odwołania”. Jak długo cały kraj ma być zamrożony? Jak długo nieczynne będą szkoły, żłobki, przedszkola? Jak długo nieczynne będą sieci handlowe, zakłady pracy, które będą zmuszone do zaprzestania działalności nie z tytułu bezpośredniej choroby pracowników ale na skutek pozrywania więzi kooperacyjnych? Przecież eksperci wieszczą, że szczyt zakażeń przypadnie na drugą połowę kwietnia. Niektórzy, gdyż inni uzasadniają, że może to potrwać miesiącami. Czy rząd ma jakiś scenariusz na wypadek, gdy okaże się, że po tych magicznych dwóch tygodniach sytuacja daleka jest od zadawalającej?
Standardy postępowania z epidemią koronawirusa wyznaczyły dla Europy Włochy. Ich śladem poszła Unia Europejska a wraz z nią i Polska. My oczywiście musimy być przy tym najlepsi. Włoska strategia, zapewne podparta wieloma autorytetami z zakresu epidemiologii, zakłada walkę totalną. Do ostatniego niemal wirusa! Takiej właśnie walce podporządkowaliśmy dzisiaj w Polsce wszystko, każdą dziedzinę naszego życia, również religijnego. Ale trzeba wiedzieć, że nie jest to jedyna możliwa strategia. Zgoła inną drogę obrała Wielka Brytania. Wprawdzie kontynentalne media nie szczędzą Brytyjczykom krytyki, w najlepszym razie nazywając decyzje brytyjskiego rządu „wielce ryzykownymi”, to jednak jeśli chwilę się nad nimi zastanowić, to nie trudno dostrzec w nich sporej dawki zdrowego rozsądku.
Tak więc w Wielkiej Brytanii nie zamyka się póki co sklepów, pubów, nie odwołuje się imprez sportowych, nie zamyka się szkół i uczelni. Dlaczego? Brytyjczycy doszli do wniosku, że mechanizm zarażania koronawirusem jest taki, że żadne działania izolujące nie będą skuteczne. Ich zdaniem aby działania jakie podejmują Włosi czy Polacy mogły dać jakiś efekt, stan „pustych ulic” musiałby trwać kilka miesięcy.
Rozumowaniu wyspiarzy zdaje się sprzyjać charakter tej infekcji. Tak więc jasne już jest, że z nowym koronawirusem przyjdzie nam, ludziom, żyć już zawsze. Nigdy już się go nie pozbędziemy. Sporo zakażeń (liczba nieznana) przebiega bezobjawowo lub z objawami bardzo łagodnymi, na ogół traktowanymi przez nosicieli tego wirusa jako zwykłe przeziębienie lub lekka grypa. Przebieg infekcji jest też zazwyczaj łagodniejszy niż przy grypie i śmiertelność na skutek powikłań na podobnym co grypa poziomie statystycznym. Zazwyczaj – za wyjątkiem grup społecznych szczególnie narażonych na powikłania po infekcji koronawirusem COVID-19. Brytyjczycy skupiają się więc na tych najbardziej zagrożonych grupach. Dla nich organizują pomoc, wsparcie, medyczną opiekę. Do tych grup kieruje się przede wszystkim organizacyjną i finansową pomoc państwa. Czyżby Brytyjczycy, idąc zupełnie inną niż Włochy i Polska drogą okazali się skrajnie nieodpowiedzialnymi za swoje państwo, za swoje zdrowie? Jakoś trudno w to uwierzyć.
Tymczasem w naszym kraju ogłoszono „stan wojenny”: totalnej wojny z wirusem COVID-19, której przecież wygrać nie można. Zamknięte granice, szkoły, uczelnie. Ograniczona dostępność do przychodni aptek, zamierająca gospodarka i usługi. I jak przy tym jest nam z tym dobrze! Jak patriotycznie! Jak dumni jesteśmy z tego, że siedzimy w domach, a ulice naszych miast są puste! Dobrze jest dzisiaj, ale za dwa tygodnie, za miesiąc, kiedy zabraknie wielu rodzinom pieniędzy, kiedy ceny (prawo popytu i podaży się kłania) pójdą w górę?
Skutecznie rozpętano psychozę strachu. Już nie zgromadzenie 1000. 100 czy 50 osób jest niemożliwe. Zamierają spotkania towarzyskie, gdyż wobec powszechnej kampanii medialnej, piętnującej każdego kichającego czy smarkającego trudno jest znajomych narażać – nie, nie na wirusa, ale na dyskomfort sytuacyjny.
Na dzień dzisiejszy zmarły w Polsce 3 osoby w wyniku powikłań po infekcji COVID-19. To oczywiście bardzo smutne – tym bardziej, że liczyć się należy z kolejnymi zgonami. Nie wszystkich jednak to martwi. Doradca Prezydenta Polski pozwala sobie na antenie telewizyjnej na skandaliczną uwagę, że epidemia COVID-19 przyczyni się do odmłodzenia polskiego społeczeństwa. Idąc za panem doradcą, nieźle zapewne wynagradzanym ze społecznych pieniędzy, można w epidemii upatrywać ratunku dla ZUS!
Ile jednak w tym czasie było zgonów z powodu powikłań pogrypowych? Media i Ministerstwo Zdrowia milczą a przecież jesteśmy w tradycyjnym okresie wzrostu zachorowań na „konwencjonalną” grypę. Ale mózg mój drąży inne pytanie: ile osób umrze w Polsce na skutek dezorganizacji służby zdrowia, do jakiej doprowadziła polityka rządu. Miałem swego czasu wątpliwie przyjemną sposobność obserwować przez dłuższy czas przychodnię Dolnośląskiego Centrum Onkologicznego we Wrocławiu przy placu Hirszwelda – wiodącej na Dolnym Śląsku placówki. Setki ludzi, siedzących ciasno jak śledzie w beczce jeden przy drugim w wąskich, niewietrzonych korytarzach, stojących z powodu braku krzeseł na schodach i czekających godzinami na przyjęcie przez wspaniałych skądinąd specjalistów DCO. Chorzy onkologicznie to przecież grupa najwyższego ryzyka powikłań po wirusowych infekcjach, to ludzie o obniżonej odporności immunologicznej, którzy z drugiej strony nie mogą sobie powiedzieć: – a, dzisiaj nie pójdę na konsultacje, czy nie zrobię badań lub nie poddam się wyznaczonym zabiegom; – może za miesiąc lub dwa. Mam te korytarze i stłoczonych w nich pacjentów przed oczami i zastanawiam się jaką specjalną opieką ich otoczono.
Ale to nie wszystko. Rząd pozbawił polskich chorych 19 szpitali przekształcając je na placówki dedykowane wyłącznie zakażeniom koronawirusem . Oczywiście dotychczasowi pacjenci rozśrodkowani zostali do innych placówek, ale arytmetyka jest bezwzględna. 19 dużych zazwyczaj szpitali wyparowało. Ile osób w Polsce umrze na choroby zupełnie nie związane z COVID-19, które na skutek tej „reorganizacji” nie otrzymają należnej im opieki lub otrzymają ją za późno?
Jedynym wygranym w tej aferze będzie Prawo i Sprawiedliwość. Rząd się krząta z wielkim zapałem, Premier Morawiecki – Główny Propagandzista Kraju – większość dnia spędza w studiach radiowych i telewizyjnych, społeczeństwo zastraszone, a więc wobec takiego „straszliwego” zagrożenia w naturalny sposób sprzyjające opiekuńczej władzy, opozycja zepchnięta do ciemnego kąta i bardzo ograniczona w możliwościach docierania do wyborców. Z pewnością żaden koronawirus nie spowoduje przełożenia wyborów prezydenckich. Bo niby dlaczego? Dzisiaj PiS ma – dzięki COVID-19 – wygraną w kieszeni, a jesienią, kiedy społeczne i gospodarcze skutki dzisiejszej polityki wyjdą na wierzch może być różnie. Nie można nawet wykluczyć, że antywirusowy „stan wojenny” pod różnymi pretekstami przeciągnięty zostanie aż do dnia wyborów. Choćby po to, aby przed 10 maja nie stawiać głupich pytań typu – po co było go wprowadzać?
No i bonus dla PiS dodatkowy! Zupełnie niezauważona została przez media, również te krytyczne wobec obecnej władzy, znamienna wypowiedź Mariana Banasia, którą ten, zagnieżdżony na fotelu Prezesa NIK zawarł w swoim niedawnym wywiadzie dla jednej z prawicowych gazet. Otóż w morzu deklaracji jak to dzielnie będzie on walczył o niezależność Izby, niejako mimochodem, wspomniał, że ze słynnego domu schadzek, który funkcjonował w jego kamienicy, „korzystało wielu polityków i ministrów”. Na całym świecie, pod każdą szerokością geograficzną takie wyznanie najbardziej w sprawie kompetentnego człowieka musiało by spowodować polityczne trzęsienie ziemi o sile powyżej 9 w skali Richtera. Przecież jeżeli znane są nazwiska, to zakładać trzeba, że uwieczniono je nie tylko na kartkach papieru, ale i na innych nośnikach. Ale dzięki koronawirusowi nikt się tym nie zajmuje, a koleżkowie Banasia otrzymali bardzo wyraźny sygnał: dajcie mi spokój, abo…
Epidemia koronawirusa w jej obecnym wydaniu to wcale nie Apokalipsa. Wystarczyła jednak, aby bezlitośnie obnażyć dotychczasową politykę PiS opartą na kłamstwie, nachalnej propagandzie sukcesu, kreatywnej księgowości budżetowej. Obnażyła zupełny brak przygotowania państwa na takie zagrożenia, o większych nie wspominając. Przede wszystkim obnażyła olbrzymie problemy służby zdrowia: te strukturalne, funkcjonalne, jak też i kadrowe i materialne. Skandal z dwoma miliardami złotych podarowanymi przez pisowski sejm i pisowskiego prezydenta pisowskim propagandzistom miast na potrzeby ochrony zdrowia Polaków jawi się w nowej, mega-karykaturalnej skali. Gorzej, że do tego pisowskiego państwa budowanego z kartonu i papier mâché na fundamentach agresywnej, kłamliwej propagandy wprowadzono potężny zastrzyk dezorganizacji i chaosu. Czarny scenariusz rozpocznie się w Polsce wówczas, gdy PiS utrzyma na fotelu Prezydenta figuranta i przy jego i propagandowych tub pomocy zamieniać będzie swoje klęski na historyczne, wiekopomne sukcesy.