Koronawirus połączy?

Należy słuchać tego, co mówią politycy. Nie należy im bezrefleksyjnie wierzyć, gdyż, jak wykazały niedawno opublikowane badania jednego z zachodnich uniwersytetów, politycy którzy kłamią odnoszą większe sukcesy niż ci, którzy mówią prawdę. W wypowiedziach polityków o wiele ważniejszą informacją niż podawane przez nich fakty, jest zaszyfrowana w ich przekazach intencja.

I właśnie intencje polityków,  rzeczywiste, a nie gołosłownie deklarowane są najważniejsze.

Dziwię się, że Polska opozycja tak mało uwagi przydaje tej sprawie, dając się często nabierać na propagandowe gesty rządzących mające na celu wyłącznie kształtowanie zewnętrznego wizerunku władzy.

Przez całe miesiące cała rządowa ekipa z premierem Morawieckim na czele odsądzała od czci i wiary opozycję, starała się ją ośmieszać i obrażać gdy ta podnosiła problemy strategii walki z pandemią sars-cov2, domagała się wprowadzenia stanu nadzwyczajnego, pytała o kryminalne działania przedstawicieli rządu.

Azaliż w ostatnich dniach rząd z wielkim rozgłosem zaprosił opozycję do wspólnej debaty na temat walki z pandemią. Bardzo znamienna będzie to debata. Po pierwsze zweryfikuje rzeczywiste intencje rządu dotyczące współpracy z opozycją. Czy będzie to kolejny zabieg propagandowy połączony z próbą podzielenia się z opozycją odpowiedzialnością za katastrofalny stan, w jakim, za sprawą beztroski i upolitycznienia epidemii przez PiS znalazł się kraj i Polacy, czy też rząd przedstawi jakiś nowy, wymagający rzeczywistego współdziałania plan ratunkowy.

Interesująca też będzie postawa opozycji. Czy wystąpi na tym spotkaniu jako rzeczywisty blok opozycyjny, czy też poszczególne partie prześcigać się będą w wyścigu po laur opozycji konstruktywnej.

Szczególnie interesujące zaś będzie to, czy opozycja przedstawi jakieś warunki wstępne przejęcia części odpowiedzialności, chociażby zobowiązanie rządu do natychmiastowego wyjaśnienia afer maseczkowych, respiratorowych, i innych. Czy swój udział uzależni od przeproszenia Polaków przez PiS za bagatelizowanie przez Premiera, Ministra Zdrowia i kandydata na prezydenta kraju powagi zagrożenia epidemiologicznego.

I sprawa ostatnia. Jeżeli rzeczywiście intencją rządu będzie przerzucenie na opozycję części odpowiedzialności w sytuacji, gdy rząd, jak sam twierdzi, utracił kontrolę nad rozwojem pandemii, opozycja nie powinna zapominać o kardynalnej zasadzie: nie ma odpowiedzialności bez kompetencji i narzędzi sprawczych.

Wystąpienie?

19 września konwencją wojewódzką we Wrocławiu Sojusz Lewicy Demokratycznej rozpoczął serię 16 wojewódzkich konferencji programowych, które poprzedzać mają Krajową Konwencję Programową Polskiej Lewicy. Zostałem zaproszony na to wydarzenie i przygotowałem w związku z tym krótkie wystąpienie. Okazało się ono i tak zbyt długie (limit czasu: 1,5 min). Dlatego poniżej zamieszczam pełny tekst, który zamierzałem zaprezentować zebranym

Wystąpienie na Dolnośląskiej Konferencji Programowej Lewicy

Czas na wystąpienie merytoryczne przeznaczony „głosom z sali” jest tak ograniczony, że podejmowanie kwestii programowych byłoby obrazą dla wielkości i znaczenia problemów przed którymi w chwili obecnej staje lewica, w tym lewica polska. Dlatego nie podniosę tutaj wszystkich zasadniczych wątków szczegółowych, którym chciałbym podzielić się z koleżankami i kolegami. Tym nie mniej moje krótkie wystąpienie będzie merytoryczne.

Wszyscy, którzy ze mną niegdyś pracowali wiedzą, że przystępując do organizacji spotkań takich jak dzisiejsze zawsze zadawałem standardowe pytania:

– Po co organizujemy to spotkanie, konferencję, naradę itp.?  Czym ma się ono zakończyć? Co ma być jego celem, wynikiem końcowym? Co zamierzamy osiągnąć?

W przypadku naszej konferencji pytania są równie zasadne, tym bardziej, że praktycznie nikt nie podjął realizacji Stanowiska II Kongresu Lewicy z 2016 r. Od Drugiego Kongresu lewica polska nie odnotowała postępu – wręcz przeciwnie.

Jeżeli to spotkanie i piętnaście podobnych w kraju ma się nie kończyć przyjęciem jakiegoś dokumentu zawierającego postulaty programowe, przyjęciem w formie pisemnej, umożliwiającej później konfrontację z dokumentem końcowym finalnej konferencji krajowej, to wszystkie te spotkania mieć będą znaczenie li tylko socjotechniczne, może krótkotrwałe wizerunkowe chociaż z punktu widzenia organizatorów będą bardzo pragmatyczne.

Z jednej strony bowiem spotkania takie jak dzisiaj mają „zadać kłam” dosyć powszechnym, również w kręgach SLD opiniom o atrofii dyskusji programowej na lewicy, stworzyć pozory „powszechnej debaty”, a z drugiej dostarczyć Centrali piętnaście dokumentów, w których znajdzie się cale spektrum różnych problemów. Tak więc konstruując praktycznie dowolny dokument końcowy Konferencji Krajowej organizatorzy zawsze powołać się będą mogli na „głos suwerena”.

Dlatego musimy mieć świadomość, że my, zebrani na tej sali nie współtworzymy dzisiaj programu Nowej Lewicy. My tylko asystujemy niejako przy jego powstawaniu, stanowimy oprawę dla całego procesu. Żeby była jasność: nie zarzucam władzom partii  manipulacji. Stwierdzam tylko jej konsekwencję w działaniu. Przyjęta procedura tworzenia programu Nowej Lewicy doskonale materializuje bowiem koncepcję nowej „partii” lewicowej pozbawionej podstawowej komórki strukturalnej, jaką były koła członków partii. Intencja taka zawarta została w projekcie nowego statutu SLD przekazanego delegatom na zeszłoroczną konwencję grudniową. Konwencja wprawdzie wprowadziła ponoć jakieś korekty, ale nowego, oficjalnego statutu nikt (prawie nikt) jeszcze nie widział na oczy choć już minął bez mała rok. Kampania wojewódzkich konferencji programowych, których istotą jest przysłuchiwanie się dyskusjom panelowym jest doskonałym, praktycznym przykładem wdrażania nowego, amerykańskiego modelu partii politycznej typu komitetowego, wyborczego czy wręcz medialnego w miejsce klasycznego, europejskiego modelu partii politycznej mającej swoje trwałe, codzienne połączenie ze społeczeństwem w postaci aktywnych kół terenowych.

Powiem wprost: jeżeli sprawy potoczą się w tym właśnie kierunku, to Nowa Lewica będzie tak naprawdę NIBY-PARTIĄ, partią pozorną i wątpię, abym takiej udawanej partii mógł być członkiem.

Tym nie mniej, póki dyskusja trwa i uważając że nie można zmarnować żadnej okazji do zabrania głosu,  Komitet Założycielski Socjalistycznej Platformy SLD postanowił zaprezentować swoje stanowisko w kwestii programu lewicy. Zostało ono koleżankom i kolegom doręczone w formie 18 punktów. Jest to stanowisko wstępne, gdyż ostateczne zaprezentowane zostanie z początkiem listopada, po szerokiej dyskusji. Postanowiliśmy zaprezentować nasze postulaty programowe pomimo tego, że jesteśmy de facto wciąż strukturą nieformalną – od ponad roku toczymy bezskutecznie boje o zarejestrowanie naszej platformy przez Zarząd Krajowy – zgodnie ze statutem SLD i pomimo tego, że żadne z naszych poprzednich stanowisk merytorycznych nie zasłużyło na reakcję władz partii.

Jak powiedziałem stanowisko nasze przekazujemy zebranym i organizatorom w formie pisemnej. Tutaj pozwolę sobie przytoczyć tylko dwa pierwsze punkty:

  1. W swoich poszukiwaniach programowych lewica, na samym początku, powinna odpowiedzieć sobie na zasadnicze pytanie: czy zamierza być kreatywnym ruchem społecznym, z ambicjami zmieniania kraju i świata, czy zadowalać się będzie, jak dotychczas, rolą bierną lub co najwyżej adaptacyjną do realiów tworzonych przez innych: wcześniej neoliberalizm dzisiaj przez nacjonalistyczną prawicę. SPP SLD jednoznacznie opowiada się za partią kreatywną. Więcej: uważamy, że tytuł „lewicowości” nie przystoi partiom i ruchom społecznym „socjalizującym” rozwiązania innych, polewających różowym lukrem strategie w swojej istocie skierowane przeciwko ludziom pracy, przeciwko społecznej sprawiedliwości, przeciwko podstawowym zasadom humanizmu.
  2. W swoich poszukiwaniach programowych lewica powinna poruszać się jednocześnie w dwóch przestrzeniach czasowych: strategicznej, długofalowej, wyznaczającej nasze cele zasadnicze, naszą, lewicową wizję państwa, społeczeństwa, gospodarki, naszą odpowiedź na ślepy zaułek, w który wpędził świat turbokapitalizm oraz taktycznej, krótkoterminowej, określającej cele  i zasady postępowania w bieżącej sytuacji politycznej, społecznej i ekonomicznej – stosownie do realnych możliwości.

oraz,  aby nie zabierać głosu po raz drugi w trakcie dyskusji o samorządności, punkt 16.. Punkt ten głosi:

Samorządność powinna być jedną z fundamentalnych zasad funkcjonowania społeczeństwa i państwa. Zasada ta powinna być wprowadzona wszędzie tam, gdzie to jest możliwe. Umacniać więc należy nie tylko samorządność terytorialną, ale również samorządy gospodarcze, zawodowe, kulturalne, i inne. Druga izba parlamentu powinna zostać przekształcona w Izbę Samorządową.

Koleżanki i koledzy. Z wykształcenia jestem inżynierem i jedna strona mojej duszy jest inżynierska, praktyczna. Dlatego z wielkim szacunkiem odnoszę się do pragmatyzmu jako zasady działania. To dzięki pragmatykom posuwamy się naprzód.

Wiem jednak również, że pragmatycy potrafiąc dokonywać wielkich rzeczy potrafią robić tylko to, co jest możliwe. Tymczasem polska i europejska lewica, jeśli chce odzyskać swoją pozycję  w społeczeństwie, musi poważyć się na cele niemożliwe, w przekonaniu powszechnym utopijne. Wobec wyzwań XXI wieku jesteśmy po trosze w sytuacji naszych poprzedników, dziewiętnastowiecznych socjalistów, których wiara w niemożliwe, zaangażowanie, oddanie sprawie zmieniły jednak świat radykalnie.

Życzę więc Wam i całej lewicy  odwagi w myśleniu, w kreśleniu nowych horyzontów, nowych dróg, po których poprowadzą nas pragmatycy.

Najniższa Izba Kontroli

 

Trudno nie pisać o Najwyższej Izbie Kontroli. Zwłaszcza po publikacji „Syn Mariana Banasia rozpycha się w NIK” pomieszczonej w „Rzeczpospolitej”  29.09. b.r. Oczywiście zaangażowanie syna, którego rola w tak zwanej „Aferze Banasia” jest wciąż niewyjaśniona, do współkierowania najwyższym organem kontroli państwa jest jawną kpiną z przyzwoitości, naigrywaniem się z podstawowych etycznych zasad urzędnika państwowego. Jest też oczywiście ostentacją, publicznym wyzwaniem do wszystkich: – i co mi zrobicie?

Ale to jeszcze nie jest najgorsze. Jak donosi otóż Rzepa Prezes NIK utworzył nową, nieznaną kategorię para-pracowników NIK: społecznych doradców prezesa. Prezes ma specjalny, zawodowy zespół swoich doradców, najczęściej pracowników z poważnym doświadczeniem kontrolerskim, oraz specjalistów z różnych dziedzin prawa i ekonomii. Jaki jest więc cel tworzenia nowego, stałego zespołu, nie mającego umocowania w żadnych ustawowych przepisach dotyczących Izby? A musi być jakiś skoro, jak pisze Rzeczpospolita: „…doradcom spoza NIK jej szef dał niezwykle szerokie, i także zdaniem części pracowników Izby kontrowersyjne, uprawnienia. Zobowiązał dyrektorów Izby do udzielania społecznym doradcom wszelkich informacji i przekazywania dokumentów”.

Innymi słowy Prezes NIK zobowiązał dyrektorów Izby do  łamania ustawy o NIK! Ta bowiem jednoznacznie określa tajemnicę kontrolerską i konieczność jej zachowania przez kontrolera nawet po ustaniu stosunku pracy z Izbą. Tajemnica kontrolerska ma niezwykle istotne znaczenie dla wiarygodności Izby. Przykładowo, kontrolując przedsiębiorstwo  kontroler często sięga do informacji stanowiących tajemnicę tego przedsiębiorstwa. To, czy zostanie ona wykorzystana w materiale pokontrolnym, to inna sprawa. Ale jeżeli nawet, to z poszanowaniem wszelkich przepisów dotyczących ochronie informacji niejawnych.

Tymczasem w Izbie pojawia się grupa osób nie będących kontrolerami, doradcami czy członkami Kolegium która uzyskuje od Prezesa prawo  żądania wszelkich dokumentów kontrolnych, a dyrektorzy jednostek zobowiązani są do ich udostępniania. To już nie jest skandal – to jest jawne łamanie kilku ustaw, za które Prezes NIK powinien ponieść odpowiedzialność.

Ustawa o NIK przewiduje wprawdzie możliwość zwolnienia pracownika NIK z tajemnicy kontrolerskiej przez Prezesa, ale z przepisu art. 73 tej ustawy wynika jednoznacznie, że dotyczy to przypadków szczególnych, pojedynczych. Prezes NIK nie może zwolnić kontrolerów z tajemnicy kontrolerskiej blankietowo. Ale więcej: Prezes NIK nie ma ustawowego prawa dopuszczania do tajemnicy kontrolerskiej żadnej osoby, która ustawą o NIK nie jest związana.

Izba podzieliła więc los Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego. Została przez armię PiS  spacyfikowana, ośmieszona, zamieniona w kolejny bastion bezprawia i w rodzinny folwark.

Dziwić i smucić jednocześnie musi też postawa Sejmu. W Sejmie, któremu ustawowo podlega NIK działa specjalna Komisja d.s. Najwyższej Izby Kontroli. Zasiadają w niej nie tylko posłowie Prawa i Sprawiedliwości, ale również opozycji. Dlaczego ci ostatni, wykonując swoje poselskie powinności nie biją na alarm? Dlaczego biernie przyglądają się agonii jednaj z najbardziej zasłużonych dla Polski instytucji?

 

List od świata

Ambasador, będący oficjalnym przedstawicielem rządu w obcym państwie nie powinien angażować się w wewnętrzne problemy państwa – gospodarza. Jeżeli zaś to czyni – to musi mieć ku temu bardzo ważne powody. Jedynym po prawdzie powodem, uzasadniającym oficjalną interwencję ambasadora w wewnętrzne sprawy kraju, w którym pełni misję,  może być uznanie, że działania władz tego kraju stanowią zagrożenie dla interesów państwa, którego jest przedstawicielem.  Oczywiście takie interwencje się zdarzają.

Ale jednoczesna interwencja 50-ciu ambasadorów? To wydarzenie bezprecedensowe, to ewenement na skalę światową. A takim ewenementem jest właśnie list 50 ambasadorów do polskiego rządu w sprawie obrony praw społeczności LGBT w Polsce. Pytanie, na które warto szukać odpowiedzi to co skłoniło ambasadorów do takiego radykalnego kroku? Jakie interesy reprezentowanych państw narusz polska praktyka polityczna?

Jeszcze jeden aspekt: trudno sobie wyobrazić, aby ambasadorowie, podpisując to wspólne wystąpienie działali bez porozumienia za swoimi rządami. Jest raczej pewne, że uzyskali na takie działanie zgodę, a więc ich stanowisko należy uznać za stanowisko ich rządów.

Istota problemu leży w tym, że w opinii autorów listu działania polskiego rządu godzą w prawa człowieka, rządząca w Polsce elita polityczna utrzymuje tymczasem i nagłaśnia tezę, że chodzi o  „ideologię”. I w tym jest problem, w odrzuceniu przez polskie elity uniwersalności praw człowieka i sprowadzenie ich do jakiejś „ideologii”. Jeżeli dopuści się do ideologizacji praw człowieka nawet w małym społecznie wymiarze, to otworzy to drogę do szerokiego i uznaniowego w praktyce ograniczania praw człowieka w innych obszarach. Nie należy zapominać, że zbrodnie przeciwko ludzkości dokonywane w epoce kolonializmu uzasadniane były również ideologią – wyższości rasy białej nad kolorowymi. Podobnie z ideologiczną podbudową zbrodni Hitlera i Stalina.

Świat wyciągnął z mrocznej historii wnioski w postaci powszechnie akceptowanych praw  człowieka, a Polska usiłuje do tej przeszłości wracać. I to musi budzić sprzeciw świata wyrażony między innymi w liście ambasadorów. Sprowadzenie praw człowieka do ideologii stanowi zagrożenie dla współczesnych fundamentów ich państw, dla ich społeczeństw. Dlatego interweniują, dlatego protestują.

Politycy prawicy wpadli we własne sidła. Od zarania uprawiają polityczną praktykę zdobywania „rządu dusz” przez kreowanie wyimaginowanych wrogów a siebie na obrońców ludu przed tym wrogiem. Przypomnieć trzeba, że pierwszym wrogiem naznaczonym jeszcze w 2015 r. przez Kaczyńskiego byli Niemcy. Potem Rosjanie, Żydzi, uchodźcy, lekarze, dziennikarze, sędziowie, prokuratorzy. Oczywiście cały czas wrogami byli „komuchy” do których ostatnio zaliczono również polityków Platformy Obywatelskiej. W mnożeniu „wrogów ludu” PiS prześcignął wszystkich. Aż trafiło na środowisko LGBT. Spindoktorzy PiS uznali, że odwołanie się do homofobii części społeczeństwa, do jego zacofania, braku wiedzy o istocie i problemach społeczności LGBT w połączeniu ze zdyskredytowanym pojęciem „ideologia” przyniesie oczekiwane skutki wyborcze. Nie pomylili się, tym bardziej, że uzyskali gorące poparcie polskiego Kościoła Katolickiego, działającego tym razem wbrew swojemu watykańskiemu zwierzchnikowi. Sukces wyborczy został osiągnięty, ale za olbrzymią cenę, którą płacimy my wszyscy.

PiS nie uważa środowiska LGBT za społeczną mniejszość, za pełnoprawną społeczną odrębność. Uważa ich za zwyrodnialców, zboczeńców, co najmniej za ludzi chorych, których należy leczyć. Ponieważ nie może (póki co) wprost, z urzędu i fizycznie występować przeciwko niemu, nadaje swojej misji charakter wojny ideologicznej. To właśnie Prawo i Sprawiedliwość pospołu z polskim Kościołem katolickim ideologizują problem. I w tym punkcie zderzają się z całym światem.

Charakterystyczna jest reakcja polskich władz na „List 50-ciu”. Sprowadza się ona do linii wytyczonej przez Andrzeja Dudę w kampanii wyborczej: „Nie będą nam w obcych językach narzucali jaki ustrój mamy mieć…”. Wystąpienie okoliczność  „Listu” Ministra Sprawiedliwości jest  najlepszym tego przykładem. Z drugiej strony ze wszystkich pisowskich i propisowskich gardeł okrzyki, że Polska jest światowym wzorem poszanowania praw człowieka i wolności. Białe jest czarne, a czarne jest białe.

Najgorsze jednak jest to, że afery wokół pisowskiej nagonce przeciw środowiskom LGBT nie można oderwać od deklaracji samego wodza i ideologa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, który swego czasu grzmiał z trybuny:  „Jeżeli nawet w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie sami – to pozostaniemy! I będziemy tą wyspą wolności, tolerancji…”

Jest w tym coś niepokojąco szaleńczego. To ta łatwość w zupełnie fałszywej interpretacji Słowackiego i traktowanie Polaków jako „kamieni przez Boga rzucanymi na szaniec”. Przeciwko Europie, przeciwko Watykanowi, a jak trzeba przeciwko całemu światu. Takie działanie, to działanie sekciarskie, tyle tylko, że sektą w świecie usiłuje się uczynić cały naród.

Obyśmy tylko nie skończyli jak członkowie sekty „Świątynia Ludu Uczniów Chrystusa”.

Żenada rządzących

Od ponad tygodnia 37. milionowy naród ekscytowany jest przez wszystkie media informacjami, częściej strzępkami informacji spod drzwi budynku przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, lub innego, przy ul. Parkowej. Dogadali się, czy nie? Na jakich warunkach? Kto odejdzie z rządu, a kto pozostanie? Tym razem osobą nr 1 nie jest Jarosław Kaczyński, lecz „złoty chłopak” Zbigniew Ziobro – Minister Sprawiedliwości i Prokurator Krajowy.  W rządzącej koalicji mocno tąpnęło. Zaczęto straszyć się nawzajem wcześniejszymi wyborami, rządem mniejszościowym itp. Politycy Zjednoczonej (sic!) Prawicy nie przebierali w słowach, starając się dopiec adwersarzowi – do niedawna wiernemu druhowi w bojach z obrzydliwym lewactwem.

Ważnym aspektem kłótni były udziały koalicjantów w grabieniu spółek skarbu państwa przez obsadzanie ich władz swoimi ludźmi, na ogół kompetentnymi inaczej, ale wiernymi i oddanymi. Wujowie, szwagrowie, synowie, córki, żony – wszyscy. Wszak rodzina musi być na swoim – nieprawdaż?

Nepotyzm Zjednoczonej Prawicy nie tylko osiągnął wymiar kosmiczny. On stał się regułą, zasadą. Kiedyś, kilka lat temu popularne było powiedzenie, zwłaszcza wśród samorządowców, że w obecnych czasach tylko głupiec się nie zadłuża. Dzisiaj tylko głupiec nie rozmieszcza swoich krewnych i znajomych na atrakcyjnych, państwowych posadach. Można mieć obawy, że nie chodzi już tylko o zwykłe dbanie o swoich. Najprawdopodobniej obsadzanie swoimi jest dzisiaj rodzajem przepustki do kasty rządzącej: nie obsadzasz – jesteś niepewny, niegodny zaufania.

Istotą kłótni w koalicji jest więc to, które ugrupowanie ile ma wyszarpać z tego postawu płótna, którym jest Rzeczpospolita, oraz to kto zapewni sobie szanse w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Żenada, żenada i jeszcze raz żenada. Jedynym logicznym wyjaśnieniem tej całej awantury może być dążenie Kaczyńskiego do uchwalenia za wszelką cenę kuriozalnej, haniebnej ustawy o bezkarności pisowskich polityków i spacyfikowanie ambicji Ziobry. Tymczasem „walcząc o swoje” Zbigniew Ziobro publicznie postawił ustawie veto. Nie zareagował pan minister od sprawiedliwości zaraz po tym, jak taki projekt ujrzał światło dzienne, nie darł szat na posiedzeniach rządu, nie grzmiał na konferencjach prasowych. Wykorzystał swoje veto instrumentalnie, jako dźwignię nacisku na Kaczyńskiego domagając się większej liczby łupów. Oczywiście ma to związek z ambicjami Ziobry objęcia sukcesji po Kaczyńskim – nowy lider musi wszak okazać skuteczność w zabiegach o swój dwór i akolitów.

Jak można się było spodziewać z dużej chmury ledwie pokropiło. Ogłoszono koniec konfliktu, a jedyną ważną zmianą jest zapowiedź wejścia Jarosława Kaczyńskiego do rządu w roli wicepremiera bez teki. To w istocie oryginalne rozwiązanie. Po pierwsze jest ono w sprzeczności z zapowiedziami rządu dokonywania cięć w administracji. Tymczasem jednak funduje się Narodowi nowy urząd. A nie chodzi przecież o gabinet, biurko, telefon i samochód z kierowcą. Taki wicepremier, nadzorujący kluczowe dla państwa resorty (sprawiedliwości, administracji i spraw wewnętrznych oraz ministerstwo obrony) a przy tym szefujący  nowemu komitetowi bezpieczeństwa będzie potrzebował sztabu asystentów i zastępów doradców różnej maści. Nie koniec na tym. Aby taki super-wicepremier mógł efektywnie urzędować muszą zostać stworzone nowe procedury komunikowania się wewnątrz rządu i pomiędzy rządem a Prezydentem. Niewątpliwie bowiem Kaczyński, jeśli obejmie zakres kompetencji, o którym się mówi, istotnie osłabi pozycję Prezydenta kraju w takich sprawach jak wojsko, obronność i bezpieczeństwo.

Jest jeszcze jedna ciekawostka związana z tym novum. Wicepremier Kaczyński będzie miał swojego formalnego zwierzchnika w osobie Premiera Morawieckiego, który ostatnie lata owocnie spędził na publicznym pianiu peanów na temat prezesa PiS i upraszaniu się o jego łaski przekraczając w tym znacznie standardy zwykłego lizusostwa. Kasztany przeciw orzechom że ta zwierzchność będzie iluzoryczna. W istocie nastąpi osłabienie pozycji również Premiera polskiego rządu. Współczuć można będzie tylko polskim partnerom za granicą, którzy formalnie kontaktować się będą musieli z Morawieckim ale pilnie obserwować będą co w danej sprawie ma jego podwładny.

Gdyby te gierki nie dotyczyły naszego kraju można by uznać je za egzotyczne i zabawne. Niestety tak nie jest.

Jest jednak nadzieja. Koalicja w istocie nie tylko popękała, ale przez czas jakiś przestała istnieć. Wychodzi na to, że udało się ją posklejać z powrotem. Ale rozbita filiżanka, choćby nie wiedzieć jak kunsztownie sklejona nigdy nie odzyska pierwotnej urody ani nigdy nie odzyska swoich walorów użytkowych. Zawsze pozostanie już rozbita, choć sztucznie jeszcze połączona.

Kaczyński słupem?

Kaczyńskiego należy słuchać – jego publiczne wypowiedzi często mają drugie dno. Już prawie wszyscy zapomnieli jego słynną myśl wypowiedzianą z trybuny sejmowej 18 października 2018 r.: „Nas nie przekonają, że białe jest  białe a czarne jest czarne”. Uznano to za lapsus językowy, ale czy zasadnie? Praktyka komunikacji PiS z elektoratem w 100% potwierdza, że PiS tą zasadą kieruje się na co dzień. Ostatnią próbkę tej praktyki zafundował nam niejaki Jaki, eurodeputowany, który kilka dni temu przekonywał Parlament Europejski że „strefy bez LGBT w Polsce to prowokacja lewicy, która wywiesza takie tablice na granicach miast”. Nie zająknął się nasz dzielny przedstawiciel o finansowej rekompensacie, jaką bezprawnie funduje jego były szef – minister nomen omen sprawiedliwości – gminom, które utraciły wsparcie finansowe ze środków UE wskutek przyjęcia uchwał ich organów samorządowych ogłaszających ich teren „wolnym od LGBT”. I tak jest wręcz co dnia: ludzi przekonuje się, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Dlatego złota myśl Kaczyńskiego mogła nie być lapsusem lecz podświadomym, niekontrolowanym wyjawieniem tej pisowskiej metody robienia ludziom wody z mózgu.

Ale przed tą wypowiedzią była jeszcze inna. Otóż w 2017 r. Jarosław Kaczyński, przy okazji wystąpienia  na jakiejś miesięcznicy katastrofy smoleńskiej zagrzmiał z trybuny: „Jeżeli nawet w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie sami – to pozostaniemy! I będziemy tą wyspą wolności, tolerancji…” Już w tej wypowiedzi widać wyraźnie zasadę: białe jest czarne, a czarne jest białe. Ale nie o to teraz chodzi. Chodzi o tą wyspę. Czy przypadkiem Kaczyński mówiąc o wyspie inspirowany był myślami o jakiejś konkretnej?

Tak się bowiem stało, że w tym samym roku zwykły poseł Jarosław Kaczyński wystąpił do Rady Miasta Świnoujście o oddanie mu w dzierżawę wyspy Wielki Krzek, leżącą w obszarze miasta i będącą częścią Wolińskiego Parku Narodowego i będącą częścią Obszaru Natura 2000. Oto ta wyspa:

 

 

Rada Miasta poszła zwykłemu posłowi na rękę, wyspę przekazano w dzierżawę i jak stwierdził do mediów rzecznik prezydenta Świnoujścia: „Z informacji, jakie posiadamy, wynika, że prezes PiS zamierza wybudować na wyspie ośrodek wędkarski, w którym nie tylko będzie spędzał czas wolny, ale także udostępni go ministrom i posłom”.

Z kilku powodów tej transakcji należy przyjrzeć się z największą uwagą.

Po pierwsze: po co Kaczyńskiemu, osobie schorowanej, dźwigającej w bólach swój ósmy krzyżyk taka „długoletnia” dzierżawa? Li tylko dla zaspokojenia swoich wędkarskich namiętności? Aby kilka razy w roku pomoczyć kija w Zalewie?

Po drugie: w ustawie o gospodarce nieruchomościami nie występuje pojęcie „długoletnia dzierżawa”. Ustawa przewiduje wydzierżawienie terenu na okres lat trzech lub bezterminowo. Należy domniemywać, że w tym przypadku J.Kaczyński wydzierżawił wyspę Wielki Krzek bezterminowo.

Jak ogłosił wspomniany rzecznik prasowy: „- Na razie nie możemy ujawnić szczegółów planowanej inwestycji oraz warunków na jakich teren będzie dzierżawiony, jednak mogę zapewnić, że miasto zdecydowanie na tym skorzysta”. Wniosek Kaczyńskiego o bezterminową dzierżawę musiał zawierać uzasadnienie, które podzieliła Rada Miasta (jej uchwała w takiej sprawie indywidualnej dzierżawy musi być uzasadniona). Z enuncjacji rzecznika prasowego prezydenta Świnoujścia wynika, że na wyspie prowadzona będzie inwestycja: wędkarski ośrodek wypoczynkowy (WOW) dla ministrów i polityków.

To z kolei prowadzi do kolejnych pytań: kto będzie inwestorem? Kaczyński osobiście? Raczej nie. Więc kto? Orlen? KGHM? Radio Maryja? Ośrodek taki wymaga nie tylko niemałych  nakładów inwestycyjnych, lecz również sporych nakładów na jego bieżące utrzymanie – bez wątpienia będzie jakąś formą działalności gospodarczej. Kto wówczas płacić będzie podatki od nieruchomości?

Lokując na posiadanej działce WOW Kaczyński będzie musiał prowadzić ewidencję podatkową, chyba, że przekona administrację podatkową, że WOW nie jest formą działalności gospodarczej. Więc czym będzie? Instytucją non profit fundującą pisowskim urzędnikom wypoczynek za friko?

Po trzecie: okoliczności związane z tą dzierżawą. Wyspa Wielki Krzek jest niezamieszkała. Bez dróg, bez prądu, wody, kanalizacji. „Prezes zamierza wybudować…” Budowanie na niej jakiegoś ośrodka wiązać się musi z poważnymi inwestycjami infrastrukturalnymi. Kto je poniesie? Zwykły poseł Kaczyński? Jacyś utajnieni sponsorzy?  A może to władze miasta zobowiązały się do doprowadzenia na własny koszt do wyspy prądu, wody i systemu kanalizacyjnego (wszak nie wypada aby ministrowie i posłowie chodzili do „sławojki”)? A jeżeli nie miasto, to z pewnością nie zwykły poseł, gdyż nawet jeśli od wielu lat nie ponosi kosztów swojego utrzymania to i tak zgromadzone w ten sposób oszczędności nie wystarczą nawet na pokrycie drobnej części takich przedsięwzięć inwestycyjnych.

Po czwarte wreszcie: czy, a jeżeli tak to na jakich zasadach uregulowano w umowie dzierżawnej kwestie pierwokupu. Już dzisiaj poseł Brudziński oznajmia w mediach społecznościowych, że w sierpniu „Kaczyński dokonał inspekcji swojej wyspy”. Swojej wyspy – choć w świetle prawa nie jest jej właścicielem a tylko posiadaczem. Ale otoczenie Prezesa uważa go już za właściciela.

Tak czy inaczej szczegóły umowy dzierżawy wyspy Wielki Krzek z obywatelem Jarosławem Kaczyńskim powinny bezwzględnie zostać upublicznione. Tylko wówczas uzyskać będzie można odpowiedź na część powyższych pytań.

Z tych odpowiedzi wyłonić się powinna też odpowiedź na pytanie zasadnicze: czy w tych tańcach wokół Wielkiego Krzeku Jarosław Kaczyński nie pełni roli pospolitego słupa na nazwisko i pozycję którego kamaryla pisowska planuje budowę swojego partyjnego ośrodka?

Oczywiście ośrodka wędkarskiego, w którym uczyć się będzie pisowskich adeptów polityki łowów parlamentarnych. Na żywca, na blachę, na kukurydzę lub robactwo.

I nie zdziwię się też, gdy któregoś dnia dowiemy się, że wyspa zmieniła nazwę. Na: Wyspa Wolności i Tolerancji.

Człowiek kontra człowiek

Rok 1997 był, można rzec, przełomowy dla relacji człowiek – maszyna. W tym to roku komputer szachowy Deeper Blue wygrał pierwszy mecz z szachowym mistrzem świat Garijem Kasparowem. Wcześniej zdarzało się, że poprzednik maszyny – Deep Blue wygrywał niektóre pojedynki, ale nigdy całego meczu. Kasparow bardzo przeżywał porażkę i choć nie zarzucił szachów, to jednak przegrana z maszyną rozpoczęła schyłek jego szachowej kariery. Programy szachowe i same komputery były potem doskonalone, a szczytowym osiągnięciem techniki był komputer Hydra, który nie przegrał żadnej partii z człowiekiem grającym bez wsparcia innego komputera. W ten sposób komputery odarły z blasku i nimbu doskonałości „królewską grę” – jak szachy zwykło się nazywać. Oczywiście turnieje szachowe nadal się odbywają, szachy mają miliony zwolenników, ale… To już nie jest to samo. Już rozgrywki szachowe, pojedynki na szczycie nie rozpalają tak publicznych emocji jak dawniej. Ale nie tylko na szczycie. Również lokalnie szachy zeszły w cień. Czy ktoś pamięta jakąś publiczną symultanę w swojej okolicy?

Oglądam właśnie transmisję z nowojorskiego turnieju tenisowego ATP, poprzedzającego wielki US Open. Smutny to turniej. Nie tylko za sprawą pandemii sars-cov-2 i spowodowaną nią przeraźliwą pustką na trybunach – również za sprawą wyeliminowania sędziów liniowych, którzy dotychczas odgrywali niezwykle ważną rolę w tenisie. Dla niewtajemniczonych: pytanie, czy piłka dotknęła choćby linii kortu jest w tej grze fundamentalne, a w rozgrywce, w której stawką jest na przykład kilka milionów dolarów szczególnie. Odpowiedź na nie od zawsze rozgrzewała emocje zawodników i publiczności. Decydowali sędziowie: najpierw liniowi, a ostatecznie główny arbiter „na stołku”. Istotnym usprawnieniem procesu podejmowania tej ważnej decyzji było powszechne wprowadzenie do międzynarodowych zawodowych rozgrywek tenisowych technologii „sokolego oka” (Hawk-Eye), czyli systemu kamer cyfrowych i czujników połączonych programem komputerowym. System ten po raz pierwszy wprowadzony został w rozgrywkach tenisowych w 2006 r. W następnych latach zastosowano go do innych dyscyplin: badminton, krykiet, piłka nożna. W tenisie system ten działał w ten sposób, że każdy zawodnik mógł poprosić o sprawdzenie decyzji sędziego liniowego przez sokole oko. Mógł o takie sprawdzenie prosić dowolną liczbę razy, ale pomylić się mógł tylko trzy razy (tzw. challenge). Oczywiście każda analiza komputerowa, wyświetlanie animacji na wielkim, stadionowy ekranie podnosiła adrenalinę zawodników i publiczności. Było żywo i wesoło. Do dzisiaj.

Na turnieju nowojorskim powszechnie wprowadzono kolejne rozwiązanie techniczne: sędziów liniowych zastąpiono bieżącą analizą gry przez komputery. Auty wywoływane są przez system automatycznie. Skutek jest taki, że zawodnicy praktycznie zrezygnowali z „challengu”. Wiadomo – z maszyną nie wygrasz. Może tylko dla rozładowania emocji, albo dla zyskania kilku cennych sekund na odpoczynek, ale i wówczas bez żadnej wiary w sukces: system wywołał aut i animacja komputerowa tylko potwierdza tą diagnozę. Dla porządku rzeczy dodać należy, że już w zeszłym roku pojawiły się rozwiązania techniczne zastępujące komputerową animację odtworzeniem rzeczywistego nagrania momentu odbicia się piłki tenisowej – rozwiązanie z jednej strony fascynujące,  a z drugiej bardzo precyzyjne.

Jednym słowem współczesny tenis odarty został z istotnego czynnika ludzkiego: z decyzji człowieka o ważności zagrania. Mecze nowojorskie są więc bardziej mechaniczne, wręcz chłodne, a pustki na trybunach tylko ten chłód pogłębiają. Na pocieszenie można zauważyć, że zostali – póki co – sędziowie główni „na stołku”. Oni nie tylko maja ostateczne zdanie w kwestii zdobytego punktu, ale również rozstrzygają szereg innych spornych kwestii, które mogą pojawić się na korcie. Dodatkowo są oni nie raz obiektem ataku słownego ze strony sfrustrowanego zawodnika. Nie mają lekko, ale za to są sędziowie mniej lub bardziej lubiani zarówno przez zawodników jak i tenisową publiczność. Na pocieszenie – ale tylko do czasu. Łatwo wyobrazić bowiem sobie można sztuczną inteligencję w roli takiego arbitra. Skoro SI potrafi się uczyć, a uczy się bardzo szybko, to jest tylko kwestią czasu, jak i ta funkcja przejęta zostanie przez algorytmy. Postęp w tworzeniu algorytmów i budowie nowych generacji komputerów jest szalony. Cóż wtedy zostanie z tego pięknego sportu? Tylko zawodnicy?

W ten sposób maszyny pozbawiają blasku najszlachetniejsze dyscypliny sportowe. Dla większej precyzji: zawodowe, o najwyższe stawki rozgrywki w tych dyscyplinach. Można mieć tylko nadzieję, że te rozwiązania techniczne nie prędko, a może nigdy nie zagoszczą na kortach amatorskich. Tutaj rozstrzygnięcie, czy piłka „była dobra” czy nie pozostanie kwestią ustalenia pomiędzy zawodnikami, którzy, najczęściej, spotkają się ze sobą znowu za kilka dni. Sport amatorski górą!

P.S.

W szerokiej publicystyce od dawna obecny jest temat: maszyna kontra człowiek. Ale takie ujęcie zagadnienia jest błędne z zasadniczego powodu. Przecież maszyny (komputery, algorytmy) wytwarzane są, póki co,  przez człowieka i tylko przez człowieka. Do czasu, gdy sztuczna inteligencja opanuje proces reprodukcji. Ale dzisiaj to w istocie temat: człowiek kontra człowiek.

Na Białorusi gorąco

Na Białorusi gorąco. Zwłaszcza w stolicy, Mińsku, gdyż brak jest, póki co informacji o demonstracjach w innych miastach.  Jest rzeczą niezwykle ciekawą, na ile demonstracje te są wynikiem autentycznego wzrostu niezadowolenia społeczeństwa ukraińskiego z rządów Łukaszenki, a na ile są efektem zewnętrznego wsparcia dla białoruskiej opozycji, wsparcia głównie ze strony USA i ich sojuszników. Czas pokaże – mam nadzieję. Póki co polskie media i polskie służby zagraniczne prześcigają się w podsycaniu napięcia u naszego wschodniego sąsiada. Tak, czy inaczej jest to zgodne z amerykańską doktryną wzmacniania niepokojów w Unii Europejskiej i na jej granicach, aby w ten sposób dalej osłabiać zjednoczoną Europę.

Powiem wprost: zachowanie się polskiego rządu w sprawie wyborów prezydenckich na Białorusi, a zwłaszcza wobec mińskich demonstracji budzi we mnie niesmak i  zażenowanie. Polska a la PiS – nauczycielem demokracji? Polska a la PiS – obrońcą wartości europejskich? To kpina PiS z całej Unii Europejskiej.

Zdarzyło się, że w 1995 r. byłem w składzie Grupy Obserwatorów Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy podczas wyborów parlamentarnych na Białorusi. Zostaliśmy zaproszeni przez Białoruski parlament, w którym funkcjonowała jeszcze opozycja wobec prezydenta Łukaszenki. Po tygodniu badaniach sytuacji przedwyborczej na miejscu, po bezpośredniej obserwacji wyborów w lokalach w całym niemal kraju, wydaliśmy jednoznaczną opinię: wybory na Białorusi nie spełniały standardów demokratycznych. Europa i świat żyją więc od ponad ćwierćwiecza w pełnej świadomości tego, że ustrój naszego wschodniego sąsiada daleki jest tego, co demokracją nazywa się w zachodniej Europie. W zachodniej – bo nie nad Wisłą!

Jeszcze stosunkowo niedawno władze PiS umizgiwały się do Łukaszenki. Nawet sam marszałek Karczewski, po swojej wizycie w Mińsku opowiadał w telewizji o tym jaki „fajny chłop jest z tego Łukaszenki”. Dzisiaj Polska buńczucznie wydaje oświadczenia, wzywa Europę do działania, tupie nogami i krzyczy. Nieco pokory!

Czy sytuacja w Polsce różni się od tej na Białorusi? Po pierwsze czym się nie różni. Zarówno w Polsce ostanie wybory prezydenckie jak i te  u wschodniego sąsiada (z wielkim prawdopodobieństwem) nie były demokratyczne. Świadomość niedemokratyczności wyborów w Polsce jest powszechna, wielokrotnie publicznie uzasadniana przez najwyższe autorytety prawne. Podstawowa różnica pomiędzy nami jest natomiast  taka, że Białorusini, którzy nie są zadowoleni z wyników wyborów, którzy zarzucają ich fałszerstwo wyszli na ulicę Mińska gotowi zetrzeć się z siłami bezpieczeństwa.

Polska opozycja pokrzyczała natomiast w mediach o złamaniu co najmniej dwóch artykułów konstytucji przez PiS w trakcie przygotowania i przeprowadzenia kampanii wyborczej i… w większości asystowała Dudzie w ceremonii jego zakrzywoprzysiężenia. Na ulice polskich miast nie wyprowadziła mas ani seria afer finansowych z udziałem prominentów PiS i ich rodzin, ani dyktatorskie rozprawienie się PiS z niezależnością polskiego wymiaru sprawiedliwości, ani sfałszowanie kampanii wyborczej przez spacyfikowane przez PiS media publiczne.

Nie, ani polski rząd, ani Zjednoczona Prawica, ani opozycja w Polsce nie mają moralnego prawa wtrącania się w bieżący kryzys białoruski. Oczywiście jest jeszcze interes polityczny, ale odpowiedzieć sobie należy na pytanie czyj? Mam z tym pewien problem, zwłaszcza w momencie, w którym piszę ten tekst, w którym dowiedziałem się, że kontrkandydatka Łukaszenki w dniu wyborów uciekła (przed spodziewanymi prześladowaniami) za granicę. Gdzie? Do Rosji!

Interes polityczny PiS jest klarowny. Nadarzyła się okazja zademonstrowania elektoratowi, ale również przeciwnikom PiS jak bardzo prodemokratyczna jest to partia, zademonstrowania Europie, jak bardzo Polska angażuje się w obronę europejskich wartości i standardów demokratycznych i „zadać kłam oszczercom”. Wzmacniając napięcie za naszą wschodnią granicą (właśnie słucham komentarzy o prawdopodobieństwie interwencji Rosji) rząd PiS zyskuje argumenty za bezprzykładnym angażowaniem  Polski w militarną (i polityczną) współpracę z Waszyngtonem. Współpracę, która jest dla Polski wysoce niekorzystna finansowo, która skłóca nas z najbliższymi, naturalnymi partnerami – z Unią Europejską. Czy to, co dobre dla Waszyngtonu Trumpa jest i dobre dla Polski? Mam poważne wątpliwości.

Być może też rządowi analitycy sprytnie kalkulują, że zamieszki za Bugiem wywołają falę emigracyjną Białorusinów, której część zasili podaż siły roboczej w naszym kraju?

Wydarzenia na Białorusi skłaniają do jeszcze jednej refleksji, jestem przekonany nieobcej politycznym analitykom. Chodzi o kwestię efektywności misji „eksportu demokracji euro-atlantyckiej”. Od dziesięcioleci eksport tej demokracji, usiłowanie narzucania jej standardów innym jest uzasadnieniem militarnej ekspansji Stanów Zjednoczonych na całym świecie. Ale również w Europie. Wszyscy pamiętamy szantaż: „Energia za demokrację” jaki zastosowano wobec Bałkanów w czasie wojny domowej w Jugosławii, po zbombardowaniu przez lotnictwo USA jugosłowiańskich elektrowni i po nałożeniu ścisłego embarga na przywóz do tego regionu paliw.

Co z euro-atlantycką demokracją zrobiły Węgry? Co zrobiła Ukraina? Wreszcie co zrobiło z zasadami tej demokracji „serce Europy” – Polska? To pytanie jest tym bardziej zasadne w obecnej chwili, kiedy kryzys tej demokracji, wzmocniony, przyspieszony przez pandemię sars-cov-2 jest coraz bardziej widoczny w jej kolebce.

Po zaprzysiężeniu

Mamy drugiego w historii polski prezydenta wybranego ponownie, na drugą kadencję. Uroczystość zaprzysiężenia się odbyła, Andrzej Duda kontynuuje swoją misję. Sama ceremonia zaprzysiężenia budziła wiele emocji, zwłaszcza w kręgach szeroko rozumianej anty-pisowskiej opozycji. Iść, czy nie iść?  – to najczęściej stawiany  w tych kręgach dylemat. Dylemat nie tylko opozycyjnych członków Zgromadzenia Narodowego, ale również szeregu zapraszanych zwyczajowo gości: eurodeputowanych, szefów ważniejszych instytucji państwowych wysokich urzędników kościołów i związków wyznaniowych, dyplomatów.

Nie chcę roztrząsać tego dylematu, a zwłaszcza komentować deklaracji poszczególnych formalnych i nieformalnych liderów. Mogę powiedzieć – nie moja broszka. Ale…

Pięć lat temu, jako wiceprezes Najwyższej Izby Kontroli otrzymałem zaproszenie na uroczystość zaprzysiężenia nowo wybranego Prezydenta RP – Andrzeja Dudy.  Zaproszenie przyjąłem i z galerii obserwowałem uroczystość. Przyznać muszę, że zachowanie się Andrzeja Dudy w tym dniu, zwłaszcza jego sejmowe wystąpienie, nastrajały mnie optymistycznie. Dużo mówił o poszanowaniu konstytucji, o tym, że będzie prezydentem wszystkich Polaków, o potrzebie narodowej zgody itp. Tym większym dla mnie zaskoczeniem, wręcz ciosem, było zachowanie się Dudy niemal zaraz po opuszczeniu gmachu Sejmu: dokładnie wbrew swoim uroczystym przysięgom i deklaracjom. Trochę tak, jakby w gmachu opery spotkać eleganckiego, wytwornego gentlemana, który zaraz po wyjściu z tego przybytku kultury i sztuki zaczyna okładać cię bejsbolem gdzie popadnie.  Dlatego, gdyby dzisiaj przyszło by mi roztrząsać kwestię „iść czy nie iść” na sejmową galerię nie miałbym żadnego problemu – zostałbym w domu. Dzisiaj wiedziałbym już, że mam do czynienia ze świadomym krzywoprzysięzcą, który całą ceremonię traktuje jak teatr, teatr widzów – marionetek, jak konieczną do odegrania rolę, z którą absolutnie się nie utożsamia. Raz mogłem dać się nabrać – drugi raz nie: „…in errore persevare stultum

Sytuacja jaka się wytworzyła skłania jednak do głębszej refleksji nad istotą samej instytucji zaprzysiężenia wybranego przez naród Prezydenta – elekta. Konstytucja, w Art. 130.  mówi co mówi:

Prezydent Rzeczypospolitej obejmuje urząd po złożeniu wobec Zgromadzenia Narodowego następującej przysięgi:

„Obejmując z woli Narodu urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, uroczyście przysięgam, że dochowam wierności postanowieniom Konstytucji, będę strzegł niezłomnie godności Narodu, niepodległości i bezpieczeństwa Państwa, a dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem„”.

Po złożeniu wobec Zgromadzenia Narodowego” – co to oznacza? Jaką rolę w tej ważnej dla objęcia najwyższego urzędu w państwie odgrywa zgromadzenie posłów i senatorów? Czy są oni tylko widzami teatru jednego aktora, czy też Zgromadzeniu Konstytucja przypisała inną niż dekoracyjna funkcję? Konstytucja niestety nie jest precyzyjna w tej kwestii. Prawdą jest, że w dotychczasowej praktyce politycznej nie było nigdy problemu z interpretacją Artykułu 130. Problem pojawił się dzisiaj, gdy powszechnie i w moim przekonaniu zasadnie podważana jest konstytucyjność całej kampanii wyborczej do orzeczenia Izby Kontroli Nadzwyczajnych i Spraw publicznych Sądu Najwyższego o ważności wyborów włącznie. Na bierną rolę Zgromadzenia wskazywać może przyimek „wobec” w Art. 130. Z drugiej jednak strony mamy do czynienia z czynnością „składania przysięgi”. Przysięgi nie składa się na ogół „na wiatr”, w przestworza. Przysięga się zazwyczaj komuś. Komu więc przysięga Prezydent – elekt? Można się tylko domyślać, że Narodowi, którego reprezentacją jest właśnie Zgromadzenie Narodowe. Jeżeli zaś tak, to Zgromadzenie Narodowe, przyjmując do wiadomości przysięgę Prezydenta – elekta staje się stroną czynną w tym procesie. Jest niejako powiernikiem tej przysięgi.

Zbliżoną nieco, choć oczywiście nie tożsamą rolę odgrywają zaproszeni goście. Chcąc nie chcąc swoją obecnością dają oni wyraz poparcia i/lub kredytu zaufania w stosunku do Prezydenta, uświetniają jego ingres.

Wybór Andrzeja Dudy na drugą kadencję Prezydenta RP postawił przed wieloma osobami publicznymi ważny dylemat: czy stać na straży reprezentowanych wartości i nie dać się zaprząc do propagandowego rydwanu powożonego przez zadeklarowanych wrogów tych wartości, czy też mimo wszystko dać wyraz wierności zasadom kultury politycznej i szacunku wobec wyborców? Nie należy moim zdaniem  kogokolwiek piętnować ani chwalić za jego zachowanie w tej trudnej, nowej dla naszej polityki sytuacji. Najważniejsze, aby o tych sprawach rozmawiać i aby przekazy do społeczeństwa były jasne.

Wielu zadaje sobie pytanie, czy Andrzej Duda II będzie takim samym prezydentem jak Andrzej Duda I. Wielu wyraża nadzieję, że jego druga i ostatnia kadencja będzie ostentacyjnym zdystansowaniem się od swojej partii, będzie pięcioletnim festiwalem jego niezależności i miłości do prawa a ustawy zasadniczej zwłaszcza, do opozycji i do każdego Polaka. To nadzieje wielce naiwne. Gdyby Andrzej Duda II chciał nagle przedzierzgnąć się w strażnika Konstytucji, musiałby zacząć od posprzątania gigantycznego bałaganu do jakiego w każdym niemal aspekcie systemu prawnego doprowadził jego poprzednik, czyli Andrzej Duda I. Nie jest przecież tak (na szczęście), że nowa kadencja jest jakimś resetem działań osoby powtórnie wybranej, że kasuje, anuluje, rozgrzesza wszystkie przewiny, które ta sama osoba popełniła piastując najwyższy urząd w państwie w ciągu minionych 5 lat. Może zmieni się puder na obliczu nowego – starego prezydenta, ale istota jego prezydentury się nie zmieni – pozostanie on wiernym żołnierzem Jarosława Kaczyńskiego, ważną postacią dla realizacji historycznej misji, jaką siebie przypisał „zwykły poseł”. Duda zbyt dużo zawdzięcza Kaczyńskiemu, Kurskiemu i PiS w ogóle, aby móc wybić się na niezależność. Przedwyborcza, pokazowa nauczka, jaką otrzymał od Kaczyńskiego, gdy spróbował zamanifestować swoją niezależność żądając dymisji szefa Telewizji Polskiej musiała być dla niego niezwykle dotkliwa i z pewnością zapadła mu w pamięć. Może dla pozorów, w mniej ważnych, błahych sprawach Kaczyński pozwoli dudzie wierzgnąć, ale w sprawach dla Kaczyńskiego zasadniczych Duda nadal wiernie pełnić będzie rolę bezrefleksyjnego rubber stampera.

Na nowe musimy jeszcze poczekać.

Może być tylko gorzej

Wybory Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej zakończone. Kurz opadł. Emocje nie. Prezydentem została, ponownie wybrana na druga kadencję osoba, która sama w sobie jest zaprzeczeniem wartości, przymiotów i cech, jakimi – chciałoby się – powinien charakteryzować się prezydent prawie czterdziestomilionowego państwa w sercu Europy, narodu o ambicjach i ego rozbudzonych do poziomu Czomolungmy. Prezydentem został człowiek ostentacyjnie zależny od jednej partii politycznej, bez charyzmy, bez wizji nowoczesnej Polski, wyzuty z poczucia wstydu, a nade wszystko patron i czynny współsprawca demolowania polskiego demokratycznego państwa prawnego, łamania ustaw i Konstytucji.

Andrzej Duda jest drugim polskim prezydentem powtórnie wybranym na tą godność. Pierwszym był Aleksander Kwaśniewski. Już sam fakt powtórnego wyboru narzuca porównanie tych dwóch prezydentów, porównanie, które samo w sobie jest jedną wielką ironią naszej historii, kpiną historii z nas, Polaków. To tak, jakby musieć porównywać orła do – pardon – kaczki. Ale najwybitniejszy polski Prezydent, który wprowadzał Polskę do NATO, do Unii Europejskiej, który był współtwórcą nowej, polskiej Konstytucji nie ma w kraju Izby Pamięci. A Andrzej Duda ma – w Końskich, dla upamiętnienia podpisania na peronie tamtejszego dworca kolejowego jakiejś ustawy. Nie zdziwię się, gdy za kolejne pięć lat w podręcznikach szkolnych to właśnie Duda prezentowany będzie jako największy polski prezydent od 1918 r.

No, ale cóż – stało się, choć mogło być inaczej, lepiej. Nie będzie. Co więc będzie?

Wybory Prezydenta Polski w 2020 r nie były wyborami uczciwymi. Wszyscy widzieli i wiedzieli, że sztab wyborczy Andrzej Dudy tworzył cały rząd, rządowa administracja i państwowe środki masowego przekazu (masowej propagandy i hejtu). Ministrowie straszyli wyborców konsekwencjami przegrania kandydata PiS i przekupywali ich podarkami sypanymi jak z rękawa. Podarkami płaconymi oczywiście przez wszystkich podatników. Stara, wypróbowana metoda bata i marchewki. Fakt, że mimo tego wygrana demokratycznej opozycji była w zasięgu ręki skłania do głębokich refleksji. Dzisiaj w komentarzach opozycji dominuje oczywiście tonacja, że jest wspaniale, że następnym razem się uda. Wątpię w to.

Wybory prezydenckie Anno Domini 2020 r. kładą kres politycznemu bytowi, jakim jest Platforma Obywatelska. Trudno sobie dzisiaj wyobrazić jeszcze większą mobilizację sił prodemokratycznych w Polsce niż ta, która pod sztandarami tej partii miała miejsce w II turze wyborów. Przy całym szacunku dla Rafała Trzaskowskiego i jego sztabu, przy całym szacunku dla wszystkich, którzy angażowali się w jego kampanię i na niego głosowali, prawda jest taka, że oferta opozycji dla Polaków nie zyskała akceptacji większości wyborców. PO, będąca głównym motorem tej kampanii straciła moc w swoich silnikach napędowych. Oczywiście PO, lub jakieś partie powstałe po jej rozkładzie, pozostaną w parlamencie robiąc za demokratyczną paprotkę za prezydialnym stołem PiS-owskiego marszałka Sejmu, ale PO okazała się nieskuteczną i wiara w jej skuteczność maleć będzie z miesiąca na miesiąc.

Wygrana Andrzeja Dudy jest tak naprawdę wygraną Jarosława Kaczyńskiego. To on uzyskał wynik wyborów dyskontować będzie jako ostateczne poparcie społeczeństwa dla swojej misji wyrażonego w „demokratycznych” wyborach. Tak – misji, gdyż Kaczyńskim nie kieruje jakiś szczegółowy program, jakaś strategia, ale właśnie misja. Historyczna misja tworzenia nowego polskiego państwa, nowego polskiego społeczeństwa, na bazie ultrakonserwatywnych, historycznych wartości, pod prąd cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju świata.

Kaczyński zapewne doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że najbliższe wybory parlamentarne będą ostatnią wielką kampania polityczną, którą na drodze do realizacji swojej misji przyjdzie mu poprowadzić. Dlatego wynik wyborów Dudy bezwzględnie wykorzysta on do uzyskania jak najlepszego wyniku swojej formacji w wyborach parlamentarnych za trzy lata. Dzisiaj ma wszystkie karty w ręku. Zagrozić mu może tylko i wyłącznie jakiś wielki krach gospodarczy, gwałtowne obniżenie poziomu życia. Ale i na taką okoliczność Kaczyński jest przygotowany. Wszak poprawka do ustawy o Wojskach Obrony Terytorialnej zakazująca użycia tej formacji przeciwko „wrogowi wewnętrznemu” została przez PiS odrzucona. Pardonu nie będzie. Zwiastunem jest zapowiedź wypowiedzenia przez Polskę (Kaczyńskiego) Konwencji Stambulskiej. Bandytyzm prawny rozszaleje się na dobre. Wczorajszy przykład z sejmowej Sali, kiedy to wiceminister proponuje przyjęcie ustawy zwalniającej z odpowiedzialności decydentów, którzy bez prawnej podstawy wydali 70 milionów złotych jest najlepszym przykładem nowych standardów gospodarowania pieniędzmi publicznymi. Nawet, jeśli zdarzy ci się, mówi PiS,  premierze, ministrze wyrzucić w błoto kilkadziesiąt, kilkaset milionów złotych – nie martw się. Przyjmiemy odpowiednią ustawę i po krzyku. W końcu to my – PiS – jesteśmy Prawem i Sprawiedliwością w jednym! Nowy, lepszy PiS-owski standard.

Ale nie tylko. Kaczyński już bez kamuflaży, wprost, odmawia prawa bycia Polakiem myślącym inaczej niż on. Dawno, dawno temu popularne było zawołanie: „Kto nie z Mieciem tego zmieciem”. Dzisiaj, po wypowiedzi Kaczyńskiego dla Polskiego Radia można je parafrazować na „Kto nie z Kaczorem tego toporem” lub „Kto nie z PiS ten na zwis”. Wypowiedzią tą Kaczyński przypieczętował i podniósł do rangi oficjalnej doktryny rządzących rozłupanie polskiego społeczeństwa na, jak to często w publicystyce się nazywa, dwa plemiona: to lepsze, popierające PiS i to gorsze, niepodzielające jego celów, niezasługujące na miano bycia polskim. Od tego zdania wypowiedzianego przez dyktatora wieje grozą. Jakim to impulsem, natchnieniem będzie ono dla „starej gwardii” PiS a jakim dla neofitów, których z pewnością nie zabraknie, w ich codziennej, mozolnej pracy? Tym bardziej, że wódz zapowiada trudną drogę. Walka zaostrza się w miarę postępów w budowie nowej Polski – zdaje się mówić  Kaczyński.

Nagminne łamanie przez Prezydenta Dudę Konstytucji, przekręty osób sprawujących władzę i ich rodzin na setki milionów złotych, powszechny nepotyzm i uzależnienie awansu od poparcia PiS, niszczenie wymiaru sprawiedliwości, ośmieszanie Polski na międzynarodowej arenie – to tylko niektóre obszary kardynalnych przewin PiS. W normalnym, demokratycznym państwie jeden taki casus byłby wystarczający dla upadku rządu, dla nowych wyborów. W Polsce afery PiS nie robią najmniejszego wrażenia na jego elektoracie, zdają się wręcz umacniać tą formację.

Dwa polskie plemiona: lepszy i gorszy sort dawno utraciły możliwość rozmowy, dialogu. Unik Andrzeja Dudy przed dialogiem z kontrkandydatem Trzaskowskim urasta do symbolu tego, jak bardzo rozmijają się języki tych plemion, jak daleko jest do poważnej, wspólnej debaty. Na marginesie: Okrągły Stół, ten jakże brutalnie sponiewierany przez prawicę, jest na tym tle niedoścignionym wzorem polskiej kultury politycznej. Niestety, nie tylko o język chodzi. Wszyscy mamy przed oczami dwie, niemal jednoczesne migawki telewizyjne. Na jednej z nich Przewodniczący Rady Europejskiej i Przewodnicząca Komisji Europejskiej jako wielki sukces zakończonego szczytu budżetowego ogłaszają powiązanie wydatków budżetowych z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowskich, a na drugiej premier Morawiecki i premier Orban ogłaszają, że żadnych takich ustaleń nie podjęto. To oczywiście nie jest ani błąd Morawieckiego, ani jego niezrozumienie podpisanych dokumentów. Od sześciu lat PiS prowadzi bardzo konsekwentną politykę propagandową, żywcem skopiowaną z polityki amerykańskiej stacji Fox News.  Dwie główne zasady tej polityki to: po pierwsze, niezależnie od medium i niezależnie od pytania, zawsze mów do PiS-owskiego elektoratu, a po drugie: zawsze mów to, co ten elektorat chce lub co powinien usłyszeć. Lata żelaznej konsekwencji w realizacji tych zasad przez prawicowych polityków wszystkich szczebli wsparte wierną służbą Polskiego Radia i Telewizji Polskiej oraz olbrzymią prawicową machiną propagandową z Radiem Maryja na czele sprawiły, że wspomniane dwa plemiona polskie nie tylko nie mają wspólnego języka, ale żyją w dwóch różnych światach. Różnych i nieprzystających do siebie, a wręcz wzajemnie się wykluczających. Wirtualny świat, jakim PiS otoczył swoich wyznawców jest wprawdzie oparty na kłamstwach, półprawdach, na szczuciu i odczłowieczaniu przeciwników politycznych, na medialnych manipulacjach, ale będzie bardzo trudny do skruszenia, zwłaszcza po zapowiadanym triumfie PiS nad niezależnymi od Nowogrodzkiej mediami.

Wygranie wyborów prezydenckich dostarczyło obozowi prawicy dodatkowych argumentów i narzędzi do rozmontowywania Unii Europejskiej, czyli do realizacji jednego z ważniejszych strategicznych celów misji Kaczyńskiego. Powszechnie dzisiaj sypią się ze strony polskiej opozycji narzekania pod adresem UE, że ta, w trakcie niedawnego szczytu budżetowego nieskutecznie broniła praworządności w Polsce. Lider polskiej lewicy nazwał nawet osiągnięte w Brukseli porozumienie „zgniłym kompromisem”. To bardzo niewyważona i błędna opinia. Unia dla praworządności w Polsce zrobiła więcej niż sami Polacy dla siebie. Jestem przekonany, że wynik szczytu budżetowego byłby inny, gdyby w Polsce prezydentem został Rafał Trzaskowski. Unia potrzebowała choćby szansy na to, że w Polsce możliwy jest z prawdziwego zdarzenia partner do budowy wspólnoty. Wybór Andrzeja Dudy przekreślił tą szansę, umocnił antyunijną politykę Stanów Zjednoczonych.

Znów wracamy do leninowskiego pytania: „Co robić?” Jak powinien zachować się człowiek, który nigdy nie da się skusić do poparcia PiS, a który nie wyjedzie za granicę ani nie uda się na wewnętrzną emigrację? PO nie stworzyła i prawdopodobnie nie wydali już z siebie żadnej realnej, wiarygodnej alternatywy dla dyktatorskich rządów PiS. Utraciła wiarę niepisowskich wyborców w swoją skuteczność a jej liderzy zszarzeli, spowszednieli, zgrali się.  To otwiera pole wzmożonej aktywności dla szeregu innych opcji politycznych, w tym i lewicy. Pierwszym odruchem przegranych są póki co umizgi do elektoratu PiS. To oczywiście prawda, że tych wyborców nie można nazywać „biomasą”, „stadem baranów” itp. To niedopuszczalne i karygodne. Ale też nie można, jak to uczynił jeden z lewicowych liderów jednym niemal tchem bronić elektoratu PiS i jednocześnie wyzywać elektorat PO od „głupawych wyznawców”. Chciałoby się, aby odpowiedzialność w polityce znaczyła odpowiedzialność.

Oczywiście istotnym dla rozwoju sytuacji w Polsce będzie to, czy uda się utworzyć ponadpartyjny blok obrony demokracji, skupiający partie i ruchy polityczne jednoznacznie stojące na gruncie Konstytucji, wolności obywatelskich i prawa.  Szczególna jednak będzie pozycja i postawa polskiej lewicy. Wybory prezydenckie są dla lewicy największą porażką ze wszystkich dotychczasowych. Nie tylko dlatego, że Robert Biedroń nie dorównał wynikiem Magdalenie Ogórek. Program wyborczy Biedronia szybko zwekslowany został przez media jako program wąski kulturowo, którego osią są sprawy obyczajowe. Lewica nie przebiła się ze swoją alternatywą, ze swoją społeczną i państwowo-twórczą misją, a przecież to było głównym powodem startu kandydata lewicy w tych wyborach. Wynik lewicy to również poważny cios w nową formę jej funkcjonowania, od roku usilnie propagowaną przez kierownictwo SLD. Przypomnę, że zakłada ono tworzenie nowej partii typu komitetowego, czyli takiego, gdzie na co dzień działają tylko krajowy i regionalne komitety zajmujące się przygotowaniem kolejnych wyborów (reelekcji) dotychczasowego partyjnego establishmentu na wzór Stanów Zjednoczonych. A członkowie? Partia ma mieć tyle członków ile uzyskanych głosów w wyborach powszechnych. Przy takim ujęciu sprawy zjazd w ciągu roku z 12%  do niespełna 3%  wyborczego poparcia stawia poważne znaki zapytania nad tą koncepcją organizacyjną.

Ale ważniejsza jest kwestia merytorycznej odpowiedzi lewicy na wynik wyborów prezydenckich. Spektakularnej porażce lewicy towarzyszyło równie spektakularne umocnienie się Zjednoczonej Prawicy i ekstremalnie antylewicowej, nacjonalistycznej formacji Konfederacja Wolność i Niepodległość. Jak w tej sytuacji powinien zachować się Sojusz Lewicy Demokratycznej, parlamentarny klub Lewica? Są trzy możliwości. Pierwsza to uznanie, że „rodacy – nic się nie stało” i kontynuowanie dotychczasowej działalności – byle do kolejnych wyborów, jakoś to będzie. Druga, bardzo myślę kusząca dla niektórych droga, to próba zastąpienia na scenie politycznej Platformy Obywatelskiej, choćby przez głoszenie: my będziemy robić wprawdzie to samo, ale lepiej, bardziej demokratycznie i socjalnie. Wreszcie trzecia droga, to rozpoczęcie poważnych prac nad lewicową alternatywą dla Polski. Jakościową i oryginalną alternatywą, będącą odpowiedzią polskiej lewicy na wyzwania XXI wieku, a nie kopią bądź makijażem dotychczasowych programów lub programów innych partii. To oczywiście najtrudniejsza droga. Już dzisiaj zapowiadana jest przez kierownictwo SLD listopadowy Kongres Polskiej Lewicy, którego efektem ma być taki program.  Trzy miesiące, w tym sezon wakacyjny, to moim zdaniem zdecydowanie za mało, aby taki odpowiedzialny program przygotować. Posłużę się jednym przykładem. Co zrobić z tak zwaną służbą zdrowia? Piszę „tak zwaną”, gdyż od dawna nie jest to „służba” a biznes zdrowia. Koncepcja, że pieniądze będą szły za pacjentem i komercjalizacja usług zdrowotnych skompromitowała się, przyczyniła się do zapaści opieki zdrowotnej, do osłabienia dostępu do lekarzy, leków i procedur medycznych dla większości Polaków. Jak ten problem rozwiązać systemowo? Czy lewica zaproponuje odwrócenie zwrotów w kierunkach polityki zdrowotnej stawiając zdrowie Polaków jako cel główny i jemu podporządkowując gospodarkę, edukację i politykę? To tylko jedno z zagadnień.

Lewicowa alternatywa jednoznacznie powinna określić rolę i zadania państwa – nawet, gdyby wiązało się to z potrzebą zmiany Konstytucji. Nie da się jednak moim zdaniem stworzyć wiarygodnej dla lewicowo zorientowanej części polskiego społeczeństwa alternatywy eksponując wstyd i niechęć do słowa socjalizm, bez sięgnięcia do niezbywalnych osiągnięć realnego socjalizmu właśnie w ochronie zdrowia, edukacji czy kulturze. Żeby nie było wątpliwości – nie proponuję restytucji minionego ustroju. Jestem jednak przekonany, że z minionego okresu można wyciągnąć wiele dobrych, praktycznych wniosków i wskazówek realizując cel: państwo dla obywatela, a nie na odwrót.

Chciałbym bardzo, aby zapowiadany, wielotysięczny ponoć Kongres Lewicy zakończył się przyjęciem nowej, lewicowej alternatywy dla Polski, nowej, odważnej, oryginalnej, postępowej myśli, zdolnej porwać młodzież, wskazać jej lepszą przyszłość. Jeżeli tak się nie stanie, jeżeli kongres się odbędzie i zakończy się jak zawsze, w sposób niezauważalny dla Polaków, to będzie tylko gorzej.