Reduta Bodnara

Kiedyś, dawno, dawno temu ukształtowała się opinia, że emocje są złym doradcą. Pogląd ten to oczywista apoteoza racjonalizmu, kierowania się przy podejmowaniu różnych decyzji faktami, obiektywnymi analizami, opiniami ekspertów. Ta epoka właśnie przemija. Dzisiaj liczą się tylko emocje, jakie u ludzi można wzbudzić. Rządzenie przez zarządzanie ludzkimi emocjami z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i Internetu – to nowa fala.

W samej rzeczy władcy często woleli odwoływać się do emocji poddanych niż do ich racjonalizmu. Zwykle jednak taka podstawa władzy kończyła się katastrofą nie tylko dla władcy, ale i dla poddanych. A nigdy nie mieli do dyspozycji Internetu i botów.

Czy historia się powtórzy po raz kolejny? Niestety jest to całkiem realne. Przed wybuchem drugiej wojny światowej rozkwitły w Europie dyktatury czerpiące swoje żywotne soki z emocji mas: Rosja Sowiecka, Hiszpania, Włochy, Niemcy – to tylko niektóre z przykładów. Ruchy faszystowskie rozlały się i po takich krajach jak na przykład Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania, Polska.

Dzisiaj historia zatacza kolejny krąg. Do głosu w wielu krajach dochodzą populiści, nacjonaliści, wielcy manipulatorzy ludzkimi emocjami. Rozum idzie (poszedł?) spać. Zaczyna wiać grozą. Politycy PiS są tyko częścią sieci tych wstecznych sił politycznych. Kłamstwa PiS stały się codziennością i niebezpiecznie spowszedniały. Co raz to wzniecane są nowe emocje, nowe pseudo-zagrożenia. Zachować wierność zasadom, racjonalizmowi, jest  tej sytuacji funkcjonariuszom publicznym coraz trudniej.

Tym większy szacunek należy się Adamowi Bodnarowi, Rzecznikowi Praw Obywatelskich, który odważył się wskazać, że metody zastosowane przez policję względem podejrzanego o popełnienie szczególnie okrutnego mordu na 10-letniej dziewczynce były niewłaściwe, były nadużyciem. Pan Bodnar stwierdził między innymi: „Nie może być zgody na niegodne traktowanie człowieka. Na nadużywanie środków represyjnych, poniżanie, demonstrowanie siły w stosunku do jednostki. A zwłaszcza na budowanie atmosfery linczu przez organy i przedstawicieli władz”. Nic dodać nic ująć. Ale reakcja PiS była wręcz frenetyczna. Rządząca partia i jej propagandowe tuby publicznie postawili Rzecznikowi Praw Obywatelskich kuriozalny, cyniczny, ze wszech miar obrzydliwy zarzut „obrony mordercy”. Na Bodnara wylały się cysterny hejtu w Internecie w oczywisty sposób napędzane potężnymi emocjami. W tym przypadku emocje były niewątpliwie uzasadnione ale zachowanie policji niewątpliwie daleko niewłaściwe. Przekaz ze strony rządzących jest jednak jednoznaczny: jeżeli emocje społeczne są na dostatecznie wysokim poziomie w kąt idą wszelkie prawne ograniczenia brutalności organów represji. Ale społeczne emocje wzbudzać można w różny sposób i wcale nie muszą mieć one materialnych podstaw. Dlatego Adam Bodnar, odważnie broniąc prawa i zawartych w nich zasad bronił tak naprawdę każdego z nas przed potencjalnymi nadużyciami ze strony instytucji państwowej, przez tworzenie przez te instytucje klimatu dla linczów. I za to należy mu się podziękowanie i uznanie. Dzisiaj Bodnar jest jak kapitan Ordon broniący do ostatka Fortu nr 54 na Woli w 1831 r.

Świetny opis procesu kształtowania się nowej polityki opartej na fałszywie kreowanych emocjach postawiła BBC w swoim filmie „Brexit”, w kluczowym dla filmu dialogu. Rozmówcami są: Oliver Craig – szef sztabu kampanii referendalnej ruch „RemaIn” – za pozostaniem w UE i Dominic Cummings – charyzmatyczny architekt kampanii ruchu „Leave” – za opuszczeniem Unii.  O ile „RemaIn” w swojej kampanii odwoływał się do danych gospodarczych, statystyk, eksperckich analiz, jednym słowem do faktów, wiedzy i racjonalizmu, o tyle „Live” do emocji wyborców kreowanych kłamstwami jak to, że Wielka Brytania co tydzień przekazuje UE 350 mln funtów, rozpowszechnianych przez specjalne czerwone autobusy i amerykański system profilowania użytkowników Facebooka i Tweetera. Film „Brexit” oparty jest na faktach, jednak ten dialog jest niewątpliwie częścią fabularną, dodaną przez BBC. Panowie nieoczekiwanie spotykają się w brytyjskim pubie przy piwie, po morderczej kampanii, dzień po zamordowaniu na jednym z wieców posłanki do Parlamentu i na dzień przed referendum, które, jak wskazują sondaże, wygrają zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Oliver Craig (RemaIn) – Nie sądziłem, że będzie tak źle, a ty?

Dominic Cumming (Leave)- Też nie… ale takie pytania dzielą ludzi na plemiona.

– A mimo to wierzę, że możemy je sobie zadać i odpowiedzieć sobie na nie bez tego wszystkiego, bez nienawiści, zabijania.

Tak…

– Tu chodzi o coś więcej niż o nasze relacje z gospodarką Unii. Chodzi o duszę tego kraju. Boję się, że nie uda nam się jej wyleczyć, bo stworzyliśmy…

Tylko odkryliśmy.

– rodzaj debaty, która jest prymitywna, dzika i co najgorsze – brutalna. Nie martwią cię jej długofalowe skutki? Odrzucenie wiedzy, autorytetów?

– Wasi eksperci mieli swój plan

– Poparty wiedzą. Wy dajecie pożywkę toksycznej kulturze, w której nikt nikomu nie ufa.

Wcale nie.

– Nikt nie słucha, tylko wrzeszczy.

Bo chce, żeby go usłyszeli. Tych ludzi przez lata ignorowano.

– Szczujecie ich.

Mylisz mnie z Banksem i Farage’em.

– To wygodne – robią za ciebie brudną robotę. Próbowałeś ich powstrzymać?

Tacy jak ty przez lata dominowali w debacie publicznej – i co z tego wyszło?

– Już nie zamkniesz tej puszki. Odtąd polityka będzie właśnie taka.

Zmiany cieszą.

– Co cię w niej rajcuje? Co odkryłeś?

– … brakuje mi snu. Chcę spać.

– Ja też. Więcej spałem nawet przy małych dzieciach. Twoje wkrótce się urodzi?

Tak. Ty masz dwie córki?

– Trzy. I zastanawiam się w jakim kraju będą dorastać.

Bierzesz mnie na dzieci? Daruj. Chcę nas przygotować. Nie spodziewałeś się tego pociągu. Nie było go w rozkładzie, przykre. Nawet mnie zaskoczył. Ale godzę się na niego. A ty go nie zatrzymasz. Tak, to nowa polityka, nad którą nie będziesz miał kontroli.

– Ostrożnie z życzeniami, bo i ty ją stracisz.

Dialog kończy tradycyjny dzwonek barmana oznaczający ostatnią szansę na zamówienie kolejnego piwa.

PiS wydaje się, że bazowanie na kłamstwach i emocjach daje mu władzę na zawsze. Nic z tych rzeczy, pierwsze symptomy, że tak nie jest już się pojawiły. Arcybiskup Metropolita Wrocławski wydał otóż „Dyspensę od obowiązku wstrzemięźliwości od pokarmów mięsnych na dzień 21 czerwca 2019 r.”. Rzecz w tym, że owa dyspensa nie została udzielona wiernym w tej diecezji, ale: „wszystkim mieszkańcom Archidiecezji oraz przebywającym w tym dniu na jej terytorium” (podkr. JU). Można na ten incydent spojrzeć przez palce, zbagatelizować go, sprowadzi do głupiego żartu. Ale przecież od tak drobnych spraw się zaczyna. Jeżeli nie będzie reakcji władzy państwowej na ten eksces kościelnego hierarchy, a nie będzie,  to dzisiaj mamy zezwolenie Arcybiskupa, ale jutro być może zakazik oglądanie tego lub owego lub nakazik  takiego lub innego postępowania – adresowany do WSZYSTKICH obywateli. Ośrodek władzy publicznej się rozmywa, prawo idzie do kosza. Tej puszki nie da się już łatwo zamknąć. Jeżeli w ogóle się da.

Mój 4 czerwca 1989 r.

Trwające huczne obchody 30 rocznicy wyborów parlamentarnych w 1989 r. pełne są zakłamania i obłudy. Skoro przez te 30 lat niczego jako naród się nie nauczyliśmy, to pewnie już się niczego nie nauczymy. A podstawowa lekcja płynąca z wydarzeń sprzed 30 lat to ta, że wszystko, co ma swój początek, ma i koniec – również ustroje polityczne. Bojownicy o wolność i demokrację z lat osiemdziesiątych dzisiaj przeżywają po raz kolejny swój triumf, wypełniają ekrany telewizorów i szpalty gazet. Oczywiście jest tylko jedna, jedyna i jedynie słuszna strona transformacji z 1989 r.: „Solidarność: odmieniana przez wszystkie przypadki. Strona druga, albo nie istnieje wcale, albo traktowana jest w dalszym ciągu jako reaganowskie „imperium zła”, z którym walczyć należało i nadal należy wszelkimi sposobami i za wszelką cenę.

Dzisiejsi „kombatanci” wypierają ze swoich głów ten fakt, że w drugiej połowie lat osiemdziesiątych Rakowski z Kiszczakiem (albo odwrotnie) wręcz reanimować musieli rozbitą, wewnętrznie poróżnioną „Solidarność” aby wykreować jakiegoś społecznego partnera do Okrągłego Stołu, wespół z którym można by przeprowadzić głębokie przemiany ustrojowe. Ale „Solidarność” nie chciała władzy, uciekała przed nią, otwartością strony rządowej była zaskoczona. Geremek mówił wprost: „nie byliśmy przygotowani do przejęcia władzy”.  Czy wszyscy już zapomnieli szczyt  ówczesnych marzeń „Solidarności” propagowany przed Okrągłym Stołem przez liderów „S”, w tym przez samego Adama Michnika: „Wasz rząd, nasz samorząd”? Celebrując 30 lecie wyborów w 1989 r. szacunek oddać należy tym spośród ówczesnego obozu rządowego, którzy potrafili wznieść się ponad ideologiczne dogmaty i w trosce o przyszłość Narodu i Państwa do tych wyborów doprowadzili.

Na dzisiejszym wiecu w Gdańsku Donald Tusk nadmienił wprawdzie o unikalności „polskiej drogi porozumienia” , ale były to figury czysto retoryczne. Starannie unikał jakiejkolwiek wzmianki, która mogłaby być odczytana jako ukłon w stronę Rakowskiego czy Jaruzelskiego. Przez całe 30-lecie konsekwentnie odmawiano stronie rządowej z 1989 r. dobrej woli i dobrych, patriotycznych intencji. Również dzisiaj we wszystkich mediach od prawa do prawa sukces „Okrągłego stołu” to wyłącznie sukces „Solidarności’.

A przecież w wyborach 1989 r była i druga strona: 2 miliony członków PZPR z rodzinami, członkowie ZSL i SD oraz rzesze bezpartyjnych. Obóz rządowy przegrał wybory parlamentarne w 1989 r. Ale ta część społeczeństwa, która opowiedziała się przecież za nim została niemal natychmiast po wyborach uznana za „najgorszy sort”. I co za paranoja! Dzisiaj nieformalny lider partii, która przegrała wybory  do PE upomina się o należną przegranym podmiotowość! Dzisiaj to ten rdzeń, to serce „Solidarności” zepchnięte zostało do roli „gorszego sortu”. Rewolucja zjada własne dzieci, kto mieczem wojuje… itd.

Dzisiaj Donald Tusk znów usiłował podnosić sztandary demokracji i solidarności. Koniec „Solidarności” z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku ogłosił swego czasu jej legendarny przywódca – Lech Wałęsa. A demokracja? Przecież Tusk przemawiał jeżeli jeszcze nie na gruzach, to już na wpół rozsypanym gmachu polskiej demokracji! Gmachu, który ledwo został jako tako wzniesiony a już został zniszczony przez polityków PiS nie tylko wywodzących się z „Solidarności”, ale również pretendujących do roli jej faktycznych przywódców. A kto jak nie inni działacze „Solidarności”, tym razem skupieni najpierw w Unii Wolności a później w Platformie Obywatelskiej wyścielili czerwonym dywanem drogę PiS do władz? Chociażby przez to, że nie zrobili nic, aby przez 30 lat entuzjazm społeczny z czerwca 1989 r. przekuć na trwałe wartości społeczeństwa obywatelskiego – które przecież jest podstawą i istotą demokratycznego ustroju. Dzisiejsze, jak je wielu nazywa „święto wolności” jest równocześnie dniem żałoby polskiej demokracji. Dzisiaj PiS, nadęty jak balon po wyborach do Parlamentu Europejskiego, nachalnie przypisujący sobie prawo do schedy po „Solidarności” i nimbu „obalaczy komunizmu”, dzielnie i konsekwentnie wspierane jest przez związek zawodowy „Solidarność” w zbożnym dziele niszczenia resztek społeczeństwa demokratycznego, resztek demokratycznych instytucji. Donald Tusk przemawiał na gruzach demokracji i na gruzach sierpniowej „Solidarności”.

Mam prawo czuć się oszukany przez polityków wywodzących się z solidarnościowego pnia – podobnie jak tysiące członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, którzy w latach osiemdziesiątych doświadczali procesu transformacji od ustroju monopartyjnego do demokracji parlamentarnej. Temu procesowi, tak ważnemu dla polskiej lewicy, nie poświęca się żadnej uwagi. Nawet Sojusz Lewicy Demokratycznej w swoim oficjalnym „Niezbędniku historycznym” go nie dostrzega. A szkoda, gdyż PZPR w latach osiemdziesiątych była partią bardzo rozdyskutowaną, intelektualnie bardzo rozbudzoną. Dyskusjom na najważniejsze sprawy, sporom ideologicznym i programowym nie było końca zarówno w samej partii jak i na różnych spotkaniach otwartych i na różnych płaszczyznach półoficjalnych struktur poziomych. Dzisiejsze partie polityczne pod względem poziomu i zakresu powszechnych, obywatelskich dyskusji o państwie nie umywają się nawet do PZPR z lat osiemdziesiątych. Powstanie Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej  w 1990 r. było tylko zwieńczeniem tego procesu. Z pełnym przekonaniem i zaangażowaniem, znieważani, obrażani, wymyślani z sejmowej trybuny od „zdrajców” i „płatnych pachołków” zaangażowaliśmy się w budowę nowej, demokratycznej Polski. Tymczasem dzisiaj główne siły, uważające się za „ojców” tej demokracji sami ją rozmontowują. Wystawiły do wiatru wszystkich, którzy im zawierzyli.

Każdy, kto żył w tamtych czasach ma swój „czwarty czerwca 1989 r.” Oto fragment z mojego sztambucha związany z tą datą:

Jednym z ustaleń Okrągłego Stołu było przeprowadzenie  przyspieszonych wyborów parlamentarnych, organizowane na nowych zasadach, według których nastąpił podział mandatów w Sejmie pomiędzy obóz rządzący (PZPR, ZSL i SD) a opozycję postsolidarnościową. Wybory do Senatu były bez tych ograniczeń. Organizacjom partyjnym przypadło oczywiście zadanie organizowania kampanii wyborczej jej kandydatom. Byliśmy niemal przekonani, że kierownictwo w Warszawie zrobi wszystko, aby zademonstrować gotowość do wewnętrznych również reform i że odwoła się do ludzi młodych, wysuwając ich kandydatury do Sejmu. Nic z tych rzeczy. Postawiono – jak zwykle przez ostatnie 40 lat, na starą, wypróbowaną jeszcze w latach 50 -60 gwardię. W tej sytuacji w dzielnicy Wrocław Śródmieście, w której, zwłaszcza w partii, byłem bardzo popularny, zrodziła się inicjatywa wspierająca moją kandydaturę. Przystałem na samorzutną, oddolną propozycję, zawiązaliśmy komitet wyborczy „Lista Obrony Społecznej”, z której kandydowałem do Sejmu.

Jako członek PZPR powinienem uzyskać miejsce na liście kandydatów aktualnej władzy. PZPR była wówczas partią na wskroś demokratyczną i kandydatów na swoje listy wyłaniała na specjalnych konwencjach wyborczych. W moim przypadku okręgiem wyborczym były dzielnice Śródmieście, Psie Pole oraz powiaty Milicz, Trzebnica, Oleśnica i Oława. Konwencja wyborcza odbyła się w auli Politechniki Wrocławskiej i miała przebieg bardzo burzliwy. Kandydaci, zgłoszeni przez KW i spoza prezentowali swoje programy wyborcze, uzasadniali chęć startowania w wyborach. Potem elektorzy zadawali nam pytania (było ich wiele), a w końcu przeprowadzono tajne głosowanie. Tą Konwencję niespodziewanie, ale bezapelacyjnie wygrałem, uzyskałem najwięcej głosów, pokonując wszystkich kandydatów zgłoszonych przez KW, chociaż delegaci ze Śródmieścia stanowili ledwie garstkę wśród 500 elektorów. To był jeden z moich największych, osobistych sukcesów politycznych. KW musiał mnie umieścić na liście. Znalazłem się jednak na miejscu zupełnie nie odpowiadającym zaufaniu, jakie uzyskałem na Konwencji – szanse wyborów były znikome, właściwie żadne. Już w trakcie kampanii dowiedziałem się zresztą, że Komitet Wojewódzki prowadził otwarte działania przeciwko mojej kandydaturze zakazując aktywowi głosowania na moją osobę. Dowiedziałem się o tym pewnego dnia, gdy odwiedził mnie w KD jeden z członków partii w Trzebnicy. Był leśnikiem. Powiedział, że właśnie wraca z KW, gdzie zwołano naradę członków partii, w różnego rodzaju służbach mundurowych (leśnicy, SOK itp.) i tam nakazano im głosować przeciwko mnie. On sam, któremu moja kandydatura i moje wystąpienia na przedwyborczych spotkaniach w Trzebnicy bardzo się podobały, takimi działaniami KW był skonfundowany i uznał, że powinienem o nich wiedzieć. 

Mandatu do Sejmu nie zdobyłem, ale zebrane doświadczenie, wiele otwartych spotkań w różnych zakładach pracy, w różnych miejscowościach, w różnych środowiskach przydały się kilka lat później. Nigdy nie spotkałem się z jakimikolwiek aktami agresji, dezaprobaty – czy to na spotkaniach zakładowych (nie w czasie pracy!) czy na przykład na miejskich targowiskach. Jeszcze jedno doświadczenie przyniosła mi ta przygoda – jak się okazało towarzyszące mi przez całe życie. To mianowicie, że najcięższe ciosy dostawałem zawsze w plecy, od „swoich”.

PZPR przegrała wybory do Senatu, ale również do Sejmu. Stało się tak dlatego, że na krajowej liście centralnej, zamiast postawić na ludzi młodych, na autorytety, ustępująca władza, członkowie Komitetu centralnego, ustawiła sama siebie. Partia nie dostrzegła, że był to ostatni moment na zaprezentowanie woli i umiejętności przeprowadzania głębokich wewnętrznych reform. Wyborcy nie chcieli głosować na zużyte od dziesięcioleci nazwiska z KC i masowo przekreślano całe listy. Porażka była kompletna.

Przegranie wyborów przesądziło o losie PZPR. Jej dalsze istnienie straciło społeczny i historyczny sens. Dla mnie, 39-letniego I Sekretarza Komitetu Dzielnicowego stanowiło to szczególny problem, również egzystencjalny. Wbrew logice postanowiłem trwać na posterunku do końca – nie mogłem odejść pozostawiając kilka tysięcy członków partii w dzielnicy. To nie wchodziło w rachubę.

Jest o czym myśleć…

Nie tak miało być, ale jest tak jak jest. W mojej gminie wygrała Koalicja Europejska, w moim powiecie wygrała Koalicja Europejska, w moim województwie wygrała Koalicja Europejska, a w moi kraju wygrał PiS. Gdzie ja żyję?

Analizy przyczyn porażki Koalicji Europejskiej będą jeszcze długo tematem publikacji, dyskusji w otwartych i zamkniętych gremiach. Gdzie i jakie popełniono błędy?, kto bardziej „ruszył” wyborców niezdecydowanych lub nowych?, kto czyj przejął elektorat?, kogo poparła młodzież? Te i wiele jeszcze pytań czeka na odpowiedź, chociaż zasadnicze to to, jak wyglądałyby wyniki wyborów do PE gdyby nie było Koalicji Europejskiej, gdyby każde z ugrupowań poszło do nich samodzielnie. Intuicyjnie bardziej niż racjonalnie wyczuwam, że wówczas sukces PiS byłby jeszcze większy. Ale to wymaga specjalistycznej, głębokiej analizy.

Dla mnie wynik wyborów stał się oczywisty w przedwyborczą sobotę wieczorem, kiedy to jechałem taksówką. Oto fragment dialogu, który zaczął kierowca, lat około 35:

– Idzie Pan na wybory?

Bąknąłem coś o obywatelskim obowiązku, ale ten nie dawał za wygraną.

– Bo ja idę, powiedział. Bardzo bym chciał, aby opozycja przegrała.

– A to dlaczego? – zapytałem zaciekawiony.

– Nie ogląda Pan TVP? Tam wszystko wyjaśnili.

– Kto?

– No przecież taki profesor, sam widziałem – odparł. Ten profesor na podstawie wystąpień liderów opozycji udowodnił, że jeśli opozycja wygra, to w ciągu czterech lat każda czteroosobowa rodzina w Polsce starci 120 tysięcy złotych!

– Po  pierwsze – odpowiedziałem – nie oglądam TVP, gdyż ta telewizja po prostu kłamie. Po drugie staram się śledzić wystąpienia liderów Koalicji Europejskiej i w żadnym z nich nie znalazłem nawet najmniejszej wzmianki o zamiarach wycofania się z socjalnych transferów PiS. Nawet niektórzy „dosypywali”. A w ogóle to przecież pytał Pan o wybory do Parlamentu Europejskiego, a tu chodzi raczej o jesienne wybory krajowe.

– Proszę pana! – rzekł kierowca. Przecież dla wszystkich jest jasne, że wybory europejskie to tak naprawdę wybory do Sejmu!

– Wie Pan – próbowałem ratować sytuację. Do tych pisowskich specjalistów nie można mieć zaufania, choćby z racji ich blamażu przy smoleńskiej katastrofie.

– Ależ to był profesor! On wszystko wyliczył!

Jedyny plus z tej rozmowy, to uwaga taksówkarza przy wysiadaniu:

– Ja i tak na PiS nie będę głosował. Zagłosuję na Kukiza.

Ten krótki dialog uświadomił mi geniusz pisowskich propagandzistów: od hasła „wystarczy nie kraść” do hasła: „wystarczy łgać”. 120 tys. dla rodziny robi o wiele większe wrażenie niż mityczne 100 milionów Wałęsy. Kto zagłosuje na partię, która – jak wyliczył profesor przed kamerami Telewizji Polskiej – jego rodzinie zabrać chce 120 tysięcy? Z pewnością tego geniuszu bardziej należy się bać niż go podziwiać.

Czas leci na złamanie karku, wakacje za pasem. Analizy przyczyn porażki KE muszą być więc szybkie a nade wszystko celne. Tu nie może być mowy o łatwiźnie, czy zwykłym wishful thinking . Analitycy dostrzec powinni historyczne tło (podwaliny?) tego wyniku wyborczego, zwłaszcza na tle wyników ogólnoeuropejskich. One nie spadły z nieba. Rosnąca niebezpiecznie popularność w Europei populistów o nacjonalistycznym zabarwieniu jest prawdopodobnie efektem kryzysu gospodarki neoliberalnej, prowadzącej do gwałtownego majątkowego rozwarstwienia społeczeństw i do pauperyzacji klas średnich. Temu kryzysowi, w sposób naturalny, towarzyszy kryzys tradycyjnych lewicowych partii, które swoją pomyślność związały z pomyślnością neoliberałów. Mam tu na myśli oczywiście klasyczne partie socjaldemokratyczne – na naszych oczach wali się ostoja europejskiej socjaldemokracji: SPD.

Mowa rodzaju: „Wszystkie ręce na pokład!” to dzisiaj mowa trawa. Na pokład jakie łodzi? Która płynie dokąd?

Przyznam się, że byłem wielce zdziwiony, gdy z ust liderów Koalicji przed wyborami, słyszałem w kółko i z uporem powtarzane hasło: „Idziemy do wyborów do Parlamentu Europejskiego aby odsunąć PiS od władzy”. To z pewnością jeden z błędów. Pisałem o tym wielokrotnie, że w wyborach europejskich Koalicja powinna prezentować program pozytywny: – idziemy do wyborów w imię czegoś, w obronie wartości itp. Te hasła wprawdzie też były obecne, ale dominowało hasło konfrontacyjne. W efekcie Koalicja nie wykorzystała w pełni potencjału europejskości w docieraniu do młodzieży, zraziła niechętnych „targaniu się po szczękach” i dodatkowo zmobilizowała elektorat PiS. Innymi słowy Koalicja dała się wciągnąć na podwórko PiS. I przegrała.

Podstawowym problemem Koalicji to to, czy dalej trwać przy haśle: „Idziemy do wyborów aby odsunąć PiS od władzy”, czy stanąć na uszach i wypracować wspólną, spójną i wiarygodną alternatywę programową.  Ironia sytuacyjna jest w tym, że właśnie wybory krajowe są najlepszą okazją do „odsuwania od władzy”, ale ten argument, moim zdaniem, eksplodował przedwcześnie. Nie będzie łatwo, tym bardziej, że samą Koalicję czekają ciężkie czasy. Czy przetrwa? Gremialne opuszczenie wieczoru wyborczego przez PSL nie wróży nic dobrego. Otwartym też staje się pytanie, czy Platforma Obywatelska – trzon Koalicji, będzie chciała ją utrzymywać. Już rozlegają się głosy, że przyczyną porażki PO, zwłaszcza na tle sukcesu SLD, był zbyt ostry skręt na lewo. Nad głową Schetyny zbierają się ciemne chmury.

SLD niewątpliwie odniósł sukces – utrzymał „stan posiadania” w PE. Ten sukces może być jednak przyczyną potężnego bólu głowy w wyborach do polskiego parlamentu. Po pierwsze stał się on za sprawą wybitnych osobowości polskiej lewicy, które stanęły w szranki wyborcze a nie za sprawą programowej, społeczne siły Sojuszu. Skierowanie byłych premierów na pierwszą linię frontu było zagraniem iście genialnym i skutecznym. Millera, Belkę, Cimoszewicza choć wiele wprawdzie łączy, to jednak też wiele dzieli. W okresie kampanii będą oni ponadto zajęci urządzaniem się w Brukseli. Ich udział w kampanii wyborczej do Sejmu będzie więc mocno ograniczony.

Jeżeli Koalicja wystąpi z alternatywnym programem, to aby był spójny i wspólny SLD będzie musiał pójść na duże ustępstwa programowe i ideowe – będzie więc miał problem wewnętrzny, problem swojej lewicowej tożsamości. Jeżeli Koalicja nie przetrwa – SLD stanie do jesiennych wyborów właściwie bez aktualnego programu przyszłościowego. Jest o czym myśleć.

Kasa i seks

Dyskusja o kościele rzymsko-katolickim w Polsce dopiero się rozpoczyna. Oczywiście za sprawą dwóch filmów: „Kler” i „Tylko nie mów nikomu”, ale również na ogólnoświatowej fali refleksji nad moralną, etyczną stroną Kościoła, a zwłaszcza jego administracji, to jest księży i wszelkich hierarchów. Fala wzbierała od dawna. Rozpoczęła ją niewyjaśniona do tej pory  afera Banco Ambrosiano z 1982r, kiedy to ujawniono powiązania tej watykańskiej instytucji z narkotykowymi kartelami południowoamerykańskimi, zaangażowanie jej w pranie pieniędzy tych mafii oraz zaangażowanie Watykanu w wspieranie reżimów w Argentynie i w Nikaragui.

Dochodzenia toczyły się latami, kto miał zawisnąć, ten sam się powiesił wiążąc sobie z tyłu ręce i wkładając cegłówki do kieszeni, ale głębszych refleksji nad źródłami bogactwa Kościoła i prawości jego pochodzenia nie było.

Równolegle niemal wezbrała fala krytyki Kościoła na kanwie przestępstw seksualnych jego urzędników, zwłaszcza na dzieciach.  Huragan afer na tym tle przetoczył się przez Irlandię, Stany Zjednoczone i kraje Ameryki Łacińskiej. Dotarł wreszcie i do Polski. Lepiej późno niż wcale. Mam nadzieję, że Episkopat polski podzieli los chilijskiego i zostanie przez Papieża Franciszka rozgoniony na cztery wiatry.

Zbrodnie pedofilii popełniane przez urzędników „Pana B.” dotyczą zapewne marginesu duchowieństwa. Stanowią one jednak coś na kształt wierzchołka góry lodowej, której na imię seks. Monumentalna praca Frederica Martela „Szambo – czyli kto rządzi w Watykanie” z całą bezwzględnością pokazała znaczenie seksu nie tylko w apostolskiej stolicy. Martel ukazał, że nie jest to problem jednostek, czarnych owiec Kościoła – to podstawowy, powszechny problem tej instytucji.

Czy więc zażegnanie bieżących afer pedofilskich rozwiąże problem polskiego kościoła katolickiego? Bardzo w to wątpię. Nawet najszczodrzejsze zadośćuczynienie ofiarom zbrodniarzy w sutannach ujawnionym w filmie Sekielskich nie będzie jego rozwiązaniem, a tylko zakamuflowaniem. Potrzeba działań systemowych i radykalnych – przede wszystkim potrzeba zniesienia celibatu.

Z tym zniesieniem celibatu jest jednak problem poważny – nie tyle ideologiczny co ściśle ekonomiczny. Celibat księży wprowadzony został dopiero w XI wieku. Biblia o celibacie nie wspomina – wręcz przeciwnie, apostołowie byli na ogół osobami żonatymi. Zapewne narastający nurt ascetyczny w kościele celibatowi sprzyjał. Nie można jednak pominąć i tej okoliczności, że właśnie w X i XI wieku Kościół zaczął odgrywać decydującą rolę w kształtowaniu się państw europejskich. Watykan stał się szafarzem a zarazem gwarantem prawa do świeckiego władania ludem. Wprowadzanie chrześcijaństwa choćby ogniem i mieczem było bardzo na rękę wszelkim żądnym władzy kandydatom na księciów, królów czy cesarzy.   Watykan legitymizował ich prawo do panowania, nadawał im znamiona boskości a władzę nad ludem przekazywał im od samego Boga. Związek tiary z koroną, ekspansja terytorialna Kościoła rodziła jednak problem gospodarowania jego rosnącym majątkiem. Celibat tymczasem uzasadnia moralne prawo ubogich, nie posiadających żadnego prywatnego majątku duchownych do nieograniczonego gromadzenia majątku „na chwałę Pana”. Ksiądz zaś posiadający rodzinę to nie tylko większe wydatki, to również prawo do dziedziczenia przez jego naturalnych zstępnych. Dlatego celibat, niezależnie od swojej ideologicznej osnowy, ma bardzo mocny, materialny wątek. Jego zniesienie zachwiać może fundamentami i strukturą ekonomiczną Kościoła katolickiego. Ale czasy, kiedy seksualne życie księży oraz majątek Kościoła stanowiły taboo minęły na szczęście bezpowrotnie.

Oglądając w telewizji daremne kołatania dziennikarzy do kutych w żelazie bram biskupich pałaców w nadziei uzyskania stanowiska purpurata w sprawie kościelnej afery pedofilskiej nieodparcie nasuwa się jednak pytanie: skąd księża, biskupi, arcybiskupi, kardynałowie mają środki finansowe na swoje pałacowe nieraz rezydencje?

Być może rąbka tajemnicy uchyla kolejna aktualna afera – działka państwa Morawieckich. Zakupiona ponoć po wielokrotnie zaniżonej cenie od instytucji kościelnej. Być może część środków z których wybudowano tak licznie w ostatnich latach biskupie rezydencje pochodzą właśnie z obrotu gruntami uzyskanymi przez Kościół w ramach „odszkodowania” po 1989 r. Być może, ale pałacowa rezydencja to jednak nie tylko duży na ogół teren (działka?), olbrzymi, „wypasiony” budynek. To również niebagatelne koszty codziennego użytkowania: energii, mediów, koszty obsługi (służby?), kierowców itp. Skąd na to kasa? Pytanie jest też o tyle zasadne, że jak ujawniają rozmaite źródła, Watykan od brudnych pieniędzy w przeszłości nie stronił.

Jeżeli więc z każdego już niemal zakątka Polski dochodzą wołania o odnowę Kościoła, to ta odnowa nie może być powierzchowna, udawana. Powinna to być głęboka instytucjonalna rewolucja, obejmująca nie tylko zniesienia celibatu, ale również pełne ujawnienie majątku Kościoła na świecie i wprowadzenie jasnych, przejrzystych zasad finansowania jego działalności w Polsce. Powinna to być rewolucja, która pasterzy wszelkiej hierarchii nie pozostawi w sytuacji wielbłąda usiłującego przejść przez igielne ucho.

Wbrew pozorom oczyszczenie Kościoła nie jest jego tylko sprawą wewnętrzną. Kościół sam z siebie nie tworzy żadnych dóbr materialnych. On tylko gromadzi dobra wytworzone i zgromadzone przez innych, niekoniecznie nawet przez swoich członków. Dlatego pewnie historia Kościoła w Europie to nieustający łańcuch sekularyzacji jego majątku. Polska ma też swoje chwalebne tradycje w tym względzie. Otóż dokładnie 230 lat temu dokonano największej bodajże sekularyzacji majątku kościelnego przez przejęcie na Skarb Państwa tzw. „księstwa siewierskiego” i innych posiadłości biskupów krakowskich.  Po 230 latach czara znowu się przelewa. Tym razem Kościołowi niezbędna jest nie tylko dieta ale i zniesienie celibatu.

List otwarty do Prezydenta Wrocławia

Słynny projekt „Stadion Miejski we Wrocławiu” jest dla mnie klinicznym przykładem pułapek związanych z realizacją takich projektów przez samorządy oraz przyczynkiem do szerszej dyskusji o naturze pieniądza publicznego, racjonalności i transparentności w dysponowaniu nim. O Stadionie Miejskim we Wrocławiu pisałem na blogu wielokrotnie, dzisiaj, mam nadzieję, że po raz ostatni. Oto tekst listu otwartego, jaki w związku ze Stadionem skierowałem do Prezydenta Wrocławia:

Jacek Uczkiewicz                                              15.maja 2019 r.                    uczkiewicz.jacek@gmail.com

List otwarty

do Prezydenta Wrocławia

Pana Jacka Sutryka

 

Szanowny Panie Prezydencie

W czasie kampanii wyborczej na urząd Prezydenta Wrocławia miałem okazję uczestniczyć w Pańskim spotkaniu przedwyborczym zorganizowanym przez Stowarzyszenie „Ordynacka”. Prezentował Pan na nim swoją kandydaturę i swoje plany jako przyszły włodarz miasta.

W trakcie dyskusji podjął Pan publiczne zobowiązanie, że jako Prezydent Wrocławia opublikuje Pan kompletną i wyczerpującą informację na temat kosztów budowy Stadionu Miejskiego we Wrocławiu.

Do tej pory żadna taka informacja z Pańskiej strony się nie ukazała, co jest zrozumiałe w kontekście ogromu spraw, z jakimi zetknął się Pan po objęciu urzędu. W pół roku po wyborach chcę jednak przypomnieć to Pańskie publiczne zobowiązanie i zwrócić się do Pana Prezydenta o jego realizację.

Przypomnę pytanie generalne, jakie zadałem Panu podczas spotkania przedwyborczego:

Ile Wrocławian kosztowało w sumie wybudowanie Stadionu Miejskiego i z jakimi kosztami utrzymania tej instytucji Wrocławianie muszą się liczyć w kolejnych latach”.

Sprawa nie jest błaha, gdyż z moich szacunków kwota, którą z budżetu Wrocławia przeznaczono do tej pory na budowę stadionu grubo przekracza 1 miliard złotych, wielokrotnie przewyższając kwotę 500 mln zł pierwotnie deklarowaną przez władze Wrocławia. Diametralnie różnie od obiecywanej przez inicjatorów i realizatorów tego przedsięwzięcia prezentuje się też kwestia jego ekonomicznej efektywności.

Dla jasności sprawy przypomnę, że nie chodzi tylko o zapisy w pozycji „wydatki” w rocznych budżetach miasta w tytule odnoszących się wprost do Stadionu Miejskiego ani o kosztorysową wartość kontraktu z wykonawcą. Chodzi o całościowe wydatki, jakie Wrocławianie ponieśli z tytułu tej inwestycji, a w tym między innymi:

– kosztów odkupienia od AWF Stadionu Olimpijskiego,

– kosztów przetargów, w tym rozwiązania umowy z Mostostalem, z Polsatem (w tym kosztów postępowań sądowych z wykonawcami),

– kosztów obsługi kredytu bankowego,

– całkowitych kosztów realizacji umowy z ostatnim wykonawcą, firmą Max Boegel

– kosztów poniesionych przez Wrocławian z tytułu zatrudnienia spółki SMG,

– kosztów funkcjonowania miejskiej spółki „Wrocław – 2012”,

– kosztów postępowań sądowych z tytułu nieuregulowania praw własności gruntów przed podjęciem inwestycji.

Niebagatelną kwestią finansową związaną z projektem „Stadion Miejski” jest kwestia ekonomicznej efektywności tego przedsięwzięcia, a w tym kosztów ponoszonych corocznie przez Wrocławian z tytułu funkcjonowania dwóch kluczowych w sprawie spółek: „Wrocław 2012” oraz „WKS Śląsk Wrocław”. Ilustracją problemu trójkąta: Urząd Miasta, Wrocław 2012 i WKS Śląsk jest choćby prasowy komunikat z ubiegłego roku o tym, że powołana przez miasto spółka Wrocław 2012 „nareszcie znalazła gospodarza obiektu w osobie spółki WKS Śląsk”. Po kliku dniach ta sama gazeta donosiła o decyzji Rady Miasta o dofinansowaniu spółki WKS Śląsk niebagatelną kwotą bodajże 9 milionów złotych. Wychodzi więc na to, że z kasy miejskiej  Urząd Miasta pokrył swojej spółce w całości lub w części koszty utrzymania Stadionu Miejskiego poprzez inną spółkę, w której ma udziały.

Pytania wymagające odpowiedzi są więc takie:

ile pieniędzy Wrocławian, od 2012 roku, przepłynęło z kasy Urzędu miejskiego do spółek ‘Wrocław 2012” i „WKS Śląsk” i w jakiej formie?

jak przedstawia się realizacja pożyczek udzielanych w przeszłości tym spółkom przez UM?

Wrocławianie ponoszą również inne koszty funkcjonowania Stadionu. Chodzi o kwoty, jakie zarządcy Stadionu płacą miejskie spółki z tytułu „reklamy”.  Bilbordy reklamowe miejskiej spółki MPWiK służą prawdopodobnie temu tylko, aby ich fotografia stała się załącznikiem do faktury wystawianej tej spółce przez Stadion. Chyba, że ktoś mnie przekona, że dzięki tej reklamie spółka pozyskuje nowych odbiorców swoich usług na przykład z Poznania, Warszawy czy Buenos Aires. Podobnie rzecz się ma ze spółką MPK.

Pytania więc brzmią:

w jakim stopniu miejskie spółki lub spółki z udziałem Miasta zaangażowane są w ponoszeniu kosztów utrzymania Stadionu Miejskiego we Wrocławiu?

czy miasto, na przykład poprzez swoich przedstawicieli w organach miejskich spółek, przeprowadzało kiedykolwiek ocenę skuteczności tych wydatków reklamowych?

Szanowny Panie Prezydencie

Wydatkowanie przez Urząd Miasta ponad miliarda złotych na przedsięwzięcie realizowane w warunkach dalekich od transparentności, z wątpliwą i niewiadomą efektywnością ekonomiczną nie powinno moim zdaniem obciążać Pańskiej prezydentury. Realizacja Pańskiego wyborczego zobowiązania, o co wnoszę, w formie na przykład publikacji „białej księgi”, będzie dla Wrocławia niezwykle ważna, gdyż będzie bardzo praktycznym probierzem pańskiego stosunku do gospodarowania pieniędzmi Wrocławian, których, przez objecie urzędu Prezydenta, stał się Pan dysponentem.

Z wyrazami szacunku

Do wiadomości:

– Rada Miasta Wrocław

– media

Zbrodniarze w sutannach

Film braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, na gruncie przygotowanym przez inny film: „Kler” przebił kolejny balon. Purpuraci gną się i skręcają przed kamerami i mikrofonami nie przymierzając jak szesnasty paragraf – i nic dziwnego, gdyż niezależnie od etycznego i moralnego aspektu sprawy interesująca jest również kwestia prawna. Mamy otóż taką sytuację, że ileś (liczba nieustalona) nieletnich obywateli polskich stała się ofiarami przestępstw na tle seksualnym dokonywanych przez katolickich księży. W polskim systemie prawnym przestępstwa dzielą się na zbrodnie lub występki. (zbrodnia to czyn przestępczy zagrożony karą minimum 3 lat pozbawienia wolności). Czy akty pedofilii popełniane przez osoby duchowne uznane zostaną przez polski system prawny za zbrodnie czy tylko za występki? Dla mnie rzecz jest bezdyskusyjna, powinny być uznane za zbrodnie gdyż z całą pewnością można (należy) je uznać za czyny, które spotykają się ze szczególnym potępieniem ze strony społeczeństwa. Każde przestępstwo pedofilii powinno być skutecznie ścigane, ale te popełniane przez osoby w sutannach, koloratkach, urzędujące w zaciszu domu parafialnego czy konfesjonału są szczególnie odrażające i szkodliwe.

Odrębną sprawą jest rozliczenie tych zbrodni zgodnie z prawem kanonicznym. Wszak chodzi o przestępstwa z wykorzystaniem autorytetu i społecznego zaufania kościoła, być może łamania tajemnicy spowiedzi itp. To już ból głowy Stolicy Apostolskiej.

Ministerstwo Sprawiedliwości pod wodzą pierwszego szeryfa RP prześcigało się przez 4 lata w gromkich, publicznych komunikatach o tym, jak bardzo angażuje się w wyjaśnianie przestępstw na Polach, popełnionych za granicą. Polscy prokuratorzy i policjanci zwiedzili niejeden kraj. Jak będzie w tym przypadku? Czy nieletni polscy obywatele, ofiary zbrodni księży-pedofilów otrzymają właściwą, wszechstronną pomoc ze strony polskiego państwa?

Zbrodnie popełniali księża – obywatele Polski. Ale popełniali je jako „urzędnicy Pana B.”, wypełniający misję w ramach instytucji kierowanej przez obce państwo, samodzielny podmiot międzynarodowych stosunków prawnych, przez Watykan. Mało tego. Jak dowodzą liczne przekazy ci przestępcy seksualni (nie tylko w Polsce) chronienie byli z zasady przez hierarchów – podległych bezpośrednio Watykanowi. Chroniąc księży pedofilów hierarchowie ci stali się bez wątpienia współudziałowcami przestępstw.

W tej sytuacji należy wymagać od polskich władz, aby oficjalnie zadeklarowały wolę zaangażowania całego państwowego aparatu w dogłębnym wyjaśnienie tej sprawy, zwłaszcza poprzez:

– uznaniu przestępstw seksualnych popełnianych na nieletnich za zbrodnie;

– ujawnienie rzeczywistej skali przestępstw pedofilii dokonywanych przez księży

– ujawnienie księży popełniających zbrodnię pedofilii w Polsce:

– ujawnienie hierarchów, którzy przez zaniechanie bądź celowe działania chronili przestępców:

– ukaranie bezpośrednich sprawców oraz współudziałowców przestępstw zgodnie z prawem polskim;

– domaganie się od Watykanu należytego zadośćuczynienia wszystkim ofiarom księżowskiej pedofilii:

– wypracowanie i wdrożenie systemu prewencji i ochrony dzieci przed przestępstwami księży-pedofilów.

– wyrażenie pełnej gotowości do współpracy z Papieżem Franciszkiem działaniach mających na celu trwałe wykorzenienie pedofilii z kościoła.

Dzisiaj, w okresie szalejących kampanii wyborczych rządzący są wstanie obiecać wszystko, a nawet więcej. Dlatego właśnie niezbędna jest specjalna komisja polskiego Sejmu, która w przyszłej kadencji zajmie się bieżącym monitorowaniem realizacji obowiązków państwa wobec ofiar zbrodni księży-pedofilów

POPiS bis?

Nie milkną komentarze po 3-cio majowym wystąpieniu  Donalda Tuska na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie był gościem uczelni oraz miesięcznika „Liberté!”. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że wystąpieniem tym Tusk rozpoczął swoją kampanię wyborczą na urząd Prezydenta RP. Wystąpienie Przewodniczącego Rady Europejskiej było bardzo starannie przemyślane. Tusk, werbalnie i behawioralnie zdystansował się od partii politycznych i komitetów wyborczych zawiązanych w związku z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Nie przytulił nawet Platformy Obywatelskiej. Żadnej partii przy tym nie skrytykował ani nie pochwalił. Nut krytyki można się było dopatrzeć tylko pod ogólnym adresem tych, którzy „na co dzień obchodzą Konstytucję”. Jak przystało na przyszłą głowę państwa i prezydenta wszystkich Polaków przedstawił się Tusk jako gorący orędownik zgody ponad podziałami. W swoim wystąpieniu zawarł adresy zarówno do wyborców PiS, PO jak i PSL.  Tusk nie zawahał się również sięgnąć do lewicowych akcentów, zaprzęgając do swojego wyborczego rydwanu byłego zadeklarowanego trockistę, a na starość socjalistę – zmarłego niedawno profesora Karola Modzelewskiego.

Nie mogła ujść uwagi cała fraza o misji Unii Europejskiej obrony cywilizacji euro-atlantyckiej i jej historycznego dorobku, a w tym, kontekście o bezalternatywności dla sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. I tutaj zasadnicza uwaga krytyczna. Kto jak kto, ale Przewodniczący Unii Europejskiej powinien być świadomy dwóch kwestii. Pierwsza to ta, że wspólnie z kimś można bronić czegoś tylko wtedy, gdy ten ktoś również uzna to za swoją misję. Czy Stany Zjednoczone pod przywództwem Donalda Trumpa również za swój priorytet stawiają sobie ochronę cywilizacji europejskiej? Póki co ich priorytetem jest stawiani zasieków na granicy – co z kulturą i tradycją Europy ma wspólnego niewiele. To znaczy ma coś wspólnego, ale raczej z najczarniejszymi kartami europejskiej historii. Drugą kwestią, która wymagała zauważenia przez Przewodniczącego Tuska to rzeczywiste intencje Trumpa w stosunku do samej Unii. Słowne deklaracje są ważne, ale ważniejsze są czyny. Trudno uznać, że Tusk nie wiedział o wrogich względem Unii działaniach przyjaciela Trumpa i jednego z głównych sponsorów jego kampanii wyborczej – Roberta Merciera. Opinie o tym, że działania Merciera i jego spółek w Wielkiej Brytanii wspierające Brexit przez manipulowanie opinią publiczną zadecydowały o wynikach brytyjskiego referendum są coraz powszechniejsze. Słusznie podnosząc kwestię potencjalnych zagrożeń dla człowieka jakie niesie ze sobą sztuczna inteligencja Tusk odwołał się do eksperymentów chińskich, chociaż pod nosem niemal, bo tylko przez Kanał La Manche, miał europejski przykład szkody, jaką europejskiej doktrynie społeczeństwa obywatelskiego i demokracji parlamentarnej wyrządził import sztucznej inteligencji z USA. Trudno też nie dostrzec entuzjazmu, z jakim Trump zapałał do polskiej (sic!) idei „międzymorza”, obiektywnie skierowanej przeciwko jedności Unii Europejskiej. Podobnych przykładów realpolitik Trumpa względem Unii można mnożyć.

Można więc było oczekiwać, że w wystąpieniu Przewodniczącego Rady Europejskiej znajdzie się apel do USA o wspólny front. Nic z tych rzeczy. Zamiast tego wiernopoddańcza, jednostronna deklaracja pod adresem Trumpa, którą nie można inaczej odbierać jak zapewnienie, że Donald Tusk, jako Prezydent Polski, równie dobrze dbać będzie o stosunki z USA jak rząd PiS i pisowski Prezydent.

Wskazując na ekologię (trywializacja tego problemu do kwestii smogu to inna sprawa) i sztuczną inteligencję jako najważniejsze wyzwania, Donald Tusk nie odniósł się do zagrożeń jakie polskiemu społeczeństwu obywatelskiemu niesie postępująca klerykalizacja Polski, bezprzykładne i antykonstytucyjne przekształcanie naszego państwa w państwo wyznaniowe. Kaczyński, którego wizja, że „każdy będzie musiał zaakceptować chrześcijaństwo” wprawiła niedawno w osłupienie światową, postępową opinię publiczną, niemal nazajutrz po wystąpieniu Tuska zagrzmiał, że „ kto podnosi rękę na Kościół, podnosi rękę na Polskę”. Zwracam uwagę: na Kościół, nie na wiarę katolicką. Na szczęście kwestia relacji państwo – kościół zaistniała podczas wydarzenia „wykład Tuska na Uniwersytecie”, a to za sprawą poprzedzającego ten wykład wystąpienia redaktora naczelnego „Liberté!”, Leszka Jażdżewskiego. Katoprawica zawyła po tym wystąpieniu, określając je jako „obrzydliwe”, będące przykładem „języka nienawiści”. Pospiesznie do tej opinii dołączył przewodniczący PO Schetyna. Chociaż sam Donald Tusk nie odniósł się do pre-wykładu Jażdżewskiego osobiście, to kropkę nad i postawiła Gazeta Wyborcza odcinając się od naczelnego „Liberté!”. Niewątpliwie Schetyna i Wyborcza wyrazili niewypowiedziane w trakcie wykładu, stanowisko Donalda Tuska .

Jestem świeżo po lekturze wstrząsającego eseju „Sodoma – hipokryzja i władza w Watykanie” Frederica Martela. Autor jest prawnikiem, politologiem, filozofem, socjologiem, nauczycielem akademickim, dziennikarzem i pisarzem. Jest doktorem nauk społecznych, dyplomatą, autorem wielu książek tłumaczonych na wiele języków świata. Jest poważnym, wiarygodnym autorem. Ta książka wstrząsa nie tylko ujawnionymi faktami, ale również starannością dowodową, rzetelnością pisarza śledczego. Redaktor Jażdżewski otóż w swoim słowie wstępnym ani na jotę nie wystąpił poza fakty zebrane, ujawnione i opisane przez Martela. Fakty ze wszech miar obrzydliwe, ale do bólu prawdziwe. I chwała za to Jażdżewskiemu. Reakcja jednak polskich polityków na jego „support” musi natomiast napawać poważnymi obawami. „Sodoma” jest w istocie historią polityczną Watykanu XX i XXI wieku, opowieścią o mrocznych stronach papiestwa, o jego hipokryzji na tle homoseksualizmu, o ukrywaniu przestępstw i przestępców seksualnych – księży wszelkiej pozycji w hierarchii, o politycznym i fizycznym zwalczania księży – zwolenników teologii wyzwolenia w Ameryce Łacińskiej i o zajadłej walce Watykanu o zakaz stosowania prezerwatyw w okresie pandemii AIDS na świecie. Nie pora tu na recenzję tej książki. Jednakże, gdy na mapę działań Watykanu na arenie międzynarodowej opisanej przez Martela, zwłaszcza w okresie pontyfikatu Jana Pawła II, nałożyć działania polskich władz i polskich, prawicowych polityków, nie sposób nie dojść do wniosku, że Polska, zwłaszcza pod rządami PO i PiS ściśle i gorliwie realizowała społeczną doktrynę Watykanu, powszechnie uznaną dziś za wsteczną, anachroniczną i przynoszącą Kościołowi na świecie niepowetowane straty. To właśnie dzięki tej książce zrozumiałem między innymi sens wizyty, uznanej wówczas za wielce kontrowersyjną przez część polskiej opinii publicznej, jaką byłemu dyktatorowi Chile – Pinochetowi złożyli w Londynie w 1999r. czołowi politycy polskiej prawicy. Wszak Watykan, z osobą papieża włącznie, był jedynym państwem, które legitymizowało tą dyktaturę, wspierając Pinocheta nawet po jego upadku.

Reasumując, Polska pod rządami PO i PiS to państwo bez reszty oddane realizacji ideologii i doktryny społecznej jednego państwa – Watykanu oraz doktryny politycznej i gospodarczej drugiego państwa – Stanów Zjednoczonych.  Do tych dwóch, zasadniczych dla faktycznej suwerenności Polski kwestii, Donald Tusk nie wniósł nic nowego. Powrót POPiS-u, może bez Kaczyńskiego i paru jeszcze zdyskredytowanych polityków, pod jego przywództwem jest więc całkiem możliwy. Zaprawdę, strzeżcie się tych, którym słowa wolność i suwerenność nie schodzą z ust – chciałoby się powiedzieć. Mam tylko nadzieję, że w trakcie prawdziwej już kampanii nie uniknie Donald Tusk wyczerpującej odpowiedzi na jego rozumienie suwerenności Polski w kontekście antyunijnej polityki Trumpa i artykułu 25 ust. 2 Konstytucji RP.

SOCJALISTYCZNA PLATFORMA PROGRAMOWA SLD

Na naszych oczach postępuje gwałtowne rozwarstwianie się ludzkości. Jak wynika z raportu eksperckiej Grupy OXFAM, prezentowanego podczas ostatniego Kongresu w Davos:

  • w minionym (2018) roku zanotowano największy na świecie przyrost miliarderów. Średnio jeden miliarder przybywa co dwa dni i na dzień publikacji raportu było ich 2.043. 10% miliarderów to kobiety.
  • w ciągu minionego roku majątek tej elitarnej grupy wzrósł o 762 mld USD. Jest to suma wystarczająca na siedmiokrotne zlikwidowanie skrajnego ubóstwa na świecie.
  • w okresie 2006 – 2015 zarobki zwykłych pracowników wzrastały średnio o 2 % rocznie, podczas gdy majątki miliarderów rosły 6 razy szybciej: 13% rocznie.
  • 82% całkowitego wzrostu majątku w minionym roku trafiło w ręce 1 % ludzi, podczas gdy najbiedniejsza, dolna połowa społeczeństwa nie odnotowała żadnego wzrostu.
  • 42 osoby wykazują dzisiaj majątek równoważny majątkowi 3,2 miliardów najuboższej części ludzkości. W USA 3 najbogatsze osoby dysponują majątkiem większym niż połowa całej populacji.
  • najbogatszy 1% ludzkości posiada większy majątek niż cała reszta.

Polska, gdzie jak podaje inny raport, młodych francuskich ekonomistów, „Jak nierówna jest Europa”, 10% najbogatszych obywateli ma aż 40% udział w PKB jest niechlubnym liderem nierówności ekonomicznych na Starym Kontynencie, dorównując skalą i tempem tego zjawiska Stanom Zjednoczonym.

Nie tylko o nierówności ekonomiczne chodzi. W XXI wiek świat wkroczył z zupełnie nową świadomością zagrożeń ekologicznych. Nie konflikty zbrojne, wojny światowe, ale właśnie zmiany klimatyczne coraz częściej wskazywane są jako główne zagrożenie dla bytu człowieka. Co raz wyraźniej dostrzegamy problem przetrwania naszego gatunku. Jeszcze ostrzej na tym tle rysuje się więc kwestia równości prawa i warunków różnych grup społecznych do przetrwania. Wszak zanim gruby schudnie, chudy zemrze – głosi ludowe porzekadło.

To nie koniec nowych albo znanych, ale pojawiających się z niebywałą siłą źródeł nierówności społecznych. Bogatsi zawsze mieli lepsze warunki życia, lepszą opiekę medyczną. Dzisiejszy świat staje jednak wobec realnych możliwości genetycznego modyfikowania człowieka, tak, aby żył on 2, 3 razy dłużej niż obecnie, był odporny na choroby a ponadto intelektualnie i fizycznie znacznie sprawniejszy od dzisiejszego homo sapiens. Oczywiście takie zabiegi będą bardzo kosztowne i dostępne tylko dla nielicznych. Pojęcie „rasa nadludzi” stanie się wkrótce pojęciem fizycznym, biologicznym a nie li tylko ideologicznym.

Kolejnym, ale bynajmniej nie ostatnim i nie bagatelnym źródłem nowych nierówności społecznych XXI wieku jest rewolucja informatyczna, a konkretnie nie do powstrzymania ekspansja rozwiązań z obszaru sztucznej inteligencji (SI) w każdym obszarze życia człowieka. SI niesie z sobą bardzo wiele potencjalnych korzyści, ale jak każdy żywioł również bardzo wiele zagrożeń dla człowieka. Nie bez powodu wybitny Stephen Hawking był przekonany, że SI zniszczy ludzką rasę. Być może tak, ale na dzisiaj i jutro podstawowym zagrożeniem dla człowieka, jakie niesie ze sobą SI jest odzwyczajanie go od samodzielnego myślenia, samodzielnego podejmowania decyzji, idąc śladem Whiteheada – uwalnianie go od trudu myślenia. Przykładem niech będą słynne fabryki trolli i ich udział w kampaniach wyborczych w USA, Wielkiej Brytanii, oraz, jak się okazuje, również w Polsce. To jednak dopiero skromne początki. Władcy algorytmów, na których opiera się i będzie się opierać SI będą prawdziwymi władcami świata: tego ekonomicznego, materialnego i zapewne ideowego. Już dzisiaj wspomniana wąska grupa najbogatszych obywateli USA kieruje 80% rozwiązań z zakresu nowych technologii informatycznych w tym kraju.

Prawo człowieka do przetrawiania, prawo do podmiotowości, prawo do oświaty i zdrowia – te tradycyjne postulaty lewicy XIX i XX wieku zyskują dzisiaj niebywale na znaczeniu, przybierają inne niż 100 lat temu, dużo bardziej dramatyczne oblicze. Problemy, które zarysowałem same się nie rozwiążą. Co robić?

Powrócić trzeba do podstawowego postulatu i celu międzynarodowego ruchu socjalistycznego – zniesienia klas społecznych, a na dzisiaj powstrzymania tworzenia się nowych klas nadludzi. Myśl socjalistyczna zdaje się znowu rozkwitać w świecie. Wielka Brytania, Ameryka Łacińska – to dziś główne ośrodki rozwoju nowej myśli socjalistycznej. Ale i w samym sercu neoliberalizmu – w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej widać znamienne zmiany. Jak podaje Instytut Gallupa na podstawie swoich badań z 2018 r. 57 % członków Partii Demokratycznej uznaje wyższość socjalizmu nad kapitalizmem, a 37% Amerykanów pozytywnie ocenia wartości socjalistycznych idei. Dla wielu ludzi na świecie jedynym ratunkiem dla ludzkości są społeczne i gospodarcze rozwiązania właściwe socjalizmowi.

Myśl socjalistyczna w Polsce jeszcze żyje, nawet się rozwija, ale jest tak przytłoczona pogardą mainstreamu, że do ogólnego dyskursu politycznego przebija się z olbrzymim trudem jeśli w ogóle.

Z powinowactwem z ideami socjalizmu nie obnosi się także Sojusz Lewicy Demokratycznej. A szkoda. Nie tylko dlatego, że jego poprzedniczka – Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej w swojej założycielskiej deklaracji stwierdzała, że czerpać będzie również z dorobku polskiej myśli socjalistycznej, ale przede wszystkim dlatego, że nie próbując odnieść się do najważniejszych wyzwań XXI wieku znakomicie osłabia swoją pozycję partii lewicowej. Sama polityka historyczna to za mało, aby zdobyć zaufanie „lewoskrętnej” części społeczeństwa, zwłaszcza jego młodych przedstawicieli. Potrzebna jest wiarygodna idea, wizja lewicowego państwa i społeczeństwa XXI wieku. Obecny program SLD zawiera same słuszne postulaty. Warto jednak zastanowić się nad tym, których z nich SLD jest obecnie jedynym propagatorem. Przekonywanie, że my będziemy robić to samo, co inni, tylko lepiej może okazać się mało skuteczne.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego SLD powinna otworzyć się na problem neosocjalizmu w świecie. Powodem tym jest stworzenie możliwości porozumiewania się z różnymi nurtami lewicowymi, które gdzieś podskórnie, ale przecież się w Polsce toczą. Tym bardziej, że obecne w programach już prawie wszystkich partii pakiety socjalne oraz coraz wyraźniejszy kryzys neoliberalizmu a więc i jego akolitów rozmazuje dotychczasowe, chciało by się rzec klasyczne pojęcia takie jak socjaldemokracja. Kryzys europejskich partii socjaldemokratycznych w sposób widoczny wiernie towarzyszy kryzysowi neoliberalizmu.

Cały powyższy wywód potrzebny był po to, aby uzasadnić inicjatywę powołania w ramach SLD Socjalistycznej Platformy Programowej. Jej głównym celem powinno być przygotowywanie projektów zapisów programu SLD, zmierzających do najważniejszych dla ludzi wyzwań niedalekiej już przyszłości, inspirowanych tradycyjną i współczesną myślą socjalistyczną. Jej celem z całą pewnością nie powinno stać się nawoływanie do restytucji minionego ustroju realnego socjalizmu. Socjalizm – tak, ale w zakresie określonym akceptacją obywateli wyrażoną w demokratycznych wyborach. Uważam, że Socjalistyczna Platforma Programowa może stać się szansą dla SLD na uaktualnienie i wzbogacenie swojego programu, a może także i swojej misji.

Przykładem takiej szczegółowej bardzo propozycji może być postulowanie powołania w Unii Europejskiej (choć szczebel krajowy jest również możliwy i potrzebny) wyspecjalizowanej agencji, która dopuszczać będzie do stosowania algorytmy, według których działać będą maszyny oparte na sztucznej inteligencji. Konkretnie agencja taka sprawdzać będzie, czy algorytmy te zostały wytworzone zgodnie z zasadami gwarantującymi, że będą one przyjazne człowiekowi i nie będą działały na jego szkodę. Skoro każde lekarstwo, aby mogło być przedmiotem obrotu na terenie Unii musi uzyskać akceptację Europejskiej Komisji d.s. Leków, to tym bardziej algorytmy, które oddziaływać będą na każdego człowieka, powinny być weryfikowane przez wyspecjalizowane instytucje pod kątem ich bezpieczeństwa. Trudne, ale możliwe i moim zdaniem niezbędne.

Inicjatywę utworzenia Socjalistycznej Platformy Programowej ogłosiliśmy niedawno podczas miejskiej konwencji SLD we Wrocławiu. Aby mogła ta platforma zrealizować swoje cele musi być mieć charakter ogólnokrajowy i musi być otwarta na członków spoza SLD. Dlatego zwracam się do członków i sympatyków SLD, zainteresowanych powołaniem SPP SLD o zgłaszanie swojego akcesu do grupy inicjatywnej, najlepiej na adres e-mail: uczkiewicz.jacek@gmail.com.

Zbliżające się święta Wielkiej Nocy powszechnie uznawane są za święta odradzania się, powrotu do życia. Dodatkowo bliskość socjalistycznego Święta Pracy sprawia, że to dobry moment dla renesansu myśli socjalistycznej w Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

O potrzebie skrócenia kiełbasy

Protest nauczycieli trzeba wspierać. Z wielu różnych powodów. Dla mnie jest to też  forma hołdu  nauczycielom, moim wychowawcom, z których wielu pamiętam, którym jestem wdzięczny za ich mądrość i zaangażowanie. Wspierać protest nauczycieli należy nie tylko ze względów moralnych – również ze względów patriotycznych, z racji odpowiedzialności za Polskę. Oczywiście w arsenale dział wytoczonych przez rząd znalazło się i to o „politycznym charakterze strajku”. Kiedyś, w okresie społecznych niepokojów w latach siedemdziesiątych, spotkałem się z konstatacją, że w Polsce nawet zupa jest sprawą polityczną. Zupa, a co dopiero warunki pracy i los setek tysięcy nauczycieli szkolnych i przedszkolnych, co dopiero jakość systemu oświaty. Ironia zarzutu politycznego charakteru strajku w tym się też zasadza, że drugą stroną konfliktu jest państwo par excellence polityczne, po drugiej stronie negocjacyjnego stołu zasiadają członkowie kierownictwa rządzącej partii politycznej, sterowani z Nowogrodzkiej.

Strajk nauczycieli jest polityczny w tym sensie, że obnażył obłudę polityki PiS, polityki przedwyborczego rozdawnictwa ocierającego się o polityczną korupcję, polityki opartej na nachalnej propagandzie, na informacyjnych kłamstwach. Rząd PiS nie zasiadł do negocjacji z nauczycielami z wolą porozumienia, znalezienia jakiegoś racjonalnego kompromisu. Już wcześniejsze „prezenty Jarosława Kaczyńskiego dla społeczeństwa”, jak kolejne kiełbasy wyborcze określił nie kto inny jak wicepremier rządu, oprotestowane zostały przez pisowskiego ministra finansów. A tutaj nowe żądania, a za nimi kolejka następnych roszczeniowych grup budżetówki. Strajk nauczycieli pokazał, jak krótkie nogi ma polityka ostentacyjnego szastania publicznymi pieniędzmi, demonstrowania, że pod rządami Nowogrodzkiej stać nas na wszystko, polityka ukierunkowana na uzyskiwanie doraźnych efektów wyborczych realizowana kosztem unikania rozwiązywania problemów systemowych. O niepokojach w środowisku nauczycielskim rząd wiedział doskonale, pieniądze były, postanowiono jednak wydać je na kiełbasę, zamiast na rozwiązanie problemu o istotności dla całego państwa nie do przecenienia. Nikt racjonalnie myślący nie da wiary rządowym „propozycjom”. To gruszki na wierzbie, tyle tylko, że rosnącej gdzieś na Marsie. Dysponowanie nie swoimi pieniędzmi – to też spécialité de la maison obecnych władców Polski. O impertynencji rządu świadczy i to, że znając problemy nauczycielskie swoją  alternatywę, głęboko systemową, wybiegającą daleko w przód położył na stole na 36 godzin przed zapowiedzianą datą rozpoczęcia strajku. Przedłożył ją ponadto nie stronie związkowej, a dziennikarzom. Przekaz medialny jest dla PiS zawsze najważniejszy.

Rząd od początku konfliktu zdecydowany była na wariant konfrontacyjny. Konfrontacja, dzielenie społeczeństwa, dezinformacja – to ukochane narzędzia polityki społecznej PiS. Z wielu powodów rząd będzie robić wszystko, aby nie zrealizować płacowych żądań nauczycieli. Strona finansowa jest tylko jednym z aspektów, moim zdaniem nie najważniejszym. W postawie PiS wobec nauczycielskich postulatów zawiera się istota polityki tej partii wobec inteligencji, wobec nauki, wobec społeczeństwa obywatelskiego. Naturalną drogą strajk polskich szkół stał się też sprawą relacji rząd – samorząd terytorialny. Samorządy, na barki których bezceremonialnie przerzuca się finansowe koszty pisowskich pomysłów, w oczywisty sposób wspierają nauczycieli. Ujarzmienie niesfornych nauczycieli otworzy natomiast bramy PiS do nieskrępowanej „dobrej zmiany” w systemie oświaty, do dalszych, pogłębionych zmian programowych i czystek kadrowych, do dalszego obciążania samorządów.

Stawką strajku polskich szkół jest więc przyszłość naszego kraju.  Dlatego patriotycznym obowiązkiem powinno stać się wspieranie słusznych postulatów nauczycieli. Nie będzie to łatwe. Ceną mogą być perturbacje i turbulencje w tegorocznych egzaminach i procesie rekrutacyjnym i związane z tym problemy dzieci i rodziców. Ale stawka jest olbrzymia i warto te doraźne przecież niewygody znieść.

Rozwiązania nauczycielskich problemów należy domagać się nie za lat kilka, w ramach jakiejś mglistej, kolejnej reformy („którą przeprowadzimy, jak nas wybierzecie”), ale w obecnych warunkach budżetowych. To w rękach tego rządu, który jest naturalną stroną konfliktu, leżą wszystkie ku temu narzędzia prawne, ekonomiczne i finansowe. Ale  tylko w ramach tegorocznego budżetu. Trzeba więc zmusić PiS do skrócenia swojej kiełbasy wyborczej. Tu i teraz.

Trolllandia

To kiedyś musiało się stać. Od kilku lat opinia publiczna bulwersowana jest opisem praktyk różnych zagranicznych firm, wykorzystujących Internet do brudnej wojny politycznej, do dezinformowania ludzi i stymulowania ich do podejmowania „jedynie słusznych” decyzji wyborczych. Chociaż wszystko zaczęło się od R. Merciera i zaangażowania się jego spółek w internetowe „podkręcanie” prezydenckiej kampanii Trumpa czy brytyjskiego referendum w sprawie opuszczenia przez UK Unii Europejskiej, to szybko pojawiły się doniesienia o rosyjskich lub prorosyjskich, chińskich, amerykańskich farmach trolli, profesjonalnie zajmujących się tworzeniem i rozpowszechnianiem w sieci najordynarniejszych kłamstw i oszczerstw, wdzięcznie nazywanych „fake newsami”. Przez dłuższy czas można było odnieść wrażenie, że ta nieetyczna wojna polityczna toczy się ponad naszymi głowami, gdzieś tam, ale nie u nas w Polsce. Wprawdzie od 2015 r. krążyły plotki o wspomaganiu PiS-owskiej kampanii przez zorganizowane i opłacane grupy trolli, to jednak na plotkach się kończyło. Do 31. kwietnia 2019 r.

W tym właśnie dniu kanał TVN24 wyemitował reportaż redaktorów A. Sobolewskiej i B. Kittela „Fabryka trolli”, dokumentującego działanie jednej z funkcjonujących w naszym kraju spółek profesjonalnie zajmujących się tworzeniem i rozpowszechnianiem kłamstw. To bardzo ważny, znamienny dokument, a przynajmniej powinien zostać za taki uznany. Okazuje się więc, że produkcja i rozpowszechnianie kłamstw może być nie tylko zajęciem legalnym ale i wcale dochodowym. Spółka pokazana w reportażu Sobolewskiej i Kittela tworzyła i rozpowszechniała fake newsy jednoznacznie wspierające działalność Prawa i Sprawiedliwości, ale zgromadzony materiał zmusza do głębszych refleksji.

Pierwsza refleksja musi dotyczyć moralnego i etycznego charakteru ujawnionej działalności. Prawo z całą bezwzględnością ściga oszustwa finansowe. Oszustwa fabryk trolli są jednak, moim zdaniem, wielokrotnie bardziej szkodliwe dla obywateli, społeczeństwa i państwa. Fabryki te nie kradną dóbr materialnych, ale poprzez celowo rozpowszechniane kłamstwa kradną to, co dla istoty ludzkiej powinno być najcenniejsze: jej osobowość. Mało tego, te ukradzione, zmodyfikowane według założonego z góry modelu osobowości zamieniają na pieniądze, czerpiąc z tego niecnego procederu wcale nie mały – jak się okazuje – dochód. Niestety, mamy to, czego chcieliśmy. Ileż to razy spotkałem się z publicznymi stwierdzeniami polityków i dziennikarzy, że kampanie wyborcze są po to, żeby kłamać, żeby „uwodzić wyborców”. Technologia cyfrowa pozwoliła takim poglądom rozwinąć skrzydła. Ale czy jesteśmy na to skazani? Czy jesteśmy bezbronni?

Cybernetyczna rewolucja niemal codziennie stawia przed systemami prawnymi poszczególnych państw co raz to nowe wyzwania, kreuje sytuacje i relacje pomiędzy instytucjami i obywatelami dotychczas nieznane. Ludzie, instytucje i organizacje, odpowiedzialne za to, aby systemy prawa funkcjonowały ku pożytkowi publicznemu, sprzyjały spójności obywatelskiej wspólnoty będącej fundamentem demokratycznego państwa, szybko, bez zbędnej zwłoki reagować powinny na pojawiające się zagrożenia dla tej wspólnoty. W przypadku „fabryk kłamstw” nie spotykamy się z żadną reakcją, z żadnymi próbami ustosunkowania się na przykład Ministerstwa Sprawiedliwości do tych procederów. Można nawet odnieść wrażenie graniczące z pewnością, że politycy sprzyjają instytucjonalnym, internetowym  siewcom nieprawdy. Nie tylko pierwszy szeryf RP nie zabrał głosu w tej sprawie, ale w publicznym wystąpieniu jego zastępca sankcjonował wręcz ujawnione przez dziennikarzy działania fabryki trolli, twierdząc, że „inni czynią podobnie”. Mało tego. Emisja wspomnianego reportażu zbiegła się z hucznie zapowiadaną „modyfikacją” programu wyborczego PiS. Prezes tej partii ogłosił bowiem szczególny dodatek do swojego wyborczego pakietu korupcyjnego, znanego jako „piątka Kaczyńskiego” wzbogacając go o „dar wolności”, czyli sprzeciw wobec uchwalonego przez Parlament Europejski   poparcia dla projektu Dyrektywy UE o ochronie praw autorskich w Internecie. Z właściwym dla siebie cynizmem Kaczyński najpierw kreuje zagrożenie (domniemany zamach na wolność Internetu) aby heroicznie ogłosić: „ja was przed tym zagrożeniem uchronię”. Nie przypominam sobie, aby Jarosław Kaczyński, ani jakikolwiek PiS-owski polityk publicznie wypowiadał się przeciwko internetowym fabrykom kłamstw. Jak widać wolność w Internecie to dla PiS wolność dla profesjonalnego, zawodowego kłamstwa. Gwoli sprawiedliwości politycy innych ugrupowań również omijają ten aspekt „nowej jakości” jaką w naszym życiu są fabryki trolli, ale od PiS, z racji przyjętej za państwo odpowiedzialności (o nazwie partii nie wspominając) oczekiwać należy więcej.

Mógłby ktoś powiedzieć, że nie potrzebujemy żadnych nowych regulacji, gdyż mamy Kodeks Prawa Cywilnego i jeśli ktoś czyje się oszukany, to może na drodze prawa cywilnego dochodzić zadośćuczynienia. I tutaj w całej jaskrawości przejawia się charakter cybernetycznej rewolucji. KPC , ze swoją filozofią i logiką powstawał w czasach, kiedy nie było Internetu, kiedy  anonimowe, na masową skalę rozpowszechnianie kłamstw, oszczerstw nie było tak łatwe i tak skuteczne jak dzisiaj. To zupełnie nowa jakość.

W emitowanym przez TVN reportażu „redaktor” fabryki trolli stwierdza wprost, że to co oni robią to „nowoczesne dziennikarstwo. Co na to dziennikarze „starej daty”? Komercjalizacja mediów zepchnęła zawód dziennikarski w stronę emocji, sensacji, półprawd.  Fabryki trolli doprowadzają tradycyjne dziennikarstwo pod ścianę: albo zdoła ono przeciwstawić się „nowej fali”, albo uzna nowe standardy za swoje. Ta druga opcja jest zbyt drastyczna, aby poświęcać jej miejsce i czas. Trzeba jednak postawić pytanie, czy ujawniona przez dziennikarzy TVN fabryka trolli jest jedyną taką działającą w Polsce? Kto jeszcze zawodowo trudni się tym brudnym interesem? I jeszcze jeden aspekt. Fabryka trolli to nie polski „wynalazek”, to import. Podobne instytucje dawno temu rozwinęły się na świecie. Być może wyglądają one tak, jak to przedstawiono w świetnym serialu  „Homeland” , być może są bardziej lub mniej rozwinięte. Nie będzie jednak zbyt dużą przesadą, jeżeli uzna się, że nasza, rodzima fabryka kłamstw to w gruncie rzeczy chałupnictwo, które ma się tak do tych najbardziej technologicznie i organizacyjnie zaawansowanych fabryk trolli jak taczki do promu kosmicznego. Czyli wszystko jeszcze przed nami!

Nie sposób przy okazji dywagacji nad reportażem „Fabryka trolli” uciec od jeszcze jednej uwagi. Uwagi nie tyle krytycznej ile wynikającej z problemu w nim zasygnalizowanego, ale nie rozwikłanego przez autorów. Młody „przedsiębiorca” chwalący się tym, że zaczynał od spółki z wkładem dwa razy po półtora tysiąca złotych obnosi się po krótkim w końcu okresie funkcjonowania, wypasionym samochodem osobowym i w ogóle tryska satysfakcją z biznesowego sukcesu. Bardzo ciekawe byłoby sprawdzenie skąd pochodzą te pieniądze. Jakie są realne przepływy finansowe w fabrykach trolli. Kto płaci za oszustwa. Trzeba się spieszyć, gdyż sami przedsiębiorcy nie skrywają tego, że są świadomi wielce podejrzanego charakteru swojej działalności.

I na koniec proste pytanie. Czy polska lewica przedstawi swój stosunek do tych problemów i swoją propozycję ochrony społeczeństwa przed zinstytucjonalizowanym kłamstwem w sieci?