Brunatna Polska

Brunatna Polska

Polska – moja Ojczyzna. Polska – mój kraj, kraj moich dzieci i wnuków. Polska – kraj, który w strategicznych planach największego zbrodniarza w historii świata, przywódcy faszystowskich Niemiec – Adolfa Hitlera miał stanowić część tzw lebensraum – nowej przestrzeni życiowej Wielkich Niemiec. Polska, której obywatele, Słowianie, uznani za rasę niższą, mieli być zredukowani liczebnie o 80% i sprowadzeni do roli niewolników teutońskiej rasy wyższej. Polska – moja ojczyzna, w stosunku do której realizację faszystowskich idei  uruchomiono wprowadzając tzw. General Plan Ost.

Ta właśnie Polska – druga po Hiszpanii ofiara faszyzmu wyrasta dziś na europejską ostoję tej ideologii. Jest mi wstyd.

W ramach tak zwanej dekomunizacji na śmietnik historii usiłuje się wyrzucić między innymi Dąbrowszczaków i żołnierzy Armii Ludowej. Dąbrowszczacy – to Polacy, którzy swoim życiem, swoją krwią bronili  hiszpańską demokrację zaatakowaną przez faszystowskiego generała Franco,  wspieranego przez faszystowskie Niemcy i Włochy.  To żołnierze pierwszego w Europie antyfaszystowskiego frontu wojennego. Dzisiejsza Polska wskazuje  im miejsce na śmietniku. Hańba.

Armia Ludowa – walcząca z faszystowskim okupantem. Ilu jej żołnierzy zginęło od faszystowskich kul? Za Wikipedią: „Od momentu swojego powstania (1 stycznia 1944) AL przeprowadziła w sumie 1550 akcji zbrojnych przeciwko okupantowi, w tym 774 wymierzonych w transport i łączność (co najmniej 326 akcji na transporty kolejowe, 47 na tory, mosty i urządzenia stacyjne), 117 akcji na drogach i mostach, 21 uderzeń na urządzenia łączności), 220 akcji przeciwko aparatowi terroru, 190 wymierzonych w obiekty gospodarki i administracji. Stoczono 380 walk z siłami Wehrmachtu, SS i policji, z których kilka nosiło charakter dużych bitew partyzanckich”.  Armia Ludowa, na którą – według AK-owskich źródeł historycznych – donosiły do Gestapo komórki  NSZ– swoje miejsce również znajduje dziś na śmietniku. Jednocześnie hitlerowscy donosiciele  czczeni są oficjalnie jako narodowi  bohaterowie! Hańba!

Wczorajszy „Marsz Niepodległościi” w Warszawie – nacjonalistyczna, szowinistyczna, rasistowska demonstracja ochraniana przez policję, wojewodę, ministra spraw wewnętrznych i wiceministra sprawiedliwości.  Buta, arogancja i bezczelność Błaszczaka wobec redaktora „Polityki” usiłującego poznać ocenę ministra haseł, pod którymi ta demonstracja się odbywała – ewidentnie wpisuje się w filozofię faszyzmu, filozofię siły, jako najważniejszego argumentu.

Ale taki bieg zdarzeń nie bierze się znikąd. Od dawna jesteśmy świadkami nadzwyczajnej pobłażliwości policji, prokuratur i sądów dla aktywistów szerzących hasła nacjonalistyczne czy wręcz faszystowskie. Trudno tez nie zauważyć, że z nutą nacjonalistycznych haseł „Marszu Niepodległości” doskonale współbrzmi ton wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego Krakowie, w którym usiłował on   kreować Polaków na naród wybrany, na wyższą moralnie, etycznie nację, której misją jest „naprawianie Europy”.

Wobec jednoznacznej negatywnej oceny opinii światowej opinii publicznej najnowszego oblicza Polski niektórzy politycy zaczynają szukać wykrętów, pozorować dystans. Te zmyłki zdadzą się na nic. Za stworzenie warunków do rozkwitu polskich ruchów nacjonalistycznych i faszyzujących oskarżyć należy przed historią wprost polską prawicę i najwyższych urzędników Pana B.

 

Historio, historio…

Na kanale tvn24 słucham rozmowy gwiazdy polskiego dziennikarstwa red. Kolendy-Zaleskiej z gwiazdą historyków Polski – Normanem Davisem. Zaczyna się świetnie. Davis na samym początku opowiada jak to na początku lat 60-tych, jako student Oxfordu, znalazł się w Warszawie, i jak to nic a nic o takim kraju jak Polska nie wiedział. To czego uczą oni studentów na tym Oxfordze – pomyślałem. Dalej było już tylko lepiej. Pan historyk Davis opowiadał barwnie jak to, zwiedzając wówczas  z grupą brytyjskich studentów warszawską Starówkę zapytał przewodniczki dlaczego ona jest taka nowa. Przewodniczka unikała ponoć odpowiedzi na Starówce, dopiero wyprowadziwszy grupę gdzieś do parku, „gdzie nikt nie podsłuchiwał” opowiedziała Davisowi i jego kolegom o Powstaniu Warszawskim. „Bo mówienie o tym było zabronione” – stwierdził Davis, a Kolenda-Zaleska skwapliwie mu przytakiwała. Trudno się było nie obruszyć, więc jako zalogowany w tvn24 wysłałem komentarz. Był drugi w kolejności – pierwszy przyznawał rację Davisowi. Wyraziłem odmienne zdanie, stwierdzając, że w tych właśnie czasach o Powstaniu Warszawskim uczyłem się w szkole, w harcerstwie uczyliśmy się powstańczych piosenek, a w publicznych bibliotekach wypożyczaliśmy książki o Powstaniu. Dodałem również uwagę, że ubolewać należy nad tym, że jeden z najważniejszych historyków Polski sformatowany został przez przewodniczkę turystyczną, która, być może chcąc zrobić wrażenie zagranicznych studentach „w konspiracji” opowiadała im o Powstaniu. Aa Pani redaktor – dodałem – zdały by się rzetelne korepetycje z najnowszej historii naszego kraju. Właśnie mijają 3  godziny od wysłania wpisu. I nic. Cisza.

Polityka informacyjna w Polsce Ludowej przedstawiała wiele do życzenia – prawda. Ale tak bezczelnie fałszować fakty, które przecież są bardzo łatwe do weryfikacji to woła o pomstę.. Przecież właśnie w latach sześćdziesiątych jednym z tematów maturalnych z języka polskiego był temat „Powstanie Warszawskie w literaturze”. Ale jak widać są fakty niewygodne i dla tvn24. Ten kanał też ma swoją politykę informacyjną. Moja sympatia do tej stacji wyraźnie zbladła.

Drogi Radosławie

Zachęcony przez Ciebie  zapoznałem się z Twoim ostatnim artykułem w czasopiśmie Sprawy Nauki, Radosław Czarnecki,  „ Wirtualna władza korporacji” ( http://www.sprawynauki.edu.pl/archiwum/dzialy-wyd-elektron/315-humanistyka-el/3726-wirtualna-wladza-korporacji) Przeczytałem go z zainteresowaniem wielkim, a ponieważ prosiłeś o uwagi, więc oto ich mała garsteczka.

Trafiasz w sedno problemów współczesnego świata chociaż nie oznacza to, że wyczerpujesz temat. Nie możesz tego niestety zrobić, nie może tego zrobić nawet sam Zukerberg ani inny informatyczny guru. Twoja opowieść doskonale koreluje z moim postrzeganiem fenomenu eksplozji informatyki. Od wielu lat propaguję gdzie mogę moją interpretację tego zjawiska, opartą na tezie, że w XX wieku wyzwolił się piąty – po czterech klasycznych – żywioł: informatyzacja właśnie. Uważam otóż – w dużym skrócie –  że informatyzację traktować należy jako nowy żywioł, który ma taką samą, nieograniczoną moc, ślepą energię, jak woda, ogień, powietrze czy ziemia. My z tej energii możemy troszeczkę skorzystać, jeśli zdołamy ją choć trochę poskromić. Jesteśmy podobni do naszych pra- pra-szczurów, którzy mozolnie opanowywali umiejętność wykorzystania ognia, wiatru i wody. Żywioł informatyzacji, którego częścią jest Internet, jest wobec nas ślepy i bezwzględny. Jeżeli nauczymy się korzystać z tego żywiołu, to będziemy mieli szansę na przetrwanie. Jeżeli zbagatelizujemy ten żywioł, lub przy obchodzeniu się z nim popełnimy jakieś błędy (jak na przykład dawni żeglarze), to  – niezależnie od tego kim jesteśmy: przedsiębiorcą, naukowcem czy artystą – zmiecie nas on z powierzchni ziemi.

W pełni podzielam Twoja tezę mówiącą o tym, że za sprawą informatyzacji znaleźliśmy się w nowym Średniowieczu. Ale nie tylko ze społecznego, socjologicznego punktu widzenia. Nie będę daleki od prawdy twierdząc, że uwolnienie żywiołu informatyzacji spowodowało, że generalnie w nauce, w poznawaniu świata, natury, znaleźliśmy się nagle i nieoczekiwanie w czasach przedkolumbijskich! Tyle nagle jest do odkrycia!

Niestety, jak każdego z pozostałych żywiołów tak i tego nowego nie potrafimy w pełni objąć rozumem. Wiem tylko tyle, że energia tego żywiołu będzie narastać. A tego skutki? Nikt ich nie zna.

Rzucę tu tylko kilka haseł – po to, aby nie tracić ich z pola widzenia. Po pierwsze tzw. sztuczna inteligencja. Już w tym roku Facebook właśnie zamknąć musiał swoje roboty oparte na sieciach neuronowych, które „zatrudniał” do usprawniania komunikacji pomiędzy użytkownikami sieci, gdyż niespodziewanie okazało się, że te maszyny zaczęły porozumiewać się między sobą nowym, wymyślonym przez siebie językiem. Jakie zmiany w życiu „zwykłego człowieka” przyniesie masowe zastosowanie sztucznej, a ciągle doskonalonej sztucznej inteligencji w takich dziedzinach jak produkcja, usługi, administracja, lecznictwo, edukacja usługi czy obronność? Tego nie wiemy. Jak śpiewa Jean Ferra:   „Qui vivra verra!”.

Kwestia druga: bitcoiny. Jakie skutki przyniesie dalsze rozpowszechnianie się waluty, której wartość nie jest oparta ani na złocie, ani na innym „materialnym” (cudzysłów nie jest tu przypadkowy) dobrze, lecz na nowej mocy obliczeniowej wprowadzanej do sieci? Całkowicie zmieni się rola banków, rządy utracą możliwość kreowania polityki pieniężnej itp. itd. Czy w związku z tym cofamy się do czasów przedfenicjańskich?

Trzecia sprawa związana jest też z Facebookiem, a konkretnie z nazwiskiem Mercier i jego skutecznymi próbami wykorzystywania tego portalu do wpływania na wyniki wyborów prezydenckich w USA i na wyniki referendum unijnego w Wielkiej Brytanii (pisałem o tym szerzej na moim blogu).  Tego tematu nie chcę jednak rozwijać, gdyż właśnie zamówiłem sobie książkę Ralfa Keyes’a „ Czas postprawdy”. Będzie ona dostępna po 11.11.br., ale już z zapowiedzi wynika, że autor porusza w niej takie tematy jak powszechna utrata zaufania w życiu społecznym i tegoż skutki.

Na zakończenie anegdota. Okazuje się, że furorę w niektórych krajach robią tzw. sex-roboty (żeńskie i męskie). Wprowadzono je jako rodzaj ciekawostki w  domach uciech i szybko okazało się, że mają dużo większe wzięcie niż konwencjonalni, naturalni  usługodawcy. A  przecież raczkujemy dopiero w sztucznej inteligencji.

Jest więc o czym myśleć i bardzo dobrze, że próbujesz chwytać byka za rogi. Ktoś musi nas doprowadzić do Oświecenia. Bonne continuation, Radosławie!

Co po PiS?

Na ostatnim swoim kongresie Platforma Obywatelska zapowiedziała naprawę państwa po niszczycielskiej działalności PiS. I słusznie. Proponowana ustawa „normalizująca”, która skasuje wszystkie antydemokratyczne decyzje pisowskiego parlamentu to propozycja ciekawa. Warto, aby i inne ugrupowania polityczne określiły swoje stanowisko w kwestii „Co po PiS?”. Dyskusja na ten temat powinna toczyć się publicznie, tak,  aby Polacy mieli pełną jasność, co kto zamierza skasować, co utrzymać, a co zmienić. Dyskusja na temat „Co po PiS?” nie powinna przy tym ograniczać się do „odkręcania” fatalnych dla Polski i Polaków decyzji nowogrodzkich.  Spraw do naprawy jest wiele i mają one korzenie głęboko tkwiące w początkach polskiej transformacji. Oto pierwszy z brzegu przykład. Przeczytałem właśnie medialne doniesienie o nowym, poselskim projekcie ustawy. Tym razem o straży marszałkowskiej. Poselski projekt ustawy jest moim zdaniem tym sposobem tworzenia prawa, który na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza najbardziej przyczynił się do rozregulowania polskiego systemu prawnego i do osłabienia państwa.

W polskim systemie legislacyjnym projekty ustaw mogą być autorstwa:

– Sejmu

– Senatu

– Prezydenta RP,

– Rządu,

– grupy minimum 100 tys. obywateli (projekty obywatelskie).

Podstawowymi wyzwaniami dla tego systemu są: harmonizacja zgłaszanych projektów z funkcjonującymi już ustawami, określenie skutków społecznych i budżetowych (w tym wskazanie źródła środków publicznych na realizację ustawy), zapewnienie zgodności z prawem Unii Europejskiej i obowiązek konsultacji społecznych. Rządowa ( przyjąć można, że i prezydencka) ścieżka legislacyjna jest w miarę poukładana, wychodząca naprzeciw podstawowym standardom legislacji w państwie demokratycznym i w maksymalny sposób zapewnia wysoką jakość legislacyjną projektu. Niestety, nie można tego powiedzieć o projektach „poselskich”. Cudzysłów jest tu jak najbardziej uzasadniony, gdyż po pierwsze nie zawsze posłowie są rzeczywistymi autorami projektów (raczej rzadko), a po drugie istnieje wysoki stopień prawdopodobieństwa, że spośród 15 posłów, których podpis jest wymagany, aby projektowi nadać bieg tylko niewielka część zapoznała się z projektem w sposób uzasadniający podpis. Projekt poselski jest dzisiaj nie furtką, ale szeroko otwartymi wrotami, w dodatku z wyrwanym z zawiasów skrzydłem, dla wszelkiego rodzaju lobbingu. Ale nie tylko. Ponieważ ścieżka „poselska” jest wyraźnie szybsza, obłożona zdecydowanie mniejszymi wymogami formalnymi i merytorycznymi niż ścieżka rządowa, ministrowie nagminnie korzystają z możliwości szybkiego i łatwego przepchnięcia przez parlament swoich rozwiązań, których na przykład nie chcą konsultować z innymi ministrami lub/i z tzw. czynnikiem społecznym. Trudno o większą patologię systemu tworzenia prawa, patologię, która bardzo mocno zakorzeniła się w samym centrum państwowej legislacji.

Naprawiając Polskę należy nad problemem systemu stanowienia prawa pochylić się szczególnie starannie. Trudno jest odmawiać posłom (grupie posłów) inicjatywy ustawodawczej. Wprowadzić należy jednak zasadę, że wszystkie projekty zmiany systemu prawnego, za wyjątkami określonymi w Konstytucji, przechodzić powinny tą samą procedurę. W przypadku projektu „poselskiego” a także i obywatelskiego, powinno to polegać na tym, że projekt taki decyzją Sejmu (Senatu) kierowany jest do Premiera, który określa, który Minister będzie właściwym do jego przeprowadzenia przez taką samą procedurę, jakiej podlegają projekty resortowe.

Radosna twórczość ustawodawcza w polskim parlamencie zostanie ukrócona a Polska, na małym odcineczku, naprawiona.

Rezydenci – trzymajcie się!

Rozumem i sercem jestem z młodymi lekarzami protestującymi przeciwko sytuacji w polskiej służbie zdrowia. Oni nie bronią stanowisk, wpływów, zaszczytów. Oni bronią nas – obywateli. Rejestrowanie pacjentów do specjalistów na okresy liczone już w latach jest wprost obrazą Artykułu 68 Konstytucji RP. Obrazą codzienną jak Polska długa i szeroka. To nie tylko obraza Konstytucji, to również obraza i upodlanie milionów Polaków. Nie dożyjesz wizyty? Rak cię zeżre w międzyczasie? Cóż, Bóg tak chciał… No, chyba, że masz kasę na leczenie prywatne.  Ale na to potrzeba dużej kasy. Nie ma więc służby zdrowia – jest biznes zdrowia. Parafrazując stare powiedzenie rzec można dzisiaj: „Czemuś biedny – boś chory. Czemuś chory – boś biedny”.

Protestujący lekarze nie chcą upolityczniać swojej akcji choć ona sama w sobie jest par excellence polityczna.  Dotyczy wszak praktycznej realizacji konstytucyjnych praw polskich obywateli. Żądania młodych lekarzy zmian w budżecie państwa to też czysta polityka. Odżegnywanie się więc młodych medyków od politycznego szyldu jest tylko dowodem na upadek państwowo-twórczej i społecznie użytecznej roli partii politycznych.

Ale partie – zwłaszcza lewicowe – nie mogą przechodzić obojętnie wobec tego protestu. Jeżeli on upadnie, załamie się – triumf święcić będą ludzie pokroju marszałka Karczewskiego, który, ewidentnie inspirowany telewizyjną reklamą,  młodym lekarzom cynicznie proponuje wykład specjalisty pod tytułem „Dlaczego pieniądze szczęścia nie dają”. Żenada najniższego, sejmowego lotu.

Rozbudzane są w kraju najrozmaitsze ambicje, co dzień wbijani jesteśmy w dumę narodową a to przez to, że my – Polacy – w czymś jesteśmy najlepsi, lub że już niedługo będziemy najlepsi (na przykład w produkcji samochodów elektrycznych). Ciekawe, czy pojawi się partia, która, uznając zdrowie obywateli za rzecz najważniejszą,  za priorytetowy cel społeczny i ekonomiczny uzna właśnie stworzenie w Polsce wzorowej służby zdrowia, systemu opieki zdrowotnej, który będzie naszą narodową chlubą. Obecna władza zdaje się skupiać na przygotowaniu obywateli do chwalebnej, bohaterskiej śmierci w obronie ojczyzny przed mniej lub bardziej wyimaginowanym wrogiem a nie na realnej poprawie stanu zdrowia Polaków. Obecna władza sypie pieniędzmi na prawo i lewo. A to centralny port komunikacyjny, a to przekop Mierzei Wiślanej, a to bajońskie kwoty na przygotowania do dawno zakończonej wojny. Nie stać nas na wszystko, dlatego potrzebna jest hierarchizacja celów. Na tej liście zdrowie obywateli powinno być na pierwszym miejscu. Nie chodzi tu więc tylko o kwestię 6 czy 7 % PKB na ochronę zdrowia, ale o nowe, kompleksowe spojrzenie na obowiązki państwa wynikające z Konstytucji. Cel strategiczny: Polska krajem ludzi zdrowych. Powie ktoś, że to naiwne mrzonki? Idee pozostają mrzonkami dopóki nie podejmie się próby ich materializacji.

Lekarze – rezydenci trzymajcie się!

O Janku K.

Taki cholerny czas, że najlepsi nas opuszczają. Z Przeglądu Tygodniowego dowiedziałem się, że odszedł od nas Janek Kurowicki. Odkąd on wyjechał z Wrocławia na zachód, a ja na wschód, widywaliśmy się  rzadko, ale nad jego odejściem nie można przejść obojętnie. Jan Kurowicki to umysł wielki i wielkie serce. Filozof, eseista, poeta i marksista. Związał się z tworzącą się w 1990 r wrocławską socjaldemokracją. Był w ciężkich czasach naszym dobrym duchem, trochę starszym kolegą, nauczycielem. Przy nim czuliśmy się lepsi, potrzebniejsi.

Zbierając środki na działalność SdRP wydaliśmy w 1993r. cegiełkę w postaci tomiku poezji Jana Kurowickiego „Każdy” z graficzną oprawą Geta-Stankiewicza

Oto dwa wyimki z tego zbioru:

OSTATECZNOŚĆ

Dwu dziwnych nieznajomych rozmija mnie codziennie

ubrani są w moje oczy twarz i sylwetkę

pachną moim zmęczeniem myślą jak ja trwają

ale siebie znać nie chcą mnie – tylko mijają

spluną czasem – ot i wszystko

Jeszcze żyjesz – milczy jeden

już przepadłeś – milczy drugi

A potem jakby nigdy nic rozmijają się ze mną

i powietrze mnie łapie jak muchę lep

Słowa bzyczą

 

NOWE NIENOWE

Właściwie nie powinienem mieć o to pretensji

przychodzą nowi barbarzyńcy

niszczą pomniki książki obrazy pamięci

robią wiatr niebyłych wiatraków

wszak też jestem dzieckiem innych

barbarzyńców i wiem jak się to robi

ale nie o to chodzi: kiedy ma się pod starość

chciałoby się wierzyć że woda jest mokra

a zegar wskazuje godziny

 

Dziękuję Ci Janku, że byłeś. Byłeś z nami. Zawsze nas wyprzedzałeś, nie mogliśmy za Tobą nadążyć. Ale nadążymy. Dogonimy Cię z pewnością.

Lewico! Wstań z kolan!

Czas jakiś temu „nadziałem” się w Internecie na lipcowy projekt programu SLD „Przywrócimy normalność”. Autorzy zachęcali do wyrażania swoich opinii, skreśliłem więc kilka słów i przesłałem gdzie trzeba. Nawet jeśli będzie to kolejne wołanie na puszczy, to jednak wołać trzeba. Chociaż z drugiej strony samo wołanie już nie wystarcza…

Oto ten tekst (po lekkich zabiegach kosmetycznych)

Program – zwłaszcza w części szczegółowej, zawiera wiele interesujących zapisów, pomysłów, propozycji. Całość jednak jest mętna, przedstawiona chaotycznie, przegadana, nie podporządkowana regułom współczesnej komunikacji – co będzie podstawowym problemem w jego percepcji.

Uwaga 1.

Jeżeli celem SLD jest poszerzenie elektoratu, to w pierwszym rzędzie wykazać  Sojusz powinien, że potrafi rozpoznać zasadnicze wyzwania ekonomiczne i społeczne współczesnego świata,  szanse i zagrożenia geopolitycznego otoczenia Polski. Konsekwentnie SLD powinien wykazać, że wie, czego chce, czyli ma swoją wizję państwa i społeczeństwa w świetle tych wyzwań.

SLD powinien podjąć strategiczną decyzję, czy swój program konstruować będzie według schematu: „sprzeciwiamy się, „protestujemy” itp. (jak to jest w „Przywrócimy…” ) czy też program pisać będzie w tonacji: zrobimy, zmienimy, przeprowadzimy.

SLD w sposób jasny musi więc odnieść się do podstawowej bolączki całej (prawie) lewicy europejskiej, którą jest ideowa pustka po krachu formuły tej formacji, jako ruchu społecznego „socjalizującego” rozwiązania neoliberalne. Podobna drogą poszła w latach dziewięćdziesiątych SdRP przyjmując na siebie rolę różowej paprotki za neoliberalnym stołem prezydialnym. Światowy krach neoliberalizmu odsłonił ideową i programową miałkość europejskiej lewicy. Podstawową kwestią jest więc to, czy SLD zamierza być politycznym ruchem kreatywnym, dążącym do urzeczywistnienia własnej wizji (idei) państwa i społeczeństwa, czy – jak dotychczas – ograniczy się do sypania różowego pudru na inicjatywy innych. Oczywiście zdecydowanie opowiadam się za pierwszą, ofensywną drogą, na której twórczo czerpać będziemy z osiągnięć polskiej i międzynarodowej myśli socjalistycznej.

Uwaga 2.

W konsekwencji powyższego „Program” powinien składać się z dwóch części, z których druga, szczegółowa i obszerniejsza jest suplementem do pierwszej, zasadniczej deklaracji programowej, która z kolei może funkcjonować w obiegu publiczny samodzielnie.

Pierwsza część  Programu powinna nie tylko prezentować najważniejsze, według SLD, wyzwania przyszłości, jak na przykład skutki globalizacji, kryzys światowych finansów, rewolucję informatyczną w tym dynamiczny rozwój zastosowań sztucznej inteligencji, kurczenie się podaży pracy, rosnący potencjał konfliktów społecznych wywołany z jednej strony rosnącym rozwarstwieniem socjalnym na linii Północ – Południe, a z drugiej coraz bardziej doskonałym, ogólnoświatowym systemie dostępu do informacji. Powinna też odpowiadać na pytanie: „o co nam chodzi?”, „jaką Polskę proponujemy?”. – w świetle tych wyzwań.

Druga część powinna odpowiadać na pytania: „Jak swoja wizję zamierzamy urzeczywistniać w warunkach partii rządzącej, a jak warunkach partii opozycyjnej.

Uwaga 3.

Za podstawowe kanony SLD-owskiej wizji państwa i społeczeństwa proponuję przyjąć następujące:

  1. Państwo prawne oparte na trójpodziale władzy. (Nie „obrona państwa prawnego”, a „przywrócenie państwa prawnego”. Państwa prawnego już nie ma).
  2. Ciągłość państwowości polskiej (przerwanie zgubnej maniery mnożenia Rzeczypospolitych: II, III, XXIV itp.). Polska jest i powinna być jedna, rozwijać się przez zachowywanie sprawdzonego dorobku poprzedników i eliminowaniu niedostatków.

W tym kontekście zawiera się też cała polityka historyczna SLD.

3. Polska państwem wielokulturowym. Historyczną, obecną i przyszłą (nieuniknioną) wielokulturowość traktować powinniśmy jako szansę na lepsze państwo, a nie jako zagrożenie.

4. Państwo świeckie (laickie). Tylko państwo świeckie, doceniające znaczenie religii dla obywateli i równoodległe od każdej z religii będzie mieć szanse skutecznego funkcjonowania w warunkach wielokulturowości. Tu postulat wyprowadzenia obrządków i symboli  religijnych z instytucji państwowych i katechezy ze szkół, zastępując te przedmioty – wzorem Luksemburga – przedmiotem „wychowanie dla wartości wspólnego współistnienia”.

5. Uznanie Konstytucji z 1997r za podstawową umowę społeczną Polaków. Taka umowa jest fundamentem i racjo legis polskiej państwowości.. Politykę dzielenia społeczeństwa, wszelkie działania antykonstytucyjne nieodpowiedzialne manipulowanie przy akcie zasadniczym uznać należy za działania antypaństwowe, godzące w podstawy polskiej państwowości.

6. Przyszłość Polski związana z przyszłością Europy. Naszą akcesja do Unii Europejskiej uważamy za historyczny, trwały zwrot, a nie przejściowe wychylenie się polskiego wahadła (Jasienica). Podkreślać musimy, że do Unii wstąpiliśmy przede wszystkim dla systemu wartości, który leży u jej podstaw. Pozyskiwanie i wykorzystywanie środków jest ważne, ale nie najważniejsze (jak ich zabraknie to „wypiszemy” się z Unii?). SLD za silną Polską w zintegrowanej Unii Europejskiej.

7. Polska jako kraj dobrych, partnerskich relacji ze wszystkimi sąsiadami. (SLD zaprzestanie polityki kreowania wrogów Polski za jej granicami).7. Uznanie samorządności za jeden z ustrojowych filarów państwa i społeczeństwa obywatelskiego.

8. Uznanie samorządności za jeden z ustrojowych filarów państwa i społeczeństwa obywatelskiego. Omnipotencji współcześnie rządzących SLD powinien przeciwstawić wizję społeczeństwa, w którym maksymalna część kompetencji władzy delegowana jest do różnego rodzaju samorządów: terytorialnych i zawodowych (w tym gospodarczych, sędziów, dziennikarzy, lekarzy, artystów itp.). Konsekwencja takiego podejścia powinna być propozycja przekształcenia Senatu w izbę samorządową, która harmonizowała by funkcjonowanie tego systemu.

9. Polityka gospodarcza państwa podporządkowana realizacji konstytucyjnych obowiązków państwa i konstytucyjnych praw obywateli.  W tym zawiera się postulat racjonalnego interwencjonizmu państwowego, doskonalenie systemu partnerstwa publiczno-prywatnego. Naczelną zasadą powinna tu być zasada „ucieczki do przodu”, a więc bezkompromisowego oparcia gospodarki na rozwoju innowacji. Obecny „Program” jest w tym przedmiocie sprzeczny: z jednej strony deklaruje potrzebę innowacyjności, a z drugiej zapowiada konserwowanie najbardziej antyinnowacyjnych sektorów jakim jest np. górnictwo węglowe. Węgiel uznać należy za narodowy skarb, który stanowi naszą strategiczną rezerwę energetyczną. Kształtując naszą politykę energetyczną powinniśmy korzystać z doświadczeń np. Austrii czy Niemiec.

SLD pokazać powinien jak rozumie odpowiedzialność państwa za realizację konstytucyjnych praw obywateli takich jak ochrona zdrowia, edukacja, bezpieczeństwo, dostępu do kultury.

10. Polityka społeczna SLD. Ukierunkowana na ochronę rodziny i opiekę nad najsłabszymi. Jej ważną część stanowić powinna aktywna polityka senioralna, zarówno na szczeblu centralnym jak i realizowana przez samorządy terytorialne.

11. Pełna swoboda działalności kulturalnej i niezależność mediów. Państwo wspierać powinno rozwój kultury i dbać o warunki dla niezależnej działalności mediów – zwłaszcza lokalnych.

Oczywiście ten zestaw kanonów jest otwarty. Ważnym jest, aby dokument ten pokazywał, że SLD rozumie świat i ludzi i ma jasną wizję przyszłej, lepszej Polski.

 

W nosie mają prawo i sprawiedliwość.

Pisałem już  o tym (Skok na nasze pieniądze) ale do tematu muszę powrócić gdyż dzisiejsze publiczne wystąpienie Ministra Finansów i wicepremiera rządu w TVN24 budzi najpierw niedowierzanie, a później grozę. Nie tylko z racji tego, że wygłaszał je Morawiecki, ale dlatego, że w wystąpieniu tym jak w krystalicznym zwierciadle odbija się poczucie moralności i społeczno-ekonomiczne zasady polityki Prawa i Sprawiedliwości. Na marginesie używanie tej nazwy przez partię Kaczyńskiego powinno być sądownie zakazane, gdyż partia ta nie tylko nie ma nic wspólnego z prawem i sprawiedliwością, ale wręcz niszczy z premedytacją cały pozytywny ładunek skojarzeń, który z tymi pojęciami tworzył się przez stulecia.

Ale do rzeczy. A rzecz dotyczy stanowiska Zrzeszenia Banków Polskich, które w wydanym wczoraj oświadczeniu domaga się zmian zasad funkcjonowania bankowego Funduszu Gwarancyjnego, gdyż fundusz ten tworzony jest głównie właśnie przez banki komercyjne, a wydawany na wypłaty gwarancyjne upadłych SKOK-ów. Parę liczb z publikowanego ostatnio rocznego sprawozdania BFG:

– w latach 2013 – 2016 wypłaty z tytułu gwarancji klientom banków komercyjnych zamknęły się kwotą około 39 mln zł, wypłaconą klientom dwóch baków spółdzielczych

– w tym samym okresie BFG wypłacił kwotę 3 681 mln PLN (w tym zaledwie 65 mln z funduszu gwarancyjnego kas) dla około 175 tys klientów SKOK-ów.

– średnio klient upadłego banku komercyjnego (mowa o dwóch małych bankach spółdzielczych) otrzymał zwrot w kwocie około 7,8 tys. PLN, podczas gdy klient upadłego SKOK-u ponad 20 tys. PLN

Otóż Minister Finansów, wicepremier, pytany przez dziennikarza TVN24 o jego opinię w sprawie stanowiska Zrzeszenia Banków Polskich odparł:

„Banki, zwłaszcza te, które w latach 2002 – 2008 szczodrze udzielały kredytów we frankach szwajcarskich powinny się uderzyć w pierś, gdyż widzą źdźbło w oku brata swego, a nie widzą belki we własnym.”

I to właśnie musi budzić grozę. I nie chodzi o to, że wicepremier stosuje zasadę zbiorowej odpowiedzialność, że pomija zupełnie fundamentalne różnice pomiędzy kredytami frankowymi, a polityką kredytową SKOK-ów. Ważne jest to, że minister finansów nie poczuwa się do jakiejkolwiek refleksji w sprawie PROCEDERU upadania SKOK-ów zaraz po przystąpieniu przez te kasy do Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, że nie robią na nim żadnego wrażenia wielkości już wypłaconych kwot i tych, których wypłacanie wisi na włosku. Istotne jest to, że ta krótka wypowiedź daje nam praktyczną lekcję tezy, wygłoszonej przez ojca Pana Premiera na inauguracyjnym posiedzeniu Sejmu, że prawo nie jest najważniejsze – najważniejsza jest wola ludu. Wola wyrażona oczywiście przez tego ludu przedstawicieli, a raczej uzurpatorów  do wypowiadania się w jego imieniu.

A oto możliwe skutki takiej filozofii. Obywatel K. zgłasza do prokuratury doniesienie o popełnieniu kradzieży na jego szkodę przez obywatela  L.. Ale obywatel L. jest ważną w PiS figurą, więc namaszczony przez pisowskiego ministra prokurator odrzuca skargę K. radząc mu po dobroci, żeby siedział cicho,  nie podskakiwał, gdyż oni (prokuratura) dobrze wiedzą, że 5 lat temu szwagier Kowalskiego zdradził żonę.

Współczuję przedsiębiorcom, finansistom, managerom. Mają się czego bać.  Inni też.

Osobną, bardzo smutną refleksją jest ta, że rządząca partia PiS nie cofnie się przed niczym w obronie swojego imperium finansowego i prawo oraz sprawiedliwość nie mają tu nic do gadania.

 

Nam się należy, nam się należy, nam się należy…

Media podały, że pisowski europoseł Czarnecki „ostrzega Niemcy w sprawie reparacji”. Grozi, że jeśli Niemcy nie będą chcieli rozmawiać na ten temat, to on i PiS „umiędzynarodowią” sprawę w ONZ i na forum Parlamentu Europejskiego. Gdyby chodziło o Szwecję, to na dźwięk nazwiska Czarnecki może by zareagowali, ale Niemcy?

Podnoszenie przez PiS sprawy wojennych reparacji, w 72 lata po zakończeniu wojny uważam za hucpę i polityczną głupotę. Z wypowiedzi niektórych polityków PiS wynika, że oni sami nie wierzą w realność jakichkolwiek reparacji a chodzi tak właściwie o wywieranie presji moralnej na Niemcy, których kanclerz krytykuje pisowską, antydemokratyczną rewolucję oraz o to, aby umacniać propagandowy wizerunek PiS jako nieugiętego obrońcę „polskiej sprawy”.

PiS – tak zaprawiony w uprawianiu nekropolityki,  zamierza znów  otwierać groby, przywoływać zmarłych, obnosić się po świecie z martyrologią Narodu Polskiego w czasie II Wojny Światowi. PiS nie rozumie, że przewagę moralną ma się dopóty dopóki nie usiłuje się jej spieniężyć. Czy gdybyśmy, hipotetycznie zakładając, otrzymali jakieś ekstra pieniądze, to co: przyjmiemy to co nam dają, czy powiemy: mało! A gdy już zainkasujemy jakąś kwotę, to czy już odstąpimy od piętnowania Niemiec i nazizmu? Uznamy się za moralnie usatysfakcjonowanych?? Idiotyzm.

Zachowanie PiS jest kolejnym dowodem na to jak bardzo ta sekta nie rozumie Unii Europejskiej. Nie rozumie, że Unia powstała po to, aby w sposób zasadniczy, jakościowy zmienić reguły funkcjonowania Europy. Uznając,  że  pra-przyczyną wybuchu zarówno pierwszej jak i drugiej wojny światowej była rywalizacja kompleksów stalowych i górniczych Francji i Niemiec postanowiono tą konkurencję zastąpić współpracą i powołano Europejską Wspólnotę Węgla i Stali i tak się zaczęło. Tak więc Unia Europejska, która się z tej Wspólnoty wywodzi jest odpowiedzią intelektualistów europejskich na dwie hekatomby, jakich w XX wieku doświadczyła Europa, po to, aby uniknąć podobnych tragedii w przyszłości. Zamiast konfrontacji – współpraca, gotowość do kompromisów, przy respektowaniu zasady: „wszyscy różni – wszyscy równi”. Polska pod przywództwem PiS próbuje ten powojenny stan równowagi, tą nową, europejską jakość naruszyć.

A może chodzi rzeczywiście wyłącznie o aspekt materialny? Już wyobrażam sobie te dyskusje w Parlamencie Europejskim, w którym poseł Czarnecki będzie musiał jakoś udowodnić roszczenia Polski ogłoszone przez  ministra Błaszczaka w kwocie jednego biliona dolarów amerykańskich. I wcale to nie musi być eurodeputowany niemiecki, który posłowi Czarneckiemu odpowie  mniej więcej tak:

Szanowny Panie Pośle. Niemcy wyrządziły Polsce olbrzymią krzywdę i roszczenia reparacji są oczywiście uzasadnione. Reparacje polegają na tym, że strona przegrana przekazuje stronie wygranej odpowiedni ekwiwalent materialny. Ale, Panie pośle, Polska taki ekwiwalent już otrzymała. Polska bezpośrednio po zakończeniu II Wojny Światowej weszła w posiadanie materialnych dóbr Niemiec o olbrzymiej wartości. Mam na myśli ziemie zachodniej i północnej Polski, które wraz z całą infrastrukturą, zakładami produkcyjnymi, portami, stoczniami, przeszły na własność Polski. Trudno mi  oszacować wartość tego dobra, ale sama powierzchnia – ponad 100 000 km2, stanowiąca jedną trzecią powierzchni Polski jest przesłanką do twierdzenia, że mowa jest o kwotach wielokrotnie przewyższających kwoty  wymieniane przez Pana. Niezależnie od tego, że  zmiany granic Polski postanowione przez Wielką Brytanię, USA i ZSRR w 1943 i 1945, bez pytania o zdanie rządu polskiego, były wyraźnym pogwałceniem zasad Karty Atlantyckiej, Polska niemiecki majątek fizycznie przejęła. Faktem jest też, że Wielka Trójka zmusiła Polskę do przekazania ZSRR swoich terenów wschodnich. Jeżeli teraz Polska podnosi sprawę reparacji wojennych, czyli odszkodowania za starty materialne poniesione w czasie wojny, to jedynym adresatem takich roszczeń mogła by być ewentualnie tylko Rosja.  Czy, Panie pośle Czarnecki,  Polska wystąpiła lub zamierza wystąpić w stosunku do Rosji o rekompensatę za tereny przedwojennej Polski siłą zajęte przez Rosję w wyniku II Wojny Światowej za zgodą Wielkiej Brytanii i USA?

Mówiąc krótko: podnosząc sprawę reparacji wojennych Polski rząd zmierza w istocie do podważenia ustaleń w Teheranie, Jałcie i w Poczdamie. Ciekawe kto Polskę poprze: USA, Wielka Brytania, Francja? Nie poprze nawet  Sant Eskobar.

Polityczny efekt będzie tylko jeden – pogłębiająca się izolacja Polski w Europie, ugruntowanie opinii o Polsce jako nieodpowiedzialnym politycznym rozrabiace itp.

Dramat do kwadratu

Publiczna deklaracja polskiego wiceministra sprawiedliwości, że wobec bandytów, zwyrodnialców z Rimini  gotów byłby przywrócić tortury jest tyle oburzająca co i wielce znamienna. Wszak wypowiada się oficjel, wiceminister, a przy tym jeden z czołowych polityków rządzącej partii. Nie zamierzam rozwijać wątku czyje prawo gotów jest Jaki przywracać (Św. Inkwizycji, Hitlera, Stalina). O wiele bardziej interesujący jest wątek inny.

Polityk, minister Jaki upublicznił swoją myśl nie bez kozery, zapewne w jakimś celu. Najprawdopodobniej chciał się zaprezentować jako „swój chłop”  licząc na reakcje typu:

– Dobrze gada! Tak trzeba, Pasy drzeć i rany solić!

– Tak trzymać! Tak trzeba z tymi ciapatymi!

– Nareszcie mamy w rządzie prawdziwych Polaków! Brawo Panie Jaki!

– itd., itp.

Publiczna deklaracja Jakiego jest więc w istocie zwierciadłem „lepszego sortu” Polaków, którzy stanowić mają fundament „prawdziwej” „wolnej” Polski PiS. To ta część społeczeństwa, dla której takie pojęcia, idee jak państwo prawa, trójpodział władzy, niezależność sądów, trybunał konstytucyjny, znaczenie precedensów prawnych, znaczenie ciągłości państwa są zupełnie niezrozumiałe, niepojęte i odległe o lata świetlne. Zrozumienie zyskuje natomiast parę stów rzuconych na stół, lanie w mordę, łamanie rąk i nóg.

PiS nie tylko uśmiecha się do takich społecznych kręgów – on wręcz je tworzy, roztaczając klimat przyzwolenia dla organizacji para-faszystowskich, przestępczych grup kiboli i generalnie gloryfikując skuteczność argumentu siły zarówno w rozwiązywaniu problemów wewnętrznych jak i w stosunkach międzynarodowych.

PiS po raz kolejny dowiódł, że jest skrajnie niebezpieczny dla Polski w wymiarze historycznym.