Ten kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera.

tekst o państwie polskim połowicznie satyryczny

Na gwałt potrzeba kasy na 500+ i inne programy więc walec społecznej sprawiedliwości wrzuca dwójkę. Projekt ustawy tzw dezubekizacyjnej (komputerowe słowniki nie znają jeszcze tego słowa – należy pilnie wyeliminować tą nieprawidłowość!) przewiduje kolejne w ostatnich latach obniżenie emerytur 32 tysiącom emerytów służb bezpieczeństwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, tym razem do średniej emerytury krajowej. Kolejnym krokiem – pewnie przed wyborami – będzie obniżenie ich do wartości ustawowo minimalnych. Powoli, nie wszystko od razu! Zemsta musi smakować długo! Oficjalnym uzasadnieniem, prócz konieczności dokonania dziejowego aktu społecznej sprawiedliwości jest to, że  około 1500 takich osób pobiera emerytury powyżej 6000 PLN. Skandal! Po regulacji statystyczny emeryt-ubek dostanie emeryturę niższą o około 1500 PLN. Za co? Ano za to, że bronił polskiego państwa. Tacy na przykład funkcjonariusze Straży Granicznej zamiast kwiatami witać szpiegów i przeprowadzać przemytników przez granicę z honorami, oni tej granicy, zgodnie ze złożonym ślubowaniem – strzegli! Słów potępienia brak. Bo jakże tu bronić PRL – państwa, które według dzisiejszych luminarzy polityki i obowiązujących współcześnie standardów ocen historycznych było chorym bękartem układów w Jałcie i w Poczdamie, i które w ogóle nie powinno istnieć i jako państwo de facto nie istniało! Kuriozalność tej ustawy z punktu widzenia generalnej zasady ochrony praw nabytych jest oczywista. Ale nie pierwsze to nad Wisłą kuriozum i z pewnością nie ostatnie. Rozum schowajmy do kieszeni, a najlepiej zakopmy w sekretnym miejscu w ogrodzie.

Coś mi się jednak wydaje, że wyskrobane w ten sposób 500 mln PLN nie uratuje nawet projektu 500+. Już teraz proponuję więc udoskonalenie ustawy. Dlaczego bowiem pominąć tych emerytów, którzy zmarli? Bronili przecież PRL-u i korzystali z emerytur: oni i ich rodziny. Należy więc w ustawie przewidzieć procedury rewindykacyjne wobec spadkobierców. W przeciwnym razie sprawiedliwość społeczna będzie wysoce ułomna: część emerytów z za grobu śmiać się będzie w kułak, że im się jednak udało! Czy to sprawiedliwe? Rodzina też korzystała z emerytur o społecznie niesprawiedliwej wysokości więc niech teraz płaci. Co miesiąc. Dla celów rewindykacyjnych uruchomić należy szybką ścieżkę sądową, na przykład w formie gminnych sądów ludowych, których wyroki nie będą podlegały zaskarżeniu. Tygodniowy kurs szkolenia dla sędziów takich sądów to aż nadto.

Ale i to dla budżetu będzie mało a gminne sądy ludowe szybko stracą zajęcie. Proponuję więc dalsze śmiałe kroki. Sprawiedliwość społeczna powinna objąć wszystkich członków PPR i PZPR oraz organizacji sojuszniczych. Im też należy obniżyć emerytury i to w stopniu daleko wyższym niż nieszczęsnym pracownikom jednostek Ministerstwa Obrony Narodowej. Wszak to oni byli solą reżimu i niech nie narzekają, niech się cieszą, że – póki co -nie wiszą na drzewach zamiast liści! PZPR-owcy mogą się niezdarnie zasłaniać jakimiś tam argumentami ideowymi, na przykład wolą walki o społeczną sprawiedliwość. Ich społeczna sprawiedliwość była z gruntu niesłuszna – nasza jest jedynie słuszna! Takich natomiast z ZSL-u, PAX-u, ChSS-u czy SD nic już nie tłumaczy. Ci uwiarygadniali reżim dla prywatnych korzyści. Obrzydliwość. Tych delikwentów uzbiera się (razem z pośmiertnie rewindykowanymi) dobrych kilka, a może i kilkanaście milionów a nie jakieś tam marne 30 tys.

W jeszcze dotkliwszy sposób ręka społecznej sprawiedliwości dosięgnąć powinna bezpartyjnych, którzy wspierali reżim pracując jako nauczyciele (reżimowi!), urzędnicy (reżimowi!), kierownicy domów kultury, szpitali itp, itd., a nawet stoczniowców, którzy, na przykład w Szczecinie,  podpisywali w 1980 r. porozumienia sierpniowe  pod transparentem: „Socjalizm TAK – wypaczenia – NIE!”. Tych jeszcze żyjących zdrajców w całości należy pozbawić emerytury i najlepiej powsadzać do więzienia. Że za mało więzień? Gdyby stosunki z Rosją były cieplejsze, to może udało by się nawet wydzierżawić na ten cel, za niewielką opłatą, część Syberii. Skoro Chińczykom się udało, to Polakom nie? I w ten sposób Polska będzie wreszcie dla Polaków. I w ten sposób wystarczy nie na 500 a na 5000+, a może i  więcej. To może uratować cały system emerytalny, gdyż taki akt dziejowej sprawiedliwości obejmie się jakieś 90% wszystkich emerytów. Przecież o to w końcu chodzi aby dziesięciu procentom  żyło się wreszcie sprawiedliwie!

Sacrum sprofanowane

Czy ludzie wyznający inną niż katolicka wiarę, agnostycy, ateiści powinni czuć się w Polsce zagrożeni? To pytanie jest retoryczne. Powinni. Maja wszelkie ku temu powody. Postulując deportacje imigrantów, którzy  w specjalnych oświadczeniach nie wyznają światopoglądu katolickiego Pani posłanka Pielucha wyszła przed szereg. Jej, jeszcze niedawno nie do pomyślenia, postulat nie spotkał się z jednoznacznym potępieniem ze strony grupy sprawującej w Polsce władzę. Kilka bąknięć o niezręczności wypowiedzi. I można by się z tym zgodzić, gdyby nie to, że wkrótce potem państwo nasze zmieniło radykalnie swój charakter. Z konstytucyjnej Rzeczypospolitej stało się monarchią. Król zmarł wprawdzie ponad dwa tysiące lat temu, ale są na Ziemi jego urzędnicy, ogłaszający się jego przedstawicielami. Będą królować w jego imieniu i na jego odpowiedzialność. Pytanie zasadnicze to: z jakich powodów dokonał się Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana proklamowany w kościołach całej Polski 20. listopada 2016 r? W jakim celu? Przecież już dzisiaj Polska jest, na tle Europy, krajem superkatolickim. Odpowiedź może być tylko jedna: proklamowanie tego aktu stanowić ma fundament dla dalszej ekspansji Kościoła zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej. Społeczeństwo, zwłaszcza młode pokolenia, szybko się w Polsce laicyzuje. Kościół to dostrzega i uchronić chce Polskę przed „zgnilizną zachodniej Europy”. Nie było też lepszej okazji do przeprowadzenia takiego aktu. Obecna władza państwowa w pełni zawdzięcza swoją pozycję Kościołowi  pora więc na rentę z inwestycji, tym bardziej, że potulna wobec Kościoła władza widocznie grzęźnie we wprowadzaniu „dobrych zmian” wszędzie, gdzie padnie jej wzrok, czyli jak w lotto: na chybił-trafił. Prędzej czy później musi się więc ten pociąg wykoleić – trzeba egzekwować rentę z inwestycji póki czas i okoliczności sprzyjają.

Uroczystości w Lednicy nie były wydarzeniem li tylko kościelnym. To był akt kościelno-państwowy, firmowany przez najważniejsze w państwie urzędy i czołowych polityków. A i sam akt nie jest czysto religijnym. Jego sygnatariusze wołają przecież o panowanie nowego króla „w szkołach i uczelniach, środkach masowej komunikacji, urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku”. Najbardziej złowrogi jest jednak następujący passus: „Pokornie poddajemy się Twemu panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste rodzinne i narodowe (podkreślenie JU) według Twojego prawa”.  A któż to ma interpretować „Jego prawo”, rozstrzygać, co jest, a co nie jest z nim zgodne? Przecież nie On sam. Tej trudnej roli ochoczo podejmą się więc Jego urzędnicy, uzurpujący sobie  pozycję Jego przedstawicieli.

Prezydent, premier, czołowi urzędnicy, politycy „pokornie poddający się Jego prawom…” to obraza polskiej Konstytucji. Całej Konstytucji, a szczególnie jej Art.25, którego ustęp 2 głosi: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”. Skoro publicznie, przy biciu w dzwony kpi się z jednego z najważniejszych postanowień konstytucji państwa, to znaczy, że pozostałe tym bardziej są zagrożone, jak na przykład Art. 32: „1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. 2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. Są zagrożone gdyż uroczysty Akt Przyjęcia stanowić może doskonałą legitymizację sprzecznych z Konstytucją i innymi ustawami działań różnych nadgorliwców w „uczelniach, urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku”. Obecna władza Konstytucji zdaje się nie uznawać, choć ślubowała jej wierność i obronę. Dlaczego mieliby być jej wierni zwykli prostaczkowie? Przykład idzie z góry. Chociaż nie wiem co powiedzieliby Prezydent, Premier, którzy jeszcze choć trochę liczyć się muszą z międzynarodową opinią, to najgroźniejsi będą wszelkiej maści fanatycy katoliccy, którzy właśnie łapią wiatr w żagle. Nikt nad nim i nie zapanuje. Posłanka Pielucha – obym się mylił -to tylko wierzchołek lodowej góry. Ona tylko wyrwała się przed szereg, z nadgorliwości pospieszyła się odrobinę.

Tymczasem od roku w piłkarskiej klasie C gra drużyna Dynamo Wrocław. Zawodnikami są wyłącznie Ukraińcy. Życzę im sukcesów. Kluby sportowe, stowarzyszenia społeczne,  kulturalne, związki wyznaniowe, media – to naturalna konsekwencja nieuchronnego procesu mieszania się ras, kultur, wyznań. Działania polskich władz takie jak sygnowanie Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana nie przygotowują kraju na nowe, nieuchronne wyzwania. Wręcz przeciwnie – tworzą realne zarzewie nowych, poważnych konfliktów wewnętrznych. Jedynym modelem państwa, dającym szansę na rozpoznawanie takich niebezpieczeństw i zapobieganie im jest państwo laickie, działające według Art. 25 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Zamiast doskonalić model państwa laickiego, ukształtowany na przykład we Francji, polskie elity pchają kraj i Naród w otchłanie średniowiecza. Nie ma to nic wspólnego ze współczesnym rozumieniem religii, jej miejsca i znaczenia we współczesnym świecie. Czyniąc z Polski państwo wyznaniowe dokonano aktu profanacji sacrum.

 

P.S. W czasie drugiej wojny światowej chorwaccy ustasze nawracali „niewiernych” Serbów między innymi w ten sposób, że wpychali im do gardła bagnet. Nieszczęśnik miał dwa wyjścia: przyjąć prawdziwą wiarę (za dodatkową opłatą) lub zginąć. Pani Pielucha o tym pewnie nie wie. Gdyby wiedziała, to zapewne postępowała by inaczej. Zapewne.

Kongres lewicy

Uczestniczyłem w II Kongresie Polskiej Lewicy. Jadąc do Warszawy zorientować się chciałem w kondycji lewicy polskiej, jej zdolności do skutecznego powrotu na scenę polityczną. Powrót lewicy do parlamentu jest ważny nie tylko dla mnie, ale dla całego kraju. W świetle cywilizacyjnych wyzwań, jakie stają przed Polską i Europą jasnym jest dla mnie, że żadna z obecnie największych sił politycznych, a więc PO i PiS nie są w stanie przeprowadzić nasz kraj przez mgły jutra. PO dlatego, że to ona w głównej mierze ponosi odpowiedzialność za dojście PiS do władzy i obecny rozkład państwa. Rujnowanie polskiego państwa zaczęło się po panowaniem tej właśnie organizacji. Kultowa „kamieni kupa” okazała się prorocza. Na dodatek PO nie przedstawia sobą dzisiaj nic poza urażonymi ambicjami i żądzą powetowania sobie dotkliwych porażek wyborczych. Na dodatek jest głęboko podzielona. O PiS pisać nie chcę, poza tym, że jest to choroba Polski i oby trwała jak najkrócej, a spustoszenia w organizmie państwa i w społeczeństwie oby były jak najmniejsze.

To tylko doraźne uzasadnienia powrotu lewicy do realnej polityki. Dostrzegam i inne, dużo głębsze. Uważam otóż, że we współczesnym świecie szarpanym coraz to nowymi konwulsjami, tylko lewicowa myśl polityczna jest w stanie dać nadzieję na pomyślną przyszłość nie tylko Polaków, ale Europejczyków w całości. Ale to temat na osobne opowiadanie.

Powracając do Kongresu. Ogólne wrażenie bardzo pozytywne. Kilkadziesiąt partii i organizacji społecznych pod jednym dachem, dobra, merytoryczna dyskusja, wspólne stanowisko w najważniejszych kwestiach – to buduje. Czarzasty, Rozenek, Gorski razem – budujące.  Patronat – nie tylko medialny, ale i osobowy – Partii Europejskich Socjalistów, telebimowe przesłania Kwaśniewskiego, Belki i Schulza, bardzo dobra atmosfera, czy wreszcie zapowiedź powołania Rady Dialogu i Porozumienia Lewicy, to dobry prognostyk na przyszłość. Organizatorzy zachwyceni byli frekwencją, która przerosła ich oczekiwania znacznie. I tutaj pierwsza uwaga. Kongres organizowany był na zasadach pospolitego ruszenia, bez wcześniejszej uprzedniej rejestracji i bez rejestracji wchodzących do sal Stadionu Narodowego. Fakt, że uczestników było ponad dwa razy więcej niż zakładano, że główna sala kongresowa była zdecydowanie za mała można od biedy interpretować jako wzrost społecznego potencjału lewicy, ale łatwo tu o nadinterpretację i popadnięciem w euforię, przed czym należy przestrzegać.

A teraz do meritum, bez silenia się na szczegółową relację, skupiając się na najważniejszych moim zdaniem elementach. Wrażenie zrobiła na mnie obecność i wystąpienie przewodniczącego Rady Naczelnej  Polskiej Partii Socjalistycznej BOGDANA Gorskiego. Historyczne relacje pomiędzy KPP, PPR i PZPR a PPS układały się różnie, zazwyczaj nie najlepiej, czasami wręcz wrogo. Może więc wobec ekstremalnych zagrożeń warto uznać chwilę obecną za właściwą dla dokonania historycznego aktu zjednoczenia polskich socjalistów? Gorski podkreślił, że zdaniem PPS konflikt pomiędzy kapitałem a robotnikiem jest we współczesnych czasach jak najbardziej aktualny. Kapitalizm reprezentowany jest przez korporacje, a robotnikami ludzie, często informatycy pracujący w tych korporacjach. Gorski – co najważniejsze – otwarty był na tendencje porozumienia na lewej stronie sceny politycznej.

Gorski sformułował kilka tematów, których podjęcie niezbędne jest do porozumienia na lewicy. Wśród nich wymienił konieczność udzielenia odpowiedzi na pytanie w jaki sposób powinno nastąpić rozliczenie się lewicy ze swoją historią oraz jaką wizję państwa ma polska lewica. Kongres to również kuluary. A w kuluarach prof. Czajkowski proponuje, aby SLD wstąpiło do PPS i w ten sposób rozwiązało wiele problemów. Ciekawe.

Ciekawe było też wystąpienie Sekretarza Generalnego SLD Krzysztofa Gawkowskiego, w którym starał się wyartykułować podstawowe współczesne problemy państwa i lewicy. Tutaj jednak mam poważną uwagę krytyczną. Gawkowski stwierdził, że „lewica nie chce walczyć z wiarą, ale będzie  piętnować patologie”. Czyżby SLD pogodziło się z ubrankiem „walczącego z wiarą” i teraz tylko deklaruje, że tak brzydko postępować nie będzie?! Przecież nie oto chodzi! Lewica w sposób jednoznaczny postulować MUSI laicki charakter państwa. Laicki, to nie znaczy wymierzony przeciwko wierze – wręcz przeciwnie. Państwo laickie to takie, które z całą powagą traktuje wyznaniowe potrzeby obywateli i zapewnia warunki do zaspokajania tych potrzeb niezależnie od wyznania. Ale to też państwo, w którym religijne struktury nie angażują się do polityki. Jestem przekonany, że gdyby Jezus żył we współczesnych czasach, to nie kupców, ale polityków właśnie pogoniłby ze świątyń! Niestety, postulat taki nie znalazł się w wystąpieniu jednego z SLD-owskich liderów, ani też w jego książce „Obudzić państwo”, która kolportowana była podczas Kongresu. To musi poważnie niepokoić. Tylko laickie państwo może tworzyć nadzieję na minimalizowanie konfliktów w epoce intensywnego mieszania się kultur i wyznań w Europie. Budowanie murów i zasieków wokół starego kontynentu nie jest żadnym rozwiązaniem.

Największe wrażenie zrobiło na mnie plenarne wystąpienie dr Ani Skrzypczak, byłej Sekretarz Generalnej Młodzieżówki Partii Europejskich Socjalistów, a obecnie reprezentująca Europejską Fundację Badań Postępowych. Bardzo spodobało mi się podejście Pani Skrzypczak do problemów lewicy polskiej i europejskiej. Podkreślała ona w szczególności konieczność porzucenia przeszłości, a zwłaszcza tradycyjnych metod społecznej komunikacji. Warto zwrócić uwagę na tą osobę. Jej erudycja, logika i dyscyplina w przekazywaniu treści, świeżość spojrzenia, wszystko to pozwala mieć nadzieję na  jej dalszą karierę polityczną.

Niestety, największego niedosytu doznałem przysłuchując się panelowi „Europa przyszłości”. Chociaż moderator dr  Ireneusz Bil wychodził z siebie, to jednak paneliści nie byli w stanie udzielić konkretnej odpowiedzi na moje pytanie: jaką wizję Europy przyszłości ma Partia Europejskich Socjalistów a jakie Polska lewica. Jakie postulaty pod adresem Europy przyszłości formułuje europejska lewica?. Okazało się , że obydwie wizje są takie same – czyli żadne. Stanowisko PES, potwierdzone później w wystąpieniu plenarnym przewodniczący frakcji Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów reprezentującej PES w Parlamencie Europejskim. Aktywność PES sprowadza się do „socjalizacji globalizacji” i wpływania na „socjalizację” projektów unijnych. Uczestnicząca w panelu Anna Skrzypczak wyznała szczerze: „Mamy dwa lata aby takie postulaty wypracować”. To nie wygląda dobrze. Okazuje się, że europejska lewica samoogranicza swoją rolę do roli wyznaczonej przez ugrupowania reprezentujące kapitał to jest do sypania lewicowego pudru na prawicowe rozwiązania.

A tymczasem walka o przyszłość  Europy już się toczy. Jarosław Kaczyński kreuje się przecież na pierwszego Europejczyka, z tym jednakże, że jego Europa, to nie ta Europa, która jest. Kaczyński swoją wizję Europy dawno określił jako Europy opartej na „tradycyjnych wartościach”, a więc ze stolicą nie w Brukseli ale w Watykanie. Więcej, Kaczyński wyznaczył misjonarską rolę Polski w tym zbożnym dziele. Twórczym rozwinięciem tez prezesa są publiczne występy posłanki Pieluchy, postulującej już dziś deportacje wszelkiej maści niekatolików z kraju. A lewica? Skoro mamy tylko dwa lata, to nie marnujmy czasu. Otwieram więc na łamach mojego skromnego bloga na debatę o lewicowych postulatach pod adresem Unii Europejskiej jutra. Na początek i na rozgrzewkę proponuję następujące.

  1. Unia Europejska zjednoczona politycznie, monetarnie, fiskalnie i militarnie.
  2. Unia Europejska bez granic wewnętrznych.
  3. Karta Praw Podstawowych integralną częścią Traktatu.
  4. Unia Europejska miejscem do godnego życia młodzieży, pracujących i seniorów.
  5. Unia Europejska organizacją laicką.

 

Ciekawy jestem jakie propozycje wpłyną.

Z dziejów obłędu polskiego. Rozdział 1546

Wszelka publiczna aktywność, obywatelskie angażowanie się w sprawy duże i małe powoli tracą sens. Po porannym przebudzeniu ważna jest odpowiedź na jedno tylko pytanie: – Jaką formę obłędu rządzących przyniesie nam nowy dzień?

W przeddzień PIS-owskiego forum ekonomicznego pod Rzeszowem lider tej partii rąbnął z grubej rury w przedsiębiorców. To przedsiębiorcy związani z PO winni są – zdaniem naczelniczka państwa – spowolnieniu gospodarczemu. To „ten gatunek opozycyjnego przedsiębiorczy zbija wzrost gospodarczy z ponad 3 do 2,5 %”. Innymi słowy prezes Kaczyński publicznie zarzucił jakiejś niedookreślonej części przedsiębiorców gospodarczy sabotaż państwa. Sabotaż – dodać należy – z pobudek politycznych. To zarzut bardzo poważny, gdyż od niego tylko mały kroczek do etykiety „zdrajcy narodu”. Ze wszystkimi konsekwencjami. Jest w Rosji powiedzenie: Rossiji umom nie pojmiosz. Jak widać nie tylko Rosji.

Słowa Kaczyńskiego nie padły bez namysłu, nie „wyrwały się” zza zapory zębów przewodniczącego przypadkiem. Teza o „opozycyjnych przedsiębiorcach” jest konsekwentnym rozwinięciem postulatu „patriotycznej ekonomii”. O ile jednak rok temu hasło to kojarzono głównie z renacjonalizacją banków i ważniejszych przedsiębiorstw, było więc niejako skierowane na zewnątrz, to dzisiaj „patriotyczna ekonomia” rozprawia się z rodzimymi przedsiębiorcami. Nie: z częścią przedsiębiorców, ale z całym zbiorem ludzi, którzy podjęli trudy i ryzyka prowadzenia działalności gospodarczej.

Około dwóch miesięcy Temu Bank Światowy obniżył prognozy rozwoju Polski na 2017r na poniżej 3 %. Ponieważ takie tempo zagraża PiS-owskiemu rozdawnictwu pieniędzy, więc prezes Kaczyński pospiesznie obwieścił światu, że jego zdaniem w 2017 r tempo wzrostu gospodarczego Polsce wyniesie 4%! Jedno słowo – i już pieniądze się znajdują! Nie leżą już na ulicy – po takie trzeba się schylać. Leżą w ustach prezesa PiS. Po dwóch miesiącach okazało się jednakowoż, że nawet prognozy na rok bieżący się nie sprawdzają. Na gwałt trzeba więc szukać winnych. I są: opozycyjni przedsiębiorcy.

Ogłoszenie tej rewelacji w przeddzień podrzeszowskiego forum gospodarczego ma swój swoisty sens. Przedsiębiorcom mówi się: albo będziesz prorządowy, albo dostaniesz etykietkę przedsiębiorcy opozycyjnego i praktycznie możesz zwijać swój interes. Żadnych zleceń, żadnych kontraktów. Zawsze uważałem, że w stosunkach państwo- przedsiębiorcy dążyć należy do modelu: uczciwe państwo współpracuje z uczciwymi przedsiębiorcami. Dzisiaj jednak uczciwość schodzi na plan dalszy. Najważniejsza jest PRORZĄDOWOŚĆ, albo patriotyzm interpretowany przez PiS-owskich kacyków.

Szaleństwo w tym względzie jest tym groźniejsze, że splata się z decyzjami Sejmu powołania formacj Obrony Terytorialnej, ustawowo ukierunkowanej na zwalczanie „wroga wewnętrznego”. Wszystko to świadczy o tym, że rządzący dzisiaj nie mają żadnych hamulców w stygmatyzowaniu Polaków i żadnych hamulców w zwalczaniu swoich opozycjonistów. Dzisiaj opozycyjni są przedsiębiorcy, jutro będą nauczyciele, lekarze itd. Po prostu wrogowie ludu pracującego miast i wsi!

Szaleństwo w tym względzie jest groźne, gdyż obnaża, demaskuje całkowity brak zrozumienia rządzących dla istoty prowadzenia działalności gospodarczej na odpowiedzialność przedsiębiorcy. Dla rządzących liczy się tylko: nasi czy nie nasi.

Jarosław Kaczyński ma doświadczenie w rozmowach z przedsiębiorcami. Jak ujawnił niedawno były premier polskiego rządu Włodzimierz Cimoszewicz,w czasach Porozumienia Centrum partia ta, kierowana przez Lecha i Jarosława Kaczyńskich szantażowała wręcz dyrektorów zakładów domagając się od nich dużych pieniędzy, jeśli chcą, żeby ich zostawić w spokoju. I oni płacili  – mówi Cimoszewicz.

Strach kłaść się spać. Jakie szaleństwo obwieści dzień jutrzejszy?

Kto mieczem wojuje…

Banały typu: „historia kołem się toczy”, historia lubi płatać figle” są banałami tylko do chwili zderzenia się z rzeczywistością. Wówczas banałami być przestają, gdyż z reguły stają za nimi bardzo, bardzo poważne problemy.

Zbigniew Ziobro przez lata całe stał w pierwszym szeregu tych, którzy Socjaldemokrację Rzeczypospolitej Polskiej, a zwłaszcza jej lidera Leszka Millera od czci i wiary odsądzali za tzw. „moskiewską pożyczkę”. Z olbrzymim zapałem publicznie chłostali batem lub wręcz okładali pałą moskiewskiej pożyczki SdRP, a później SLD. Przy każdej nadarzającej się okazji, a często i bez, pożyczką tą kłuto w oczy lewicę i jej lidera , chociaż pożyczka ta została rzetelnie zwrócona.

Dzisiaj polskie i zagraniczne media zarzucają Zbigniewowi Ziobrze niepoślednią rolę w pospolitym defraudowaniu publicznych pieniędzy Unii Europejskiej, pieniędzy europejskich podatników. Minister sprawiedliwości, Prokurator Generalny Rzeczypospolitej zamieszany w aferę, którą wyjaśnia OLAF, unijna agencja  prowadząca dochodzenia w sprawie nadużyć na szkodę budżetu UE, korupcji oraz poważnych uchybień wewnątrz instytucji europejskich.  Jak mi wiadomo OLAF nie podejmuje błahych spraw. Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd!

Ta sprawa POWINNA zostać wyjaśniona do końca i powinny z niej zostać wyciągnięte wszystkie wnioski i konsekwencje polityczne. Powtarzając za Newsweekiem: „Ziobro musi odpowiedzieć”. Dodam, że nie tylko Ziobro, ale on przede wszystkim. Musi odpowiedzieć na pytania i – w przypadku potwierdzenia przez OLAF podejrzeń – ponieść odpowiedzialność. Ale stawiam kasztany przeciw orzechom, że tak się nie stanie. Nie tylko dlatego, że obecnie w Polsce prawo znaczy Ziobro, a Ziobro znaczy prawo. Afera Ziobry, Kurskiego i innych może nie doczekać się należytego finału, gdyż wpisuje się w osobliwą doktrynę, głoszoną przez wielu polityków różnej maści, że patriotyczną powinnością Polski jest „wyciąganie” z Brukseli tyle kasy ile się da. Troska o budżet unijny obca jest generalnie polskim politykom obca. Nie jest mi znana żadna inicjatywa polska, której celem byłoby uszczelnienie unijnych finansów, zwiększenie efektywności ich wykorzystania, kontroli i nadzoru itp. Rzadko pada publiczne pytanie JAK wykorzystujemy unijną pomoc, niemal codziennie natomiast ILE wykorzystujemy i dlaczego tak mało. Dlatego upokarzające Polskę i Polaków (zwłaszcza tych „gorszego sortu”) praktyki Ziobry et consortes wcale nie muszą spotkać się z napiętnowaniem ze strony „suwerena”.

W każdym bądź razie rewelacje prasy duńskiej i polskiego Newseeka będą dla polskiej klasy  politycznej wielowątkowym, ważnym sprawdzianem. Sprawdzianem powagi traktowania przez nich norm prawnych, norm etycznych, troski o wspólną Europę. Sprawdzianem nie na polskim podwóreczku, gdzie można pokrzykiwać, że żadna, choćby i wenecka komisja nie będzie nas pouczać, ale na otwartym forum międzynarodowym.

Trójkąt ukraiński

WOŁYŃ

Obejrzałem wczoraj film „Wołyń”. Film okrutny. Okrutnie szczery, okrutnie prawdziwy, okrutnie okrutny. I bardzo, bardzo potrzebny.

Poruszony wcześniejszą lekturą wspaniałej monografii francuskiego historyka Daniela Beauvois „Trójkąt ukraiński. Szlachta, car i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793 – 1924” skonfrontować chciałem punkt widzenie zewnętrznego badacza polskiej historii z głównym przekazem filmu. Choć okresy są różne, to jeden element jest wciąż ważny. Beauvois mianowicie, prowadził swoje studia pod prąd obowiązującej w Polsce, zwłaszcza po roku 1989, mitologizacji Ukrainy w literaturze i historiografii. Tak o tym pisze: „Mit ma to do siebie, że stwarza drugą naturę, czasem mocniejszą od rzeczywistości. Nie warto udowadniać ludziom, że ten fałsz jest szkodliwy. Protestują, krzyczą o obrazoburstwie, o braku pojęcia sacrum, o szarganiu świętości. Nie szczędzono mi cierpkich uwag w związku z tą moją skłonnością do zaglądania za kulisy poprawnego myślenia”.  Szedłem więc do kina zadając sobie pytanie, czy obejrzę film wyrastający z nurtu sielankowo-nostalgicznego, czy nie. Na szczęście – nie. Na szczęście w ujęciu przez autorów filmu niewysłowionej tragedii Polaków na Ukrainie pod koniec II Wojny Światowej wiele jest z Beauvois. To bardzo ważne, gdyż film „Wołyń” to nie tylko hołd pomordowanym, zamęczonym rodakom, to także przepustka do przyszłości stosunków polsko-ukraińskich. II Wojna Światowa skończyła się w 1945 roku, ale w jej wyniku na powierzchnię wypłynęło szereg nierozwiązanych problemów narodowościowym: problem stosunków polsko – niemieckich, polsko-czeskich, polsko-litewskich, polsko-rosyjskich i polsko-ukraińskich właśnie. Ten ostatni tlił się pod mchami lat najdłużej. Wybuchł, gdy narastająca wola zachowania pamięci o zbrodniach wołyńskich starła się z poszukiwaniem przez nowe państwo ukraińskie korzeni swojej narodowej tożsamości. Problem eksplodował i albo będzie rozwiązany przez odpowiedzialnych polityków, albo stosunki polsko-ukraińskie ułożą się same. Już się układają. Z jednej strony wynoszenie przez ukraiński parlament banderowców do godności narodowych bohaterów Ukrainy, prześladowania ukraińskich artystów biorących udział w realizacji filmu „Wołyń”, z drugiej przybierające na sile w Polsce postawy nacjonalistyczne, wręcz szowinistyczne zderzają się z masowym zalewem Polski przez obywateli Ukrainy, szukających u nas lepszych warunków do życia. Tak naprawdę nikt nie wie ilu Ukraińców mieszka i pracuje w Polsce obecnie. Wiadomo, że polska gospodarka nie będzie mogła się rozwijać bez imigrantów, wiadomo, że ledwie kilka procent Ukraińców, którzy otrzymali polskie wizy w związku z zamiarem podjęcia oficjalnej pracy tę pracę podejmuje, reszta znika gdzieś w państwach grupy Schengen. Wiadomo też, że ten napływ w najbliższych latach się zwiększy. Jak wykazują doświadczenia innych krajów europejskich, które w przeszłości świadomie importowały imigrantów ekonomicznych, konsekwencją takich importów były zawsze problemy kulturowe, w tym i wyznaniowe. Uczmy się od innych. Na politykach polskich i ukraińskich spoczywa dziś historyczny obowiązek unormowania relacji pomiędzy naszymi narodami w imię wspólnej, pomyślnej przyszłości. Póki co informacje z Kijowa nie są w tym względzie budujące, a „do tanga trzeba dwojga”. Dlatego Polska wykorzystać powinna wszystkie argumenty, wszystkie atuty, aby dialog polsko-ukraiński stał się konstruktywnym. Skoro udało się (jak się wydaje) ułożyć nasze stosunki z największymi wojennymi oprawcami polskiego narodu  – Niemcami, to powinno to się udać i z Ukraińcami. Może, ale nie musi. Wydaje się, że historyczny moment, w którym argumenty polskie w tej sprawie miały największą moc minęły. Bardzo źle by się stało, gdyby okazało się, że sprawę Wołynia zaniechano, gdyż Ukraina przedstawiała dla polskich władz większą wartość jako element gry przeciwko Rosji. Ale Rosja z Ukrainą prędzej czy później się dogada, a my zostaniemy sami…

 

PRZEBIERAŃCY

– Wyciągamy rękę do tych wszystkich, którzy niezależnie od różnic, nawet daleko idących, chcą silnej Polski, chcą silnej Europy – mówił w piątek w Krakowie prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński. (wpolityce.pl)

Co ja, zwykły, lewicowy emeryt, obywatel gorszego sortu gorszego sortu Polaków mam z tą ręką zrobić? Przez szereg lat organizując w Europejskim Trybunale Obrachunkowym dzień polski, jego oficjalną część niezmiennie kończyłem toastem: „Za silną Polskę w silnej Unii Europejskiej!”. Czy więc ręka PiS wyciągnięta jest również w moją stronę? Mam wiele powodów do bycia ostrożnym. Po pierwsze całą dotychczasową retorykę PiS w kwestiach europejskich cechowało głębokie niezrozumienie Unii Europejskiej, jej genezy, celów i podstawowych zasad funkcjonowania. W szczególności J.Kaczyński nigdy nie przejawiał gotowości do kompromisów, a taka postawa jest niezbędna, gdy chce się poważnie rozmawiać o umocnieniu Unii. Mocna Unia – tak, ale na warunkach PiS. To właśnie można było odczytać ze wszystkich dotychczasowych wystąpień pisowskich luminarzy. Czy po kompromitującej od Uralu po Gibraltar pokazówce PiS w sprawie Komisji Weneckiej (i nie tylko) ktokolwiek poza granicami Polski weźmie słowa Kaczyńskiego serio? Pytanie raczej retoryczne.

I tu dochodzimy do drugiej kwestii. PiS – co z pewnością stało się jedną z dźwigni wyborczego sukcesu tej partii – do perfekcji opanowało technikę komunikowania się ze swoim twardym elektoratem. Nietrudno zauważyć, że nieważne kto z PiS wypowiada się publicznie, nieważne przez jakiego dziennikarz i o co jest pytany, przekaz z ust pisowskich jest ZAWSZE ponad toczącą się dyskusję, ZAWSZE adresowany jest do pisowskiego elektoratu. Dla zewnętrznego obserwatora wygląda to czasem zabawnie, ale ma swój głęboki socjotechniczny sens.  W sprawach europejskich Unia zawsze dla PiS była przedmiotem  traktowanym instrumentalnie dla pokazania elektoratowi „patrzcie, jacy jesteśmy niezłomni, jak walczymy o polskie interesy!” Czy ktoś pamięta jakąkolwiek inicjatywę PiS a nawet i PO, której celem byłoby realne umocnienie Unii, zwiększenie jej integracji politycznej i gospodarczej? Dlatego deklaracja prezesa PiS nie może być dla mnie wiarygodna. Raczej jej celem jest pokazywanie elektoratowi: „my jesteśmy proeuropejscy, tylko inni naszej proeuropejskości nie rozumieją”. Prezes Kaczyński pospiesznie chce pokazać, że jest obecny w narastającym po wyborach w USA nurcie umacniania Unii, tym bardziej, że pomimo zmasowanej prawicowej, antyunijnej propagandy większość Polaków nadal jest za Polską w rodzinie państw europejskich. Istotnym gestem, uwiarygadniającym proeuropejski kurs PiS mogłaby  być dla mnie na przykład deklaracja o niezwłocznym odstąpieniu Polski od tzw. „protokołu dodatkowego”, którym Polska ograniczyła Polakom ochronę jaką obywatelom innych państw daje „Karta praw podstawowych Unii Europejskiej”. Ale to raczej marzenie ściętej głowy.

Po tylu słowach i czynach PiS, które doprowadziły Polskę na margines marginesu zjednoczonej Europy deklarację jego prezesa najtrafniej opisuje stare, ludowe powiedzenie: „Ubrał się diabeł w ornat i ogonem do mszy dzwoni”. c.b.d.o.

Polityka: neoliberalizm – NIE! neosocjalizm – TAK!

Tak się ułożyło, że będąc politykiem podjąłem w 1995 r. obowiązki wiceprezesa Najwyższej Izby Kontroli – co w praktyce oznaczało koniec z polityczną działalnością. W trakcie 9 lat pracy w NIK i 6 w ETO nigdy nie sprzeniewierzyłem się zasadzie apolityczności, nigdy moich poglądów politycznych nie łączyłem z realizacją misji instytucji audytorskich. Postępowałem podobnie jak wszyscy sędziowie wszystkich sądów; muszą być bezpartyjni, apolityczni, ale nikt nie  zabrania im posiadania poglądów politycznych i dokonywania najważniejszego aktu politycznego – aktu wyborczego. Działanie na rzecz mojego środowiska politycznego rozumiałem niezmiennie jako dawanie świadectwa, że środowisko to jest w stanie rekomendować na stanowiska wymagające bezstronności i obiektywizmu właściwych ludzi. Czy mi się udało? Nie mnie sądzić.  Ale przeszłość audytorska poza mną, a – jak powiedziałem na wstępie – biernym być nie można. Jaka jest więc moja ocena sytuacji politycznej?              Otóż przed nami, przed społeczeństwami nie tylko Polski nowe, nieznane czasy. Nic nie będzie tak samo jak niegdyś. Jedno można powiedzieć: rok temu, nieodwołalnie zakończyła się w Polsce epoka Solidarności. Żadna urocza aktorka tego nie obwieściła, ale klęskę, historyczną wręcz kompromitację politycznej Solidarności widać każdego dnia gołym okiem. Partie polityczne wywodzące się z Solidarności, które w 1989 r. dostały państwo polskie na tacy, które sprawowały „rząd dusz” przez minione ćwierćwiecze rządząc państwem przez większość tego okresu, ręka w rękę doprowadziły kraj do sytuacji dramatycznej. Rozregulowano prawne podstawy systemu państwowego,  normą stało się życie państwa i obywateli na kredyt, zrujnowano zaufanie obywateli do państwa ugruntowując roszczeniową względem państwa postawy, ośmieszono Polskę na arenie międzynarodowej. Przez 25 lat nie zrobiono nic na rzecz realnego rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Nade wszystko jednak doprowadzono do najgłębszych po II Wojnie Światowej podziałów w polskim społeczeństwie, dzieląc je – jak trafnie zauważyła niegdyś „Polityka” -na dwa wrogie plemiona Tutsi i Hutu, które, przypomnę, na innym kontynencie,  nie potrafiły się ze sobą inaczej komunikować niż za pomocą maczet.  Wprowadzenie do obiegu publicznego podziałów na Polaków gorszego (i konsekwentnie: lepszego) sortu, roszczenie sobie prawa do decydowania kto jest patriotą, a kto nie, zapowiedź ludowych sądów, zastąpienie argumentów rzeczowych werbalną agresją, arogancją, totalne hołdowanie zasadzie, że „komu Bóg dał władzę, temu dał i rozum”, wszystko to sprawia, że trudno przyszłość Polski widzieć w innych kolorach niż szaro-czarnych. Pod znakiem zapytania stawia to szanse na budowę trwałych fundamentów obywatelskiego państwa demokratycznego, którymi powinna być swego rodzaju społeczna umowa – pisana bądź niepisana. O żadnej umowie dziś ani jutro mowy być nie może. Na marginesie – ostatnią szansą, którą dała nam historia na zawiązanie takiej umowy był Okrągły Stół. Stół szybko jednak wrzucono do pieca i dla wprowadzenia neoliberalnych eksperymentów w postaci reform Sachsa/Balcerowicza próbowano taką umowę posadowić na propagandzie antykomunistycznej. Efekt uzyskano połowiczny: prawica polska zdyskredytowała najsilniejsze ośrodki lewicowe, związane z SdRP a później z SLD, ale z drugiej strony szczodrze korzysta z lewicowych haseł, elementów programowych, a ostatnio nawet z technik rządzenia polskiej lewicy okresu stalinowskiego, od których SdRP i SLD zdecydowanie się odcięły. Nie wydobywamy się z mroków dziejów – my w nie wchodzimy.

Cóż zatem ma czynić lewica, czyli „gorszy sort gorszego sortu” polskiego społeczeństwa? Żeby nie przedłużać. W znacznej mierze sam SLD winny jest sytuacji, w której się znalazł. Zaniedbane przez lata prace programowe, ideowe, doprowadziły nasze środowisko do utraty wszelkich oparć, poręczy, do nijakości politycznej. Jeżeli więc lewica chce móc wpływać na losy Polaków, musi się z tej nijakości wydostać, wyczołgać, wyszarpać. A możliwości jest bardzo wiele, życie  po prostu pcha je nam w ręce każdego niemal dnia. Najwyższa więc  pora rzucić komendę: „Ster lewo!” Najwyższa pora na zdecydowane określenie się SLD. Nie ma przy tym mowy o powrocie do haseł XIX wiecznego socjalizmu według zasady copy – paste. Ale warto i potrzeba moim zdaniem rozpocząć debatę o neosocjalizmie, socjalizmie XXI wieku!. Nie bójmy się być socjalistami! Śmiało dołączmy do olbrzymiej, europejskiej socjalistycznej rodziny. Śmiało kreślmy wizje socjalistycznej Polski i socjalistycznej Europy!

Oczywiście radykalny zwrot SLD na lewo nie dokona się poprzez werbalną deklarację, uchwałę, czy stanowisko. Wymagać będzie powszechnej wytężonej pracy intelektualnej i organizacyjnej. Pewnie nie prędko przyjdzie polskiej lewicy brać udział w rządzeniu krajem, ale najpierw polska lewica  nie tracąc elektoratu sentymentalnego, odbudować musi swój elektorat w młodszych pokoleniach, elektorat  przyszłości. W tym widzę sens zmian na lewicy i do tego namawiam.

P.S. Mój edytor tekstu podkreślił na czerwono słowo neosocjalizm jako pojęcie nieznane…

Trump trumped

Miała być „Reaktywacja cz.II.” ale  musi chwilkę poczekać. Dzieje się. Wybory w USA rozstrzygnięte i warte paru słów komentarza. Mój jest następujący.

  1. Nie jest istotne kto wygrał: Trump czy Clinton. Istotne jest to, że kraj, nieformalnie, a nawet pół-formalnie wielokrotnie nominowany przez różne światowe autorytety do roli „żandarma świata”, stojącego na straży euroatlantyckiego porządku na świecie, wyłonił na stanowisko prezydenta kraju, z olbrzymimi kompetencjami dwoje tak marnych w sumie kandydatów. Do tego  jawne zaangażowanie się w ostatniej fazie kampanii służb specjalnych. Ameryka zademonstrowała że jest w poważnym kryzysie wewnętrznym. Na świecie nasilą się tendencje do globalnej rewizji układu sił. Brakuje tylko kryzysu finansowego na miarę Lehman Brothers.
  2. Dla cywilizacji europejskiej szansą na przetrwanie i rozwój może być tylko wzmożona, konsekwentna integracja – zarówno w wymiarze politycznym jak i gospodarczym. Czy politykom europejskim, a zwłaszcza narodowym wystarczy wyobraźni i odpowiedzialności, aby, w trybie pilnym,  z rozwoju sytuacji w USA wyciągnąć właściwe wnioski? I to jest dla mnie pytanie zasadnicze.

Reaktywacja cz.1.

Po trzech latach przerwy powracam do pisania mojego skromnego bloga. Witam więc starych znajomych, a też i może nowych? Kto wie. Chociaż czasy takie nastały, że więcej ludzi pisze niż czyta. Z drugiej strony takie czasy nastały, że nie można robić NIC, gdyż bierność ludzi „gorszego sortu”, apatia, pogodzenie się z „nieuchronnym”, to właśnie coś, na czym zależy gronu, które objęło władzę w Polsce rok temu. Mając do wybory: być obywatelem „gorszego sortu” ale „jasnym” ludem, czy być „ciemnym” ludem pierwszej gildii – zdecydowanie wybieram tę pierwszą opcję! Ale bierności mówimy NIE!

Jeśli więc choć kilka osób zechce mnie poczytać, nie zgodzić się ze mną lub wręcz przeciwnie, to będzie to mała kropelka, z której mnóstwa podobnych utworzy się być może strumień, rzeczka, aż wreszcie fala, która oczyści ten mały zakątek świata pomiędzy Odrą a Bugiem. Zapraszam do bloga!

Na wstępie dwa tematy, których poruszenie winny jestem niejako moim czytelnikom: „Ja i Najwyższa Izba Kontroli”, oraz”Ja i polityka”.

Dzisiaj NIK.

Kiedy trzy lata temu powtórnie przekraczałem progi NIK przy ul. Filtrowej w Warszawie jako jej wiceprezes, nie zakładałem, że pracę w Izbie zakończę już po trzech latach. Wręcz przeciwnie – z jednej strony  już wcześniej dostrzegałem symptomy psucia się Izby od środka, z drugiej przekonany byłem (i jestem nadal) o doniosłej państwowotwórczej roli najwyższego organu kontroli w państwie demokratycznym. Wzmocniony 6-cio letnim doświadczeniem aktywnej pracy w Europejskim Trybunale Obrachunkowym, praktyką konsultanta OECD i Banku Światowego w zakresie międzynarodowych standardów zewnętrznego audytu chciałem końcówkę mojej zawodowej działalności poświęcić  doskonaleniu polskiej NIK. Powtórnego wejścia do Izby nigdy nie zapomnę. Spotkała mnie tak potężna fala serdeczności, i to ze wszystkich kierunków: od dyrektorów departamentów, doradców, inspektorów po pracowników administracyjnych i technicznych, że powiedziałem sobie wówczas: „Ty Uczkiewicz powinieneś natychmiast zakończyć swoją pracę zawodową, gdyż większego sukcesu jak to przywitanie już nie osiągniesz”. W pełni byłem świadomy też tego, że za tą szczerą, autentyczną serdecznością stały i nadzieje na zmiany. Zmiany na lepsze. Rzeczywistość okazała się trudną. Nie wdając się w szczegółowe analizy stwierdzić trzeba, że na przestrzeni ostatnich ośmiu, dziesięciu lat NIK ewolucyjnie zmieniła swój charakter. Od instytucji kontrolnej działającej na zasadzie kolegialności do para urzędu Audytora Generalnego, zarządzanego przez nieformalną grupę kolegów. Nowemu prezesowi pozycja Audytora Generalnego najwyraźniej odpowiadała – usankcjonował więc tą praktykę. Zasada kolegialności działania Izby, o której przesądzał Art.1. ustawy o NIK stała się karykaturą. A trzeba wiedzieć, że jest to zasada fundamentalna, gdyż nic jak kolegialność działania nie chroni lepiej audytora przed zarzutami tendencyjności, braku obiektywizmu czy wręcz upolitycznienia. Nowa polityka w szczególny sposób dotknęła  grupy wiceprezesów NIK. Z niewiadomych mi powodów, pewnie za inspiracją owej nieformalnej grupy „konsultacyjnej”, prezes za punkt honoru wyznaczył sobie deprecjonowanie swoich formalnych zastępców, ograniczanie ich kompetencji, odsuwanie od procesów decyzyjnych w najważniejszych dla Izby sprawach. W tej sytuacji, wyraźnie publicznie dystansując się od tej polityki, skupiłem się na „pracy u podstaw”, na rzetelnym, zgodnym z międzynarodowymi  standardami przygotowywaniem programów kontroli, których nadzór mi powierzono i na rzetelnym opracowywaniem wyników tych kontroli. Praca wręcz katorżnicza, gdyż i w tym zakresie zaniedbania były ogromne, ale też dająca mi dużo satysfakcji.

Prócz czynników osobistych, rodzinnych (ale dotychczas te zawsze ustępowały przed obowiązkami służby publicznej), dwie okoliczności przesądziły o tym, że zdecydowałem się skorzystać z nabywanych praw emerytalnych. Pierwszą była rozwijająca się sprawa posła Burego i uwikłania w nią prezesa NIK. Niedługo będziemy świadkami niecodziennego wydarzenia, kiedy to, po raz pierwszy w historii, prezes NIK stanie przed sądem oskarżony o przestępstwo urzędnicze. Uważałem i uważam, że żaden prezes, ani wiceprezes nie powinien całej Izby, jej wiarygodności, jej doniosłej misji, narażać na szwank. Stało się jak się stało. Swego czasu, wnosząc do Kolegium NIK o uchylenie immunitetu kontrolerskiego innym pracownikom Izby, prokuratura przesłała do NIK akta sprawy. Zapoznałem się z nimi i trudno mi oprzeć się smutnej konstatacji, że niezależnie do tego, jaki będzie ostateczny wyrok sądu w sprawie przeciwko prezesowi Najwyższej Izby Kontroli, dla Izby jako całości będzie on niekorzystny.

Drugą ważną okolicznością była moja rozmowa z dyrektorem jednego z departamentów w trakcie dyskusji o założeniach programu pewnej kontroli. Zapytałem się otóż dyrektora dlaczego w przygotowanych założeniach nie przewidziano kontroli wykorzystania środków Unii Europejskiej, o co przedmiot kontroli wręcz się prosił. W odpowiedzi usłyszałem zdecydowany sprzeciw, uzasadniany tym , że raz dyrektor ów popełnił niegdyś taki błąd, który skutkował ostrą reprymendą za wyniki kontroli „które mogą stanowić podstawę od cofnięcia Polsce unijnego dofinansowania”. Jasnym dla mnie stało się, że Izba jest już właściwie instytucją polityczną a nie profesjonalnym, niezależnym audytorem państwa. W tej sytuacji, w atmosferze, o której wyżej, uznałem, że dalsze łączenie mojego nazwiska z rzeczywistością NIK-owską, której zmienić nie byłem w stanie, jest niewskazane. Chcę pozostać wierny standardom i misji najwyższego organu kontrolnego. Może z resztą będąc poza NIK będę mógł dla idei i misji Izby zrobić więcej niż będąc jej malowanym wiceprezesem?

Ktoś mógłby zapytać dlaczego swoich dylematów nie podnosiłem publicznie? Stało się tak z prozaicznego powodu: sytuacja była dosłownie patowa. Jak już wspomniałem Izba wymaga wielu, wielu zmian. Podnosząc jednak publicznie te kwestie, pozbawiony jakiegokolwiek zaplecza parlamentarnego, dmuchałbym w żagle korwety „dobrych zmian”, której dowództwo niechybnie wykorzystałoby instrumentalnie moją aktywność dla „odbicia NIK”. Już sam początek funkcjonowania nowego Sejmu, w którym to zanegowano prawne fundamenty państwa i wprowadzono do praktyki pojęcie „patriotycznej gospodarki” źle wróżył. Na całym audytorskim świecie kryterium legalności jest najważniejsze – nikt też nie opracował (pewnie nawet nikomu to do głowy nie przychodziło) jakiegoś kryterium „patriotyczności” w ocenie podejmowanych decyzji gospodarczych. Z żadnych rządzących ust nie padła dotychczas żadna kwestia, którą można by uznać za publiczną deklarację ochrony profesjonalizmu, obiektywizmu i niezależności Najwyższej Izby Kontroli. Uzasadnienie przedstawiane z sejmowej trybuny we wrześniu tego roku dla wniosku o nieprzyjęcie przez Sejm sprawozdania z działalności NIK było wyjątkowo płaskie, wręcz słabe.

Głęboko niepokoję się o los Najwyższej Izby Kontroli – instytucji osłabianej przez lata, zachowującej się po trosze jak wykolejony pociąg, który siłą bezwładności jeszcze pędzi w kierunku jazdy, gdyż zawsze będą jakieś nieprawidłowości, gdyż jest jeszcze załoga, której zależy, ale który nie ma żadnej strategii, żadnej wizji rozwoju, z kwestionowanym coraz częściej autorytetem. Najwyższa Izba Kontroli, w przeddzień setnej rocznicy swojego nieprzerwanego działania, wymaga głębokiej refleksji i przemyślanych, poważnych zmian. Tymczasem jedyną kwestią, która budzi zainteresowanie mediów jest pytanie: kto będzie nowym prezesem NIK?