DOSYĆ !!!

Umiera polski parlament. Umiera w męczarniach. Nie mordują go żadne wraże siły, żadni najeźdźcy, żaden układ sił międzynarodowych, żadni hakerzy posługujący się „rosyjsko brzmiącą mową”. Parlament polski mordowany jest polskimi rękami.

Gdy w październiku 1993 r. składałem w Sejmie ślubowanie poselskie byłem  w euforii. Być posłem na Sejm! Współdecydować o sprawach Polski i Polaków! Zaszczyt i zobowiązanie ogromne. A Sejm był wówczas świątynią niemal politycznej kultury, gdzie wzajemny szacunek posłów obecny był nie tylko na sali, ale i w kuluarach.

Posłem byłem krótko – niecałe 3 lata. Mandat poselski był nie do pogodzenia ze stanowiskiem wiceprezesa Najwyższej Izby Kontroli. Ale w różnych rolach, z polskim parlamentem, z Sejmem, z Senatem przyszło mi współpracować  w sumie przez 20 lat: jako poseł, wiceprezes NIK, wiceminister finansów i polski członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. Przez te 20 lat patrzyłem na postępującą erozję polskiego systemu parlamentarnego, na wszechobecną selekcję negatywną, na coraz niższy poziom merytorycznych dyskusji. Ale to, co wczoraj wydarzyło się na Wiejskiej jest zupełnie nową, nawet dla mnie – wieloletniego wycirucha sejmowych korytarzy – jakością. To olbrzymie tąpnięcie, nowy stan, z którego powrót do normalności będzie bardzo trudny. Wczoraj Sejm obdarty został z resztek swojej siły wewnętrznej, z powagi, z autorytetu.

Żeby sprawa była jasna. Zdecydowanie staję po stronie posłów opozycji, którzy powiedzieli DOSYĆ! totalitarnym praktykom większości sejmowej, którzy zdecydowali się na krok desperacki, ale jedyny, jaki im pozostał. A sprawa, o którą walczą jest wagi ogromnej – chodzi o praktyczny wymiar naszej demokracji, o podstaw tej demokracji, którą jest dostęp obywateli do informacji o działaniach władzy publicznej.

O sprawności Sejmu decyduje jakość posłów i procedury podejmowania decyzji.  Regulamin Sejmu nie jest bardzo szczegółowy. I dobrze, gdyż wiele spraw w Izbie toczy się dzięki dobrym obyczajom. Dobrym obyczajom politycznym oczywiście. Ale o sile Sejmu decydują właśnie jego obyczaje, tradycja. To właśnie dobre obyczaje sejmowe determinowały jedną z podstawowych wartości demokracji, jaką jest stosunek parlamentarnej większości do opozycji. Dzisiaj dobre obyczaje sejmowe zostały zmieszane z błotem i z przytupem wyrzucone na śmietnik..

Jaka fatalną drogę przeszedł nasz Sejm od marszałków takich jak Małachowski, Zych czy Oleksy do Kuchcińskiego! Marszałek Sejmu Kuchciński zademonstrował, że jedynym językiem jakim  arytmetyczna większość w Parlamencie rozmawiać potrafi z opozycją jest tylko język siły. PiS na każdym kroku emonstruje wobec opozycji postawę: „Przegraliście wybory, to teraz siedźcie cicho! Nie macie tu nic do gadania!” Agresja PiS wobec mniejszości parlamentarnej była nie tylko merytoryczna – odrzucanie z zasady wszelkich wniosków opozycji – ale i werbalna. Nikt w czasami nawet wulgarnych atakach na posłów opozycji nie przebije pani poseł Pawłowicz, której próbki kultury parlamentarnej wielokrotnie mogliśmy oglądać w transmisjach sejmowych. Ale to już chyba czas przeszły…

Sala obrad Sejmu widziała wiele incydentów bardziej drastycznych, niż zachowanie posła  Szczerby. Szczerba zademonstrował tylko dwa słowa. Przypomnieć tu jednak trzeba skandaliczne – z punktu widzenia i procedury i obyczajów parlamentarnych zachowanie Kaczyńskiego, kiedy podczas debaty nad wotum nieufności dla Premiera Tuska, stojąc na sejmowej mównicy zaprezentował z trzymanego w rękach tabletu wystąpienie osoby nie będącej posłem. Prezes Kaczyński „odstąpił” swoje prawo do występowania z mównicy sejmowej, w trakcie sejmowej debaty, osobie nie mającej mandatu posła. Czy nie była to profanacja Sejmu jako całości?

Wczorajsze dramatyczne wydarzenia w Sejmie i pod budynkiem Wysokiej Izby, gdzie spontanicznie zebranych kilka tysięcy warszawiaków demonstrowało przeciw zakusom PiS radykalnego ograniczenia mediów do codziennej pracy parlamentu, użycie siły wobec nich przez policję jest kolejnym dowodem na rozkład polskiego państwa. Podpisywanie przez ministra sprawiedliwości listy na „kolumnowym” posiedzeniu partii rządzącej już po głosowaniach (co ujawniły media) jest jedną z przesłanek do uznania tego zebrania za niekonstytucyjne i prawnie nieważne. I na tym polega prawdziwy polski dramat. Jeżeli bowiem PiS wyjdzie z tego zwarcia zwycięsko, to mając na sumieniu bezprawne działania nasilać tylko będzie kurs opresyjny, we wszystkich dziedzinach życia społecznego. I zrobi wszystko, aby nie oddać władzy i nie zostać rozliczonym za deprawację polskiego parlamentu, za czarną plamę na historii polskiego parlamentaryzmu.

Polski Sejm nie będzie nigdy już taki, jak przed 16 grudnia 2016r i Polska nie będzie taka sama.

POPiS Schetyny

Od samego rana (jest 07:45) człowiek musi się denerwować. To nie są czasy dla wysoko-ciśnieniowców – ja, na szczęście mam niskie.

Wysłuchałem przed chwilą wypowiedzi Pana Schetyny, lansowanego przez media na lidera Platformy. Dziennikarz TVN wydusił wreszcie z niego, że jest on za pozbawieniem Jaruzelskiego i Kiszczaka stopni generalskich. Pan Schetyna również wpisał się do grona tych, którzy uważają, że stan wojenny i okres polskiej historii przed 1989 r. nie został jeszcze rozliczony. Nie to jednak było najistotniejsze. „Odpierając” naciski redaktora w  tej sprawie Pan Schetyna był łaskaw zauważyć, że jednak ponad 40% Polaków pozytywnie ocenia dzisiaj wprowadzenie stanu wojennego i utyskiwał, że „należało w latach dziewięćdziesiątych przebudować świadomość społeczną, czego jednak nie zrobiono”.

Panowie politycy z PiS i Platformy Obywatelskiej! Ta wypowiedź Przewodniczącego PO dokumentuje ostatecznie to, co dla wielu jest jasne, że nie ma istotnych różnic pomiędzy tymi politycznymi organizacjami. Obydwie swoją misję widzą w PRZEBUDOWYWANIU SPOŁECZNEJ ŚWIADOMOŚCI.

Panowie z POPiS-u ! Kiedy wreszcie przestaniecie manipulować społeczną świadomością?! Kiedy wreszcie zaczniecie liczyć się z opiniami i poglądami społeczeństwa! Dokąd prowadzicie Polskę?! Czy nie dostrzegacie tego, że stawiając sobie za cel waszej misji „przebudowę społecznej świadomości” cofacie nasz kraj o całe półwiecze?

Jest nadzieja!

Sytuacja w Polsce rozwija się dynamicznie i już dzisiaj rozwijać trzeba myśli, które zapisałem wczoraj. Hitem dnia – przypomnę, mamy 13 grudnia 2016 r., naczelniczek państwa ogłasza, że PiS zrobi porządki z opozycją. Oczywiście wszystko w kontekście „Odezwy” KOD-u, którą uznaje za działania przestępcze. Że też duch barta bliźniaka nie zdzielił go w nocy pałą – widać musiał mieć w tym jakiś swój zamysł.

Lepszego momentu na zapalenie światełka nadziei, że możliwe jest przerwanie platformersko-pisowskiej destrukcji polskiego państwa trudno sobie wymarzyć. Jednoosobowa grupa trzymająca władzę w Polsce , w ramach uroczystych obchodów upamiętniających ofiary  stanu wojennego  z grudnia 1981 r, zapowiada, że „uporządkuje działania opozycji”. Historia jest nie tylko Wielką Nauczycielką. Potrafi być też przewrotną, złośliwą suką.
Nie spodziewałem się tak drastycznej i nerwowej reakcji władzy na „Odezwę” KOD. Władza się boi, a więc jej koniec jest bliski. Jest nadzieja.

Jak pisałem wczoraj intencje autorów „Odezwy” są zrozumiałe, chociaż dla jasności dodać trzeba, że też podszyte fałszem. Destrukcji państwa przyczyniła się w sposób oczywisty i Platforma Obywatelska w czasie swoich 8-letnich rządów. I żadna odezwa nie zamaże współodpowiedzialności PO za stan obecny kraju, za dojście PiS do wszechwładzy. Ale na dziś najważniejsze jest przerwanie zawłaszczania państwa przez 19-to procentową mniejszość, przerwanie wynaturzania, deprawacji systemu demokratycznego.

Przy okazji rocznicowych obchodów odnotować należy jeszcze jeden fenomen. Na przestrzeni minionych 26 lat odsetek obywateli pozytywnie oceniających decyzję wprowadzenia w 1981 roku stanu wojennego oscylował wokół 50% i zawsze wyraźnie był większy od odsetka ludzi prezentujących oceny negatywne.  Jeszcze rok temu ośrodki badania opinii publicznej notowały 54% poparcia dla stanu wojennego. W tym roku odsetek spadł wprawdzie do 41% ale i tak jest zdecydowanie większy od odsetka ocen negatywnych – 35%. Fenomen ten ma podwójna naturę. Po pierwsze jest rzeczą niebywałą, że wszyscy dotychczasowi tak zwani strażnicy demokracji przechodzili nad wynikami tych badań do porządku dziennego, raczyli nie przyjmować ich do wiadomości. Oni wręcz LEKCEWAŻYLI opinię publiczną na siłę starając się wtłaczać do społecznej świadomości swoją i tylko swoją ocenę tych dramatycznych wydarzeń. Jak widać z marnym skutkiem. Mówiąc wprost: przez 26 lat ci rzekomi strażnicy demokracji sprzeniewierzali się w ten sposób jej podstawowym zasadom i wartościom! Ale jakich demokracja miała strażników – tak też wygląda dzisiaj.

Druga strona tego fenomenu jest taka, że pomimo zmasowanej, konsekwentnej nachalnej, jednostronnej, dzień i noc wtłaczanej propagandy, Naród swoje wie. Naród pokazał, że potrafi odróżniać ziarno od plew.  I w tym też jest jakiś cień nadziei na lepsze jutro.

Dylematy obalaczy

Mądrość ludowa powiada, że trudno być prorokiem we własnym kraju. Pewnie tak, ale zdarzają się sytuacje, gdy o spełniającą się przepowiednię wcale nie jest trudno. Niestety.

Jakiś czas temu kreśliłem w pół-satyrycznej formie wizję eskalacji działań rewizji decyzji emerytalnych po tym, jak obniżono emerytury byłym pracownikom służb, które powołano niegdyś do obrony państwa o nazwie Polska Rzeczpospolita Ludowa. Zapowiadałem twórczą kontynuację tego trendu, i co? Nie trzeba było długo czekać – sięgnięto po rezerwy budżetowe potencjalnie tkwiące w emeryturach wojskowych Ludowego Wojska Polskiego.

W ostatnim z kolei wpisie postawiłem hipotetyczną kwestię: do czego zdolna jest posunąć się obecna władza, gdy uzna, że zagrożony zostanie porządek konstytucyjny PiSowskiego państwa. Dzisiaj nie jest to już teoretyczna kwestia. KOD wsparty przez Lecha Wałęsę i wiele innych politycznych osobistości, w tym prezydentów niektórych miast, opublikował „Odezwę do wszystkich Polaków”, w której, w imię powstrzymania dewastacji kraju nawołuje do „wypowiedzenia posłuszeństwa władzy”. Na reakcję władzy długo czekać nie trzeba było gdyż właśnie minister od spraw publicznego bezpieczeństwa ogłosił, że takie działania uznać należy za „nawoływanie do przestępstwa”. A co PiS robi z przestępcami – nie ważne prawdziwymi czy domniemanymi – wiadomo.

Konsekwencją deklaracji ministra Błaszczaka powinno być uruchomienie leżących w rękach władzy narzędzi do obrony porządku konstytucyjnego. Jeżeli władza tego nie uczyni to okaże swoją słabość. Ale nie tylko. Władza konstytucyjnie zobowiązana jest do obrony tego ładu. Czy jednak PiS jest w stanie obronić polski ład konstytucyjny przed KOD-em skoro sama nagminnie gwałci ten ład w Sejmie, Senacie, w działaniach rządu czy Prezydenta RP? Może się jednak stać i tak, że niemrawość w obronie ładu konstytucyjnego przed sobą samą będzie się starała obecna władza w dwójnasób zrekompensować aktywnością wobec KOD-u. Podstawowe pytanie na dzisiaj jest więc takie, czy Deklaracja KOD jest już naruszeniem tego ładu, czy tylko zagrożeniem jego naruszenia. Gdyby przyjąć, że wezwanie Polaków wypowiedzenia posłuszeństwa władzy wyłonionej w drodze konstytucyjnych procedur jest już naruszeniem ładu konstytucyjnego, to pozostaje do rozstrzygnięcia kwestia kto i w jakiej sytuacji może uznać, że nastała „sytuacja szczególnego zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa”, o którym mówi Art. 2.1.  ustawy o stanie wyjątkowym. Póki co wojewodowie otrzymali od ministra Błaszczaka pierwsze zadania aby przyjrzeć się prezydentom miast, którzy pod Odezwą się podpisali.

Nie sposób jednak uniknąć innej refleksji. Odezwa KOD i reakcja władz zbiegły się z obchodami rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. „Wojennego” gdyż naiwna – jak przystało na prawdziwą lewicę – władza ludowa nie zakładała, że lud może przeciwko niej wystąpić. Dlatego też w porządku prawnym Polski Ludowej nie było ustawy o stanie wyjątkowym (ta została uchwalona dopiero w 2006 roku). W nadzwyczajnej, krytycznej sytuacji odwołać więc się można było tylko do ustawy o stanie wojennym. Ale bez wątpienia działania władz w 1980 r. miały na celu ochronę ówczesnego ładu konstytucyjnego i terytorialnej integralności Państwa, zagrożonych ulicznymi rozruchami i świadomą działalnością zdecydowanej mniejszości polskiego społeczeństwa kierującej się zasadą totalnego osłabiania państwa polskiego we wszystkich dziedzinach: politycznej i gospodarczej w myśl hasła „im gorzej tym lepiej”.

Historycznej pikanterii dodaje obecnej sytuacji okoliczność, że zarówno autorzy odezwy wzywającej do facto do społecznego oporu wobec konstytucyjnych organów państwa jak i władza sama są politycznymi spadkobiercami „Solidarności”. Często i jedni i drudzy „obalali” w 1989 ustrój polskiego państwa. Jeżeli nawet wówczas nie wyrażali tego wprost, to dzisiaj prześcigają się wręcz w zaklęciach i deklaracjach, że tak właśnie było. Dzisiaj zaś to im przychodzi rozwiązywać dylemat czy już mamy do czynienia z sytuacją szczególnego zagrożenia państwa, czy jeszcze nie.

Charakterystyczną okolicznością jest i to, że zarówno w latach osiemdziesiątych jak i obecnie działania „antyreżimowe” miały olbrzymie wsparcie ze strony środowisk artystycznych. Jeżeli ktoś miałby jakieś zastrzeżenia do poprawności tej analogii to odsyłam choćby do zapisu uroczystości wręczenia Europejskich Nagród Filmowych we Wrocławiu czy do międzynarodowego protestu aktorów wrocławskiego Teatru Polskiego.

Zawłaszczenie Polski przez PiS drogą demokratycznych wyborów jest dla nas, Polaków,  bardzo, bardzo ważną lekcją demokracji. Polsce potrzeba demokracji ale europejskiej – nie azjatyckiej. Azjatyckiej, czyli takiej, w której procedury demokratyczne służą tylko legitymizacji władzy, a ta, zarówno tych obywateli, którzy na nią głosowali jak i przeciwników traktuje jak poddanych i która wyznaje zasadę, że zwycięzca bierze wszystko, również stanowiska sprzątaczek w urzędach wojewódzkich. Władza taka nie szanuje postaw, sposobów myślenia obywateli, lecz stara się kształtować, naginać wręcz te postawy do wzorca, który jej odpowiada.

Potrzeba nam demokracji europejskiej, dla której mandat uzyskany w wyborach to przede wszystkim odpowiedzialność za wszystkich obywateli. To poszanowanie godności każdego obywatela, budowanie społecznego porozumienia a nie judzenie, napuszczanie jednych na drugich, to nie dzielenie obywateli na lepsze i gorsze sorty. Miernikiem współczesnej, dojrzałej demokracji jest stosunek władzy do wszelkiego rodzaju mniejszości: politycznych, religijnych, seksualnych. Nie do zaakceptowania jest praktyka nadużywania władzy w celu prymitywnego kupowania elektoratu przez zaciąganie zobowiązań, które spłacać będą musieli już inni. Dlatego działania KOD, niezależnie od ich groteskowego kontekstu historycznego, są w pełni zrozumiałe i uzasadnione. Chodzi bowiem o sprzeciw wobec władzy, która praktyką swojego działania zaprzecza podstawowym wartościom demokratycznego, europejskiego społeczeństwa. Z pisowskiej lekcji wyciągnąć należy więc głębsze wnioski niż tylko ten, że należy naczelniczka odsunąć od władzy. Jeżeli tak się nie stanie, to biada Polsce. I obym tym razem był złym prorokiem.

Piotrowiczem nie będę

Grupa trzymająca władzę w Polsce  rozhulała się na dobre. To nic, że premier Szwecji natrzaskał publicznie po szanownym obliczu polskiego Prezydenta za zagrożenie demokracji w Polsce, to nic, że Sąd Najwyższy skompromitował wręcz alfę i omegę obecnego wymiaru sprawiedliwości w Polsce, ministra Ziobrę – wszystko jak woda po kaczce (sic!). Grupa trzymająca władzę wprawdzie zrobiła – pod presją zdaje się międzynarodowej opinii publicznej, gdyż krajowa w ogóle jej nie interesuje – pół kroku wstecz w sprawie ustawy o zgromadzeniach publicznych, to jednak sam zamiar przeprowadzenia takiej ustawy, przegłosowanie jej w Sejmie, stanowi nazbyt jasną ilustrację rzeczywistych intencji Grupy. „Za mordę wszystkich nie naszych, a naszych bronić do upadłego”.

W prasie (np. dzisiejsza Rzeczpospolita) znaleźć można komentarze pod hasłem: „Kaczyński cofa Polskę do PRL!” Wypraszam sobie. Przyrównywanie Kaczostanu do Polski Ludowej jest obrazą dla 45 lat historii naszego kraju. Aby móc porównywać się z osiągnięciami PRL Kaczyński musiałby dokonać czynów na miarę odbudowy Polski z totalnych zniszczeń wojennych, przeprowadzenie cywilizacyjnej rewolucji na polskiej wsi i w polskich miastach, zbudować potężny system powszechnej oświaty i służby zdrowia, zbudować tysiące zakładów pracy, stworzyć niemal od podstaw polski przemysł i polską naukę, stworzyć warunki do bezprecedensowego rozwoju polskiej kultury. Nie bez racji wybitny polski aktor Andrzej Seweryn mówił kilka lat temu: „Mówcie co chcenie o PRL, ale to były złote czasy dla polskiej kultury”. Wreszcie Polska Ludowa nie otwierała bram (nawet drzwiczek) dla polskich ruchów nacjonalistycznych i faszyzujących. Kaczostan do Polski Ludowej ma się mniej więcej tak, jak kaczka do orła.

Oczywiście, PRL nie była państwem idealnym, nie przystawała do standardów społeczeństwa demokratycznego drugiej połowy XX wieku, że w obronie porządku konstytucyjnego sięgała czasami po metody naganne. Ale kreowanie okresu Polski Ludowej jako czarnej dziury, jako czasu wszelkiego zła, powszechnej nędzy itp., jest nieuprawnione i bardzo źle służy Polsce. Tym bardziej, że nie wiadomo, po jakie metody gotowa jest sięgnąć obecna władza w obronie porządku konstytucyjnego. Na razie sama porządek demokratyczny niszczy i przygotowuje narzędzia do działań w warunkach wyższej konieczności. Odrzucenie przez Sejm projektu poprawki do przepisów powołujących Wojska Obrony Terytorialnej, zakazującej używania tych wojsk przeciwko obywatelom polskim wpisuje się na czarną listę jednoznacznych intencji GTW.

Dezawuowanie Polski Ludowej, odsądzanie tego okresu od czci i wiary,  to plucie w twarz milionom Polaków.  Historia PRL dopełniła się w czerwcu 1989r. Czerwona kartka pokazana władzy przez większość wyborców była jednoznaczna. Ale i w tych wyborach na bezpartyjne listy obozu rządzącego (co jest chyba najlepszym miernikiem zaufania do schodzącego ze sceny ustroju) głosowało w poszczególnych okręgach wyborczych od 10 do ponad 30%. Można przyjąć patrząc na mapę wyborczą, że około 25% wyborców wspierało w 1989 r. PZPR i jej sojuszników. Nie bez znaczenia jest też fakt, że przeciwnicy PZPR w czerwcu 1989r nie głosowali bynajmniej za reformą Sachsa-Balcerowicza z jej wszystkimi skutkami gdyż ta przyszła zaraz po wyborach. Ale jak widać nie potrafimy uczyć się nawet na własnych błędach – zbyt łatwo przychodzi nam wyrzucanie ludzi – milionów ludzi – na śmietniki historii i nie potrafimy doceniać własnych osiągnięć. A efekt jest – jak każdy widzi. Uproszczone, wręcz prostackie oceny Polski Ludowej źle służą ojczyźnie, przede wszystkim jej przyszłości. Polska Ludowa nie tylko zasługuje na obiektywną, wszechstronną ocenę, ale taka ocen jest niezbędna, jeżeli z historii naszej wyprowadzać chcemy właściwe wnioski.

Kaczyński nie cofa Polski do czasów Polski Ludowej. Być może jego instynkt polityczny podpowiada mu, że czasy „mody” na demokrację się kończą zarówno w Polsce jak i na świecie i dlatego cynicznie dążąc do rozszerzenia i umocnienia swojej władzy absolutnej sięga po uniwersalne narzędzia dyktatorskie. Daje tym samym asumpt od porównań z najciemniejszymi aspektami okresu lat 1945 – 1989. Ale to tylko część tamtej, minionej rzeczywistości.

Protest przeciwko praktyce nadużywania demokracji przez PiS jest ze wszech miar potrzebny. Każdego dnia, przy każdej sposobności pokazywać należy, piętnować i zapisywać poczynania GTW. W zapowiadanych na 13 grudnia manifestacjach części opozycji po hasłami obrony demokracji nie pójdę, chociaż miałbym do tego pełne prawo. Reprezentuję bowiem tę część polskiego społeczeństwa, która drogę od systemu mono partyjnego ku demokracji przeszła w sposób bardzo świadomy, po niezliczonych debatach i sporach i nie po to, aby teraz z tej drogi zawracać. W Polsce dzieje się źle. Ale PiS ze swoją polityczną praktyką jest tylko historyczną kontynuacją „dzieła” poprzedników. I o autorach „kamieni kupy” historia nie zapomni. Dlatego nie wezmę udziału w ulicznych demonstracjach 13. grudnia, gdyż nie zamierzam uczestniczyć w zawodach kto głośniej: PiS czy PO krzyczeć będzie „precz z komuną” i kto soczyściej pluć będzie na Polskę Ludową. Drugim Piotrowiczem nie będę.

Parę dni przerwy i nie wiadomo od czego zacząć. Zacznę jednak od skandalicznej, demaskującej już nie miernotę, ale wręcz moralne bagno rządzących. Mam na myśli ustawę po raz kolejny odbierającą znaczne części emerytur tym, którzy chronili polskie państwo.  Tak zwana ustawa „dezubekizacyjna” (to już nie neologizm, to potworek językowy na miarę poziomu intelektualnego jego autorów) to w istocie kolejna rozprawa z polską państwowością z lat 1945 -1989. Ci którzy służyli państwu polskiemu w tym okresie są warci potępienia a cała państwowość wymazana z kart polskiej historii – mówią od lat słowa i czyny prawicy, mówią dziś czyny i słowa obecnych włodarzy Polski. Jeżeli już tak, to bardzo proszę: oddajcie Panie i Panowie Prawdziwi Polacy wszystkie tytuły, stopnie naukowe, dyplomy, na których – o zgrozo! orzeł jest bez korony! Unieważnijcie wszystkie decyzje administracyjne i orzeczenia sądów gdyż orzeł wieńczący ich łańcuchy też nie był koronowany itd. Itp. Unieważnijcie reformę rolną i ogłoście Europie, że chętnie zrzekniecie się Ziem Zachodnich w zamian za wschodnie rubieże!

Milicja Obywatelska broniła zwykłych ludzi. Tak! Zwykłych ludzi – ulubionego podmiotu (a raczej przedmiotu) Pani Premier. Broniła przed chuliganami i złodziejami. Ale sprawiedliwości dziejowej – wbrew tromtadrackim okrzykom Pani Premier i innych – nie stało się jeszcze zadość. Skoro funkcjonariusze organów strzegących publicznego bezpieczeństwa Polski Ludowej są dzisiaj publicznie, pokazowo wręcz piętnowani, to konsekwentnie przestępców gospodarczych, których Milicja ścigała należy uznać za narodowych bohaterów. Wszak wyprowadzili z reżimowej kasy państwowej dużo więcej niż marne 80 mln zł.  Nie tylko należy ich uniewinnić, zatrzeć wyroki, ale również wypłacić należyte odszkodowania im lub spadkobiercom. Podobnie z tymi, którzy – nieważne – po pijaku, czy na trzeźwo – podnosili rękę na stróżów prawa. Tym, prócz uniewinnienia i odszkodowań  należy się status kombatancki. Inaczej  sprawiedliwość dziejowa się nie dopełni!

Z drugiej strony zdumiewają mnie i smucą wielce płacze, skomlenia wręcz typu: „ja chroniłem Lecha Kaczyńskiego…”, „ja pracowałem/ pracowałam tylko kilka miesięcy…”. Do diabła! Nie o to chodzi! Chodzi o godność takich jak wy: dzisiejsi policjanci, którzy ze szczerym zaangażowaniem, poświęceniem swojego zdrowia i życia chronili zwykłych ludzi. Gdyby jednym słowem chcieć określić bagienno-niskie, trącące politycznym sadyzmem działania PiS, to tym słowem jest PODŁOŚĆ.

Wypada też odnieść się do sprawy Piniora. Zaliczam się do grona tych osób, które byłyby wielce zaskoczone, gdyby postępowanie sądowe potwierdziło prokuratorskie zarzuty wobec Józefa. Po prostu nie ten typ człowieka. Ale trudno mi oprzeć się super oryginalnej refleksji, że historia toczy się kołem, a gdy się powtarza to jako farsa.  Mądrość ludowa nie była jednak na tyle mądra, aby powiedzieć w jakiej postaci pojawia się powracająca historia, jeżeli farsą była na starcie.

Józefa znam od 1990 r, kiedy to kierowałem młodą, wrocławską Socjaldemokracją i kiedy nawiązywaliśmy pierwsze kontakty z lewicą „Solidarności”. Józef z wąskim gronem koleżeńskim był dużo bardziej na lewo niż SdRP; ściśle współpracował wówczas z IV Międzynarodówką. A były to czasy, kiedy tzw. „moskiewska pożyczka SdRP” nie schodziła z pierwszych stron gazet i ust – również solidarnościowych polityków. Józef przekonywał, że ta afera jest czysto polityczną i chodzi w niej wyłącznie o dyskredytację Rakowskiego i SdRP. Należy bronić Rakowskiego – wykładał. – Nie chodzi o żadne pieniądze. „Takie pieniądze to my w Solidarności przepijaliśmy w pół roku” – twierdził i nawoływał do obrony SdRP-owskiego guru. Coś mi się wydaje, że w dzisiejszej „sprawie Piniora” też nie o pieniądze głównie chodzi. Ale jak mówią starożytni Francuzi: pożyjemy, zobaczymy.

Ogólniejsza refleksja z tej historii jest jednak taka, że prawdopodobnie ginie kategoria „zaufania do organów wymiaru sprawiedliwości” – jako całości. Oceny będą skwantyfikowane. Poszczególne prokuratury i sądy oceniane będą przez pryzmat pojedynczych spraw. Będzie ciekawie.

Wyobrazić niewyobrażalne

Wyżywanie się na rzeczywistości to dzisiaj łatwizna. Wykazywanie głupoty, niekompetencji, nieodpowiedzialności grupy trzymającej władzę nie wymaga zbytniego wysiłku.  Gdzie nie spojrzeć – tam sprawa, afera, odjazd zupełny. Istota polskiego problemu doby obecnej ma naturę dualną.  Z jednej strony to lawina tych wynaturzeń. Jedno spycha ze stron gazet czy monitorów komputerowych drugie, włazi drzwiami i oknami. Czy dzisiaj ktoś pyta o aferalne związki ministra Ziobry et consortes z defraudacją unijnych pieniędzy? Czy ktoś podnosi skandaliczną rozprawę szefostwa MON z generalicją, czy medialne praktyki „odbitej” TVP i Polskiego Radia, przy których programy informacyjne lat 80-tych jawią się jako szczyt obiektywizmu poruszają szersze kręgi społeczne?  Czy budzi się jakaś głębsza społeczna refleksja nad wyposażeniem IPN w nowe kompetencje – orzekania komu należy obniżyć legalnie nabyte świadczenia emerytalne, a komu nie? Chuligaństwo ministra sprawiedliwości i jego zastępców wobec sędziów, prokuratorów i adwokatów jest bezkarne. Społeczeństwo przytłoczone tym potokiem nieprawidłowości i nieprawości obojętnieje, traci wrażliwość. A przecież jeszcze kilka lat temu każda z takich afer z osobna trzęsła by rządzącym obozem.  Nie ulega wątpliwości, że PiS jest szkodnikiem, że na PiS-owską narrację nie może być zgody i czynić należy wszystko, aby ta ponura karta w polskiej historii zamknęła się jak najprędzej. Aby jednak tak się stało, nie wystarczy epatować się „numerami” obecnej władzy. Je trzeba oczywiście spisywać, śledzić, komentować – ale to nie wystarczy. Z lekcji, jaką wszystkim daje PiS wyciągać należy stosowne wnioski. A podstawowym jest ten, że działania PiS mają też ważną, pozytywną stronę.  Strona ta to zwrócenie się PiS do zapomnianej, zepchniętej na margines części polskiego społeczeństwa. Zwrócenie się do rodzin zadłużonych, bez perspektyw rozwoju, kształcenia dzieci, latami oczekujących na wizytę u specjalisty itp itd. Zwrócenie się do bezrobotnych i emerytów dla których dylemat: lekarsdtwo czy żywność jest codziennością. Jednym z efektów (wcale nie ubocznym) polskiej transformacji jest głębokie rozwarstwienie socjalne i społeczne. Patrząc w przeszłość liderów PiS nie mam złudzeń, że to zwrócenie się do wykluczonych, bądź zagrożonych wykluczeniem wynikało z zimnej kalkulacji politycznej. Było wynikiem chłodnej analizy słabych i mocnych punktów nurtu neoliberalnego  a nie wynikało z głębokich przekonań ideowych. Ale było. Oczywiście za dominację kursu neoliberalnego w polskiej polityce odpowiedzialność ponoszą siły polityczne wywodzące się z „Solidarności”, które forsując w 1989 r. Plan Balcerowicza zdradziły swoją bazę społeczną. Nie bez winy jest też lewica. Nie tyle nawet SdRP, ale głównie SLD dało się zwieść mirażom wyrównywania poziomu życia w Polsce w miarę rozwoju kapitalistycznej gospodarki. Bez aktywnej roli państwa okazało się to iluzją. SLD mniej lub bardziej świadomie przyjęła rolę, jaką przyjęli na siebie europejscy socjaliści: „socjalizowania” neoliberalnych pomysłów gospodarczych i ekonomicznych w miarę posiadanych możliwości parlamentarnych. Ma więc za co lewica skupiona wokół SLD bić się dzisiaj w piersi. Niech więc wyborczy sukces PiS będzie kubłem zimnej wody na głowy lewicowych liderów i skłoni ich do intensywnego, śmiałego kreślenia swojej, lewicowej wizji Polski XXI wieku. U źródeł każdego prawdziwego sukcesu politycznego leży zdolność wyobrażenia sobie tego, co na obecną chwilę dla otoczenia jest niewyobrażalne. Nie będzie to łatwe gdyż prezentowanie lewicowej propozycji porządku społecznego i gospodarczego zbiegnie się prawdopodobnie z finansową klapą PiS-owskiego programu powszechnego rozdawnictwa. Notowania SLD oscylują dzisiaj wokół progu 5%. Może się i tak zdarzyć, że bez specjalnego wysiłku, tylko na skutek przyspieszonego moralnego zużycia obecnej władzy SLD próg ten przekroczy i do Sejmu się wczołga. Ale czy  będzie to politycznym sukcesem SLD?

Ten kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera.

tekst o państwie polskim połowicznie satyryczny

Na gwałt potrzeba kasy na 500+ i inne programy więc walec społecznej sprawiedliwości wrzuca dwójkę. Projekt ustawy tzw dezubekizacyjnej (komputerowe słowniki nie znają jeszcze tego słowa – należy pilnie wyeliminować tą nieprawidłowość!) przewiduje kolejne w ostatnich latach obniżenie emerytur 32 tysiącom emerytów służb bezpieczeństwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, tym razem do średniej emerytury krajowej. Kolejnym krokiem – pewnie przed wyborami – będzie obniżenie ich do wartości ustawowo minimalnych. Powoli, nie wszystko od razu! Zemsta musi smakować długo! Oficjalnym uzasadnieniem, prócz konieczności dokonania dziejowego aktu społecznej sprawiedliwości jest to, że  około 1500 takich osób pobiera emerytury powyżej 6000 PLN. Skandal! Po regulacji statystyczny emeryt-ubek dostanie emeryturę niższą o około 1500 PLN. Za co? Ano za to, że bronił polskiego państwa. Tacy na przykład funkcjonariusze Straży Granicznej zamiast kwiatami witać szpiegów i przeprowadzać przemytników przez granicę z honorami, oni tej granicy, zgodnie ze złożonym ślubowaniem – strzegli! Słów potępienia brak. Bo jakże tu bronić PRL – państwa, które według dzisiejszych luminarzy polityki i obowiązujących współcześnie standardów ocen historycznych było chorym bękartem układów w Jałcie i w Poczdamie, i które w ogóle nie powinno istnieć i jako państwo de facto nie istniało! Kuriozalność tej ustawy z punktu widzenia generalnej zasady ochrony praw nabytych jest oczywista. Ale nie pierwsze to nad Wisłą kuriozum i z pewnością nie ostatnie. Rozum schowajmy do kieszeni, a najlepiej zakopmy w sekretnym miejscu w ogrodzie.

Coś mi się jednak wydaje, że wyskrobane w ten sposób 500 mln PLN nie uratuje nawet projektu 500+. Już teraz proponuję więc udoskonalenie ustawy. Dlaczego bowiem pominąć tych emerytów, którzy zmarli? Bronili przecież PRL-u i korzystali z emerytur: oni i ich rodziny. Należy więc w ustawie przewidzieć procedury rewindykacyjne wobec spadkobierców. W przeciwnym razie sprawiedliwość społeczna będzie wysoce ułomna: część emerytów z za grobu śmiać się będzie w kułak, że im się jednak udało! Czy to sprawiedliwe? Rodzina też korzystała z emerytur o społecznie niesprawiedliwej wysokości więc niech teraz płaci. Co miesiąc. Dla celów rewindykacyjnych uruchomić należy szybką ścieżkę sądową, na przykład w formie gminnych sądów ludowych, których wyroki nie będą podlegały zaskarżeniu. Tygodniowy kurs szkolenia dla sędziów takich sądów to aż nadto.

Ale i to dla budżetu będzie mało a gminne sądy ludowe szybko stracą zajęcie. Proponuję więc dalsze śmiałe kroki. Sprawiedliwość społeczna powinna objąć wszystkich członków PPR i PZPR oraz organizacji sojuszniczych. Im też należy obniżyć emerytury i to w stopniu daleko wyższym niż nieszczęsnym pracownikom jednostek Ministerstwa Obrony Narodowej. Wszak to oni byli solą reżimu i niech nie narzekają, niech się cieszą, że – póki co -nie wiszą na drzewach zamiast liści! PZPR-owcy mogą się niezdarnie zasłaniać jakimiś tam argumentami ideowymi, na przykład wolą walki o społeczną sprawiedliwość. Ich społeczna sprawiedliwość była z gruntu niesłuszna – nasza jest jedynie słuszna! Takich natomiast z ZSL-u, PAX-u, ChSS-u czy SD nic już nie tłumaczy. Ci uwiarygadniali reżim dla prywatnych korzyści. Obrzydliwość. Tych delikwentów uzbiera się (razem z pośmiertnie rewindykowanymi) dobrych kilka, a może i kilkanaście milionów a nie jakieś tam marne 30 tys.

W jeszcze dotkliwszy sposób ręka społecznej sprawiedliwości dosięgnąć powinna bezpartyjnych, którzy wspierali reżim pracując jako nauczyciele (reżimowi!), urzędnicy (reżimowi!), kierownicy domów kultury, szpitali itp, itd., a nawet stoczniowców, którzy, na przykład w Szczecinie,  podpisywali w 1980 r. porozumienia sierpniowe  pod transparentem: „Socjalizm TAK – wypaczenia – NIE!”. Tych jeszcze żyjących zdrajców w całości należy pozbawić emerytury i najlepiej powsadzać do więzienia. Że za mało więzień? Gdyby stosunki z Rosją były cieplejsze, to może udało by się nawet wydzierżawić na ten cel, za niewielką opłatą, część Syberii. Skoro Chińczykom się udało, to Polakom nie? I w ten sposób Polska będzie wreszcie dla Polaków. I w ten sposób wystarczy nie na 500 a na 5000+, a może i  więcej. To może uratować cały system emerytalny, gdyż taki akt dziejowej sprawiedliwości obejmie się jakieś 90% wszystkich emerytów. Przecież o to w końcu chodzi aby dziesięciu procentom  żyło się wreszcie sprawiedliwie!

Sacrum sprofanowane

Czy ludzie wyznający inną niż katolicka wiarę, agnostycy, ateiści powinni czuć się w Polsce zagrożeni? To pytanie jest retoryczne. Powinni. Maja wszelkie ku temu powody. Postulując deportacje imigrantów, którzy  w specjalnych oświadczeniach nie wyznają światopoglądu katolickiego Pani posłanka Pielucha wyszła przed szereg. Jej, jeszcze niedawno nie do pomyślenia, postulat nie spotkał się z jednoznacznym potępieniem ze strony grupy sprawującej w Polsce władzę. Kilka bąknięć o niezręczności wypowiedzi. I można by się z tym zgodzić, gdyby nie to, że wkrótce potem państwo nasze zmieniło radykalnie swój charakter. Z konstytucyjnej Rzeczypospolitej stało się monarchią. Król zmarł wprawdzie ponad dwa tysiące lat temu, ale są na Ziemi jego urzędnicy, ogłaszający się jego przedstawicielami. Będą królować w jego imieniu i na jego odpowiedzialność. Pytanie zasadnicze to: z jakich powodów dokonał się Akt Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana proklamowany w kościołach całej Polski 20. listopada 2016 r? W jakim celu? Przecież już dzisiaj Polska jest, na tle Europy, krajem superkatolickim. Odpowiedź może być tylko jedna: proklamowanie tego aktu stanowić ma fundament dla dalszej ekspansji Kościoła zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej. Społeczeństwo, zwłaszcza młode pokolenia, szybko się w Polsce laicyzuje. Kościół to dostrzega i uchronić chce Polskę przed „zgnilizną zachodniej Europy”. Nie było też lepszej okazji do przeprowadzenia takiego aktu. Obecna władza państwowa w pełni zawdzięcza swoją pozycję Kościołowi  pora więc na rentę z inwestycji, tym bardziej, że potulna wobec Kościoła władza widocznie grzęźnie we wprowadzaniu „dobrych zmian” wszędzie, gdzie padnie jej wzrok, czyli jak w lotto: na chybił-trafił. Prędzej czy później musi się więc ten pociąg wykoleić – trzeba egzekwować rentę z inwestycji póki czas i okoliczności sprzyjają.

Uroczystości w Lednicy nie były wydarzeniem li tylko kościelnym. To był akt kościelno-państwowy, firmowany przez najważniejsze w państwie urzędy i czołowych polityków. A i sam akt nie jest czysto religijnym. Jego sygnatariusze wołają przecież o panowanie nowego króla „w szkołach i uczelniach, środkach masowej komunikacji, urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku”. Najbardziej złowrogi jest jednak następujący passus: „Pokornie poddajemy się Twemu panowaniu i Twemu Prawu. Zobowiązujemy się porządkować całe nasze życie osobiste rodzinne i narodowe (podkreślenie JU) według Twojego prawa”.  A któż to ma interpretować „Jego prawo”, rozstrzygać, co jest, a co nie jest z nim zgodne? Przecież nie On sam. Tej trudnej roli ochoczo podejmą się więc Jego urzędnicy, uzurpujący sobie  pozycję Jego przedstawicieli.

Prezydent, premier, czołowi urzędnicy, politycy „pokornie poddający się Jego prawom…” to obraza polskiej Konstytucji. Całej Konstytucji, a szczególnie jej Art.25, którego ustęp 2 głosi: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”. Skoro publicznie, przy biciu w dzwony kpi się z jednego z najważniejszych postanowień konstytucji państwa, to znaczy, że pozostałe tym bardziej są zagrożone, jak na przykład Art. 32: „1. Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. 2. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. Są zagrożone gdyż uroczysty Akt Przyjęcia stanowić może doskonałą legitymizację sprzecznych z Konstytucją i innymi ustawami działań różnych nadgorliwców w „uczelniach, urzędach, miejscach pracy, służby i odpoczynku”. Obecna władza Konstytucji zdaje się nie uznawać, choć ślubowała jej wierność i obronę. Dlaczego mieliby być jej wierni zwykli prostaczkowie? Przykład idzie z góry. Chociaż nie wiem co powiedzieliby Prezydent, Premier, którzy jeszcze choć trochę liczyć się muszą z międzynarodową opinią, to najgroźniejsi będą wszelkiej maści fanatycy katoliccy, którzy właśnie łapią wiatr w żagle. Nikt nad nim i nie zapanuje. Posłanka Pielucha – obym się mylił -to tylko wierzchołek lodowej góry. Ona tylko wyrwała się przed szereg, z nadgorliwości pospieszyła się odrobinę.

Tymczasem od roku w piłkarskiej klasie C gra drużyna Dynamo Wrocław. Zawodnikami są wyłącznie Ukraińcy. Życzę im sukcesów. Kluby sportowe, stowarzyszenia społeczne,  kulturalne, związki wyznaniowe, media – to naturalna konsekwencja nieuchronnego procesu mieszania się ras, kultur, wyznań. Działania polskich władz takie jak sygnowanie Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana nie przygotowują kraju na nowe, nieuchronne wyzwania. Wręcz przeciwnie – tworzą realne zarzewie nowych, poważnych konfliktów wewnętrznych. Jedynym modelem państwa, dającym szansę na rozpoznawanie takich niebezpieczeństw i zapobieganie im jest państwo laickie, działające według Art. 25 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Zamiast doskonalić model państwa laickiego, ukształtowany na przykład we Francji, polskie elity pchają kraj i Naród w otchłanie średniowiecza. Nie ma to nic wspólnego ze współczesnym rozumieniem religii, jej miejsca i znaczenia we współczesnym świecie. Czyniąc z Polski państwo wyznaniowe dokonano aktu profanacji sacrum.

 

P.S. W czasie drugiej wojny światowej chorwaccy ustasze nawracali „niewiernych” Serbów między innymi w ten sposób, że wpychali im do gardła bagnet. Nieszczęśnik miał dwa wyjścia: przyjąć prawdziwą wiarę (za dodatkową opłatą) lub zginąć. Pani Pielucha o tym pewnie nie wie. Gdyby wiedziała, to zapewne postępowała by inaczej. Zapewne.

Kongres lewicy

Uczestniczyłem w II Kongresie Polskiej Lewicy. Jadąc do Warszawy zorientować się chciałem w kondycji lewicy polskiej, jej zdolności do skutecznego powrotu na scenę polityczną. Powrót lewicy do parlamentu jest ważny nie tylko dla mnie, ale dla całego kraju. W świetle cywilizacyjnych wyzwań, jakie stają przed Polską i Europą jasnym jest dla mnie, że żadna z obecnie największych sił politycznych, a więc PO i PiS nie są w stanie przeprowadzić nasz kraj przez mgły jutra. PO dlatego, że to ona w głównej mierze ponosi odpowiedzialność za dojście PiS do władzy i obecny rozkład państwa. Rujnowanie polskiego państwa zaczęło się po panowaniem tej właśnie organizacji. Kultowa „kamieni kupa” okazała się prorocza. Na dodatek PO nie przedstawia sobą dzisiaj nic poza urażonymi ambicjami i żądzą powetowania sobie dotkliwych porażek wyborczych. Na dodatek jest głęboko podzielona. O PiS pisać nie chcę, poza tym, że jest to choroba Polski i oby trwała jak najkrócej, a spustoszenia w organizmie państwa i w społeczeństwie oby były jak najmniejsze.

To tylko doraźne uzasadnienia powrotu lewicy do realnej polityki. Dostrzegam i inne, dużo głębsze. Uważam otóż, że we współczesnym świecie szarpanym coraz to nowymi konwulsjami, tylko lewicowa myśl polityczna jest w stanie dać nadzieję na pomyślną przyszłość nie tylko Polaków, ale Europejczyków w całości. Ale to temat na osobne opowiadanie.

Powracając do Kongresu. Ogólne wrażenie bardzo pozytywne. Kilkadziesiąt partii i organizacji społecznych pod jednym dachem, dobra, merytoryczna dyskusja, wspólne stanowisko w najważniejszych kwestiach – to buduje. Czarzasty, Rozenek, Gorski razem – budujące.  Patronat – nie tylko medialny, ale i osobowy – Partii Europejskich Socjalistów, telebimowe przesłania Kwaśniewskiego, Belki i Schulza, bardzo dobra atmosfera, czy wreszcie zapowiedź powołania Rady Dialogu i Porozumienia Lewicy, to dobry prognostyk na przyszłość. Organizatorzy zachwyceni byli frekwencją, która przerosła ich oczekiwania znacznie. I tutaj pierwsza uwaga. Kongres organizowany był na zasadach pospolitego ruszenia, bez wcześniejszej uprzedniej rejestracji i bez rejestracji wchodzących do sal Stadionu Narodowego. Fakt, że uczestników było ponad dwa razy więcej niż zakładano, że główna sala kongresowa była zdecydowanie za mała można od biedy interpretować jako wzrost społecznego potencjału lewicy, ale łatwo tu o nadinterpretację i popadnięciem w euforię, przed czym należy przestrzegać.

A teraz do meritum, bez silenia się na szczegółową relację, skupiając się na najważniejszych moim zdaniem elementach. Wrażenie zrobiła na mnie obecność i wystąpienie przewodniczącego Rady Naczelnej  Polskiej Partii Socjalistycznej BOGDANA Gorskiego. Historyczne relacje pomiędzy KPP, PPR i PZPR a PPS układały się różnie, zazwyczaj nie najlepiej, czasami wręcz wrogo. Może więc wobec ekstremalnych zagrożeń warto uznać chwilę obecną za właściwą dla dokonania historycznego aktu zjednoczenia polskich socjalistów? Gorski podkreślił, że zdaniem PPS konflikt pomiędzy kapitałem a robotnikiem jest we współczesnych czasach jak najbardziej aktualny. Kapitalizm reprezentowany jest przez korporacje, a robotnikami ludzie, często informatycy pracujący w tych korporacjach. Gorski – co najważniejsze – otwarty był na tendencje porozumienia na lewej stronie sceny politycznej.

Gorski sformułował kilka tematów, których podjęcie niezbędne jest do porozumienia na lewicy. Wśród nich wymienił konieczność udzielenia odpowiedzi na pytanie w jaki sposób powinno nastąpić rozliczenie się lewicy ze swoją historią oraz jaką wizję państwa ma polska lewica. Kongres to również kuluary. A w kuluarach prof. Czajkowski proponuje, aby SLD wstąpiło do PPS i w ten sposób rozwiązało wiele problemów. Ciekawe.

Ciekawe było też wystąpienie Sekretarza Generalnego SLD Krzysztofa Gawkowskiego, w którym starał się wyartykułować podstawowe współczesne problemy państwa i lewicy. Tutaj jednak mam poważną uwagę krytyczną. Gawkowski stwierdził, że „lewica nie chce walczyć z wiarą, ale będzie  piętnować patologie”. Czyżby SLD pogodziło się z ubrankiem „walczącego z wiarą” i teraz tylko deklaruje, że tak brzydko postępować nie będzie?! Przecież nie oto chodzi! Lewica w sposób jednoznaczny postulować MUSI laicki charakter państwa. Laicki, to nie znaczy wymierzony przeciwko wierze – wręcz przeciwnie. Państwo laickie to takie, które z całą powagą traktuje wyznaniowe potrzeby obywateli i zapewnia warunki do zaspokajania tych potrzeb niezależnie od wyznania. Ale to też państwo, w którym religijne struktury nie angażują się do polityki. Jestem przekonany, że gdyby Jezus żył we współczesnych czasach, to nie kupców, ale polityków właśnie pogoniłby ze świątyń! Niestety, postulat taki nie znalazł się w wystąpieniu jednego z SLD-owskich liderów, ani też w jego książce „Obudzić państwo”, która kolportowana była podczas Kongresu. To musi poważnie niepokoić. Tylko laickie państwo może tworzyć nadzieję na minimalizowanie konfliktów w epoce intensywnego mieszania się kultur i wyznań w Europie. Budowanie murów i zasieków wokół starego kontynentu nie jest żadnym rozwiązaniem.

Największe wrażenie zrobiło na mnie plenarne wystąpienie dr Ani Skrzypczak, byłej Sekretarz Generalnej Młodzieżówki Partii Europejskich Socjalistów, a obecnie reprezentująca Europejską Fundację Badań Postępowych. Bardzo spodobało mi się podejście Pani Skrzypczak do problemów lewicy polskiej i europejskiej. Podkreślała ona w szczególności konieczność porzucenia przeszłości, a zwłaszcza tradycyjnych metod społecznej komunikacji. Warto zwrócić uwagę na tą osobę. Jej erudycja, logika i dyscyplina w przekazywaniu treści, świeżość spojrzenia, wszystko to pozwala mieć nadzieję na  jej dalszą karierę polityczną.

Niestety, największego niedosytu doznałem przysłuchując się panelowi „Europa przyszłości”. Chociaż moderator dr  Ireneusz Bil wychodził z siebie, to jednak paneliści nie byli w stanie udzielić konkretnej odpowiedzi na moje pytanie: jaką wizję Europy przyszłości ma Partia Europejskich Socjalistów a jakie Polska lewica. Jakie postulaty pod adresem Europy przyszłości formułuje europejska lewica?. Okazało się , że obydwie wizje są takie same – czyli żadne. Stanowisko PES, potwierdzone później w wystąpieniu plenarnym przewodniczący frakcji Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów reprezentującej PES w Parlamencie Europejskim. Aktywność PES sprowadza się do „socjalizacji globalizacji” i wpływania na „socjalizację” projektów unijnych. Uczestnicząca w panelu Anna Skrzypczak wyznała szczerze: „Mamy dwa lata aby takie postulaty wypracować”. To nie wygląda dobrze. Okazuje się, że europejska lewica samoogranicza swoją rolę do roli wyznaczonej przez ugrupowania reprezentujące kapitał to jest do sypania lewicowego pudru na prawicowe rozwiązania.

A tymczasem walka o przyszłość  Europy już się toczy. Jarosław Kaczyński kreuje się przecież na pierwszego Europejczyka, z tym jednakże, że jego Europa, to nie ta Europa, która jest. Kaczyński swoją wizję Europy dawno określił jako Europy opartej na „tradycyjnych wartościach”, a więc ze stolicą nie w Brukseli ale w Watykanie. Więcej, Kaczyński wyznaczył misjonarską rolę Polski w tym zbożnym dziele. Twórczym rozwinięciem tez prezesa są publiczne występy posłanki Pieluchy, postulującej już dziś deportacje wszelkiej maści niekatolików z kraju. A lewica? Skoro mamy tylko dwa lata, to nie marnujmy czasu. Otwieram więc na łamach mojego skromnego bloga na debatę o lewicowych postulatach pod adresem Unii Europejskiej jutra. Na początek i na rozgrzewkę proponuję następujące.

  1. Unia Europejska zjednoczona politycznie, monetarnie, fiskalnie i militarnie.
  2. Unia Europejska bez granic wewnętrznych.
  3. Karta Praw Podstawowych integralną częścią Traktatu.
  4. Unia Europejska miejscem do godnego życia młodzieży, pracujących i seniorów.
  5. Unia Europejska organizacją laicką.

 

Ciekawy jestem jakie propozycje wpłyną.