Nasze pieniądze na ulicy

Zdarzyło się otóż, że w poniedziałek i wtorek bawiłem w stolicy. Zupełnie przypadkowo trafiłem na inaugurację nowego, warszawskiego dwutygodnika „Warszawski Wieczór”. Ładny – prawda? Pismo wydane na półkredowym papierze, z doskonałymi technicznie fotografiami. Polityczna proweniencja jednoznaczna: kolejne pismo grupy trzymającej w Polsce władzę. Głównymi bohaterami numeru są ministrowie Jaki i Morawiecki (niemal na co drugiej stronie) a  tytuły artykułów mówią same za siebie.

Inauguracja była dosyć osobliwa. Na ławkach wokół Pałacu Kultury i Nauki leżały otóż dosłownie sterty nowiutkich egzemplarzy numeru 01/2017 czasopisma rozwiewanych przez  wiatr. Widok żałosny. Najprawdopodobniej wobec nikłego zainteresowania kolporterzy ułatwili sobie pracę skutecznie zaśmiecając centrum stolicy. Nachalna, przebogata propaganda PiS zaczyna się dławić nadmiarem pieniędzy. To już nie jest przejedzenie, to objawy niestrawności.

I niech by sobie PiS wydawał co chce, ale za własne, uczciwie zebrane pieniądze. Tymczasem już z samej okładki widać, że głównymi sponsorami pisma są znane spółki Skarbu Państwa: PKP i Poczta Polska. W środku również ogłoszenia, a jakże:  Wytwórni Papierów Wartościowych, PZU, LOTOS-u i innych. Szeroki strumień naszych pieniędzy wypłynął na warszawski bruk.

Ileż to było zaklęć, że dosyć już dojenia spółek skarbu państwa przez partie polityczne, że dobra zmiana wszystko uleczy i naprawi. Właśnie naprawia – kosztem wszystkich klientów kolei, poczty, stacji benzynowych. Patrzcie i podziwiajcie.

 

Uzda na samorząd terytorialny

Zupełnie bez echa przeszła przez media nowelizacja ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych. A szkoda – gdyż w całym tym procesie legislacyjnym, jak w soczewce, ogniskuje się polska rzeczywistość polityczna.

Zacząć należy od tego, że dyscyplinie finansowej samorządów terytorialnych od dawna należała się uwaga, przede wszystkim Parlamentu. Parlamentu, gdyż ustrojowe kwestie samorządowe pomieszczone są w Konstytucji RP zaraz po regulacjach dotyczących Sejmu i Senatu a daleko przed Premierem i  Radą Ministrów. Wysoka ranga ustrojowa, jaką samorządom nadała konstytucja to jedno, a nieprawidłowości samorządowych finansach – drugie.  Słabościami samorządowych finansów to nierzadkie przypadki kreatywnej księgowości, zmierzającej do ukrycia rzeczywistego poziomu zadłużenia. Często iluzoryczna jest kontrola egzekutywy (zarządu jednostki) przez organ przedstawicielski. Skutecznie udało się też lobby samorządowemu zlikwidować resztki niezależności wewnętrznego audytora większych samorządów.

To, że Sejm i Senat nie bardzo kwapiły się do dogłębnego zajęcia się problemami efektywności nadzoru rio nad samorządowymi finansami, obciąża moim zdaniem przede wszystkim sejmową Komisję Kontroli Państwowej. To ta komisja, która z ramienia Sejmu czuwać powinna nad prawidłowy funkcjonowaniem SYSTEMU kontroli w państwie w pierwszej kolejności zająć się tym problemem i formułować stosowne wnioski legislacyjne. Wyszło jak wszystko, czego nowa władza się dotknęła: zmiany były konieczne, ale konieczność tych zmian wykorzystano do celów politycznych, głównie do nałożenia na samorządy pisowskiej uzdy rozmijając się z problemami zasadniczymi i w sumie psując system kontroli władzy publicznej w Polsce.

Uchwalona przez Sejm ustawa o zmianie ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych jest rewolucyjna  nie tylko z punktu widzenia systemu kontroli w państwie, ale również, a może przede wszystkim, dla relacji rząd – samorząd terytorialny. Nie wchodząc w szczegóły najważniejsze zmiany są następujące.

  1. Ustawa czyni z rio, ustawowego organu kontroli państwowej, instytucję de facto rządową. Poprzez rio rząd (minister administracji) sprawować będzie bieżący nadzór nad działalnością samorządów. To czyni tę nowelę największą zmianą ustrojową w zakresie władzy publicznej od 2015r.
  2. rio uzyskały nowe kompetencje kontrolne (ocena według kryterium gospodarności), większe nawet niż NIK (ocena według kryterium celowości). Powiększono również zakres podmiotowy kontroli rio.
  3. Ustawa stwarza możliwości powoływania tzw. „zespołów zamiejscowych rio”, a skoro taką możliwość przewidziano, to z pewnością delegatury rio „w terenie” powstaną.
  4. Przyznano możliwość przeprowadzania kontroli doraźnych „jeżeli zajdzie taka potrzeba”.
  5. Ciekawie brzmi nowy przepis art. 9 ustawy : „6. W przypadku niezawiadomienia izby o wykonaniu wniosków lub nieprzedstawienia uzasadnionych przyczyn ich niewykonania w terminie, o którym mowa w ust. 3, prezes izby może zawiadomić właściwy organ sprawujący nadzór nad kontrolowaną jednostką.” Takiego uprawnienia nie ma nawet Najwyższa Izba Kontroli. W ten sposób RIO wyręcza administrację wojewody w obowiązkach nadzorczych wobec samorządów. Określenie „może zawiadomić” – bez komentarza.
  6. Skasowano kolegialny tryb wyłaniania prezesa rio. Prezesa, oraz członków kolegium izb powoływać będzie Premier na wniosek ministra właściwego do spraw administracji publicznej.
  7. Kadencja urzędujących prezesów, ich zastępców i członków kolegiów ustaje z chwilą wejścia w życie noweli ustawy.

To w zarysie tylko najważniejsze zmiany. Ciekawy był sam proces legislacyjny. Projekt rządowy uzgodniono na Komisji Wspólnej Rządu i Samorządów, ale najważniejsze zmiany wprowadzono w Sejmie jako inicjatywy poselskie. Wołania samorządowców o konieczności powrotu do uzgodnień wobec tak poważnych zmian pozostały „na puszczy”. Mówiąc krótko: zrobiono samorządy w konia.

Jedyną pozytywną, entuzjastyczną wręcz opinię wystawił Narodowy Instytut Samorządu Terytorialnego. Instytut ten utworzony został przez Platformę Obywatelską we wrześniu 2015r (na minutę przed wyborami), ale pierwszego prezesa Instytutu powołał już Minister Błaszczak w lutym 2016r. Bardzo ciekawie zapowiada się więc współpraca pomiędzy INST a samorządami. Póki co Instytut potwierdził swoją rolę „pisowskiej pały na samorządy”.

W całym procesie legislacyjnym nie uczestniczyła Najwyższa Izba Kontroli, chociaż nowela poważnie zmienia system kontroli państwowej, a NIK jest „naczelnym organem” tej kontroli. Nowe kompetencje RIO muszą doprowadzić do pomniejszenia znaczenia NIK w obszarze samorządowym. Bierność NIK w tej sytuacji jest dla mnie zastanawiająca. Być może też ćwiczenia z ustawą o rio były prologiem do podobnych działań wobec NIK.

Nowela nie stwarza warunków do usunięcia największego mankamentu działania regionalnych izb obrachunkowych, a mianowicie do ujednolicania orzecznictwa izb. 16 izb, z których każda odmiennie interpretować może przepisy i nowe kryteria kontroli – chaos się pogłębi. Mało tego. Nieunikniony jest konflikt pomiędzy NIK a każdą z RIO, która we własnym zakresie definiować będzie „kryterium gospodarności”.

I wreszcie na koniec. Skoro intencją ustawy było umocnienie dyscypliny finansów publicznych, to kompetencje nadzorcze nad RIO należało wyjąć z ministerstwa administracji i powierzyć je ministrowi finansów. Wówczas szanse na ujednolicenie kryteriów kontroli byłyby większe. Należało również powrócić do rozwiązań czyniących wewnętrznych audytorów samorządów niezależnymi od prezydentów miast. Ale widocznie nie o to chodziło.

Nowela ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych wpisuje się w ciąg działań przygotowujących PiS do pełnego opanowania samorządów. Jeżeli nie zdobycia władzy samorządowej to  otoczenia niepisowskich samorządów  pisowskim nadzorem. Teczki z kandydatami na prezesów, ich zastępców i członków kolegiów leżą już pewnie na biurku ministra Błaszczaka.

 

DWIE TRZECIE

Przeglądając stare zapiski znalazłem taki z listopada 2015. Przytoczę in extenso, bez komentarza.

DRAMAT

Dawno nie pisałem. Dla siebie. Do szuflady. Ale nie mogę dopuścić do tego, aby dzisiejsze moje myśli gdzieś  uciekły – bez śladu. Jest więc 4. listopada 2015 r. Po historycznych wyborach parlamentarnych, które pogrzebały lewicę, i które absolutną władzę podarowały na tacy oszołomom, za którymi opowiedziało się niespełna 20% obywateli TEGO kraju. Przed nami lata jasełek, rozliczeń, poniewierania historią i ludźmi. Ale nie to mną dzisiaj wstrząsnęło.

Poproszono mnie, abym jako wiceprezes NIK spotkał się z grupę licealistów odwiedzających Izbę. Miałem im „coś” powiedzieć, przed dwugodzinną, nudna prezentacją w Power Point, którą przygotowała na takie okoliczności Pani Jola  – pracownik Izby, desygnowanym do organizowanie takich szkolnych wizyt w NIK. Przed spotkaniem Pani Jola przedstawiła mi jakieś młode, nieznane mi dziewczę jako swoją asystentkę. To ja – wiceprezes NIK – mam tyle samo asystentów, co Pani Jola organizująca lekcje dydaktyczne w Najwyższej Izbie Kontroli dla młodzieży szkół wszelakich. Ta Izba musi zginąć!

A więc miałem być „ciekawostką przyrodniczą” spotkania.

Grupa licealistów jednego z warszawskich liceów prezentowała się bardzo dobrze. Inteligentne twarze, żywe spojrzenia. Było ich około 40-tu. Swoje „kilka słów” zamieniłem na prawie godzinny wykład o istocie, historii i głównych zadaniach najwyższych organów kontrolnych w państwach demokratycznych. Nie chwaląc się ani na jotę byłem dobry. W pełni panowałem nad salą. Każdy, kto występuje publicznie od razu potrafi ocenić, czy sala „jest jego” czy nie. Ta sala  dzisiaj była moja. Słuchano mnie bardzo uważnie, robiono notatki. Żadnych szmerów, pokątnych, pobocznych rozmów. Może poza dwiema dziewczynami, które, czy to z braku wychowania, czy też z głodu, wyraźnie cos przeżuwały. Widocznie zapatrzyły się na panią poseł, która nie tak dawno, na sejmowej Sali urządziła sobie wielkie żarcie podczas obrad „wysokiej izby”.

W trakcie wykładu, w pewnym momencie rozwinąłem temat opresyjnego i audytorskiego charakteru NIK. Chciałem przeprowadzić pewien test, ale żeby go trochę „podrasować” nie omieszkałem pochwalić się, że to ja miałem ten zaszczyt prezentować w 1994r. w Sejmie projekt ustrojowej ustawy o NIK zmieniający jej charakter z opresyjnego na audytorski właśnie. Przedstawiłem dwa modele: miniony, z okresu PRL, w którym realizacja wniosków pokontrolnych NIK była obowiązkowa z mocy prawa, w tym wniosków personalnych i współczesny, właściwy państwom demokratycznym, gdzie kontrolowany zobowiązany jest tylko do poinformowania Izby o sposobie wykorzystania uwag i wniosków pokontrolnych, a egzekwowanie realizacji wniosków należy do organów nadzorczych kontrolowanej instytucji. Po czym zapytałem się, który model ich zdaniem jest lepszy.  2/3 słuchaczy – w tym pani Jola (sic!) głosowało za modelem pierwszym, opresyjnym, „KOMUNISTYCZNYM”! Podjąłem walkę. Powróciłem do podstaw ustroju demokratycznego, do konieczności rozdziału władzy ustawodawczej, wykonawczej sądowniczej i niezależnej zewnętrznej kontroli. Wskazywałem na to, że rozwiązanie przez młodych ludzi preferowane zamazuje kwestię odpowiedzialności władz różnych szczebli za podejmowane decyzje, znakomicie utrudnia rozliczalność władz publicznych przed społeczeństwem, itd., itp.

Odpowiadając, w zamiarze konstruktywnie, jeden z młodych, acz już pełnoletnich uczniów zupełnie poważnie podsunął proste jego zdaniem rozwiązanie: niech prezes NIK będzie ministrem w rządzie! Oczywiście podjąłem nim zdecydowaną polemikę, ale czy przekonałem audytorium? Pewności nie mam. I tutaj właśnie zaczyna się dramat. Mój dramat. Dotarło do mnie z całą brutalnością to, że szczytne idee demokracji, społeczeństwa obywatelskiego, są całkowicie obce młodym pokoleniom Oni nie tylko nic nie wiedzą o demokracji. Oni nie chcą wiedzieć! Ironii losu dopełnia fakt, że młodzi przedstawili się jako klasa o profilu historyczno –prawniczym! ZGROZA! Jeśli nawet mogę zrozumieć wpływy globalizacji, Internetu, powszechnego egoizmu, to jednak nie mogę zrozumieć co robią w takim liceum nauczyciele! Jak oni się dzisiaj czuli?! Chyba, że też im nie zależy na demokracji. To do k…y nędzy komu ma zależeć? Mnie?! Staremu „komuchowi”?!

Dzisiaj uświadomiłem sobie, że drzwi dla totalitaryzmu w Polsce już stoją otworem. A my – starzyki – wiemy dobrze, że totalitaryzmowi nie trzeba drzwi otwierać. Wystarczy je nieco tylko uchylić….

Uświadomiłem sobie coś jeszcze. To mianowicie, że los przyczepił mi na plecach dużą, czerwoną latarnię. Wyprowadzałem sztandar PZPR, grzebałem Polskę ludową, na moich oczach rozsypała się lewica. A teraz wygląda jeszcze na to, że moje pokolenie zgasi prawdopodobnie światło w pokojach „demokracja” i „społeczeństwo obywatelskie”. DRAMAT.

Warszawa. 4.listopada 2015r.

Skok na nasze pieniądze

Na swojej stronie internetowej Bankowy Fundusz Gwarancyjny prezentuje  różnego rodzaju raporty. Najświeższy raport dotyczący  wypłacanych w ramach bankowych gwarancji kwot sprawozdaje za rok 2015. Oto kilka wyimków.

1.W latach 1995 (początek BFG) – 2015 Fundusz wypłacił gwarancje klientom 5 banków komercyjnych, 90 banków spółdzielczych i 2 SKOK-ów.

  1. Do 2000 r. Fundusz wypłacił gwarancje klientom 5 banków komercyjnych i 98 banków spółdzielczych. W latach 2000 – 2015 Fundusz wypłacił gwarancje klientom 2 banków spółdzielczych i 2 SKOK-om.
  2. W latach 1995 – 2015 BFG wypłacił ogółem kwotę 2851,4 mln zł dla 352 tys klientów banków, oraz kwotę 3063,9 mln zł dla 119,5 tys klientów 2 SKOK-ów.
  3. Wewnętrzny fundusz gwarancyjny SKOK-ów partycypował w tej kwocie kwotą 53,5 mln. zł co stanowi 1,7% ogólnej kwoty gwarancji wypłaconych klientom kas.
  4. Statystycznie BFG wypłacił średnio 8tys. zł klientowi banków komercyjnych i 25 tys. klientowi SKOK.

Na stronie BFG pomieszczono jeszcze raportu za 2016 r. Wiadomo już jednak, że na dzień dzisiejszy klientom upadłych SKOK wypłacono prawie 5 md zł.

Wiadomo również, że na dzień dzisiejszy upadło ogółem 9 SKOK-ów a w kolejnych 6 działa zarząd komisaryczny. Jednak zdaniem Ministerstwa Finansów i KNF  „sytuacja w SKOK-ach jest zróżnicowana i nie należy jej uogólniać”. Właśnie, że należy uogólniać i należy wskazać twórców i beneficjentów tego mega-przekrętu, za który płacą wszyscy klienci polskich banków.

SKOK długo opierały się przed objęciem ich działalności nadzorem KNF. Nastąpiło to dopiero w 2012r, dzięki nowelizacji ustawy o nadzorze finansowym. Tak się jednak dziwnie złożyło, że uchwalając tą nowelę koalicja PO – PSL zapomniała (?) obwarować wprowadzenie nadzoru KNF i związanego z tym objęciem SKOK-ów Bankowym Funduszem Gwarancyjnym zewnętrznym audytem kas. Chociaż już wówczas pełno było doniesień medialnych o dziwnych operacjach finansowych koncernu SKOK. Czy nie było więc tak, że ośrodki decyzyjne koncernu SKOK już wówczas świadome było nieuchronności upadku przynajmniej niektórych z nich i ochoczo przystąpiło do BFG dla zwrotu kasy?

I od 2014 r. się posypało! Wszyscy teraz  płacimy za SKOK-i jak za zboże, a końca nie widać!

Afera Amber Gold dotknęła około 19 tys. Polaków. Za aferę SKOK, za którymi stali czołowi politycy PiS Prezydenta RP nie wyłączając, płacimy my wszyscy – klienci banków komercyjnych.  Dlatego niezbędna jest parlamentarna komisja śledcza. Ale oczywiście nie w tej kadencji, gdyż nie ma co liczyć na to, że PiS pójdzie w ślady SLD w przypadku afery Rywina i ustąpi miejsca w komisji opozycji.

P.S. W mediach spotkać można ostatnio wiele doniesień o zamiarach PiS złagodzenia form nadzoru KNF nad SKOK.

Popieram Prezydenta Macron

Popieram Prezydenta Macron dlatego, że odważnie stanął w obronie europejskich wartości, które są i moimi wartościami, a które tak ostentacyjnie i z zapamiętaniem deptane są przez elity przejściowo kierujące krajem.

Stało się to, co przewidywałem i przed czym przestrzegałem w wielu moich poprzednich wpisach: Europa upomina się o respektowanie swoich wartości. Najpierw włoski wiceminister odpowiedzialny za integrację europejską, a teraz nowy Prezydent Francji powiedzieli: „Dość! Albo – albo!” Europa ma dosyć Polski i innych krajów z naszego otoczenia, które Unię Europejską traktują jak dojną krowę, lub, jak to określił Macron, jak supermarket. Albo razem, albo osobno. Postawa Macron, który teraz jest politykiem Nr 1 Europy, jest w pełni zrozumiała, uzasadniona a w sumie może yć dla \polski bardzo korzystna. Może, ale nie musi.

Polscy przywódcy, głównie ci z PiS ale też i niektórzy z PO wielokrotnie demonstrowali swój dystans do wartości, które legły u podstaw zjednoczonej Europy. Zwłaszcza politycy PiS dramatycznie źle przysłużyli się strategicznym interesom naszego kraju czyniąc z prób grania na nosie Unii Europejskiej jednym z głównych filarów wsparcia swojego elektoratu. Zakładali, że „Europa się nie odważy!’, że „Europa nic nam zrobić nie może!”, że to my (Szydło, Duda, Waszczykowski i inni) trzęsiemy Europą i rozdajemy karty. Czar prysł, mleko się rozlało.

Z dwuletniego starcia z Unią Europejską, po wielu potyczkach i bitwach, od Komisji Weneckiej po „przejściową konstytucję” wychodzimy jako państwo ośmieszeni. Wspaniałą ilustracją jest tutaj ingerowanie w wybory prezydenckie polskiego rządu przez współne fotografowanie się polskiego ministra spraw zagranicznych z kandydatka francuskich nacjonalistów  na prfezydenta Francji, aby po zwycięstwie Macron wspaniałomyślnie zaproponować mu, ustami tegoż ministra, „wyzerowanie relacji”. No to mają odpowiedź. Błazenada i kompromitacja Polski na całej linii.

Znamienna będzie w tym kontekście stanowisko Kanclerz Merkel. Z jednej strony pojawi się pokusa przybrania togi „adwokata polskich spraw”, ale z drugiej trudno wyzbyć się będzie kandydatce Merkel świadomości, że między innymi taka właśnie fala obrony europejskich wartości i sprzeciwu wobec „polskich zdrajców”, wyniosła Macron do władzy i pogrążyła francuskich nacjonalistów. Nie wydaje mi się jednak prawdopodobne, aby Merkel chciała zburzyć podstawy Unii na rzecz Jarosława Kaczyńskiego.

Oświadczenie Macron, które jest wyrazem opinii wielu europejskich polityków, mieć będzie dla Polski bardzo duże znaczenie. Być może jest to ostatnia szansa dla polskiego społeczeństwa, aby upomniało się o respektowanie przez rządzących jego zdania. Polski paradoks polega i na tym, że mając najbardziej antyeuropejski rząd, Prezydenta, Parlament, Polacy są narodem prezentującym największe poparcie dla Unii Europejskiej. Czy wystarczy sił i determinacji temu społeczeństwu, aby powstrzymać szaleńców, których działania profesor Sadurski określił jako noszące znamiona „modus operandi zorganizowanej grupy przestępczej”?

A jaka w tym wszystkim rola SLD? Jaka rola partii, której Prezydent, Premier i Minister Spraw Zagranicznych podpisywali ze strony Polski dokumenty akcesyjne, partii, która przeprowadziła wielkie, proeuropejskie referendum, partii, która tak skutecznie roztrwoniła później wynikający z tych historycznych osiągnięć kapitał?

Tak, deklaracja Macron jest według mnie kołem ratunkowym dla polskiej lewicy a dla SLD zwłaszcza. Czy SLD upomni się o swoje wartości, o swoje miejsce na politycznej scenie? Czy stanie na czele tej części społeczeństwa, które wierne chce zostań wartościom Unii Europejskiej, i które przyszłość Polski postrzega w silnym związku z pozostałymi państwami europejskimi?

SLD ma szansę. Za dwa dni zbierze się jego Rada Krajowa. Tematem zapowiedzianym mają być kwestie samorządowe, ale sytuacja, w jakiej Polska znalazła się po włoskich i francuskich deklaracjach jest sytuacja nadzwyczajną. SLD nie może przejść obok tej sprawy obojętnie. Nie może udawać, że deszcz pada. Oczekuję, że rada Krajowa stanie na wysokości zadania. Oczekuję jasnego stanowiska Sojuszu wobec przyszłości Polski w Unii Europejskiej i planowanych w tym obszarze działaniach Sojuszu.

Szczyt zaszczycony

Motto: „Oni (Kaczyńscy) nadają się tylko do niszczenia” – Wałęsa o braciach Kaczyńskich wiele, wiele lat temu.

Ciekawie zapowiada się przebieg „Szczytu trójmorza” zapowiadanego początkowo we Wrocławiu, a przeniesionego do Warszawy, gdyż wystąpić na nim wyraził ochotę przeprowadzający akurat w tym terminie wizytację Polski prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Jak oświadczył prezydencki minister Ścierski:  „ integracja regionu Europy Środkowej przyczyni się do lepszej integracji całej Europy, współpracy gospodarczej”. Wszystko to jeszcze bardziej gmatwa i zaciemnia sprawę owego szczytu.

Po pierwsze niejasny był (do wizyty Trumpa) a jeszcze bardziej niejasny jest teraz program i cele tego szczytu. Oficjalne rządowe media wybijają jako cel zasadniczy „zwiększenie integracji gospodarczej”. Jednakże pierwsza część szczytu dotyczyć ma „problemów integracji politycznej”. Ma ja podobno prowadzić polski prezydent wraz z prezydent Chorwacji. Dopiero druga część, prowadzona przez ministra Szczerskiego dotyczyć ma problemów integracji gospodarczej. O co więc chodzi?

Polski prezydent i rząd uzasadniają wystąpienie Trumpa na spotkaniu poświęconemu ponoć zwiększeniu integracji gospodarczej (sic!) realną obecnością wojsk amerykańskich w Polsce. O co chodzi?

Po trzecie. Polska władza pęka z dumy, że szczyt, mający przyczyniać się do zwiększenia integracji Europy” zaszczyca sam prezydent USA. Nic jednak nie wiadomo o obecności na tym spotkaniu przedstawiciela Parlamentu Europejskiego, Rady czy Komisji Europejskiej. Czy Unia Europejska była zaproszona? Jeżeli tak, przez kogo będzie reprezentowana? Jeżeli nie zapraszano nikogo, to dlaczego z takim zapałem zaprasza się prezydenta nie europejskiego mocarstwa? Są to moim, zdaniem pytania zasadnicze, gdyż odnoszą się do zasadniczej sprawy: jest szczyt „trójmorza” w istocie i w intencjach inicjatorów inicjatywą pro- czy anty-europejską?

Z oglądu sprawy poprzez medialne doniesienia na dzień dzisiejszy, w moim przekonaniu, jest to inicjatywa ukierunkowana na tworzenie europejskiej alternatywy dla Unii Europejskiej. Mało tego, najprawdopodobniej strona polska zaproponowała prezydentowi Stanów Zjednoczonych objęcie politycznego patronatu nad tą imprezą. Stąd decyzja Trumpa o „ zrobieniu krótkiego postoju w Warszawie, w drodze na G-20”. Polityczny patronat USA nad rozbijacką inicjatywą wewnątrz europejską świetnie wpisuje się w antyunijną i antyrosyjską strategią USA. Dlaczego nie skorzystać z okazji? W każdym bądź razie zapowiadane z dużym zapałem „bardzo ważne oświadczenie Prezydenta USA na Szczycie regionalnym” godne będzie uwagi.

Paradoksalnie rzecz ujmując ta ewidentnie rozbijacka w stosunku do idei wspólnej Europy polska inicjatywa  może spotkać się z przychylnością wielu autorytatywnych polityków europejskich. Nie można bowiem zapominać, że droga Polski (a za nią i innych państw regionu” do Unii Europejskiej) nie była łatwa ani  do końca przesądzona. Wśród wielu polityków europejskich dominował pogląd (i rady płynące w naszym kierunku), że „ powinniśmy (kraje Europy Środkowej) przed przystąpieniem do UE, zintegrować się najpierw w organizacji na kształt Beneluxu (czyli takiego RWPG pod auspicjami Banku Światowego), aby dopracować się właściwych standardów państwa demokratycznego i wolnorynkowej gospodarki. Dopiero po jakimś okresie, gdy będziecie moralnie, instytucjonalnie i gospodarczo  gotowi do integracji z Europą, wasze członkostwo będzie uzasadnione”. Mieliśmy więc jako naród duże szczęście, że stało się inaczej i w ostatniej niemal chwili przeważyła opcja o szybkiej integracji.

Dzisiaj jednak, w obliczu narastających, silnych tendencji do europejskiej integracji wokół europejskich wartości społecznych, cywilizacyjnych i wokół wspólnej waluty europejskiej, hasła o przedwczesnym przyłączeniu polski do zachodniej Europu mogą odżyć. A polskie władze, jak nikt inny dostarczały i wciąż dostarczają argumentów uzasadniających takie myślenie.

Bardzo realnie grozi więc nam w najbliższej przyszłości geopolityczna pozycja państwa pomiędzy Unią Europejską a Rosją, państwa wrogo nastawionego do obydwu potężnych sąsiadów, za to pod politycznym i wojskowym parasolem zamorskiego mocarstwa, które do perfekcji opanowało sztukę wyciągania z ognia kasztanów cudzymi rękami.

Swego czasu Mojżesz wyprowadzał naród wybrany z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Najwidoczniej Jarosławowi K. zamarzyła się podobna rola, ale zadanie o wiele trudniejsze: wyprowadzenie narodu wybranego z ziemi obiecanej. Tylko dokąd?

Na koniec wisienka. Oto cytat z materiału poświęconego wizycie Trumpa w Warszawie:

„Onet widział list jednej z osób bliskich polskiemu rządowi w sprawie wizyty Trumpa w Polsce. W notatce dla bliskiego współpracownika Trumpa osoba  ta (jak rozumiem Polak. J.U.) tłumaczy dokładnie to, że bliski ideowo Trumpowi polski rząd okaże mu wszelkie względy, a entuzjastycznie nastawiony do amerykańskiego lidera naród polski zapełni ulice”

Jak oni to zrobią? Przecież szkoły już nie pracują. OTK też jeszcze nie utworzona.  Urzędnicy będą oczywiście musieli entuzjastycznie okazywać entuzjazm, ale czy to wystarczy do „zapełnienia ulic”? Pozostaje lepsza część społeczeństwa: RM.

O tyranii

Ukazała się wspaniała książeczka Timothy Syndera „O tyranii – dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku”  (www.sklep.polityka.pl). Książeczka niewielka, broszura prawie, ale jakże esencjonalna! Jak bardzo potrzebna zwłaszcza obywatelom średniej wielkości państwa nad Wisłą.

Już sam Prolog  fascynuje. Pisze autor o ojcach-założycielach konstytucji amerykańskiej:

Budując swoją demokratyczną republikę na fundamentach prawnych i ustanawiając trójpodział władzy, ojcowie-założyciele starali się zapobiec złu, które – podobnie jak wielu filozofów – zwali tyranią. Rozumieli przez nią uzurpację władzy przez jednostkę lub grupę  bądź obchodzenie prawa przez rządzących dla własnej korzyści” (podkr. JU)

Dalej jest tylko lepiej. Zamiast recenzji przytoczę tylko tytuły pierwszych kilku lekcji wraz ze skrótowymi rozszerzeniami.

  1. Nie bądź z góry posłuszny. Władza autorytarna w większości jest dana dobrowolnie…
  2. Broń instytucji. To instytucje pomagają nam zachować przyzwoitość. One też potrzebują pomocy… Instytucje nie obronią się same. Jeżeli nie będziemy chronić każdej z nich od samego początku, runą jedna po drugiej…
  3. Strzeż się państwa jednopartyjnego.
  4. Weź odpowiedzialność za oblicze świata. Zwracaj uwagę na swastyki i inne oznaki nienawiści. Nie odwracaj wzroku i nie przyzwyczajaj się do nich. Usuwaj je sam i dawaj przykład innym.

Itd. itp.  aż do dwudziestego:

  1. Bądź odważny jak potrafisz. Jeżeli nikt z nas nie będzie gotowy zginąć za wolność, wszyscy umrzemy w tyranii

Polecam – zwłaszcza w przeddzień wizytacji Polski przez spadkobiercę ojców-założycieli.

Jest jednak pewna kwestia. To jest dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku. Ale mamy już wiek dwudziesty pierwszy. Czy on nie niesie z sobą nowych lekcji? Oczywiście, że tak. Ze swojej strony dodałbym następujące:

21. Strzeż się tych, którzy usiłują ci wmówić, że jesteś lepszą lub gorszą częścią społeczeństwa.

Zachęcam do formułowania innych lekcji na XXI wiek.

Trump w Polsce

6 lipca, dwa dni po amerykańskim święcie narodowym, Donald Trump przyjeżdża do Polski. Grupa trzymająca władzę w kraju puchnie z dumy o trąbi o sukcesie. Media zadają pytania typu: „o czym prezydent Trump będzie rozmawiał z prezydentem Dudą?” Pytanie raczej retoryczne, rozmowa zbliżona będzie raczej do dialogu cesarza z wasalnym księciem lub wytrawnego polityka z „pożytecznym idiotą”.

Dlaczego Donald Trump niespodziewanie dosyć nawiedza właśnie Polskę? Przecież jest tyle innych krajów na świecie! Dlaczego nie udaje się ze swoją trzecią bodajże wizytą zagraniczną do Szwecji, Japonii, Litwy czy Węgier, ale akurat nad Wisłę? Na to pytanie odpowiedź wydaje mi się jasna: sprawujące w Polsce władze elity polityczne cechują się niespotykanym gdzie indziej poziomem rusofobii i umiejętnie podsycają antyrosyjskie nastroje w społeczeństwie, a w antyrosyjskiej krucjacie Stany przyznały Polsce rolę niepoślednią.

Strategia mocarstwa to taki cel, o którym się nie mówi, a który konsekwentnie się realizuje. Ronald Reagan okrzyknął ZSRR mianem „imperium zła”. Rosja już nie jest radziecka, jest jak najbardziej prawicowa, ale dla Stanów to dalej „imperium zła” i wszelkiego, światowego nieszczęścia. Nie o ideologię więc tutaj chodzi. Jeżeli nie o ideologię, to o co? Najprawdopodobniej głównym strategicznym celem USA jest zdobycie niekwestionowanej pozycji hegemona na całej północnej półkuli ziemskiej, politycznego i gospodarczego szefa dostatniej północy.  Pozycji tej zagrażają dwa państwowe lub para-państwowe organizmy: Rosja i Unia Europejska.

Odrzucając na bok frazesy i okazjonalne bon moty a skupiając się na faktach nie sposób znaleźć zbyt wiele realnych poczynań prezydenta Obamy na rzecz Europy – matki Stanów Zjednoczonych. Niektóre – jak na przykład pominięcie Brukseli w programie pierwszego europejskiego  tourne  Obamy można wręcz uznać za wrogie. Trump, jeszcze nie został prezydentem a już nie szczędził krytyki Unii Europejskiej i NATO oraz pieniędzy na wsparcie antyeuropejskiego referendum w Wielkiej Brytanii. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej nie uronią ani jednej łzy w przypadku rozpadu Unii Europejskiej – wręcz przeciwnie – dostrzegą nowe możliwości do własnej ekspansji gospodarczej.

Z Rosją sprawa jest inna. Tutaj chodzi o zawładnięcie olbrzymim rynkiem zbytu i olbrzymim i bogactwami naturalnymi. I każda rosyjska polityka ukierunkowana na samodzielność będzie spotykała się z presją i agresją ze strony USA niezależnie od prezentowanej ideologii.

W tej sytuacji sojusznik taki jak Polska jest na wagę złota. Niby członek Unii Europejskiej, ale w praktyce realizujący strategiczne cele USA poprzez nieustanne kreowanie na międzynarodowych forach atmosfery zagrożenia ze strony Rosji. Polska już nie raz wbijała rosyjskiej polityce Uniii Europejskiej nóż w plecy, zarówno za prezydentury Lecha Kaczyńskiego jak i Bronisława Komorowskiego, wiernie stając u boku polityki amerykańskiej. Prezydent Trump wygłosi więc zapewne publicznie  kilka „okrąglasów” łechcąc polską próżność hasłami „za wolność waszą i naszą”, nazwiskami Kościuszki czy Pułaskiego, pochwali politykę zagraniczną Polski i utwierdzać będzie polskie władze w ich antyrosyjskości, być może zachęcając do dalszych zakupów uzbrojenia – najlepiej amerykańskiego. Jest mu to potrzebne zarówno z racji strategicznych celów USA jak i z własnych, aby choćby nieco osłabić oskarżenia o nadmierną sympatię do Putina. A polski rząd i polski prezydent będą się cieszyć. Tylko z czego? Z tego, że idąc z USA przeciwko Unii Europejskiej działa na szkodę Polski i Polaków?

Mord na idei samorządu

„Co by tu jeszcze, panowie! – co by tu jeszcze spieprzyć?!” Jak bardzo aktualne jest dzisiaj to epickie pytanie Wojciecha Młynarskiego.

Prawo i Sprawiedliwość żeruje na obiektywnej potrzebie zmian. Potrzeba taka występuje zawsze – nic nie jest doskonałe, istota ludzka to często istota myśląca, lepsze jest wrogiem dobrego itp.

Cynizm i szkodnictwo PiS w tym się zasadza, że tą naturalną potrzebę zmian na lepsze wykorzystuje cynicznie do zbudowania i utrwalenia swojej politycznej dominacji. Piszę: „zbudowania”, gdyż póki co, o czym często się zapomina, PiS poparło ledwie niecałe 20% polskich obywateli.

Głównym, pierwszorzędnym celem licznie proponowanych „dobrych zmian” nie jest obiektywne polepszenie stanu rzeczy w określonej sferze, ale maksymalizacja politycznych uzysków rządzącej partii. Program 500+ jest przykładem sztandarowym, ale bynajmniej nie odosobnionym.

Najnowszą propozycją z katalogu „dobrych zmian” jest projekt obligatoryjnej przynależności podmiotów gospodarczych do właściwych gospodarczych organizacji samorządowych. Powiem od razu: jestem ZA. Podobne rozwiązania proponowałem w moich publikacjach wcześniej. Proponowałem je również w trakcie pewnej programowej dyskusji w gronie byłych SLD-owskich ministrów na Wiejskiej w 2010r. wskazując na dobre praktyki niemieckie w tym zakresie.  Zostałem zaatakowany „z buta” z pozycji neoliberalnych i sprawa padła, choć przyznać trzeba, że niektórzy mnie poparli.

To nie jest kwestia samorządów gospodarczych tylko. Dla współczesnej lewicy kwestia samorządności powinna być jedną z podstawowych, determinujących lewicową wizję przyszłej, popisowskiej Polski.

Od lat media codziennie dostarczają dowodów na to, że nader wielu polskich parlamentarzystów, niezależnie od reprezentowanych barw, zdają się kierować ludową maksymą: „Komu Bóg dał władzę, temu dał i rozum”, tymczasem codzienność skłania do refleksji przeciwnej: „Władza to olbrzymie zagrożenie dla rozumu”. Jedną z najistotniejszych zmian, którą koniecznie trzeba więc wprowadzić, to pozbawienie polskiego Parlamentu omnipotencji, przeświadczenia, że polscy parlamentarzyści są najlepszymi fachowcami od wszystkiego, że są wybitnymi ekspertami w dziedzinie rybołówstwa, medycyny, kultury, finansów religii, etyki, moralności itp. itd. Oczywiście nie są. Rolą parlamentu jest stanowienie prawa, mądrego, zrozumiałego dla obywateli prawa. Posłowie podejmują decyzję nie będąc na ogół fachowcami w kwestiach, nad którymi głosują. Dlatego tak ważny, wręcz decydujący jest udział w stanowieniu prawa środowisk, którego ono ma dotyczyć. Podstawowy rolą Sejmu powinno więc być wysłuchiwanie tych środowisk i harmonizowanie proponowanych rozwiązań z potrzebami i interesami innych grup społeczno-zawodowych, minimalizowanie napięć i zapobieganie powstawaniu istotnych konfliktów.  Gospodarka jest tutaj świetnym przykładem. Powszechne samorządy gospodarcze mogą być bardzo potrzebnym partnerem władzy ustawodawczej i jej pomocnikiem w należytym wykonywaniu społecznego mandatu stanowienia prawa w tej jakże ważnej dziedzinie.

Nie tylko jednak o samorządy gospodarcze chodzi, lecz w ogóle o rolę samorządności w naszym państwie i społeczeństwie. Mówiąc wprost: pisowskiej koncepcji państwa partyjnego, omnipotentnego przeciwstawić należy model państwa obywatelskiego, samorządowego, w którym samorządy różnego rodzaju maja nie tylko zagwarantowane prawa, ale też kompetencje i obowiązki. Mam na myśli wszelkie rodzaje samorządów: terytorialnych, zawodowych, artystycznych, sędziowskich czy gospodarczych.  Należy przeprowadzić mądry podział odpowiedzialności za państwo pomiędzy władzą centralną a samorządami zmierzający do zwiększenia realnego udziału samorządów w podejmowaniu decyzji ich dotyczących a w tym kontekście rozszerzyć artykuł 118 Konstytucji przez przyznanie  samorządom lub ich stowarzyszeniom prawa inicjatywy ustawodawczej.

Zwieńczeniem tej reformy państwa powinien być powrót do niegdyś zgłaszanych propozycji przekształcenia drugiej izby polskiego parlamentu w izbę samorządową.

Dlatego jestem ZA obligatoryjnym samorządem gospodarczym. Jestem natomiast zdecydowanie PRZECIW pisowskiej koncepcji takiego samorządu, który, jak donoszą media, przewiduje jego ustawowe podporządkowanie rządowej administracji a więc rządzącej partii politycznej. Taka „reforma” to mord na idei samorządu w ogóle, to zaprzeczenie podstawowych wartości tej idei, to klasyczne upartyjnienie kolejnej, ważnej przestrzeni społecznej przez PiS.

Dzisiaj jest jeszcze czas, aby temu szaleństwu przeciwstawić alternatywę, aby odwołać się do potężnej rzeszy samorządowców w Polsce przedstawiając inną, demokratyczną wizję państwa i społeczeństwa. Ale niewiele tego czasu zostało.

 

 

Flesz

Nazbierało się, oj, nazbierało…

Włodzimierz Czarzasty publicznie oskarżył Schetynę o „układanie się” z Kaczyńskim w sprawie podwyższenia progów wyborczych i przekształcenia polskiej sceny politycznej w układ dwupartyjny. Oskarżył i wezwał do zdemontowania. Żadnego takiego nie odnotowałem. Jeżeli więc to prawda, to Polsce grozi całkowite jej zawłaszczenie przez polityczne popłuczyny „Solidarności”, które ręka w rękę doprowadziły do największego po II wojnie światowej kryzysu polskiej państwowości i do dramatycznych podziałów w polskim społeczeństwie. Bóg, jak kogoś chce ukarać, to mu rozum odbiera. Tylko za co?

Schetyna posłusznie zastosował się do „wezwania PO do tablicy” przez partię rządzącą. Sytuacja jest kuriozalna – jak wszystko ostatnio w Polsce. W normalnym świecie to rolą opozycji jest wzywanie „na dywanik” partii rządzącej, aby ta wyspowiadała się z realizacji obietnic stawianych społeczeństwu w kampanii wyborczej. Ale najwidoczniej Polska nie jest krajem normalnym. U nas to rządzący spowiadają opozycją z jej programu, a ta potulnie się słucha! Przy okazji Schetyna walnął parę ważkich stwierdzeń, jak to o uchodźcach (antyeuropejska)  czy to o niezwiększaniu płacy minimalnej (nieludzka), czym wprawił w osłupienie sporą część platformersów. Jeżeli była to odpowiedź nieprzemyślana – to do kitu z taką opozycją, jeżeli przemyślana – to tym bardziej.

Premier Szydło śladem paraprezydenta odbyła pielgrzymkę do Chin – światowej ostoi państwowego komunizmu, ściskając się ze skośnookimi komuchami i robiąc do nich maślane oczy. Pecunia non olet, ale czy  nie powinien się tym zająć IPN? Wszak robienie interesów z komuchami to nie tylko propagowanie komunizmu, ale i jego ekonomiczne, a więc i polityczne wspieranie!

Gospodarcza wojna polsko francuska w pełni. Okazuje się, że nie tylko caracale zostały „wysadzone”. Również przetarg na informatyczną obsługę unijnych dopłat dla rolników został unieważniony decyzją pisowskiego ministra od rolnictwa. Francuska firma, która wygrała przetarg i która od lat jest na rynku polskim zastąpiona została przez HP, firmę będącą nowicjuszem w kwestiach systemów obsługujących europejską politykę rolną. System więc nie powstał i Unia oraz rolnicy obsługiwani będą tradycyjnym systemem ołówka i gumki. Sutkiem będą miliardowe kary dla Polski, ale warte to zagrania Francuzom i Komisji Europejskiej na nosie.

Tymczasem prezydent elekt Macron został zaproszony przez polską premier do złożenia wizyty w Polsce, aby, jak zapowiedział jej minister od spraw zagranicznych, mógł się zaprezentować i pokajać za wypowiedzi o naszym kraju. Niektórzy uważają to zaproszenie za dyplomatyczne faux pas: prezydenta zaprosić może tylko inny prezydent, ale ja myślę, że był to ruch przemyślany. Jego adresatem nie był Macron – ten ma przechlapane u naszego rządu, ale elektorat PiS, któremu należało pokazać, że Polska (czytaj PiS) rządzi Europą. Miał też dodatkowo przypomnieć prezydentowi Dudzie, że jest tylko „para-” i wyblokować jego ewentualne inicjatywy.

Łamiąc wszelkie kanony polskiej konstytucji powołano nadzwyczajną komisję d.s. reprywatyzacji gruntów w Warszawie. Jak w większości przypadków sama decyzja PiS  wyjaśnienia tej bulwersującej sprawy jest jak najbardziej słuszna. Jednocześnie – jak w większości decyzji podejmowanych przez PiS – głównym jej celem jest efekt polityczno-propagandowy. Wszak skandaliczne działania reprywatyzacyjne miały miejsce i z rządów pisowskiego Prezydenta Warszawy Lecha Kaczyńskiego i za czasów kierowania polskim wymiarem sprawiedliwości przez pisowskich ministrów. Czy komisja, na czele której postawiono wiceministra sprawiedliwości wyjaśni i te kwestie? Nie mam złudzeń.

W ramach budowy narodowej potęgi motoryzacyjnej uruchomiono program budowy polskiego osobowego samochodu elektrycznego. Uruchomiono, to znaczy powołano spółkę, która organizować będzie przetargi na realizację poszczególnych zadań. Ktoś zdrowo myślący mógłby się spodziewać, że pierwszym przetargiem będzie przetarg na koncepcję użytkową i technologicz-techniczną takiego samochodu. Nic z tych rzeczy.  Pierwszy ogłoszonym przetargiem jest przetarg na karoserię. Trzeba przecież jak najszybciej pokazać ciemnemu ludowi: Patrzcie i podziwiajcie! Oto nasz, narodowy, polski samochód elektryczny! Dosłownie jak w  starym powiedzeniu: „Klata jak u pirata: z wierchu karton, a w środku wata”.

Popisu pisowskiego członka Trybunału Konstytucyjnego (dublera) na forum konferencji na uniwersytecie oxfordzkim komentować nie będę. Szkoda słów. Ale zapamiętać trzeba.

Nie rozumiem dlaczego wszyscy, przy każdej okazji mówią o 500+. Otrzymałem powiadomienie o kolejnej podwyżce ceny gazu przewodowego w tym roku. To już razem ponad prawie 9%. Wzrost cen w sklepach jest również bardzo widoczny.  Na dzień dzisiejszy należy więc mówić raczej 0 400+. Na dzień dzisiejszy.