Bohater Jarosław Kaczyński

 

Bohaterem wszystkich mediów, zbawca Polski,  stał się ostatnio Jarosław Kaczyński – mąż stanu, dobry ojczulek. Dlaczego? Ano dzięki temu, że zapowiedział, że skandaliczna skąd inąd ustawa znosząca ograniczenia w wycince drzew na działce prywatnej, po dwóch miesiącach funkcjonowania,  „będzie zmieniona”. Naczelniczek państwa zdecydował i wszyscy odetchnęli z ulgą. Jarosław Polskę zbaw!

Ustawa forsowana przez luminarzy PiS z żarliwością niespotykaną nieodparcie nasuwa skojarzenia z aferą paliwową z 1989r, kiedy to podwyższono ceny benzyny, ale nowe stawki akcyzowe miały wejść z opóźnieniem. Kto wiedział, ten ustawiał kilometry cystern na naszej granicy celnej, tak, aby z wybiciem 24:00 mogły one ją przekroczyć przynosząc „tym, którzy wiedzieli” kokosowe zyski.

Z ustawą Szyszki może być podobnie. Wszak machina lobbingu, który tak zaniepokoił naczelniczka, na ogół smarowana jest forsą. Kto miał interes w wycięciu drzew, aby móc bez problemów przekwalifikować grunty na inwestycyjne – ten albo już to zrobił, albo właśnie to robi. Drzewne dożynki po apowiedzi Kaczyńskiego trwają w najlepsze. Ustawa – dzięki opatrznościowemu naczelniczkowi państwa zostanie pewnie zmieniona, ale co miało się stać – to już się stało i to w majestacie prawa. Nawet narodowy bohater Jarosław Kaczyński nie jest w stanie sprawić, aby ścięte 200-letnie drzewa powróciły na swoje miejsce.

„Odważni” opozycjoniści domagają się dymisji Ministra Środowiska. Ale tak naprawdę do dymisji powinien podać się sam Kaczyński i cała jego partia. I to bynajmniej nie dlatego, że wszyscy jak jeden mąż (z J. Kaczyńskim na czele) głosowali pamiętnej nocy za tą ustawą, a teraz niektórym się nie podoba z racji podejrzenia o lobbing. Rzeczywiście PiS skompromitował się, zdemaskował swoją pogardę dla stanowionego przez siebie prawa, pogardę dla wszystkich, którzy myślą inaczej. PiS okazał się „przyjazny” dla rozwiązań śmierdzących prywatnym interesem. To wszystko prawda, ale powód dla  wycofania się Kaczyńskiego jest dużo poważniejszy.

PiS doszedł do władzy eksponując potrzebę przeprowadzenia wielu zmian systemowych. I słusznie – kamieni kupę należy zmienić w kwitnący ogród. Tragedia Polski polega jednak na tym, że słuszne, konieczne reformy okazują się tylko zasłoną dymną dla rzeczywistych celów PiS, którymi jest przebudowa na swoją (watykańską?) modłę polskiego społeczeństwa, polskiego państwa, a jak się da to i Europy całej. Populistyczne hasła są, jak to w przypadku katastrofy smoleńskiej przyznał w rozmowie z jednym z generałów  sam Nadnaczelnik państwa – „tylko narzędziem politycznym”.

U podstaw programu PiS leżała słuszna teza o konieczności zwiększenia roli państwa, w tym przede wszystkim w gospodarce. PiS wykreował siebie na pogromcę doktryn i praktyk neoliberalnych. I nagle i niespodziewanie z ust Ministra Środowiska, wicepremiera Gowina i właściwie każdego, PiS-owca, który publicznie wypowiada się w sprawie ustawy Szyszki słyszymy jedno: „To w imię ochrony świętej własności prywatnej. Właściciel działki może z nią robić to, co mu się żywnie podoba!”.

Ustawą Szyszki, jej obroną, PiS doszczętnie skompromitował fundamenty swojej „reformatorskiej” misji. Minister środowiska udaje, że nie rozumie, że drzewa są częścią ogromnego ekosystemu, który w głębokim poważaniu ma granice działek geodezyjnych, nie rozumie, że niszcząc drzewostan na konkretnej działce czyni się szkodę wszystkim dookoła: ludziom, zwierzętom, roślinom. Zamiast więc, będąc wiernym swoim hasłom uspołecznienia gospodarki, podkreślać współodpowiedzialność właścicieli gruntów za dobro ogólne – PiS serwuje przed kamerami i mikrofonami najbardziej skrajne liberalne argumenty: o świętości własności prywatnej.

Należy więc spodziewać się dalszych, świetlanych akcji PiS w imię obrony tej świętości. Przepisy uniemożliwiające inwestycje uciążliwe dla sąsiadów: – do kosza! Zakaz zanieczyszczania wód gruntowych – won! Zakaz zasypywania na prywatnej działce rowów systemu melioracyjnego  – na śmietnik! Itd.,itp.

PiS musi odejść w niesławie nie tylko dlatego, że ustawą Szyszki obnażył swoje prawdziwe oblicze. Największą społeczną szkodą jest rujnowanie przez PiS nadziei milionów Polaków na jakiekolwiek poważne reformy w naszym kraju. A to sprawi, że następcom PiS – a tacy przecież będą – niepomiernie trudniej uzyskiwać będzie społeczne zrozumienie, zaufanie i wsparcie dla niezbędnych społecznych i gospodarczych reform.

Oczywiście będzie PiS mógł przez czas jakiś epatować „ciemny lud” – czyli swoich wyborców – angażowaniem NATO w udowodnienie hipotezy profesorów od parówek,  odbieraniem emerytur jednym by dać drugim, zwalnianiem części nauczycieli by – jako „dobry ojczulek” – podnieść pensję tym, którzy po reformie szkolnictwa zostaną. A wierni nowej władzy na bruk nie pójdą – to pewne.

Ale afera z ustawą Szyszki pokazuje jak wewnętrznie rozbity jest PiS w sprawach zasadniczych. Pokazuje, że cała ta reformatorska retoryka warta jest kupę… kamieni ich poprzedników.

Czasy Wielkiego Wstydu

Niektóre okresy w życiu narodów zyskują swoje „ksywy”, specjalne nazwy. I tak przykładowo mieliśmy czasy wielkiego głodu, wielkiej smuty,  okres „siermiężny” – za Gomółki, okres „gierkowski” za Gierka, który z kolei był synonimem rozwoju.  Podobnie w Rosji. Czasy Andropowa były nazywane czasami „zastoja” w odróżnieniu do czasów Breżniewa, które określano czasami „zastolija”, czyli zasiadania przy stole (zastawionym oczywiście). Zastanawiałem się jak historia oceni czasy panowania w Polsce Kaczyńskiego. I jedno dookreślenie przychodzi mi do głowy: czasy wielkiego wstydu.

Komisja Europejska powinna kontynuować działania przeciwko rządowi Polski w ramach artykułu nr 7 Traktatu o Unii Europejskiej, gdyż władza nadal podważa komunikaty Amnesty International, FIDH, Human Rights Watch, Open Society European Policy Institue i Reporters Without Borders… Unia Europejska i jej państwa członkowskie muszą wykazać determinację, aby powstrzymać ruch wsteczny Polski od wspólnych wartości UE.”   Zdaniem szeregu międzynarodowych organizacji, które opublikowały swoje wspólne stanowisko w sprawie Polski czytamy między innymi również: „…w 2106 r. rząd polski bagatelizując opinie tych organizacji… coraz bardziej niepokojąco próbował ograniczyć praworządność i prawa człowieka; w tym wolność mediów, wolność zgromadzeń oraz prawa seksualne i reprodukcyjne kobiet”.

Przez blisko dwieście lat szczyciliśmy się jako Polacy, naszą gotowością do umierania „za wolność waszą i naszą”. Ileż razy wizytujące Polskę głowy różnych państw przywoływały to wspaniałe hasło Joahima Lelewela ku czci dekabrystów! Dla świata Polska – niezależnie od ustroju –  była synonimem niezłomności w walce o wolność, o demokrację.

Była. Te czasy minęły. KONIEC, KROPKA. Polska pod PiS-owskim panowaniem utrwaliła swoją międzynarodową opinię jako państwo nietolerancyjne, łamiące podstawowe zasady demokracji, nacjonalistyczne i ksenofobiczne. „Wywalczyliśmy” sobie niezagrożoną pozycję lidera wśród państw nieprzewidywalnych, niezrozumiałych, skrajnie konserwatywnych, nacjonalistycznych i antyeuropejskich.

W czasie II Wojny Światowej  Słonimski pisał:

Ten, co o własnym kraju zapomina. 
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski, 
Bratem się czuje Jugosłowianina, 
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski, 

Z matką żydowską nad pobite syny 
Schyla się, ręce załamując żalem, 
Gdy Moskal pada – czuje się Moskalem, 
Z Ukraińcami płacze Ukrainy, 

Ten, który wszystkim serce swe otwiera, 
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem – 
Gdy naród grecki z głodu obumiera, 
ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.

Dzisiaj polski rząd odmawia schronienia grupce dzieci narodu miażdżonego przez wojnę dlatego, że są innego koloru skory, a może i niewłaściwego wyznania? Nie jesteśmy ludźmi, o których pisał poeta.

Jest mi z tego powodu wstyd. Chociaż mogę powiedzieć: -to nie ja!, chociaż mogę mówić, że sprawcami historycznego wstydu narodowego jest partia, którą w wyborach poparło niespełna 20% obywateli, to odium tego wstydu rozciąga się na każdego z nas. Przez dziesięciolecia nie będziemy już mogli przemierzać Europę i świat jako chorążowie sztandaru wolności i demokracji. Po prostu wstyd i jak to mawiali na Podhalu: „żal d… ściska”.

Kogo i jak wybierać?

Sąd Okręgowy w Poznaniu orzekł właśnie, że zatrzymanie Józefa Piniora było uzasadnione. Nie przesądza to rzecz jasna o winie sanatora. Ja tym bardziej daleki jestem od ferowania w tej sprawie wyroków, a swoja opinię wyraziłem wcześniej. Casus Piniora nieodparcie natomiast przywołuje refleksje, które kołaczą się w mojej głowie od lat. Im dłużej przypatruję się polskiej obyczajowości politycznej, tym bardziej krystalizują się we mnie poglądy, że cały nasz system wyborczy jest do bani.

Pytanie na początek: ile musi wyłożyć z prywatnych pieniędzy kandydat partii politycznej, aby być umieszczonym na pierwszym miejscu listy wyborczej? To, że w przypadku wielu partii musi – jest tajemnicą poliszynela. Pytanie tylko: ile? Ile za pierwsze miejsce, ile za drugie? Ile za kandydowanie na wójta czy prezydenta miasta?

Niby media mamy wolne, ale – pewnie jako dowód tej wolności – nie bardzo chcą się one zainteresować problemem. Temat tabu? Pewnie nie dzieje się tak przez przypadek. Kandydaci gromadzą prywatne fundusze, pożyczają od znajomych, pożyczają w bankach. Na pokrycie kosztów kampanii wyborczych w bankach (a jak pokazują choćby ostatnie wybory parlamentarne nie tylko w bankach) zaciągają poważne pożyczki również partie polityczne.

Nie mam żadnych dowodów na twierdzenie, że zaciągając pożyczkę kandydat traktuje wydatki na kampanię jako inwestycję, która – jak każda inwestycja – powinna się zwrócić w takiej bądź w innej formie.  Dowodów nie mam, ale nie zdziwiłbym się, gdyby w wielu przypadkach tak właśnie było – zwłaszcza, gdy zaangażowany kapitał prywatny stanowi poważne obciążenie rodzinnego budżetu kandydata, a pożyczki trzeba spłacać. Z całą pewnością stwierdzić natomiast mogę, że z samej swojej istoty ukształtowany w Polsce model kampanii wyborczych dyskryminuje mniej zamożnych i mniej finansowo zaradnych potencjalnych kandydatów oraz sprzyja tworzeniu mechanizmów politycznej korupcji.

Tak dalej być nie powinno. Model kampanii wyborczych w naszym kraju wymaga głębokiej refleksji i gruntownej przebudowy.  Dotychczasowy oparto na zasadach dosyć bezkrytycznie przeniesionych do nas zza Wielkiej Wody w latach 1989/90. Głównym operatorem kampanii wyborczych są tam (i u nas) media wszelkiej maści. I to właśnie media, firmy PR-owskie, właściciele tablic ogłoszeniowych przejmują gros partyjnych i prywatnych funduszy na kampanie wyborcze.  Ten model nie zdaje egzaminu. W audycie wykonania zadań jednym z podstawowych kryteriów oceny jest kryterium value for money (wartość za pieniądze). W naszym kraju z kampanii na kampanię, za coraz większe pieniądze, naród otrzymuje coraz to gorszy jakościowo parlament. „Wartość za pieniądze” leci w dół na łeb na szyję. Fatalne merytoryczne i etyczne przygotowanie posłów (elity narodu) przekłada się wprost na coraz gorsze prawo, a ostatnio na psucie całego systemu prawnego.

Próbując naszkicować zarys nowego modelu kampanii wyborczych zacząć należy od generalnych celów tych kampanii. Są nimi:

  1. Dostarczenie każdemu wyborcy niezbędnych informacji o programie ugrupowania i indywidualnych programach kandydatów.
  2. Dostarczenie wyborcy niezbędnych informacji o kandydatach, obejmujących również informacje o ich statusie majątkowym.
  3. Zapewnienie każdemu wyborcy możliwości bezpośredniego spotkania z kandydatem do funkcji publicznych.
  4. Zapewnienie każdemu wyborcy możliwości korespondencji z kandydatem.

Realizacja tych celów zachodzić powinna przy respektowaniu następujących zasad:

  1. Decyzja wyborcy w największym stopniu powinna wynikać z jego świadomej, merytorycznej decyzji, a nie być efektem możliwości i zdolności „uwodzenia elektoratu” przez ugrupowania polityczne i ich kandydatów. Z procesu wyborów władz publicznych wyeliminować należy wszelkie agresywne techniki marketingu komercyjnego
  2. Zaplecze finansowe kandydata i/lub ugrupowania wyborczego nie powinny mieć wpływu na wynik wyborów.
  3. Komisje Wyborcze zapewniają dostarczenie we właściwym terminie do każdego gospodarstwa domowego kompletnego zestawu programów wyborczych i sylwetek kandydatów w formie papierowej oraz przez strony internetowe.
  4. Komitety wyborcze zapewniają możliwość spotkania wyborców z kandydatami oraz obecność kandydatów w Internecie.
  5. Wyeliminowana zostanie uliczna walka komitetów wyborczych na banery, plakaty, tablice ogłoszeniowe itp. Publiczne przekazy dotyczyć winny tylko wskazania miejsca, gdzie wyborca uzyskać może informacje o celach i programach wyborczych oraz kwestii technicznych.
  6. Rola mediów ograniczona zostanie do organizowania debat kandydatów, przekazywania informacji o planowanych spotkaniach przedwyborczych oraz informacji technicznych dotyczących wyborów. Wykupywanie czasu antenowego przez ugrupowanie bądź kandydata powinno być niedopuszczalne.
  7. Agitacja wyborcza przez kościoły i związki wyznaniowe powinna być zakazana.

 

Jeżeli powyższe zasady uzupełnione byłyby przez przywrócenie instytucji List Krajowych (w wyborach parlamentarnych), to istnieją duże szanse na to, że decyzje wyborców będą bardziej świadome i  podejmowane z podejmowane z poczuciem współodpowiedzialności, że merytoryczny i etyczny poziom wybranych do pełnienia służby publicznej się podniesie i że sumaryczne koszty kampanii wyborczych będą w efekcie dużo, dużo niższe niż obecnie.

Że to jest utopią? Tak, ale wszystko kiedyś było utopią.

Kryzys demokracji

 

The Economist opublikował właśnie swoją, dziewiątą już z rzędu, analizę stanu demokracji na świecie. „The Economist Intelligence Unit’s Democracy Index 2016” (dalej:DI) *) opatrzono charakterystycznym podtytułem: „Rewanż „żałosnych”” (W naszej, polskiej publicystyce bardziej adekwatnym tytułem byłby chyba: „Rewanż odrzuconych”). I ten podtytuł właśnie jest najlepszym skwitowaniem procesów demokratycznych na świecie w roku minionym.

Ogólna ocena tych procesów, w świetle badań The Economist jest znamienna. Zdaniem badaczy rok 2016 był rokiem rewolty przeciwko politycznym elitom, które okazały się dalekie od problemów zwykłych ludzi i nie reprezentują ich interesów. Zapowiedź rewolty pokazała się już w wcześniejszych badaniach The Economist. Autorzy DI 2016 zauważają, że rosnący rozziew pomiędzy elitami i społeczeństwem dotknął społeczeństwa o bardzo dużym demokratycznym doświadczeniu. Wskazuje się, że zarówno wyniki głosowania w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu jak i wybór Trumpa prezydentem USA były szokiem dla całego świata, ale wynikały z powszechnego, głębokiego niezadowolenia ze status quo i z pragnienia zmian.

Analizując świat The Economist pochyla się też nad krajami Europy środkowo-wschodniej. Pisze: „W Europie wschodniej jest klimat dla głębokiego, powszechnego niezadowolenia z demokracji i dawny blok komunistyczny odnotował najbardziej dramatyczną regresję w każdym obszarze w okresie całego dziesięciolecia, w którym badamy Wskaźnik Demokracji”.

W obszernej analizie ogólnej ważka jest też konstatacja The Economist, że niektórzy politycy, zamiast usiłować zrozumieć istotę przypadków powszechnego, gwałtownego sprzeciwu wobec politycznemu establishmentowi, usiłują podważać legalność Brexitu czy wyboru Trumpa ośmieszając wartości tych, którzy za Brexitem czy Trumpem głosowali. W tych negatywnych interpretacjach nowych zjawisk politycznych The Economist nie dostrzega niczego pozytywnego dla zwiększania politycznego zaangażowania i partycypacji obywateli w przyszłości.

Według DI prawie połowa światowej populacji żyła w 2016r. w jakiejś formie ustroju demokratycznego. Jednakże tylko 4,5% w „pełnej” demokracji, co było wyraźnym spadkiem w stosunku do poprzedniego roku (8,9%) spowodowanym sytuacja w USA. Ponad 1/3  światowej populacji  żyje w ustrojach dyktatorskich, przy czym główny w tym udział mają Chiny.

76 ze 167 badanych państw można według autorów DI uznać za państwa demokratyczne. Grupa 20 państw o „pełnej demokracji” została uszczuplona o Stany Zjednoczone, które ostatecznie zakwalifikowano do grupy państw z demokracją pełną wad.

Jak na tym tle wypadła Polska? Niestety, nie wchodzimy do elity 19 państw o pełnej demokracji, zajmując zaszczytne 52. miejsce w rankingu DI. Analiza wskaźników szczegółowych w 5 obszarach (proces wyborczy i pluralizm, funkcjonowanie rządu, polityczna partycypacja obywateli, kultura polityczna, wolności obywatelskie) jest bardzo ciekawa ale i czasochłonna. Skupiając się na wskaźniku ogólnym stwierdzić należy, że spośród państw europejskich wyprzedziliśmy tylko Mołdawię, Serbię, Chorwację i Węgry. Spośród nieeuropejskich krajów bardziej demokratycznymi od nas są między innymi: Filipiny, Indonezja Trinidad i Tobago, Południowa Afryka i wiele innych.

****************

Rok 2016 był rokiem porażki demokracji liberalnej. Obecny rok może kontynuować ten proces – z najwyższą uwagą śledzić trzeba wyniki wyborów we Francji i w Niemczech. Ale nade wszystko z tych wydarzeń wyciągać należy rzetelne wnioski – przede wszystkim przez tych, którym idee demokratyczne są bliskie. Największe niebezpieczeństwo jakie ukazał rok 2016 to realność uwiedzenia szerokich mas społecznych przez skrajnych, cynicznych populistów, którzy z jednej strony obiecują wszystko, a z drugiej siłą rozprawiają się z inaczej myślącymi. Znamiennym przykładem jest tutaj Polska, gdzie szczególnie mocno sprzęgły się idee populistyczne z nacjonalistycznymi. Z zachowań i wypowiedzi przedstawicieli obecnych elit tryska nienawiść i pogarda do wszystkiego, co nie PiS-owskie. I w ten sposób, w tempie przyspieszonym powstaje w Polsce nowa klasa „żałosnych” czy też odrzuconych. Jako antidotum na demokrację liberalną proponuje się Polakom demokrację nacjonalistyczną (narodową). Już sama nazwa, w kontekście historycznych doświadczeń Europy, mrozi krew w żyłach. Populizm i nacjonalizm używane jako narzędzia polityczne prowadzić muszą prędzej czy później do nagromadzenia się nowych pokładów niezadowolenia społecznego, wynikającego choćby z braku realizacji obiecanek. Klasa panująca zaś, odporna na argumenty myślących inaczej niż ona, będzie musiała wskazać jakiejś ujście dla negatywnej energia tego niezadowolenia: albo zewnętrzne (wojna) albo wewnętrzne (wojna domowa), albo jedno i drugie.

Dlatego uważam, że usilnie pracować należy nad opcją DEMOKRACJI OBYWATELSKIEJ. Idea demokracji obywatelskiej spajać powinna wszystkie siły polityczne dostrzegające grozę wykorzystywania populizmu i nacjonalizmu oraz wybranych selektywnie narzędzi systemu demokratycznego do  utrzymania władzy przez jedną partię. Dzisiaj każdy dzień przynosi informację o manipulacjach władzy przy okręgach wyborczych, o zastraszaniu całych grup społecznych a nawet prześladowaniach osób uznanych przez tą władzę za wrogów. Casus pułkownika Mazguły ściganego za to, że publicznie wystąpił przeciwko skandalicznym ustawom w wojskowym berecie jest tyleż śmieszny co straszny.

Polska lewica, a w niej SLD, w żadnej mierze nie powinna stać w tej sytuacji „z bronią u nogi”, lecz być aktywnym orędownikiem obywatelskiej demokracji.


*) http://www.eiu.com/public/thankyou_download.aspx?activity=download&campaignid=DemocracyIndex2016

Rzeźnia Polska(i)

Wielu czołowych polityków PiS sprawia wrażenie jakby miała jakieś szczególne uprzedzenie do Donalda Tuska, noszące częsta znamiona alergii na samą postać i nazwisko. Przypomnieć można  choćby dziadka w Wermachcie, uściski z Putinem, a tak w ogóle, to całe polskie zło – zdaniem PiS to przysłowiowa już „wina Tuska”.

Daleki jestem jednak o uznania, że ta kampania ma jakieś podłoże czysto personalne. PiS jest sprytny, przebiegły, często podły w swoich zachowaniach, ale nie można mu odmówić inteligencji. A średnio inteligentny polityk nigdy nie przedłoży personalnych animozji nad cele swojego ugrupowania. Bezpardonowe, konsekwentne atakowanie Tuska uznać więc należy jako element taktyki niszczenia Platformy Obywatelskiej – politycznego przeciwnika PiS. Tusk był nie tylko „głową” PO, ale i zwornikiem dla różnych wewnętrznych frakcji tego ugrupowania. Znaczenie Tuska dla PO uwidoczniło się wyraźnie po jego odejściu do Brukseli – PO utonęła w wewnętrznych sporach, z których do dzisiaj nie potrafiła się wykaraskać.

Uważni obserwatorzy polskiej sceny politycznej zwrócili uwagę na pewne oznaki ocieplenia relacji Kaczyński – Tusk zaraz po wyborach parlamentarnych. Ze strony Kaczyńskiego płynęły wówczas opinie – w kontekście ewentualnej reelekcji Tuska na kolejną kadencję Przewodniczącego Rady Europejskiej – że PiS wspierać będzie wszystkich Polaków na wysokich unijnych stanowiskach. Od niedawna sytuacja zmieniła się radykalnie. Kaczyński najpierw zapowiedział, że rząd Polski nie będzie popierał kandydatury Tuska, a kilka dni temu ogłosił wręcz, że ponowny wybór Donalda Tuska na stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej jest sprzeczny z polską racją stanu!

Nigdy dotąd żaden lider rządzącej partii w jakimkolwiek państwie europejskim nie posunął się do tak kuriozalnej deklaracji pod adresem swojego przedstawiciela we władzach Unii, a tym bardziej piastującego najwyższe w Unii stanowisko. Pomijając kwestię legitymacji przewodniczącego partii, którą w wyborach poparło niespełna 20% wyborców, do określania co jest, a co nie jest polską racją stanu, uważam, że działalność Kaczyńskiego jest w tym przypadku szczególnie szkodliwa. Podważa ona autorytet i wizerunek naszego kraju na zewnątrz, wzmagając stawiane od jakiegoś już czasu znaki zapytania nad naszą międzynarodową wiarygodnością i przewidywalnością. W interesie Polski powinno być właśnie wspieranie Tuska nie tylko przez polski rząd, ale i przez polski parlament i partie polityczne. Nie chodzi tu o to, że polski Przewodniczący mógłby coś dla Polski „załatwić”, jak prymitywnie wielu oczekuje, ale o to, że piastowanie tej funkcji przydaje państwu i krajowi międzynarodowego autorytetu. To poparcie należy się Tuskowi tym bardziej, że swoje obowiązki przewodniczącego RE w okresie dla Unii bardzo trudnym, wypełnia całkiem dobrze – w interesie Unii, a tym samym w interesie Polski.

O co więc chodzi?

Jestem przekonany, a niedaleka przyszłość zweryfikuje moje zdanie, że za tak drastyczną opinią Kaczyńskiego nie stoją względy personalne ani też zamiar dalszego osłabiania Platformy (jej nawet Tusk już nie pomoże). Przyczyny są głębsze. PiS nigdy nie skrywał swego krytycyzmu względem obecnej Unii. Urzędnik unijny był tolerowany, gdy sypał groszem, a piętnowany jako „unijny biurokrata”, gdy chciał sprawdzić, czy ten grosz wydawany jest zgodnie z celami i zasadami Unii. Ale to był argument na pokaz, dla „ciemnego ludu”. Kaczyński ma w zamiarze przeprowadzenie głębokiej reformy Unii (jakby kabaretowo to nie zabrzmiało zapowiedział już przygotowywanie nowego unijnego traktatu) w kierunku luźnej federacji państw narodowych, z faktyczną polityczną stolicą nie w Brukseli a w Watykanie. Tylko osoba Polaka – Przewodniczącego Rady Europejskiej stoi na przeszkodzie, aby niszcząca Unię Europejską kampania PiS nabrała rozmachu i rozpędu tak w kraju jak i za granicą.  To już jest groźne nie tylko dla Polski, ale i dla Europy.

Właściwie mógłbym na tym zakończyć, ale trudno jest mi oprzeć się uczuciu z gatunku schadenfreude. Było otóż tak, że gdy dobiegała końca moja kadencja członka Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, naiwnie zrodziła się we mnie myśl, że premierowi polskiego rządu, który niegdyś rekomendował Radzie Europejskiej moją osobę na pierwszego polskiego członka Trybunału, winien jestem jakiś rodzaj sprawozdania, relacji z tej pionierskiej bądź co bądź misji. Poprosiłem więc o spotkanie z urzędującym premierem Donaldem Tuskiem. Chciałem oczywiście przy okazji wysondować moje szanse na przedłużenie mandatu, ale też świadomy byłem, że są one raczej nikłe. W efekcie wielokrotnego pukania do drzwi gabinetu premiera otrzymałem oficjalne pismo stwierdzające, że takie spotkanie nie może dojść do skutku. Pan premier nie znalazł 10 minut na spotkanie z Polakiem piastującym wówczas najwyższe stanowisko w instytucjach Unii Europejskiej. Trudno. Jednakże pomimo tego doświadczenia postanowiłem przystąpić do formalnego postępowania, które miało polskiego kandydata na kolejną kadencję wyłonić. Któregoś dnia pracownicy mojego gabinetu poinformowali mnie, że właśnie na stronie MSZ ukazało się ogłoszenie o takim postępowaniu. Termin na złożenie dokumentów – 7 dni kalendarzowych. Dla kogoś, kto wcześniej nie znał warunków, dotrzymanie takiego terminu było bez wątpienia wyzwaniem. Ja jednak wszystkie dokumenty miałem skompletowane, wysłałem je więc do MSZ. I co? I nic. Jak kamień w wodę. Nie tylko nie mogłem uzyskać informacji o toczącym się postępowaniu, ale też w ogóle, pomimo wielu monitów, nie poinformowano mnie, urzędującego członka Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, o jego oficjalnym rozstrzygnięciu. Dowiedziałem się o nim via Rada Europejska, która przesłała do Trybunału specjalny komunikat w tej sprawie. Nie zwrócono mi nawet dokumentów, tak jakby mnie w ogóle nie było. Rządząca Platforma pokazała, że funkcjonowanie Unii, funkcjonowanie Trybunału nic a nic jej nie obchodzi. Liczy się tylko stanowisko dla swojego. Dlatego dla mnie różnica w formacie, w klasie sprawowania władzy publicznej pomiędzy PiS a PO jest w istocie niewielka. W końcu trudno się dziwić: wszak to jedna rodzina.

Czarzasty zdradził

Wielce zdumiała i rozczarowała mnie wypowiedź przewodniczącego SLD na temat ewentualności uruchomienia wobec Polski artykułu 7. Traktatu o Unii Europejskiej w związku z łamaniem w Polsce zasad rządów prawa. Na specjalnej konferencji w Brukseli przewodniczący Czarzasty  oświadczył, że nie wierzy w skuteczność takich działań i że Polska powinna swoje sprawy załatwiać w kraju. Powiedział również, że przyjechał do Brukseli aby „przedstawiać sytuację w Polsce”. Ręce i nogi opadają.

Pan przewodniczący powinien wiedzieć, że – jak daleko w historię nie sięgnąć – żadne wewnętrzne sprawy Polski, które miały jakiś kontekst międzynarodowy,  nie były załatwiane „we własnym domu”. A to dlatego, że jesteśmy liczebnym narodem ulokowanym przez historię w sercu Europy. Pan przewodniczący dobrze pewnie wie, że kwestia łamania zasad praworządności w Polsce jest jak najbardziej kwestią całej Unii Europejskiej. Chodzi w istocie o to, czy Unia jest zdolna do obrony swoich wspaniałych wartości, standardów politycznych i społecznych. Jeżeli więc organizuje się w europejskiej stolicy jakieś konferencje na ten temat, to przede wszystkim po to, aby rozpoznać na ile europejskie inicjatywy w tej materii mogą liczyć na wewnętrzne wsparcie krajowych sił politycznych.

Parlament europejski nie potrzebuje dodatkowych informacji o sytuacji w Polsce. Zna tę sytuację bardzo dobrze dzięki  raportom Komisji Weneckiej, dwóm własnym debatom, oficjalnym i  nieoficjalne wizytom europejskich parlamentarzystów, czy wreszcie dzięki krajowym i zagranicznym mediom. Dodatkowe „poświadczenie” ze strony Czarzastego nie jest warte ceny biletu lotniczego do Brukseli.

Mógł Czarzasty rozegrać tą sprawę inaczej – choćby wyrażając zrozumienie dla znaczenie kwestii praworządności dla Unii jako całości i zrozumienie dla inicjatywy frakcji Socjalistów i demokratów. Nic z tych rzeczy. Zadziwiają przy tym  argumenty Czarzastego o Brexicie. Rzeczywiście Unia Europejska staje przed nowymi wyzwaniami i szeregi eurosceptyków zacierają ręce. Z drugiej strony zarówno Brexit jak i jawnie już antyunijna postawa nowego prezydenta USA wzmagają dyskusję o potrzebie umacniania, konsolidacji Unii Europejskiej. W tym kontekście pojawiają się znamienne sugestie europejskich polityków różnej orientacji o potrzebie zawężenia Unii do jej „zdrowego jądra”. Ani eurosceptycy, ani ci, którzy myślą o realnej Europie wielu prędkości nie mogli spodziewać się lepszego prezentu od szefa SLD. Z satysfakcją pewnie też przyjął ten komunikat „naczelnik” państwa, gdyż właśnie o to chodziło mu w całej tej aferze – aby międzynarodowe instytucje trzymać od Polski jak najdalej.

Czarzasty mówi, że „nie wierzy w skuteczność takich działań”. Nie zawsze jednak o skuteczność chodzi, tym bardziej, że swoją postawą tej skuteczności sam nie sprzyja. Dzisiejsze czasy to nie czasy umizgów do nieosiągalnego elektoratu. To czasy politycznej wyrazistości, to czasy na jednoznaczne stanowisko jakiej Europie sprzyjać chce SLD? Dlatego zachodzę w głowę w imię czego Włodzimierz Czarzasty zdradził europejskich socjalistów? Oraz czy jego stanowisko to stanowisko SLD czy Włodzimierza Czarzastego? W tej kwestii szczególnie ważny – myślę, że nie tylko dla mnie – byłby oficjalny komunikat statutowych kolegialnych władz Sojuszu.

I na koniec powtórzę za samym sobą: „Nikt na świecie nie będzie płakał po Unii Europejskiej, a żadne z państw europejskich z osobna nie jest w stanie sprostać gospodarczym, technologicznym i społecznym wyzwaniom jutra”. I to by było na tyle.

Trumpizm

Nie sposób nie odnieść się do najnowszych wieści zza Wielkiej Wody. Skoro wszyscy o tym piszą, to mogę i ja – skrzyżowanie istoty gorszego sortu, ubeko-podobnej z noszącej znamiona osoby specjalnej troski. Tak na marginesie, przy tej skandalicznej, podłej łódzkiej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, odzywka jego wielkiego brata – Lecha: „Spieprzaj dziadu!” jest szczytem Wersalu.

Wybór Trumpa na prezydenta USA budzi emocje. Wielu odczytuje to wydarzenie jako signum temporis, koniec jakiejś epoki, koniec Zachodu (prof. Kuźniar) etc. Być może tak będzie – nic nie jest wieczne i cywilizacja Euro-atlantycka też zawalić się może pod własnym ciężarem jak wszystkie cywilizacje do tej pory. Ale czy Trump jest tą cegiełką, która uruchomi lawinę? Wątpię. Wybór Trumpa pierwszym obywatelem USA stworzy problemy przede wszystkim dla samych Stanów Zjednoczonych. USA – ten niedościgły wzór demokracji – wybrały sobie na przywódcę osobę, która uzyskała wyraź nie mniejsze poparcie społeczne niż kontrkandydat(ka). A to w zderzeniu z kontrowersyjnymi hasłami nowego prezydenta musi prowokować poważną dyskusję w Stanach o ichniej demokracji. Tym bardziej, że Trump z jednej strony usiłując wzbudzać nacjonalistyczne nastroje amerykańskie z drugiej odziera Stany Zjednoczone z ich dotychczasowej, wyjątkowej misji we współczesnym świecie, zapowiadając sprowadzenie tego mocarstwa do szeregu „normalnych” państwa narodowych. Jestem przekonany, że wkrótce Stany staną się areną wielu ciekawych wydarzeń.

Z reakcji europejskich najbardziej ubawiła mnie reakcja prezydenta Węgier, który nie kryjąc już swojej antyunijności ogłosił co następuje:  „Otrzymaliśmy z najwyższego miejsca na świecie pozwolenie, byśmy także my mogli stawiać samych siebie na pierwszym miejscu. To wielka sprawa, wielka wolność i wielki prezent„. Prezydent Orban otrzymał więc pozwolenie i swoim wasalizmem i wazeliniarstwem uzasadnia swoje dążenia do wolności! Świat staje na głowie.

Bardzo jestem ciekawy wpływu amerykańskich wyborów na postawy społeczeństw Unii Europejskiej. Życzyć sobie należy, aby trumpizm wzmocnił integracyjne tendencje w europejskich społeczeństwach. Osłabienie Unii niewątpliwie  będzie na rękę Stanom, Chinom, Rosji i Turcji. Trzeba mieć świadomość, że za Europą nikt w świecie płakać nie będzie. Rozluźnienie unijnych więzi uczyni ponadto państwa członkowskie praktycznie bezbronnymi wobec naporu uchodźców ze świata arabskiego, naporu sprowokowanego nota bene amerykańską polityką międzynarodową.  Nie można wykluczyć i takiego scenariusza, że Polska wraz z Węgrami i być może niektórymi innymi państwami Europy środkowo-wschodniej wystawiona zostanie poza właściwą, mniejszą, ale bardziej zintegrowaną Unią. Będzie to dramatem narodowym o historycznym wymiarze.

W tej sytuacji polska lewica powinna moim zdaniem szybko odnieść się do tej kwestii formułując bardzo wyraźne stanowisko, opowiadając się jednoznacznie za dalszą polityczną, gospodarczą, społeczną i fiskalną integracją Unii. Być może dla niektórych Prezydent Orban jest bratankiem i do szabli i do szklanki, ale ani węgierska szabla ani polska szklanka nie zapewnią warunków dla stabilnego, bezpiecznego rozwoju kraju. A mocna, zintegrowana Unia tak.

Polskie piekło

Chaos w Polsce pogłębia się coraz bardziej. Pytanie zasadnicze to to, czy ten chaos (rozpierducha, jak chcą niektórzy) jest efektem czyjegoś zamierzonego działania, czy też dzieje się sam z siebie, a właściwie z esencji natury polskiej klasy politycznej, która niezmiennie hołduje zasadzie, że epitety, etykiety i haki są dużo lepsze niż rzeczowe, konkretne argumenty.

Najgłębszy w nowożytnej historii Polski kryzys parlamentarny, sprowokowany wykluczeniem przez Marszałka z obrad Sejmu posła za wygłoszenie z sejmowej trybuny obrazoburczej kwestii: „Muzyka łagodzi obyczaje” wcale nie został zażegnany. Posłowie wprawdzie rozjechali się do domów na zasłużony odpoczynek, ale zostawili kraj z budżetem o bardzo wątpliwej legalności, czego skutków dzisiaj wyobrazić sobie nie sposób. W trakcie całej tej awantury budżetowej, kiedy to dodatkowo  zadłużenie kraju przekroczyło symboliczną kwotę 1 000 000 000 000 PLN, nie pojawił się nigdzie  stwórca budżetu – minister finansów. Zdążył tylko publicznie wyjawić, że on, minister finansów i minister rozwoju jest w budżecie państwa na 2017 rok zakochany! To wiele tłumaczy. Miłość, jak wiadomo, jest ślepa,   głucha na argumenty i bardzo wyczerpuje fizycznie. Zwłaszcza miłość nieodwzajemniona. Pan minister i pierwszy wicepremier nie może pewnie spać po nocach zachodząc w głowę, czy budżet pokocha  również jego. Ale to okaże się dopiero po roku. Przez rok mamy więc ministra Morawieckiego z głowy.

Kryzysowi parlamentarnemu towarzyszyło wiele nowych, nieznanych dotąd na Wiejskiej technik. Tak więc grożono posłom opozycyjnym więzieniem (do 10 lat), straszono użyciem przemocy, a nawet, dla spacyfikowania sali sejmowej zastosowano numer na nieboszczyka. Wydaje się, że nekropolityka stanie się ważną specjalizacją PiS.  Kaczyński kilkakrotnie przy tym oskarżał opozycję o intencje przeprowadzenia puczu. Oskarżenia tymczasem rzuca osoba, która sprawuje faktyczną władzę w Polsce nie mając ku temu żadnego tytułu prawnego i nie ponosząca żadnej konstytucyjnej odpowiedzialności!  Chaos przypieczętowany został publicznym wystąpieniem naczelniczka państwa, który z okazji jakieś tam rocznicy czy tygodnicy, odnosząc się do wydarzeń w Sejmie, grzmiał: „Polska tę walkę wygra!”. Polska, czyli kto? 19% obywateli, którzy głosowali na PiS? Niech będzie i 34%  poparcia, które PiS dają dzisiaj sondaże. Jeśli to jest Polska, to kim jest pozostałe 76 % mieszkańców kraju nad Wisłą? To już nie obywatele gorszego sortu, to jakieś zagraniczne, obce narodowo szumowiny, które nie warte są miana Polaka! Po prostu dramat. Chyba, że mamy do czynienia z przypadkiem choroby psychicznej. To już inna sprawa, to w jakiejś mierze tłumaczy sytuację, ale jej nie klaruje

Zawierucha zawieruchą ale praca Sejmu wre. Przyjęto, w trybie „budżetowym”, ustawę „dezubekizacyjną”, chociaż, jak przypomniał Włodek Czarzasty, UB rozwiązano w Polsce 60 lat temu. Wartko, jak donosi prasa, trwają też pracę nad nowelą ustawy o SKOK-ach.  PiS zawsze przeciwny był objęciem SKOK-ów nadzorem KNF – patronował czynnie tej postawie Prezydent Lech Kaczyński. Pomimo tego, że SKOKi naraziły Polaków na stratę jak dotąd około 4,5 mld złotych, PiS uczepił się orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że stopień nadzoru KNF powinien zależeć od wielkości SKOK. Dlatego w rzeczonej noweli przewiduje się całkowite zniesieni nadzoru KNF nad mniejszymi pisowskimi kasami. Pan  senator Bierecki będzie mógł znów bez ograniczeń transferować pieniądze do Luksemburga.

Dwóch opozycyjnych liderów mocno nadszarpnęło swoją reputację, co oczywiście czyni z nich bohaterów wszystkich mediów. Niewspółmiernie cicho jest natomiast w mediach wokół sprawy księdza, który w szczególnie bestialski sposób wykorzystywał seksualnie 13 letnią dziewczynkę, przypomnianej przez red. Kopińską w GW. Ksiądz wprawdzie został skazany, ale wyrok wielokrotnie mu łagodzono, a obecnie znów świadczy usługi duszpasterskie nie zaniedbując internetowej aktywności w stosunku do dzieci.  Z całego artykułu przytoczę fragment, pomijany na ogół w komentarzach, a który zbulwersował mnie do granic:

„ – Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad ze wszystkimi księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie reagował. Ja byłam bardzo drobną dziewczynką, wszyscy widzieli, jaka jest między nami różnica wieku, a księża się nie dziwili, że śpię u niego”.

Jak to się dzieje, że nikt nie zapytał o współodpowiedzialność owych księży za seksualne przestępstwa ich kolegi? Przecież musieli być świadomi tego, że są świadkami seksu z osobą nieletnią. Również oni powinni więc być pociągnięci do odpowiedzialności karnej i przykładowo ukarani. Swoją drogą ich bierność świadczy o tym, że tego typu sytuacje to zapewne normalka w codziennym życiu parafialnym. Wstyd i hańba!

Na koniec hit. Naczelniczek państwa w wywiadzie dla węgierskiej gazety ogłosił realność powstania alternatywnej dla Unii Europejskiej organizacji politycznej zrzeszającej państwa Europy środkowo-wschodniej. Jednym słowem RWPG bis. Niezależnie od realności takich inicjatyw nie będą one mogły być inaczej odebrane przez Europę jak twardy dowód na rozbijacką politykę Polski w Unii. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Takie działania Kaczyńskiego uznać należy moim zdaniem za zdradę polskiej racji stanu.

Yankee go home!

– i to jak najprędzej.

Przed laty ówczesny minister obrony narodowej, Radosław Sikorski publicznie deklarował, że „marzeniem Polaków jest, aby żołnierz amerykański postawił but na polskiej ziemi”. Wypowiadanie się w imieniu całego polskiego narodu jest jakąś genetyczną wadą polskich polityków – niezależnie od ich proweniencji. Tak naprawdę to ta wada, której rewersem jest pogarda dla myślących inaczej niż władza, zawsze leżała u podstaw naszych narodowych klęsk.

Ale powróćmy do Amerykanów. Stało się. Amerykańscy pancerni kawalerzyści, występujący jako NATO-wskie wojska sojusznicze, przybyły do naszego kraju na – jak się to za granicą podkreśla – wyraźne życzenie Polski. (Skąd my znamy ten schemat?). Oficjalne komunikaty mówią,  że celem tej historycznej (JU) operacji militarnej jest „odstraszanie” i „zapewnienie bezpieczeństwa” w dobie „wzrostu zagrożenia”. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że żaden z tych celów nie jest ani prawdziwy, ani realny.

Dożyliśmy czasów, w których politycy świadomie porzucili prawdę jako główną swoją podporę w działalności publicznej na rzecz tzw. postprawdy, czyli faktów medialnych, które z rzeczywistością niewiele mają wspólnego, a których jedynym celem jest odpowiednie kształtowanie opinii publicznej. Oddzielanie ziarna od plew w świecie postprawdy jest niezmiernie trudne. Oto najświeższy przykład. Międzynarodowa społeczność epatowana jest od jakiegoś czasu doniesieniami o wpływie rosyjskich hakerów na wynik wyborów prezydenckich w USA. Dowody ponoć są, ale utajnione. Tymczasem nowy prezydent podważa tą tezę. Komu wierzyć?

Myślę, że jedynym sposobem, aby w oszukańczym świecie postprawdy móc choćby zorientować się w prawdziwym charakterze i kierunkach zachodzących procesów politycznych i gospodarczych należy uciec się do metody patrzenia na te procesy z lotu ptaka.  Oto trzy próby.

Spojrzenie pierwsze. Prezydent Reagan ogłaszając antykomunistyczną krucjatę, „ochrzcił” ZSRR mianem imperium zła. Taka dekretacja rodem z komiksów sf miała uzasadniać między innymi głęboką ingerencję amerykańskich służb specjalnych w procesy społeczno-polityczne zachodzące między innymi w Polsce. ZSRR już nie ma, komunizm, a z nim i socjalizm, zeszły z większości scen politycznych Europy. Ale Rosja nadal kreowana jest przez następców Reagana na „imperium zła”. Dlaczego? Widocznie kwestie ideologiczne nie były tymi najważniejszymi przesłankami lokującymi amerykańskie wyobrażenie o „imperium zła” gdzieś między Bugiem a Kamczatką. W grę wchodzić mogą dwie, uzupełniające się okoliczności. Pierwsza, to konieczność eskalowania zagrożenia,  gdyż takie eskalacje zawsze okazywały się w przeszłości skuteczne w zasilaniu amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego pieniędzmi podatników. Drugą okolicznością (uwaga – spekulacja!) mogą być super strategiczne cele amerykańskiej polityki ukierunkowanej na realne zawładnięcie terytorium i ogromnymi złożami naturalnych surowców Rosji. Patrząc na mapę świata nie sposób oprzeć się konstatacji, że właśnie tereny Rosji są właściwie jedynymi większymi, nie opanowanymi jeszcze przez amerykański (międzynarodowy) kapitał. Przywódcy rosyjscy, niezależnie od ustroju, którzy sprzyjali temu celowi byli wszak przez Waszyngton hołubieni, a ci, którzy nie chcieli dopuścić do utarty kontroli Rosji nad swoimi bogactwami naturalnymi – piętnowani oraz obrzucani najróżnorodniejszymi inwektywami.

Spojrzenie drugie. Od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone, w imię dawania odporu ruchom komunistycznym i socjalistycznym, zaczęły rozmieszczać w świecie swoje bazy wojskowe. Podobnie czynił ZSRR, przez co osiągnięto względną równowagę. Warto jednak spojrzeć z lotu ptaka właśnie na zmiany jakie w ostatnich dziesięcioleciach zaszły w dyslokacji amerykańskich baz wojskowych (jedyna rosyjska jest w Syrii). Proces ma jeden kierunek: jak najbliżej granic z Rosją. Z chwilą przybycia brygady pancernej USA do Polski, Litwy i Łotwy wojska amerykańskie staną przy rosyjskiej granicy. Dlatego tę operację militarną nazywam historyczną.

Spojrzenie trzecie. Od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone wysyłały swoich dzielnych chłopaków na ponad 70 misji zbrojnych na całym niemal świecie. Jakie były finalne efekty tych misji? Literatura jest bogata, w skrócie:  żadna z nich nie rozwiązała żadnego nieamerykańskiego problemu. Za to powszechnie obwinia się USA ojcostwem współczesnego światowego terroryzmu.

Eskalowanie poczucia zagrożenia „Zachodu” przez Rosję za pomocą postprawdy jest niebezpieczne z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze jest na rękę rosyjskim jastrzębiom, których też nie brak, i którzy w istocie niewiele różnią się od swoich amerykańskich kolegów. Im też zależy na procencie PKB kierowanym do kompleksu wojskowo-przemysłowego. W ten sposób realne napięcie,  a z nim i zagrożenie dla spokojnego życia obywateli rośnie a nie maleje. Po drugie filozofia taka spycha na dalsze plany rozpoznawanie realnych zagrożeń jakie dla ludzi niesie dzień dzisiejszy i jutrzejszy. Spycha na dalsze plany i rzecz jasna ogranicza finansowanie badań w tych kierunkach.

Dlatego, jeśli nawet przyjąć za dobrą monetę deklaracje, że postawienie buta amerykańskiego żołnierza na polskiej ziemi uzasadnione jest „wzrostem zagrożenia”, to od polityków wszelkiej maści i na całym świecie oczekiwać i wymagać musimy, aby ten stan zagrożenia jak najszybciej zlikwidować metodami politycznymi, bynajmniej nie militarnymi. W przeciwnym razie wyobraźni nie starczy dla uwspółcześnienia uniwersalnej myśli Marii Konopnickiej: „A najmężniej biją króle, a najgęściej giną chłopy”.

Im więc krócej amerykanie będą w naszym kraju – tym lepiej. Dlatego już teraz warto przygotowywać transparenty: „Yankee go home!”.

Do siego roku!

Witam w Nowym Roku.  Wszystkim gościom mojego bloga życzę, aby ten rok nie był rokiem spokoju w polityce. To bowiem, co jest dla Polski najgroźniejsze, to właśnie CISZA, SPOKÓJ. Cisza w polskiej polityce oznaczać będzie akceptację celów i metod PiS, oznaczać będzie rezygnację. I zapewne na to liczy naczelniczek. Liczy na to, że ludzie w końcu „odpuszczą”, pogodzą się z nowym Trybunałem Konstytucyjnym, reżimowymi mediami, Misiewiczami, itp., itd. I to będzie wielki, narodowy dramat.

Wielokrotnie pisałem o postępującej faszyzacji polskiego życia politycznego. Proces ten jest co raz bardziej widoczny, a w swoim wystąpieniu w TVN prof. Kuźniar postawił kropkę nad „i”. Profesor jest przekonany, że kraj nasz zmierza do ustroju neofaszystowskiego – i dobitnie dowodzi tej tezy.

O faszyzmie uczyliśmy się na lekcjach historii, dramatycznie odczuliśmy w Polsce jego zbrodniczą rękę. Ale niewiele wiemy o tym, jak faszyzm się rodzi. Jak powstają reguły, instytucje, które demokratyczne społeczeństwo zmieniają w „ciemny” ale posłuszny lud.

Rok 2017 w dużej mierze zadecyduje o tym, czy państwo obywatelskie ma w Polsce jeszcze jakieś szanse. Aby te szanse się pojawiły potrzebna jest codzienna aktywność każdego, kto dostrzega grozę sytuacji. Każdego, bez względu na partyjna przynależność czy wyznanie. Pora znowu wznieść hasło: „No pasaran!”

Grozę sytuacji uzmysłowiłem sobie po lekturze wyników sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” (Rzepa, 29.12.2016) opinii Polaków o stanie demokracji w naszym kraju. Ankietowanych pytano „Czy w 2016 roku stan demokracji w Polsce uległ zmianie?”. 38 proc. twierdzi, że nic się nie zmieniło. Zdaniem 43 proc. się pogorszył. 10 proc. uważa, że raczej się poprawił, a 5 proc. widzi zdecydowaną poprawę. Ale to są dane ogólne. Znamienne są różnice oceny stanu demokracji w zależności od wieku pytanych osób. W przedziale wiekowym 18 – 24 lata dla aż 75 % ankietowanych stan demokracji w 2016r nie uległ zmianie, a tylko dla 21 % pogorszył się.  W grupie 25–34 lata ten odsetek osób niedostrzegających pogorszenia się demokracji wynosi 61% . Co ciekawe, największy odsetek osób zaniepokojonych stanem naszej demokracji jest w przedziale wiekowym 55 lat i więcej, a więc w tej części społeczeństw, która w pełnej obywatelskiej świadomości przeszła okres transformacji ustrojowej. Ale to młodzi ludzie są przyszłością narodu. Dlatego bardzo źle wróży Polsce tak wysoki odsetek tolerancji antydemokratycznej rewolucji PiS właśnie wśród młodych.   Okazuje się więc że walka o demokratyczną, obywatelską Polskę nie będzie łatwa.

Stąd też moje uznanie dla grupy polskich aktorów Nowego Teatru: Cieleckiej, Ostaszewskiej, Poniedziałka i Stuhra, którzy z otwartą przyłbicą mówią obecnej polskiej rzeczywistości NIE.