Rzeźnia Polska(i)

Wielu czołowych polityków PiS sprawia wrażenie jakby miała jakieś szczególne uprzedzenie do Donalda Tuska, noszące częsta znamiona alergii na samą postać i nazwisko. Przypomnieć można  choćby dziadka w Wermachcie, uściski z Putinem, a tak w ogóle, to całe polskie zło – zdaniem PiS to przysłowiowa już „wina Tuska”.

Daleki jestem jednak o uznania, że ta kampania ma jakieś podłoże czysto personalne. PiS jest sprytny, przebiegły, często podły w swoich zachowaniach, ale nie można mu odmówić inteligencji. A średnio inteligentny polityk nigdy nie przedłoży personalnych animozji nad cele swojego ugrupowania. Bezpardonowe, konsekwentne atakowanie Tuska uznać więc należy jako element taktyki niszczenia Platformy Obywatelskiej – politycznego przeciwnika PiS. Tusk był nie tylko „głową” PO, ale i zwornikiem dla różnych wewnętrznych frakcji tego ugrupowania. Znaczenie Tuska dla PO uwidoczniło się wyraźnie po jego odejściu do Brukseli – PO utonęła w wewnętrznych sporach, z których do dzisiaj nie potrafiła się wykaraskać.

Uważni obserwatorzy polskiej sceny politycznej zwrócili uwagę na pewne oznaki ocieplenia relacji Kaczyński – Tusk zaraz po wyborach parlamentarnych. Ze strony Kaczyńskiego płynęły wówczas opinie – w kontekście ewentualnej reelekcji Tuska na kolejną kadencję Przewodniczącego Rady Europejskiej – że PiS wspierać będzie wszystkich Polaków na wysokich unijnych stanowiskach. Od niedawna sytuacja zmieniła się radykalnie. Kaczyński najpierw zapowiedział, że rząd Polski nie będzie popierał kandydatury Tuska, a kilka dni temu ogłosił wręcz, że ponowny wybór Donalda Tuska na stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej jest sprzeczny z polską racją stanu!

Nigdy dotąd żaden lider rządzącej partii w jakimkolwiek państwie europejskim nie posunął się do tak kuriozalnej deklaracji pod adresem swojego przedstawiciela we władzach Unii, a tym bardziej piastującego najwyższe w Unii stanowisko. Pomijając kwestię legitymacji przewodniczącego partii, którą w wyborach poparło niespełna 20% wyborców, do określania co jest, a co nie jest polską racją stanu, uważam, że działalność Kaczyńskiego jest w tym przypadku szczególnie szkodliwa. Podważa ona autorytet i wizerunek naszego kraju na zewnątrz, wzmagając stawiane od jakiegoś już czasu znaki zapytania nad naszą międzynarodową wiarygodnością i przewidywalnością. W interesie Polski powinno być właśnie wspieranie Tuska nie tylko przez polski rząd, ale i przez polski parlament i partie polityczne. Nie chodzi tu o to, że polski Przewodniczący mógłby coś dla Polski „załatwić”, jak prymitywnie wielu oczekuje, ale o to, że piastowanie tej funkcji przydaje państwu i krajowi międzynarodowego autorytetu. To poparcie należy się Tuskowi tym bardziej, że swoje obowiązki przewodniczącego RE w okresie dla Unii bardzo trudnym, wypełnia całkiem dobrze – w interesie Unii, a tym samym w interesie Polski.

O co więc chodzi?

Jestem przekonany, a niedaleka przyszłość zweryfikuje moje zdanie, że za tak drastyczną opinią Kaczyńskiego nie stoją względy personalne ani też zamiar dalszego osłabiania Platformy (jej nawet Tusk już nie pomoże). Przyczyny są głębsze. PiS nigdy nie skrywał swego krytycyzmu względem obecnej Unii. Urzędnik unijny był tolerowany, gdy sypał groszem, a piętnowany jako „unijny biurokrata”, gdy chciał sprawdzić, czy ten grosz wydawany jest zgodnie z celami i zasadami Unii. Ale to był argument na pokaz, dla „ciemnego ludu”. Kaczyński ma w zamiarze przeprowadzenie głębokiej reformy Unii (jakby kabaretowo to nie zabrzmiało zapowiedział już przygotowywanie nowego unijnego traktatu) w kierunku luźnej federacji państw narodowych, z faktyczną polityczną stolicą nie w Brukseli a w Watykanie. Tylko osoba Polaka – Przewodniczącego Rady Europejskiej stoi na przeszkodzie, aby niszcząca Unię Europejską kampania PiS nabrała rozmachu i rozpędu tak w kraju jak i za granicą.  To już jest groźne nie tylko dla Polski, ale i dla Europy.

Właściwie mógłbym na tym zakończyć, ale trudno jest mi oprzeć się uczuciu z gatunku schadenfreude. Było otóż tak, że gdy dobiegała końca moja kadencja członka Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, naiwnie zrodziła się we mnie myśl, że premierowi polskiego rządu, który niegdyś rekomendował Radzie Europejskiej moją osobę na pierwszego polskiego członka Trybunału, winien jestem jakiś rodzaj sprawozdania, relacji z tej pionierskiej bądź co bądź misji. Poprosiłem więc o spotkanie z urzędującym premierem Donaldem Tuskiem. Chciałem oczywiście przy okazji wysondować moje szanse na przedłużenie mandatu, ale też świadomy byłem, że są one raczej nikłe. W efekcie wielokrotnego pukania do drzwi gabinetu premiera otrzymałem oficjalne pismo stwierdzające, że takie spotkanie nie może dojść do skutku. Pan premier nie znalazł 10 minut na spotkanie z Polakiem piastującym wówczas najwyższe stanowisko w instytucjach Unii Europejskiej. Trudno. Jednakże pomimo tego doświadczenia postanowiłem przystąpić do formalnego postępowania, które miało polskiego kandydata na kolejną kadencję wyłonić. Któregoś dnia pracownicy mojego gabinetu poinformowali mnie, że właśnie na stronie MSZ ukazało się ogłoszenie o takim postępowaniu. Termin na złożenie dokumentów – 7 dni kalendarzowych. Dla kogoś, kto wcześniej nie znał warunków, dotrzymanie takiego terminu było bez wątpienia wyzwaniem. Ja jednak wszystkie dokumenty miałem skompletowane, wysłałem je więc do MSZ. I co? I nic. Jak kamień w wodę. Nie tylko nie mogłem uzyskać informacji o toczącym się postępowaniu, ale też w ogóle, pomimo wielu monitów, nie poinformowano mnie, urzędującego członka Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, o jego oficjalnym rozstrzygnięciu. Dowiedziałem się o nim via Rada Europejska, która przesłała do Trybunału specjalny komunikat w tej sprawie. Nie zwrócono mi nawet dokumentów, tak jakby mnie w ogóle nie było. Rządząca Platforma pokazała, że funkcjonowanie Unii, funkcjonowanie Trybunału nic a nic jej nie obchodzi. Liczy się tylko stanowisko dla swojego. Dlatego dla mnie różnica w formacie, w klasie sprawowania władzy publicznej pomiędzy PiS a PO jest w istocie niewielka. W końcu trudno się dziwić: wszak to jedna rodzina.

Czarzasty zdradził

Wielce zdumiała i rozczarowała mnie wypowiedź przewodniczącego SLD na temat ewentualności uruchomienia wobec Polski artykułu 7. Traktatu o Unii Europejskiej w związku z łamaniem w Polsce zasad rządów prawa. Na specjalnej konferencji w Brukseli przewodniczący Czarzasty  oświadczył, że nie wierzy w skuteczność takich działań i że Polska powinna swoje sprawy załatwiać w kraju. Powiedział również, że przyjechał do Brukseli aby „przedstawiać sytuację w Polsce”. Ręce i nogi opadają.

Pan przewodniczący powinien wiedzieć, że – jak daleko w historię nie sięgnąć – żadne wewnętrzne sprawy Polski, które miały jakiś kontekst międzynarodowy,  nie były załatwiane „we własnym domu”. A to dlatego, że jesteśmy liczebnym narodem ulokowanym przez historię w sercu Europy. Pan przewodniczący dobrze pewnie wie, że kwestia łamania zasad praworządności w Polsce jest jak najbardziej kwestią całej Unii Europejskiej. Chodzi w istocie o to, czy Unia jest zdolna do obrony swoich wspaniałych wartości, standardów politycznych i społecznych. Jeżeli więc organizuje się w europejskiej stolicy jakieś konferencje na ten temat, to przede wszystkim po to, aby rozpoznać na ile europejskie inicjatywy w tej materii mogą liczyć na wewnętrzne wsparcie krajowych sił politycznych.

Parlament europejski nie potrzebuje dodatkowych informacji o sytuacji w Polsce. Zna tę sytuację bardzo dobrze dzięki  raportom Komisji Weneckiej, dwóm własnym debatom, oficjalnym i  nieoficjalne wizytom europejskich parlamentarzystów, czy wreszcie dzięki krajowym i zagranicznym mediom. Dodatkowe „poświadczenie” ze strony Czarzastego nie jest warte ceny biletu lotniczego do Brukseli.

Mógł Czarzasty rozegrać tą sprawę inaczej – choćby wyrażając zrozumienie dla znaczenie kwestii praworządności dla Unii jako całości i zrozumienie dla inicjatywy frakcji Socjalistów i demokratów. Nic z tych rzeczy. Zadziwiają przy tym  argumenty Czarzastego o Brexicie. Rzeczywiście Unia Europejska staje przed nowymi wyzwaniami i szeregi eurosceptyków zacierają ręce. Z drugiej strony zarówno Brexit jak i jawnie już antyunijna postawa nowego prezydenta USA wzmagają dyskusję o potrzebie umacniania, konsolidacji Unii Europejskiej. W tym kontekście pojawiają się znamienne sugestie europejskich polityków różnej orientacji o potrzebie zawężenia Unii do jej „zdrowego jądra”. Ani eurosceptycy, ani ci, którzy myślą o realnej Europie wielu prędkości nie mogli spodziewać się lepszego prezentu od szefa SLD. Z satysfakcją pewnie też przyjął ten komunikat „naczelnik” państwa, gdyż właśnie o to chodziło mu w całej tej aferze – aby międzynarodowe instytucje trzymać od Polski jak najdalej.

Czarzasty mówi, że „nie wierzy w skuteczność takich działań”. Nie zawsze jednak o skuteczność chodzi, tym bardziej, że swoją postawą tej skuteczności sam nie sprzyja. Dzisiejsze czasy to nie czasy umizgów do nieosiągalnego elektoratu. To czasy politycznej wyrazistości, to czasy na jednoznaczne stanowisko jakiej Europie sprzyjać chce SLD? Dlatego zachodzę w głowę w imię czego Włodzimierz Czarzasty zdradził europejskich socjalistów? Oraz czy jego stanowisko to stanowisko SLD czy Włodzimierza Czarzastego? W tej kwestii szczególnie ważny – myślę, że nie tylko dla mnie – byłby oficjalny komunikat statutowych kolegialnych władz Sojuszu.

I na koniec powtórzę za samym sobą: „Nikt na świecie nie będzie płakał po Unii Europejskiej, a żadne z państw europejskich z osobna nie jest w stanie sprostać gospodarczym, technologicznym i społecznym wyzwaniom jutra”. I to by było na tyle.

Trumpizm

Nie sposób nie odnieść się do najnowszych wieści zza Wielkiej Wody. Skoro wszyscy o tym piszą, to mogę i ja – skrzyżowanie istoty gorszego sortu, ubeko-podobnej z noszącej znamiona osoby specjalnej troski. Tak na marginesie, przy tej skandalicznej, podłej łódzkiej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, odzywka jego wielkiego brata – Lecha: „Spieprzaj dziadu!” jest szczytem Wersalu.

Wybór Trumpa na prezydenta USA budzi emocje. Wielu odczytuje to wydarzenie jako signum temporis, koniec jakiejś epoki, koniec Zachodu (prof. Kuźniar) etc. Być może tak będzie – nic nie jest wieczne i cywilizacja Euro-atlantycka też zawalić się może pod własnym ciężarem jak wszystkie cywilizacje do tej pory. Ale czy Trump jest tą cegiełką, która uruchomi lawinę? Wątpię. Wybór Trumpa pierwszym obywatelem USA stworzy problemy przede wszystkim dla samych Stanów Zjednoczonych. USA – ten niedościgły wzór demokracji – wybrały sobie na przywódcę osobę, która uzyskała wyraź nie mniejsze poparcie społeczne niż kontrkandydat(ka). A to w zderzeniu z kontrowersyjnymi hasłami nowego prezydenta musi prowokować poważną dyskusję w Stanach o ichniej demokracji. Tym bardziej, że Trump z jednej strony usiłując wzbudzać nacjonalistyczne nastroje amerykańskie z drugiej odziera Stany Zjednoczone z ich dotychczasowej, wyjątkowej misji we współczesnym świecie, zapowiadając sprowadzenie tego mocarstwa do szeregu „normalnych” państwa narodowych. Jestem przekonany, że wkrótce Stany staną się areną wielu ciekawych wydarzeń.

Z reakcji europejskich najbardziej ubawiła mnie reakcja prezydenta Węgier, który nie kryjąc już swojej antyunijności ogłosił co następuje:  „Otrzymaliśmy z najwyższego miejsca na świecie pozwolenie, byśmy także my mogli stawiać samych siebie na pierwszym miejscu. To wielka sprawa, wielka wolność i wielki prezent„. Prezydent Orban otrzymał więc pozwolenie i swoim wasalizmem i wazeliniarstwem uzasadnia swoje dążenia do wolności! Świat staje na głowie.

Bardzo jestem ciekawy wpływu amerykańskich wyborów na postawy społeczeństw Unii Europejskiej. Życzyć sobie należy, aby trumpizm wzmocnił integracyjne tendencje w europejskich społeczeństwach. Osłabienie Unii niewątpliwie  będzie na rękę Stanom, Chinom, Rosji i Turcji. Trzeba mieć świadomość, że za Europą nikt w świecie płakać nie będzie. Rozluźnienie unijnych więzi uczyni ponadto państwa członkowskie praktycznie bezbronnymi wobec naporu uchodźców ze świata arabskiego, naporu sprowokowanego nota bene amerykańską polityką międzynarodową.  Nie można wykluczyć i takiego scenariusza, że Polska wraz z Węgrami i być może niektórymi innymi państwami Europy środkowo-wschodniej wystawiona zostanie poza właściwą, mniejszą, ale bardziej zintegrowaną Unią. Będzie to dramatem narodowym o historycznym wymiarze.

W tej sytuacji polska lewica powinna moim zdaniem szybko odnieść się do tej kwestii formułując bardzo wyraźne stanowisko, opowiadając się jednoznacznie za dalszą polityczną, gospodarczą, społeczną i fiskalną integracją Unii. Być może dla niektórych Prezydent Orban jest bratankiem i do szabli i do szklanki, ale ani węgierska szabla ani polska szklanka nie zapewnią warunków dla stabilnego, bezpiecznego rozwoju kraju. A mocna, zintegrowana Unia tak.

Polskie piekło

Chaos w Polsce pogłębia się coraz bardziej. Pytanie zasadnicze to to, czy ten chaos (rozpierducha, jak chcą niektórzy) jest efektem czyjegoś zamierzonego działania, czy też dzieje się sam z siebie, a właściwie z esencji natury polskiej klasy politycznej, która niezmiennie hołduje zasadzie, że epitety, etykiety i haki są dużo lepsze niż rzeczowe, konkretne argumenty.

Najgłębszy w nowożytnej historii Polski kryzys parlamentarny, sprowokowany wykluczeniem przez Marszałka z obrad Sejmu posła za wygłoszenie z sejmowej trybuny obrazoburczej kwestii: „Muzyka łagodzi obyczaje” wcale nie został zażegnany. Posłowie wprawdzie rozjechali się do domów na zasłużony odpoczynek, ale zostawili kraj z budżetem o bardzo wątpliwej legalności, czego skutków dzisiaj wyobrazić sobie nie sposób. W trakcie całej tej awantury budżetowej, kiedy to dodatkowo  zadłużenie kraju przekroczyło symboliczną kwotę 1 000 000 000 000 PLN, nie pojawił się nigdzie  stwórca budżetu – minister finansów. Zdążył tylko publicznie wyjawić, że on, minister finansów i minister rozwoju jest w budżecie państwa na 2017 rok zakochany! To wiele tłumaczy. Miłość, jak wiadomo, jest ślepa,   głucha na argumenty i bardzo wyczerpuje fizycznie. Zwłaszcza miłość nieodwzajemniona. Pan minister i pierwszy wicepremier nie może pewnie spać po nocach zachodząc w głowę, czy budżet pokocha  również jego. Ale to okaże się dopiero po roku. Przez rok mamy więc ministra Morawieckiego z głowy.

Kryzysowi parlamentarnemu towarzyszyło wiele nowych, nieznanych dotąd na Wiejskiej technik. Tak więc grożono posłom opozycyjnym więzieniem (do 10 lat), straszono użyciem przemocy, a nawet, dla spacyfikowania sali sejmowej zastosowano numer na nieboszczyka. Wydaje się, że nekropolityka stanie się ważną specjalizacją PiS.  Kaczyński kilkakrotnie przy tym oskarżał opozycję o intencje przeprowadzenia puczu. Oskarżenia tymczasem rzuca osoba, która sprawuje faktyczną władzę w Polsce nie mając ku temu żadnego tytułu prawnego i nie ponosząca żadnej konstytucyjnej odpowiedzialności!  Chaos przypieczętowany został publicznym wystąpieniem naczelniczka państwa, który z okazji jakieś tam rocznicy czy tygodnicy, odnosząc się do wydarzeń w Sejmie, grzmiał: „Polska tę walkę wygra!”. Polska, czyli kto? 19% obywateli, którzy głosowali na PiS? Niech będzie i 34%  poparcia, które PiS dają dzisiaj sondaże. Jeśli to jest Polska, to kim jest pozostałe 76 % mieszkańców kraju nad Wisłą? To już nie obywatele gorszego sortu, to jakieś zagraniczne, obce narodowo szumowiny, które nie warte są miana Polaka! Po prostu dramat. Chyba, że mamy do czynienia z przypadkiem choroby psychicznej. To już inna sprawa, to w jakiejś mierze tłumaczy sytuację, ale jej nie klaruje

Zawierucha zawieruchą ale praca Sejmu wre. Przyjęto, w trybie „budżetowym”, ustawę „dezubekizacyjną”, chociaż, jak przypomniał Włodek Czarzasty, UB rozwiązano w Polsce 60 lat temu. Wartko, jak donosi prasa, trwają też pracę nad nowelą ustawy o SKOK-ach.  PiS zawsze przeciwny był objęciem SKOK-ów nadzorem KNF – patronował czynnie tej postawie Prezydent Lech Kaczyński. Pomimo tego, że SKOKi naraziły Polaków na stratę jak dotąd około 4,5 mld złotych, PiS uczepił się orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że stopień nadzoru KNF powinien zależeć od wielkości SKOK. Dlatego w rzeczonej noweli przewiduje się całkowite zniesieni nadzoru KNF nad mniejszymi pisowskimi kasami. Pan  senator Bierecki będzie mógł znów bez ograniczeń transferować pieniądze do Luksemburga.

Dwóch opozycyjnych liderów mocno nadszarpnęło swoją reputację, co oczywiście czyni z nich bohaterów wszystkich mediów. Niewspółmiernie cicho jest natomiast w mediach wokół sprawy księdza, który w szczególnie bestialski sposób wykorzystywał seksualnie 13 letnią dziewczynkę, przypomnianej przez red. Kopińską w GW. Ksiądz wprawdzie został skazany, ale wyrok wielokrotnie mu łagodzono, a obecnie znów świadczy usługi duszpasterskie nie zaniedbując internetowej aktywności w stosunku do dzieci.  Z całego artykułu przytoczę fragment, pomijany na ogół w komentarzach, a który zbulwersował mnie do granic:

„ – Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad ze wszystkimi księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie reagował. Ja byłam bardzo drobną dziewczynką, wszyscy widzieli, jaka jest między nami różnica wieku, a księża się nie dziwili, że śpię u niego”.

Jak to się dzieje, że nikt nie zapytał o współodpowiedzialność owych księży za seksualne przestępstwa ich kolegi? Przecież musieli być świadomi tego, że są świadkami seksu z osobą nieletnią. Również oni powinni więc być pociągnięci do odpowiedzialności karnej i przykładowo ukarani. Swoją drogą ich bierność świadczy o tym, że tego typu sytuacje to zapewne normalka w codziennym życiu parafialnym. Wstyd i hańba!

Na koniec hit. Naczelniczek państwa w wywiadzie dla węgierskiej gazety ogłosił realność powstania alternatywnej dla Unii Europejskiej organizacji politycznej zrzeszającej państwa Europy środkowo-wschodniej. Jednym słowem RWPG bis. Niezależnie od realności takich inicjatyw nie będą one mogły być inaczej odebrane przez Europę jak twardy dowód na rozbijacką politykę Polski w Unii. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Takie działania Kaczyńskiego uznać należy moim zdaniem za zdradę polskiej racji stanu.

Yankee go home!

– i to jak najprędzej.

Przed laty ówczesny minister obrony narodowej, Radosław Sikorski publicznie deklarował, że „marzeniem Polaków jest, aby żołnierz amerykański postawił but na polskiej ziemi”. Wypowiadanie się w imieniu całego polskiego narodu jest jakąś genetyczną wadą polskich polityków – niezależnie od ich proweniencji. Tak naprawdę to ta wada, której rewersem jest pogarda dla myślących inaczej niż władza, zawsze leżała u podstaw naszych narodowych klęsk.

Ale powróćmy do Amerykanów. Stało się. Amerykańscy pancerni kawalerzyści, występujący jako NATO-wskie wojska sojusznicze, przybyły do naszego kraju na – jak się to za granicą podkreśla – wyraźne życzenie Polski. (Skąd my znamy ten schemat?). Oficjalne komunikaty mówią,  że celem tej historycznej (JU) operacji militarnej jest „odstraszanie” i „zapewnienie bezpieczeństwa” w dobie „wzrostu zagrożenia”. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że żaden z tych celów nie jest ani prawdziwy, ani realny.

Dożyliśmy czasów, w których politycy świadomie porzucili prawdę jako główną swoją podporę w działalności publicznej na rzecz tzw. postprawdy, czyli faktów medialnych, które z rzeczywistością niewiele mają wspólnego, a których jedynym celem jest odpowiednie kształtowanie opinii publicznej. Oddzielanie ziarna od plew w świecie postprawdy jest niezmiernie trudne. Oto najświeższy przykład. Międzynarodowa społeczność epatowana jest od jakiegoś czasu doniesieniami o wpływie rosyjskich hakerów na wynik wyborów prezydenckich w USA. Dowody ponoć są, ale utajnione. Tymczasem nowy prezydent podważa tą tezę. Komu wierzyć?

Myślę, że jedynym sposobem, aby w oszukańczym świecie postprawdy móc choćby zorientować się w prawdziwym charakterze i kierunkach zachodzących procesów politycznych i gospodarczych należy uciec się do metody patrzenia na te procesy z lotu ptaka.  Oto trzy próby.

Spojrzenie pierwsze. Prezydent Reagan ogłaszając antykomunistyczną krucjatę, „ochrzcił” ZSRR mianem imperium zła. Taka dekretacja rodem z komiksów sf miała uzasadniać między innymi głęboką ingerencję amerykańskich służb specjalnych w procesy społeczno-polityczne zachodzące między innymi w Polsce. ZSRR już nie ma, komunizm, a z nim i socjalizm, zeszły z większości scen politycznych Europy. Ale Rosja nadal kreowana jest przez następców Reagana na „imperium zła”. Dlaczego? Widocznie kwestie ideologiczne nie były tymi najważniejszymi przesłankami lokującymi amerykańskie wyobrażenie o „imperium zła” gdzieś między Bugiem a Kamczatką. W grę wchodzić mogą dwie, uzupełniające się okoliczności. Pierwsza, to konieczność eskalowania zagrożenia,  gdyż takie eskalacje zawsze okazywały się w przeszłości skuteczne w zasilaniu amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego pieniędzmi podatników. Drugą okolicznością (uwaga – spekulacja!) mogą być super strategiczne cele amerykańskiej polityki ukierunkowanej na realne zawładnięcie terytorium i ogromnymi złożami naturalnych surowców Rosji. Patrząc na mapę świata nie sposób oprzeć się konstatacji, że właśnie tereny Rosji są właściwie jedynymi większymi, nie opanowanymi jeszcze przez amerykański (międzynarodowy) kapitał. Przywódcy rosyjscy, niezależnie od ustroju, którzy sprzyjali temu celowi byli wszak przez Waszyngton hołubieni, a ci, którzy nie chcieli dopuścić do utarty kontroli Rosji nad swoimi bogactwami naturalnymi – piętnowani oraz obrzucani najróżnorodniejszymi inwektywami.

Spojrzenie drugie. Od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone, w imię dawania odporu ruchom komunistycznym i socjalistycznym, zaczęły rozmieszczać w świecie swoje bazy wojskowe. Podobnie czynił ZSRR, przez co osiągnięto względną równowagę. Warto jednak spojrzeć z lotu ptaka właśnie na zmiany jakie w ostatnich dziesięcioleciach zaszły w dyslokacji amerykańskich baz wojskowych (jedyna rosyjska jest w Syrii). Proces ma jeden kierunek: jak najbliżej granic z Rosją. Z chwilą przybycia brygady pancernej USA do Polski, Litwy i Łotwy wojska amerykańskie staną przy rosyjskiej granicy. Dlatego tę operację militarną nazywam historyczną.

Spojrzenie trzecie. Od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone wysyłały swoich dzielnych chłopaków na ponad 70 misji zbrojnych na całym niemal świecie. Jakie były finalne efekty tych misji? Literatura jest bogata, w skrócie:  żadna z nich nie rozwiązała żadnego nieamerykańskiego problemu. Za to powszechnie obwinia się USA ojcostwem współczesnego światowego terroryzmu.

Eskalowanie poczucia zagrożenia „Zachodu” przez Rosję za pomocą postprawdy jest niebezpieczne z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze jest na rękę rosyjskim jastrzębiom, których też nie brak, i którzy w istocie niewiele różnią się od swoich amerykańskich kolegów. Im też zależy na procencie PKB kierowanym do kompleksu wojskowo-przemysłowego. W ten sposób realne napięcie,  a z nim i zagrożenie dla spokojnego życia obywateli rośnie a nie maleje. Po drugie filozofia taka spycha na dalsze plany rozpoznawanie realnych zagrożeń jakie dla ludzi niesie dzień dzisiejszy i jutrzejszy. Spycha na dalsze plany i rzecz jasna ogranicza finansowanie badań w tych kierunkach.

Dlatego, jeśli nawet przyjąć za dobrą monetę deklaracje, że postawienie buta amerykańskiego żołnierza na polskiej ziemi uzasadnione jest „wzrostem zagrożenia”, to od polityków wszelkiej maści i na całym świecie oczekiwać i wymagać musimy, aby ten stan zagrożenia jak najszybciej zlikwidować metodami politycznymi, bynajmniej nie militarnymi. W przeciwnym razie wyobraźni nie starczy dla uwspółcześnienia uniwersalnej myśli Marii Konopnickiej: „A najmężniej biją króle, a najgęściej giną chłopy”.

Im więc krócej amerykanie będą w naszym kraju – tym lepiej. Dlatego już teraz warto przygotowywać transparenty: „Yankee go home!”.

Do siego roku!

Witam w Nowym Roku.  Wszystkim gościom mojego bloga życzę, aby ten rok nie był rokiem spokoju w polityce. To bowiem, co jest dla Polski najgroźniejsze, to właśnie CISZA, SPOKÓJ. Cisza w polskiej polityce oznaczać będzie akceptację celów i metod PiS, oznaczać będzie rezygnację. I zapewne na to liczy naczelniczek. Liczy na to, że ludzie w końcu „odpuszczą”, pogodzą się z nowym Trybunałem Konstytucyjnym, reżimowymi mediami, Misiewiczami, itp., itd. I to będzie wielki, narodowy dramat.

Wielokrotnie pisałem o postępującej faszyzacji polskiego życia politycznego. Proces ten jest co raz bardziej widoczny, a w swoim wystąpieniu w TVN prof. Kuźniar postawił kropkę nad „i”. Profesor jest przekonany, że kraj nasz zmierza do ustroju neofaszystowskiego – i dobitnie dowodzi tej tezy.

O faszyzmie uczyliśmy się na lekcjach historii, dramatycznie odczuliśmy w Polsce jego zbrodniczą rękę. Ale niewiele wiemy o tym, jak faszyzm się rodzi. Jak powstają reguły, instytucje, które demokratyczne społeczeństwo zmieniają w „ciemny” ale posłuszny lud.

Rok 2017 w dużej mierze zadecyduje o tym, czy państwo obywatelskie ma w Polsce jeszcze jakieś szanse. Aby te szanse się pojawiły potrzebna jest codzienna aktywność każdego, kto dostrzega grozę sytuacji. Każdego, bez względu na partyjna przynależność czy wyznanie. Pora znowu wznieść hasło: „No pasaran!”

Grozę sytuacji uzmysłowiłem sobie po lekturze wyników sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” (Rzepa, 29.12.2016) opinii Polaków o stanie demokracji w naszym kraju. Ankietowanych pytano „Czy w 2016 roku stan demokracji w Polsce uległ zmianie?”. 38 proc. twierdzi, że nic się nie zmieniło. Zdaniem 43 proc. się pogorszył. 10 proc. uważa, że raczej się poprawił, a 5 proc. widzi zdecydowaną poprawę. Ale to są dane ogólne. Znamienne są różnice oceny stanu demokracji w zależności od wieku pytanych osób. W przedziale wiekowym 18 – 24 lata dla aż 75 % ankietowanych stan demokracji w 2016r nie uległ zmianie, a tylko dla 21 % pogorszył się.  W grupie 25–34 lata ten odsetek osób niedostrzegających pogorszenia się demokracji wynosi 61% . Co ciekawe, największy odsetek osób zaniepokojonych stanem naszej demokracji jest w przedziale wiekowym 55 lat i więcej, a więc w tej części społeczeństw, która w pełnej obywatelskiej świadomości przeszła okres transformacji ustrojowej. Ale to młodzi ludzie są przyszłością narodu. Dlatego bardzo źle wróży Polsce tak wysoki odsetek tolerancji antydemokratycznej rewolucji PiS właśnie wśród młodych.   Okazuje się więc że walka o demokratyczną, obywatelską Polskę nie będzie łatwa.

Stąd też moje uznanie dla grupy polskich aktorów Nowego Teatru: Cieleckiej, Ostaszewskiej, Poniedziałka i Stuhra, którzy z otwartą przyłbicą mówią obecnej polskiej rzeczywistości NIE.

Nieodwołalny koniec „Solidarności”

Pisałem niegdyś, że obecny kryzys kraju i społeczeństwa bez reszty obciąża polityczną emanację ruchu społecznego „Solidarność”. Dzisiaj przyszło kolejne potwierdzenie tego faktu. Dzień 19 grudnia 2016 roku to dzień nieodwołalnego końca „Solidarności”. W tym to bowiem dniu, w odpowiedzi na protest opozycyjnych posłów przeciw ograniczaniu przez władzę wolności słowa, dostępu obywateli do informacji, Przewodniczący Związku Zawodowego „Solidarność” zapowiedział wyprowadzenie związkowców na ulicę, aby protestujących w Sejmie i pod Sejmem „nakryć czapkami”. Przewodniczący Duda ze związkiem „Solidarność” bez zastrzeżeń, wasalsko wręcz popiera PiS. Dlatego jego zapowiedź wzmocnienia konfrontacyjnego kursu Nowogrodzkiej uznać należy za działanie w porozumieniu z naczelniczkiem. Że tym samym sprzeniewierza się temu, co w „Solidarności” lat osiemdziesiątych było najpiękniejsze? Widocznie takie dostał polecenie.

Z drugiej strony zastanawiam się, czy ochocze nawoływania posła Petru do wcześniejszych, na przykład kwietniowych wyborów jest działaniem racjonalnym. Wcześniejsze wybory mogą okazać się zbawieniem dla PiS i pozwolić tej partii zdobyć wreszcie konstytucyjną większość w parlamencie. A nawet, jeśli dzisiejsza opozycja zdobędzie większość poselskich krzeseł, to w imię racjonalizacji wydatków publicznych będzie musiała ograniczać frukta, którymi nie za swoje pieniądze PiS obdarował część Polaków. Wcześniejsze wybory tak, ale nie wcześniej niż za rok, gdy trudno będzie ukryć zgubne dla finansów państwa pisowskie rozdawnictwo.

Wspólnie Walczymy o Demokrację!

Uczestniczyłem wczoraj wieczorem we wrocławskiej  demonstracji popierającej posłów opozycji w Sejmie pod hasłem generalnym „Wspólnie Walczymy o Demokrację”. Było to bardzo ciekawe wydarzenie w obronie podstawowych wartości demokracji, w obronie wolności mediów, a przeciwko dyktaturze z Nowogrodzkiej. Uczestniczyło w nim bardzo wiele osób ale nie frekwencja była w tym wydarzeniu najważniejsza. Najważniejszy był fakt, że zostało ono zorganizowane przez młodych działaczy politycznych różnych opcji wśród których niepoślednią rolę odgrywali koledzy z SLD. Młodzi też ludzie dominowali wśród wiecowych mówców. A wystąpień było około 20 i tylko trzy osoby były  w wieku lekko starszym. Ta dominacja młodych była znamienna i bardzo budująca.

Nie chcąc psuć formuły demonstracji, nie zabierałem głosu. Gdyby jednak przyszło mi wystąpić, moje wystąpienie byłoby mniej więcej następujące.

Kochani, odważni młodzi przyjaciele! Niewiele osób uświadamia sobie to, że publiczna debata, która dzisiaj toczy się w Sejmie, pod Sejmem, w publicznych miejscach wielu polskich miast jest najważniejszą debatą Polaków o Polsce nie od kilkudziesięciu, ale może od kilkuset lat. Jest to debata, która dotyczy podstawowych zasad funkcjonowania naszego państwa i naszego społeczeństwa w przyszłości. I w imię tej przyszłości, przyszłości naszych dzieci i wnuków, tę debatę musimy wygrać! Demokracja nie jest darem niebios! Demokrację trzeba wywalczyć i jej strzec!

My, jasny lud, walczący o demokratyczną Polskę nie jesteśmy sami. Wspiera nas Wenecja, Bruksela, Paryż, i również bardzo wielu Węgrów, którzy wręcz przestrzegają nas przed „orbanizacją” kraju. Każdy Polak musiał najeść się wstydu, gdy Premier Szwecji w publicznym wystąpieniu wytrzaskał po szanownym obliczu stojącego obok niego Prezydenta RP. Mamy bardzo wielu przyjaciół w Europie i poza nią. Nie dlatego, że jesteśmy Polakami, ale dlatego, że walczymy o wartości, które są i ich wartościami, dlatego, że wspierając nas bronią tych wartości.  Dziękujemy za to wsparcie! Dziękujemy i obiecujemy, że nie odpuścimy!

Panowie, którzy dzisiaj rządzą Polską z ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, a także Ci, którzy nimi sterują, chcą Polskę i Polaków oderwać od współczesnej Europy, chcą cofnąć nas do średniowiecza. Dzisiejsza Europa jest dla nich zbyt laicka, zbyt socjalistyczna. Polska jak dotąd nie wniosła nic lub prawie nic do procesu umacniania Unii Europejskiej, wiele natomiast do jej osłabiania. Oderwanie Polski od Unii Europejskiej, osłabianie pozycji naszego kraju we wspólnocie jest niczym innym jak zdradą polskiej racji stanu! Jest spychaniem Polski do kąta, do pozycji kraju szarpanego wewnętrznymi sporami, nie otoczonego bynajmniej przez przyjaciół! Na taką politykę jasny lud powinien jasno odpowiedzieć VETO! VETO! VETO! I mówimy wyraźnie: Polska z Unią – Unia z Polską!

Jesteśmy świadkami całego ciągu antydemokratycznych ustaw, antydemokratycznych praktyk polskiej władzy. Gdy Adolf Hitler zdobywał władzę w Niemczech mówił: „Najpierw trzeba zdobyć władzę w demokratycznych wyborach, a dopiero potem robić rewolucję”. Zniszczył niemiecką demokrację jej własną bronią. Dzisiaj w Polsce demokratyczny system prawny jest narzędziem do sprawowania władzy przez PiS zamiast być dla tej władzy ograniczeniem. Tymczasem pod parasolem PiS rozrastają się bujnie chwasty organizacji nacjonalistycznych, ksenofobicznych, faszyzujących! Faszyzm w Polsce nie przejdzie! No pasaran!

Ostatnia już sprawa. Bardzo ważne jest to, co dzisiaj mówimy tu do siebie. Ale jeszcze ważniejsze jest to, co chcemy powiedzieć innym. Za chwilę nasza demonstracja na Placu Solnym się zakończy. Sąsiedni Rynek  pełen jest rodaków, którzy w świątecznym ferworze odwiedzili wrocławski jarmark. Oczywiście nie możemy przenieść naszej demonstracji tuż obok, na Rynek. Ale każdy z nas, wracając do domu wracać może pod hasłem, pod flagą, które tu prezentuje. Żadne prawo nie zabrania obywatelowi publicznego okazywania swoich poglądów, o ile nie zakłóca tym spokoju innych. Spowodujemy w ten sposób być może refleksję u niektórych, że walka o wielką sprawę trwa. Refleksję, która zaowocować może za miesiąc, za trzy miesiące lub za rok. Moim kolorem jest kolor czerwony i ja pod taką flagą udam się do domu!

 

 

DOSYĆ !!!

Umiera polski parlament. Umiera w męczarniach. Nie mordują go żadne wraże siły, żadni najeźdźcy, żaden układ sił międzynarodowych, żadni hakerzy posługujący się „rosyjsko brzmiącą mową”. Parlament polski mordowany jest polskimi rękami.

Gdy w październiku 1993 r. składałem w Sejmie ślubowanie poselskie byłem  w euforii. Być posłem na Sejm! Współdecydować o sprawach Polski i Polaków! Zaszczyt i zobowiązanie ogromne. A Sejm był wówczas świątynią niemal politycznej kultury, gdzie wzajemny szacunek posłów obecny był nie tylko na sali, ale i w kuluarach.

Posłem byłem krótko – niecałe 3 lata. Mandat poselski był nie do pogodzenia ze stanowiskiem wiceprezesa Najwyższej Izby Kontroli. Ale w różnych rolach, z polskim parlamentem, z Sejmem, z Senatem przyszło mi współpracować  w sumie przez 20 lat: jako poseł, wiceprezes NIK, wiceminister finansów i polski członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. Przez te 20 lat patrzyłem na postępującą erozję polskiego systemu parlamentarnego, na wszechobecną selekcję negatywną, na coraz niższy poziom merytorycznych dyskusji. Ale to, co wczoraj wydarzyło się na Wiejskiej jest zupełnie nową, nawet dla mnie – wieloletniego wycirucha sejmowych korytarzy – jakością. To olbrzymie tąpnięcie, nowy stan, z którego powrót do normalności będzie bardzo trudny. Wczoraj Sejm obdarty został z resztek swojej siły wewnętrznej, z powagi, z autorytetu.

Żeby sprawa była jasna. Zdecydowanie staję po stronie posłów opozycji, którzy powiedzieli DOSYĆ! totalitarnym praktykom większości sejmowej, którzy zdecydowali się na krok desperacki, ale jedyny, jaki im pozostał. A sprawa, o którą walczą jest wagi ogromnej – chodzi o praktyczny wymiar naszej demokracji, o podstaw tej demokracji, którą jest dostęp obywateli do informacji o działaniach władzy publicznej.

O sprawności Sejmu decyduje jakość posłów i procedury podejmowania decyzji.  Regulamin Sejmu nie jest bardzo szczegółowy. I dobrze, gdyż wiele spraw w Izbie toczy się dzięki dobrym obyczajom. Dobrym obyczajom politycznym oczywiście. Ale o sile Sejmu decydują właśnie jego obyczaje, tradycja. To właśnie dobre obyczaje sejmowe determinowały jedną z podstawowych wartości demokracji, jaką jest stosunek parlamentarnej większości do opozycji. Dzisiaj dobre obyczaje sejmowe zostały zmieszane z błotem i z przytupem wyrzucone na śmietnik..

Jaka fatalną drogę przeszedł nasz Sejm od marszałków takich jak Małachowski, Zych czy Oleksy do Kuchcińskiego! Marszałek Sejmu Kuchciński zademonstrował, że jedynym językiem jakim  arytmetyczna większość w Parlamencie rozmawiać potrafi z opozycją jest tylko język siły. PiS na każdym kroku emonstruje wobec opozycji postawę: „Przegraliście wybory, to teraz siedźcie cicho! Nie macie tu nic do gadania!” Agresja PiS wobec mniejszości parlamentarnej była nie tylko merytoryczna – odrzucanie z zasady wszelkich wniosków opozycji – ale i werbalna. Nikt w czasami nawet wulgarnych atakach na posłów opozycji nie przebije pani poseł Pawłowicz, której próbki kultury parlamentarnej wielokrotnie mogliśmy oglądać w transmisjach sejmowych. Ale to już chyba czas przeszły…

Sala obrad Sejmu widziała wiele incydentów bardziej drastycznych, niż zachowanie posła  Szczerby. Szczerba zademonstrował tylko dwa słowa. Przypomnieć tu jednak trzeba skandaliczne – z punktu widzenia i procedury i obyczajów parlamentarnych zachowanie Kaczyńskiego, kiedy podczas debaty nad wotum nieufności dla Premiera Tuska, stojąc na sejmowej mównicy zaprezentował z trzymanego w rękach tabletu wystąpienie osoby nie będącej posłem. Prezes Kaczyński „odstąpił” swoje prawo do występowania z mównicy sejmowej, w trakcie sejmowej debaty, osobie nie mającej mandatu posła. Czy nie była to profanacja Sejmu jako całości?

Wczorajsze dramatyczne wydarzenia w Sejmie i pod budynkiem Wysokiej Izby, gdzie spontanicznie zebranych kilka tysięcy warszawiaków demonstrowało przeciw zakusom PiS radykalnego ograniczenia mediów do codziennej pracy parlamentu, użycie siły wobec nich przez policję jest kolejnym dowodem na rozkład polskiego państwa. Podpisywanie przez ministra sprawiedliwości listy na „kolumnowym” posiedzeniu partii rządzącej już po głosowaniach (co ujawniły media) jest jedną z przesłanek do uznania tego zebrania za niekonstytucyjne i prawnie nieważne. I na tym polega prawdziwy polski dramat. Jeżeli bowiem PiS wyjdzie z tego zwarcia zwycięsko, to mając na sumieniu bezprawne działania nasilać tylko będzie kurs opresyjny, we wszystkich dziedzinach życia społecznego. I zrobi wszystko, aby nie oddać władzy i nie zostać rozliczonym za deprawację polskiego parlamentu, za czarną plamę na historii polskiego parlamentaryzmu.

Polski Sejm nie będzie nigdy już taki, jak przed 16 grudnia 2016r i Polska nie będzie taka sama.