Ćwiek

Włodzimierz Czarzasty, Przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej (jeżeli ta nazwa jest jeszcze prawnie obowiązująca) zabił mi ćwieka. Zagrzmiał otóż niedawno publicznie, że „wybory prezydenckie w maju nie powinny się odbyć”, zaraz potem dodając hardo: „Jak będą, to trzeba iść i po prostu rozwalić politycznie PiS i Andrzeja Dudę – pognać ich w cholerę”. Nie jest istotne to, czy to zawołanie do boju jest emanacją autentycznych emocji Przewodniczącego, jego niezłomnej wiary w sukces, czy produktem właściwego mu pragmatyzmu politycznego i chłodnej kalkulacji. Tak czy inaczej mam problem.

Wszystkie najwyższe dla mnie autorytety prawne jak między innymi prof. Łętowska czy prof. Piotrowski jednoznacznie stwierdzają, że wybory przeprowadzone w obecnej sytuacji epidemicznej, na podstawie naprędce zmienianej ordynacji wyborczej będą bezprawne, gdyż naruszają zasady wyborcze określone w Konstytucji we wszystkich ich czterech podstawowych aspektach. Wiadomo, że nie będą to wybory ani powszechne, ani równe, ani bezpośrednie a ich tajność stoi pod olbrzymim znakiem zapytania. Jako obywatel opowiadający się za Konstytucją i określoną w niej zasadą państwa prawnego powinienem odmówić udziału w takich wyborach. Jeżeli tego nie uczynię, usankcjonuję w jakiś sposób zbiorowy gwałt, jaki na Konstytucji dokonuje Prawo i Sprawiedliwość, wezmę udział w tym gwałcie!

Tymczasem opozycyjni kandydaci, wśród nich i Robert Biedroń, nie rezygnują z wyborów czyli wzywają swój elektorat do „pójścia do skrzynek pocztowych” bez względu na wzgląd. I to jest właśnie ten ćwiek.

W przypadku przeforsowania przez PiS majowych wyborów możliwe są dwa scenariusze – każdy zły. Pierwszy to ten, że w wyniku majowych wyborów Andrzej Duda zdobędzie drugą kadencję swojej prezydentury – nie ważne w pierwszej, czy w drugiej turze wyborów. Oczywiście umocni to zasadniczo obecny obóz władzy, a znając jezuicką przewrotność Prezesa PiS łatwo odgadnąć, że udział w tych akonstytucyjnych wyborach ogłosi on jako zgodę suwerena na właściwie dowolną interpretację przepisów ustawy zasadniczej przez obecne władze, otwierającą tym samym rządzącej sile politycznej wrota do dalszych, nieskrępowanych już konstytucyjnych bezeceństw. Na nic zdadzą się publiczne zaklinania, że „braliśmy udział, ale ze wstrętem”. Odwołanie się do woli suwerena będzie decydujące.

Drugi scenariusz, pozornie bardziej optymistyczny, jest taki, że opozycja zdoła doprowadzić do drugiej tury wyborów i w ostatecznej rozgrywce pokonać obecnie urzędującego prezydenta. Być może kierownictwo SLD dysponuje jakimiś wiarygodnymi sondażami, wskazującymi na obiecujące prawdopodobieństwo takiej możliwości. Już dzisiaj jednak pojawiają się ostrzeżenia politycznych komentatorów, że wybrany według pisowskiej ordynacji prezydent nie będzie miał demokratycznego mandatu do pełnienia swojej funkcji – również prezydent nie-Duda. Przyjmiemy wówczas postawę, że okraść złodzieja to nie grzech?

Dylemat ten przyjdzie rozwiązać mi w dniu wyborów – jeżeli do nich dojdzie. Najlepszym bowiem scenariuszem dla kraju to ten, że te nieszczęsne wybory w maju jednak się nie odbędą. Aby tak się stało Sejm musiałby przyjąć ustawę o wprowadzeniu w Polsce stanu nadzwyczajnego z powodu klęski żywiołowej, jaką jest pandemia koronawirusa. Ale na to się nie zanosi. Wręcz przeciwnie. Sprytne ogłaszanie nawet głupich ograniczeń i ich następne huczne odwoływanie to tworzenie wirtualnej „normalizacji”, pozorów, że rząd panuje na epidemią, że wybory będą bezpieczne. Już dzisiaj szczęśliwy Naród zanosi dzięki Panu Premierowi Morawieckiemu za to, że łaskawie zezwolił znowu wejść obywatelowi do lasu. Tymczasem nie ma żadnych przekonywujących faktów, że epidemia jest pod kontrolą. Wręcz przeciwnie – coraz to ujawniają się nowe zagrożenia, jak te w domach opieki społecznej. Wiarygodność oficjalnych danych o epidemii została skutecznie podważona przez Prezydenta Warszawy. Znakomitym uzupełnieniem tego obrazu nierzeczywistej rzeczywistości jest transport sprzętu ochronnego do Polski największym ( i też najdroższym) na świecie samolotem i żenująca „uroczystość” jego rozładowywania z udziałem premiera i jego zastępcy.

Oczywiście podsuwana jest również alternatywa: przyjęcie propozycji Gowina-Kaczyńskiego zmiany Konstytucji „na kolanie” i przedłużenie kadencji Andrzeja Dudy o 2 lata. Ale projekt ten jest wyraźną pułapką zastawioną na opozycję. Z jednej strony daje on 2 lata oddechu prawicowej koalicji na otrząśnięcie się z nokautu, jakiego system opieki zdrowotnej i system zarządzania państwem w okresie kryzysu doznał po ataku koronawirusa, a po drugie uczyniłby z opozycji wspólnika doraźnego majstrowania przy Konstytucji. Mam nadzieję, że nikt na to się nie nabierze.

Może jest też i tak, że emocje Włodzimierza Czarzastego nie są w pełni autentyczne, że kryje się za nimi chłodna kalkulacja. Jej podstawą może być założenie, że w powszechnym bałaganie – głównie po tronie opozycji – o wyniku uzyskanym przez kandydata lewicy zadecyduje zdyscyplinowanie elektoratu i jego w miarę masowy udział w wyborach. Uzyskanie przez Roberta Biedronia poparcia powyżej 15% będzie można ogłosić jako kolejny, wielki sukces lewicy, jako argument do przyszłych ewentualnych sojuszy i koalicji. Tylko jakim kosztem?

Może ktoś zapytać: – skoroś taki mądry, to co ty byś zaproponował? Nie jestem mądry wystarczająco, nie mam też wystarczająco dużo wiarygodnych informacji. Wiem tylko, że w przypadku, gdy majowe wybory staną się faktem możliwe są dwa wyjścia. Pierwsze to pójście za wezwaniem Czarzastego i wzięcie udziału w „wyborach”. Drugie – to wycofanie kandydata i ogłoszenie bojkotu niekonstytucyjnych wyborów. Niech PiS sam pogrąża się w bagnie, które sam stworzył. Może lewica nie będzie wówczas obecna na wykazach wyników wyborów, ale za to ocalimy Konstytucję RP jako naszą najważniejszą, jedyną redutę. Ocalimy nasze moralne prawo do jej obrony, nie przyjmiemy odium współsprawcy łamania ustawy zasadniczej.

Mam prawo przypuszczać, że dylemat, przed którym stanąłem to problem nie tylko mój. Mam też prawo oczekiwać, że kierownictwo partii, do której należę, dostrzeże problem i pomoże mi i innym uporać się z nim.

Wykład inauguracyjny

Rok akademicki mamy z głowy, należy więc myśleć o kolejnym. Poniżej propozycja wykładu inauguracyjnego na dowolnej uczelni ze szczególnym wskazaniem na wydziały prawa, bezprawia, politologiczne i teologiczne.

Państwo studenctwo!

Na dzisiejszym wykładzie omówimy sobie rodzaje uroczystości państwowych. Uroczystości takie mają doniosłe znaczenie tak dla rządzących jak i rządzonych. Rządzącym pozwalają umocnić się w przekonaniu, że lud ich kocha, a rządzącym na odwrót, – że umiłowana władza kocha ich.

Wszystkie rodzaje uroczystości państwowych mają trzy cechy wspólne:

  1. Państwowość. Mogą odbywać się tylko w państwie, – jako prawno-organizacyjnej strukturze wspólnoty ludzi. Każdy matoł przecież wie, że gdyby nie było państwa, nie byłoby również państwowych uroczystości – o czym później.
  2. Oficjalność. Uroczystości państwowe organizowane są przez oficjalne instytucje bądź osoby, które grają w nich główną, czasami jedyną rolę. Prosty lud stanowi zazwyczaj oprawę uroczystości, potrzebny jest do wznoszenia okrzyków na cześć i bicia braw.
  3. Materialna bezużyteczność. Z uroczystości państwowych nic konkretnego zazwyczaj nie wynika. Nie są na nich podejmowane żadne konkretne decyzje, chociaż czasami rządzący wykorzystują je do objawienia ludowi swoich decyzji w ważnych sprawach lub planów. Literatura przypisuje uroczystościom państwowym doniosłe znaczenie dla wytwarzania dóbr niematerialnych, takich jak patriotyzm, poczucie wspólnoty, lub dla pokazania ludowi kto naprawdę w państwie rządzi. Jednakże tezę tą uznać należy za intuicyjną raczej, gdyż brak jest jak dotąd przekonywujących wyników badań empirycznych w tym zakresie.

Fundamentalną zasadą pozwalającą na zrozumienie istoty uroczystości państwowych są „Prawa porcjonalności Smytha-Kuropkina”, ogłoszone przez tych dwóch wybitnych autorytetów z zakresy psychologii społecznej niezależnie od siebie w 1948 r.  Pierwsze prawo Smytha-Kuropkina głosi, że liczba N uroczystości państwowych w państwie w ciągi roku  jest w ekspotencjalnej zależności od współczynnika KSH

gdzie:

 

 Sa  – jest tzw. współczynnikiem autorytaryzmu, przyjmującym wartość od 0 (w przypadku dawno zaniechanej idei teoretycznego państwa demokracji obywatelskiej) do 10 (w przypadku państwa, w którym władza rzeczywiści jest władzą, czyli jest absolutna). Wartość  Sa  określa władza.

p  – wyraża stosunek dochodu narodowego per capita w danym roku do roku ubiegłego, czyli:

Drugie prawo Smytha-Kuropkina głosi natomiast, że część budżetu państwa przeznaczana na organizację uroczystości państwowych jest wprost proporcjonalna do współczynnika KSH.   KSwedług zależności:              

Współczynnik Cw  określa władza.

Po tym koniecznym wstępie przejdźmy do kwestii zasadniczej: do rodzajów uroczystości. Obecnie wyróżniamy ich trzy podstawowe rodzaje.

  1. Uroczystości państwowo-kościelne. Najstarszym i historycznie dominującym rodzajem uroczystości państwowych w Polsce były uroczystości „państwowo – kościelne”. Centralną postacią tych uroczystości był wprawdzie panujący monarcha ze swym dworem, lecz zasada, że „władza pochodzi od Boga” dokumentowana była specjalną pozycją i honorami osób duchownych. Odmianą uroczystości państwowo-kościelnych są uroczystości kościelno-państwowe, w których to kościelna hierarchia gra pierwsze skrzypce a władza państwowa daje ludowi dowód, że tej władzy podlega. Pierwszy i drugi rodzaj uroczystości państwowych praktykowany był w naszym kraju nieprzerwanie do nastania epoki „bezbożnego komunizmu”, na szczęście krótkiej. Uroczystości państwowo-kościelne odbywały się na terenach byłego państwa polskiego nawet pod panowaniem caratu. Na cześć miłościwie panującego Cara Aleksandra I skomponowano wówczas, na wzór brytyjskiego hymnu „God Save the King” jego polską wersję „Boże chroń Cara”, wykonywaną pod zaborem rosyjskim podczas uroczystości państwowo-kościelnych lub kościelno-państwowych. Z czasem w tekście cara zastąpiono Bogiem i w ten sposób powstała najważniejsza polska pieśń religijna „Boże coś Polskę”.

W ostatnich czasach ten rodzaj uroczystości państwowych przeżywa u nas należny renesans. Nie chodzi tylko o liczbę takich wydarzeń, ale i o istotne ich modyfikacje, które, należy to jasno powiedzieć, przywracają naturalny porządek rzeczy. Tak więc, Prezydent Polski na uroczystościach z udziałem osób duchownych, zajmuje zwykle należne mu niższe miejsce od najwyższego rangą hierarchy, dając tym świadectwo zgodności swoich słów i czynów czyli wierności propagowanej przez siebie zasadzie wyższości prawa boskiego nad ludzkim. Do ważnych udoskonaleń obrządków państwowo-kościelnych zaliczyć należy powołanie przez polskie władze państwowe Matki Boskiej na królową, a Jezusa Chrystusa na króla Polski. Ma to na celu pokazanie ludowi, że tzw. królestwo niebieskie jest już na Ziemi a przynajmniej na małej jej części. Król i królowa mają chronić lud przed nieszczęściami jak trzęsienia ziemi, uderzenia asteroidy czy przed zarazami.

Odnotować należy rosnącą innowacyjność władz centralnych, lokalnych i gospodarczych w wymyślaniu coraz to nowych form uroczystości państwowo-kościelnych. Ich bogactwo zasługuje na uwagę a nawet na doktorską dysertację, do czego studenctwo namawiam.

Nie mogę jednak w tym miejscu wyrazić swojego oburzenia niedopuszczalną formą obchodzonej niedawno uroczystości rozładowywania na lotnisku w Warszawie samolotu transportowego. Wziął w niej udział Premier, wicepremier, świta cała, a o ubogim kapłanie zapomniano! Mam nadzieję, ze więcej taka sytuacja się nie powtórzy. Jedynym, częściowym tylko usprawiedliwieniem może być fakt, że samolot ten był dziełem komunistycznych naukowców i inżynierów. Ale przecież można było przy okazji oczyścić go od złego!

  1. Państwowe uroczystości laickie. Uroczystości takie miały miejsce na terenie Polski głównie w latach 1948 – 1989, lecz z naukowego punktu widzenia trudno je uznać za zasługujące na uwagę. Po pierwsze wiadomo, że w tym okresie państwa polskiego nie było, więc o jakich uroczystościach może być mowa? Po drugie, ten okres uznać należy za głęboko patologiczny dla Narodu i Państwa, okres, który z całą pewnością nie powróci. Po trzecie wreszcie wszyscy żyjący jeszcze uczestnicy laickich uroczystości pseudo państwowych tego okresu i ich zstępni, są starannie identyfikowani i ewidencjonowani oraz izolowani od zdrowej tkanki Narodu.
  2. Uroczystości rodzinno-państwowe. Ten rodzaj uroczystości jest pewnym novum w naszej historii. Uroczystość rodzinno-państwowa polega na tym, że panująca rodzina zaprasza do udziału w swoich rodzinnych uroczystościach najwyższych dostojników państwowych. Oczywiście nie mogą oni odmówić (przestaną być najwyższymi dostojnikami) i w ten sposób rodzina ta staje się rzeczywiście rodziną panującą. Przy okazji koszty takiej imprezy pokryć można z budżetu państwa. Żaden Banaś się nie przyczepi. Przewidujemy dalszy, dynamiczny wzrost udziału uroczystości rodzinno-państwowych w naszym doczesnym życiu.

Na koniec wykładu parę słów o przyszłości. Nie ulega wątpliwości, że rodzaj i charakter uroczystości państwowych będą nadal ewoluowały. Należy spodziewać się, że kolejnym, nowym rodzajem uroczystości rodzinno-państwowych, będzie uroczystość rodzinno-kościelno-państwowa. Oczywiście do czasu tylko, kiedy głowa rodziny zostanie głową kościoła. Nie jest przy tym specjalnie ważne jakiego kościoła. Może być rzymsko-katolicki, smoleńsko-katolicki albo jakiś inny. Wiadomo, że w historii Polski wiara ludu często zmieniała się stosownie do wiary panujących rodzin.

I to by było na tyle.

Pod osłoną wirusa

Pod osłoną walki z epidemią koronawirusa dzieją się w Polsce bardzo złe rzeczy. Rok 2020 niewątpliwie przejdzie do annałów jako rok pandemii koronawirusa sar-cov-2. Ten nowy wirus, który na zawsze już zagnieździł się w naszym biosystemie poraził wszystkie przestrzenie ludzkiej aktywności, odcisnął swoje piętno nie tylko na stanie zdrowia fizycznego, ale i na psychice ludzi, ich sposobie myślenia, patrzenia na otaczający świat i jego problemy. Nawet jeśli ogłoszony zostanie koniec epidemii długo jeszcze podanie ręki na przywitanie uruchamiać będzie podświadome hamulce.

Sars-cov-2 weryfikuje ludzkość. Sprawdza nie tylko naszą odporność immunologiczną, ale również psychiczną, sprawdza trwałość więzi społecznych, sprawdza jakość usług publicznych w tym przede wszystkim opieki zdrowotnej, sprawdza gotowość systemów ekonomicznych do ochrony ludzi przed totalnym zarażeniem. Wirus weryfikuje również systemy polityczne i polityków.

Generalna diagnoza sytuacji jest tyle prosta co okrutna. Pomimo setek tysięcy ekspertów z naukowymi tytułami, tysięcy specjalistycznych ośrodków naukowych, międzynarodowych organizacji zajmujących się ochroną zdrowia w skali ogólnoświatowej, pomimo wielu doświadczeń, zima znowu zaskoczyła drogowców, Tyle, że w skali makro. Okazało się, że nieliczne rządy zdały egzamin z odpowiedzialności za przygotowanie się na zagrożeni, które wisiało i pewnie, w zupełnie innej postaci znów wisi jak miecz Damoklesa nad ludzkością. Okazało się, że demokracja, jaką znamy, jaka wydawała się bezalternatywna, była systemem wyłącznie na dobre czasy, na pogodę. Komercjalizacja wyborów władz publicznych, oddanie ich w pacht skomercjalizowanych mediów i specjalistów od wciskania ludziom kitu jeszcze bardziej wspomagały tą cechę. Liczył się tylko medialny sukces, skuteczność potwierdzona obrazkiem i komentarzem w telewizji lub/i w Internecie. Przykładów można mnożyć setkami tysięcy, że wspomnę tylko jeden: „wejście smoka”  Premiera Donalda Tuska, który w 2009 r., wobec  ujawnienia afery hazardowej, w którą zamieszani byli jego ministrowie, w ciągu tygodnia przeforsował przez parlament ustawę całkowicie likwidująca hazard na automatach o niskich wygranych, „wybawiając” w ten sposób społeczeństwo od tego potwora. Czy wybawił? Nie, ale efekt był. Wówczas 7 dni na ustawę Tuska było terminem zwalającym z nóg, gwałtem na systemie legislacyjnym. Następcy Tuska, wykazali, że był on „małym Kaziem”. Swoje superważne dla PiS ustawy Kaczyński przeprowadzał w kilka godzin .

Pandemia dotarła do świadomości Pis-owskich polityków w trakcie kluczowej dla PiS  – wobec porażki tej partii w wyborach do Senatu – kampanii wyborów Prezydenta RP. Dotarła z opóźnieniem, gdyż jeszcze na początku lutego ministrowie rządu Morawieckiego w trakcie posiedzenia senackiej komisji zdrowia bagatelizowali problem, zapewniali pełnym przygotowaniu kraju na takie sytuacje, o braku zagrożenia i apelowali do senatorów o niesianie paniki. Pandemia zaskoczyła PiS w dwójnasób. Po pierwsze wirus zmiótł uśmiechy samouwielbienia z twarzy ministrów demaskując fatalny stan polskiego systemu ochrony zdrowia. Fatalny pod każdym względem: kadrowym, organizacyjnym i sprzętowym. Polskie instytucje odpowiedzialne za politykę zdrowotną okazały się całkowicie nieprzygotowane na taką sytuację. Po drugie szybko okazało się, że skutki pandemii będą szerokie, głębokie i długotrwałe, co spowodowało, że partia Kaczyńskiego podjęła strategiczną decyzję: na pierwszy miejscu wśród celów działań okołoepidemicznych uznano nie walkę z wirusem, racjonalną, ochronę społeczeństwa i gospodarki ale cele polityczne: doprowadzenie za wszelką cenę do majowych wyborów prezydenckich i przepchnięcie „pod osłoną koronawirusa” kontrowersyjnych rozwiązań, jak to o możliwości nakładania przez prokuratora 3-miesięcznego aresztu na osoby objęte postępowaniem przygotowawczym czy zaostrzenie prawa aborcyjnego. Celem nadrzędnym było oczywiście doprowadzenie do wyborów majowych wbrew wszystkim i wszystkiemu, na siłę, łamiąc nie tylko ustawy, Konstytucję, ale  wbrew odczuciom i obawom większości społeczeństwa, wbrew autorytetom medycznym i prawnym.

Rząd nie był w stanie wypracować własnej strategii walki z koronawirusem. W swoich działaniach chaotycznie ale za to przesadnie gorliwie naśladował rządy innych państw, zwłaszcza gdy idzie o blokady granic i restrykcje wobec obywateli i gospodarki. Morawiecki nie wiedział dokąd prowadzi kraj tymi działaniami. Nie sformułował żadnych jasnych kryteriów odwoływania nakładania restrykcji. Dokładnie natomiast znał cele polityczne: wybory w maju 2020.  Temu i tylko temu celowi podporządkowano działania instytucji podległych rządowi. Zastosowano dwie dźwignie: strach i propagandę skuteczności.

W pierwszym rzędzie rząd Morawieckiego wprowadził embargo na informacje o sytuacji epidemicznej w kraju. Kto ma informację – ten ma władzę, wiadomo. W ten sposób karmieni jesteśmy codziennie informacją „o liczbie zakażonych osób”, „o przyroście zakażonych” itp. Tymczasem są to liczby o ujawnionych na skutek testów liczbie osób, u których wykryto koronawirusa. Ile jest w Polsce osób zakażonych – nikt tego nie wie. Tymczasem eksperci podają różne szacunki liczby zarażonych: od 10 do nawet 100 razy większej w stosunku do liczby ujawnień. Tymczasem szacunek tej liczby, a dokładnie zmiana jej wartości w czasie powinien być podstawowym parametrem określającym strategię antywirusową. Liczbą ujawnionych zakażeń łatwo jest manipulować: przez ograniczenie liczby testów. Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie pod tym względem. Instrumentalne sterowanie przez rząd informacjami o sytuacji epidemicznej obnażył Prezydent Warszawy konfrontując oficjalnie podawaną liczbę zgonów w mieście z czterokrotnie większą liczbą aktów zgonu „z powodów koronawirusa” rejestrowanych w Urzędzie Miejskim. Tłumaczenie resortu było znamienne i głupie: w statystykach wykazuje on tylko stałych mieszkańców Warszawy. Ale i ta liczba – według UM jest ponad dwukrotnie mnijesza od rzeczywistej. Afera wokół liczby zgonów w stolicy godna jest uwagi z wielu powodów. Po pierwsze rząd nie rozliczył się z tego, gdzie, w których miastach, ujęto zgony 24 osób. Po drugie – zaniżając liczbę zgonów w Warszawie rząd demaskuje brak jakiejkolwiek strategii w walce z pandemią. Już pierwszy rzut oka na dane statystyczne (nawet te oficjalne) pokazuje, że epidemia koronawirusa to przede wszystkim problem dużych miast, aglomeracji – a to powinno być ważną okolicznością braną pod uwagę przy opracowywaniu strategii. Dlatego rejestracja zgonów według ich faktycznego miejsca jest nie tylko naturalna, ale i racjonalna. Dlaczego rząd postępuje inaczej? Po trzecie wreszcie cały system zbierania informacji pozbawiony jest społecznego (czytaj: medialnego) nadzoru. Jest po prostu totalnie niewiarygodny.  UjawnianeS luki w systemie ochrony antywirusowej, na przykład dramaty w domach opieki społecznej, spotykają się z bezczelną, obnażającą cały cynizm i pogardę dla ludzi publiczną wypowiedzią znamienitego pisowskiego polityka Giżyńskiego: „DPS-y to nie jest sprawa PiS, myśmy ich nie zakładali. To wymysł Platformy”.

Nawet radziecka technika zaprzęgnięta została do wyborczej kampanii PiS. Symbolem propagandy skuteczności stała się obecność samego Premiera i jego świty przy lądowaniu na Okęciu największego samolotu transportowego świata (konstrukcji radzieckiej) An-225. Patrz Narodzie! Oto największy na świecie samolot dostarcza Ci upragnione maseczki! To my – rząd, Premier i ministrowie to sprawiliśmy!

Żenada. Żaden kraj – o ile mi wiadomo nie korzysta z usług ukraińskiego kolosa dla transportu maseczek z Chin. Ponoć koszty takiej usługi An-225 są aż 11 razy większe od kosztów normalnego Cargo. Ale nie o koszty tu chodzi. Tu chodzi o efekt, o twardy dowód skuteczności władz. Tym bardziej, że za transport rząd nie płaci z kasy budżetowej, tylko ze swojej podręcznej skarbonki, jaką uczynił sobie ze spółki skarbu państwa.

Strach, poczucie zagrożenia potęgowane są specyfiką polityki represji prowadzonej przez rząd. Leśniczy odganiający mieszkańców wioski otoczonej lasami od tych lasów jest syntezą tej polityki.  Mnożenie restrykcji i obostrzeń, niemal codzienne komunikaty o ich zmianach i interpretacjach głupich rozporządzeń – to sprawy na co dzień dominujące w eterze. – Co dzisiaj wprowadzili?  – Co poluzowali? Tym żyje kraj. Wszystko wskazuje na to, że rząd pełnymi garściami czerpie z żydowskich mądrości i w czyn wciela przypowieść o kozie rabina. Mnożyć zakazy, nakazy, restrykcje aby potem je triumfalnie znosić (bez żadnych merytorycznych uzasadnień) – to droga do „przedwyborczej normalności” do stanu, w którym można będzie triumfalnie ogłosić, że wybory mogą się odbyć! Obawiam się bardzo, że PiS tak rozmiłował się w trzymaniu społeczeństwa na smyczy, w wymyślaniu i nakładaniu ograniczeń, że nieprędko będzie chciał całkowicie z nich zrezygnować.

Tą okrutną tezę o podporządkowaniu problemu zdrowotnego bezpieczeństwa Polaków politycznym celom PiS  potwierdza granicząca z obłędem determinacja Kaczyńskiego w torpedowaniu naturalnej propozycji wprowadzenia stanu nadzwyczajnego w Polsce. Decyzja taka równoznaczna byłaby z decyzją o przesunięciu wyborów prezydenckich. Forsowanie powszechnego, obowiązkowego głosowania korespondencyjnego na kilka tygodni przed oficjalnym terminem wyborów to szaleństwo, to łamanie Konstytucji, to doprowadzenie najważniejszego politycznego aktu obywateli do farsy. Ale nie ma dla Kaczyńskiego ceny, którą jest gotów zapłacić za utrzymanie władzy. Stany nadzwyczajne, dokładnie stany klęski żywiołowej wprowadzane były w Polsce wielokrotnie – na ograniczonym powodzią czy na przykład suszą obszarze. Wówczas zagrożone bywało zdrowie i mienie ograniczonej liczby ludzi. Dzisiaj zagrożone jest zdrowie całej populacji, zagrożona jest cała gospodarka, rząd nie ma jakiegokolwiek pomysłu jak wyjść z tego głębokiego kryzysu. Ale dla rządzących nie są to wystarczające argumenty. Ich cynizm pokazuje się i w tym, że wprowadzając coraz to nowe restrykcje rząd de facto wprowadzają stan nadzwyczajny – tyle tylko, że niesformalizowany. Politycy PiS jawnie i cynicznie głoszą, że przeprowadzenie wyborów w maju „jest niezbędne dla utrzymania stabilności władzy publicznej w czasie kryzysu”. Czyli zmiana w Pałacu Namiestnikowskim, jaka prawdopodobna jest w przypadku przesunięcia wyborów o kilka miesięcy, uznawana jest przez PiS za destabilizację władzy publicznej a warunkiem „utrzymanie stabilności” jest ponowny wybór Andrzeja Dudy na urząd Prezydenta . W ten sposób „walka” z koronawirusem stała się głównym argumentem za odnową prezydenckiej kadencji najgorszego od 30 lat Prezydenta Polski.

Wybory pod przymusem

Kilkukrotnie we wpisach podnosiłem problem obligatoryjnego uczestnictwa obywateli w wyborach władz publicznych. Rozwiązanie takie przyjęło kilka krajów europejskich. Powszechny i obowiązkowy udział w wyborach jest  jednym z filarów ustrojowych demokracji obywatelskiej. Jesteś obywatelem, jesteś członkiem wspólnoty – twoim obowiązkiem jest branie współodpowiedzialności za wybór tych, którym powierzamy kierowanie wspólnotą. Jasne, proste.

Tyle tylko, że taki obowiązek, będący – jak powiedziałem – jednym z filarów ustroju państwa, powinien być określony w Konstytucji.

Prawo i Sprawiedliwość zafundowało nam powszechny, obowiązkowy udział w wyborach prezydenckich. Tyle tylko, że to, co powinno być przedmiotem regulacji konstytucyjnej, przepchnięto zwykła ustawą, której projekt zgłosiła grupa posłów. Przepchnięto w trybie superekspresowym, przechodząc od razu do drugiego czytania, a więc bez dyskusji w komisjach problemowych. Tryb projektu poselskiego jest nagminnie nadużywany przez obecną większość parlamentarną. Projekty większości ważniejszych ustaw uchwalanych w ostatnich pięciu latach, chociaż pisane w rozmaitych ministerstwach lub w Kancelarii Premiera, wnoszone były do Laski Marszałkowskiej przez grupę posłów. Projekt poselski nie musi spełniać wielu wymogów, które, w imię zapewnienia najwyższych standardów legislacyjnych i spójności ustawodawstwa spełniać muszą projekty rządowe. Między innymi projekt taki nie podlega konsultacjom społecznym bądź zawodowym, nie jest opiniowany przez żadne z biur legislacyjnych (rządu lub Sejmu), nie musi zawierać opinii o zgodności z prawem Unii Europejskiej.

Dzisiaj cała Polska była świadkiem patologii, do jakiej doszło w polskim parlamencie. Najpierw, w trybie „inicjatywy poselskiej” procedowano projekt istotnie zmieniający ordynację wyboru Prezydenta RP. Projekt nie uzyskał większości, więc przepadł. Ale tylko na chwilę, gdyż bardzo szybko pojawił się nowy, o treści niemal identycznej, poselski projekt ustawy, który tym razem, czterema głosami rządzącej koalicji udało się przepchnąć. Powtórzę: chodzi o doniosłe regulacje o charakterze konstytucyjny, przyjmowane zwykłą ustawą, i to w ciągu kilku godzin, bez żadnych opinii specjalistów od prawa wyborczego, konstytucjonalistów czy legislatorów!

PiS, czego się dotknie, wszystko zamienia w … błoto. Tak też stało się ze szlachetną skąd inąd ideą obywatelskiego obowiązku wyborczego. Sejm uchwalił ustawę zmieniającą zasadniczo Kodeks wyborczy, nakładając na obywateli nie tylko obowiązek uczestnictwa w wyborach, ale również grożący surowymi karami (do 3 lat więzienia!) za „nieodebranie, lub zatrzymanie w domu pakietu wyborczego”. Większość sejmowa uchwaliła ją nie zaprzątając sobie głowy tym, czy nowa regulacja należycie zabezpiecza takie podstawowe prawa obywatelskie jak tajność wyborów i równość. Żadnej możliwości nie stworzono posłom opozycji, aby ci, sięgając po opinie ekspertów, utwierdzili się w tym, że nowe, rewolucyjne zasady nie otwierają dróg do manipulacji i oszustw wyborczych. Do łez przerażenia doprowadziła mnie kandydatka na wicepremiera, minister Emilewicz, która na pytanie dziennikarki, co z doręczaniem pakietu osobom, które nie zamieszkują na stałe pod adresem wskazanym jako miejsce stałego zameldowania odparła dziarsko: „Myśmy to też przewidzieli! Każda taka osoba będzie mogła (powinno być raczej: musiała. J.U.) udać się do stosownego urzędu i pobrać pakiet”. Udać się do urzędu i pobrać pakiet w dobie szalejącej epidemii, nie mając żadnej pewności, czy pakiety te i osoby je wydające wolne są od wirusa sars-cov-2! Z jednej strony rząd zamyka lasy przed obywatelami „w trosce o ich zdrowie”, a z drugiej zagania do urzędów – bo jak nie to 3 lata paki!

Obowiązek udziału w wyborach, określony w Konstytucji zatwierdzanej ostatecznie w ogólnonarodowym referendum to nie to samo, co wprowadzany zza węgła, nieczystymi metodami przymus wyborczy. Przymus w sytuacji, kiedy de facto nie toczy się żadna kampania wyborcza  i tylko jeden, jedynie słuszny kandydat ma do swojej dyspozycji rządowe stacje telewizyjne i radiowe, kiedy Polacy skupiają się na tym, czy będą nadal mieli pracę, czy będą mieli środki finansowe na życie, czy będą mieli zapewnioną opiekę zdrowotną w przypadku jakiejkolwiek choroby, czy wreszcie im samym uda się uniknąć zarażenia koronawirusem.

I w ten sposób jedna z najszlachetniejszych form demokracji obywatelskiej zmieniona zostaje przez PiS w farsę wyborczą, w kpinę z państwa i z jego obywateli. Dzisiaj PiS dokonało kolejnego, zbiorowego gwałtu na polskiej demokracji.

Z brzytwą w ręku

Opętańcza szarża Jarosława Kaczyńskiego mająca utorować drogę do reelekcji obecnego Prezydenta trwa. Wbrew wszystkim i wszystkiemu, wbrew Konstytucji, opiniom ekspertów prawnych i epidemiologów, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew opinii publicznej podstawowym zasadom przyzwoitości. Z zastępami wiernych mameluków, nie przebierając w środkach i w kosztach, również tych najwyższych – ludzkiego życia i zdrowia,  Prezes Prawa i Sprawiedliwości zagonić chce wierny mu elektorat do wyborów. Swój elektorat, gdyż na dobrą sprawę wystarczy, że w przypadku powszechnego bojkotu tych wyborów zagłosują tylko członkowie komisji wyborczych, aby Andrzej Duda mógł święcić „triumf” a Kaczyński mógł wszystkim pokazać „gest Lichockiej”.

W ciągu ostatnich kilkunastu dni PiS, brutalnie łamiąc wyroki Trybunału Konstytucyjnego i Regulamin Sejmu, ogłosiło trzy projekty zmian Kodeksu Wyborczego. Nie po raz pierwszy Kaczyński demonstruje swój stosunek do polskiego parlamentaryzmu, zamieniając salę sejmową na taśmę produkcyjną bubli prawnych, potworków legislacyjnych przyjmowanych w maksymalnym pośpiechu, bez żadnych poważnych dyskusji, konsultacji, najlepiej późną nocą. Tak zmasakrowanego parlamentaryzmu i parlamentu, upokorzonego, obdartego z godności, powagi i znaczenia Polska nie widziała od czasów przedrozbiorowych.

Wybory 10 maja nie powinny się odbyć – to jest oczywiste dla większości Polaków. Dyskusja publiczna, toczona w mediach skupia się wyłącznie na kwestiach organizacyjno – prawnych. Są one oczywiście niezwykle istotne, ale w ferworze tej dyskusji ginie sprawa zasadnicza: znaczenia i charakteru aktu wyborczego.

Oddanie głosu w wyborach to wzięcie udziału w procesie podejmowania najważniejszych decyzji dotyczących kraju, decyzji przekazania zadań działania dla dobra wspólnoty narodowej w demokratycznym państwie. Udział w wyborach, każdych, w tym również prezydenckich, to jednocześnie akt brania swego rodzaju indywidualnej współodpowiedzialności za przyszłość kraju.

Oddanie głosu w wyborach, aby spełniły one należycie swoją rolę, powinno być finałem, kulminacją ogólnonarodowej dyskusji, prezentowania programów, celów i strategii. To ta dyskusja przywieść ma każdego z nas do podjęcia indywidualnej, obywatelskiej decyzji, której finałem jest kartka wrzucona do urny. To swego rodzaju święto demokracji.

Tymczasem dramat, jaki ściągnęła na świat i Polskę epidemia wirusa sars-cov-2 wywrócił wszystko do góry nogami. Sparaliżowana została cała kampania wyborcza wszystkich – prócz jednego, jedynie słusznego, kandydatów. Ale najważniejsze jest to, że epidemia całkowicie zdominowała umysły i czyny ludzi. Zamknięte szkoły i uczelnie, bankructwa zakładów pracy, narastając bezrobocie i drożyzna przy topniejących jak śnieg zasobach rodzin zamkniętych w swoich mieszkaniach, zapaść systemu opieki zdrowotnej, skutkująca odwoływaniem zabiegów medycznych, badań i medycznych konsultacji – wszystko to sprawia, że uwaga ludzi skupiona jest wokół jednej, zasadniczej kwestii: jak uniknąć zarażenia i jak przeżyć.  Jak przeżyć w coraz bardziej dramatycznej egzystencjalnie sytuacji, z której drogi wyjścia rządzący nie potrafią wskazać. Obywatele raczeni są przez rząd komunikatami, że najgorsze, w sensie epidemiologicznym dopiero przed nami, że głęboki kryzys gospodarczy jest nieunikniony i jednym tchem deklaracjami, że wybory prezydenckie 10 maja się odbędą.

Nawet, jeżeli te wybory w jakiś sposób zostaną przeprowadzone, to nie będą one miały żadnej mocy nie tylko z oczywistych powodów prawnych. Nie będą one miały społecznej mocy i znaczenia, gdyż obywatele, wyborcy, nie mieli warunków do podjęcia przemyślanej, odpowiedzialnej, indywidualnej decyzji wyborczej.

Zgłoszenie przez Jarosława Kaczyńskiego, na miesiąc przed wyborami, kuriozalnego projektu zmian w Kodeksie wyborczym dosłownie demolującego cały, przez 30 lat doskonalony system, kreujący miliony pytań o wykonalność, rzetelność i uczciwość wyborów, będący niezbitym dowodem pogardy Kaczyńskiego dla wyborców, których dosłownie zapędzić chce do wyborów, odczytać można jako chwytanie się brzytwy przez tonącego. Pytanie tylko za co Kaczyński usiłuje złapać: za ostrze brzytwy czy za rękojeść. Szaleńca, dążącego po trupach do władzy stać na wszystko.

Dokąd prowadzi nas PiS?

Pandemia wirusa sars-cov-2 i powodowana przez niego choroba COVID-19 sparaliżowała społeczeństwa, rządy, parlamenty i gospodarkę. Zasadnicze pytanie: dlaczego ta właśnie epidemia, nie pierwszego przecież koronawirusa, który atakuje ludzi, powoduje takie spustoszenie w wielu wymiarach życia człowieka wciąż czeka na odpowiedź. Wirus rozprzestrzenia się bardzo łatwo, ale 80% zarażonych zwalcza go bezobjawowo lub z objawami bardzo słabymi. Śmiertelność wśród zakażonych jest na poziomie śmiertelności na skutek grypy. O co więc chodzi? Dlaczego zamykane  są szkoły, uczelnie, zakłady produkcyjne i usługowe, szpitale? Dlaczego zamykane są granice pastwa i ludzie w swoich domach?

Dokąd prowadzi nas rząd? Tego nie wie nikt, nawet Premier Morawiecki. Opartą na powszechnej kwarantannie strategię walki z epidemią przyjętą przez rząd  można by zrozumieć, gdyby została uzasadniona, gdyby powiedziano: wprowadzamy ostre restrykcje, ale dzięki nim oczekujemy, że wtedy to a wtedy nastąpi poprawa sytuacji i powrót do normalności. Żadnego takiego scenariusza rząd nie przedstawił. Nie przedstawił – gdyż go nie ma. Zamiast tego serwuje się obywatelom kolejne rygory i cynicznie uzasadnia się je tym, że poprzednie zdały egzamin! Trzeba powiedzieć wprost: rząd nie wie dokąd nas prowadzi. Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie kiedy skończą się ograniczenia, kto i kiedy je odwoła.

Mało tego. Obecna sytuacja z jezuicką przewrotnością wykorzystywana jest przez PiS do umacniania swojej autorytarnej władzy. Przykładem jest bandycka próba ministra Ziobro wykorzystywanie „koronawirusowej” specustawy do BEZTERMINOWEGO przyznania prokuratorom prawa nakładania 3-miesięcznego aresztu domowego na osoby objęte już nie śledztwem, ale tylko postępowaniem przygotowawczym.  W powodzi tysięcy gigantycznych skandali autorstwa PiS i ten pewnie przejdzie i przez Sejm i bez echa. PiS nie wie dokąd prowadzi społeczeństwo, dokąd prowadzi gospodarkę, ale dobrze wie dokąd sam dąży – właśnie do władzy autorytarnej.

Wydawać by się mogło, że epidemia koronawirusa spadła Jarosławowi Kaczyńskiemu jak z nieba. Pozycja wyborcza partyjnego kandydata na Prezydenta RP zaczęła się chwiać, perspektywa niepisowskiego prezydenta, niebędącego bezmyślnym notariuszem Grupy Trzymającej Władzę, grupy, która na sumieniu ma cały wór deliktów konstytucyjnych i zwyczajnych przestępstw jak czarna zmora zaczęła śnić się po nocach. I nagle pojawia się ON, wybawca, wirus sars-cov-2! Przecież Kaczyński do perfekcji wyćwiczył technikę manipulowania społeczeństwem przez kreowanie najpierw jego śmiertelnych wrogów, a później siebie, na Wielkiego Wybawiciela i Obrońcę Narodu. Kaczyński bez zastanowienia więc dosiadł tego konia. Tyle tylko, że koń go poniósł.

A miało być tak ładnie. Rząd PiS, zastraszywszy wpierw ludzi,  dzielnie stawia czoła wirusowi, Andrzej Duda wygrywa wybory w pierwszym terminie. Ale sprawa wymknęła się spod kontroli. Najpierw ujawniony został – jak to zwykle w sytuacjach kryzysowych – rzeczywisty stan służby zdrowia. Rażące nieprzygotowanie organizacyjne i proceduralne, braki zaopatrzenia w elementarne środki ochrony osobistej personelu medycznego, chaos i bałagan powszechny. Wyszło na jaw, że wieloletnie skrobanie do kości budżetu państwa na wyborcze kiełbaski PiS pozbawiło to państwo realnych możliwości obrony społeczeństwa w sytuacjach nadzwyczajnych.

Na światło dzienne wychynęła jeszcze jedna, poważna wielce sprawa. Koronawirus sar-cov-2 obnażył z całą bezwzględnością parodię systemu zarządzania antykryzysowego w państwie. Doniosłą, o strategicznych, wieloletnich konsekwencjach decyzję o de facto zamrożeniu państwa, jego gospodarki, komunikacji, usług i instytucji rząd podjął bez żadnej debaty parlamentarnej, bez żadnej konsultacji chociażby z Radą Bezpieczeństwa Narodowego. Biały koń nie mógł czekać.

A przecież  są jeszcze ludzie! Zamknięci w swoich mieszkaniach, przestraszeni wirusem, przestraszeni kurczącymi się zasobami finansowymi, często przestraszeni  perspektywą utraty pracy. Już wiadomo, że na dwóch tygodniach kwarantanny się nie skończy, gdyż w zgodnej opinii ekspertów najgorsze, czyli gwałtowny wzrost zakażeń jest jeszcze przed nami.

Tymczasem rząd nie ma bladego pojęcia jak i kiedy zakończy się ten realny stan wyjątkowy w Polsce. Najpierw kwarantanna 2-tygodniowa, potem przedłużenie do Wielkiej Nocy. Może rząd liczy na cud wielkanocny? Tymczasem specjaliści są jednoznaczni: epidemia skończy się, gdy do powszechnego użytku wejdzie szczepionka przeciwko sars-cov-2, a to nie nastąpi wcześniej niż za 18 miesięcy. Wielodzietna rodzina zamknięta na półtora roku w niewielkim mieszkaniu? Czy ktoś sobie to wyobraża? Póki co rząd usiłuje odwlec w czasie apogeum zachorowań i spłaszczyć krzywą zakażeń poniżej poziomu wydolności systemu opieki zdrowotnej.

Bez odpowiedzi pozostaje pytanie w jakich warunkach wycofane zostaną nałożone na obywateli i przedsiębiorców ograniczenia. Kiedy cofnięty zostanie zakaz zgromadzeń, kiedy przywrócona zostanie normalna praca przedsiębiorstw, kin, teatrów. Przecież negatywne skutki ogólnokrajowej  kwarantanny ujawniać się będą coraz powszechniej i coraz gwałtowniej. Czym się to skończy? Wojskiem na ulicach?

PiS nie wie dokąd prowadzi kraj, ale wie dokąd sam chce dojść. Absolutnym priorytetem są więc dla partii Kaczyńskiego wybory prezydenckie. Wprowadzone przez rząd rygory w znakomity sposób ograniczyły kampanię wyborczą wszystkich, za wyjątkiem Andrzeja Dudy, kandydatów. Ten korzysta pełnymi garściami z możliwości jakie daje mu pozycja Prezydenta i partyjne środki masowego przekazu. Jarosław Kaczyński odrzuca więc naturalne rozwiązanie, jakim byłoby w tej sytuacji przyjęcie przez Sejm ustawy o stanie nadzwyczajnym – oznaczałoby to bowiem konieczność przełożenia wyborów na późniejszy termin. W maju, wystraszone społeczeństwo zagłosuje na kandydata władzy. Za kilka miesięcy, kiedy w pełni ujawnią się społeczne i gospodarcze skutki działania tej władzy – może być różnie. Dlatego Kaczyński, ryzykując oskarżenie o naruszenie artykułu 165 Kodeksu Karnego, bezwzględnie prze do utrzymania terminu 10 maja, chociaż nic nie wskazuje na to, aby do tego czasu zniknęły przesłanki na podstawie których wprowadzono w Polsce stan epidemiczny.

Wielu komentatorów zachodzi w głowę jak to jest, że z jednej strony PiS faktycznie wprowadza stan nadzwyczajny, że nic nie zapowiada, aby 10-go maja Polska uwolniona została od wirusa sar-cov-2, wręcz przeciwnie – spodziewana jest jego dalsza ekspansja, a z drugiej strony PiS odrzuca propozycje wprowadzenia stanu nadzwyczajnego i upiera się przy majowym terminie wyborów. Skoro mądrzejsi ode mnie nie potrafią dać jasnej odpowiedzi na to pytanie pozwolę sobie na spekulację.

Nie wykluczam otóż, że szukając wyjścia z pułapki, w którą PiS się wpakował, Kaczyński próbować będzie ucieczki do przodu. Coraz częściej spotkać można poważne publikacje kwestionujące skuteczność prób przeniesienia na grunt Unii Europejskiej drastycznych, chińskich metod walki z wirusem. Coraz częściej słychać opinie, że nie stan zakażenia tym wirusem uznać należy za społecznie niebezpieczny, a powikłania, których może on być przyczyną. Innymi słowy, tak, jak to jest praktykowane w Szwecji i częściowo w Wielkiej Brytanii zakłada się, że siły i środki pomocy medycznej i socjalnej państwa powinny być kierowane nie do całego społeczeństwa, ale do grup podwyższonego ryzyka powikłań z tytułu zarażenia wirusem sar-cov-2 i do osób cierpiących na powikłania po tym zarażeniu. A więc do osób starszych, schorowanych, o obniżonej odporności immunologicznej. Osobiście dostrzegam w takim podejściu dużą dozę racjonalizmu, o czym pisałem we wpisie z 16. marca b.r.  „Karton, papier mâché, propaganda”. Przy obecnej praktyce rządu nikt nie jest w stanie przewidzieć ile dodatkowych, nie związanych z koronawirusem istnień ludzkich pociągnie za sobą dezorganizacja służby zdrowia, zamykanie oddziałów szpitalnych, odwoływanie zabiegów medycznych, wstrzymywanie procedur leczniczych. Nikt nie jest w stanie przewidzieć skutków gospodarczych rządowej strategii walki z koronawirusem: wzrostu bezrobocia, bankructwa przedsiębiorców, spadku PKB, spadku dochodów samorządów terytorialnych i wielu, wielu innych. Wiadomo tylko, że koszty będą wysokie i wiadomo kto za nie zapłaci. Jedynym wyjściem, prędzej czy później, będzie więc powrót na ścieżkę racjonalizmu.

Ucieczka PiS do przodu może więc wglądać tak, że gdzieś w okolicy Świąt Wielkanocnych, ogłaszając publicznie i z fanfarami wielkie sukcesy dotychczasowych działań, rząd ogłosi przejście do „kolejnej fazy” czyli do tej właśnie ograniczającej zdecydowanie krąg społeczeństwa, który państwo obejmie specjalną antywirusową opieką. Że będzie to faktyczne wycofanie się z obranej drogi? Że będzie to faktyczne przyznanie się do błędnych decyzji? Nikt tak jak PiS nie opanował sztuki przekuwania swoich wielkich porażek w jeszcze większe sukcesy. Tak może być i tym razem, a uwolniony z aresztu lud radośnie  przystąpi do pracy i zakupów i radośnie wybierze kandydata PiS na Prezydenta.

Rozwiązanie takie będzie poważnym problemem i dla mnie. Z jednej bowiem strony uznaję, że rząd, dla dobra Polski i Polaków,  powinien czym prędzej wycofać się ze zbyt pochopnie obranej drogi i powrócić na drogę racjonalizmu w walce z koronawirusem. Z drugiej strony uważam, że najwyższy czas przywrócić powagę, godność i konstytucyjne znaczenie urzędowi Prezydenta RP i niezwłocznie dokonać zmian na tym urzędzie. Co jest ważniejsze? Ważniejsze jednak w tej sytuacji jest społeczeństwo i gospodarka. Jeżeli nawet Duda zostanie ponownie wybrany, to, zważywszy na okoliczności i kontekst takiego wyboru, zostanie on na zawsze Prezydentem „Wstyd”, marionetką przepchaną kolanem z pogwałceniem zasad demokracji, symbolem rzeczywistego stosunku PiS do „ukochanego” suwerena.

„Dążyć do celu po trupach” – to określenie odnosi się do metody postępowania nieliczenia się, przy całej bezwzględności, ze środkami na drodze do obranego celu, ale także do określenia charakteru osoby hołdującej takiej zasadzie. W potocznym języku takie określenie było rodzajem metafory – rzadko tyczyło trupów jako takich. Tak było do 10 kwietnia 2010 r. gdyż od tego dnia cała metafora prysła. Od tego dnia „religia smoleńska”, polityczne żerowanie na ofiarach smoleńskiej  katastrofy, a przede wszystkim śmierci Lecha Kaczyńskiego, wyniosły jego brata Jarosława do niemal absolutnej władzy w Polsce. Czy 10 maja 2020 r. będzie potwierdzeniem charakteru i metod postępowania prezesa PiS? Się okaże.

Karton, papier mâché, propaganda

Jeżeli w zespołowym uniesieniu, w naturalnej wspólnej potrzebie nadziei na przetrwanie wszyscy skandują to samo, to powinien jednak znaleźć się choć jeden członek społeczności, który spojrzy w innym niż większość kierunku. To przecież też element zbiorowego bezpieczeństwa. Wszak biblijna „zabłąkana owca” może okazać się bezcenna dla całego stada, gdy to, wyzbywszy się racjonalizmu, kierowane stadnym instynktem, wpadnie w pułapkę.
Podejmowanie dyskusji na temat rządowej polityki walki z pandemią koronawirusa COVID-19 zakrawa nie tylko na szaleństwo, ale i publiczne samobójstwo. Przecież wszystko jest jasne. Rząd działa nieprzerwanie, dzień i noc. Jego politykę wspiera cała niemal opozycja i media od prawa do lewa. Zewsząd, a zwłaszcza z internetowych zakątków słychać zachwyty jacy to jesteśmy wspaniali, najlepsi w Europie, jacy zdyscyplinowani w pozostawaniu w domach! Puste ulice świadectwem naszego patriotyzmu!
Ale coś w tym wszystkim nie daje spokoju. I to nie jedna sprawa.
Rząd zamroził kraj. Na jak długo? Nie wiadomo. W niektórych przypadkach mówi się o dwóch tygodniach, w innych o tygodniu, w jeszcze innych „do odwołania”. Jak długo cały kraj ma być zamrożony? Jak długo nieczynne będą szkoły, żłobki, przedszkola? Jak długo nieczynne będą sieci handlowe, zakłady pracy, które będą zmuszone do zaprzestania działalności nie z tytułu bezpośredniej choroby pracowników ale na skutek pozrywania więzi kooperacyjnych? Przecież eksperci wieszczą, że szczyt zakażeń przypadnie na drugą połowę kwietnia. Niektórzy, gdyż inni uzasadniają, że może to potrwać miesiącami. Czy rząd ma jakiś scenariusz na wypadek, gdy okaże się, że po tych magicznych dwóch tygodniach sytuacja daleka jest od zadawalającej?
Standardy postępowania z epidemią koronawirusa wyznaczyły dla Europy Włochy. Ich śladem poszła Unia Europejska a wraz z nią i Polska. My oczywiście musimy być przy tym najlepsi. Włoska strategia, zapewne podparta wieloma autorytetami z zakresu epidemiologii, zakłada walkę totalną. Do ostatniego niemal wirusa! Takiej właśnie walce podporządkowaliśmy dzisiaj w Polsce wszystko, każdą dziedzinę naszego życia, również religijnego. Ale trzeba wiedzieć, że nie jest to jedyna możliwa strategia. Zgoła inną drogę obrała Wielka Brytania. Wprawdzie kontynentalne media nie szczędzą Brytyjczykom krytyki, w najlepszym razie nazywając decyzje brytyjskiego rządu „wielce ryzykownymi”, to jednak jeśli chwilę się nad nimi zastanowić, to nie trudno dostrzec w nich sporej dawki zdrowego rozsądku.
Tak więc w Wielkiej Brytanii nie zamyka się póki co sklepów, pubów, nie odwołuje się imprez sportowych, nie zamyka się szkół i uczelni. Dlaczego? Brytyjczycy doszli do wniosku, że mechanizm zarażania koronawirusem jest taki, że żadne działania izolujące nie będą skuteczne. Ich zdaniem aby działania jakie podejmują Włosi czy Polacy mogły dać jakiś efekt, stan „pustych ulic” musiałby trwać kilka miesięcy.
Rozumowaniu wyspiarzy zdaje się sprzyjać charakter tej infekcji. Tak więc jasne już jest, że z nowym koronawirusem przyjdzie nam, ludziom, żyć już zawsze. Nigdy już się go nie pozbędziemy. Sporo zakażeń (liczba nieznana) przebiega bezobjawowo lub z objawami bardzo łagodnymi, na ogół traktowanymi przez nosicieli tego wirusa jako zwykłe przeziębienie lub lekka grypa. Przebieg infekcji jest też zazwyczaj łagodniejszy niż przy grypie i śmiertelność na skutek powikłań na podobnym co grypa poziomie statystycznym. Zazwyczaj – za wyjątkiem grup społecznych szczególnie narażonych na powikłania po infekcji koronawirusem COVID-19. Brytyjczycy skupiają się więc na tych najbardziej zagrożonych grupach. Dla nich organizują pomoc, wsparcie, medyczną opiekę. Do tych grup kieruje się przede wszystkim organizacyjną i finansową pomoc państwa. Czyżby Brytyjczycy, idąc zupełnie inną niż Włochy i Polska drogą okazali się skrajnie nieodpowiedzialnymi za swoje państwo, za swoje zdrowie? Jakoś trudno w to uwierzyć.
Tymczasem w naszym kraju ogłoszono „stan wojenny”: totalnej wojny z wirusem COVID-19, której przecież wygrać nie można. Zamknięte granice, szkoły, uczelnie. Ograniczona dostępność do przychodni aptek, zamierająca gospodarka i usługi. I jak przy tym jest nam z tym dobrze! Jak patriotycznie! Jak dumni jesteśmy z tego, że siedzimy w domach, a ulice naszych miast są puste! Dobrze jest dzisiaj, ale za dwa tygodnie, za miesiąc, kiedy zabraknie wielu rodzinom pieniędzy, kiedy ceny (prawo popytu i podaży się kłania) pójdą w górę?
Skutecznie rozpętano psychozę strachu. Już nie zgromadzenie 1000. 100 czy 50 osób jest niemożliwe. Zamierają spotkania towarzyskie, gdyż wobec powszechnej kampanii medialnej, piętnującej każdego kichającego czy smarkającego trudno jest znajomych narażać – nie, nie na wirusa, ale na dyskomfort sytuacyjny.
Na dzień dzisiejszy zmarły w Polsce 3 osoby w wyniku powikłań po infekcji COVID-19. To oczywiście bardzo smutne – tym bardziej, że liczyć się należy z kolejnymi zgonami. Nie wszystkich jednak to martwi. Doradca Prezydenta Polski pozwala sobie na antenie telewizyjnej na skandaliczną uwagę, że epidemia COVID-19 przyczyni się do odmłodzenia polskiego społeczeństwa. Idąc za panem doradcą, nieźle zapewne wynagradzanym ze społecznych pieniędzy, można w epidemii upatrywać ratunku dla ZUS!
Ile jednak w tym czasie było zgonów z powodu powikłań pogrypowych? Media i Ministerstwo Zdrowia milczą a przecież jesteśmy w tradycyjnym okresie wzrostu zachorowań na „konwencjonalną” grypę. Ale mózg mój drąży inne pytanie: ile osób umrze w Polsce na skutek dezorganizacji służby zdrowia, do jakiej doprowadziła polityka rządu. Miałem swego czasu wątpliwie przyjemną sposobność obserwować przez dłuższy czas przychodnię Dolnośląskiego Centrum Onkologicznego we Wrocławiu przy placu Hirszwelda – wiodącej na Dolnym Śląsku placówki. Setki ludzi, siedzących ciasno jak śledzie w beczce jeden przy drugim w wąskich, niewietrzonych korytarzach, stojących z powodu braku krzeseł na schodach i czekających godzinami na przyjęcie przez wspaniałych skądinąd specjalistów DCO. Chorzy onkologicznie to przecież grupa najwyższego ryzyka powikłań po wirusowych infekcjach, to ludzie o obniżonej odporności immunologicznej, którzy z drugiej strony nie mogą sobie powiedzieć: – a, dzisiaj nie pójdę na konsultacje, czy nie zrobię badań lub nie poddam się wyznaczonym zabiegom; – może za miesiąc lub dwa. Mam te korytarze i stłoczonych w nich pacjentów przed oczami i zastanawiam się jaką specjalną opieką ich otoczono.
Ale to nie wszystko. Rząd pozbawił polskich chorych 19 szpitali przekształcając je na placówki dedykowane wyłącznie zakażeniom koronawirusem . Oczywiście dotychczasowi pacjenci rozśrodkowani zostali do innych placówek, ale arytmetyka jest bezwzględna. 19 dużych zazwyczaj szpitali wyparowało. Ile osób w Polsce umrze na choroby zupełnie nie związane z COVID-19, które na skutek tej „reorganizacji” nie otrzymają należnej im opieki lub otrzymają ją za późno?
Jedynym wygranym w tej aferze będzie Prawo i Sprawiedliwość. Rząd się krząta z wielkim zapałem, Premier Morawiecki – Główny Propagandzista Kraju – większość dnia spędza w studiach radiowych i telewizyjnych, społeczeństwo zastraszone, a więc wobec takiego „straszliwego” zagrożenia w naturalny sposób sprzyjające opiekuńczej władzy, opozycja zepchnięta do ciemnego kąta i bardzo ograniczona w możliwościach docierania do wyborców. Z pewnością żaden koronawirus nie spowoduje przełożenia wyborów prezydenckich. Bo niby dlaczego? Dzisiaj PiS ma – dzięki COVID-19 – wygraną w kieszeni, a jesienią, kiedy społeczne i gospodarcze skutki dzisiejszej polityki wyjdą na wierzch może być różnie. Nie można nawet wykluczyć, że antywirusowy „stan wojenny” pod różnymi pretekstami przeciągnięty zostanie aż do dnia wyborów. Choćby po to, aby przed 10 maja nie stawiać głupich pytań typu – po co było go wprowadzać?
No i bonus dla PiS dodatkowy! Zupełnie niezauważona została przez media, również te krytyczne wobec obecnej władzy, znamienna wypowiedź Mariana Banasia, którą ten, zagnieżdżony na fotelu Prezesa NIK zawarł w swoim niedawnym wywiadzie dla jednej z prawicowych gazet. Otóż w morzu deklaracji jak to dzielnie będzie on walczył o niezależność Izby, niejako mimochodem, wspomniał, że ze słynnego domu schadzek, który funkcjonował w jego kamienicy, „korzystało wielu polityków i ministrów”. Na całym świecie, pod każdą szerokością geograficzną takie wyznanie najbardziej w sprawie kompetentnego człowieka musiało by spowodować polityczne trzęsienie ziemi o sile powyżej 9 w skali Richtera. Przecież jeżeli znane są nazwiska, to zakładać trzeba, że uwieczniono je nie tylko na kartkach papieru, ale i na innych nośnikach. Ale dzięki koronawirusowi nikt się tym nie zajmuje, a koleżkowie Banasia otrzymali bardzo wyraźny sygnał: dajcie mi spokój, abo…
Epidemia koronawirusa w jej obecnym wydaniu to wcale nie Apokalipsa. Wystarczyła jednak, aby bezlitośnie obnażyć dotychczasową politykę PiS opartą na kłamstwie, nachalnej propagandzie sukcesu, kreatywnej księgowości budżetowej. Obnażyła zupełny brak przygotowania państwa na takie zagrożenia, o większych nie wspominając. Przede wszystkim obnażyła olbrzymie problemy służby zdrowia: te strukturalne, funkcjonalne, jak też i kadrowe i materialne. Skandal z dwoma miliardami złotych podarowanymi przez pisowski sejm i pisowskiego prezydenta pisowskim propagandzistom miast na potrzeby ochrony zdrowia Polaków jawi się w nowej, mega-karykaturalnej skali. Gorzej, że do tego pisowskiego państwa budowanego z kartonu i papier mâché na fundamentach agresywnej, kłamliwej propagandy wprowadzono potężny zastrzyk dezorganizacji i chaosu. Czarny scenariusz rozpocznie się w Polsce wówczas, gdy PiS utrzyma na fotelu Prezydenta figuranta i przy jego i propagandowych tub pomocy zamieniać będzie swoje klęski na historyczne, wiekopomne sukcesy.

Bez „i”

Artykuł Anny Grodzkiej „O mediach i demokracji” opublikowany na łamach Strajk.eu i Dziennika Trybuna zasługuje więcej niż na uwagę. Temat podniesiony przez Grodzką powinien być kontynuowany w dyskusjach, zwłaszcza w środowiskach demokratycznych. Analiza stanu polskiej demokracji, problemów (lub precyzyjniej: braku problemów) znacznej liczby wyborców, dyktat mediów, aktualna rola mediów publicznych przeprowadzona przez Grodzką jest jak najbardziej właściwa, celna. Niestety, na tym pozytywy tego ważnego artykułu moim zdaniem się kończą. Analiza sytuacji właściwa, ale wnioski i postulaty chudziutkie. Brakło nie tylko przysłowiowej kropki nad „i”, ale również samego „i”.

Proponowane rozwiązania niewiele wnoszą nowego, a nawet umacniają wręcz obecny, wynaturzony system. Przecież finalna propozycja autorki obciążania reklamodawców pokrywania kosztów medialnych kampanii społecznych to właśnie umocnienie wpływu biznesu reklamowego. Dodatkowe koszty pokryją sobie z cen towarów, za które zapłacimy, a proponowany Fundusz Medialny będzie bardzo zainteresowany tym, aby rynek reklam – a więc usług masowego ogłupiania ludzi – był jak największy. Myślę, że nie tędy droga.

Demokratyczna lewica powinna podjąć trud opracowania własnej koncepcji kampanii kreowania przedstawicieli społeczeństwa w instytucjach państwa demokratycznego. Streścić ją można w dwóch słowach: dekapitalizacja i sekularyzacja społecznych kampanii wyborczych.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 98% czytelników, którzy dotarli do tego miejsca mruknie pod nosem coś na kształt: „To przecież niemożliwe! Uczkiewicz zwariował!” i przejdzie do innej lektury. Ale ja chciałbym zwrócić się do tych dwóch procent, do tych ludzi lewicy, którzy nie boją się formułowania celów przez otoczenie uznawanych za szalone, a w każdym razie niemożliwe. Przypomnę tylko nieśmiało, że cały nasz postęp cywilizacyjny, z którego tak jesteśmy dumni, swoje początki zawsze miał w przełamywaniu stereotypów, w sięganiu po niemożliwe.

Problem pierwszy: władza czy odpowiedzialność.

Aby skonstruować nowy, wartościowy model kampanii wyborczej zacząć należ od sedna wyborów. Postawię więc pytanie: dlaczego ciągle, w kółko, mówimy o wyborze WŁADZ. Władz krajowych, wszelkich szczebli władz samorządu terytorialnego, samorządów zawodowych. Jeżeli nawet nasz piękny polski język jest w tym obszarze zbyt ubogi, to jednak cała narracja wokół wyborów dotyczyć powinna ODPOWIEDZIALNOŚCI. Celem wyborów w społeczeństwie demokratycznym powinno być wyłanianie ludzi, naszych przedstawicieli, którym powierzamy ODPOWIEDZIALNOŚĆ za kierowanie biegiem wspólnych spraw, na których cedujemy część własnej odpowiedzialności, abyśmy mogli zająć się na co dzień innym i sprawami a także kontrolowaniem tego, jak nasz mandat zaufanie jest wykonywany. Nie chodzi tylko o to, że w naszej, głęboko zakorzenionej historycznie tradycji, WŁADZA, jest z założenia ciałem obcym, zewnętrznym, wręcz wrogim. Bardziej kojarzy się nam z przywilejami, mechanizmami przymusu. Nie chodzi też o to, że do „władzy” wielu idzie po zaszczyty, wpływy, apanaże. Chodzi też o to, że taki wyścig do władzy jest z gruntu ademokratyczny, aspołeczny.

Z pojęciem „władzy” ściśle związane jest inne pojęcie: „walka”. Każde wybory to u nas jedno wielkie pole bitwy, w której są wygrani i przegrani. Wygrani chodzą w chwale, a przegrani… w niechwale. Statystycznie mandaty w różnego rodzaju organach publicznych uzyskuje około 10% kandydatów. Jeżeli do tego dodać, że każda kampania wiąże się z koniecznością kapitałowego zaangażowania kandydata, to nasze kampanie wyborcze są jedną, wielką machiną produkującą obywateli – frustratów. I do tego frustratów wśród najbardziej wartościowej części społeczeństwa, gotowej czas swój i zdolności poświęcić dla dobra publicznego. Ciekawy jestem czy chociaż w jednej gminnej szkole podstawowej w Polsce przeprowadzono lekcję na temat wyborów do Rady Gminy, w czasie której wszystkich kandydatów prezentowano jako osoby, które publicznie zgłosiły gotowość podjęcia ODPOWIEDZIALNOŚCI za wspólnotę, jako wzór postaw obywatelskich, wzór do naśladowania.

Problem drugi: forsa.

Wielokrotnie zdarzyło mi się słuchać jednego z wojewódzkich liderów SLD, który prosto z mostu przekonywał, że „na pierwsze miejsce na liście bez 100 tysięcy złotych nie ma co startować”. Nie wiem: sto czy dziesięć tysięcy. Ale już sam fakt, że wybory do obywatelskich organów przedstawicielskich kandydat musi traktować jako inwestycję kapitałową jest aberracją. Przecież nieodłącznym elementem każdej inwestycji jest „stopa zwrotu kosztów”. Cały więc system wyborczy petryfikuje wybory jako wyścig o władzę i wpływy. Ale jest jeszcze jedno oblicze tej kwestii: wybory w Polsce są właściwie tylko dla bogatych. Nie mogę pojąć jak lewica może przechodzić do porządku dziennego nad tym, że wybory są w Polsce tylko dla lepiej sytuowanych materialnie, jak może nie reagować na to, że konstytucyjna równość obywateli w czynnym prawie wyborczym jest fikcją.

Wyborami do organów przedstawicielskich w Polsce rządzi pieniądz. Partie polityczne szukają jawnych i skrytych sponsorów (zobowiązania!), zaciągają – podobnie jak wielu kandydatów – kredyty bankowe. Gdzie płynie ta rzeka pieniędzy? Płynie do wszelkiego rodzaju komercyjnych agencji reklamowych i mediów, które kandydatów sprzedają nie przymierzając jak „Najlepszy płyn do higieny intymnej”. Medialne kampanie komercyjne oparte są przecież na doświadczeniach kampanii reklamowych, której podstawowa dewiza, wypracowana jeszcze w początkach minionego stulecia w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej głosi: „Pamiętaj! Jeżeli w reklamie odwołujesz się do racjonalizmu, zdrowego rozsądku, to de facto odwołujesz się do 10% odbiorców”. Dlatego słynne „czarne teczki” Tymińskiego pokonały ikonę polskiej demokracji: Premiera Tadeusza Mazowieckiego. Dlatego czarny PR jest tak skuteczny. Dlatego komitety wyborcze zabiegają, aby na ich listach znaleźli się aktorzy popularnych programów telewizyjnych, znani sportowcy, celebryci. Oczywiście w żaden sposób nie można ograniczać ich czynnych praw wyborczych, ale nie powinni służyć za przynętę na wyborcę w demokracji obywatelskiej. Powyższe praktyki doprowadziły przecież do tego, że poziom merytoryczny, etyczny i kulturalny polskiego Sejmu z kadencji na kadencję spada na łeb na szyję.

Podporządkowanie kampanii wyborczych do organów przedstawicielskich regułom właściwym dla komercyjnej reklamy, oddanie ich w ręce komercyjnych mediów ma jednak jeszcze jeden, o wiele groźniejszy dla demokracji skutek. Każdy z nas niejednokrotnie słyszał slogan, że „kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami”, że „w kampanii wyborczej mówi się różne rzeczy” lub wręcz, że „w kampanii wyborczej kłamanie jest dozwolone”. Medialni komentatorzy często oczekują wręcz „uwodzenia elektoratu przez kandydatów”. Krótko mówiąc przez ostatnie 30 lat demokracji w Polsce kłamstwo wyborcze stało się normą nie tylko polityczną, ale i społeczną. Czy demokratyczna lewica może się z tym godzić?

Kler

Porządkując polski system wyborczy, szukając jego lepszych, społecznie wydajniejszych formuł, postawić należy też tezę o koniecznej sekularyzacji kampanii wyborczych. Sekularyzacji rozumianej jako maksymalne ograniczenie ingerencji kościołów w proces wyborczy. Rozdział kościoła od państwa w tej najważniejszej dla państwa kwestii musi być jasny, jednoznaczny. Również w imię naszej suwerenności zwłaszcza w przypadku Kościoła Katolickiego jego funkcjonariusze i struktury reprezentują interesy państwa obcego. Nie chodzi tu tylko o kwestie kazań głoszonych w kościołach, ale również o odejście od złej tradycji organizowania wyborów w niedziele. Po mszy, w trakcie której często w sposób mniej lub bardziej zawoalowany przekazane zostały instrukcje, wierni gromadnie zmierzają do lokali wyborczych, co razem tworzy określoną zbiorową presję.

Lewica

Lewica w Polsce staje – podobnie jak na całym świecie – wobec podstawowego dylematu: czy być, jak przez minione 30 lat, ruchem politycznym adaptacyjnym czy kreatywnym. Adaptacyjnym, czyli takim, który przystosowuje się do reguł gry ustanawianych przez kapitał, starając się „socjalizować” jego rozwiązania i tam gdzie chcą dodać 10 to domagać się 12, a gdzie chcą zabrać 10 to domagać się 8. Kreatywnym natomiast to takim, który tworzyć będzie własną, nowoczesną wizję demokratycznego społeczeństwa i państwa, który proponować będzie własne, lewicowe rozwiązania systemowe. Stosunek lewicy do fundamentalnej społecznie i politycznie kwestii reguł kreowania ciał ponoszących odpowiedzialność za kraj i ludzi będzie jednym z poważniejszych dla niej sprawdzianem w tym względzie.

Celowo nie przedstawiam tu propozycji własnych założeń do nowego podejścia do kwestii wyborczych – pomieściłem je we wpisie „Kogo i jak wybierać” z lutego 2017 r. Jestem jednak przekonany, że temat „Wybory w społeczeństwie obywatelskim” wart jest pracy grupy lewicowych intelektualistów, idealistów, niebojących się budowania maszyn latających cięższych od powietrza.

Dla dobra Polski i Polaków.

Ostrzegam

Urodziłem się w 1950 roku. W Polsce Ludowej. W tej Polsce się wychowałem i dorastałem. Polsce Ludowej zawdzięczam wykształcenie, zawdzięczam możliwość zetknięcia się z ideologią i ideami lewicy polskiej i międzynarodowej. Jestem i pozostanę człowiekiem lewicy. Polsce Ludowej, mojemu państwu, podobnie jak miliony innych Polaków – służyć chciałem jak najlepiej.

Zasługi Polski Ludowej dla polskiego narodu, dla polskiego państwa są ogromne i niezaprzeczalne. Pierwsza w historii próba zmaterializowania odwiecznych socjalistycznych idei państwa i społeczeństwa wyzwolonych z dyktatu kapitału w postaci państw realnego socjalizmu ujawniła z całą brutalnością nie tylko zalety nowego ustroju, ale również pułapki i niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą taka transformacja. Przez dziesięciolecia społeczeństwo nie kwestionowało nowego ustroju. Przypomnę po raz n-ty, że słynne porozumienia sierpniowe w Szczecinie czy Gdańsku (tu przez krótki moment) podpisywane były pod transparentami „Socjalizm tak – wypaczenia nie!”. Przypomnę, że społeczny i gospodarczy program „Solidarności” były na wskroś socjalistyczne. Ale to poparcie prysło ostatecznie jak mydlana bańka w 1989 r., kiedy to, w pierwszych demokratycznych wyborach władza otrzymała od społeczeństwa czerwoną kartkę.

Podstawową lekcją z okresu Polski Ludowej jest ta, że żaden ustrój autorytarny, choćby kierował się najszczytniejszymi ideami, nie jest w stanie trwale się utrzymać, że tylko model społeczeństwa obywatelskiego, a więc poczuwającego się do współodpowiedzialności za państwo może dać nadzieję na stabilny rozwój. Dlatego ostatnia dekada Polski Ludowej była między innymi okresem burzliwych, głębokich dyskusji o kierunkach reform. Ostatecznie zwyciężyła opcja demokratyczna. Okres transformacji zakończył się 30 lat temu stworzeniem ram prawnych dla gospodarki wolnorynkowej, a później rozwiązaniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i powołaniem nowej lewicowej partii, o zdecydowanie prodemokratycznym charakterze: Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Miałem zaszczyt i honor być uczestnikiem tych przemian. 30 lat temu powiedzieliśmy: po pierwsze demokracja. Demokracja, a więc wolne wybory, państwo prawa, trójpodział władzy, niezależne sądy i media. My, aktywni, zaangażowani obywatele Polski Ludowej opowiedzieliśmy się za demokracją i dzisiaj przyszło nam być jej obrońcami wobec śmiertelnych dla niej zagrożeń.

Demokracja obywatelska miała w nowej Polsce żywot krótki – wnet po 1989 r. rozpoczął się proces jej deformacji, który w ostatnich 6 latach przybrał dramatyczną formę: odwrotu od idei i zasad demokracji obywatelskiej i zwrócenia się ponownie ku autorytaryzmowi, wykorzystującego jedynie procedury demokratyczne do zdobycia władzy. Wyraźnie już jednak widać, że przestrzeganie formalnych zasad państwa demokratycznego nie służy utrzymaniu tej władzy. Stąd nowe elity rządzące Polską brną coraz dalej i głębiej, z coraz większą determinacją w bezprawie, w kłamstwa. Uciekają się do coraz bardziej haniebnych metod politycznych prześladowań osób wyznających odmienne od władzy wartości.

Ze zgrozą oglądam w mediach młodych, zdarza się, że tylko ze średnim wykształceniem hunwejbinów, którzy z żarem w oku, podniesionym głosem do kąta starają się stawiać polskie i międzynarodowe autorytety prawnicze, całe organizacje specjalizujące się tworzeniu i przestrzeganiu standardów państwa demokratycznego. Ze zgrozą i wstydem patrzę na osobę pełniącą urząd Prezydenta mojego kraju, która sanuje bezprawie, łamanie i naginanie ustaw, łamanie Konstytucji.

My, pokolenie 1950, urodziliśmy się w państwie, które wyłoniło się z wojennej pożogi, w państwie o demokracji ułomnej, daleko niepełnej. Ale ONI tworzą w tempie przyspieszonym nowy ustrój autorytarny, nową, o wiele groźniejszą dyktaturę nie z powodów sytuacji geopolitycznej, nie w warunkach powojennej hekatomby i gospodarczej katastrofy. Dążą do nowej dyktatury inspirowani pieniackim zacietrzewieniem osób, które przez lata, na siłę, udowodnić chcą przed wszystkim sądami, że śmierć ich bliskiego nastąpiła z winy lekarzy, inspirowani smoleńskim kłamstwem, cynicznym wykorzystywaniem śmierci bliskiej osoby do zdobycia i utrzymania niekontrolowanej władzy przez jednego, schorowanego starca. W swoim rewolucyjnym żarze umacniani są misjami nowej chrystianizacji Europy i świata. Wbrew wszystkiemu i wszystkim.

Historia i doświadczenia moje i mojego pokolenia uprawniają mnie do powiedzenia głośno i dobitnie: OSTRZEGAM! Ostrzegam przed kontynuacją tego szaleństwa, tego działania wbrew całemu światu, wbrew prawdzie, wbrew zasadom demokracji. ONI – elity nowej władzy, władzy mającej często charakter organizacji mafijnej, zabrnęli za daleko, zabrnęli do miejsca, z którego nie mają już odwrotu. Muszą dalej, z jeszcze większym rewolucyjnym zapałem kreować wewnętrznych i zewnętrznych wrogów, muszą dalej siać niezgodę, jątrzyć, kłamać, łamać prawo. Ale cenę za ich błędy płaci cała Polska. Płaci jako naród i jako państwo.

Nie mam złudzeń, że ONI zawrócą z obranej drogi, że osoby, które publicznie zadeklarowały się po stronie kłamstwa, oszczerstwa, niegodziwości i cynizmu, którzy z nową władzą związali swoje kariery polityczne i zawodowe nagle zmienią poglądy. ONI są już straceni. Ich osądzi historia i, mam nadzieję, niezależne sądy.

Co, jako zwykły obywatel, mogę zrobić  w dniu, w którym Prezydent RP podpisał ustawę „kagańcową”, w którym wszczęto dyscyplinarne i prokuratorskie postępowania wobec sędziego, który chciał stosować w wykonywaniu swych funkcji orzeczniczych prawo unijne i prawo krajowe? Mogę oczywiście brać udział w rożnych protestach, ale mogę też zwrócić się do tych moich znajomych i do tych członków mojej rodziny, którzy kiedyś być może dali się zwieść obietnicom, szlachetnym, ale w gruncie nieszczerym intencjom nowych autokratów, dali wiarę ich kłamstwom: zreflektujcie się! Jest jeszcze czas. Przyjmijcie swoją współodpowiedzialność za przyszłość Polski i ODMÓWCIE OBECNEJ WŁADZY DALSZEGO POPARCIA!

Wycofać się z błędu – to dowód odwagi i dojrzałości. Tkwienie w nim to dowód czegoś wręcz przeciwnego.

SKOK w bok

Okazuje się, że SKOK doi nie tylko polski system bankowy. „Brytyjski państwowy nadzór finansowy po wnikliwym zbadaniu planów rozwoju kasy i sprawdzeniu wiarygodności założycieli wydał licencję na prowadzenie działalności przez Polish Credit Union in United Kingdom – ogłaszał w styczniu 2014 r. dla „wPolityce” senator Grzegorz Bierecki swój kolejny, wielki sukces.

Polska Unia Kredytowa-WB założona została oficjalnie z inicjatywy europosła Ryszarda Czarneckiego. Miał on namówić 21 członków brytyjskiego Stowarzyszenia Techników Polskich, aby ci, przy organizacyjnym i finansowym wsparciu polskich SKOK stali się grupą założycielską Unii. Inicjatywę poparł Instytut Polski Akcji Katolickiej w Wielkiej Brytanii udzielając pomocy organizacyjnej grupie założycielskiej. Największe i najważniejsze wsparcie PUK WB uzyskała już w momencie tworzenia od SKOK w Polsce. Nie jest istotne, czy Ryszard Czarnecki był w istocie inicjatorem przedsięwzięcia, który przekonał do niego senatora Biereckiego, czy też od samego początku był Biereckiego agentem. Ważne jest, że to SKOK udzieliły Unii znaczącej pomocy finansowej (najprawdopodobniej w formie pożyczki) i organizowały szkolenia jej pracowników, a senator od samego początku publicznie trzymał nad Unią parasol. Pierwszym prezesem PUK WB został oczywiście Ryszard Czarnecki, który, w związku z uzyskaniem mandatu eurodeputowanego, zamienił ją w maju 2014 r. na funkcję prezesa honorowego.

PUK WB oferowała rachunki bieżące, depozytowe oraz kredytowe a także udzielanie niskooprocentowanych pożyczek, np. na zakup samochodu. „PCU-UK to bezpieczne miejsce do gromadzenia oszczędności, które służą rodakom, dając im dostęp do taniego kredytu, chroniąc ich przed wyzyskiem lichwiarzy” – mówił w 2014 r. senator Bierecki.

Uroczystości inauguracji działalności PUK-WB w styczniu 2014 r. nadano nadzwyczajną odprawę. Uświetnił ją ambasador RP w Londynie, żona ostatniego prezydenta RP na uchodźctwie, wicedyrektor polskiej Misji katolickiej w Anglii i w Walii, senator Bierecki, Ryszard Czarnecki i wielu innych dostojników.

 

Sielanka trwała całe cztery lata, dokładnie do 30 lipca 2018 r., kiedy to brytyjski FSCS (System Rekompensat za Usługi Finansowe) ogłosił upadek Polish Credit Union (UK) Limited. PUK-WB uznana została za niewypłacalną, niezdolną do wypłacenia pieniędzy swoim 600 członkom. FSCS wkroczył, aby chronić klientów i zwrócić pieniądze zdecydowanej większości członków. Ogółem FSCS wysłało płatności o łącznej wartości ponad 300 000 funtów do prawie wszystkich 600 klientów w ciągu 48 godzin od zgłoszenia upadku Unii. Najprawdopodobniej były to kwoty lokat bankowych rodaków, którzy swoje, ciężko zarobione pieniądze mieli „bezpiecznie oszczędzać”. Źródła internetowe milczą natomiast o losach kredytów udzielanych przez PUK-WB. Przecież zapewne na te kredyty Unia otrzymała na starcie swojej działalności pożyczkę od polskich SKOK.

300 000 GBP to bardzo mała kwota, nawet w skali polskiego systemu finansowego. O wiele bardziej istotny jest jednak sam mechanizm – do złudzenia przypominający ten polski. W Polsce klienci banków zapłacili w sumie (jak dotychczas) około 4,5 miliarda złotych w formie gwarancji PFG dla klientów upadających SKOK-ów. Bez odpowiedzi – póki co – pozostaje też pytanie o wielkość pożyczki, jaką polskie SKOK użyczyły PUK-WB na starcie, oraz – co jest jeszcze ważniejsze – czy pożyczka ta została zwrócona. Jeżeli nie, to cała operacja miała charakter wyprowadzania z Polski za granicę pieniędzy klientów polskich SKOK.  Jeżeli zaś pieniądze zostały z Polski wyprowadzone, to rodzi się pytanie kolejne: dokąd?

Senator Grzegorz Bierecki w okresie działalności PUK-WB, prócz funkcji krajowych, był między innymi prezydentem Światowej Rady Związków Kredytowych (World Council of Credit Unions – WOCCU).