ODSPAWAĆ BANASIA

Nigdy przez myśl mi nie przeszło, że będę musiał sformułować postulat jak niżej. Ubolewam, że tak się stało, ale nie widzę innego rozwiązania.

Co zrobić z Pawłem Banasiem, nowym Prezesem Najwyższej Izby Kontroli? O kontrowersyjności tej postaci rozpisywać się nie zamierzam – codziennie media dorzucają nowe fakty i okoliczności, które Banasia pogrążają. Jest rzeczą dla mnie – i myślę, że nie tylko dla mnie – oczywistą, że sprawowanie tak ważnego urzędu przez taką osobę to uwłaczanie godności Państwa Polskiego, jest wręcz podkopywaniem fundamentów państwa. To również soczysty policzek dla całej Najwyższej Izby Kontroli i swoisty prezent, jaki Izbie na 100 lecie jej działalności zgotował Sejm i Senat. Policzek dla jej wszystkich byłych, obecnych oraz przyszłych pracowników.

Afera Banasia ma wiele wątków, których wyjaśnienie jest konieczne w imię obrony Rzeczypospolitej. Jak choćby ten, jak to możliwe, że osoba o takich powiązaniach ze światem przestępczym, z bardzo, bardzo niejasnymi źródłami swojego majątku a więc będąca nadzwyczajnie eksponowana na werbunek obcych służb specjalnych,  regularnie otrzymywała certyfikat do dostępu do najważniejszych tajemnic państwowych. Ten i inne wątki powinna wyjaśnić specjalna komisja śledcza powołana przez nowy parlament.

Ale to nie rozwiązuje problemu Banasia, któremu Konstytucja RP oraz ustawa o NIK,  gwarantują nietykalność – do czasu prawomocnego skazania przez sąd. I wszystko wskazuje na to, że Marian Banaś zdecydował o skrupulatnym korzystaniu z tego immunitetu. Nad sposobem jego „odspawania” od fotela głowią się prawnicy w wielu kancelariach. Wydaje się, że od strony prawnej nikt mu nic nie może zrobić, prawie jak w tym wierszyku krążącym ostatnio w Internecie:

„Fikumiku – jestem w NIKu.                                                                          Co mi zrobisz prezesiku…”

Sytuacja jest dramatyczna i nadzwyczajna.  Zaostrzy się ona jeszcze bardziej, gdy opinia CBA okaże się dla Prezesa niekorzystna.  Jeżeli nie można liczyć na autorefleksję „bohatera” (a jak widać nie można), to pozostaje jedna, nadzwyczajna, ostateczna droga. Odwołać się tutaj należy do pojęcia instytucjonalnej mądrości. Najwyższa Izba Kontroli zawsze należała do fundamentów państwa. Praca w NIK nobilitowała, wiązała się z misją usprawniania państwa, ochrony interesów obywateli, eliminowania nieprawidłowości w funkcjonowaniu służb publicznych.

Dzisiaj, w sytuacji jaka zaistniała, gdy zawiodą wszystkie, przewidziane prawem środki, jedynie Izba jest w stanie zmusić osobę, która – mniemam niefortunnie – wprowadzona została do gabinetu Prezesa, do opuszczenia tego gabinetu. Dzisiaj to pracownicy NIK, również w imię obrony godności i szacunku dla swojej ciężkiej pracy powinni podjąć trud samooczyszczenia, publicznie i gremialnie odmawiając współpracy z  Marianem Banasiem. Tylko w was nadzieja, że Izba uchroni się od katastrofy, od wieloletniego procesu gnicia od środka.

Brońcie siebie, brońcie Polski.

Wielki sukces i co dalej?

Każdy naród ma taki rząd , na jaki zasługuje. Ta stara sentencja ultrakonserwatywnego filozofa i polityka Josepha de Maistre’a jak ulał pasuje do powyborczej sytuacji w ultrakonserwatywnym kraju, jakim dzisiaj jest Polska. Nie udało się odsunąć PiS od władzy – mało tego, Kaczyński w Sejmie się umocnił. Wygraną PiS trudno trafniej skomentować niż uczynił to Adam Michnik stwierdzając, że spełnił się najczarniejszy scenariusz. Nie jest już ważne, czy patrząc wstecz zdobył się Michnik na refleksję na temat swojego udziału w doprowadzeniu do tego co się stało. Stało się. Na nic zdała się lawina afer gospodarczych i obyczajowych z udziałem prominentów pisowskiej władzy, z których każda z osobna, w każdym, w miarę normalnym kraju zmiotłaby z powierzchni rządzącą partię. Nie w Polsce. Wybory pokazały przyzwolenie znacznej części społeczeństwa dla aferzystów – o ile dają. Wygrana PiS to przede wszystkim wygrana Kościoła. PiS wygrał w tych rejonach i w tych grupach wiekowych, w których Kościół ma tradycyjnie największe wpływy. Kościół, nie potępiając żadnej z ujawnionych afer udzielił tym samym ich sprawcom szczególnego rozgrzeszenia, pozbawiając skrupułów przy oddawaniu głosów na PiS wahającym się. Wybory ujawniły pogłębiające się rozdarcie polskiego społeczeństwa. Na antagonizmy natury ideologicznej nałożyły się jaskrawe różnice w postrzeganiu państwa przez mieszkańców średnich oraz dużych miast i mieszkańców wsi. Co te wybory oznaczają dla lewicy?

Zasadnym jest pytanie, czy powszechna, anty-pisowska koalicja byłaby w stanie położyć kres rujnowaniu kraju i społeczeństwa przez „naczelnika”. Propozycję taką, pod nazwą „Koalicja Konstytucyjna” proponował onegdaj Włodzimierz Cimoszewicz. Nie podzielałem tego poglądu, uważając, że SLD powinno w wyborach wystartować w czytelnej, lewicowej koalicji. Uważałem – i nadal uważam, że Parlament powinien odzwierciedlać polityczne preferencje Polaków. Źle przeprowadzone przez KO kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego pogrzebała ostatecznie koncepcję  Koalicji Konstytucyjnej: odłączyło się PSL. SLD trwał przy niej jednak wiernie – do czasu, gdy Grzegorz Schetyna uznał, że sojusz z Sojuszem mu ciąży. Proste sumowanie procentów poparcia uzyskanych przez poszczególnych potencjalnych członków takiej koalicji w wyborach sejmowych mogłoby wskazywać na słuszność pomysłu powszechnej koalicji antypisowskiej.  Czy jednak proste sumowanie procentów jest w tym przypadku uzasadnione?  A może właśnie fakt, że partie poszły do wyborów  pod własnymi szyldami stał się przyczyną wyższej frekwencji? Osobiście znam wiele osób, które deklarowały, że nigdy na PO głosować nie będą.

Właściwie wszystkie partie, które wprowadziły swoich przedstawicieli do Parlamentu mają powody do satysfakcji. Wszystkie – z wyjątkiem Platformy Obywatelskiej. To jej wynik zaważył głównie na tym, że przez kolejne 4 lata będziemy pod butą pisowskiego rządu, pisowskiego Sejmu i dyrygenta z Nowogrodzkiej.  Na szczęście marszałek Karczewski będzie musiał wyprowadzić się ze swojej willi i ze swojego gabinetu na Wiejskiej a Senat przestanie być maszynką w rękach adiutanta „naczelnika państwa” do klepania ustaw przyjętych przez Sejm. Kryzys PO jest jednak wielopłaszczyznowy i bezsprzeczny. Właściwie to na dzisiaj istotne jest jedno tylko pytanie: na ile sfrustrowana PO będzie łatwym łupem dla managerów transferowych z innych ugrupowań.

Tym nie mniej wdzięczność ludzi lewicy dla Platformy powinna być ogromna. Wystarczy pomyśleć jak wyglądała by dzisiaj sytuacja, gdyby PO wytrzymała do końca w sojuszu z SLD. Być może kilku działaczy SLD weszłoby do Sejmu, ale z pewnością nie weszłaby Wiosna, a prawdopodobnie i Razem. SLD-owcy posłowie szybko zostaliby zmarginalizowani w klubie KO, a sam Sojusz uległby przyspieszonemu procesowi sublimacji. Przewaga PiS byłaby zapewne jeszcze większa, a co za tym idzie i większa frustracja w opozycji. Na szczęście dla lewicy Grzegorz Schetyna rozpaczliwie poszukując nowej tożsamości swojej partii postanowił podziękować (w mało parlamentarny sposób) SLD za współpracę na kilka miesięcy przed wyborami. To właśnie zmusiło liderów SLD do nagłej i radykalnej zmiany strategii wyborczej i do poszukiwania wraz z liderami dwóch innych, wyraźnie „tonących” partii o lewicowym charakterze wyborczego porozumienia. Udało się i chwała im za to.  Ale trudno odmówić zasług (pewnie niezamierzonych) Grzegorza Schetyny dla konsolidacji polskiej lewicy.

Lewica ma prawo uznawać się za największego wygranego wyborów parlamentarnych. Będzie trzecim co do wielkości ugrupowaniem w Sejmie. Głos lewicy wróci na sejmową trybuną i na łamy mediów. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że jest to sukces taktyczny, ad hoc zawarte małżeństwo z rozsądku, które wpisało się w oczekiwania sporej części społeczeństwa na zmianę w tym kierunku. Czy Lewica zdoła utworzyć wspólny klub parlamentarny? Jeśli tak, kto zostanie jego przewodniczącym? Kogo Lewica desygnuje na funkcję Marszałka Sejmu? Po opublikowaniu pełnych wyników wyborczych pojawią się z pewnością analizy który z „koalicjantów” ilu przysporzył Lewicy głosów. Nie będzie to pytanie nieuzasadnione zwłaszcza z perspektywie wyboru Przewodniczącego Klubu Parlamentarnego „Lewica”   Podstawowym problemem Lewicy będzie teraz przełożenie tego wielkiego sukcesu taktycznego na trwały sukces strategiczny – na stworzenie realnych podstaw do uzyskania jeszcze większego poparcia społecznego w następnych wyborach. Potencjał jest ogromny. Wystarczy spojrzeć na olbrzymią rozpiętość poparcia dla Lewicy w różnych częściach Polski: od 4.5% w Tarnowie do 20% w Łodzi i  22,5% w Katowicach. Sufit jest więc dzisiaj dla lewicy zawieszony wysoko. Co zatem zrobić, a czego nie robić, aby sukces w wyborach do Sejmu i do Senatu utrwalić? Oczywiście nie podejmę się wysiłku udzielenia odpowiedzi na to pytanie – to temat na głęboką, poważną dyskusję. Jest jednak jedna rzecz, której pominąć nie sposób. Lewica osiągnęła sukces dzięki splotowi dwóch okoliczności: koalicji trzech, różnych przecież partii, które określane są jako lewicowe oraz przestrzeni dla lewicy, która po czterech latach rządów PiS pojawiła się w świadomości wyborców w sposób niemal naturalny. Innymi słowy lista Komitetu Wyborczego SLD – LEWICA uzyskała w znacznej mierze poparcie na kredyt. Zaistniała możliwość, aby politycy wyłonieni z tej listy w krótkim okresie czasu wypracowali taką formułę polskiej lewicy, która będzie miała szansę na jeszcze większy sukces wyborczy w kolejnych kampaniach. Za cztery lata koncert „trzech tenorów” nie zabrzmi już wiarygodnie. Wyborcy oczekiwać będą oferty lewicowej na jutro, na pojutrze. Partie, które desygnowały swoich kandydatów do listy KW LEWICA oraz wybrani parlamentarzyści stają więc przed nadzwyczaj odpowiedzialnym zadaniem: wypracowania takiej formuły polskiej lewicy, która uznana zostanie przez istotną część społeczeństwa za wiarygodną szansę na lepszą przyszłość. Przypomnę tylko, że historycznie patrząc, lewica swoje szerokie poparcie społeczne uzyskiwała zawsze przez głoszenie odważnych idei społecznych i gospodarczych i odważnych, często na miarę utopii programów. Bycie „walczącą opozycją”  w Sejmie to o wiele za mało.  Wypracowanie formuły nowoczesnej polskiej lewicy, jakkolwiek konieczne,  nie będzie sprawą prostą. Wystarczy spojrzeć na Wrocław – jeden z największych ośrodków kulturalnych i naukowych kraju. Lista SLD – Lewica uzyskała tutaj nadzwyczaj dobry wynik – ponad 15 % głosów, nie wprowadzając do Sejmu żadnego posła – członka SLD. Jest to więc w tym przypadku wielki sukces SLD bez SLD.

Pytania o przyszłość lewicy polskiej  uzasadnia również niedawna wypowiedz Leszka Milera, osoby zazwyczaj bardzo dobrze poinformowanej, w której Miller de facto zapowiedział kres formacji pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej. Tylko pióra są wieczne – nic poza tym, jak mawiał klasyk. Jeżeli jednak nie SLD to co? To kto? Z jakim bagażem wartości, ideałów, postulatów ekonomicznych, gospodarczych i społecznych zwróci się o poparcie do społeczeństwa? Odpowiedź zna pewnie tylko wiatr.

Dwója ze społecznej wrażliwości

Idąc za radą specjalistów od profilaktyki medycznej, oraz zachęcany numerem PESEL postanowiłem udać się na konsultacje do lekarza okulisty. Poradni okulistycznych świadczących usługi w tym zakresie jest we Wrocławiu kilkanaście. Terminy oczekiwania na usługę w ramach NFZ są od kilkudziesięciu do ponad trzystu dni (według NFZ). Wybrałem poradnię w miarę dobrze ocenianą, dzwonię:

– Dzień dobry. Chciałem umówić się na konsultacje do lekarza okulisty w ramach NFZ. Jaki jest najbliższy termin?

– Dzień dobry, odpowiada miła pani. -Mogę pana zarejestrować na styczeń 2021 r.

Zbaraniałem – nie wiem, czy dożyję do tego czasu. Decyduję się więc na konsultacje płatne wraz z podstawowymi badaniami. Wybieram Poradnię Okulistyczną w Dolnośląskim Centrum Medycznym SA. Żadnych problemów, wizyta umówiona w najbliższym, dogodnym dla mnie terminie. Konsultacje i badania bardzo fachowe. Cena: 290 PLN. Trudno, ale wzrok to ważna sprawa.

Dolnośląskie Centrum Medyczne SA mieści się w budynku wybudowanym dla państwowej instytucji opieki zdrowotnej: Dolnośląskiego Centrum Medycznego DOLMED.  Otwierano je z dużą pompą, z udziałem I Sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, w 1977 r. Była to bodaj pierwsza, albo jedna z pierwszych inwestycji w służbie zdrowia, których celem było kumulowanie w jednym miejscu najnowszych osiągnięć w medycynie, najnowszych technik diagnostycznych, najnowszych metod leczenia i oczywiście najlepszych kadr medycznych. Główną dewizą tych ośrodków było niesienie pomocy jak największej liczbie chorych na najwyższym aktualnym poziomie wiedzy medycznej. W tym samym roku oddano też  do użytku Centrum Zdrowia Dziecka, w 1984 r. uruchomione zostało Centrum Onkologii w Warszawie ze swoimi oddziałami w Krakowie i w Gliwicach a także słynne Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu.   Wreszcie w 1988 r. otwarto w Łodzi Centrum Zdrowia Matki Polki.

Wrocławski DOLMED był jednak pierwszą instytucją specjalizującą się w najnowszych metodach diagnostyki medycznej świadczącą swoje usługi w skali masowej. Moja wizyta w Dolmedzie kilka dni temu nie była pierwsza – mialem szczęście odwiedzić bowiem Dolmed gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych. Instytucja ta realizowała wówczas bardzo szeroko zakrojony program badań przesiewowych pracowników wrocławskich zakładów pracy  (realizowany bodaj do 1990 r.). Pracownicy Dolmelu, Pafawagu, ale też małych spółdzielni poddawani byli okresowym, szczegółowym badaniom medycznym. Przechodzili je również pracownicy Politechniki Wrocławskiej. Dlatego któregoś dnia stawiłem się wcześnie rano w Dolmedzie, na czczo rzecz jasna. Przebrany zostałem w biały szlafrok i w kapcie, otrzymałem pokaźnych rozmiarów „obiegówkę” i cały dzień spędziłem na wędrówkach od jednego gabinetu specjalistycznego do drugiego. Między innymi i do okulistycznego. Dolmed był nie tylko innowacyjną placówką medyczną. Jego budynek został specjalnie zaprojektowany przez wrocławskich architektów Annę i Jerzego Tarnawskich i trzeba powiedzieć, że ich koncepcja architektoniczna wspaniale wytrzymała próbę czasu.

Kiedy niedawno wszedłem do budynku Dolmedu  wszystko było niby tak jak 40 lat temu: te same jasne, czyste, przestronne, świetnie zaprojektowane korytarze, szeregi gabinetów. Oczywiście umeblowanie nowocześniejsze, komputery, a nade wszystko inna aparatura diagnostyczna. Różnica jednak była zasadnicza: przed 40 laty Dolmed pełen był ludzi, ruchu, życia. Dzisiaj może kilka osób na piętrze, spokój i cisza.

Siedząc z oczami zakropionymi atropiną i czekając na badanie nie sposób było uciec od refleksji jaką drogę w służbie zdrowia przeszliśmy w ciągu tych 40 lat. Od masowych, oczywiście bezpłatnych badań okresowych do (jak w moim przypadku) ponad 400 dni oczekiwania na należną mi z Konstytucji wizytę u lekarza okulisty. A to tylko wizyta konsultacyjna. A gdzie potencjalne leczenie? Z ciekawości sprawdziłem na stronach NFZ jak długo czekać trzeba we Wrocławiu na operację zaćmy. Od 850 do 1340 dni!

Była taka Polska, w której budowano olbrzymie, nowoczesne centra usług medycznych nie tylko ratujących zdrowie i życie setkom tysięcy, ale również będących kuźnią nowych kadr medycznych, ośrodkami pionierskimi we wdrażaniu nowych medycznych technologii leczenia i to również w czasach, kiedy kraj niszczony był wewnętrznymi falami strajków i zewnętrznymi sankcjami gospodarczymi. Jak to się stało, że dzisiaj w jednej gazecie czytam deklarację „wybitnego” przedstawiciela rządzącej partii, że „polska służba zdrowia należy do jednych z najlepszych w Europie”, a w drugiej opinię profesora Szczylika, że „jesteśmy onkologicznym Bantustanem”. Dalej było już tylko proste życzenie wybitnego onkologa: „Życzę każdemu Polakowi, żeby nie zachorował na chorobę nowotworową. Chorowanie na nowotwór w Polsce jest koszmarem”.

Praktyczne podejście do problemu opieki zdrowotnej obywateli jest nieubłaganym weryfikatorem intencji, deklaracji i wartości, którym służy i którymi kieruje się władza. PiS, kreujący się na zbawcę, obrońcę i dobroczyńcę „zwykłego człowieka” tą konfrontację przegrał sromotnie. Zamykane szpitale, szpitalne oddziały, dni spędzane na SOR, obawy Ministerstwa Zdrowia przed stwierdzeniem „nadwykrywalności chorób u seniorów”, nędza w lekowym zaopatrzeniu chorych onkologicznie – to tylko wierzchołek lodowej góry, o którą rozbija się w pył mit społecznej wrażliwości PiS. Poważne strukturalne, finansowe, kadrowe problemy służby (czy to jeszcze jest służba?) zdrowia sprowadzone zostały do tła dla prostackich, jarmarcznych, sypanych jak z rękawa obietnic przedwyborczych, wartych tyle, co bajania Premiera Morawieckiego o milionie elektrycznych samochodów w Polsce.

Po trzydziestu latach doświadczeń z najróżniejszymi rządzącymi koalicjami politycznymi pora na wyciągnięcie wniosków. Zatraciliśmy gdzieś przez ten czas społeczną wrażliwość władzy, zwłaszcza tej, której trzon stanowiły: Unia Wolności, AWS, Platforma Obywatelska i ostatnio Prawo i Sprawiedliwość. Wrażliwość autentyczną – nie propagandową, nie służącą tylko i wyłącznie wymogom politycznego marketingu. Nadzieja w lewicy.

Foto: Tadeusz Szwed, za Gazetą Wrocławską

Dziwić się nie przestanę

Jak donoszą media posłowie PO wnieśli do Marszałek Sejmu wniosek o „uzupełnienie składu Kolegium NIK” w związku z tym, że w obecnej chwili Kierownictwo Izby składa się formalnie z dwóch osób: wiceprezeski, pełniącej funkcje Prezesa Izby i Dyrektora Generalnego Izby. Zdaniem posłów ma to paraliżować działania NIK i w związku z tym proponują co proponują. Posłowie raz jeszcze skompromitowali się swoją nieznajomością funkcjonowania najwyższego organu kontrolnego państwa. Dziwić się nie przestanę: typowy strzał we własne kolano nieusprawiedliwiony nawet wyborczą gorączką.

Zacząć należy od tego, że Konstytucja RP w artykule 202, w pierwszym ustępie przesądza, że jedną z kardynalnych zasad, na których opiera się działalność NIK jest zasada kolegialności. Sama instytucja Kolegium NIK, o której mowa w ustawie ma tu o tyle ograniczone znaczenie, że wypełnienie normy konstytucyjnej wcale nie sprowadza się do działania Kolegium. Konstytucja formułuje zasadę generalną, która ma obowiązywać w CAŁEJ izbie: od góry (Kierownictwo NIK) do samego dołu (delegatury). Uzasadnienie jest oczywiste. Zasada kolegialności bardzo spokrewniona jest z jedną z najbardziej skutecznych zasad przeciwdziałania korupcji: zasadą wielu oczu. W przypadku Najwyższej Izby Kontroli nie tyle może chodzić o zwyczajną korupcję (chyba, że polityczną) ile w pierwszym rzędzie o zapewnienie bezstronności i obiektywizmu na każdym etapie procesu kontrolnego (od planowania po realizację wyników kontroli). W tym zapewnieniu obiektywizmu i bezstronności istotną część stanowi uchronienie Izby od politycznych nacisków lub „politycznego dryfu”. Dlatego wprowadzonej ustawą o NIK zasadę kolegialności podniesiono do rangi zasady konstytucyjnej.

W całej swojej strukturze najdalej od tej zasady NIK odeszła na najbardziej newralgicznym poziomie zarządzania: na poziomie ścisłego kierownictwa Izby, składającego się z Prezesa, wiceprezesów i dyrektora generalnego. Proces ten rozpoczął się przed 12 laty, ale w okresie ostatnich 6 lat osiągnął stuprocentową skuteczność. Kierownictwo Izby przestało praktycznie funkcjonować, co fatalnie odbiło się na poziomie pracy departamentów i delegatur. Formalnie kierownictwo istniało – tyle tylko, że nie działało.

Dzisiaj kierownictwa NIK nawet formalnie nie ma i to właśnie stanowi według mnie poważne naruszenie Konstytucji RP i ustawy o NIK. Przez kogo? Osobą w największym stopniu odpowiedzialną jest tutaj Marszałek Sejmu. To on podejmuje decyzje o odwołaniu i powołaniu wiceprezesów NIK. Opinia komisji sejmowej, chociaż konieczna, nie jest dla Marszałka wiążąca.

Wołanie posłów PO o pilne „uzupełnienie składu Kolegium” sprowadza się więc do wołania o pilne powołanie dwóch nowych wiceprezesów. Jarosław Kaczyński powinien wnioskodawcom przesłać skrzynkę wódki w podziękowaniu.  Nie zdziwiłbym się, gdyby w trakcie ostatniego, nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu Pani Marszałkini zwołała posiedzenie Komisji Kontroli Państwowej z porządkiem obrad: zaopiniowanie przedstawianych przez osobę pełniącą obowiązki Prezesa NIK kandydatów na wiceprezesów Izby a przy okazji i dyrektora generalnego (oczywiście wskazanych przez centralę na Nowogrodzkiej). Przedstawiając kandydatury na wiceprezesów Prezes NIK nie ma obowiązku konsultowania ich z kimkolwiek. Niezależnie od opinii Komisji, którą jednak łatwo można sobie wyobrazić, w tym samym dniu Pani Marszałkini wręczy nominacje, a opozycji, która zechciałaby zaprotestować odpowie tyleż wprost co cynicznie: przecież realizujemy wasz postulat i to najszybciej jak to możliwe. Sytuacja może więc być taka, że jeżeli PiS w wyniku najbliższych wyborów nie uzyska parlamentarnej większości, to jednak CAŁE ścisłe kierownictwo NIK będzie z pisowskiego nadania i praktycznie nie do ruszenia. Po wyborach Prezes Banaś wróci spokojnie z urlopu, postępowania w jego sprawie toczyć się będą nie szybciej niż postępowania w sprawie jego poprzednika (casus Banasia jest o wiele, wiele bardziej skomplikowany niż casus Kwiatkowskiego), a Sejm nie będzie miał żadnego wpływu na skład i funkcjonowanie kierownictwa Najwyższej Izby Kontroli przez całe cztery lata. Oczywiście PiS mogłoby powołać swoich wiceprezesów i swojego dyrektora generalnego i bez kuriozalnej „zachęty” ze strony PO, ale jeżeli proszą to, dlaczego nie?

Jedyną szansą na uratowanie (przywrócenie?) zasady kolegialności działania kierownictwa NIK byłoby powoływanie na wakujące stanowiska wiceprezesów przez Marszałka nowego Sejmu i to w sytuacji, kiedy PiS utraci w nim większość i Marszałek Sejmu nie będzie nominatem Nowogrodzkiej. Wówczas Prezes, idąc śladem dobrych obyczajów parlamentarnych oraz w imię nawet formalnego zrównoważenia kierownictwa Najwyższej Izby Kontroli, będzie musiał zwrócić się do największych klubów o wsparcie dla swojego wniosku u Marszałka. Zamiast więc wołać o powołanie nowych wiceprezesów należałoby apelować do Marszałkini Sejmu o niepowoływanie ich do czasu rozpoczęcia pracy prze nowy Sejm. Jak będzie? Pożyjemy – zobaczymy.

God save the NIK!

Nigdy jeszcze w nowożytnej (po 1989 r. ) nie było takiej wymiany kierownictwa Najwyższej Izby Kontroli jaka zapowiadana jest na  dzisiaj. Dyskontynuacja – to nowa jakość, którą PiS wprowadza do bardzo ważnej, wrażliwej sfery działania państwa jaką jest zewnętrzna, niezależna kontrola działalności instytucji publicznych i gospodarowania publicznym majątkiem. Decyzja świeżo wybranego Prezesa NIK, którego kompetencje do sprawowania tego ważnego urzędu zostały publicznie poważnie zakwestionowane, o zdymisjonowaniu wszystkich wiceprezesów NIK uzasadnia obawę, że okres względnej apolityczności Izby mamy za sobą.

W pierwszym komunikacie o „dobrowolnym” urlopie Prezesa NIK podała, że do czasu wyjaśnienia jego afery funkcje prezesa będzie pełnił najstarszy stażem wiceprezes. Ta decyzja zgodna była z dotychczasową dobrą praktyką i nie budziła zastrzeżeń. Jednak, w ciągu kilku godzin zaszły dwa wydarzenia: Prezes NIK odłożył swój urlop o kilka dni, oraz złożył wniosek o zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia sejmowej Komisji Kontroli Państwowej w celu rozpatrzenia jego wniosku o dymisję wszystkich trzech urzędujących wiceprezesów i powołanie jednego – swojej zaufanej współpracownicy. Od razu widać, że scenariusz taki nie był pisany na ulicy Filtrowej co potwierdza moje wcześniej wyrażone obawy, że Prezes NIK będzie kolejną pacynką na palcu „naczelnika” państwa.

Podstawę prawną funkcjonowania Najwyższej izby Kontroli stanowią stosowne zapisy Konstytucji RP i ustawy o NIK z grudnia 1994 r. (z późniejszymi zmianami). Mam prawo uznawać się za współtwórcę tej ustawy, uchwalonej przez Sejm po rocznej, wytężonej pracy specjalnie w tym celu powołanej podkomisji sejmowej, której miałem zaszczyt przewodniczyć. Byłem też sprawozdawcą ustawy przeprowadzając przyjęty przez Komisję Ustawodawczą projekt przez cały proces legislacyjny w Parlamencie. Ustawa miała wszelkie cech ustawy ustrojowej. Stwarzała podstawy do działalności Najwyższej Izby Kontroli w państwie demokratyczny, normowała na nowo relacje pomiędzy kontrolerem a instytucją kontrolowaną oraz między NIK a Parlamentem. Projekt ustawy przygotowała Izba pod kierownictwem jej Prezesa – Lecha Kaczyńskiego, który osobiście prezentował go na posiedzeniu Komisji Ustawodawczej w listopadzie 1993 r. Projekt NIK-owski przykładał olbrzymią wagę do kwestii niezależności Prezesa NIK słusznie uznając, że jest to ważne element stabilności państwa. Przyjęte ostatecznie przez Sejm rozwiązania potwierdzone zostały później w Konstytucji RP.

Ustawa o NIK z 1994 r. była przełomowa, otwierała NIK drogę do roli nowoczesnego, zewnętrznego audytora państwa, strażnika publicznych pieniędzy w nowych uwarunkowaniach ustrojowych. Stworzyła możliwość transformacji NIK z państwowego kontrolera do roli profesjonalnego, nowoczesnego, zewnętrznego, niezależnego audytora funkcjonowania państwa. Uczyniła z Izby ważną państwowotwórczą instytucję rodzącej się demokracji.

Od 1994 r. bardzo wiele zmieniło się w kontrolnym otoczeniu Izby: znacznie ograniczona została państwowa własność w gospodarce, coraz więcej środków publicznych wydawane jest przez samorządy, w kontroli których Sejm wykluczył kryterium celowości, wreszcie Polska stała się członkiem Unii Europejskiej i beneficjentem nowego, potężnego strumienia środków publicznych. Dynamicznie zmieniały się też międzynarodowe standardy audytu finansowego i wykonania zadań. Dramat NIK polegał i nadal polega na tym, że choć ustawa z 1994 r. wymaga od dawna unowocześnienia, udoskonalenia w świetle wyżej wymienionych procesów ale też i w świetle kontrolerskiej praktyki NIK w tym okresie, to dotychczasowe jej zmiany – nie wchodząc w szczegóły – były raczej natury przyczynkarskiej i często cofały NIK na drodze do nowoczesnej według międzynarodowych standardów instytucji audytorskiej. Innymi słowy NIK czeka wciąż na mądrego ustawodawcę, mądrzejszego niż ten z 1994 r. choćby o doświadczenia z 15 lat jej stosowania.

Do tej pory, chociaż okazji do tego było co niemiara, PiS nigdy nie odkrywał swoich kart odnośnie  przyszłości Najwyższej Izby Kontroli. Nigdy nie wypowiadał się w sprawach podstaw i zasad jej funkcjonowania, nie wnosił żadnych projektów modyfikacji, doskonalenia  ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli, zwiększania jej skuteczności i niezależności choćby z duchem projektu wniesionego przez Lecha Kaczyńskiego w 1993 r. Nie czynił tego mając pełną kontrolę nad Parlamentem, w którym ustawy przepychał z prędkością podświetlną niemal. Pierwszym działaniem jest właśnie supermiotła Banasia. Zwiastuje ona wszystko co najgorsze: zastraszenie pracowników, kadrowe trzęsienie ziemi w NIK – bez żadnej – co podkreślam – wizji rozwoju i doskonalenia tej instytucji.

Zwołanie na dzień dzisiejszy nadzwyczajnego posiedzenia sejmowej Komisji Kontroli Państwowej, błyskawiczne odwołanie wszystkich wiceprezesów jest ostatecznym i bezsprzecznym potwierdzeniem upolitycznienia Izby i uczynienia z niej narzędzia do realizacji celów jednej partii. PiS najwyraźniej nie wyklucza tego, że w wyniku wyborów może utracić większość parlamentarną. Całą Izbą, bez żadnego wsparcia ze strony wiceprezesów, kierować będzie więc jednoosobowo osoba bez żadnego doświadczenia w kierowaniu taką instytucją. Jedynym prezentowanym argumentem przemawiającym za kandydatką jest to, że jest „zaufaną osobą pana Banasia”. Już nie chcę nawet dociekać co stanie się, gdy w czasie pełnienia swojej podwójnej funkcji pani nowa wiceprezes nieoczekiwanie zachoruje? Ale jest coś znacznie więcej. Rozwiązanie takie stanowi poważne naruszenie Art. 202 ust. 3 Konstytucji RP, który stwierdza: „Najwyższa Izba Kontroli działa na zasadach kolegialności” oraz  Art.1. ust.3 obowiązującej Ustawy o NIK. To właśnie tą, jedną z fundamentalnych, konstytucyjnych zasad działania NIK zamierza złamać  dzisiaj PiS.

Jeżeli za dwie godziny  dojdzie w Sejmie do wymiany trzech wiceprezesów na jednego, nowego, któremu Prezes NIK zapowiedział powierzenie swoich obowiązki na czas do wyjaśnienia stawianych mu publicznie poważnych zarzutów, będzie to stanowić delikt konstytucyjny, uzasadniający postawienie obecnej Marszałek Sejmu przed Trybunałem Stanu w sprzyjających demokracji okolicznościach – czego, , się domagam.

Jeżeli dzisiaj PiS w taki sposób traktuje konstytucyjne i ustawowe zapisy w stosunku do sytuacji, jaką stworzył wybrany przez niego Prezes NIK, to jak prezes ten stosować będzie prawo kontrolując swoich kolegów?

Dziwić się tylko mogę dlaczego Jarosław Kaczyński zrobił takie świństwo swojemu bratu Lechowi. Dlaczego dopuścił do ośmieszenia i podważenia ex ante wiarygodności NIK w kraju i zagranicą dopuszczając do powołania na stanowisko, które niegdyś piastował jego brat osobę, która sama w sobie jest zaprzeczeniem wiarygodności, na którą przestępcy (a może i specjalne służby krajowe i zagraniczne) mają poważne „haki”. Dlaczego rujnuje to, co Lech Kaczyński, jego brat, na tragicznej śmierci którego wyniesiony został do  pozycji władcy niemal absolutnego, dla Najwyższej Izby Kontroli uczynił.

W Krakowie daje się odczuć podziemne wstrząsy. Epicentrum znajduje się ponoć pod Wawelem. To zapewne Lech Kaczyński przewraca się w grobie i tupie nogami.

God save the NIK!

Chrząstawa Wielka, 26.09.2019 r. godz. 12:29.

Masz problem – zadzwoń do Banasia

Okoliczności powołania Mariana Banasia na funkcję Prezesa Najwyższej Izby Kontroli budzą coraz więcej wątpliwości. Trudno mi, człowiekowi, który 10 lat swojego życia zawodowego poświęcił doskonaleniu roli NIK jako instytucji państwowo-twórczej, doskonaleniu warsztatu pracy kontrolera i budowaniu społecznego zaufania do tej instytucji przechodzić obojętnie wobec publikowanych ostatnio informacji o majątku byłego szefa służb skarbowych, wiceministra i ministra finansów.  Moje refleksje z dnia dzisiejszego przedstawiam, w imię zwięzłości, w punktach.

  1. Ustawodawca w Konstytucji i w ustawie o NIK zawarł bardzo silne gwarancje niezależności Prezesa NIK. Nie jest to oczywiście gest w stronę osoby powołanej na ten urząd, ale głęboka troska o państwo. Prezes NIK według prawa, jest strażnikiem i obrońcą najważniejszej cechy Izby: jej niezależności i obiektywności. Te rozwiązania prawne mają służyć mu do ochrony tych wartości.
  2. Niezależność NIK pod kierownictwem M.Banasia budzi wątpliwości, o czym pisałem we wpisie wcześniejszym: „Upadek Najwyższej Izby”.
  3. PiS wybierając na stanowisko Prezesa NIK nie osobę o uznanym autorytecie merytorycznym i formalnym lecz jednego ze swoich sprawdzonych w boju żołnierzy, wieloletniego członka rządu, tak naprawdę nie naruszając formalnie ustawy o NIK ani Konstytucji, przekształcił Izbę w Ministerstwo Kontroli, czyli de facto przywrócił pozycję NIK z lat 1952 – 1980, w których NIK była właśnie Ministerstwem Kontroli lub podlegała Prezydium Rządu. Takie usytuowanie najwyższego organu kontroli państwowej sprzeczne jest z międzynarodowymi standardami.
  4. Wybór M.Banasia to klasyczny przykład konfliktu interesów. Ponieważ gros kontroli NIK to kontrole ex post. Izba pod kierownictwem Prezesa Banasia kontrolować będzie obszary (bardzo ważne z punktu widzenia gospodarki finansowej państwa), za które odpowiadał minister Banaś. Izba kontrolować też będzie kolegów ministra Banasia z Rządu, a Prezes Banaś przewodniczyć będzie obradom Kolegium NIK, które rozpatrywać będzie zastrzeżenia ministrów do wyników kontroli  w ich resortach .
  5. Konflikt interesów ze szczególną ostrością przejawi się przy planowaniu i realizacji kontroli wykonania budżetu państwa za rok 2019. Projekt tego budżetu podpisał, potwierdzając jego rzetelność, prawdziwość danych i realność Minister Banaś.
  6. W świetle powyższego, dla zachowania obiektywizmu Izby, wskazane byłoby wyłączenie się Prezesa Banasia ze wszystkich czynności kontrolnych (planowanie, nadzorowanie i realizacja wyników kontroli) związanych z obszarami finansów publicznych za które, jako podsekretarz stanu sekretarz stanu i Minister Finansów ponosił odpowiedzialność. Oznaczałoby to drastyczne ograniczenie Prezesa NIK w jego działaniach, a nawet, gdyby takie deklaracje padły, trudno dać wiarę w ich realność.
  7. Osoba obejmująca stanowiska, jakie zajmował w rządzie Pan Banaś musi uzyskać od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego stosowny certyfikat dostępu do określonego poziomu tajemnic ustawowo chronionych. Udzielenie certyfikatu następuje po szczegółowym badaniu życiorysu osoby i jej bliskich, powiązań zawodowych i towarzyskich, wyjazdów zagranicznych, źródeł pochodzenia majątku i bieżącej sytuacji majątkowej. Certyfikat ważny jest przez 3 lata po czym musi zostać w stosownej procedurze odnowiony.
  8. Niezależnie od powyższego osoba składa corocznie deklarację majątkową, również sprawdzaną przez służby, zwłaszcza w przypadku eksponowanych stanowisk w rządzie.
  9. W dyskusjach o kwestiach majątkowych Prezesa Banasia media popełniają zasadniczą nieścisłość. Konieczność przejrzystości stanu majątkowego kandydata na ważne stanowisko państwowe przedstawiają bowiem głównie jako wymóg etyczno – estetyczny. Tymczasem istotą idei wymienionych wyżej postępowań sprawdzających  jest wyeliminowanie ekspozycji kandydata do ponoszenia odpowiedzialności za państwo na możliwość szantażu ze strony na przykład grup przestępczych obcych wywiadów lub innych grup posiadających informacje o kandydacie, których może użyć w celu wywołania określonego zachowania.
  10. Jeżeli nawet MB związał się przed wielu laty umowami cywilno-prawnymi (wynajem kamienicy) z osobami, o których przestępczej proweniencji nie miał pojęcia (co jednak wymaga potwierdzenia w osobnym postępowaniu) to z pewnością, jako osoba objęta ochroną kontrwywiadowczą, niezwłocznie powinien takie informacje uzyskać od stosownych służb.
  11. Jeżeli MB nie interesował się osobami, z którymi wszedł w powiązania natury finansowej ani rodzajem działalności, jaką te osoby  prowadzą w jego kamienicy to kompromituje się jako pretendent do jednego z najwyższych stanowisk w państwie oraz jako NIK-owiec.
  12. Z ujawnionych przez dziennikarzy materiałów wynika, że istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo iż w kamienicy wiceministra, a później ministra finansów przez wiele lat prowadzona była działalność nie tylko narażająca na straty Skarb Państwa, ale również mogąca służyć praniu pieniędzy.
  13. Nieujawnienie poważnego zobowiązania finansowego, jakim jest ustanowienie  zabezpieczenia na hipotece kamienicy kredytu bankowego musi zostać szczegółowo wyjaśniona. Bank będzie musiał stosownym służbom udzielić informację komu, na jaki cel i na jakich warunkach udzielił tego kredytu. Jeżeli kredyt został spłacony przedterminowo koniecznym będzie ustalenie źródeł finansowania tej spłaty.
  14. Jeżeli dwójka dziennikarzy w okresie kilku tygodni poczyniła ustalenia jak prezentowane, to z pewnością cała wyspecjalizowana instytucja jaką jest CBA prowadząca  badania od niemal roku nie mogła dokonać ustaleń węższych.  Dlaczego wobec tego przedłużono prowadzenie badań poza termin powołania M. Banasia na Prezesa NIK? A może chodziło o to, aby w sumie afery nie ujawniać, ustalenia zamknąć w okazjonalnie wyciąganej z pancernej szafy teczce a tymczasem śledztwo dziennikarskie wywróciło ten plan?  Wyjaśnienie roli CBA w tej aferze oraz znaczenia nieskrywanej zażyłości Pana Banasia z szefostwem Biura  dla prowadzonego przez Biuro postępowania staje się odrębnym problemem. Nie ulega bowiem wątpliwości, że jeżeli nawet w ograniczonym zakresie potwierdzą się ustalenia dziennikarskie mieć będziemy do czynienia nie z „Aferą Banasia”, ale z „Aferą Państwa Polskiego”.                                                                                                             P.S.1. Błyskawiczna kariera zawodowa syna Prezesa Banasia mnie nie dziwi. Wszak PiS z nepotyzmu uczyniło cnotę.        P.S.2. Całością czuję się zażenowany i jest mi zwyczajnie wstyd. W tym uczuciu łączę się z pracownikami i emerytami Najwyższej Izby Kontroli.

Do Leszka Millera

Nie wiem Leszku, czy ten list do Ciebie dotrze, ale jeśli tak, chciałbym mieć jakieś tego potwierdzenie. Wynika to stąd, że w lipcu b.r. wysłałem do Ciebie i do pozostałych eurodeputowanych rekomendowanych przez SLD list sygnalizujący problem wpływu Sztucznej Inteligencji na nasze życie. Niestety, zapewne z racji niedoskonałości systemu informatycznego Parlamentu, od żadnego z adresatów nie otrzymałem choćby potwierdzenia, że list dotarł.

Ponawiam więc próbę (nie mam innej możliwości) gdyż sprawę, którą chcę Ci przedstawić (z inspiracji Twojej relacji z aktywności w PE) uważam za niezmiernie ważną. Amatorsko śledzę ją w literaturze. Zapowiedziałeś otóż powołanie w PE zespołu zajmującego się przeciwdziałanie naciskom i ingerencji w procesy wyborcze z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. To bardzo, bardzo potrzebny zespół. Poniżej moje refleksje.

 

Uważam, że wobec gwałtownego wkroczenia Sztucznej Inteligencji (SI) w nasze życie codzienne jej zastosowanie do sterowania postawami mas to jeden z fundamentalnych problemów dla przyszłości demokracji problemów. Rzecz w tym, że SI to tylko narzędzie. Problem ma swoje korzenie w przemianach społecznych i w kryzysie demokracji jako państwa obywatelskiego, będącego skutkiem komercjalizacji mediów i komercjalizacji kampanii wyborczych. Znamienną datą jest tu rok 1995, kiedy to w USA powstaje stacja Fox News, założona przez konserwatywnego dziennikarza Rogera Ailsa, sponsorowanego przez Roberta Murdocha. To właśnie Ails otwarcie łamie świętą dotąd zasadę mediów liberalnych: obiektywizm, mówiąc wprost: ” Będziemy kształtować wyborców, nie będziemy dostarczać im informacji obiektywnych, będziemy dostarczać im informacji, które oni chcą otrzymać”. Oczywiście wszystko w imię walki z kandydatem Demokratów, Obamą, w wyborach prezydenckich. Z Obamą Nailsowi nie wyszło, ale z Trumpem – tak. Obiektywizm mediów został poważnie nadszarpnięty i dzisiaj właściwie nie ma już mediów politycznie niezależnych. Również w Polsce.

Kolejnym milowym kamieniem na drodze ewolucji (rewolucji?!) relacji: politycy – wyborcy było zastosowanie algorytmów SI do profilowania wyborców i dostarczania im właściwych informacji, mających ich odpowiednio sprofilować. Przykładowo, jeżeli automatyczna analiza wykazała, że wyborca X jest miłośnikiem kanarków, przesyłano mu informację, że kandydat Y kanarków nie znosi itp. Algorytmy profilowania wyborców na podstawie badania śladów ich aktywności internetowej są dziełem, nota bene, polskiego naukowca pracującego w Cambridge University Michała Kosińskiego.

Algorytmy te zastosowane zostały (z sukcesem) w kampanii Trumpa, w kampanii „Leave” w Wielkiej Brytanii i w kampaniach wyborczych w wielu krajach świata przez słynną już spółkę Cambridge Analytica. Związane z tą spółką nazwiska to Robert Mercer, Aleksandr Kogan i Steve Banon, który za cel postawił sobie zjednoczenie międzynarodowej prawicy (Prawicowa Międzynarodówka?! – JU).

W doniesieniach medialnych dotyczących Cambridge Analytica pojawia się również słaby, ale dotąd niezbadany wątek polski:  https://www.wp.pl/?s=wiadomosci.wp.pl%2Fsgwpsgfirst-6232231365133953a

 

Nikt nie wie czy lub w jakim stopniu PiS korzystało z usług CA, jednakże ewolucja technik komunikacji społecznej PiS wyraźnie nadąża za taką ewolucją w USA. Częste robocze podróże spin-doktorów PiS do Stanów w ostatnich latach również zdają się podtrzymywać taką tezę. Historia Cambridge Analytica uczy nas, że spółki takie wchodzić mogą w różne, niejasne związki z osobami powiązanymi ze służbami specjalnymi różnych państw. Nic dziwnego: trudno dzisiaj o lepsze wywiadowcze oddziaływanie na sytuację w jakimś kraju niż poprzez firmę obsługującą kampanie partii politycznych w tym kraju. I nie tylko o możliwości sterowania chodzi, ale również o olbrzymie, bezcenne bazy danych o wyborcach w danym kraju, o i ich profilach społecznych, politycznych, kulturowych i konsumpcyjnych. Dziwiłbym się, gdyby obce wywiady nie podejmowały próby wykorzystywania takich wyspecjalizowanych agencji – co niewątpliwie godziłoby w suwerenność i bezpieczeństwo danego kraju.

Przechodząc do konkluzji podtrzymuję wszystkie moje postulaty zawarte w liście z 18 lipca b.r. Ponadto proponuję wprowadzenie na terenie Unii Europejskiej i/lub w Polsce regulacji prawnych zobowiązujących wszystkie partie polityczne ubiegające się o władzę w państwie lub w samorządach lokalnych do:

  1. dołączenie do wniosku o sądową rejestrację partii informacji o firmach konsultingowych, doradczych, analitycznych, z usług których bezpośrednio lub pośrednio korzystają i bieżące ich uaktualnianie. Informacje powinny być na tyle szczegółowe, aby umożliwiły stosownym służbom i mediom analizować kapitałowe i personalne powiązania tych podmiotów.
  2. dołączanie do wniosków o rejestrację listy kandydatów do władz publicznych informacji czy, a jeżeli tak, to z jakich algorytmów SI korzystają w kampanii wyborczej.

 

Raz jeszcze chciałbym podkreślić, że jestem głęboko przekonany, że Sztuczna Inteligencja może być niezwykle przydatna dla ludzkości. Może być jednak (już jest!) wykorzystywana do manipulacji zachowaniem się dużych grup społecznych i może stanowić śmiertelne zagrożenie dla demokracji. Zespołowi Parlamentu Europejskiego życzę powodzenia.

 

Z wyrażani szacunku

Jacek Uczkiewicz

Upadek Najwyższej Izby

Obejmując urząd nowy członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego zobowiązany jest złożyć uroczyste ślubowanie przed pełnym składem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Ceremonia ślubowania ma charakter publiczny, w obecności przedstawicieli Parlamentu, Komisji Europejskiej i mediów. Jeden z fragmentów roty ślubowania brzmi następująco:

„Ślubuję uroczyście nie przyjmować żadnych instrukcji od rządu, partii politycznych ani innych instytucji oraz nie ubiegać się o takie instrukcje”.

Ślubowanie jest publiczną deklaracją kierowania się w wypełnianiu obowiązków audytora zasadami obiektywizmu i niezależności, gdyż te dwa przymioty (prócz oczywiście profesjonalizmu) decydują o generalnej wartości audytora jaką jest wiarygodność. Niezależność, obiektywizm i profesjonalizm audytora to więc podstawowe międzynarodowe standardy audytu zapisane już w słynnej Deklaracji INTOSAI z Limy (1978), oczko w głowie i bastion każdego szanującego się najwyższego państwowego organu kontrolnego.

W praktyce z tą niezależnością bywa różnie. Na ogół politycy nie doceniają fachowego, zewnętrznego audytu dla prawidłowego funkcjonowania państwa i często zainteresowani są wyłącznie możliwością użycia ustaleń kontrolnych do bieżącej młócki politycznej. Również władza wykonawcza ma tendencje do wpływania na wyniki kontroli bądź traktowania zewnętrznej kontroli jako dopustu bożego. Dlatego wiarygodność najwyższego organu kontrolnego w państwie w decydującej mierze zależy od tego organu, od jego aktywności i determinacji w obronie swojej niezależności. Państwowe najwyższe organy kontrolne wspierane są w tej codziennej walce przez międzynarodowe organizacje jak INTOSAI czy EUROSAI, które ustanawiając międzynarodowe standardy dostarczają im stosowych argumentów.

W minionych czterech latach dyskusja w polskich mediach o polskim najwyższym organie kontroli (NIK) koncentrowała się wokół dwóch obszarów: bieżące wyniki kontroli i domniemane afery Prezesa NIK. Pilnie śledziłem wystąpienia publiczne polityków rządzącego ugrupowania, zarówno wówczas, gdy domagali się dymisji Prezesa Kwiatkowskiego jak i wówczas, gdy już było jasne, że do zmiany na tym stanowisku dojdzie w normalnym trybie ustawowym. Mówiąc wprost interesowało mnie czy nowa władza publicznie wykaże zrozumienie znaczenia niezależności NIK dla państwa i czy zadeklaruje działania dla jej ochrony. Nic takiego nie nastąpiło. Żaden polityk PiS, czy to Marszałek Sejmu, Prezydent, czy nawet „naczelnik państwa”, nigdy oficjalnie nie zająknęli się nawet na ten temat. W świetle niebywałych afer wokół Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa taka wstrzemięźliwość musiała budzić najgorsze obawy o przyszłość jednego z instytucjonalnych filarów demokratycznego państwa – Najwyższej Izby Kontroli i to w jubileuszowym roku 100-lecia jej działalności. Jakiekolwiek nadzieje, że może będzie inaczej rozwiał wybór nowego Prezesa Izby. I nie chodzi tylko o to, że NIK wpisana została na listę PiS-owskich łupów wojennych. Chodzi o coś większego, o to, że wybór ten w sposób modelowy niemal zaprezentował formułę polskiego państwa, której hołduje Jarosław Kaczyński i jego Grupa Trzymająca Władzę i którą zdecydowani są realizować wszelkimi sposobami.  Najdobitniej problem ten wybrzmiał w wystąpieniu Mariana Banasia, świeżo wybranego przez Sejm Prezesa NIK, na forum Senatu podczas „debaty” nad wymaganą Konstytucją zgodą izby dumania na ten wybór. Wystąpienie to zupełnie nie zostało zauważone przez media, co podkreśla tylko postępującą znieczulicę opinii publicznej na proces rujnowania polskiego państwa.

Trzeba powiedzieć wprost: wystąpienie Mariana Banasia, wstępującego Prezesa Najwyższej Izby Kontroli przed Senatem w dniu 30.sierpnia b.r. nie mogę inaczej nazwać jak skandalicznym i powodem do poważnych obaw o przyszłość Polski. I nie chodzi już tylko o to, że było ono nieskładne, niewolne od błędów gramatycznych, składniowych i logicznych – jednym słowem, że od strony formalnej było na poziomie nie licującym w żaden sposób z powagą NIK i wysokim poziomem kultury językowej, której Izba przez lata się dorobiła. Nie chodzi też o to, że osoba Pana Banasia swoim formatem do pięt nie dorasta takim prezesom NIK jak prof. Walerian Pańko czy prof. Lech Kaczyński. Ważne jest to, co Pan Banaś w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli Prezesa Najwyższej Izby Kontroli powiedział, a jeszcze ważniejsze jest to, czego nie powiedział. Stanowisko Prezesa NIK należy do tych nielicznych w państwie, jak Prezydent, Premier, Marszałek Sejmu czy Prezes NBP, którego wypowiedzi publiczne są (powinny być) istotne, których się słucha i które są analizowane. Nie mogła o tym nie wiedzieć osoba, która chwali się swoją wieloletnią praktyką w NIK.

Wystąpienie Prezesa Banasia (dostępne na stronie internetowej Senatu oraz, z kronikarskiego obowiązku jako dodatek do tego wpisu) ma bardzo charakterystyczną formę i układ. Jest więc to rzadko spotykana forma autolaudacji, jakby nie było nikogo innego, kto o cnotach Prezesa chciałby Senat poinformować. Już w pierwszym zdaniu, Prezes podkreśla zaszczyt jaki go spotkał, zupełnie nie wspominając o przyjętej na swoje barki odpowiedzialności. Cóż, zaszczyty – rzecz najważniejsza i jak widać jedyna.  Zaszczyt, który spłynął na Pana Banasia traktuje on jako nagrodę za swój życiorys opozycjonisty z czasów Polski Ludowej, gdyż to jest przez niego wybite na pierwszym miejscu wśród czterech argumentów, które jego zdaniem przemawiają za zdobyciem tego zaszczytu. Kolejnym argumentem w autopromocji jest oczywiście deklaracja głębokiego patriotyzmu połączona z publicznym wyznaniem głębokiej wiary w Boga oraz uznanie Go za źródło prawdy. To bardzo ważne wyznanie, gdyż założyć należy, że teolog z wykształcenia uznaje tym samym prymat „prawa boskiego” nad „prawem ludzkim” – co w ustach Prezesa NIK musi niepokoić szczególnie. Do tej pory źródłem prawdy o państwie były ustalenia inspektorów Najwyższej Izby Kontroli na podstawie szeregu kryteriów, z których najważniejsze to kryterium legalności, czyli zgodności z obowiązującym prawem (ludzkim). Czyżby od dzisiaj źródłem prawdy o państwie były objawienia? Czyje?

Trzecim (nie pierwszym!) argumentem jest jego przygotowanie merytoryczne, które sprowadził do „ponad dwudziesty lat pracy w NIK” i ścieżki formalnego awansu. Żadnych konkretnych, własnych osiągnięć kontrolerskich nie było?

Najbardziej charakterystyczny jest argument czwarty: wyznanie głębokiej wdzięczności znacznie przekraczające granice uległości Prezesowi PiS i pisowskim posłom za zaufanie.

Czego Pan Prezes – wieloletni pracownik NIK – nie powiedział? Ano właśnie nie powiedział ani słowa o niezależności Najwyższej Izby Kontroli i niezależności jej kontrolerów ani o staraniach przestrzegania najwyższych, międzynarodowych standardów kontroli – co w świetle okoliczności jego wyboru było szczególnie ważne.

Głęboki niepokój budzić musi również wizja zadań NIK pod kierownictwem nowego prezesa. Zabrakło w niej wspierania Sejmu w wypełnianiu jego konstytucyjnego obowiązku kontroli działania rządu i jego agend. Znalazł natomiast Pan Prezes czas i miejsce, aby zadeklarować zadania NIK jako narzędzie PiS (władzy politycznej i wykonawczej) do realizacji jego strategicznych planów i „przeciwdziałania wszelkim zmianom w złym kierunku”. To już brzmi naprawdę groźnie.

Najwyższa Izba Kontroli w swojej najnowszej historii nie miała szczęścia do polityków tego formatu, którzy przed stu laty stworzyli jej fundamenty. O swoją niezależność zawsze musiała walczyć. Dzisiaj widać wyraźnie, że i ta reduta demokratycznego państwa upadła.

P.S.

Nie z małostkowości, ale dla pełnego obrazu nowego Prezesa NIK dwie uwagi szczegółowe.

  1. Prezes Banaś chwali się, że był doradcą w rządzie Olszewskiego. Po prawdzie był doradcą Antoniego Macierewicza w tym rządzie, ale widać – trochę dzisiaj wstyd…
  2. Prezes Banaś za główne merytoryczne uzasadnienie swojej prezesury podaje „ponad 20 lat pracy w NIK”. W Izbie znajdzie się kilkaset osób o stażu nie krótszym. Rzecz jednak w tym, że faktycznie Pan Banaś przepracował w NIK fizycznie około 15 lat – przez resztę czasu pracował „na oddelegowaniu z NIK” w jednostkach rządów PiS. 25% „pomyłki”, a właściwie świadomego wprowadzenia w błąd w ustach Prezesa NIK nie może wróżyć niczego dobrego.

 

Załącznik: wystąpienie Prezesa NIK na 84 posiedzeniu Senatu (za stenogramem)

 

Pani Marszałek! Wysoka Izbo!

Chciałbym powiedzieć kilka słów, jeśli chodzi o tak zaszczytne stanowisko, jakim jest stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Otóż na stanowisku prezesa Najwyższej Izby Kontroli, podobnie jak zresztą w przypadku wszystkich ważnych stanowisk państwowych, trzeba spełniać kilka wymogów, jest kilka cech, którymi każdy kandydat powinien się charakteryzować. Ważna jest tu przede wszystkim postawa etyczno-moralna, czyli to, co nazywamy ogólnie patriotyzmem, zamiłowaniem i miłością własnej ojczyzny, to z jednej strony, z drugiej strony – kompetencja.

Chciałbym się odnieść do tego pierwszego wymogu. Otóż, proszę państwa, ja swoim życiem dałem dowód tego, że dla mnie po Panu Bogu ojczyzna stanowi największą wartość. Kiedy Polska była w potrzebie, żyliśmy w systemie totalitarnym, odważyłem się, jak wielu innych Polaków, działać, aby tę sytuację zmienić, ryzykując życiem, zdrowiem, majątkiem. Jak państwo wiecie, nie tylko z mediów, ewentualnie z encyklopedii, zostałem też skazany na 4 lata więzienia w tamtym okresie. Krótko mówiąc, ojczyzna i rodzina były dla mnie największymi wartościami. Krótko mówiąc, prawda, dobro i piękno. Prawda w Panu Bogu – uznaję, że to jest pierwsze, co powinno cechować każdego człowieka, szczególnie Polaka, bo nasza historia wiąże się z tym, co przynosi Dekalog, co przynosi Ewangelia. To dało nam, Polakom, siłę i potęgę. Dobro jako służba, służba najpierw rodzinie, potem narodowi i państwu, bo bez tego państwo nie jest w stanie funkcjonować. I, proszę państwa, piękno, które nas powinno zachwycać, a nie być odrażające, jak to nieraz bywa.

Kolejna rzecz, bardzo istotna, którą powinien się cechować każdy kandydat na takie stanowisko czy człowiek pełniący najwyższe funkcje w państwie, to kompetencje. Proszę państwa, przepracowałem w Najwyżej Izbie Kontroli przeszło 20 lat, od prostego, najniższego stanowiska do doradcy prawnego, czyli od strony merytorycznej przeszedłem prawie wszystkie szczeble. Proszę państwa, miałem też zaszczyt uczestniczyć w rządzie najpierw śp. premiera Jana Olszewskiego – wprawdzie krótko, bo to prawie pół roku trwało – a później w rządach Prawa i Sprawiedliwości w latach 2005–2007 i 2015–2019.

Za zaufanie i postawienie mojej kandydatury przez posłów Prawa i Sprawiedliwości, pana prezesa bardzo dziękuję i uważam, że te zobowiązania… Tę zaszczytną funkcję będę pełnił z największą godnością, zaangażowaniem, bezstronnością, bo powierzono mi tamte funkcje, właśnie podsekretarzy stanu, sekretarza stanu, pozwolono mi realizować największy projekt reformy służb skarbowych i celnych, byłem również ministrem finansów… Powierzono te funkcje, proszę państwa, osobie, która była bezpartyjna, więc za to jestem serdecznie wdzięczny. To dowodzi też, że PiS nie dzieli, ale łączy. I Zjednoczona Prawica. I myślę, że w nadchodzących wyborach Polacy dadzą temu wyraz.

Jeśli chodzi o dalsze predyspozycje, dalsze zamiary, to przede wszystkim uważam, że Najwyższa Izba Kontroli, jako najwyższy organ państwowy, powinna dostarczać Sejmowi, rządowi, prezydentowi najwartościowsze analizy, które wytyczają kierunki strategiczne państwa, aby w porę przeciwdziałać wszelkim nieprawidłowościom, wszelkim zmianom w złym kierunku. Najwyższa Izba Kontroli, która grupuje w dużej mierze naprawdę wysokiej klasy fachowców, powinna właśnie dawać taki materiał, abyśmy rzeczywiście jak najlepiej przyczyniali się do rozwoju kraju, do tworzenia siły naszego państwa, aby się z nim liczono zarówno tu, w kraju, jak i za granicą. Dziękuję bardzo. (Oklaski)

Agencje i agentury

Czy naprawdę dziennikarze nie maja oczu ani uszu? Czy nie potrafią czytać wierszy i między wierszami? Dziwię się próbom analizy wypowiedzi polityków PiS, próbom dyskusji z nimi – jednym słowem traktowania ich poważnie. Dlaczego nikt nie zauważa, że w wystąpieniach polityków PiS obowiązuje jedna, żelazna, nienaruszalna zasada. Otóż, wypowiadając się publicznie polityk PiS ma w nosie interlokutora: dziennikarza lub innego polityka. Ma w nosie fakty i elementarne zasady racjonalnego rozumowania. Wypowiadający się publicznie polityk PiS ma tylko jedno na względzie: właściwy komunikat do swojego elektoratu. Dla uściślenia: do twardego elektoratu PiS i do tego z „diaspory”, który się waha, który jest „do wzięcia”. Nic innego ich nie interesuje, nic innego nie ma dla nich najmniejszego znaczenia. Klasyczny przykładem jest reakcja na ujawniony ostatnio skandal wszechczasów w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zastosowano sprawdzony schemat powtarzany przez polityków PiS przy każdej podobnej okazji: dymisja (wymuszona przez zewnętrzne okoliczności), zapowiedz jakiej regulacji prawnej i zamknięcie sprawy. No, może jeszcze medal dla ministra sprawiedliwości.  Dlatego z rozbawieniem obserwuję debaty typu „Kawa na ławę”,  w którym politycy partii opozycyjnych usiłują prowadzić jakąś racjonalną dyskusję, a politycy PiS, odporni na fakty, na rzeczowe argumenty,  mówią przez telewizyjne kamery i mikrofony wprost do swojego elektoratu.  I mówią im, zgodnie z doktryną amerykańskiego,  prawicowego guru medialnego Rogera Ailesa tylko to, co ten elektorat chce usłyszeć.

Słuchałem niedawno dyskusji w rado TOK-FM z ekspertem od politycznego marketingu. Odcinając się od politycznych treści nie mógł on – i nie chciał – uniknąć zauroczenia profesjonalizmem politycznego marketingu PiS. – Wprawdzie jest to robota zagranicznej agencji PiArowskiej, ale profesjonalizm należy docenić – stwierdził ekspert. Coś tu jednak nie pasi. Od dawna w środowisku dziennikarskim krąży informacja, że PiS w swoich kampaniach wyborczych wspierane jest z zagranicy przez jakąś wyspecjalizowaną w politycznym marketingu agencję. Pora więc postawić publiczne pytanie: jaka to zagraniczna agencja odpowiedzialna jest za mieszanie w głowach Polaków? Uzasadnienie pytania jest niewzruszalne: PiS korzysta z pieniędzy publicznych a jako organizacja polityczna nie jest spółką prywatną. Obywatele Polski mają więc prawo wiedzieć jaka zagraniczna agencja spowodowała to, że partia, którą w wyborach poparło niecałe 19% uprawnionych do głosowania zdobyła władzę absolutną i oddała ją w ręce jednego, nieponoszącego żadnej politycznej czy karnej odpowiedzialności człowieka. To nie tylko pytanie o PiS. Doniesienia medialne z ostatnich miesięcy o zawiłościach powiązań pomiędzy takimi agencjami a służbami wywiadowczymi obcych państw nakazuje szczególną czujność. Czy można sobie wymarzyć lepszy wpływ na kontrolowanie i kreowanie sytuacji w jakimś kraju niż poprzez PiAr-owską agencję „obsługującą” rządzącą partię polityczną? A może agencja, która świadczy usługi dla PiS jest de facto agenturą FSB lub Mosad? Czy to, że PiS swoją pozycję zawdzięcza polityce kreowania wrogów, dzielenia Polaków, judzenia i szczucia, że zawdzięcza to metodycznemu, systemowemu kłamstwu nie nosi znamion działalności obcej agentury?  Jeśli jest to agentura CIA – to jeszcze pół biedy. Wysługiwanie się CIA, realizowanie za jej pieniądze strategicznych interesów USA należy do patriotycznych obowiązków prawdziwego Polaka i w żaden sposób nie podpada pod działalność agenturalną (póki co). Ale, jak pokazuje historia Brexitu, rejestrowane w USA firmy mieszające w głowach wyborców, mają często powiązania z innymi mocarstwami, na przykład z Rosją. I co wtedy?

Jak to jest w przypadku PiS? Czy obsługująca ją agencja została należycie sprawdzona przez polski wywiad i kontrwywiad? I nie tylko chodzi o PiS. Chodzi o podstawową zasadę. Możemy mieć zagraniczny kapitał, zagraniczne inwestycje i banki. Ale nie można dopuścić do tego, aby zagraniczne „agencje” sterowały naszym życiem społecznym i politycznym z tylnego siedzenia. Dlatego wezwać należy wszystkie partie polityczne do ujawnienia informacji z usług jakich podmiotów zajmujących się marketingiem politycznym korzystają. A w pierwszym rzędzie wezwać należy do tego Prawo i Sprawiedliwość.

Milczenie władzy

Trzy miesiące temu, dokładnie 16. maja opublikowałem na blogu „List otwarty do Prezydenta Wrocławia, Pana Jacka Sutryka”. Nawiązując do problemu Stadionu Miejskiego podniesionego na jednym z przedwyborczych spotkań kandydata Sutryka oraz publicznej jego deklaracji na tym spotkaniu, że jako Prezydent Wrocławia opublikuje rzeczywiste koszty budowy i utrzymania stadionu  zwróciłem  się tym listem o realizację przedwyborczych deklaracji.  Po szczegóły odsyłam do wpisu z dnia 16. maja 2019 r. Odpowiedzi w żadnej formie do dziś nie otrzymałem i zapewne już nie otrzymam. Upewnia mnie w tym przekonaniu również to, że jak się niedawno dowiedziałem, kilkukrotne monity Gazety Wrocławskiej, która swego czasu podjęła temat „Listu…”, również nie spotkały się z żadną reakcją Urzędu Miejskiego.

Może ktoś inny na moim miejscu poczułby się obrażony takim traktowaniem przez osobę sprawującą urząd z publicznego wyboru, tym bardziej, że sprawa wcale nie jest błaha, nie tylko w wymiarze finansowym, i wcale nie jest tylko historyczna. Życie jednak utwardziło moją skórę na tyle, że takiego a nie innego zachowania Pana Sutryka nie odbieram w kategoriach osobistych. Jest jednak w tej sprawie kilka aspektów, które napawać muszą głębokim niepokojem. Zwrócę uwagę tylko na trzy z nich.

Po pierwsze wyniosłe milczenie  Prezydenta Wrocławia, bliższe raczej postawie przysłowiowego wójta,  boleśnie godzi w ideę społeczeństwa obywatelskiego. Obywatelskiego, a więc świadomego swoich praw i obowiązków, zdolnego nie tylko do wyboru władzy publicznej raz na jakiś czas, ale również do bieżącej kontroli jej działalności. Dużo słów popłynęło w trakcie kampanii wyborczej na temat społeczeństwa obywatelskiego i podmiotowości obywateli. Ale przecież nie słowa się liczą tylko czyny. Tymczasem społeczeństwa obywatelskiego w Polsce praktycznie nie ma i niestety w minionym ćwierćwieczu elity polityczne, na barkach których spoczywa to zadanie i odpowiedzialność nie zrobiły  praktycznie nic, aby takie społeczeństwo zbudować, aby stworzyć realny, społeczny fundament pod ustrój demokratyczny. Mądre, francuskie powiedzenie mówi, że dobre rozliczenia tworzą dobrych przyjaciół. Podobnie jest z relacjami władza – obywatele. Ważne jest, w tym konkretnym, wrocławskim przypadku, czy mieszkańcy Wrocławia postrzegać będą środki, którymi dysponuje Urząd Miejski jako należące do nich i ważne jest, czy Prezydent Wrocławia obejmując urząd, uznaje swoją misję depozytariusza pieniędzy Wrocławian i gestora tych środków w ich imieniu.  Podstawową i niezbywalną przy tym zasadą jest zasada przejrzystości finansów miasta. Brak tej przejrzystości od dziesięcioleci utrwala podział na MY  i ONI. A przecież nie oto chodzi w idei samorządu terytorialnego w demokratycznym państwie!

Po drugie, zachowanie się Prezydenta Sutryka w tej sprawie obnaża  całe zakłamanie medialnej kampanii „odcinania pępowiny”, jaka była nam serwowana na początku tego roku. W swoich wystąpieniach, w relacjach prasowych Prezydent Sutryk przedstawiany był jako ten, który wyzwolił się od wpływów swojego poprzednika,  patrona i promotora – Prezydenta Dudkiewicza. Fakty jednak są nieubłagane. Odpowiedzialność za całokształt spraw stadionowych ponosi poprzednia ekipa i najlepszym dowodem na „wybicie się na niezależność” Jacka Sutryka byłoby właśnie rozliczenie tej inwestycji, tego bardzo kontrowersyjnego projekt. Nic z tych rzeczy. Nominowanie wiceprezesa spółki stadionowej na wiceprezydenta Wrocławia już zapowiadało kontynuację (ochronę?) działań poprzednika.

I wreszcie aspekt trzeci. Nieujawnianie istotnych informacji o finansach miasta niczym właściwie się nie różni od nieujawniania przez PiS list poparcia dla kandydatów do KRS. Ten sam model działania aroganckiej władzy: – nie pokażemy i co nam zrobicie? Jacek Sutryk wziął pod rękę Jarosława Kaczyńskiego. Dokąd nas zaprowadzą?

Miałem nadzieję. Miałem nadzieję, że po wyborach dojdzie we Wrocławiu, jednym z ważniejszych miast w Polsce, do dobrych zmian w zarządzaniu, w relacjach samorząd a wybrane przez niego władze. Miałem nadzieję, że rozliczenie afery stadionowej otworzy nowy, lepszy rozdział w historii Wrocławia, że Prezydent Sutryk dostrzeże w tym swoją wielką szansę. Już nie mam. Dla mnie ta sprawa jest jasna i zakończona. Nie oczekuję już żadnej odpowiedzi. Uznaję, że jako zwykły człowiek dla mojego kochanego miasta zrobiłem wszystko, co mogłem. Okazuje się jednak, że „wszystko” to za mało. Trudno.

Ale mimo to pozostanę przy swoim idealizmie i przy przekonaniu, że procedury demokratyczne przy braku społeczeństwa obywatelskiego prędzej czy później obracają się przeciw idei demokracji. Pozostanę też przy przekonaniu o odpowiedzialności elit politycznych za ten stan rzeczy. I nie dam się ponieść pojawiającym się od czasu do czasu euforycznym doniesieniom mediów, że oto udało się na 40-tysięcznym stadionie zgromadzić 15 tysięcy fanów klubu piłkarskiego.