Karton, papier mâché, propaganda

Jeżeli w zespołowym uniesieniu, w naturalnej wspólnej potrzebie nadziei na przetrwanie wszyscy skandują to samo, to powinien jednak znaleźć się choć jeden członek społeczności, który spojrzy w innym niż większość kierunku. To przecież też element zbiorowego bezpieczeństwa. Wszak biblijna „zabłąkana owca” może okazać się bezcenna dla całego stada, gdy to, wyzbywszy się racjonalizmu, kierowane stadnym instynktem, wpadnie w pułapkę.
Podejmowanie dyskusji na temat rządowej polityki walki z pandemią koronawirusa COVID-19 zakrawa nie tylko na szaleństwo, ale i publiczne samobójstwo. Przecież wszystko jest jasne. Rząd działa nieprzerwanie, dzień i noc. Jego politykę wspiera cała niemal opozycja i media od prawa do lewa. Zewsząd, a zwłaszcza z internetowych zakątków słychać zachwyty jacy to jesteśmy wspaniali, najlepsi w Europie, jacy zdyscyplinowani w pozostawaniu w domach! Puste ulice świadectwem naszego patriotyzmu!
Ale coś w tym wszystkim nie daje spokoju. I to nie jedna sprawa.
Rząd zamroził kraj. Na jak długo? Nie wiadomo. W niektórych przypadkach mówi się o dwóch tygodniach, w innych o tygodniu, w jeszcze innych „do odwołania”. Jak długo cały kraj ma być zamrożony? Jak długo nieczynne będą szkoły, żłobki, przedszkola? Jak długo nieczynne będą sieci handlowe, zakłady pracy, które będą zmuszone do zaprzestania działalności nie z tytułu bezpośredniej choroby pracowników ale na skutek pozrywania więzi kooperacyjnych? Przecież eksperci wieszczą, że szczyt zakażeń przypadnie na drugą połowę kwietnia. Niektórzy, gdyż inni uzasadniają, że może to potrwać miesiącami. Czy rząd ma jakiś scenariusz na wypadek, gdy okaże się, że po tych magicznych dwóch tygodniach sytuacja daleka jest od zadawalającej?
Standardy postępowania z epidemią koronawirusa wyznaczyły dla Europy Włochy. Ich śladem poszła Unia Europejska a wraz z nią i Polska. My oczywiście musimy być przy tym najlepsi. Włoska strategia, zapewne podparta wieloma autorytetami z zakresu epidemiologii, zakłada walkę totalną. Do ostatniego niemal wirusa! Takiej właśnie walce podporządkowaliśmy dzisiaj w Polsce wszystko, każdą dziedzinę naszego życia, również religijnego. Ale trzeba wiedzieć, że nie jest to jedyna możliwa strategia. Zgoła inną drogę obrała Wielka Brytania. Wprawdzie kontynentalne media nie szczędzą Brytyjczykom krytyki, w najlepszym razie nazywając decyzje brytyjskiego rządu „wielce ryzykownymi”, to jednak jeśli chwilę się nad nimi zastanowić, to nie trudno dostrzec w nich sporej dawki zdrowego rozsądku.
Tak więc w Wielkiej Brytanii nie zamyka się póki co sklepów, pubów, nie odwołuje się imprez sportowych, nie zamyka się szkół i uczelni. Dlaczego? Brytyjczycy doszli do wniosku, że mechanizm zarażania koronawirusem jest taki, że żadne działania izolujące nie będą skuteczne. Ich zdaniem aby działania jakie podejmują Włosi czy Polacy mogły dać jakiś efekt, stan „pustych ulic” musiałby trwać kilka miesięcy.
Rozumowaniu wyspiarzy zdaje się sprzyjać charakter tej infekcji. Tak więc jasne już jest, że z nowym koronawirusem przyjdzie nam, ludziom, żyć już zawsze. Nigdy już się go nie pozbędziemy. Sporo zakażeń (liczba nieznana) przebiega bezobjawowo lub z objawami bardzo łagodnymi, na ogół traktowanymi przez nosicieli tego wirusa jako zwykłe przeziębienie lub lekka grypa. Przebieg infekcji jest też zazwyczaj łagodniejszy niż przy grypie i śmiertelność na skutek powikłań na podobnym co grypa poziomie statystycznym. Zazwyczaj – za wyjątkiem grup społecznych szczególnie narażonych na powikłania po infekcji koronawirusem COVID-19. Brytyjczycy skupiają się więc na tych najbardziej zagrożonych grupach. Dla nich organizują pomoc, wsparcie, medyczną opiekę. Do tych grup kieruje się przede wszystkim organizacyjną i finansową pomoc państwa. Czyżby Brytyjczycy, idąc zupełnie inną niż Włochy i Polska drogą okazali się skrajnie nieodpowiedzialnymi za swoje państwo, za swoje zdrowie? Jakoś trudno w to uwierzyć.
Tymczasem w naszym kraju ogłoszono „stan wojenny”: totalnej wojny z wirusem COVID-19, której przecież wygrać nie można. Zamknięte granice, szkoły, uczelnie. Ograniczona dostępność do przychodni aptek, zamierająca gospodarka i usługi. I jak przy tym jest nam z tym dobrze! Jak patriotycznie! Jak dumni jesteśmy z tego, że siedzimy w domach, a ulice naszych miast są puste! Dobrze jest dzisiaj, ale za dwa tygodnie, za miesiąc, kiedy zabraknie wielu rodzinom pieniędzy, kiedy ceny (prawo popytu i podaży się kłania) pójdą w górę?
Skutecznie rozpętano psychozę strachu. Już nie zgromadzenie 1000. 100 czy 50 osób jest niemożliwe. Zamierają spotkania towarzyskie, gdyż wobec powszechnej kampanii medialnej, piętnującej każdego kichającego czy smarkającego trudno jest znajomych narażać – nie, nie na wirusa, ale na dyskomfort sytuacyjny.
Na dzień dzisiejszy zmarły w Polsce 3 osoby w wyniku powikłań po infekcji COVID-19. To oczywiście bardzo smutne – tym bardziej, że liczyć się należy z kolejnymi zgonami. Nie wszystkich jednak to martwi. Doradca Prezydenta Polski pozwala sobie na antenie telewizyjnej na skandaliczną uwagę, że epidemia COVID-19 przyczyni się do odmłodzenia polskiego społeczeństwa. Idąc za panem doradcą, nieźle zapewne wynagradzanym ze społecznych pieniędzy, można w epidemii upatrywać ratunku dla ZUS!
Ile jednak w tym czasie było zgonów z powodu powikłań pogrypowych? Media i Ministerstwo Zdrowia milczą a przecież jesteśmy w tradycyjnym okresie wzrostu zachorowań na „konwencjonalną” grypę. Ale mózg mój drąży inne pytanie: ile osób umrze w Polsce na skutek dezorganizacji służby zdrowia, do jakiej doprowadziła polityka rządu. Miałem swego czasu wątpliwie przyjemną sposobność obserwować przez dłuższy czas przychodnię Dolnośląskiego Centrum Onkologicznego we Wrocławiu przy placu Hirszwelda – wiodącej na Dolnym Śląsku placówki. Setki ludzi, siedzących ciasno jak śledzie w beczce jeden przy drugim w wąskich, niewietrzonych korytarzach, stojących z powodu braku krzeseł na schodach i czekających godzinami na przyjęcie przez wspaniałych skądinąd specjalistów DCO. Chorzy onkologicznie to przecież grupa najwyższego ryzyka powikłań po wirusowych infekcjach, to ludzie o obniżonej odporności immunologicznej, którzy z drugiej strony nie mogą sobie powiedzieć: – a, dzisiaj nie pójdę na konsultacje, czy nie zrobię badań lub nie poddam się wyznaczonym zabiegom; – może za miesiąc lub dwa. Mam te korytarze i stłoczonych w nich pacjentów przed oczami i zastanawiam się jaką specjalną opieką ich otoczono.
Ale to nie wszystko. Rząd pozbawił polskich chorych 19 szpitali przekształcając je na placówki dedykowane wyłącznie zakażeniom koronawirusem . Oczywiście dotychczasowi pacjenci rozśrodkowani zostali do innych placówek, ale arytmetyka jest bezwzględna. 19 dużych zazwyczaj szpitali wyparowało. Ile osób w Polsce umrze na choroby zupełnie nie związane z COVID-19, które na skutek tej „reorganizacji” nie otrzymają należnej im opieki lub otrzymają ją za późno?
Jedynym wygranym w tej aferze będzie Prawo i Sprawiedliwość. Rząd się krząta z wielkim zapałem, Premier Morawiecki – Główny Propagandzista Kraju – większość dnia spędza w studiach radiowych i telewizyjnych, społeczeństwo zastraszone, a więc wobec takiego „straszliwego” zagrożenia w naturalny sposób sprzyjające opiekuńczej władzy, opozycja zepchnięta do ciemnego kąta i bardzo ograniczona w możliwościach docierania do wyborców. Z pewnością żaden koronawirus nie spowoduje przełożenia wyborów prezydenckich. Bo niby dlaczego? Dzisiaj PiS ma – dzięki COVID-19 – wygraną w kieszeni, a jesienią, kiedy społeczne i gospodarcze skutki dzisiejszej polityki wyjdą na wierzch może być różnie. Nie można nawet wykluczyć, że antywirusowy „stan wojenny” pod różnymi pretekstami przeciągnięty zostanie aż do dnia wyborów. Choćby po to, aby przed 10 maja nie stawiać głupich pytań typu – po co było go wprowadzać?
No i bonus dla PiS dodatkowy! Zupełnie niezauważona została przez media, również te krytyczne wobec obecnej władzy, znamienna wypowiedź Mariana Banasia, którą ten, zagnieżdżony na fotelu Prezesa NIK zawarł w swoim niedawnym wywiadzie dla jednej z prawicowych gazet. Otóż w morzu deklaracji jak to dzielnie będzie on walczył o niezależność Izby, niejako mimochodem, wspomniał, że ze słynnego domu schadzek, który funkcjonował w jego kamienicy, „korzystało wielu polityków i ministrów”. Na całym świecie, pod każdą szerokością geograficzną takie wyznanie najbardziej w sprawie kompetentnego człowieka musiało by spowodować polityczne trzęsienie ziemi o sile powyżej 9 w skali Richtera. Przecież jeżeli znane są nazwiska, to zakładać trzeba, że uwieczniono je nie tylko na kartkach papieru, ale i na innych nośnikach. Ale dzięki koronawirusowi nikt się tym nie zajmuje, a koleżkowie Banasia otrzymali bardzo wyraźny sygnał: dajcie mi spokój, abo…
Epidemia koronawirusa w jej obecnym wydaniu to wcale nie Apokalipsa. Wystarczyła jednak, aby bezlitośnie obnażyć dotychczasową politykę PiS opartą na kłamstwie, nachalnej propagandzie sukcesu, kreatywnej księgowości budżetowej. Obnażyła zupełny brak przygotowania państwa na takie zagrożenia, o większych nie wspominając. Przede wszystkim obnażyła olbrzymie problemy służby zdrowia: te strukturalne, funkcjonalne, jak też i kadrowe i materialne. Skandal z dwoma miliardami złotych podarowanymi przez pisowski sejm i pisowskiego prezydenta pisowskim propagandzistom miast na potrzeby ochrony zdrowia Polaków jawi się w nowej, mega-karykaturalnej skali. Gorzej, że do tego pisowskiego państwa budowanego z kartonu i papier mâché na fundamentach agresywnej, kłamliwej propagandy wprowadzono potężny zastrzyk dezorganizacji i chaosu. Czarny scenariusz rozpocznie się w Polsce wówczas, gdy PiS utrzyma na fotelu Prezydenta figuranta i przy jego i propagandowych tub pomocy zamieniać będzie swoje klęski na historyczne, wiekopomne sukcesy.

Bez „i”

Artykuł Anny Grodzkiej „O mediach i demokracji” opublikowany na łamach Strajk.eu i Dziennika Trybuna zasługuje więcej niż na uwagę. Temat podniesiony przez Grodzką powinien być kontynuowany w dyskusjach, zwłaszcza w środowiskach demokratycznych. Analiza stanu polskiej demokracji, problemów (lub precyzyjniej: braku problemów) znacznej liczby wyborców, dyktat mediów, aktualna rola mediów publicznych przeprowadzona przez Grodzką jest jak najbardziej właściwa, celna. Niestety, na tym pozytywy tego ważnego artykułu moim zdaniem się kończą. Analiza sytuacji właściwa, ale wnioski i postulaty chudziutkie. Brakło nie tylko przysłowiowej kropki nad „i”, ale również samego „i”.

Proponowane rozwiązania niewiele wnoszą nowego, a nawet umacniają wręcz obecny, wynaturzony system. Przecież finalna propozycja autorki obciążania reklamodawców pokrywania kosztów medialnych kampanii społecznych to właśnie umocnienie wpływu biznesu reklamowego. Dodatkowe koszty pokryją sobie z cen towarów, za które zapłacimy, a proponowany Fundusz Medialny będzie bardzo zainteresowany tym, aby rynek reklam – a więc usług masowego ogłupiania ludzi – był jak największy. Myślę, że nie tędy droga.

Demokratyczna lewica powinna podjąć trud opracowania własnej koncepcji kampanii kreowania przedstawicieli społeczeństwa w instytucjach państwa demokratycznego. Streścić ją można w dwóch słowach: dekapitalizacja i sekularyzacja społecznych kampanii wyborczych.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 98% czytelników, którzy dotarli do tego miejsca mruknie pod nosem coś na kształt: „To przecież niemożliwe! Uczkiewicz zwariował!” i przejdzie do innej lektury. Ale ja chciałbym zwrócić się do tych dwóch procent, do tych ludzi lewicy, którzy nie boją się formułowania celów przez otoczenie uznawanych za szalone, a w każdym razie niemożliwe. Przypomnę tylko nieśmiało, że cały nasz postęp cywilizacyjny, z którego tak jesteśmy dumni, swoje początki zawsze miał w przełamywaniu stereotypów, w sięganiu po niemożliwe.

Problem pierwszy: władza czy odpowiedzialność.

Aby skonstruować nowy, wartościowy model kampanii wyborczej zacząć należ od sedna wyborów. Postawię więc pytanie: dlaczego ciągle, w kółko, mówimy o wyborze WŁADZ. Władz krajowych, wszelkich szczebli władz samorządu terytorialnego, samorządów zawodowych. Jeżeli nawet nasz piękny polski język jest w tym obszarze zbyt ubogi, to jednak cała narracja wokół wyborów dotyczyć powinna ODPOWIEDZIALNOŚCI. Celem wyborów w społeczeństwie demokratycznym powinno być wyłanianie ludzi, naszych przedstawicieli, którym powierzamy ODPOWIEDZIALNOŚĆ za kierowanie biegiem wspólnych spraw, na których cedujemy część własnej odpowiedzialności, abyśmy mogli zająć się na co dzień innym i sprawami a także kontrolowaniem tego, jak nasz mandat zaufanie jest wykonywany. Nie chodzi tylko o to, że w naszej, głęboko zakorzenionej historycznie tradycji, WŁADZA, jest z założenia ciałem obcym, zewnętrznym, wręcz wrogim. Bardziej kojarzy się nam z przywilejami, mechanizmami przymusu. Nie chodzi też o to, że do „władzy” wielu idzie po zaszczyty, wpływy, apanaże. Chodzi też o to, że taki wyścig do władzy jest z gruntu ademokratyczny, aspołeczny.

Z pojęciem „władzy” ściśle związane jest inne pojęcie: „walka”. Każde wybory to u nas jedno wielkie pole bitwy, w której są wygrani i przegrani. Wygrani chodzą w chwale, a przegrani… w niechwale. Statystycznie mandaty w różnego rodzaju organach publicznych uzyskuje około 10% kandydatów. Jeżeli do tego dodać, że każda kampania wiąże się z koniecznością kapitałowego zaangażowania kandydata, to nasze kampanie wyborcze są jedną, wielką machiną produkującą obywateli – frustratów. I do tego frustratów wśród najbardziej wartościowej części społeczeństwa, gotowej czas swój i zdolności poświęcić dla dobra publicznego. Ciekawy jestem czy chociaż w jednej gminnej szkole podstawowej w Polsce przeprowadzono lekcję na temat wyborów do Rady Gminy, w czasie której wszystkich kandydatów prezentowano jako osoby, które publicznie zgłosiły gotowość podjęcia ODPOWIEDZIALNOŚCI za wspólnotę, jako wzór postaw obywatelskich, wzór do naśladowania.

Problem drugi: forsa.

Wielokrotnie zdarzyło mi się słuchać jednego z wojewódzkich liderów SLD, który prosto z mostu przekonywał, że „na pierwsze miejsce na liście bez 100 tysięcy złotych nie ma co startować”. Nie wiem: sto czy dziesięć tysięcy. Ale już sam fakt, że wybory do obywatelskich organów przedstawicielskich kandydat musi traktować jako inwestycję kapitałową jest aberracją. Przecież nieodłącznym elementem każdej inwestycji jest „stopa zwrotu kosztów”. Cały więc system wyborczy petryfikuje wybory jako wyścig o władzę i wpływy. Ale jest jeszcze jedno oblicze tej kwestii: wybory w Polsce są właściwie tylko dla bogatych. Nie mogę pojąć jak lewica może przechodzić do porządku dziennego nad tym, że wybory są w Polsce tylko dla lepiej sytuowanych materialnie, jak może nie reagować na to, że konstytucyjna równość obywateli w czynnym prawie wyborczym jest fikcją.

Wyborami do organów przedstawicielskich w Polsce rządzi pieniądz. Partie polityczne szukają jawnych i skrytych sponsorów (zobowiązania!), zaciągają – podobnie jak wielu kandydatów – kredyty bankowe. Gdzie płynie ta rzeka pieniędzy? Płynie do wszelkiego rodzaju komercyjnych agencji reklamowych i mediów, które kandydatów sprzedają nie przymierzając jak „Najlepszy płyn do higieny intymnej”. Medialne kampanie komercyjne oparte są przecież na doświadczeniach kampanii reklamowych, której podstawowa dewiza, wypracowana jeszcze w początkach minionego stulecia w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej głosi: „Pamiętaj! Jeżeli w reklamie odwołujesz się do racjonalizmu, zdrowego rozsądku, to de facto odwołujesz się do 10% odbiorców”. Dlatego słynne „czarne teczki” Tymińskiego pokonały ikonę polskiej demokracji: Premiera Tadeusza Mazowieckiego. Dlatego czarny PR jest tak skuteczny. Dlatego komitety wyborcze zabiegają, aby na ich listach znaleźli się aktorzy popularnych programów telewizyjnych, znani sportowcy, celebryci. Oczywiście w żaden sposób nie można ograniczać ich czynnych praw wyborczych, ale nie powinni służyć za przynętę na wyborcę w demokracji obywatelskiej. Powyższe praktyki doprowadziły przecież do tego, że poziom merytoryczny, etyczny i kulturalny polskiego Sejmu z kadencji na kadencję spada na łeb na szyję.

Podporządkowanie kampanii wyborczych do organów przedstawicielskich regułom właściwym dla komercyjnej reklamy, oddanie ich w ręce komercyjnych mediów ma jednak jeszcze jeden, o wiele groźniejszy dla demokracji skutek. Każdy z nas niejednokrotnie słyszał slogan, że „kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami”, że „w kampanii wyborczej mówi się różne rzeczy” lub wręcz, że „w kampanii wyborczej kłamanie jest dozwolone”. Medialni komentatorzy często oczekują wręcz „uwodzenia elektoratu przez kandydatów”. Krótko mówiąc przez ostatnie 30 lat demokracji w Polsce kłamstwo wyborcze stało się normą nie tylko polityczną, ale i społeczną. Czy demokratyczna lewica może się z tym godzić?

Kler

Porządkując polski system wyborczy, szukając jego lepszych, społecznie wydajniejszych formuł, postawić należy też tezę o koniecznej sekularyzacji kampanii wyborczych. Sekularyzacji rozumianej jako maksymalne ograniczenie ingerencji kościołów w proces wyborczy. Rozdział kościoła od państwa w tej najważniejszej dla państwa kwestii musi być jasny, jednoznaczny. Również w imię naszej suwerenności zwłaszcza w przypadku Kościoła Katolickiego jego funkcjonariusze i struktury reprezentują interesy państwa obcego. Nie chodzi tu tylko o kwestie kazań głoszonych w kościołach, ale również o odejście od złej tradycji organizowania wyborów w niedziele. Po mszy, w trakcie której często w sposób mniej lub bardziej zawoalowany przekazane zostały instrukcje, wierni gromadnie zmierzają do lokali wyborczych, co razem tworzy określoną zbiorową presję.

Lewica

Lewica w Polsce staje – podobnie jak na całym świecie – wobec podstawowego dylematu: czy być, jak przez minione 30 lat, ruchem politycznym adaptacyjnym czy kreatywnym. Adaptacyjnym, czyli takim, który przystosowuje się do reguł gry ustanawianych przez kapitał, starając się „socjalizować” jego rozwiązania i tam gdzie chcą dodać 10 to domagać się 12, a gdzie chcą zabrać 10 to domagać się 8. Kreatywnym natomiast to takim, który tworzyć będzie własną, nowoczesną wizję demokratycznego społeczeństwa i państwa, który proponować będzie własne, lewicowe rozwiązania systemowe. Stosunek lewicy do fundamentalnej społecznie i politycznie kwestii reguł kreowania ciał ponoszących odpowiedzialność za kraj i ludzi będzie jednym z poważniejszych dla niej sprawdzianem w tym względzie.

Celowo nie przedstawiam tu propozycji własnych założeń do nowego podejścia do kwestii wyborczych – pomieściłem je we wpisie „Kogo i jak wybierać” z lutego 2017 r. Jestem jednak przekonany, że temat „Wybory w społeczeństwie obywatelskim” wart jest pracy grupy lewicowych intelektualistów, idealistów, niebojących się budowania maszyn latających cięższych od powietrza.

Dla dobra Polski i Polaków.

Ostrzegam

Urodziłem się w 1950 roku. W Polsce Ludowej. W tej Polsce się wychowałem i dorastałem. Polsce Ludowej zawdzięczam wykształcenie, zawdzięczam możliwość zetknięcia się z ideologią i ideami lewicy polskiej i międzynarodowej. Jestem i pozostanę człowiekiem lewicy. Polsce Ludowej, mojemu państwu, podobnie jak miliony innych Polaków – służyć chciałem jak najlepiej.

Zasługi Polski Ludowej dla polskiego narodu, dla polskiego państwa są ogromne i niezaprzeczalne. Pierwsza w historii próba zmaterializowania odwiecznych socjalistycznych idei państwa i społeczeństwa wyzwolonych z dyktatu kapitału w postaci państw realnego socjalizmu ujawniła z całą brutalnością nie tylko zalety nowego ustroju, ale również pułapki i niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą taka transformacja. Przez dziesięciolecia społeczeństwo nie kwestionowało nowego ustroju. Przypomnę po raz n-ty, że słynne porozumienia sierpniowe w Szczecinie czy Gdańsku (tu przez krótki moment) podpisywane były pod transparentami „Socjalizm tak – wypaczenia nie!”. Przypomnę, że społeczny i gospodarczy program „Solidarności” były na wskroś socjalistyczne. Ale to poparcie prysło ostatecznie jak mydlana bańka w 1989 r., kiedy to, w pierwszych demokratycznych wyborach władza otrzymała od społeczeństwa czerwoną kartkę.

Podstawową lekcją z okresu Polski Ludowej jest ta, że żaden ustrój autorytarny, choćby kierował się najszczytniejszymi ideami, nie jest w stanie trwale się utrzymać, że tylko model społeczeństwa obywatelskiego, a więc poczuwającego się do współodpowiedzialności za państwo może dać nadzieję na stabilny rozwój. Dlatego ostatnia dekada Polski Ludowej była między innymi okresem burzliwych, głębokich dyskusji o kierunkach reform. Ostatecznie zwyciężyła opcja demokratyczna. Okres transformacji zakończył się 30 lat temu stworzeniem ram prawnych dla gospodarki wolnorynkowej, a później rozwiązaniem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i powołaniem nowej lewicowej partii, o zdecydowanie prodemokratycznym charakterze: Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej. Miałem zaszczyt i honor być uczestnikiem tych przemian. 30 lat temu powiedzieliśmy: po pierwsze demokracja. Demokracja, a więc wolne wybory, państwo prawa, trójpodział władzy, niezależne sądy i media. My, aktywni, zaangażowani obywatele Polski Ludowej opowiedzieliśmy się za demokracją i dzisiaj przyszło nam być jej obrońcami wobec śmiertelnych dla niej zagrożeń.

Demokracja obywatelska miała w nowej Polsce żywot krótki – wnet po 1989 r. rozpoczął się proces jej deformacji, który w ostatnich 6 latach przybrał dramatyczną formę: odwrotu od idei i zasad demokracji obywatelskiej i zwrócenia się ponownie ku autorytaryzmowi, wykorzystującego jedynie procedury demokratyczne do zdobycia władzy. Wyraźnie już jednak widać, że przestrzeganie formalnych zasad państwa demokratycznego nie służy utrzymaniu tej władzy. Stąd nowe elity rządzące Polską brną coraz dalej i głębiej, z coraz większą determinacją w bezprawie, w kłamstwa. Uciekają się do coraz bardziej haniebnych metod politycznych prześladowań osób wyznających odmienne od władzy wartości.

Ze zgrozą oglądam w mediach młodych, zdarza się, że tylko ze średnim wykształceniem hunwejbinów, którzy z żarem w oku, podniesionym głosem do kąta starają się stawiać polskie i międzynarodowe autorytety prawnicze, całe organizacje specjalizujące się tworzeniu i przestrzeganiu standardów państwa demokratycznego. Ze zgrozą i wstydem patrzę na osobę pełniącą urząd Prezydenta mojego kraju, która sanuje bezprawie, łamanie i naginanie ustaw, łamanie Konstytucji.

My, pokolenie 1950, urodziliśmy się w państwie, które wyłoniło się z wojennej pożogi, w państwie o demokracji ułomnej, daleko niepełnej. Ale ONI tworzą w tempie przyspieszonym nowy ustrój autorytarny, nową, o wiele groźniejszą dyktaturę nie z powodów sytuacji geopolitycznej, nie w warunkach powojennej hekatomby i gospodarczej katastrofy. Dążą do nowej dyktatury inspirowani pieniackim zacietrzewieniem osób, które przez lata, na siłę, udowodnić chcą przed wszystkim sądami, że śmierć ich bliskiego nastąpiła z winy lekarzy, inspirowani smoleńskim kłamstwem, cynicznym wykorzystywaniem śmierci bliskiej osoby do zdobycia i utrzymania niekontrolowanej władzy przez jednego, schorowanego starca. W swoim rewolucyjnym żarze umacniani są misjami nowej chrystianizacji Europy i świata. Wbrew wszystkiemu i wszystkim.

Historia i doświadczenia moje i mojego pokolenia uprawniają mnie do powiedzenia głośno i dobitnie: OSTRZEGAM! Ostrzegam przed kontynuacją tego szaleństwa, tego działania wbrew całemu światu, wbrew prawdzie, wbrew zasadom demokracji. ONI – elity nowej władzy, władzy mającej często charakter organizacji mafijnej, zabrnęli za daleko, zabrnęli do miejsca, z którego nie mają już odwrotu. Muszą dalej, z jeszcze większym rewolucyjnym zapałem kreować wewnętrznych i zewnętrznych wrogów, muszą dalej siać niezgodę, jątrzyć, kłamać, łamać prawo. Ale cenę za ich błędy płaci cała Polska. Płaci jako naród i jako państwo.

Nie mam złudzeń, że ONI zawrócą z obranej drogi, że osoby, które publicznie zadeklarowały się po stronie kłamstwa, oszczerstwa, niegodziwości i cynizmu, którzy z nową władzą związali swoje kariery polityczne i zawodowe nagle zmienią poglądy. ONI są już straceni. Ich osądzi historia i, mam nadzieję, niezależne sądy.

Co, jako zwykły obywatel, mogę zrobić  w dniu, w którym Prezydent RP podpisał ustawę „kagańcową”, w którym wszczęto dyscyplinarne i prokuratorskie postępowania wobec sędziego, który chciał stosować w wykonywaniu swych funkcji orzeczniczych prawo unijne i prawo krajowe? Mogę oczywiście brać udział w rożnych protestach, ale mogę też zwrócić się do tych moich znajomych i do tych członków mojej rodziny, którzy kiedyś być może dali się zwieść obietnicom, szlachetnym, ale w gruncie nieszczerym intencjom nowych autokratów, dali wiarę ich kłamstwom: zreflektujcie się! Jest jeszcze czas. Przyjmijcie swoją współodpowiedzialność za przyszłość Polski i ODMÓWCIE OBECNEJ WŁADZY DALSZEGO POPARCIA!

Wycofać się z błędu – to dowód odwagi i dojrzałości. Tkwienie w nim to dowód czegoś wręcz przeciwnego.

SKOK w bok

Okazuje się, że SKOK doi nie tylko polski system bankowy. „Brytyjski państwowy nadzór finansowy po wnikliwym zbadaniu planów rozwoju kasy i sprawdzeniu wiarygodności założycieli wydał licencję na prowadzenie działalności przez Polish Credit Union in United Kingdom – ogłaszał w styczniu 2014 r. dla „wPolityce” senator Grzegorz Bierecki swój kolejny, wielki sukces.

Polska Unia Kredytowa-WB założona została oficjalnie z inicjatywy europosła Ryszarda Czarneckiego. Miał on namówić 21 członków brytyjskiego Stowarzyszenia Techników Polskich, aby ci, przy organizacyjnym i finansowym wsparciu polskich SKOK stali się grupą założycielską Unii. Inicjatywę poparł Instytut Polski Akcji Katolickiej w Wielkiej Brytanii udzielając pomocy organizacyjnej grupie założycielskiej. Największe i najważniejsze wsparcie PUK WB uzyskała już w momencie tworzenia od SKOK w Polsce. Nie jest istotne, czy Ryszard Czarnecki był w istocie inicjatorem przedsięwzięcia, który przekonał do niego senatora Biereckiego, czy też od samego początku był Biereckiego agentem. Ważne jest, że to SKOK udzieliły Unii znaczącej pomocy finansowej (najprawdopodobniej w formie pożyczki) i organizowały szkolenia jej pracowników, a senator od samego początku publicznie trzymał nad Unią parasol. Pierwszym prezesem PUK WB został oczywiście Ryszard Czarnecki, który, w związku z uzyskaniem mandatu eurodeputowanego, zamienił ją w maju 2014 r. na funkcję prezesa honorowego.

PUK WB oferowała rachunki bieżące, depozytowe oraz kredytowe a także udzielanie niskooprocentowanych pożyczek, np. na zakup samochodu. „PCU-UK to bezpieczne miejsce do gromadzenia oszczędności, które służą rodakom, dając im dostęp do taniego kredytu, chroniąc ich przed wyzyskiem lichwiarzy” – mówił w 2014 r. senator Bierecki.

Uroczystości inauguracji działalności PUK-WB w styczniu 2014 r. nadano nadzwyczajną odprawę. Uświetnił ją ambasador RP w Londynie, żona ostatniego prezydenta RP na uchodźctwie, wicedyrektor polskiej Misji katolickiej w Anglii i w Walii, senator Bierecki, Ryszard Czarnecki i wielu innych dostojników.

 

Sielanka trwała całe cztery lata, dokładnie do 30 lipca 2018 r., kiedy to brytyjski FSCS (System Rekompensat za Usługi Finansowe) ogłosił upadek Polish Credit Union (UK) Limited. PUK-WB uznana została za niewypłacalną, niezdolną do wypłacenia pieniędzy swoim 600 członkom. FSCS wkroczył, aby chronić klientów i zwrócić pieniądze zdecydowanej większości członków. Ogółem FSCS wysłało płatności o łącznej wartości ponad 300 000 funtów do prawie wszystkich 600 klientów w ciągu 48 godzin od zgłoszenia upadku Unii. Najprawdopodobniej były to kwoty lokat bankowych rodaków, którzy swoje, ciężko zarobione pieniądze mieli „bezpiecznie oszczędzać”. Źródła internetowe milczą natomiast o losach kredytów udzielanych przez PUK-WB. Przecież zapewne na te kredyty Unia otrzymała na starcie swojej działalności pożyczkę od polskich SKOK.

300 000 GBP to bardzo mała kwota, nawet w skali polskiego systemu finansowego. O wiele bardziej istotny jest jednak sam mechanizm – do złudzenia przypominający ten polski. W Polsce klienci banków zapłacili w sumie (jak dotychczas) około 4,5 miliarda złotych w formie gwarancji PFG dla klientów upadających SKOK-ów. Bez odpowiedzi – póki co – pozostaje też pytanie o wielkość pożyczki, jaką polskie SKOK użyczyły PUK-WB na starcie, oraz – co jest jeszcze ważniejsze – czy pożyczka ta została zwrócona. Jeżeli nie, to cała operacja miała charakter wyprowadzania z Polski za granicę pieniędzy klientów polskich SKOK.  Jeżeli zaś pieniądze zostały z Polski wyprowadzone, to rodzi się pytanie kolejne: dokąd?

Senator Grzegorz Bierecki w okresie działalności PUK-WB, prócz funkcji krajowych, był między innymi prezydentem Światowej Rady Związków Kredytowych (World Council of Credit Unions – WOCCU).

Postawmy tamę Zacofaniu

Nie wiemy nawet kiedy weszliśmy – jako ludzkość – w epokę Zacofania, uwstecznienia intelektualnego. Współczesna cywilizacja, ze swoimi wszystkimi osiągnięciami i zagrożeniami, korzeniami tkwi w epoce Oświecenia, epoce światła i rozumu. Kolejna epoka Romantyzm tak ukształtowanym przez Oświecenie umysłom powiedziała: łam czego rozum nie złamie! sięgaj po nieosiągalne! Dzięki temu między innymi człowiek poważył się na budowę maszyn latających cięższych od powietrza i dzięki temu właśnie zrodziły się współczesne idee socjalistyczne oraz próby ich realizacji. Dzięki temu byliśmy świadkami i uczestnikami dynamicznego rozwoju cywilizacji euro-atlantyckiej.  Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się jednak wskazywać, że genetycznie niemal zakodowane w każdej cywilizacji ziarno autodestrukcji i w naszej obudziło się do życia. Owoce cywilizacji euro-atlantyckiej są wspaniałe, ale są też trujące, zagrażające człowiekowi. Nie chodzi tylko o zagrożenie fizyczne, spowodowane klimatyczną katastrofą, coraz większymi brakami żywności, wody, powietrza. Cywilizacja wyprodukowała narzędzia, które ją samą niszczą. Niszczą zwłaszcza jej fundamenty, którym na imię Oświecenie i Romantyzm.

Dowodów na postępujący proces uwstecznienia intelektualnego człowieka jest aż nadto, Szczególnie widoczne są one w porażce prawdy materialnej z fake-newsami, w  postępującym upadku znaczenia takich wartości jak zdolność do samodzielnego myślenia, odpowiedzialność za siebie i zbiorowość, której się jest członkiem, w zaniku umiejętności rozróżnienia pomiędzy Mądrością, Inteligencją i Wiedzą. Przekłada się to bezpośrednio na zagrożenie dla całych państw i narodów. Czy przypadkiem jest, że to właśnie w dotychczasowych opokach liberalnej demokracji na przywódców wybierani są ludzie niekompetentni, nieobliczalni, ale którzy potrafią lepiej wykorzystywać nowoczesne techniki manipulowania ludzkimi zachowaniami? Żeby nie szukać daleko wystarczy spojrzeć na nasz kraj.

Tymczasem o prymat polityczny i ekonomiczny w świecie zaczynają ubiegać się społeczności zorganizowane na zasadach, którym daleko jest od klasycznych kanonów demokracji. To oczywiście w pierwszym rzędzie Chiny. Ale wyraźnie w ślady Państwa Środka zmierza Rosja, Turcja. Kto jeszcze w świecie pójdzie tą drogą?

Czy jest więc tak, że europejska cywilizacja skazana jest na zagładę? Nie – o ile zda egzamin ze swojej dojrzałości, zdoła obronić swoje wartości wyciągając właściwe nauki z historii i – po raz kolejny wydźwignąć się z kryzysu. A że jest do tego zdolna najlepszym przykładem jest utworzenie Unii Europejskiej  – wspaniałej, profetycznej  odpowiedzi Europy na globalne wyzwania polityczne i ekonomiczne. Kryzys naszej demokracji – fundamentu cywilizacji euro-atlantyckiej – nie spadł z nieba. Nie dokonał się z wtorku na środę. Zarzewia tego kryzysu tliły się w Europie zawsze, tyle tylko, że w ostatnich dwóch dekadach widocznie się zaktywizowały. Aby jednak wybrnąć z kryzysu i to wybrnąć ofensywnie, należy zgłębić jego istotę. Jeżeli bowiem dzisiaj „budzimy się z ręką w nocniku”, to przecież nie chodzi o to, aby po jej gwałtownym wyjęciu natychmiast włożyć ją do innego deuxième  pot de chambre. Jest więc o czym dyskutować.

Polska demokracja wybuchła 31 lat temu, w 1989 r. Wybuchła i właściwie zaraz zgasła. Symbolem jej klęski stał się Stanisław Tymiński, osoba, która tylko dlatego, że była nieznana, że przybyła zza Wielkiej Wody i przed kamerami wymachiwała słynną czarną teczką, pokonała w pierwszych, powszechnych wyborach na urząd Prezydenta Rzeczpospolitej ikonę, opokę niemal polskiej młodej demokracji Tadeusza Mazowieckiego. Jak do tego w ogóle mogło dojść? Istniało zapewne wiele przyczyn tego fenomenu, były one z pewnością wielokrotnie analizowane. Nie siląc się na oryginalność wskażę tylko na niektóre.

Po pierwsze więc tą wyśnioną demokrację elity postsolidarnościowe, które w 1989 r. przejęły odpowiedzialność za Polskę, mechanistycznie wręcz utożsamiły z demokratycznymi procedurami: „mamy wolne wybory więc mamy demokrację!”. Tymczasem wolne wybory to tylko narzędzie do realizacji idei demokracji. Niezbędne, ale narzędzie. Demokracja bowiem to odpowiednie relacje pomiędzy ludźmi, relacje pomiędzy obywatelem i władzą, wreszcie relacje pomiędzy obywatelem i państwem. Sprowadzenie roli i powinności obywatela do wrzucenia kartki z głosem do urny wyborczej – to demokracja w krzywym zwierciadle.

Po drugie, demokratyczne wybory od samego początku zadekretowane zostały jako walka o władzę. Nie jako proces wyłaniania ludzi, którym jako obywatele powierzamy ODPOWIEDZIALNOŚĆ za państwo, ale proces wyłaniania władzy. Władzy nad państwem i obywatelami. Już samo wywyższenie instytucji publicznych określeniem WŁADZA utrwala tradycyjne w Polsce podziały na MY i ONI, separuje obywatela od państwa. Taki standard skutecznie zwalnia obywatela od poczuwania się do odpowiedzialności za dokonany wybór, do stałego monitorowania i kontrolowania działalności osób, którym powierzyliśmy odpowiedzialność za nas, za przyszłość naszych dzieci.

Ten brak poczucia odpowiedzialności szybko uzyskał swoiste uzasadnienie. Ileż to razy słyszeliśmy i czytaliśmy o tym, że kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami, że deklaracje składane w trakcie kampanii są tylko na użytek tej kampanii, że w trakcie kampanii mówi się „różne rzeczy”, czy nawet wprost: że okłamywanie wyborców, uwodzenie ich przez polityków w trakcie kampanii to coś zupełnie normalnego.

Sukces Tymińskiego, jakim było pokonanie w pierwszej turze Mazowieckiego i przejście do drugiej tury wyborów był możliwy również dzięki jego konsekwentnej kampanii negatywnej, której symbolem stały się owe czarne teczki. Nie wiem, czy sam Tymiński był autorem projektu „Tymiński prezydentem RP”, czy też jakieś krajowe bądź zagraniczne „grupy ekspertów”. W każdym razie wstrzelono się precyzyjnie w takie nasze cechy   narodowe jak kłótliwość i zawiść.

Już w czasie kampanii wyborczej zrodziła się też teza, że „lewicy mniej wolno”. Mamy wprawdzie demokrację – mówiono, ale lewica nie może w pełni korzystać z jej dobrodziejstw, zwłaszcza w kwestii współodpowiedzialności za Polskę, gdyż jest „obciążona”. To wówczas, odrzucając ideę grubej kreski Tadeusza Mazowieckiego usankcjonowano podział Polaków na sorty: ten lepszy, wywodzący się „z pnia”, prawicowo-konserwatywnie patriotyczny i ten gorszy, lewicowy, który bez względu na swoje członkostwo w PZPR, Polskę Ludową uznawał za swoją ojczyznę i uczciwie pracował dla jej pomyślności. Ta jawna dyskryminacja niewiele miała wspólnego z demokracją.

Wszystkie powyższe okoliczności nie mogły jednak być decydujące, gdyby nie nowa rola mediów w kampaniach wyborczych. Ta nowa rola wynikała z jednej, świadomej lub nie, decyzji – z komercjalizacji kampanii wyborczych władz publicznych w Polsce. Oczywiście media żywo zainteresowane były wprowadzeniem tej zasad. Rzeka pieniędzy zaczęła regularnie płynąć w ich kierunku. Komercjalizacja kampanii wyborczych znakomicie wzmacniała wszystkie negatywne cechy tych kampanii. Wszak stara amerykańska teza dziennikarska głosi, że czytelnika nie interesuje informacja, że pies pogryzł właściciela, ale że właściciel pogryzł psa. Komercjalizacja kampanii wyborczych wprowadziła również absolutnie sprzeczną z ideą demokracji regułę wykluczenia ekonomicznego. Nie zebrałeś środków na telewizyjne spoty, plakaty, imprezy? – spadaj! Nie tylko partie polityczne zaczęły się zadłużać, ale również sami kandydaci do parlamentu, do rad samorządu terytorialnego.

Na domiar złego, jeżeli już ogłoszono „walkę” to muszą być wygrani i przegrani w tym wyścigu do WŁADZY. A przecież w ogóle nie było przegranych! W żadnych wyborach! Byli tylko ci, których wyłoniono z najlepszych do ponoszenia odpowiedzialności. Przypuszczam, że niewiele jest w Polsce szkół, w których, w ramach wychowania obywatelskiego wskazywano uczniom wszystkich kandydatów do rady gminy jako wzór do naśladowania, jako obiekty należnego szacunku, uznania i naśladownictwa za ich patriotyczną postawę, za zgłoszenie swojej gotowości do służenia sprawom gminnej wspólnoty. Zwyciężył atawizm: przegrany to przegrany – wstyd, nie ma o czym gadać. Statystycznie w wyborach do ciał kolegialnych władz wszystkich szczebli w Polsce „sukces” odnosi co dziesiąty kandydat. Komercjalizacja kampanii wyborczych jest więc jedną wielką maszyną do przerabiania osób o postawach społecznych, patriotycznych na frustratów, często również obciążonych finansowo.

Patrząc wstecz należy odpowiedzieć sobie na pytanie jak zmieniła się sytuacja w Polsce w tych obszarach w ciągu 30 lat? Odpowiedz jest brutalna: na każdym polu pogorszyła się dramatycznie.

Elektorat kupowany jest za publiczne pieniądze i 27% uprawnionych do głosowania obywateli skutecznie legitymizuje antydemokratyczne, autorytarne i moralnie haniebne praktyki władzy. Wysadzono w powietrze trzy filary ustroju demokratycznego: wolę społeczeństwa do obrony i umacniania demokracji, trójpodział władzy i ochronę mniejszości. Komercjalizacja kampanii wyborczych ma się w najlepsze, chociaż prowadzi do wykluczenia z korzystania z czynnego prawa wyborczego osoby niemajętne a kreuje osoby, które z polityką, odpowiedzialnością nie miały wiele wspólnego. Są za to aktorami w popularnych programach telewizyjnych bądź znanymi sportowcami. W efekcie poziom merytoryczny, intelektualny Sejmu kontraktowego z 1989 roku okazał się Himalajami dla następców. Mało tego – degradacja polskiego parlamentaryzmu dokonuje się niejako systemowo z kadencji na kadencję. Dzisiaj poziom merytoryczny i obyczajowy parlamentu jako całości osiągnął wysokość listwy przypodłogowej.

Pod niebiosa natomiast wzniósł się poziom obłudy i wręcz kłamstwa serwowanego gawiedzi przez rządzących. Wojna polsko-polska ma się w najlepsze. Szczucie jednych przeciw drugim, pomawianie, medialne niszczenie osób publicznych, które śmią prezentować postawy niemiłe dyktatorowi, osobie nie ponoszącej żadnej, nawet politycznej odpowiedzialności za skutki swoich decyzji. Coraz częstsze są przypadki wykorzystywania do brutalnej walki politycznej władzy publicznej – w tym, ostatnio, sądowniczej. Największa afera gospodarcza, afera SKOK-ów skutecznie chroniona jest przez rządzących przed rozliczeniem. Afera ta jak również afera GetBack, PFN i wielu, wielu innych połączone z prowadzoną z największą determinacją akcją wzięcia pod but całego wymiaru sprawiedliwości uzasadniają mafijny charakter obecnej władzy. Nie przeszkodziło to tej władzy uzyskać mandat do dalszego zarządzania krajem w demokratycznych wyborach. Mamy więc władzę wybraną demokratycznie a nie mamy demokracji.

Dziennikarstwo publiczne – jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ostatnia reduta etyki dziennikarskiej, zasad rzetelnej informacji, interesu publicznego – jest dzisiaj synonimem stronniczości, dziennikarskiej manipulacji i medialnych nagonek na oponentów. Stygmat „gorszego sortu” rozciągnięty został na przeciwników władzy, którzy w latach 90-tych obsmarkani nosili jeszcze koszule w zębach. Rozciągnięty został z resztą przez ich rówieśników, tak samo w latach dziewięćdziesiątych obsmarkanych, którzy teraz, wyznając zasadę, że komu Bóg dał władzę, temu dał i rozum, za jedyny argument mając arogancję, bezczelność i cynizm, mienią się być wyroczniami w sprawach wszystkich: od skomplikowanej polskiej historii po ekologię i procesy makroekonomiczne w świecie. Uzurpując sobie rolę wyroczni nie stronią też od roli kata, gotowego kijem bejsbolowym usunąć każdego przeciwnika politycznego, są współczesnymi hunwejbinami. Stosunek współcześnie rządzących historii te sprzed 1989 r, i tej po jest książkową ilustracją uwspółcześnienia doktryny Stalina, o tym, że walka klasowa nasila się w miarę postępu budowy socjalizmu. Obecna władza mnoży wrogów na potęgę i walczy mężnie z każdym, nie przymierzając jak święty Jerzy ze smokiem.

Na domiar złego zła władza dostała do rąk oparte na postępie technologicznym, na sztucznej inteligencji potężne narzędzia do ogłupiania ludzi, do odzwyczajania ich od samodzielnego myślenia, od samodzielnego wnioskowania i decydowania, w tym i narzędzia do manipulowania ich zachowaniami wyborczymi. „Chcemy rządzić tak, byście wy (elektorat) mieli święty spokój!” – jeszcze nie tak dawno grzmiał w mediach premier polskiego rządu. Bierne, posłuszne społeczeństwo – oto to, czego trzeba autorytarnej władzy.

Co w tej sytuacji robić? Przede wszystkim łączyć w działaniach wszystkie prodemokratyczne, postępowe środowiska i siły polityczne. Nie można dać się zepchnąć w otchłań niemożności, bezwoli.

Synonimem lewicy, jej historycznym wyróżnikiem, stałym elementem programu była zawsze misja niesienia oświaty do ludu. Czasy Judymów i siłaczek wcale nie minęły – zmieniły się tylko okoliczności i formy pracy u podstaw. Lewica, jeśli lewicą chce być nazwana za jakieś 50 lat, powinna podjąć się programu zastopowania postępującej dehumanizacji, zastopowania procesu uwstecznienia intelektualnego i kulturowego społeczeństwa. Lewica ostrzegać musi społeczeństwo przed zagrożeniami, jakie dla niego niesie współczesny, drapieżny kapitalizm, przed niebezpieczeństwem ubezwłasnowolnienia człowieka przez internetowych manipulatorów. Podjąć winna lewica hasła prawa do własnych przekonań, cnoty samodzielnego myślenia, wnioskowania i decydowania. Rozrastającemu się ciemnemu grodowi przeciwstawić powinna nowy program masowej oświaty, masowego Oświecenia XXI wieku.

W imię Nowej Demokracji, w imię demokracji obywatelskiej lewica zaproponować powinna też nowy, alternatywny sposób prowadzenia kampanii wyborczych, wolnych od wpływów kapitału i kościołów – program dekomercjalizacji i sekularyzacji kampanii wyborczych. Taki model jest możliwy. Mało tego – będzie efektywniejszy społecznie i tańszy niż dotychczasowy.

Wiele jest do zrobienia na arenie międzynarodowej, gdyż żadna postępowa siła nie jest dzisiaj przeprowadzić pozytywnych zmian w swoim kraju w izolacji. Przede wszystkim bronić należy ze wszystkich sił podstawowych wartości Unii Europejskiej, które dzisiaj są w świecie jedną z ostatnich ostoi demokracji obywatelskiej, ostoi społecznego postępu. I nie można dać się zastraszyć groźbami i oskarżeniami o zdradę narodowych interesów przez zacieśnianie więzi z Europą, z Unią Europejską. Unia jest też naszym, polskim domem. To właśnie oddalanie Polski od Europy jest dzisiaj zdradą polskiej racji stanu, niewybaczalnym błędem o katastrofalnych skutkach dla przyszłości kraju. Pilnie też podjąć należy międzynarodowe wysiłki zapobiegające przenikaniu do przestrzeni publicznej algorytmów sztucznej inteligencji, które człowiekowi szkodzą, lub które mogą zostać wykorzystane przeciwko człowiekowi.

Jeżeli nie podejmiemy tych i wielu jeszcze innych działań, to sami przyczynimy się do zniszczenia fundamentów naszego rozwoju duchowego i materialnego. Ale czym je zastąpimy? Obawiam się, że kłamstwem, cynizmem, metafizyką, zabobonami, czyli całą tą mieszaniną błota, piachu, zgnilizny, które Oświecenie i Romantyzm odsunęły tylko – jak się okazuje –  na boki, a które teraz powracają ze zdwojoną siłą. Postawmy Zacofaniu tamę.

Dalej nie ma już nic

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda ogłosił stan okupacji kraju przez Unię Europejską. Prezes wszystkich prezesów, wychodząc z kościoła po nabożeństwie w intencji swojej matki (ciekawe, kiedy będzie nabożeństwo w intencji ojca) wezwał naród do „odparcia zamachu na naszą suwerenność”. Jasne jest już jakie będzie główne hasło na sztandarach PiS w prezydenckiej kampanii wyborczej: „brońmy naszej suwerenności, brońmy naszej wiary”.

Odwołanie się do stanu zagrożenia suwerenności kraju – skąd, w potocznym odbiorze tylko mały kroczek do stanu zagrożenia niepodległości – to w istocie, paradoksalnie, stan zagrożenia PiS-owskiego establishmentu. Wezwanie do „obrony suwerenności i wiary” to najwyższa półka środków mobilizowania społeczeństwa. PiS widocznie uznało, że sytuacja jest na tyle krytyczna, że wszystko postawić należy na jedną kartę, że sięgnąć należy po broń największego kalibru. Dalej nie ma już nic.

PiS sprawowało niepodzielną władzę przez 4 lata, po uzyskaniu poparcia niespełna 19% uprawnionych do głosowania. Przyjmowanie ustaw, również tych o charakterze ustrojowym, w ciągu kilku godzin, bez należnych konsultacji społecznych, często wbrew opiniom parlamentarnych służb legislacyjnych stało się „znakiem firmowym” tej partii. Stało się również manifestacją instrumentalnego traktowania prawa przez PiS oraz wyrazem hołdowania zasadzie faktów dokonanych w polityce. Prezes Kaczyński miał przez cztery lata władzę absolutną. Władzę podbudowaną świetną sytuacją gospodarczą i wodospadem na miarę Niagary obietnic przedwyborczych.  Po czterech latach takiej władzy, w obliczu kolejnej, bardzo ważnej kampanii wyborczej  PiS nie chce jednak odwoływać się do swoich  sukcesów i osiągnięć, a mówiąc wprost: ucieka z tego pola konfrontacji z opozycją. Nic dziwnego. Sejmowa debata budżetowa z 8 stycznia 2020 r. a zwłaszcza świetne wystąpienie Włodzimierza Czarzastego uzmysłowiła Kaczyńskiemu zapewne, że to pole jest dla nich przegrane. Obietnice wyborcze okazały się blefem, premier kraju zyskał przydomek wierutnego kłamcy, instytucje rządowe obrastać poczęły śliską, śmierdzącą warstwą korupcji, nepotyzmu, demoralizacji. Ostateczny cios zadał Kaczyńskiemu jego wierny sługa Marian Banaś okopując się wbrew, politycznym interesom PiS, w gabinecie Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Nie chce więc PiS rozmawiać z „suwerenem” w trakcie kampanii wyborczej o tym, dlaczego zamiast obiecanych 200 000 mieszkań komunalnych wybudowano niespełna 900, dlaczego kolejki do lekarzy specjalistów znacząco się wydłużyły, dlaczego skróceniu uległ statystyczny czas życia Polaka, dlaczego czas oczekiwania na wyrok sądowy zamiast obiecywanego skrócenia wydłużył się, dlaczego obszar nędzy w Polsce, pomimo gospodarczej prosperity, powiększa się dlaczego wreszcie we wszystkich przekazach rządzących dominuje kłamstwo i naigrywanie się z inteligencji rodaków. Nie chce PiS rozmawiać o wzroście cen, tym na dziś i tym na jutro, będących oczywistymi skutkami podwyżek cen energii elektrycznej. PiS, tak bardzo wrażliwy medialnie na śmierć pojedynczego człowieka nie chce rozmawiać o niepotrzebnych zgonach tysięcy Polaków na skutek wzrostu zanieczyszczenia powietrza, braków w dostępności do leków i procedur leczniczych w onkologii, o „naturalnej selekcji” w liczonych już w latach kolejkach do niektórych lekarzy specjalistów, samobójstw z przyczyn ekonomicznych.

Wszystkie te problemy Jarosław Kaczyński postanowił przykryć zagrożeniem najwyższych wartości. Zagrożeniem w ewidentny sposób wyimaginowanym, wirtualnym, medialnym – w żadnym razie rzeczywistym.

Za Kaczyńskim dzielnie kroczy Andrzej Duda, który w krytyce międzynarodowych środowisk prawniczych i uznanych w świecie prawniczych autorytetów PiS-owskiej „reformy” wymiaru sprawiedliwości, sprowadzającej do wzięcia pod polityczny but upatruje zamachu na ustrój i suwerenność Polski. Trudno o większą parodię. Wszak środowiska te, w tym Komisja Wenecka, wskazują na odchodzenie PiS-u od polskiej Konstytucji. W szarży na niezależność sędziów Prezydent polski nie przebiera w słowach. W ostatnim swoim wystąpieniu publicznym  grzmiał podniecony go granic wytrzymałości guzika u kołnierza koszuli o „potrzebie eliminacji ze środowiska sędziowskiego czarnych owiec, tych, którzy nie umieją zachować się uczciwie”. Oczywiście wzorcem prawniczej uczciwości jest sam doktor praw Andrzej Duda, który w pierwszych dniach swojej prezydentury wydał akt łaski osobie nieskazanej, po to, aby nie musiała stawać przed sądem i aby mogła objąć jedno z najważniejszych stanowisk w polskim rządzie. Z pewnością nie miał też Prezydent Duda na myśli tych „wybitnych prawników”, wiceministrów będących wzorem cnót uczciwego zachowania, którzy z Ministerstwa Sprawiedliwości uczynili hejterską centralę lub tych, którzy (prawdopodobnie) sfałszowali listy poparcia kandydatów do KRS. Spirala nienawiści, judzenia, szczucia się rozkręca. Minister Ziobro zamiast pierwszy, w imię transparentności władzy, pokazać publicznie listy poparcia do KRS, usiłuje uczynić z sędziego Juszczyszyna przestępcę, gdy ten wykonując czynności procesowe chce zapoznać się z osławionymi „listami Ziobry”.

Hasło obrony suwerenności ma dzisiaj postać obrony Polski przez międzynarodowymi standardami niezależności wymiaru sprawiedliwości. Czy ta nowa fala nienawiści wylewająca się z ust Kaczyńskiego, Ziobry, Dudy, Jakiego, Szydło i wielu innych PiS-owskich prominentów kiedyś opadnie? Obawiam się, że nie. Obawiam się, że wyzwoli ona naśladowców, wielokrotnie bardziej gorliwych i bezwzględnych. Dramat Prezydenta Adamowicza nikogo w PiS niczego nie nauczył. Jedyna nadzieja w tym, że Polacy, Naród, nie są tak głupi za jakich biorą ich PiS-owscy przywódcy i spindoktorzy.

30 lat temu

W dniach 27 – 30 stycznia 1990 r. w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki obradował kongres założycielski nowej partii lewicowej, wyłaniającej się z rozwiązanej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Miałem honor uczestniczyć w tym ważnym dla Polski wydarzeniu. Po długich dyskusjach przyjęliśmy nazwę Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej (SdRP). Powołanie do życia SdRP i utworzenie struktur tej partii w całym kraju było niewątpliwie największym procesem transformacji ideowej polskiej lewicy w XX wieku. Procesem trudnym, długim, ale skutecznym. Z pewnością niezasługującym na zapomnienie. W naszej kulturze przyjęte jest celebrowanie okrągłych rocznic ważnych wydarzeń. To również nie powinno zostać zapomniane – tym bardziej, że następca i spadkobierca SdRP w zamieszczonym na swojej oficjalnej stronie internetowej dokumencie „Niezbędnik historyczny lewicy” nie zauważa w ogóle istnienia takiej formacji. Powstanie i losy SdRP stanowią źródło wielu różnych refleksji. Ponieważ wpis ten nie aspiruje do opracowania naukowego ograniczę się do zasygnalizowania kilku, moim zdaniem najważniejszych.
Stosunek do SdRP jest więc surowym, ale rzetelnym weryfikatorem wszelkiego rodzaju sloganów, deklaracji o polityce historycznej lewicy, o obronie osiągnięć Polski Ludowej i ludzi, których były dziełem. Prawica oraz postsolidarnościowa lewica szybko obłożyły nową partię swoistą anatemą, czyniąc z niej organizację ponoszącą odpowiedzialność za zbrodnie reżimu stalinowskiego i wszelkie zło okresu Polski Ludowej. Pomimo wielokrotnych publicznych przeprosin głoszonych w imieniu partii przez jej przewodniczącego Aleksandra Kwaśniewskiego, który nota bene przyszedł na świat po śmierci radzieckiego satrapy, szybko zdobyła popularność teza, że „SdRP mniej wolno”. Teza wygłoszona z trybuny sejmowej ochoczo podjęta została przez media dając sygnał, że owszem, mamy już demokrację, ale nie dla wszystkich. Skutki tego fatalnego błędu elit, które w 1989 r. przejęły odpowiedzialność za Polskę dramatycznie wręcz odczuwamy dzisiaj, kiedy z tej wyśnionej demokracji zostały już strzępy, kiedy demokracji pozbawiono jej jądra to jest woli większości jej obrony, kiedy pozbawiono demokrację jej istoty, to jest poszanowania dla mniejszość, kiedy zwulgaryzowano procedury demokratyczne do zasad: zwycięzca bierze wszystko i zwycięzcy nikt nie sądzi.
Wbrew utartemu przez mainstream poglądowi powstanie SdRP nie było aktem „przemalowania”. W istocie było finałem wewnątrzpartyjnych dyskusjach, jakie w PZPR toczyły się zawsze, w różnych formach, które, po tragicznych wydarzeniach 1970 roku, przybrały formę tak zwanych „poziomek”, czyli poziomych porozumień i spotkań dyskusyjnych organizacji partyjnych poza oficjalną pragmatyką. Spotkania i struktury poziome uaktywniły się w momencie zalegalizowania NSZZ „Solidarność”, które było oczywiście przełomowym wydarzeniem dla polskiej sceny politycznej. Jako przedstawiciel Komitetu Uczelnianego PZPR Politechniki Wrocławskiej uczestniczyłem w spotkaniach dwóch takich struktur: akademickiej i akademicko-przemysłowej. To były niezapomniane spotkania między innymi na SGH w Warszawie czy w Hucie Miedzi Głogów, spotkania otwarte dla wszystkich, przesiąknięte głęboką troską o Polskę. I trzeba jasno powiedzieć: idea podzielenia się władzą, zasada tyle socjalizmu ile akceptacji w demokratycznych wyborach wcale nie była dominującą. Tym większy szacunek należy się Mieczysławowi Rakowskiemu, który podjął się dzieła gruntownych reform systemu politycznego i gospodarczego Polski. To z tych ruchów poziomych wyłoniły się główne postaci Kongresu Założycielskiego SdRP.
Tylko niewielka część członków PZPR wstąpiła do nowej partii – z pewnością, z różnych względów, nie wszyscy ci, którzy popierali ustrojowe przemiany. Ale też wstąpienie było aktem indywidualnym, aktem deklaracji poparcia dla demokratycznych zmian i ustroju kraju. Do SdRP wstępowali też ludzie młodzi – pracownicy, studenci. Szybko we Wrocławiu powstała młodzieżowa organizacja: Socjaldemokratyczna Frakcja Młodych, która wnet stała się organizacją ogólnokrajową. Atmosfera tych pionierskich lat była wspaniała. Nikt nie liczył czasu ani wysiłku. Organizowaliśmy kampanie wyborcze, demonstracje – w tym pierwszomajowe, wydawaliśmy ulotki, broszury, gazetki. Rada Wojewódzka wydawała miesięcznik TAMA, który w nakładzie 3000 – 6000 egzemplarzy rozchodził się w województwie i poza nim. Młodzi wydawali swoją BIBUŁĘ. To właśnie ci ludzie przyjęli na siebie, „na klatę” wściekłe ataki postsolidarnościowych „zwycięzców”. Ataki bezpardonowe.
Dzisiaj, kiedy postsolidarnościowe elity doprowadziły do krytycznego kryzysu demokracji w Polsce, kiedy odradzają system autorytarny, członkowie-założyciele SdRP mogliby czuć się oszukanymi – przecież nie oto chodziło! Ale tak z pewnością nie jest. Demokracja w Polsce wymaga dzisiaj obrony i jestem pewien, że członkowie – założyciele stoją po właściwej stronie. Dlatego dzisiaj nie można w wiarygodny sposób kreować się na obrońcę dorobku Polski Ludowej bez docenienia wysiłków tych liderów PZPR, którzy do transformacji doprowadzili jak również wysiłku i poświęceń tysięcy ludzi polskiej lewicy, którzy nową, socjaldemokratyczną partię tworzyli.
Niedawna zaproponowałem w Internecie utworzenie Grupy „SdRP 001”, zrzeszającej członków-założycieli, noszących legitymacje o jednakowym numerze 001. O przyjęcie do grupy zaczęli wnosić również koledzy, którzy wprawdzie nie byli delegatami na Kongres, ale którzy czynnie angażowali się w tworzenie struktur nowej partii w 1990 r. Swoją prośbę o członkostwo grupy jeden z kolegów, wówczas młody student, dzisiaj uznany autorytet naukowy prośbę swoją uzasadnia tym, że jego zdaniem „SdRP była jedyną, prawdziwą organizacją lewicową lat 90-tych”. 30-ta rocznica utworzenia SdRP powinna być okazją nie tylko do przypomnienia samego Kongresu, ale i do przypomnienia tych trudnych, pionierskich dla nowej polskiej lewicy lat. Proponuję, aby Sojusz Lewicy Demokratycznej zorganizował w najbliższym możliwym terminie ogólnopolskie seminarium poświęcone powstaniu Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, by zaprosić na nie zarówno członków – założyciel partii, oraz tych, którzy w jej tworzenie czynnie się zaangażowali. Z pewnością nie będzie takie seminarium spotkaniem nostalgicznym. My, członkowie-założyciele SdRP zawsze patrzymy w przyszłość.

Bat, albo mordy w kubeł!

12 grudnia 2019 r. Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło swego rodzaju stan wojenny na terenie całego kraju. Wojnę wypowiedziano niezależnemu sądownictwu, a w ten sposób i całemu społeczeństwu. Już od dawna odbywały się różne harce, potyczki, mniejsze lub większe bitwy. Teraz jednak nastąpiła eskalacja, przejście na wyższy poziom, rozpoczęcie starcia decydującego i otwartej konfrontacji z Unią Europejską. Stało się tak za sprawą publikacji 12. grudnia 2019 r. projektu ustawy o zmianie ustawy „Prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw”. Trzeba głośno powiedzieć, że zamierzana ustawa jest aktem wobec stanu sędziowskiego na wskroś represyjnym. Ustawa sprowadzić ma polski system sądowniczy do organu administracyjnego posłusznie wykonującego polecenia władzy politycznej i wykonawczej, wsłuchany w oczekiwania i życzenia tej władzy. Wprowadzenie w życie zapisów projektu spowoduje odsianie sędziów niezależnych, wiernych misji wyznaczonej dla nich w Konstytucji a pozostawienie i nabór sędziów politycznie oddanych PiS oraz wszelkiej maści oportunistów, karierowiczów i koniunkturalistów. Jakość stanu sędziowskiego poleci na łeb na szyję.

Trudno znaleźć właściwe słowa, którymi należałoby opisać działania PiS. Nawet najcięższe przekleństwa, obelgi nie są w stanie oddać całej ohydy, podłości i szkodnictwa zarazem działań Prezydenta RP i politycznych władz PiS w ich walce z niezależnymi sądami. Gdy widzę i słyszę Andrzeja Dudę, który z wybałuszonymi oczami, nabrzmiały i zaczerwieniony od złych emocji obraża niezależnych polskich sędziów wskazując ich jako wrogów Narodu i zapowiadającego rozprawienie się z nimi, gdy czytam projekt wyżej wspomnianej ustawy – nie mam wątpliwości. To wojna bezpardonowa, w której władza brać jeńców nie będzie.

Dawno temu pisałem, że Prawo i Sprawiedliwość, wszczynając wojny na różnych frontach, znalazło się w klasycznej sytuacji „szyszki w rectum”. Poruszać można się tylko w jedna stronę, lecz efekty będą coraz dotkliwsze i coraz bardziej bolesne. Ale PiS nie ma wyjścia, nie może dopuścić do utraty władzy. Będzie jej bronił za wszelką cenę. Nie może dopuścić do rozliczeń gospodarczych i politycznych afer, których liczba tych poważniejszych dawno już przekroczyła 100, a złotówkowe wartości strat idą w miliardy. PiS nie może dopuścić do tego, aby obywatele mogli korzystać z prawa do wzruszania orzeczeń sądów wydanych przez dotknięte wadą prawną składy sędziowskie. Liczba takich spraw zbliża się do 100 tysięcy. Dlatego ujarzmienie, wzięcie pod but całego wymiaru sprawiedliwości od początku stało się głównym celem Nowogrodzkiej i przyległości.

Projekt wspomnianej ustawy jest szeroko komentowany przez prawników i polityków, więc ograniczę się tylko do dwóch jej wątków. Pierwszy to art. 107 projektu: „Art. 107. § 1. Sędzia odpowiada dyscyplinarnie za przewinienia służbowe (dyscyplinarne), w szczególności za: oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa, w tym odmowę stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z Konstytucją lub umową międzynarodową ratyfikowaną za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny;

Ten przepis ustanawia ni mniej, ni więcej tylko nadrzędność polskiego systemu prawnego nad systemem unijnym. Powoływanie się sędziów na orzeczenia TSUE staną się podstawą do wszczęcia wobec nich postępowania dyscyplinarnego, o ile w danej sprawie nie wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny. Trybunał, który – o czym pamiętać trzeba we dnie i w nocy – jest dzieckiem publicznego, zbiorowego i wielokrotnego gwałtu PiS na Konstytucji i na szeregu ustaw. Ten gwałt, to także gwałt na tych wszystkich Polakach, którzy w referendum zatwierdzili Akt Zasadniczy. To znamienne, że tak wrażliwe na postawy „suwerena” PiS wyciera sobie nos wynikami referendum w 1997 r., w którym prawie 54% Polaków biorących w nim udział powiedziało Konstytucji TAK.

Wspomniany przepis oraz szereg innych, rażąco sprzecznych nie tylko z unijnym prawe, ale idących pod prąd ostatniego orzeczenia TSUE w sprawie niezależności KRS to de facto otwarcie procedury wystąpienia Polski z Unii Europejskiej. Z pewnością Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zareaguje na uchwalenie takiego aktu prawnego, podobnie jak Komisja Europejska, odpowiedzialna za przestrzeganie przez państwa członkowskie postanowień traktatowych. Uczynnią tak nie przejęci miłością do Polski i Polaków, ale w obronie spójności całej Unii.  Należy jednak pamiętać, że Unia zrobi wiele dla obrony praworządności w Polsce, ale nie zrobi nic za nas, Polaków.

Chichotem historii jest to, że projekt ujrzał światło dzienne w przeddzień rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Stan wojenny był właśnie rozpaczliwą reakcją władz legalnego państwa na śmiertelne dla tego państwa zagrożenie. Najwyraźniej państwo a la PiS musi czuć się poważnie zagrożone. Uznano, że wirusy olsztyński i katowicki są dla tego państwa śmiertelne i wszelkimi sposobami należy powstrzymać ich rozprzestrzenianie się. Stąd ten projekt i dlatego, między innymi art. 9d o treści: „Przedmiotem obrad kolegium i samorządu sędziowskiego nie mogą być sprawy polityczne, w szczególności zakazane jest podejmowanie uchwał wyrażających wrogość wobec innych władz Rzeczypospolitej Polskiej i jej konstytucyjnych organów, a także krytykę podstawowych zasad ustroju Rzeczypospolitej Polskiej.” Na miłość Boską! – jak powiadają marksiści. Co dzisiaj nie jest sprawą polityczną, skoro za taką uznaje się zobowiązanie organu administracyjnego do przekazania sądowi ważnego dla toczącej się sprawy dokumentu, który w żaden sposób nie podlega ustawom o ochroni informacji niejawnych, czy o ochronie danych osobowych, dokumentu, o obowiązku ujawnienia którego  przesądził Najwyższy Sąd Administracyjny?! Za polityczne, „wyrażające wrogość wobec władz” i krytykę „podstaw ustrojowych” już uznano  zapytanie katowickiego sądu w sprawie prawidłowości powołania sędziów przez nową KRS! Zapis art. 9d jest groźny, gdyż zawiera sformułowania bardzo nieostre, rozciągliwe do granic wszechświata. Idealny bat w rękach polityków, tak zaprawionych w interpretacjach i nadinterpretacjach. Bat, albo mordy w kubeł!

Politycznie umeblowany Trybunał Konstytucyjny wespół z podobnie powołaną KRS, a szczególnie jej Izbą Dyscyplinarną działając pod kierunkiem i parasolem ministra sprawiedliwości, patrona rządowego hejtu w społecznościowych mediach wobec niepokornych sędziów będzie gwarantem niezależności i apolityczności polskiego sądownictwa. Arogancja, bezczelność, hipokryzja władzy wielokrotnie przerosła Himalaje.

Nadchodzi kolejny czas próby dla stanu sędziowskiego i dla obywatelskiego społeczeństwa. Ale też czas próby dla demokratycznej opozycji. Dyskredytowanie represyjnej wobec sędziów ustawy, będącej jawnym zamachem na niezależność sędziowskiego stanu to za mało. Za mało też zwracania się do Unii Europejskiej o pomoc. Potrzebna jest nie tylko jasna alternatywa dla pisowskiego państwa. Równie ważne jest wskazanie drogi i sposobów wydobycia Polski z tego szamba, w które po pachy wepchnął nas PiS. Doskonałą ku temu sposobnością będzie prezydencka kampania wyborcza. Oczekuję, że właśnie na wydobyciu Polski z tego głębokiego kryzysu ustrojowego, politycznego i społecznego skupią się kandydaci na prezydenta z lewicy, PO czy PSL. Dla mnie będzie to dzisiaj jedno z podstawowych kryteriów przy podejmowaniu wyborczej decyzji w przyszłym roku. Naprawianiu polskiego systemu sądownictwa po wandalizmie pisowskim zacząć należy od odrodzenia sędziowskiego samorządu. Ale nie tylko o samorząd sędziowski chodzi. Odrodzenie, umocnienie samorządności powinno być jednym z głównych elementów demokratycznej alternatywy dla całego państwa a la PiS. Nową Polskę oprzeć należy na samorządach właśnie: na samorządach terytorialnych, zawodowych, gospodarczych. Samorządność morze być rodzajem odtrutki na pisowski jad, który poraża państwo. Mamy tylko cztery lata na przygotowanie takiej alternatywy.

Smutna historia pewnego orła

Logo Najwyższej Izby Kontroli jest dzisiaj powszechnie znane, ale na potrzeby tego wpisu przypomnę je. Wygląda ono tak:

 

Jego historia jest następująca. Gdzieś, chyba w 1997, wystąpiłem na posiedzeniu Kierownictwa NIK z propozycją sporządzenia jakiegoś logo naszej instytucji, którym znaczyć będziemy wszystkie dokumenty i wydawnictwa niewymagające oficjalnego godła państwowego i które będzie znakiem rozpoznawczym Izby. Prezes Wojciechowski bez entuzjazmu, ale  na tą propozycję przystał, powierzając mi doprowadzenie sprawy do końca. O sporządzenie kilku wariantów logo zwróciłem się do znanego warszawskiego grafika, specjalizującego się w tych formach graficznych. Po kilku miesiącach wylądowały na moim biurku trzy propozycje, z których ta powyżej najbardziej przypadła mi do gustu. Zapytałem jednak autora skąd pomysł na zawijasy. Odpowiedź artysty była znamienna:

– Te zawijasy mają nawiązywać do grafiki przedwojennych obligacji skarbowych i bankowych. Grafika taka miała na celu utwierdzać ich posiadacza, nabywcę o wiarygodności emitenta, stanowiła niejako graficzny symbol tej wiarygodności. A cóż Panie Prezesie jest najważniejsze dla instytucji, którą Pan reprezentuje? Właśnie wiarygodność.

Kierownictwu NIK przedstawiłem wersje logo ze zdecydowanym wskazaniem na ten właśnie wariant.  Używanie logo było z początku ograniczone, ale bardzo szybko rozprzestrzeniło się na wszystkie aspekty działania Izby: od oficjalnych dokumentów przez wydawnictwa do materiałów promocyjnych.  Ten znak graficzny jest ważny nie tylko dla zewnętrznych odbiorców NIK-owskich materiałów. Codziennie przypomina on również wszystkim pracownikom NIK o ich powinności strzeżenia tej wartości, jaką jest wiarygodność.

Dlatego trafia mnie wszystko, co może mnie trafić, gdy w mediach oglądam zdjęcia jak to:

Spodziewałem się

Mój wpis na blogu „Sepuku” (z japońskiego nigdy nie byłem dobry) spotkał się z reakcją w postaci artykułu Zygmunta Tasjera „Harakiri z tym seppuku” w dzisiejszej Trybunie. I bardzo dobrze – spodziewałem się tego.  W końcu artykuły są po to, aby wywoływały dyskusję. Z tym jednak związana jest szczególna historia. Wpis „Sepuku” popełniłem 20.listopada. Wpis na blogu jest zawsze bardziej osobisty i emocjonalny niż regularny artykuł publicystyczny w gazecie. Tak się utarło, że dziennik „Trybuna” przedrukowuje niektóre moje wpisy. Nie mam nic przeciwko, gdyż w końcu to coś takiego jak internetowe „udostępnianie”, tym bardziej, że z racji moich publikacji w „Trybunie” nie pobieram żadnych wynagrodzeń.

W przypadku „Sepuku” było jednak inaczej. Doszedłem otóż do wniosku, że jest to wpis nazbyt osobisty i emocjonalny jak na  publikację gazetową, toteż uzgodniłem z naczelnym, że nie będą go zamieszczać. W zamian przesłałem  inny artykuł na ten sam temat: „Przed Konwencją SLD”, który opublikowany został przez dziennik. Był to artykuł mniej emocjonalny, a przede wszystkim pogłębiony o kwestię amerykanizacji polskiego życia politycznego na przykładzie przemian jakie przechodzi SLD. Ta amerykanizacja ma się w Polsce bardzo dobrze. Jej przejawem jest komercjalizacja kampanii wyborczych, a ostatnio, za przykładem USA, próby ogłupiania wyborców narzędziami informatycznymi rodem z Ameryki. Teraz stajemy przed nową dla nas, a starą w USA formułą partii politycznych, która sprowadza się po pierwsze petryfikowania aktualnego system społeczno-gospodarczy, po drugie zaś do uczynienia z wyborów systemu reelekcji, a w wielu przypadkach dziedziczności mandatów parlamentarnych. Jakież było moje zdziwienie, gdy w następnym numerze „Trybuny” ukazał się jednak mój wpis „Sepuku”. Widocznie redakcja przeżywała kryzys materiałów i musiała czymś wypełnić łamy.

Tak czy inaczej w dzisiejszej „Trybunie” Z. Tasjer usiłuje pryncypialnie „przejechać się z góry na dół” właśnie po tym wpisie analizując każdy niemal jego akapit. Niemal, gdyż pominął kilka bardzo istotnych tematów. Nie zamierzam polemizować z każdym akapitem artykułu Z.Tasjera, chociaż gotowy jestem do takiej szczegółowej debaty.  Do kilku kwestii trudno mi się jednak nie odnieść  a zwłaszcza do najważniejszej konstatacji Z.Tasjera pomieszczonej na samym końcu. Swój komentarz do artykułu „Harakiri z tym seppuku” zamieściłem w elektronicznym wydaniu „Trybuny”. Ponieważ jednak nie wszyscy czytelnicy „Trybuny” sięgają tą wersję elektroniczną dziennika, treść mojego komentarza zamieszczam poniżej:

„Jacek Uczkiewicz pisze:

4 grudnia 2019 o 13:18

  1. Nie wdając się w szczegóły zacznę od końca, od sprawy dla mnie i – jak się okazuje – dla autora artykułu najważniejszej. Choć oceny mamy różne. Właśnie prowadzenie partii „w nieznane”, czego autor nie kwestionuje, ja uważam za najprostszą drogę do zbiorowego hara-kiri, czy też seppuku polskiej lewicy.
    2. W pełni podtrzymuję swoją tezę, że obecny stan (określę go jako stan terminalny) SLD jest rezultatem wielu lat kierowania partią w sposób, w którym tzw. pragmatyzm polityczny całkowicie przesłonił wartości ideowe. Służę konkretnymi przykładami mojej tezy, że pragmatyzm polityczny, który nie służy realizacji idei prowadzi do politycznego oszustwa. Ktoś kiedyś przejmował odpowiedzialność za partię na różnych szczeblach. Obecny stan SLD obciąża przede wszystkim kierownictwa tej partii. I właśnie z historii SLD wyciągać należy wnioski na przyszłość polskiej lewicy, aby prowadzić partię dokądś.
    3. Tak, program „Polska jutra” jest dobry… – na jutro. Ale nie wychodzi naprzeciw najpoważniejszym wyzwaniom, jakie dla człowieka niesie współczesność. Nie jest programem strategicznym, nie prezentuje lewicowej wizji państwa pojutrza, a w związku z tym nie ma szans na akceptację „lewoskrętnej” młodzieży. Bardzo ważne treści obyczajowe, społeczne i ekologiczne nie są wystarczające, zwłaszcza gdy nie są powiązane z wizją gospodarki.
    4. Sugestie, że nie lubię Czarzastego są nieuprawnione i nie na miejscu. Autor próbuje otworzyć nową, personalną płaszczyznę dyskusji. Osobiste uczucia są tu zresztą bez znaczenia. Od kilku lat obserwuję natomiast, i daję temu wyraz, że idea likwidacji SLD przesłoniła inne obszary myślenia i działania Przewodniczącego. Wyraźnie piszę: „likwidacji” a nie przekształcenia.
    5. Na koniec. Wiele swoich publikacji poświęciłem konkretnym, konstruktywnym w moim odczuciu propozycjom dla SLD i polskiej lewicy. Odsyłam autora do nich.