100 lat NIK. Finał słodko-gorzki

Każde demokratyczne państwo posiada mniej więcej podobny zestaw instytucji stanowiących jego podstawy, takich jak parlament, urząd prezydenta, premiera, radę ministrów, trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy i jeszcze innych kilka. W każdym demokratycznym państwie elementem jego fundamentu instytucjonalnego jest zewnętrzny, państwowy organ kontrolny. W przypadku Polski jest nim Najwyższa Izba Kontroli.

NIK obchodziła stulecie swojego powołania. Odbyły się konferencje, były oczywiście medale, odznaczenia. Zwieńczeniem obchodów setnego jubileuszu Izby była uroczysta gala  w Teatrze Narodowym, wypełniona pracownikami NIK i zaproszonymi gośćmi, wśród których byli Przewodniczący INTOSAI  i EUROSAI (światowej i europejskiej organizacji zrzeszających najwyższe państwowe organy kontrolne) oraz Prezes Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. Były i okolicznościowe wydawnictwa (fot. NIK):

Niestety, tą galę oceniam nisko, jako państwową imprezę III (najniższej) kategorii. Lecz stało się tak nie za sprawą NIK, lecz za sprawą PIS-owskich polityków. Na gali nie pojawił się ani marszałek Sejmu, ani Senatu, premier, czy któryś z wicepremierów. To musi bulwersować tym bardziej, że NIK konstytucyjnie wspomaga właśnie parlament  w wykonywaniu jego nadzorczych obowiązków względem rządu. NIK istotnie przyczynia się do podnoszenia jakości ustaw. NIK wreszcie pomaga rządowi i jego administracji w doskonaleniu jego pracy.

Występowała wprawdzie pani wicemarszałek Dolniak, ale właściwie to prywatnie. Marszałka Sejmu reprezentował  oficjalne przewodniczący Sejmowej Komisji d.s. Kontroli Państwowej i on odczytał okolicznościowy adres szefa Sejmu. Marszałka Senatu reprezentował zaś zwykły senator – fakt, niegdyś pracownik NIK. Jedynym wysokim funkcjonariuszem publicznym osobiście zaszczycającym obchody 100-lecia działalności Najwyższej Izby Kontroli był Rzecznik Praw Obywatelskich.

Marszałkowie Sejmu i Senatu, premier rządu, dopuścili się moim zdaniem  obrazy Najwyższej Izby Kontroli. Obrazy jej 100-letniej służby polskiemu państwu. Dopuścili się obrazy wszystkich obecnych i byłych pracowników Izby. Nawet, jeżeli pokazanie NIK pleców tłumaczyć by chcieli względami personalnymi, na przykład niechęcią do obecnego Prezesa, to swoim zachowaniem potwierdzili tylko swoją małostkowość nie licującą z godnością piastowanych stanowisk. Nic ich nie tłumaczy – po prostu stuletni skandal na stulecie krajowych obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Źle to również wróży przyszłości Izby i przyszłości niezależnej, zewnętrznej kontroli.

Nie spadła by też z głowy korona premierowi, gdyby osobiście podziękował Izbie za wspieranie jego i jego poprzedników w trudnym dziele doskonalenia zarządzania państwem.

Na szczęście na poziomie stanęła sama Izba.  To, co dla mnie było najważniejsze to to, że w okolicznościowych prezentacjach takich jak monumentalna księga „Najwyższa Izba Kontroli – 100 lat troski o państwo” oraz  specjalna wystawa prezentowana w Teatrze Narodowym ( https://www.nik.gov.pl/o-nik/100-lat-nik/wystawa-na-stulecie-nik.html  ), w rzetelny sposób przedstawiono złożone losy i działalność Izby w całym stuletnim okresie. To teraz rzecz rzadka. Izba należy do nielicznych instytucji państwowych  (a może jest już jedyną) , które nie wstydzą się swojej przeszłości, w tym i okresu Polski Ludowej, tak zawzięcie dezawuowanego nie od dzisiaj przez media wszystkich niemal proweniencji. Chapeau bas!

W opracowaniu „Najwyższa Izba Kontroli – 100 lat troski o państwo” znalazło się kilka wzmianek o mnie, z czego jestem rad i kilka fotografii, z których jedną muszę jednak, z życzliwym w duszy i na twarzy uśmiechem,  skomentować.  Odrobina humoru z pewnością nie zaszkodzi dostojnemu jubileuszowi. Oto ona z podpisem: „Wiceprezes Uczkiewicz prezentuje dorobek swojej działalności zawodowej w latach 2013 – 2016” (fot. Z. Swoczyna)

Oczywiście mierzenie dorobku zawodowego wiceprezesa NIK  liczbą przeczytanych i skomentowanych stron jest dużym uproszczeniem, ale, jeżeli już, to prezentowana sterta jest ledwie połową całości. Jest to po prostu ostatnie przed opuszczeniem Izby czyszczenie szaf 😉

Czy jesteśmy padlinożercami?

Ujawniony ostatnio przez dziennikarzy skandal z kierowaniem przez jednego tylko „przedsiębiorcę” do przetwórstwa mięsa padłych krów, w większości niebadanego weterynaryjnie, szokuje opinię publiczną w kraju i za granicą. Ministrowie 14 państw, do których ten „przedsiębiorca” wysyłał mięso wychodzą z siebie, aby wykazać, że dbają o zdrowie swoich obywateli. Rząd jednego tylko państwa, którego obywatele skonsumowali 2/3 padliny z owego zakładu, zachowuje dostojną powściągliwość, prezentując wszem i wobec siłę spokoju.

A przecież dla każdego fundamentalnym jest pytanie, czy to tylko jeden taki zakład przetwórstwa w Polsce? Czy jest to epizod, czy po prostu ujawniono fragment olbrzymiej, przestępczej machiny.

Nieco światła na ten problem rzuca opublikowana w 2016 r. informacja o wynikach kontroli NIK „Działania organów administracji rządowej na rzecz bezpieczeństwa żywności” (https://www.nik.gov.pl/kontrole/P/15/050/). Oto kilka wyimków z tego raportu:

„Nie w pełni skuteczne były natomiast działania Inspekcji Weterynaryjnej dotyczące bezpieczeństwa żywności, przede wszystkim w zakresie nadzoru nad ubojami zwierząt w gospodarstwach i utylizacją powstających w ich wyniku odpadów szczególnego ryzyka. Stwierdzono duże rozbieżności pomiędzy danymi prezentowanymi przez Główny Urząd Statyczny a danymi pochodzącymi z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz sprawozdawczością Inspekcji Weterynaryjnej. Rozbieżności te dotyczył głównie liczby zwierząt poddanych ubojowi i objętych badaniami weterynaryjnymi. Nie weryfikowano także uprawnień do uboju zwierząt w gospodarstwach. Bieżący nadzór sprawowany przez powiatowych i wojewódzkich lekarzy weterynarii był niewystarczający, co przyczyniło się do lekceważenia norm prawnych w tym zakresie i w konsekwencji doprowadziło do niekontrolowanego i nielegalnego wprowadzania do obrotu na rynku krajowym mięsa i jego przetworów oraz zdeprecjonowania zasad bezpieczeństwa żywności w tym obszarze.”

Działania Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi na rzecz bezpieczeństwa żywności były niespójne, fragmentaryczne i łagodziły jedynie doraźnie skutki nieprawidłowości stwierdzanych przez Inspekcję Weterynaryjną. Nie wprowadzono skutecznych, systemowych mechanizmów nadzoru m.in. nad sprzedażą targowiskową, ograniczających ryzyko wprowadzania do obrotu produktów pochodzenia zwierzęcego bez kontroli sanitarnoweterynaryjnej.”

stwierdzono duże rozbieżności pomiędzy danymi prezentowanymi przez Główny Urząd Statystyczny a danymi pochodzącymi z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz sprawozdawczością Inspekcji Weterynaryjnej. Rozbieżności te dotyczyły głównie liczby zwierząt poddanych ubojowi i objętych badaniami weterynaryjnymi. I tak:

– w badanym okresie występowały stosunkowo niewielkie różnice w danych GUS i ARiMR dotyczących pogłowia świń i bydła, w porównaniu do liczby ubitych i zbadanych zwierząt obu gatunków, wykazywanych w sprawozdawczości IW. …

– drastycznie różnice natomiast stwierdzono między liczbą ubitych świń w ramach uboju gospodarczego (na użytek własny) wskazaną przez ARiMR i GUS, a liczbą świń z tych gospodarstw przebadanych przez IW na obecność włośni. Dane te wskazywały, że badaniami tymi nie objęto mięsa od 1.415,8 tys. Sztuk świń w 2013 r. i 1.067,3 tys. sztuk świń w 2014 r., tj. około 70-80 tys. ton tusz wieprzowych.

– analogiczne różnice odnotowano w uboju gospodarczym młodego bydła w wieku do szóstego miesiąca (cieląt). Liczba cieląt ubitych w gospodarstwach według danych GUS była prawie pięćdziesięciokrotnie wyższa, niż liczba takich cieląt zarejestrowana w systemie informatycznym ARiMR. Odsetek zwierząt ubitych poza rzeźniami i nieobjętych badaniami weterynaryjnymi wyniósł około 95%, a według danych IW w 2013 r. i 2014 r. badaniem poubojowym objęto zaledwie ułamek procenta cieląt ubitych w gospodarstwach (odpowiednio 224 i 143 sztuki)”

Na różnice dotyczące skali uboju gospodarczego oraz niezagospodarowanie odpadów poubojowych wskazywała w 2012 r. Rada Gospodarki Żywnościowej … W przedstawionym Ministrowi RiRW raporcie określono skalę szarej strefy w przypadku trzody chlewnej na 15 – 20% ogółu zwierząt poddawanych ubojowi, w przypadku cieląt na 70 – 80%, natomiast obrót mięsem i przetworami mięsnymi nawet na 25% całej produkcji. Wprowadzanie do obrotu mięsa niezbadanego pod względem sanitarnym w zasadniczy sposób zwiększa ryzyko zakażeń drobnoustrojami, mogącymi stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia człowieka.”

I na koniec wisienka:

W MRiRW nie przeanalizowano przyczyn występowania rozbieżności w danych dotyczących uboju gospodarczego. Pomimo posiadania informacji o skali nielegalnego uboju i możliwości wprowadzania mięsa do obrotu nie podjęto w okresie objętym kontrolą działań w celu zredukowania pojawiających się ewentualnych zagrożeń. Ponadto, stwierdzenie Ministra RiRW, że istniejące rozbieżności wynikają tylko z różnych metod statystycznych świadczy w ocenie NIK o bagatelizowaniu problemu”.

Oczywiście Izba sformułowała wiele wniosków pokontrolnych, w odpowiedzi na które Ministerstwo zadeklarowało :

„…że podjęte zostaną prace nad przeglądem przepisów zawartych w ww. rozporządzeniu oraz zostaną przeanalizowane wszelkie pozytywne i negatywne aspekty potencjalnych nowych rozwiązań i mechanizmów usprawniających zarówno efektywność nadzoru Inspekcji Weterynaryjnej, jak i gwarantujących właściwe postępowanie posiadaczy zwierząt w kwestii zagospodarowania materiału szczególnego ryzyka i obowiązkowego badania mięsa.”

Efekt działań Ministerstwa zobaczyliśmy na ekranach telewizorów niedawno.

Nie mam złudzeń. Polski rząd, mając pełną wiedzę o problemie, nie zrobił praktycznie nic, aby uchronić Polaków przed wprowadzaniem do obrotu mięsa niezbadanego weterynaryjnie, w tym padliny, a jego troski o zdrowie Polaków nie ujrzeliśmy. Cała nadzieja w Unii Europejskiej.

Kontrolerzy z Komisji Europejskiej, którzy są w drodze do Warszawy z pewnością nie zadowolą się byle czym. W tym przypadku nie zawaham się „donieść” na polski rząd – chodzi bowiem o zdrowie moje, moich dzieci i wnuków. To, że praktycznie nie istnieje wiarygodny system ewidencyjny ubijanych w Polsce zwierząt (rozmijanie się danych GUS, Inspekcji Weterynaryjnej i Ministerstwa) to oczywisty skandal. Uważam natomiast za niezbędne skonfrontowanie przez unijnych kontrolerów oficjalnych danych Inspekcji Weterynaryjnej o  liczbie padłych zwierząt z danymi z zakładów zajmujących się ich utylizacją, a zwłaszcza z opracowaniami Związku Pracodawców Przemysłu Utylizacyjnego.

Tylko w ten sposób można będzie odpowiedzieć na pytanie, czy w Polsce wszystkie chore i padłe bydło jest utylizowane.

Unio ratuj!

Krnąbrny tytan

Czy świat rzeczywiście podobny jest do odrzutowego samolotu pasażerskiego, lecącego na wysokości 12.000 m, którego piloci nie znają lotniska do wylądowania, wskaźnik paliwa świeci się na czerwono, na pokładzie trwa strzelanina pomiędzy uzbrojonymi grupami gangsterów a grupa naprawiaczy (ekonomistów) próbuje coś znaleźć jakieś wyjście z sytuacji? Jaka jest rola ekonomii we współczesnym świecie, a jak rola państwa? Czy tradycyjne ekonomie liberalne, neoliberalne, ordoliberalne są wystarczające do opisu rzeczywistości i do zaproponowania racjonalnych dróg dalszego rozwoju? Jak na możliwości tego rozwoju wpłynie narastająca w świecie fala nacjonalizmów? Globalizacja – wciąż nadzieja czy już przeszłość? Odpowiedzi na te i inne fundamentalne na dzisiaj pytania usiłowali znaleźć wybitni ekonomiści z całego niemal świata na konferencji „W poszukiwaniu lepszego świata. Ekonomia i polityka”, jaka w tym tygodniu odbyła się w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie.

20 wybitnych ekonomistów z całego świata (w tym jeden noblista i czterech czołowych ekonomistów chińskich) oraz 25 polskich  prezentowało swoje poglądy na powyższe tematy. Wspólną osią dyskusji była propozycja nowego wobec wyzwań współczesnego świata podejścia do ekonomii konsekwentnie od szeregu lat tworzona, doskonalona  i propagowana przez polskiego ekonomistę, prof. Grzegorza Kołodko.

Kołodko usiłuje wyciągnąć wnioski z dotychczasowej historii ekonomicznej świata i wyznaczyć naukom ekonomicznym właściwą drogę. Formułując koincydencję teorię rozwoju („jest tak jak jest, gdyż wiele rzeczy dzieje się naraz”), Kołodko podkreśla konieczność pragmatycznego podejścia  – jako jej niezbywalną cechę.  Postulaty „nowego pragmatyzmu Kołodki” są następujące:

– odejście od wszelkiego dogmatyzmu jako intelektualnego gorsetu;

– niepodporządkowanie się na ślepo żadnej ideologii ani linii politycznej;

– zaniechanie prób tworzenia uniwersalistycznej teorii wzrostu gospodarczego poprzez skierowanie uwagi na specyficzne cechy zjawisk i procesów;

– ujęcie interdyscyplinarne nakładające na tok myślenia ekonomicznego rozważania z obszarów innych nauk, w szczególności historii, studiów o przyszłości, geografii, prawa, socjologii, psychologii, nauk o zarządzaniu, nauki o sieci;

– szerokie stosowanie porównawczej analizy ekonomicznej,

– poruszanie się w wielowymiarowej przestrzeni konkretności historycznej, geograficznej, kulturowej, instytucjonalnej, politycznej i społecznej,

– odróżniania celów od środków działania,

– elastyczności instrumentalnej.

Czynny udział w konferencji czterech wybitnych ekonomistów chińskich nie był przypadkowy. Profesor Kołodko cieszy się w Państwie Środka niebywałym autorytetem. Bierze się to – jak sądzę –stąd, że „nowy pragmatyzm” Kołodki doskonale wpisuje się w chińską filozofię rozwoju gospodarczo-społecznego. Prace Kołodki , jak podkreślał to na konferencji prof. Biliang Hu, dyrektor Instytutu Rynków Wschodzących Uniwersytetu w Pekinie, są studiowane na jego uczelni przez studentów z całego świata i dla nich Kołodko jest „wielkim mistrzem”. Nie sposób nie dostrzec w tym pewnej analogii historycznej. W latach 50-tych ubiegłego wieku młody amerykański naukowiec W.E.Deming zaprezentował na konferencji naukowej w USA swoją koncepcję Totalnego Zarządzania Jakością. Propozycja przyjęta została przez autorytety sceptycznie, wręcz chłodno. Zainteresowali się nią natomiast Japończycy, zaprosili do siebie Deminga i po kilku latach, kiedy dzięki zastosowaniu tego podejścia wyroby japońskie zdobyły niekwestionowaną, pierwszą w świecie pozycję pod względem niezawodności i trwałości,  Deming triumfalnie powrócił do USA.

W konferencyjnej dyskusji casus Chin przywoływany był wielokrotnie i nie bez powodu.  Jednym z ciekawszych wątków  było pytanie, czy Chiny są w stanie zastąpić USA w ich roli światowego lidera globalizacji, w sytuacji, gdy Ameryka pod wodzą Trumpa wyraźnie od globalizacji się odwraca.

Nie wnikając w szczegóły konferencyjnych wystąpień stwierdzić trzeba, że większość dyskutantów przychylała się do opinii, że podejście do świata i ekonomii proponowane przez Kołodkę, choć trudne w realizacji, jest nie tylko „czymś” na koncepcyjnej pustyni, jaka pozostawia po sobie schodzący neoliberalizm, ale jest propozycją bardzo wartościową, umożliwiającą nie tylko prawidłowy opis rzeczywistości, ale i dającym nadzieję na przyszłość. Sam Kołodko ujął to tak: „Ekonomiści świata nie zbawią. Ale mogą mu pomóc”.

Wszystkich wystąpień nie sposób tu streścić, tym nie mniej o kilku warto wspomnieć. I tak prof. R. Grinberg , dyrektor naukowy Moskiewskiego Instytutu Ekonomicznego podkreślał konieczność odbudowy zaufania pomiędzy Zachodem i Rosją, a Polskę i Rosję, mówiąc o ich drodze transformacji ustrojowej, nazwał „bratnimi krajami”.

W sesji „Rozwiązać łamigłówkę chińską”, ciekawe było  wystąpienie  prof. Gang Fan, dyrektora Narodowego Instytutu Badań Ekonomicznych w Pekinie. W sposób bardzo precyzyjny, a przy tym z dużą dozą dyplomacji, wskazał na zasadnicze różnice pomiędzy Chinami a Zachodem. Dowiedzieliśmy się więc między innymi, że w kilkutysięcznej tradycji państwowości chińskiej nie było żadnego wysokiego urzędnika państwowego wybieranego w powszechnych wyborach, że kandydatów do  najwyższych stanowisk państwowych dobiera się tam niezwykle starannie, długą drogą 30-to, 40-to letnich sprawdzianów i weryfikacji, że wreszcie Chiny nigdy nie miały czegoś takiego jak państwowa religia. Krótko mówiąc prof. Fan jasno wskazał, że model euro-atlantycki nie jest dla świata bezalternatywny.

Świetne wystąpienie miała też prof. Ewa Łętowska, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami na temat czego ekonomiści nie wiedzą o prawie i czego prawnicy nie wiedzą o ekonomistach.

Konferencję „W poszukiwaniu lepszego świata. Ekonomia i polityka” Akademia Koźmińskiego zorganizowała z okazji jubileuszu 70-tych urodzin profesora Grzegorza Kołodko. I chociaż, co oczywiste, nie zabrakło życzeń i gratulacji pod adresem Jubilata, to jednak największym, najcenniejszym dla niego prezentem była niewątpliwie ta dyskusja o fundamentalnych problemach współczesnego świata i ekonomii. Prezent nie tylko dla prof. Kołodko, ale przecież i dla nauki jak takiej. Przedstawiając sylwetkę i dorobek publicystyczny Kołodki prof. Elżbieta Mączyńska, Prezes polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, wskazała na jedną jego cechę, na zawsze towarzyszącą mu krnąbrność. Tak, jest Kołodko człowiekiem krnąbrnym, a zarazem tytanem wiedzy, intelektu, pracowitości.  Jest człowiekiem myślącym i poszukującym. Jego prace publikowane są w ponad 40 krajach w 26 językach. Jest najbardziej rozpoznawalnym w świecie polskim ekonomistą, wspaniałą wizytówką Polski i polskiej nauki. Jest wreszcie prof Kołodko laureatem 18 tytułów Doktora Honorowego uczelni  zagranicznych – i co wielce charakterystyczne dla kraju między Bugiem a Odrą – ani jednej uczelni polskiej.

Wielu dalszych sukcesów Profesorze! Kroczysz dobrą drogą.

Nagradzajmy pracę – nie kapitał

Kontrowersyjny, skrajnie prawicowy prezydent Brazylii zapowiedział w swoim programie wyborczym komercjalizację Amazonii, a konkretnie rozpoczęcie eksploatacji znajdujących się tam surowców naturalnych. Ekolodzy i klimatolodzy biją na alarm – wszak Amazonia ma kolosalny wpływ na klimat na kuli ziemskiej – w tym i na Europę. Jest więc dewastacja tego obszaru tylko wewnętrzną sprawą Brazylii czy też sprawą całej ludzkości? Może Brazylia korzystać z posiadanych tam złóż ropy naftowej podobnie jak USA czy Rosja ze swoich? Jeszcze dziesięć lat temu takie pytanie zostało by uznane za retoryczne i głupie. Dzisiaj – w dobie co raz bardziej rosnącej świadomości ekologicznej obywateli i społeczeństw, świadomości, że eksploatacja Ziemi ma swoje granice – już nie.

Podobnie miała się sprawa z Grenlandią, też obszarem niebagatelnym dla światowego klimatu. Przez lata dostępu do przebogatych tam złóż ropy naftowej, uranu i innych bogactw broniła specjalna ekologiczna uchwała grenlandzkiego parlamentu.  Ale to tylko uchwała, więc w 2011 r. zmieniona została inną uchwałą. Uzasadnieniem dla zmian było. Paradoksalnie, ocieplanie się klimatu i topnienie grenlandzkiego lądolodu. Grenlandia stanęła otworem przed eksploratorami, a nam robi się coraz cieplej.

Te dwie choćby sprawy oraz rosnąca co raz bardziej, dzięki rozwojowi nauki i aktywności organizacji społecznych powszechna świadomość ekologiczna uzmysławiają ograniczenia świętości własności prywatnej, wskazują na obszary, w których własność (powietrza, jonosfery itp.) jest wspólna i korzystanie z niej dla dobra ludzkości powinno być wspólnie zarządzane. Wiśta, wio – łatwo powiedzieć.

Przed dwudziestu laty liberalny kapitalizm pokonał potężną, bo ideologiczną, barierę swojego rozwoju: ustrój demokratycznego socjalizmu – nie bez udziału pionierów-implementatorów  tego systemu. Cóż – pierwsze koty za płoty. Póki co neoliberalizm zwyciężył i z euforii triumfu zdaje się nie wychodzić do dzisiaj. Tymczasem podstawy współczesnego kapitalizmu trzeszczą w posadach. Swoboda działalności gospodarczej, wolna konkurencja, rozwój oparty na utrzymywaniu stanu permanentnej nadprodukcji i mnożenia potrzeb napotykają na nowe, potężne bariery: środowisko naturalne i ogólnoświatowe nierówności ekonomiczne.

Reprezentatywny dla rządzącej klasy minister Szyszko mógł bezceremonialnie powiedzieć, że nie widzi w wycince Puszczy Białowieskiej niczego zdrożnego, bo przecież Bóg dał człowiekowi Ziemię w użytkowanie. Dla Szyszki, dla  Dudy, który zadziwił Szczyt Klimatyczny w Katowicach swoją ignorancją, sprawa jest prosta: Bóg dał człowiekowi Ziemię, więc niech Bóg się o nią martwi.

Nie wszyscy jednak na świecie (na szczęście) podzielają ten pogląd. Rosnące gwałtownie zanieczyszczenie powietrza w dużych miastach, olbrzymia zmienność pogody – rujnująca rolnictwo, plastikowe oceany i ryby – to tylko niektóre z alarmujących, nowych zjawisk.

Drugą, potężną barierą ekspansji współczesnego świata są gwałtownie narastające nierówności ekonomiczne w świecie i – co najważniejsze – coraz powszechniejsza świadomość tych nierówności. Właśnie opublikowany został na ten temat kolejny raport Niezależnej Komisji działającej w ramach OXFAM – międzynarodowej organizacji humanitarnej (https://d1tn3vj7xz9fdh.cloudfront.net/s3fs-public/file_attachments/bp-reward-work-not-wealth-220118-en.pdf). Już tytuł raportu znamienny: „Nagradzać pracę – nie kapitał. By zakończyć kryzys nierówności musimy zbudować gospodarkę dla zwykłych ludzi pracy a nie dla bogatych i wpływowych”. Raport prezentowany jest właśnie na szczycie w Davos.

Tylko kilka wyimków z tego ważnego dokumentu. I tak:

  • w minionym (2018) roku zanotowano największy na świecie przyrost miliarderów. Średnio jeden miliarder przybywa co dwa dni i na dzień publikacji raportu było ich 2.043. 10% miliarderów to kobiety.
  • w ciągu minionego roku majątek tej elitarnej grupy wzrósł o 762 mld USD. Jest to suma wystarczająca na siedmiokrotne zlikwidowanie skrajnego ubóstwa na świecie.
  • w okresie 2006 – 2015 zarobki zwykłych pracowników wzrastały średnio o 2 % rocznie, podczas gdy majątki miliarderów rosły 6 razy szybciej: 13% rocznie.
  • 82% całkowitego wzrostu majątku w minionym roku trafiło w ręce 1 % ludzi, podczas gdy najbiedniejsza, dolna połowa społeczeństwa nie odnotowała żadnego wzrostu.
  • najświeższe dane Credit Suisse pokazują, że 42 osoby wykazują dzisiaj majątek równoważny majątkowi 3,2 miliardów najuboższej części ludzkości. W USA 3 najbogatsze osoby dysponują majątkiem większym niż połowa całej populacji.
  • najbogatszy 1% ludzkości posiada większy majątek niż cała reszta.
  • najbogatszy 1% Amerykanów posiada majątek większy niż

Jak donoszą media biorący w szczycie udział prezydent Duda w swoim wystąpieniu prezentował tezę, że wyznacznikiem skuteczności współczesnej gospodarki jest jej zdolność innowacyjna. Jestem rozczarowany nie tylko dlatego, że trudno się z taką tezą zgodzić z powodów logicznych. Skuteczność mierzy się stopniem osiągania celów w stosunku do kosztów. Innowacyjność sama w sobie celem nie jest – jest tylko narzędziem. Wyznacznikiem skuteczności współczesnej gospodarki powinna być zdolność do likwidowania ekonomicznego rozwarstwienia ludzkości. Jeżeli nie taki cel postawią sobie czołowi światowi politycy, to z całą pewnością najlepszym biznesem na najbliższe lata będzie produkcja płotów, siatek i zasieków z drutu, czyli wszystkich urządzeń mających chronić bogatych przed biednymi. I oczywiście produkcja żółtych kamizelek. Wydawać by się mogło, że kto jak kto, ale czołowy polityk PiS powinien być uwrażliwiony w tym właśnie kierunku, że likwidowanie lub choćby zmniejszanie nierówności ekonomicznych powinny być podstawowym celem światowej  gospodarki przyszłości.

Receptą międzynarodowej prawicy na narastające napięcia na tle ekonomicznym są zasieki. Tyle tylko, że budowanie zasieków, hasło atrakcyjne na wiecu – jest, jak uczy historia.  skazane z góry na klęskę. Dlatego szukać należy innych: politycznych i ekonomicznych dróg, aby zmniejszyć rosnący ciągle potencjał społecznych nierówności. Innowacje mogą i powinny, ale przecież wcale nie muszą temu służyć. I tutaj właśnie jest rola dla polityków.

Świat coraz bardziej staje na rozdrożu: ekonomia liberalna albo interwencjonizm państwa (organizacji międzynarodowych!), czy też jakiś system mieszany. Sojusz Lewicy Demokratycznej wyraźnie dostrzega ten światowy problem w swoim programie. Okres wyborów parlamentarnych to czas, aby ogólne z natury hasła uwiarygodniać propozycjami konkretnych, społeczno-gospodarczych rozwiązań.

Ale w tym kontekście nasuwa się pytanie, czy tytuł Programu SLD „Przywrócić normalność” jest trafny. Świat nie chce przeszłości, świat chce nowej przyszłości – Polska też. Tytuł – niby nic, kilka wyrazów, ale jednak jest syntezą całości. Pokazuje kierunki myślenia autorów. Sądzę, że eksperci OXFAM nie będą rościli sobie pretensji do praw autorskich, jeśli zaczerpniemy  nieco z ich publikacji formułując program „Polska – wspólne dobro. Nagradzajmy pracę – nie kapitał”. Lub inny podobny.

Warto pomyśleć o korekcie Programu SLD. Również w kontekście jednego z istotnych problemów, z którym przyjdzie się zmierzyć każdej, prócz PiS, partii: czy zachowamy 500+?

Stanowisko SLD powinno być w tej sprawie jasne: lewica zawsze, a dwukrotnie była przy władzy, kierowała się generalną zasadą, że chroni ten dorobek poprzedników, który dobrze służy Polsce i Polakom, a eliminuje to co jest szkodliwe. Tak postępowaliśmy zawsze i tak postępować będziemy w przyszłości, gdyż w takim postępowaniu, a nie w niszczeniu wszystkiego i urządzaniu całej Polski wedle swojego upodobania od podstaw, widzimy szansę na mozolne, ale trwałe podnoszenie dobrostanu Polaków.

 

W tył zwrot!

 O tragedii gdańskiej, o morderstwie Prezydenta Adamowicza wypowiedziano i napisano już bardzo wiele słów dobrych i mądrych. I jeszcze więcej zostanie powiedzianych i napisanych. Porywanie się więc na jakiś tekst na ten temat jest dzisiaj z mojej strony być może jakimś szaleństwem. Nie ma w tym jednak krztyny megalomanii – jak nigdy dotąd piszę dla chwili, dla siebie. Piszę, ale właściwie krzyczę. I jest to tak, jak w lesie, kiedy czasami musisz krzykiem wyrzucić z siebie cały swój ból i wszystkie swoje nadzieje, nie bacząc na to czy ktoś cię słucha.

Tragedia gdańska rozgrywa się na dwóch co najmniej płaszczyznach: osobistej i publicznej. Jest to wielka tragedia człowieka, który życiem przypłacił swoją społeczną aktywność, polityka z wielkimi perspektywami. Jest to niewyobrażalna tragedia jego najbliższych: rodziny, przyjaciół. Chylę przed nią głowę.

Tragedia ta rozgrywa się też w innym wymiarze: w wymiarze społecznym. Nóż, który ugodził serce prezydenta Adamowicza ugodził jednocześnie serca milionów Polaków, zranił ich boleśnie. Sceneria tej tragedii godna jest najlepszych tragedii greckich: finał ogólnonarodowego Święta Dobroci, Święta Dzielenia się Dobrem, Święta Szlachetnych Serc, wielotysięczne audytorium, podniosły, kulminacyjny, radosny moment „wysyłania światełka do nieba”, światełka nadziei, światełka ludzkiej solidarności.

I nóż, który nagle, niespodziewanie tą całą scenerię rozdziera jak płótno.

Ten nóż ugodził nie tylko w serce prezydenta Adamowicza, w serca milionów Polaków. On ugodził również w wartości, które współdzielimy, w dobro, szlachetność, szacunek dla człowieka, wzajemną życzliwość.

Ten nóż przebił również jakiś olbrzymi balon, który od dawna w Polsce nabrzmiewał – balon sprzeciwu przeciw nienawiści, jako podstawowego narzędzia polityki społecznej, walki o rząd dusz.

Od lat zawołania „a na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści” czy „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, skandowane na setkach, a może i tysiącach różnych demonstracji, uznawane były powszechnie za zachowania patriotyczne, nie wzbudzały żadnej negatywnej reakcji ze strony tych, którzy aspirując do publicznych godności przyjęli odpowiedzialność również za kształtowanie standardów społecznego życia. Publiczne honorowanie Polaka, mordercy przywódcy południowoafrykańskich komunistów też nie poruszyło nikogo. Mało tego, dehumanizacja przeciwników politycznych stała się ulubionym, codziennym narzędziem Prawa i Sprawiedliwości: od najważniejszego prezesa, przez posłanki i posłów po szeregowych heiterów, używających sobie w Internecie do woli. Wielu psychologów społecznych i socjologów ostrzegało, że polityka nienawiści prędzej czy później doprowadzi do tragedii. Wydarzyła się w Gdańsku – być może przez przypadek, ale nieprzypadkowo wydarzyła się w Polsce.

Opinia publiczna wstrząśnięta została nieco po tym, jak na szubienicach, zamiast komunistów lub w ich charakterze, zawisły portrety polityków tych ugrupowań, które w porę nie reagowały na rodzące się zło. Dopiero przelana krew Prezydenta Gdańska obudziła Polaków na skalę dotąd nie spotykaną.

To co od kilku dni przetacza się przez Polskę to nie narodowa histeria, to jeden wielki protest przeciwko nieodpowiedzialnemu bawieniu się Polską i Polakami przez ludzi, którzy nie dorośli do sprawowania władzy i odpowiedzialności za kraj, którzy tak głęboko podzielili naród, że, jak trafnie ujął to Włodzimierz Cimoszewicz – „… żaden wróg zewnętrzny nie byłby w stanie osiągnąć takiego efektu”. (http://www.tvn24.pl).

Być może za tym zrywem kryje się jakiś społeczny instynkt samozachowawczy, jakieś poczucie olbrzymiego, śmiertelnego zagrożenia dla polskiej wspólnoty, przeczucie, że jako społeczeństwo stanęliśmy już nad przepaścią i czym prędzej trzeba zrobić w tył zwrot. Być może.

Oczywiście nie wszyscy równie głęboko przeżywają gdańską tragedię. Już uruchomiona została propagandowa machina PiS, która wmawia elektoratowi a to, że za tym mordem stoi „europejski spisek”, a to, że celem był prezydent Duda, ale cudem ocalał, a to, że mamy do czynienia z czynem „zwykłego psychola” tylko. Skoro tak wielu rodaków uwierzyło w brednie o zamachu na Prezydenta Kaczyńskiego, pewnie wielu uwierzy i w tą propagandę.

Ze zranionym sercem, ale wierzę jednak, że z areny Orkiestry Wielkiej Świątecznej Pomocy w Gdańsku wzbiło się do nieba światełko nadziei o wiele większe, jaśniejsze niż to coroczne, zwyczajowe niemal. Wierzę, mam nadzieję, że wzniosło się nad nami światełko nadziei dla Polski. Oby nie zgasło, oby nie okazało się chwilowym tylko błyskiem nad naszymi głowami i w naszych głowach. Tylko wówczas śmierć Prezydenta Pawła Adamowicza nie pójdzie na marne.

Chrząstawa Wielka, 19 stycznia 2019 r.

100 lat Najwyższej Izby Kontroli

Na różne sposoby celebrujemy w Polsce 100 lecie… no właśnie czego. Oficjalnie świętujemy stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad znamienną wypowiedzią brytyjskiego historyka, prof. Adama Zamoyskiego, który w telewizyjnej „Debacie na 100 lecie niepodległości” (tvn24, 28.10.2018 r.) stwierdził: „Dla narodu o wiele ważniejszą sprawą  niż niepodległość jest państwowość. Utrata państwowości jest bowiem dla narodu prawdziwą katastrofą.” Oczywiście tezę tą profesor przekonywająco uzasadnił na przykładzie Polski.

Dlaczego celebrujemy odzyskanie niepodległości a nie odzyskanie państwowości? Pytanie to  jest niezwykle istotne, zwłaszcza dzisiaj, gdy państwowość polska drży w posadach i zwrot „państwo teoretyczne” nie blaknie z upływem lat, a wręcz przeciwnie.  Dla postsolidarnościowych elit politycznych, niepodzielnie rządzących polskimi mediami od 1989 r. celebrowanie 100-lecia odzyskania państwowości jest ciężkostrawne, gdyż jedną z tez spajających te elity jest przekonanie, że w tym stuletnim okresie takie państwo jak Polska Rzeczpospolita Ludowa nie istniało. A okres Polski Ludowej to bagatela – 46 lat.  Optyka taka jest krzywdząca dla wielu milionów Polaków, ale co nie mniej ważne, ograniczanie się do jednostkowych wydarzeń sprzed wieku, bez rzetelnej oceny całego stulecia polskiej państwowości jest niezasłużonym przez Polskę spłycaniem jej historii. Znamiennym przykładem jest tu Najwyższa Izba Kontroli, która, zgodnie z obowiązującym sznytem, obchodzi 100-lecie swojego „powołania”. Tymczasem jest to jedna z nielicznych instytucji państwowych, która przetrwała dramat II Wojny Światowej i dwie zmiany ustroju, nieprzerwanie prawie pełniąc swoją państwową i społeczną służbę. Warto więc na sprawę spojrzeć szerzej.

Najwyższa Izba Kontroli (pierwotnie Najwyższa Izba Kontroli Państwa), powołana została specjalnym dekretem Rady Ministrów w dniu 07. lutego 2019 r. ( trzy miesiące po objęciu władzy przez J. Piłsudskiego) i zatwierdzona przez Naczelnika Państwa cztery dni później.  Ostatecznie status Izby określiła Konstytucja Marcowa z 1921  r., oraz będąca konsekwencją jej zapisów Ustawa o Kontroli Państwowej  z czerwca tegoż roku. Wprawdzie w dokumentach tych uproszczono jej nazwę do „Najwyższa Izba Kontroli”, to jednak odjęcie słowa „Państwa” w żaden sposób nie zmieniło faktu, że ten organ kontroli powołano dla kontroli państwa. Art. 9 w rozdz. II Konstytucji Marcowej „Władza Ustawodawcza” głosi:

Do kontroli całej administracji państwowej pod względem finansowym, badania zamknięć rachunków państwa, przedstawiania corocznie Sejmowi wniosku o udzielenie lub odmówienie Rządowi absolutorium – jest powołana Najwyższa Izba Kontroli, oparta na zasadach kolegialności i niezależności sędziowskiej członków jej kolegium, usuwanych tylko uchwałą Sejmu, większością 3/5 głosujących… Prezes NIK zajmuje stanowisko równorzędne ministrowi, nie wchodzi jednak w skład Rady Ministrów, a jest za sprawowanie swojego urzędu odpowiedzialny bezpośrednio przez Sejmem

Te trzy wymienione dokumenty: dekret Rady Ministrów, konstytucja i ustawa stworzyły  niezwykle mocny i zdrowy fundament dla działalności polskiego najwyższego organu kontroli. Fundament okazał się tak mocny, że w swych pryncypiach, mimo tragedii II Wojny Światowej i dwóch zmian ustrojowych Polski przetrwał całe  100 lat. Konstytuując NIK polscy politycy rozwiązać musieli trzy zasadnicze kwestie: ustroju organu kontrolnego, jego kompetencji (zakres i kryteria kontroli) oraz relacji z władzą ustawodawczą i wykonawczą.  Trzeba powiedzieć, że z zadania tego wywiązali się znakomicie, tworząc państwowy organ kontrolny na wskroś nowoczesny na tle ówczesnego świata. Ustrój NIK oparto na zasadzie kolegialności, nie ograniczonej wyłącznie do kolegium NIK, ale przenikającej cała strukturę instytucji i sędziowskiej niezależności. Wyraźnie określono rodzaje kontroli i ich kryteria, wśród których – co wówczas było rzadkością w organach kontrolnych innych państw – za główne uznano kryterium legalności. „Orzeczeniom NIK” nadano atrybut natychmiastowej wykonalności przez rząd, a samą Izbę podporządkowano Sejmowi.  Umieszczenie zapisów o NIK w rozdziale „Władza Ustawodawcza” konstytucji marcowej oraz relacje NIK z Sejmem uplasowały Izbę jako organ legislatury.

Najwyższa Izba Kontroli funkcjonowała w Polsce właściwie nieprzerwanie przez 100 lat. Po klęsce wrześniowej NIK na emigracji działała w warunkach politycznych i prawnych mocno zmienionych sytuacją wojenną. Po zakończeniu wojny działalność ta była symboliczna, radykalnie ograniczona faktycznym brakiem podmiotów kontrolowanych,  przedmiotu kontroli i tego, co obecnie nazywamy interesariuszami.  Mówiąc krótko była bytem o charakterze polityczno–propagandowym. Utworzone w 1944 r. organy kontroli Rządu Lubelskiego, a następnie, po uchwaleniu Małej Konstytucji z lutego 1947 r. i ustawy o Kontroli Państwowej z maja 1949 r. Najwyższa Izba Kontroli nie tylko przejęły podstawowe zasady funkcjonowania przedwojennej Izby, ale również część z jej pracowników. W 1959 r. Najwyższa Izba Kontroli uznana została przez społeczność międzynarodową przez przyjęcie jej do INTOSAI – ogólnoświatowej organizacji zrzeszającej najwyższe państwowe organy kontrolne. W Polsce Ludowej NIK uzyskała dodatkowe kompetencje: prawo formułowania nie tylko wniosków pokontrolnych ale również personalnych, których realizacja była obowiązkowa.

Kolejną wielką zmianę przyniosła NIK ustawa z 1994 r., w której, podtrzymując wszystkie ustrojowe podstawy działania NIK ustanowione 100 lat temu, pozbawiono jednocześnie wnioskom NIK atrybutu bezwzględnej wykonalności. Było to niezbędna dla przeprowadzenia demokratycznych reform polskiego państwa, dla wyraźnego rozdzielenia władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, a przez to dla dostosowania ustroju Polski do obowiązujących w Europie standardów nowoczesnej demokracji.

Powyższy, wielce skrócony rys historyczny pokazuje niezbicie, że 100 lat Najwyższej Izby Kontroli to 100 lat polskiego państwa.

Oczywiście przez cały ten czas zmieniał się zarówno zakres przedmiotowy jak i podmiotowy działania Izby, jej szczegółowe relacje z władzą wykonawczą i ustawodawczą. Izba, będąc prekursorem wielu rozwiązań ustrojowych w latach dwudziestych minionego wieku, rozpoczynała swoją działalność jako izba obrachunkowa. Po wojnie uzyskała kompetencje kontroli wykonania zadań, co stało się wkrótce międzynarodową normą dla najwyższych organów kontrolnych.

Szczególnej uwagi warta jest, działalność NIK w Polsce Ludowej, w latach 1947 – 1989. Tym bardziej, że wzmianki o tym okresie zapewne zabraknie podczas oficjalnych ceremonii jubileuszowych, planowanych na luty tego roku. Najwyższa Izba Kontroli była częścią władz publicznych Polski Ludowej – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ale przy tym swoją codzienną działalnością Izba zdobyła olbrzymi autorytet i szacunek w społeczeństwie. Stało się tak dlatego, że zdołała zachować swoją niezależność, etos kontrolera państwowego, była bezkompromisowa w ujawnianiu i tępieniu nieprawidłowości, była istotnym stymulatorem poprawy działalności administracji publicznej i gospodarki. Powszechnie w opinii publicznej NIK postrzegana była też jako realne, ważne i skuteczne narzędzie urzeczywistniania idei społecznej sprawiedliwości. To właśnie ten olbrzymi społeczny autorytet zadecydował o tym, że żaden z prezesów NIK po 1989 r., ani prof. Walerian Pańko, ani Lech Kaczyński nie dali się porwać szałowi czystek politycznych wśród pracowników NIK.  Lech Kaczyński doskonale rozumiał państwowotwórczą rolę NIK i znaczenie zachowania ciągłości jej pracy dla dobra Polski. To on też przesłał w 1993 r. do Sejmu projekt nowej ustawy o NIK, która, po jej przyjęciu przez Parlament w 1994 r. otworzyła nową kartę Izby w demokratycznej Polsce. W ten sposób jedna z najważniejszych instytucji państwowych przeszła proces transformacji  ustrojowej w sposób wzorcowy, nie tracąc nic ze swojego społecznego poparcia i zyskując nowe możliwości dalszego rozwoju.

Pod rządami nowej ustawy Izba adaptowała wszystkie najważniejsze międzynarodowe standardy kontroli finansowej i kontroli wykonania zadań, dopracowała się wielu własnych, unikalnych metodologii kontrolnych, wykształciła znakomite kadry inspektorów świetnie radzących sobie z bieżącymi wyzwaniami.  Dzisiaj Najwyższa Izba Kontroli jest instytucją cieszącą się olbrzymim autorytetem za granicą. Świadectwami tego są wygrywane przez Izbę konkursy na pełnienie obowiązków zewnętrznego audytora wielu ważnych instytucji międzynarodowych, żeby wymienić tylko NATO, Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN w Szwajcarii, Zgromadzenia Parlamentarne Rady Europy w Strasburgu czy ostatnio OECD. NIK jest też wiodącym wśród państw – członków Unii Europejskiej partnerem Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, podejmując z Trybunałem wspólne, ważne kontrole jak ostatnio ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami. Współczesna NIK jest świetnym ambasadorem Polski w świecie. Można śmiało postawić tezę, że cieszy się większym uznaniem poza granicami Polski niż w kraju. Tutaj bowiem rzeczy nie miały i nie mają się dobrze.

Nie wchodząc w szczegóły, patrząc na ostatnie 23 lata działalności Najwyższej izby Kontroli stwierdzić trzeba, że jej piętą achillesową jest jej współpraca z parlamentem, a dokładnie to, że parlament nie potrafił wypracować skutecznych sposobów korzystania z pracy instytucji, którą Konstytucja powołała do tego, aby wspierała ona parlament w wykonywaniu jego obowiązków ustawodawczych i nadzorczych nad administracją publiczną. Jednym wielkim nieporozumieniem jest na przykład sejmowa Komisja d.s. Kontroli Państwowej, która tak naprawdę jest komisją do spraw NIK. Zamiast zajmować się systemowymi problemami kontroli w państwie, a jest ich niemało, zajmuje się „rozpatrywaniem” (co tu rozpatrywać?) informacji NIK o wynikach kontroli dajmy na to połowów śledzi, opieki przedszkolnej i leczenia chorób nowotworowych. Komisja Kontroli Państwowej pogłębiła w rzeczywistości izolację pomiędzy Sejmem a NIK w sprawach merytorycznych. Nie zdarzyło się również, aby przy składaniu Sejmowi ustawowych bądź na wniosek posłów informacji rząd był pytany o realizację wyników ewentualnych kontroli NIK w referowanym zakresie. Fatalna nowelizacja ustawy o NIK z grudnia 2010 r. jest najlepszym wyrazem braku zrozumienia Sejmu dla publicznej i państwowej misji Izby. Problemy z wykorzystaniem pracy NIK nie dotyczą tylko relacji parlament – rząd. Do nielicznych przypadków należy na przykład zaliczyć te, kiedy prezydent miasta nakazuje swoim służbom analizowanie wyników kontroli w innych samorządach, aby z nich wyciągnąć wnioski dla siebie.

To tylko sygnalnie niektóre problemy w zarysie. Podobnych tematów jest wiele i powinny one stać się przedmiotem publicznej dyskusji z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że zbliża się czas, kiedy zdominowany przez PiS parlament wybierze nowego Prezesa NIK. Tymczasem nad Izbą zawisło złowrogie milczenie. Od dojścia PiS do władzy nie pojawiła się z żadna deklaracja żadnego jego polityka o poszanowaniu przez to ugrupowanie podstawowych w odniesieniu do NIK międzynarodowych standardów właściwych najwyższym organom kontroli,  to jest niezależności i niezawisłości. W połączeniu z zarzutami stawianymi w Sejmie NIK stosowania w ocenach „nadmiernego rygoryzmu prawnego” (bynajmniej nie przez posłów PIS), z deklaracją PiS z początku kadencji, że „prawo nie jest najważniejsze, najważniejsza jest wola ludu”, determinacją obecnej władzy w upolitycznianiu wymiaru sprawiedliwości, administracji i gospodarki, obawy o przyszłość NIK, a zwłaszcza o jej niezależność są w pełni uzasadnione. Doświadczenia ostatnich lat każą sądzić, że PiS wyciśnie wszystkie soki z konstytucyjnego zapisu, mówiącego, że „NIK podlega Sejmowi” nie zważając na to, że zakres i charakter tej podległości są określone w ustawach, oraz na to, że prócz „podległości” NIK jest też od Sejmu w wielu kwestiach niezależna. Ta niezależność, będąca jednym z warunków jej obiektywizmu, powinna być przez Sejm szczególnie chroniona.

Powód drugi to ten, że obiektywnie i dynamicznie zmienia się rzeczywistość polskiej administracji publicznej i gospodarki, naturalne otoczenie NIK. Może więc warto w dyskusjach nad przyszłością tej instytucji  wrócić myślami do twórców Najwyższej Izby Kontroli Państwa i w ich podejściu znaleźć inspirację do dalszego doskonalenia Izby.

Tymczasem, z okazji 100-lecia Najwyższej Izby Kontroli należą się tej instytucji, jej byłym i obecnym inspektorom szczere podziękowania za stuletnią, rzetelną służbę państwu polskiemu i Polakom. Życzyć na przyszłość należy Izbie jednego: mądrych, odpowiedzialnych za państwo parlamentarzystów.

Bajki na prąd

Premier Morawiecki rzucił hasła: samochody elektryczne naszym celem! Samochody elektryczne naszą przepustką do innowacyjnej gospodarki! Jednocześnie Prezydent i rząd jednym głosem jak niepodległości bronią polskiej energetyki węglowej.

Przypatrzmy się tym zagadnieniom okiem inżyniera.  Podstawową cechą samochodu elektrycznego jest to, że porusza go… energia elektryczna.  Ta jednak nie bierze się z baterii-paluszków, ani z gniazdka w ścianie, ale z elektrowni. W polskich warunkach z elektrowni węglowych. Spróbujmy więc, dla zobrazowani problemu, odpowiedzieć sobie na pytanie następujące:

Ile energii elektrycznej dodatkowo należy wyprodukować, aby 10% samochodów spalinowych zastąpić elektrycznymi, a dokładniej, aby 10% paliw spalanych przez silniki samochodowe zastąpić prądem. Oto szacunkowy rachunek (dane z roczników statystycznych i fachowych opracowań):

Ilość sprzedawanej rocznie benzyny:  5,5 mln m3

Ilość sprzedawanego rocznie oleju napędowego: 17 mln m3

Zakładając, że 10% tych ilości zastąpione zostanie energią elektryczną otrzymujemy odpowiednio:     B – 0.55 mln m3 i ON 1,7 mln m3.

Wartość energetyczna benzyny to około 32 MJ/l, a oleju 36 MJ/l. Całkowita więc energia, którą doprowadzamy do samochodów z 10% paliw płynnych to 78,8 x 10kJ.

Ponieważ sprawność silników spalinowych jest na poziomie 40%, więc użyteczna część tej energii, którą będziemy chcieli w samochodach zamienić na energią elektryczną to 31,5 x 109 kJ.

Z kolei, aby uzyskać taką energię w samochodzie elektrycznym, przyjmując jego sprawność na poziomie 70%, potrzebujemy włożyć do niego  45 x 109 kJ energii elektrycznej.

Dla wytworzenia takiego wolumenu energii, przy założeniu, że do odbiorcy końcowego trafia około 30% energii pierwotnej przetwarzanej przez elektrownie węglowe, do elektrowni tych dostarczyć należy węgiel o sumarycznej energii  150 x 109 kJ.

Zakładając (optymistycznie) spalanie w naszych elektrowniach węgla kamiennego o średniej wartości opałowej 24 kJ/kg, na wytworzenie energii elektrycznej umożliwiającej zastąpienie w samochodach 10% paliw płynnych energią elektryczną, do elektrowni węglowych potrzeba dostarczyć 6,2 mln t węgla, czyli roczne wydobycie „czarnego złota” w Polsce  należałoby zwiększyć o około 10%.

Oczywiście stosownie do powyższego zwiększyć należy moce produkcyjne elektrowni. Ale to już inne opowiadanie.

Jak widać obydwa hasła głoszone przez premiera są ze sobą pozornie spójne i na swój sposób charakterystyczne dla autora: innowacyjność i ochrona środowiska poprzez zwiększenie wydobycia węgla kamiennego. Mógłby ktoś powiedzieć, że ten wolumen energii uzyskać można z innych źródeł. Być może tak, ale w żadnym z dwóch wiodących w sprawie dokumentów rządowych, to jest w „ Projekcie polityki energetycznej Polski do 2040 r.”, ani w „Programie dla górnictwa węgla kamiennego w Polsce” z 2018 r. nie ma żadnej wzmianki na ten temat, żadnego nawiązania do wpływu rozwoju elektromobilności na krajowy bilans energetyczny.

Założenie 10% redukcji paliw w motoryzacji, chociaż jak wykazano wiąże się z istotnymi konsekwencjami dla polskiej energetyki, nie jest z drugiej strony wcale założeniem ambitnym.  Norwegia przykładowo, zapowiedziała, że po 2025 roku wszystkie sprzedawane tam samochody mieć będą napęd elektryczny, a już teraz takie auta to 50% wszystkich pojazdów w tym kraju. No, ale ich stać – śpią na ropie.

Opowieści premiera Morawieckiego o samochodach elektrycznych w Polsce to bajki. Ciekawe, czy wierzy w nie sam gawędziarz.

Harce pisowskiej prokuratury

Ponieważ  we wpisie „Zawiadomienie” z 27. czerwca b.r.  informowałem, że w Prokuraturze Rejonowej Warszawa Śródmieście złożyłem zawiadomienie o możliwości podejrzeniu popełnienia przestępstwa na szkodę spółek skarbu państwa podczas tworzenia Polskiej Fundacji Narodowej, czuję się w obowiązku poinformować PT gości mojego bloga o ciągu dalszym i finale sprawy.

I tak, we wrześniu tegoż roku wezwany zostałem na miejscowy komisariat Policji celem przesłuchania mnie w charakterze świadka. Przesłuchującym był młody, sympatyczny policjant, wyraźnie zakłopotany sytuacją. Rozmowa miała taki mniej więcej przebieg:

Policjant: Mam przesłuchać Pana w charakterze świadka.
Ja: Proszę bardzo.
P. No to niech Pan mówi.
J. Ale co mam mówić? Stawiłem się na przesłuchanie i chętnie odpowiem na wszystkie Pana pytania.
P. Ale o co mam Pana pytać? Ja nic nie wiem. Nic tu nie jest napisane.
J. Ja też nie wiem, o co mnie Pan ma pytać, ale jestem do dyspozycji.
P. Czy ma Pan coś do dodania?
J. Nie, wszystko co wiem w sprawie zawarłem w "zawiadomieniu".
P. No to co mam napisać?
J. Niech pan napisze: "Całą moją wiedzę w sprawie zawarłem w zawiadomieniu do Prokuratury".
P. Dobrze (z wyraźną ulgą).

Jak się przy tym okazało, zlecając Policji przesłuchanie mnie w charakterze świadka prokuratura nie przekazała  Policji całości mojego „Zawiadomienia”, pozbawiając je dwóch istotnych załączników.

28 listopada ukazał się w „Polityce” artykuł red. V. Krasnowskiej „Dokąd płyną miliony Polskiej Fundacji Narodowej?”.  Autorka wspomniała  w nim o moim zawiadomieniu informując o odmowie prokuratury wszczęcia dochodzenia w tej sprawie. Zaintrygowany odmową zwróciłem się do Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście o przekazanie mi – w trybie ustawy o dostępie do informacji publicznej – uzasadnienia tej decyzji. Właśnie ją otrzymałem i czytając przecieram oczy ze zdumienia. W najistotniejszym fragmencie uzasadnienia decyzji prokurator Aneta Kukla-Jasińska stwierdza:

„W przedmiotowej sprawie zaistniała konieczność przeprowadzenia czynności sprawdzających w trybie art. 307 k.p.k. w celu uzupełnienia danych zawartych w zawiadomieniu o przestępstwie. W związku z powyższym Jacek Uczkiewicz został przesłuchany w charakterze świadka przez funkcjonariusza Policji. W trakcie czynności procesowej wymieniony zaniechał (podkr. JU ) jednak złożenia jakichkolwiek dyspozycji. Nadmienił ponadto, że całą swoją wiedzę na temat przedmiotowej sprawy przedstawił w zawiadomieniu o możliwości popełnienia przestępstwa i nie ma niczego więcej do dodania. Ze względu na powyższe zaniechanie ( pokr. JU) osoby zawiadamiającej, a także niedysponowanie przez nią dokumentami potwierdzającymi stan faktyczny wynikający z zawiadomienia nie było możliwe uzupełnienie danych w nich zawartych”.

Okazuje się więc, że jeżeli obywatel zamierza zawiadomić prokuraturę o MOŻLIWOŚCI popełnienia przestępstwa powinien jej dostarczyć niezbitych tego przestępstwa dowodów, gdyż bez tego prokuratura nie jest w stanie nic zrobić.  Najzabawniejsza jest jednak kwestia owego „zaniechania”. Nie wiem co autorka miała na myśli, w żaden sposób nie wspomniał o tym przesłuchujący mnie policjant. Tym nie mniej w tekście mojego Zawiadomienia znalazły się istotne fragmenty o takim charakterze. Przytoczę:

Podejrzenia te zweryfikować można tylko przez analizę umów pomiędzy Fundacją a spółkami-fundatorami, analizę materiałów przedstawianych organom stanowiącym spółek wraz z propozycją wsparcia finansowego Fundacji, protokołów ze stosownych posiedzeń tych organów oraz dokumentów z audytu sprawozdań finansowych spółek.”

Oczywiście, jako zwykły obywatel nie mam dostępu do wymienionych dokumentów. Ma go natomiast Prokuratura. Ta, jak widać,  wcale nie zamierzała pójść wskazanym śladem (dyspozycjami?!) – w uzasadnieniu nie znalazł się nawet najmniejsza o takich czynnościach wzmianka. Będąc w pełni świadomą tych okoliczności Prokuratura, odmawiając wszczęcia śledztwa,  podparła się, łapiąc się lewą ręką za prawe ucho, fakultatywną możliwością stwarzaną przez art. 307 k.p.k.. Mówi on, że jeżeli zachodzi potrzeba, można zażądać uzupełnienia w wyznaczonym terminie danych zawartych w zawiadomieniu o przestępstwie lub dokonać sprawdzenia faktów w tym zakresie. Jak wynika z „Decyzji o odmowie…” Prokuratura nie podjęła żadnych czynności sprawdzających, o których mówi ten artykuł, zadowalając się tym, że nie mogłem dostarczyć „dowodów” nie mając dostępu do stosownych dokumentów. Nikt nie żądał ode mnie uzupełnienia danych, o czym mowa w art. 307 k.p.k., nie mówiąc o tym, że artykuł ten nie wspomina w żaden sposób o jakichś „dyspozycjach” zawiadamiającego. To Prokuratura Rejonowa Warszawa Śródmieście dopuściła się zaniechania a nie ja.

Wnioski.

1.Kierując do prokuratury wspomniane zawiadomienie liczyłem się z takim finałem, chociaż takimi „uproszczeniami” udało się Prokuraturze Rejonowej mnie zadziwić.

  1. Używanie spółek Skarbu Państwa lub spółek z dominującym udziałem SP do zaspokajania różnych doraźnych politycznych potrzeb rządzących, potrzeb nie związanych z przedmiotem i zakresem działalności tych spółek staje się patologią. Jaka jest tego skala, jak my wszyscy, często przymusowi klienci tych spółek obciążani jesteśmy w sumie kosztami tych fanaberii rządzących – tego dzisiaj nie wie nikt. Niestety, patologia ta rozlewa się i na niektóre samorządy i ich spółki. Na prokuraturę nie ma co liczyć – sprawę rozwiązać może tylko systemowe uregulowanie problemu w stosownych ustawach. Ale oczywiście nie w tym parlamencie.

Wałęsa znowu błysnął

Lech Wałęsa znowu błysnął.Tym razem udzielając wywiadu rosyjskiemu „Sputnikowi” (https://pl.sputniknews.com/polska/201812269468196-lech-walesa-wywiad-sputnik-rosja-jelcyn-putin-katyn-usa/). Polskie media ograniczają się do cytowania wybranych fragmentów wywiadu, komentatorzy, niezależnie czy z lewa czy z prawa są na ogół zgodni: „Wałęsa chciał zaistnieć”, „Wałęsa przegrał” itp. Niezawodni trolle i w tej sytuacji potwierdzili swoją czujność nie szczędząc byłemu prezydentowi inwektyw i innych internetowych ekskrementów. Tymczasem Lech Wałęsa, oczywiście na swój sposób, nie bez zbędnego egocentryzmu, podniósł jeden z najważniejszych współcześnie dla Polski problemów: problem relacji z Rosją.

Publiczne podpisywanie się w dzisiejszych czasach pod tezą Wałęsy, że Polsce bliżej jest do Moskwy niż do Nowego Jorku graniczy z politycznym samobójstwem, albo też tą granicę już przekracza. Polski mainstream zdominowany jest bez reszty przez tezę o śmiertelnym zagrożeniu dla Polski, jakie płynie ze wschodu i każda inna optyka nieuchronnie spotka się z zarzutem zdrady polskiej racji stanu.

Czy jednak ten mainstream zgodny jest z poglądem większości Polaków? Co ważniejsze: czy jest zgodny z polskim interesem narodowym?  Na te właśnie pytania próbuje odpowiedzieć Wałęsa – i chwała mu za to.

Żyjemy w czasach, w których odwoływanie się do opinii publicznej w ważnych sprawach ma miejsce wcale, albo dopiero po tym, jak tą opinię się odpowiednio ukształtuje. Jeszcze w 2011 r. 44 % Polaków, wbrew 12 lat zmasowanej agitacji publicystów, polityków, mediów, pozytywnie oceniało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, przy 34% ocen negatywnych (https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2011/K_154_11.PDF).  Szermujący hasłami polskiego interesu narodowego za nic mieli opinię większości Polaków w tym względzie, uporczywie „młotkując” gdzie tylko popadnie jedynie słuszną tezę. 44% Polaków zostało zlekceważonych. Oczywiście metoda ta, wsparta naturalnymi procesami demograficznymi przyniesie kiedyś tak pożądany efekt, jakim będzie ogłoszenie, że większość Polaków wprowadzenie stanu wojennego ocenia negatywnie. Kiedyś.

Podobnie jest z kwestią relacji polsko–rosyjskich. Nie są to relacje łatwe ani proste, ale patrząc na Europę, nie są też jakimś ewenementem. Z tą różnicą, że Europa postanowiła ze swojej historii wyciągnąć zupełnie inne wnioski niż Polska, a właściwie polskie elity. Europa postanowiła tradycyjny kurs konfrontacyjny w wewnątrzeuropejskich stosunkach zmienić na kurs współpracy, wznosząc się ponad historyczne zaszłości. Polskie elity tą drogą nie poszły.

W 1999 r., w zastępstwie Prezesa NIK, uczestniczyłem w roboczym spotkaniu prezesów najwyższych organów kontrolnych państw aspirujących do członkostwa w Unii Europejskiej w Europejskim Trybunale Obrachunkowym w Luksemburgu. Grono w sumie około 10 osób, język roboczy angielski, bez tłumaczy. Okazało się jednak, że koledzy z niektórych NOK mają trudności w porozumiewaniu się tym językiem i dla nich jedynym wspólnym był język rosyjski. Pomagałem im więc w czasie spotkania jak mogłem. W przerwie podszedł do mnie Prezes ETO, prof. B. Friedmann, znany niemiecki polityk CSU i zagadnął:

– widzę, że znasz język rosyjski.

– Trochę, – odpowiedziałem.

Friedmann zamyślił się i rzekł:

– wy, Polacy macie dobrze. Wy znacie język i kulturę Rosji. Wam łatwo się z nimi porozumieć, a my musimy wszystkiego uczyć się od podstaw. Polska może odegrać bardzo ważną rolę w relacjach pomiędzy Unią i Rosją.

Polska miała swoje pięć minut, aby stać się rzeczywistym pomostem pomiędzy Unią i Rosją. Tych pięciu minut nie wykorzystała, stając twardo i zdecydowanie na antyrosyjskich pozycjach. Czy musiał prezydent Polski, Lech Kaczyński, nawoływać do konfrontacji z Rosją na wiecu w Tbilisi w 2008 r. dokładnie w chwili, gdy prezydenci Francji i Niemiec lecieli do Moskwy, aby w imieniu Unii Europejskiej szukać możliwości politycznego rozwiązania konfliktu rosyjsko – gruzińskiego? Miejsce Prezydenta Polski powinno być wówczas w samolocie do Moskwy, a nie w samolocie do Tbilisi.

Zawsze byli w Polsce rusożercy, tak samo jak polakożercy w Rosji. Nigdy jednak nie stanowili większości tych społeczeństw, które nie tylko z uwagi na poczucie słowiańskiej wspólnoty, ale również w imię zdrowego rozsądku, mówiącego, że z sąsiadami należy dobrze żyć, że przyjaciół należy szukać jak najbliżej a nie jak najdalej, pozytywnie odnosiły się i odnoszą do siebie. Należy więc postawić retoryczne pytanie: czyje interesy reprezentują polskie elity nakręcające antyrosyjskie nastroje, histerię wręcz, propagujące wątpliwe tezy o rosyjskim zagrożeniu, deprecjonując wszystko co choć trochę pachnie Rosją. Z pewnością nie interesy Polski i z pewnością nie interesy Unii Europejskiej. Odpowiedź na to pytanie jest oczywista: jedynym beneficjentem polskiej polityki w tym względzie są Stany Zjednoczone.

Jednym z pytań czekających na odpowiedź jest natomiast to, skąd bierze się ten konsekwentny antyrosyjski kurs USA. Reagan wygrał ekonomiczną i polityczną wojnę z ZSRR. Kampanię Reagana uzasadniano walką ideologiczną i odpowiedzialnością USA za światową liberalną demokrację. Dzisiaj po komunistycznej Rosji nie ma śladu, USA same odwróciły się od zasad liberalnego handlu nasilając gospodarczy interwencjonizm i szantaż w stosunkach międzynarodowych a i gwiazda amerykańskiej demokracji ostatnio przyblakła. Dlaczego więc Rosja nadal – jak za czasów Reagana – dekretowana jest jako „imperium zła”? Jakie cele strategiczne kryją się za tak konsekwentną postawą Wielkiego Brata?

Jeżeli Rosja sama w sobie jest wrogiem dla Stanów Zjednoczonych to oczywiście wszelki antyrosyjskie nastroje wokół rosyjskich granic są Białemu Domowi na rękę. A że CIA ma w tym obszarze ogromne doświadczenie i potrafi skutecznie kształtować takie nastroje, to dowiodła już wielokrotnie w przeszłości w różnych częściach świata, w tym i w Polsce. Jeżeli po lekturze „Zwycięstwo. Tajna historia świata lat osiemdziesiątych. CIA i <<Solidarność>>” P.Schweizera ktoś miał jeszcze wątpliwości co do agenturalnego charakteru NSZZ „Solidarność”, to powinien się ich ostatecznie wyzbyć po przeczytaniu najnowszego opracowania na ten temat: „A cover action. Reagan, the CIA and cold war struggle in Poland” S.G. Jonesa. Nie są zresztą Stany odkrywcze w takiej polityce. Starorzymska strategia „dziel i rządź”, skłócania „cywilizowanych” plemion afrykańskich czy amerykańskich, wykorzystywania lokalnych waśni dla własnych korzyści, była standardem również nowożytnych państw kolonialnych. Czy Polska nadal jest ślepym narzędziem Stanów Zjednoczonych w ich grze przeciwko Rosji? Polska nie jest formalnie kolonią USA, chociaż brutalna ingerencja ich nowego ambasadora w proces legislacyjny w Polsce, „zapraszanie” do konsultowania w ambasadzie projektów przyszłych ustaw „abyśmy mieli pewność, że przyniosą one wszystkim korzyść”, błaganie niemal polskiego prezydenta o stałe bazy wojskowe USA , przyznanie ponoć armii amerykańskiej prawa do swobodnego poruszania się po Polsce, wszystko to skłania do refleksji nad stopniem naszej realnej suwerenności.

Hasło Trumpa „America first!” nie jest – jak pokazuje każdy dzień – czczym zawołaniem. Znaczy ono dokładnie to, że liczą się tylko interesy Ameryki – tylko Ameryki, nikogo innego. Strategiczny sojusz z takim partnerem jest nazbyt ryzykowny, żeby nie powiedzieć nierozsądny. Polska płaci za niego nie tylko gospodarczym uzależnieniem się od USA, ale również pogorszeniem stosunków ze swoimi najbliższymi sąsiadami: z Unią Europejską i oczywiście z Rosją.

Przed nami ważne, przedwyborcze debaty o naszych sprawach wewnętrznych, ale też i o Unii Europejskiej i o polskiej polityce zagranicznej. Byłoby dobrze, aby wśród spraw, do których odnosić się będą ugrupowania polityczne była również sprawa perspektywy stosunków polsko – rosyjskich. Jeżeli tak się stanie, będzie to wielkim sukcesem Lecha Wałęsy.

Eurowirówka

Bez echa i głębszej refleksji przemknęła przez polskie media informacja, że oto państwa, członkowie Unii Europejskiej, zgodziły się na ostatnim szczycie swoich przywódców, na utworzenie odrębnego budżetu strefy euro. Zupełnie niezasłużenie, gdyż jest to jedna z najważniejszych decyzji politycznych Unii Europejskiej ostatnich dwóch dekad.

Wspólny budżet strefy euro jest niewątpliwie istotnym krokiem w kierunku dalszej integracji Starego Kontynentu. Wspólne wartości jako spoiwo UE okazały się nazbyt mało odporne na ataki mniej lub bardziej zakamuflowanych eurosceptyków, dlatego wiodące gospodarczo i polityczne państwa, zdecydowane kontynuować proces integracji,  postanowiły uzupełnić to spoiwo szczególnie mocno wiążącym składnikiem – pieniądzem. Jeden budżet, a dalej jeden system podatkowy, i kto wie, jeden system ubezpieczeń społecznych – to może być nie tylko dla gospodarki bardzo sexy. Z doniesień z grudniowego szczytu przywódców państw Wspólnoty wynika, że przyjęto wersję „miękką” wprowadzania wspólnego dla strefy euro budżetu. Ministrowie finansów zostali zobowiązani do przyspieszenia prac nad budżetowym instrumentarium, tak, aby euro-budżet mógł stać się częścią wieloletniego planowania finansowego UE. Państwa członkowskie, które nie przyjęły europejskiej waluty będą współuczestniczyć w tworzeniu tego instrumentarium – prawdopodobnie na zasadach wypracowanych już dla uczestnictwa ministrów finansów tych państwa w spotkaniach ich kolegów ze strefy euro – prawdopodobnie z podobną, mocno ograniczoną, siłą decyzyjną.

Odrębnego budżetu strefy euro nie tworzy się dla „odfajkowania” na liście zadań do wykonania. Ten budżet ma swoje ważne zadania gospodarcze, polityczne i społeczne. Dlatego warto przyglądać się jego tworzeniu i ewolucji. Sprawa pierwsza: parlament. W klasycznej formule demokracji jednym z głównych zadań parlamentu jest właśnie zatwierdzanie budżetu i rozpatrywanie sprawozdania z jego wykonania. Ponieważ, przynajmniej w początkowej fazie, wspólny budżet ma być częścią wieloletnich ram finansowych UE, to Parlament Europejski będzie prawdopodobnie zatwierdzał jego projekt i udzielał absolutorium z jego realizacji. Ale czy można takie, sztuczne bądź co bądź z punktu widzenia podatnika strefy euro rozwiązanie uznać za trwałe?  Jaka będzie sprawcza rola krajów spoza Eurolandu w tworzeniu jego budżetu? Kolejne pytanie: na jakiej podstawie udzielane będzie absolutorium? Innymi słowy kto będzie zewnętrznym, niezależnym audytorem wykonania tego budżetu, prezentującym parlamentowi swoją opinię?  Europejski Trybunał Obrachunkowy? Jeżeli tak, to będzie on musiał przejść istotną modernizację wewnętrzną co najmniej powołując w swojej strukturze odrębną izbę dla realizacji tego celu.

Podstawowe jednak pytanie to to, jak wyodrębnienie budżetu krajów Euro wpłynie na sytuację w Europie. Niewątpliwie dotychczasowy Eurolandu zyska nowe, mocne polityczne znaczenie, wytworzy się jakiś nowy ośrodek polityczny, którego decyzje finansowe i gospodarcze przekładać się będą na politykę i stosunki społeczne w całej Unii. Nie wykluczone, że długofalowym efektem tego rozstrzygnięcia będzie przeniesienie centrum decyzyjnego poza Parlament Europejski i Radę. Parlament Europejski przekształcać się będzie w Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy Bis, a więc w strukturę o cechach dużego klubu dyskusyjnego. Euroland natomiast przyspieszy z reformami ekonomicznymi na swoim obszarze a pozostałe państwa, niczym w wirówce, przesuwane będą na coraz odleglejsze od tego centrum rejony, Europa dwóch prędkości stanie się faktem.

Przed nami wybory do Parlamentu Europejskiego. Zapowiedź realizacji projektu wspólnego budżetu strefy euro na porządku dziennym stawia w Polsce pytanie: co z naszym członkostwem w  tej strefie? Straciliśmy dużo czasu odwlekając decyzję w tej sprawie ad calendas grekas. Dalej odwlekać nie można. Póki co tylko Robert Biedroń ogłosił, że opowiada się za jak najszybszym przyjęciem Euro w Polsce. A pozostałe partie? Żadna ze startujących partii, a tym bardziej zapowiadana proeuropejska, antypisowska koalicja, nie ucieknie przed jasną, jednoznaczną, wiarygodną odpowiedzią na to pytanie. I im wcześniej się to stanie – tym lepiej.