Yankee go home!

– i to jak najprędzej.

Przed laty ówczesny minister obrony narodowej, Radosław Sikorski publicznie deklarował, że „marzeniem Polaków jest, aby żołnierz amerykański postawił but na polskiej ziemi”. Wypowiadanie się w imieniu całego polskiego narodu jest jakąś genetyczną wadą polskich polityków – niezależnie od ich proweniencji. Tak naprawdę to ta wada, której rewersem jest pogarda dla myślących inaczej niż władza, zawsze leżała u podstaw naszych narodowych klęsk.

Ale powróćmy do Amerykanów. Stało się. Amerykańscy pancerni kawalerzyści, występujący jako NATO-wskie wojska sojusznicze, przybyły do naszego kraju na – jak się to za granicą podkreśla – wyraźne życzenie Polski. (Skąd my znamy ten schemat?). Oficjalne komunikaty mówią,  że celem tej historycznej (JU) operacji militarnej jest „odstraszanie” i „zapewnienie bezpieczeństwa” w dobie „wzrostu zagrożenia”. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że żaden z tych celów nie jest ani prawdziwy, ani realny.

Dożyliśmy czasów, w których politycy świadomie porzucili prawdę jako główną swoją podporę w działalności publicznej na rzecz tzw. postprawdy, czyli faktów medialnych, które z rzeczywistością niewiele mają wspólnego, a których jedynym celem jest odpowiednie kształtowanie opinii publicznej. Oddzielanie ziarna od plew w świecie postprawdy jest niezmiernie trudne. Oto najświeższy przykład. Międzynarodowa społeczność epatowana jest od jakiegoś czasu doniesieniami o wpływie rosyjskich hakerów na wynik wyborów prezydenckich w USA. Dowody ponoć są, ale utajnione. Tymczasem nowy prezydent podważa tą tezę. Komu wierzyć?

Myślę, że jedynym sposobem, aby w oszukańczym świecie postprawdy móc choćby zorientować się w prawdziwym charakterze i kierunkach zachodzących procesów politycznych i gospodarczych należy uciec się do metody patrzenia na te procesy z lotu ptaka.  Oto trzy próby.

Spojrzenie pierwsze. Prezydent Reagan ogłaszając antykomunistyczną krucjatę, „ochrzcił” ZSRR mianem imperium zła. Taka dekretacja rodem z komiksów sf miała uzasadniać między innymi głęboką ingerencję amerykańskich służb specjalnych w procesy społeczno-polityczne zachodzące między innymi w Polsce. ZSRR już nie ma, komunizm, a z nim i socjalizm, zeszły z większości scen politycznych Europy. Ale Rosja nadal kreowana jest przez następców Reagana na „imperium zła”. Dlaczego? Widocznie kwestie ideologiczne nie były tymi najważniejszymi przesłankami lokującymi amerykańskie wyobrażenie o „imperium zła” gdzieś między Bugiem a Kamczatką. W grę wchodzić mogą dwie, uzupełniające się okoliczności. Pierwsza, to konieczność eskalowania zagrożenia,  gdyż takie eskalacje zawsze okazywały się w przeszłości skuteczne w zasilaniu amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego pieniędzmi podatników. Drugą okolicznością (uwaga – spekulacja!) mogą być super strategiczne cele amerykańskiej polityki ukierunkowanej na realne zawładnięcie terytorium i ogromnymi złożami naturalnych surowców Rosji. Patrząc na mapę świata nie sposób oprzeć się konstatacji, że właśnie tereny Rosji są właściwie jedynymi większymi, nie opanowanymi jeszcze przez amerykański (międzynarodowy) kapitał. Przywódcy rosyjscy, niezależnie od ustroju, którzy sprzyjali temu celowi byli wszak przez Waszyngton hołubieni, a ci, którzy nie chcieli dopuścić do utarty kontroli Rosji nad swoimi bogactwami naturalnymi – piętnowani oraz obrzucani najróżnorodniejszymi inwektywami.

Spojrzenie drugie. Od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone, w imię dawania odporu ruchom komunistycznym i socjalistycznym, zaczęły rozmieszczać w świecie swoje bazy wojskowe. Podobnie czynił ZSRR, przez co osiągnięto względną równowagę. Warto jednak spojrzeć z lotu ptaka właśnie na zmiany jakie w ostatnich dziesięcioleciach zaszły w dyslokacji amerykańskich baz wojskowych (jedyna rosyjska jest w Syrii). Proces ma jeden kierunek: jak najbliżej granic z Rosją. Z chwilą przybycia brygady pancernej USA do Polski, Litwy i Łotwy wojska amerykańskie staną przy rosyjskiej granicy. Dlatego tę operację militarną nazywam historyczną.

Spojrzenie trzecie. Od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone wysyłały swoich dzielnych chłopaków na ponad 70 misji zbrojnych na całym niemal świecie. Jakie były finalne efekty tych misji? Literatura jest bogata, w skrócie:  żadna z nich nie rozwiązała żadnego nieamerykańskiego problemu. Za to powszechnie obwinia się USA ojcostwem współczesnego światowego terroryzmu.

Eskalowanie poczucia zagrożenia „Zachodu” przez Rosję za pomocą postprawdy jest niebezpieczne z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze jest na rękę rosyjskim jastrzębiom, których też nie brak, i którzy w istocie niewiele różnią się od swoich amerykańskich kolegów. Im też zależy na procencie PKB kierowanym do kompleksu wojskowo-przemysłowego. W ten sposób realne napięcie,  a z nim i zagrożenie dla spokojnego życia obywateli rośnie a nie maleje. Po drugie filozofia taka spycha na dalsze plany rozpoznawanie realnych zagrożeń jakie dla ludzi niesie dzień dzisiejszy i jutrzejszy. Spycha na dalsze plany i rzecz jasna ogranicza finansowanie badań w tych kierunkach.

Dlatego, jeśli nawet przyjąć za dobrą monetę deklaracje, że postawienie buta amerykańskiego żołnierza na polskiej ziemi uzasadnione jest „wzrostem zagrożenia”, to od polityków wszelkiej maści i na całym świecie oczekiwać i wymagać musimy, aby ten stan zagrożenia jak najszybciej zlikwidować metodami politycznymi, bynajmniej nie militarnymi. W przeciwnym razie wyobraźni nie starczy dla uwspółcześnienia uniwersalnej myśli Marii Konopnickiej: „A najmężniej biją króle, a najgęściej giną chłopy”.

Im więc krócej amerykanie będą w naszym kraju – tym lepiej. Dlatego już teraz warto przygotowywać transparenty: „Yankee go home!”.

Do siego roku!

Witam w Nowym Roku.  Wszystkim gościom mojego bloga życzę, aby ten rok nie był rokiem spokoju w polityce. To bowiem, co jest dla Polski najgroźniejsze, to właśnie CISZA, SPOKÓJ. Cisza w polskiej polityce oznaczać będzie akceptację celów i metod PiS, oznaczać będzie rezygnację. I zapewne na to liczy naczelniczek. Liczy na to, że ludzie w końcu „odpuszczą”, pogodzą się z nowym Trybunałem Konstytucyjnym, reżimowymi mediami, Misiewiczami, itp., itd. I to będzie wielki, narodowy dramat.

Wielokrotnie pisałem o postępującej faszyzacji polskiego życia politycznego. Proces ten jest co raz bardziej widoczny, a w swoim wystąpieniu w TVN prof. Kuźniar postawił kropkę nad „i”. Profesor jest przekonany, że kraj nasz zmierza do ustroju neofaszystowskiego – i dobitnie dowodzi tej tezy.

O faszyzmie uczyliśmy się na lekcjach historii, dramatycznie odczuliśmy w Polsce jego zbrodniczą rękę. Ale niewiele wiemy o tym, jak faszyzm się rodzi. Jak powstają reguły, instytucje, które demokratyczne społeczeństwo zmieniają w „ciemny” ale posłuszny lud.

Rok 2017 w dużej mierze zadecyduje o tym, czy państwo obywatelskie ma w Polsce jeszcze jakieś szanse. Aby te szanse się pojawiły potrzebna jest codzienna aktywność każdego, kto dostrzega grozę sytuacji. Każdego, bez względu na partyjna przynależność czy wyznanie. Pora znowu wznieść hasło: „No pasaran!”

Grozę sytuacji uzmysłowiłem sobie po lekturze wyników sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” (Rzepa, 29.12.2016) opinii Polaków o stanie demokracji w naszym kraju. Ankietowanych pytano „Czy w 2016 roku stan demokracji w Polsce uległ zmianie?”. 38 proc. twierdzi, że nic się nie zmieniło. Zdaniem 43 proc. się pogorszył. 10 proc. uważa, że raczej się poprawił, a 5 proc. widzi zdecydowaną poprawę. Ale to są dane ogólne. Znamienne są różnice oceny stanu demokracji w zależności od wieku pytanych osób. W przedziale wiekowym 18 – 24 lata dla aż 75 % ankietowanych stan demokracji w 2016r nie uległ zmianie, a tylko dla 21 % pogorszył się.  W grupie 25–34 lata ten odsetek osób niedostrzegających pogorszenia się demokracji wynosi 61% . Co ciekawe, największy odsetek osób zaniepokojonych stanem naszej demokracji jest w przedziale wiekowym 55 lat i więcej, a więc w tej części społeczeństw, która w pełnej obywatelskiej świadomości przeszła okres transformacji ustrojowej. Ale to młodzi ludzie są przyszłością narodu. Dlatego bardzo źle wróży Polsce tak wysoki odsetek tolerancji antydemokratycznej rewolucji PiS właśnie wśród młodych.   Okazuje się więc że walka o demokratyczną, obywatelską Polskę nie będzie łatwa.

Stąd też moje uznanie dla grupy polskich aktorów Nowego Teatru: Cieleckiej, Ostaszewskiej, Poniedziałka i Stuhra, którzy z otwartą przyłbicą mówią obecnej polskiej rzeczywistości NIE.

Nieodwołalny koniec „Solidarności”

Pisałem niegdyś, że obecny kryzys kraju i społeczeństwa bez reszty obciąża polityczną emanację ruchu społecznego „Solidarność”. Dzisiaj przyszło kolejne potwierdzenie tego faktu. Dzień 19 grudnia 2016 roku to dzień nieodwołalnego końca „Solidarności”. W tym to bowiem dniu, w odpowiedzi na protest opozycyjnych posłów przeciw ograniczaniu przez władzę wolności słowa, dostępu obywateli do informacji, Przewodniczący Związku Zawodowego „Solidarność” zapowiedział wyprowadzenie związkowców na ulicę, aby protestujących w Sejmie i pod Sejmem „nakryć czapkami”. Przewodniczący Duda ze związkiem „Solidarność” bez zastrzeżeń, wasalsko wręcz popiera PiS. Dlatego jego zapowiedź wzmocnienia konfrontacyjnego kursu Nowogrodzkiej uznać należy za działanie w porozumieniu z naczelniczkiem. Że tym samym sprzeniewierza się temu, co w „Solidarności” lat osiemdziesiątych było najpiękniejsze? Widocznie takie dostał polecenie.

Z drugiej strony zastanawiam się, czy ochocze nawoływania posła Petru do wcześniejszych, na przykład kwietniowych wyborów jest działaniem racjonalnym. Wcześniejsze wybory mogą okazać się zbawieniem dla PiS i pozwolić tej partii zdobyć wreszcie konstytucyjną większość w parlamencie. A nawet, jeśli dzisiejsza opozycja zdobędzie większość poselskich krzeseł, to w imię racjonalizacji wydatków publicznych będzie musiała ograniczać frukta, którymi nie za swoje pieniądze PiS obdarował część Polaków. Wcześniejsze wybory tak, ale nie wcześniej niż za rok, gdy trudno będzie ukryć zgubne dla finansów państwa pisowskie rozdawnictwo.

Wspólnie Walczymy o Demokrację!

Uczestniczyłem wczoraj wieczorem we wrocławskiej  demonstracji popierającej posłów opozycji w Sejmie pod hasłem generalnym „Wspólnie Walczymy o Demokrację”. Było to bardzo ciekawe wydarzenie w obronie podstawowych wartości demokracji, w obronie wolności mediów, a przeciwko dyktaturze z Nowogrodzkiej. Uczestniczyło w nim bardzo wiele osób ale nie frekwencja była w tym wydarzeniu najważniejsza. Najważniejszy był fakt, że zostało ono zorganizowane przez młodych działaczy politycznych różnych opcji wśród których niepoślednią rolę odgrywali koledzy z SLD. Młodzi też ludzie dominowali wśród wiecowych mówców. A wystąpień było około 20 i tylko trzy osoby były  w wieku lekko starszym. Ta dominacja młodych była znamienna i bardzo budująca.

Nie chcąc psuć formuły demonstracji, nie zabierałem głosu. Gdyby jednak przyszło mi wystąpić, moje wystąpienie byłoby mniej więcej następujące.

Kochani, odważni młodzi przyjaciele! Niewiele osób uświadamia sobie to, że publiczna debata, która dzisiaj toczy się w Sejmie, pod Sejmem, w publicznych miejscach wielu polskich miast jest najważniejszą debatą Polaków o Polsce nie od kilkudziesięciu, ale może od kilkuset lat. Jest to debata, która dotyczy podstawowych zasad funkcjonowania naszego państwa i naszego społeczeństwa w przyszłości. I w imię tej przyszłości, przyszłości naszych dzieci i wnuków, tę debatę musimy wygrać! Demokracja nie jest darem niebios! Demokrację trzeba wywalczyć i jej strzec!

My, jasny lud, walczący o demokratyczną Polskę nie jesteśmy sami. Wspiera nas Wenecja, Bruksela, Paryż, i również bardzo wielu Węgrów, którzy wręcz przestrzegają nas przed „orbanizacją” kraju. Każdy Polak musiał najeść się wstydu, gdy Premier Szwecji w publicznym wystąpieniu wytrzaskał po szanownym obliczu stojącego obok niego Prezydenta RP. Mamy bardzo wielu przyjaciół w Europie i poza nią. Nie dlatego, że jesteśmy Polakami, ale dlatego, że walczymy o wartości, które są i ich wartościami, dlatego, że wspierając nas bronią tych wartości.  Dziękujemy za to wsparcie! Dziękujemy i obiecujemy, że nie odpuścimy!

Panowie, którzy dzisiaj rządzą Polską z ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, a także Ci, którzy nimi sterują, chcą Polskę i Polaków oderwać od współczesnej Europy, chcą cofnąć nas do średniowiecza. Dzisiejsza Europa jest dla nich zbyt laicka, zbyt socjalistyczna. Polska jak dotąd nie wniosła nic lub prawie nic do procesu umacniania Unii Europejskiej, wiele natomiast do jej osłabiania. Oderwanie Polski od Unii Europejskiej, osłabianie pozycji naszego kraju we wspólnocie jest niczym innym jak zdradą polskiej racji stanu! Jest spychaniem Polski do kąta, do pozycji kraju szarpanego wewnętrznymi sporami, nie otoczonego bynajmniej przez przyjaciół! Na taką politykę jasny lud powinien jasno odpowiedzieć VETO! VETO! VETO! I mówimy wyraźnie: Polska z Unią – Unia z Polską!

Jesteśmy świadkami całego ciągu antydemokratycznych ustaw, antydemokratycznych praktyk polskiej władzy. Gdy Adolf Hitler zdobywał władzę w Niemczech mówił: „Najpierw trzeba zdobyć władzę w demokratycznych wyborach, a dopiero potem robić rewolucję”. Zniszczył niemiecką demokrację jej własną bronią. Dzisiaj w Polsce demokratyczny system prawny jest narzędziem do sprawowania władzy przez PiS zamiast być dla tej władzy ograniczeniem. Tymczasem pod parasolem PiS rozrastają się bujnie chwasty organizacji nacjonalistycznych, ksenofobicznych, faszyzujących! Faszyzm w Polsce nie przejdzie! No pasaran!

Ostatnia już sprawa. Bardzo ważne jest to, co dzisiaj mówimy tu do siebie. Ale jeszcze ważniejsze jest to, co chcemy powiedzieć innym. Za chwilę nasza demonstracja na Placu Solnym się zakończy. Sąsiedni Rynek  pełen jest rodaków, którzy w świątecznym ferworze odwiedzili wrocławski jarmark. Oczywiście nie możemy przenieść naszej demonstracji tuż obok, na Rynek. Ale każdy z nas, wracając do domu wracać może pod hasłem, pod flagą, które tu prezentuje. Żadne prawo nie zabrania obywatelowi publicznego okazywania swoich poglądów, o ile nie zakłóca tym spokoju innych. Spowodujemy w ten sposób być może refleksję u niektórych, że walka o wielką sprawę trwa. Refleksję, która zaowocować może za miesiąc, za trzy miesiące lub za rok. Moim kolorem jest kolor czerwony i ja pod taką flagą udam się do domu!

 

 

DOSYĆ !!!

Umiera polski parlament. Umiera w męczarniach. Nie mordują go żadne wraże siły, żadni najeźdźcy, żaden układ sił międzynarodowych, żadni hakerzy posługujący się „rosyjsko brzmiącą mową”. Parlament polski mordowany jest polskimi rękami.

Gdy w październiku 1993 r. składałem w Sejmie ślubowanie poselskie byłem  w euforii. Być posłem na Sejm! Współdecydować o sprawach Polski i Polaków! Zaszczyt i zobowiązanie ogromne. A Sejm był wówczas świątynią niemal politycznej kultury, gdzie wzajemny szacunek posłów obecny był nie tylko na sali, ale i w kuluarach.

Posłem byłem krótko – niecałe 3 lata. Mandat poselski był nie do pogodzenia ze stanowiskiem wiceprezesa Najwyższej Izby Kontroli. Ale w różnych rolach, z polskim parlamentem, z Sejmem, z Senatem przyszło mi współpracować  w sumie przez 20 lat: jako poseł, wiceprezes NIK, wiceminister finansów i polski członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. Przez te 20 lat patrzyłem na postępującą erozję polskiego systemu parlamentarnego, na wszechobecną selekcję negatywną, na coraz niższy poziom merytorycznych dyskusji. Ale to, co wczoraj wydarzyło się na Wiejskiej jest zupełnie nową, nawet dla mnie – wieloletniego wycirucha sejmowych korytarzy – jakością. To olbrzymie tąpnięcie, nowy stan, z którego powrót do normalności będzie bardzo trudny. Wczoraj Sejm obdarty został z resztek swojej siły wewnętrznej, z powagi, z autorytetu.

Żeby sprawa była jasna. Zdecydowanie staję po stronie posłów opozycji, którzy powiedzieli DOSYĆ! totalitarnym praktykom większości sejmowej, którzy zdecydowali się na krok desperacki, ale jedyny, jaki im pozostał. A sprawa, o którą walczą jest wagi ogromnej – chodzi o praktyczny wymiar naszej demokracji, o podstaw tej demokracji, którą jest dostęp obywateli do informacji o działaniach władzy publicznej.

O sprawności Sejmu decyduje jakość posłów i procedury podejmowania decyzji.  Regulamin Sejmu nie jest bardzo szczegółowy. I dobrze, gdyż wiele spraw w Izbie toczy się dzięki dobrym obyczajom. Dobrym obyczajom politycznym oczywiście. Ale o sile Sejmu decydują właśnie jego obyczaje, tradycja. To właśnie dobre obyczaje sejmowe determinowały jedną z podstawowych wartości demokracji, jaką jest stosunek parlamentarnej większości do opozycji. Dzisiaj dobre obyczaje sejmowe zostały zmieszane z błotem i z przytupem wyrzucone na śmietnik..

Jaka fatalną drogę przeszedł nasz Sejm od marszałków takich jak Małachowski, Zych czy Oleksy do Kuchcińskiego! Marszałek Sejmu Kuchciński zademonstrował, że jedynym językiem jakim  arytmetyczna większość w Parlamencie rozmawiać potrafi z opozycją jest tylko język siły. PiS na każdym kroku emonstruje wobec opozycji postawę: „Przegraliście wybory, to teraz siedźcie cicho! Nie macie tu nic do gadania!” Agresja PiS wobec mniejszości parlamentarnej była nie tylko merytoryczna – odrzucanie z zasady wszelkich wniosków opozycji – ale i werbalna. Nikt w czasami nawet wulgarnych atakach na posłów opozycji nie przebije pani poseł Pawłowicz, której próbki kultury parlamentarnej wielokrotnie mogliśmy oglądać w transmisjach sejmowych. Ale to już chyba czas przeszły…

Sala obrad Sejmu widziała wiele incydentów bardziej drastycznych, niż zachowanie posła  Szczerby. Szczerba zademonstrował tylko dwa słowa. Przypomnieć tu jednak trzeba skandaliczne – z punktu widzenia i procedury i obyczajów parlamentarnych zachowanie Kaczyńskiego, kiedy podczas debaty nad wotum nieufności dla Premiera Tuska, stojąc na sejmowej mównicy zaprezentował z trzymanego w rękach tabletu wystąpienie osoby nie będącej posłem. Prezes Kaczyński „odstąpił” swoje prawo do występowania z mównicy sejmowej, w trakcie sejmowej debaty, osobie nie mającej mandatu posła. Czy nie była to profanacja Sejmu jako całości?

Wczorajsze dramatyczne wydarzenia w Sejmie i pod budynkiem Wysokiej Izby, gdzie spontanicznie zebranych kilka tysięcy warszawiaków demonstrowało przeciw zakusom PiS radykalnego ograniczenia mediów do codziennej pracy parlamentu, użycie siły wobec nich przez policję jest kolejnym dowodem na rozkład polskiego państwa. Podpisywanie przez ministra sprawiedliwości listy na „kolumnowym” posiedzeniu partii rządzącej już po głosowaniach (co ujawniły media) jest jedną z przesłanek do uznania tego zebrania za niekonstytucyjne i prawnie nieważne. I na tym polega prawdziwy polski dramat. Jeżeli bowiem PiS wyjdzie z tego zwarcia zwycięsko, to mając na sumieniu bezprawne działania nasilać tylko będzie kurs opresyjny, we wszystkich dziedzinach życia społecznego. I zrobi wszystko, aby nie oddać władzy i nie zostać rozliczonym za deprawację polskiego parlamentu, za czarną plamę na historii polskiego parlamentaryzmu.

Polski Sejm nie będzie nigdy już taki, jak przed 16 grudnia 2016r i Polska nie będzie taka sama.

POPiS Schetyny

Od samego rana (jest 07:45) człowiek musi się denerwować. To nie są czasy dla wysoko-ciśnieniowców – ja, na szczęście mam niskie.

Wysłuchałem przed chwilą wypowiedzi Pana Schetyny, lansowanego przez media na lidera Platformy. Dziennikarz TVN wydusił wreszcie z niego, że jest on za pozbawieniem Jaruzelskiego i Kiszczaka stopni generalskich. Pan Schetyna również wpisał się do grona tych, którzy uważają, że stan wojenny i okres polskiej historii przed 1989 r. nie został jeszcze rozliczony. Nie to jednak było najistotniejsze. „Odpierając” naciski redaktora w  tej sprawie Pan Schetyna był łaskaw zauważyć, że jednak ponad 40% Polaków pozytywnie ocenia dzisiaj wprowadzenie stanu wojennego i utyskiwał, że „należało w latach dziewięćdziesiątych przebudować świadomość społeczną, czego jednak nie zrobiono”.

Panowie politycy z PiS i Platformy Obywatelskiej! Ta wypowiedź Przewodniczącego PO dokumentuje ostatecznie to, co dla wielu jest jasne, że nie ma istotnych różnic pomiędzy tymi politycznymi organizacjami. Obydwie swoją misję widzą w PRZEBUDOWYWANIU SPOŁECZNEJ ŚWIADOMOŚCI.

Panowie z POPiS-u ! Kiedy wreszcie przestaniecie manipulować społeczną świadomością?! Kiedy wreszcie zaczniecie liczyć się z opiniami i poglądami społeczeństwa! Dokąd prowadzicie Polskę?! Czy nie dostrzegacie tego, że stawiając sobie za cel waszej misji „przebudowę społecznej świadomości” cofacie nasz kraj o całe półwiecze?

Jest nadzieja!

Sytuacja w Polsce rozwija się dynamicznie i już dzisiaj rozwijać trzeba myśli, które zapisałem wczoraj. Hitem dnia – przypomnę, mamy 13 grudnia 2016 r., naczelniczek państwa ogłasza, że PiS zrobi porządki z opozycją. Oczywiście wszystko w kontekście „Odezwy” KOD-u, którą uznaje za działania przestępcze. Że też duch barta bliźniaka nie zdzielił go w nocy pałą – widać musiał mieć w tym jakiś swój zamysł.

Lepszego momentu na zapalenie światełka nadziei, że możliwe jest przerwanie platformersko-pisowskiej destrukcji polskiego państwa trudno sobie wymarzyć. Jednoosobowa grupa trzymająca władzę w Polsce , w ramach uroczystych obchodów upamiętniających ofiary  stanu wojennego  z grudnia 1981 r, zapowiada, że „uporządkuje działania opozycji”. Historia jest nie tylko Wielką Nauczycielką. Potrafi być też przewrotną, złośliwą suką.
Nie spodziewałem się tak drastycznej i nerwowej reakcji władzy na „Odezwę” KOD. Władza się boi, a więc jej koniec jest bliski. Jest nadzieja.

Jak pisałem wczoraj intencje autorów „Odezwy” są zrozumiałe, chociaż dla jasności dodać trzeba, że też podszyte fałszem. Destrukcji państwa przyczyniła się w sposób oczywisty i Platforma Obywatelska w czasie swoich 8-letnich rządów. I żadna odezwa nie zamaże współodpowiedzialności PO za stan obecny kraju, za dojście PiS do wszechwładzy. Ale na dziś najważniejsze jest przerwanie zawłaszczania państwa przez 19-to procentową mniejszość, przerwanie wynaturzania, deprawacji systemu demokratycznego.

Przy okazji rocznicowych obchodów odnotować należy jeszcze jeden fenomen. Na przestrzeni minionych 26 lat odsetek obywateli pozytywnie oceniających decyzję wprowadzenia w 1981 roku stanu wojennego oscylował wokół 50% i zawsze wyraźnie był większy od odsetka ludzi prezentujących oceny negatywne.  Jeszcze rok temu ośrodki badania opinii publicznej notowały 54% poparcia dla stanu wojennego. W tym roku odsetek spadł wprawdzie do 41% ale i tak jest zdecydowanie większy od odsetka ocen negatywnych – 35%. Fenomen ten ma podwójna naturę. Po pierwsze jest rzeczą niebywałą, że wszyscy dotychczasowi tak zwani strażnicy demokracji przechodzili nad wynikami tych badań do porządku dziennego, raczyli nie przyjmować ich do wiadomości. Oni wręcz LEKCEWAŻYLI opinię publiczną na siłę starając się wtłaczać do społecznej świadomości swoją i tylko swoją ocenę tych dramatycznych wydarzeń. Jak widać z marnym skutkiem. Mówiąc wprost: przez 26 lat ci rzekomi strażnicy demokracji sprzeniewierzali się w ten sposób jej podstawowym zasadom i wartościom! Ale jakich demokracja miała strażników – tak też wygląda dzisiaj.

Druga strona tego fenomenu jest taka, że pomimo zmasowanej, konsekwentnej nachalnej, jednostronnej, dzień i noc wtłaczanej propagandy, Naród swoje wie. Naród pokazał, że potrafi odróżniać ziarno od plew.  I w tym też jest jakiś cień nadziei na lepsze jutro.

Dylematy obalaczy

Mądrość ludowa powiada, że trudno być prorokiem we własnym kraju. Pewnie tak, ale zdarzają się sytuacje, gdy o spełniającą się przepowiednię wcale nie jest trudno. Niestety.

Jakiś czas temu kreśliłem w pół-satyrycznej formie wizję eskalacji działań rewizji decyzji emerytalnych po tym, jak obniżono emerytury byłym pracownikom służb, które powołano niegdyś do obrony państwa o nazwie Polska Rzeczpospolita Ludowa. Zapowiadałem twórczą kontynuację tego trendu, i co? Nie trzeba było długo czekać – sięgnięto po rezerwy budżetowe potencjalnie tkwiące w emeryturach wojskowych Ludowego Wojska Polskiego.

W ostatnim z kolei wpisie postawiłem hipotetyczną kwestię: do czego zdolna jest posunąć się obecna władza, gdy uzna, że zagrożony zostanie porządek konstytucyjny PiSowskiego państwa. Dzisiaj nie jest to już teoretyczna kwestia. KOD wsparty przez Lecha Wałęsę i wiele innych politycznych osobistości, w tym prezydentów niektórych miast, opublikował „Odezwę do wszystkich Polaków”, w której, w imię powstrzymania dewastacji kraju nawołuje do „wypowiedzenia posłuszeństwa władzy”. Na reakcję władzy długo czekać nie trzeba było gdyż właśnie minister od spraw publicznego bezpieczeństwa ogłosił, że takie działania uznać należy za „nawoływanie do przestępstwa”. A co PiS robi z przestępcami – nie ważne prawdziwymi czy domniemanymi – wiadomo.

Konsekwencją deklaracji ministra Błaszczaka powinno być uruchomienie leżących w rękach władzy narzędzi do obrony porządku konstytucyjnego. Jeżeli władza tego nie uczyni to okaże swoją słabość. Ale nie tylko. Władza konstytucyjnie zobowiązana jest do obrony tego ładu. Czy jednak PiS jest w stanie obronić polski ład konstytucyjny przed KOD-em skoro sama nagminnie gwałci ten ład w Sejmie, Senacie, w działaniach rządu czy Prezydenta RP? Może się jednak stać i tak, że niemrawość w obronie ładu konstytucyjnego przed sobą samą będzie się starała obecna władza w dwójnasób zrekompensować aktywnością wobec KOD-u. Podstawowe pytanie na dzisiaj jest więc takie, czy Deklaracja KOD jest już naruszeniem tego ładu, czy tylko zagrożeniem jego naruszenia. Gdyby przyjąć, że wezwanie Polaków wypowiedzenia posłuszeństwa władzy wyłonionej w drodze konstytucyjnych procedur jest już naruszeniem ładu konstytucyjnego, to pozostaje do rozstrzygnięcia kwestia kto i w jakiej sytuacji może uznać, że nastała „sytuacja szczególnego zagrożenia konstytucyjnego ustroju państwa”, o którym mówi Art. 2.1.  ustawy o stanie wyjątkowym. Póki co wojewodowie otrzymali od ministra Błaszczaka pierwsze zadania aby przyjrzeć się prezydentom miast, którzy pod Odezwą się podpisali.

Nie sposób jednak uniknąć innej refleksji. Odezwa KOD i reakcja władz zbiegły się z obchodami rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. „Wojennego” gdyż naiwna – jak przystało na prawdziwą lewicę – władza ludowa nie zakładała, że lud może przeciwko niej wystąpić. Dlatego też w porządku prawnym Polski Ludowej nie było ustawy o stanie wyjątkowym (ta została uchwalona dopiero w 2006 roku). W nadzwyczajnej, krytycznej sytuacji odwołać więc się można było tylko do ustawy o stanie wojennym. Ale bez wątpienia działania władz w 1980 r. miały na celu ochronę ówczesnego ładu konstytucyjnego i terytorialnej integralności Państwa, zagrożonych ulicznymi rozruchami i świadomą działalnością zdecydowanej mniejszości polskiego społeczeństwa kierującej się zasadą totalnego osłabiania państwa polskiego we wszystkich dziedzinach: politycznej i gospodarczej w myśl hasła „im gorzej tym lepiej”.

Historycznej pikanterii dodaje obecnej sytuacji okoliczność, że zarówno autorzy odezwy wzywającej do facto do społecznego oporu wobec konstytucyjnych organów państwa jak i władza sama są politycznymi spadkobiercami „Solidarności”. Często i jedni i drudzy „obalali” w 1989 ustrój polskiego państwa. Jeżeli nawet wówczas nie wyrażali tego wprost, to dzisiaj prześcigają się wręcz w zaklęciach i deklaracjach, że tak właśnie było. Dzisiaj zaś to im przychodzi rozwiązywać dylemat czy już mamy do czynienia z sytuacją szczególnego zagrożenia państwa, czy jeszcze nie.

Charakterystyczną okolicznością jest i to, że zarówno w latach osiemdziesiątych jak i obecnie działania „antyreżimowe” miały olbrzymie wsparcie ze strony środowisk artystycznych. Jeżeli ktoś miałby jakieś zastrzeżenia do poprawności tej analogii to odsyłam choćby do zapisu uroczystości wręczenia Europejskich Nagród Filmowych we Wrocławiu czy do międzynarodowego protestu aktorów wrocławskiego Teatru Polskiego.

Zawłaszczenie Polski przez PiS drogą demokratycznych wyborów jest dla nas, Polaków,  bardzo, bardzo ważną lekcją demokracji. Polsce potrzeba demokracji ale europejskiej – nie azjatyckiej. Azjatyckiej, czyli takiej, w której procedury demokratyczne służą tylko legitymizacji władzy, a ta, zarówno tych obywateli, którzy na nią głosowali jak i przeciwników traktuje jak poddanych i która wyznaje zasadę, że zwycięzca bierze wszystko, również stanowiska sprzątaczek w urzędach wojewódzkich. Władza taka nie szanuje postaw, sposobów myślenia obywateli, lecz stara się kształtować, naginać wręcz te postawy do wzorca, który jej odpowiada.

Potrzeba nam demokracji europejskiej, dla której mandat uzyskany w wyborach to przede wszystkim odpowiedzialność za wszystkich obywateli. To poszanowanie godności każdego obywatela, budowanie społecznego porozumienia a nie judzenie, napuszczanie jednych na drugich, to nie dzielenie obywateli na lepsze i gorsze sorty. Miernikiem współczesnej, dojrzałej demokracji jest stosunek władzy do wszelkiego rodzaju mniejszości: politycznych, religijnych, seksualnych. Nie do zaakceptowania jest praktyka nadużywania władzy w celu prymitywnego kupowania elektoratu przez zaciąganie zobowiązań, które spłacać będą musieli już inni. Dlatego działania KOD, niezależnie od ich groteskowego kontekstu historycznego, są w pełni zrozumiałe i uzasadnione. Chodzi bowiem o sprzeciw wobec władzy, która praktyką swojego działania zaprzecza podstawowym wartościom demokratycznego, europejskiego społeczeństwa. Z pisowskiej lekcji wyciągnąć należy więc głębsze wnioski niż tylko ten, że należy naczelniczka odsunąć od władzy. Jeżeli tak się nie stanie, to biada Polsce. I obym tym razem był złym prorokiem.

Piotrowiczem nie będę

Grupa trzymająca władzę w Polsce  rozhulała się na dobre. To nic, że premier Szwecji natrzaskał publicznie po szanownym obliczu polskiego Prezydenta za zagrożenie demokracji w Polsce, to nic, że Sąd Najwyższy skompromitował wręcz alfę i omegę obecnego wymiaru sprawiedliwości w Polsce, ministra Ziobrę – wszystko jak woda po kaczce (sic!). Grupa trzymająca władzę wprawdzie zrobiła – pod presją zdaje się międzynarodowej opinii publicznej, gdyż krajowa w ogóle jej nie interesuje – pół kroku wstecz w sprawie ustawy o zgromadzeniach publicznych, to jednak sam zamiar przeprowadzenia takiej ustawy, przegłosowanie jej w Sejmie, stanowi nazbyt jasną ilustrację rzeczywistych intencji Grupy. „Za mordę wszystkich nie naszych, a naszych bronić do upadłego”.

W prasie (np. dzisiejsza Rzeczpospolita) znaleźć można komentarze pod hasłem: „Kaczyński cofa Polskę do PRL!” Wypraszam sobie. Przyrównywanie Kaczostanu do Polski Ludowej jest obrazą dla 45 lat historii naszego kraju. Aby móc porównywać się z osiągnięciami PRL Kaczyński musiałby dokonać czynów na miarę odbudowy Polski z totalnych zniszczeń wojennych, przeprowadzenie cywilizacyjnej rewolucji na polskiej wsi i w polskich miastach, zbudować potężny system powszechnej oświaty i służby zdrowia, zbudować tysiące zakładów pracy, stworzyć niemal od podstaw polski przemysł i polską naukę, stworzyć warunki do bezprecedensowego rozwoju polskiej kultury. Nie bez racji wybitny polski aktor Andrzej Seweryn mówił kilka lat temu: „Mówcie co chcenie o PRL, ale to były złote czasy dla polskiej kultury”. Wreszcie Polska Ludowa nie otwierała bram (nawet drzwiczek) dla polskich ruchów nacjonalistycznych i faszyzujących. Kaczostan do Polski Ludowej ma się mniej więcej tak, jak kaczka do orła.

Oczywiście, PRL nie była państwem idealnym, nie przystawała do standardów społeczeństwa demokratycznego drugiej połowy XX wieku, że w obronie porządku konstytucyjnego sięgała czasami po metody naganne. Ale kreowanie okresu Polski Ludowej jako czarnej dziury, jako czasu wszelkiego zła, powszechnej nędzy itp., jest nieuprawnione i bardzo źle służy Polsce. Tym bardziej, że nie wiadomo, po jakie metody gotowa jest sięgnąć obecna władza w obronie porządku konstytucyjnego. Na razie sama porządek demokratyczny niszczy i przygotowuje narzędzia do działań w warunkach wyższej konieczności. Odrzucenie przez Sejm projektu poprawki do przepisów powołujących Wojska Obrony Terytorialnej, zakazującej używania tych wojsk przeciwko obywatelom polskim wpisuje się na czarną listę jednoznacznych intencji GTW.

Dezawuowanie Polski Ludowej, odsądzanie tego okresu od czci i wiary,  to plucie w twarz milionom Polaków.  Historia PRL dopełniła się w czerwcu 1989r. Czerwona kartka pokazana władzy przez większość wyborców była jednoznaczna. Ale i w tych wyborach na bezpartyjne listy obozu rządzącego (co jest chyba najlepszym miernikiem zaufania do schodzącego ze sceny ustroju) głosowało w poszczególnych okręgach wyborczych od 10 do ponad 30%. Można przyjąć patrząc na mapę wyborczą, że około 25% wyborców wspierało w 1989 r. PZPR i jej sojuszników. Nie bez znaczenia jest też fakt, że przeciwnicy PZPR w czerwcu 1989r nie głosowali bynajmniej za reformą Sachsa-Balcerowicza z jej wszystkimi skutkami gdyż ta przyszła zaraz po wyborach. Ale jak widać nie potrafimy uczyć się nawet na własnych błędach – zbyt łatwo przychodzi nam wyrzucanie ludzi – milionów ludzi – na śmietniki historii i nie potrafimy doceniać własnych osiągnięć. A efekt jest – jak każdy widzi. Uproszczone, wręcz prostackie oceny Polski Ludowej źle służą ojczyźnie, przede wszystkim jej przyszłości. Polska Ludowa nie tylko zasługuje na obiektywną, wszechstronną ocenę, ale taka ocen jest niezbędna, jeżeli z historii naszej wyprowadzać chcemy właściwe wnioski.

Kaczyński nie cofa Polski do czasów Polski Ludowej. Być może jego instynkt polityczny podpowiada mu, że czasy „mody” na demokrację się kończą zarówno w Polsce jak i na świecie i dlatego cynicznie dążąc do rozszerzenia i umocnienia swojej władzy absolutnej sięga po uniwersalne narzędzia dyktatorskie. Daje tym samym asumpt od porównań z najciemniejszymi aspektami okresu lat 1945 – 1989. Ale to tylko część tamtej, minionej rzeczywistości.

Protest przeciwko praktyce nadużywania demokracji przez PiS jest ze wszech miar potrzebny. Każdego dnia, przy każdej sposobności pokazywać należy, piętnować i zapisywać poczynania GTW. W zapowiadanych na 13 grudnia manifestacjach części opozycji po hasłami obrony demokracji nie pójdę, chociaż miałbym do tego pełne prawo. Reprezentuję bowiem tę część polskiego społeczeństwa, która drogę od systemu mono partyjnego ku demokracji przeszła w sposób bardzo świadomy, po niezliczonych debatach i sporach i nie po to, aby teraz z tej drogi zawracać. W Polsce dzieje się źle. Ale PiS ze swoją polityczną praktyką jest tylko historyczną kontynuacją „dzieła” poprzedników. I o autorach „kamieni kupy” historia nie zapomni. Dlatego nie wezmę udziału w ulicznych demonstracjach 13. grudnia, gdyż nie zamierzam uczestniczyć w zawodach kto głośniej: PiS czy PO krzyczeć będzie „precz z komuną” i kto soczyściej pluć będzie na Polskę Ludową. Drugim Piotrowiczem nie będę.