Pieniądze za demokrację?!

To było ważne spotkanie. Zaraz po Toruniu i Budapeszcie Premier Mateusz Morawicki udał się do Brukseli aby 9. stycznia b.r. niezwłocznie po zaprzysiężeniu nowej Rady Ministrów, zjeść obiad z Przewodniczącemu Komisji Europejskiej Jean –Claude Junckerem. Komentarzy po spotkaniu było wiele, „nowe otwarcie”, „brak przełomu” – to skrajne ich tezy. Opublikowano wspólny komunikat, który jest bardzo okrągły, wręcz sztampowy,  za wyjątkiem jednakże ostatniego zdania. Mówi ono: „Ustalili, (Morawiecki i Juncker, JU) że spotkają się ponownie, by kontynuować dyskusję mającą przynieść postępy do końca lutego.” Strona Polska odtrąbiła sukces ogłaszając, że rozmowy będą kontynuowane w lutym. Komisja Europejska natomiast, w dniu następnym po wizycie ogłosiła, że Polska ma czas do końca lutego na wykazanie, że następuje poprawa w kwestii stanu demokracji w Polsce. Termin lutowy związany jest oczywiście z rozpoczynająca się w Unii debatą o kolejnej perspektywie finansowej. Z ciekawostek tego spotkania warto odnotować 15 minutowe spotkanie „w cztery oczy” Junckera z Morawieckim.

Wszystko ładnie, ale w nocy dopadł mnie koszmarny sen. Przypomniał mi on o pewnej sprawie, której poświęciłem wiele czasu jako członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. W Trybunale odpowiadałem między innymi za kontrole zewnętrznych wydatków Komisji Europejskiej, czyli tych, które, głównie w ramach różnych akcji pomocowych, kierowane były do państw poza Unią Europejską. Wśród wielu kwestii, które w imieniu Trybunału podnosiłem na komisjach Parlamentu Europejskiego była nasza zdecydowana krytyka praktyki Komisji Europejskiej nazywaną  przez nią „dynamiczną interpretacją prawa”. Problem leżał w tym, że finansowe przepisy Unii  zezwalają na alokację środków unijnych WYŁĄCZNIE  do krajów, gdzie system parlamentarny, systemy kontroli wewnętrzne i zewnętrznej funkcjonowały i dawały gwarancję prawidłowego wykorzystania tych środków. Ale pieniądze chciano kierować również do krajów, w których często parlament wcale nie istniał, albo istniał, ale tylko w szczątkowych formach, w którym na przykład ostatni budżet prezentowany była lata temu i nigdy nie rozliczony, w których nie funkcjonowały żadne instytucje kontrolne. Aby móc alokować środki finansowe do tych krajów Komisja Europejska wypracowała otóż  zasadę „dynamicznej interpretacji prawa”. Polegała ona w skrócie na tym, że uznano iż można wspierać finansowo kraje, wprawdzie dzisiaj dalekie (bądź bardzo, bardzo dalekie) od standardów demokratycznych, ale w których zadeklarowano i wdrożono jakieś działania naprawcze. Zakładano, że skoro ogłoszono wdrożenie, to w przyszłości będą efekty, a więc wydawanie pieniędzy unijnych będzie racjonalne. Oczywiście nikt nigdy nie kontrolował postępu w realizacji deklarowanych programów naprawczych – co Trybunał również pokazywał.

Trybunał nie mógł oczywiście pozytywnie oceniać tych praktyk i przez kilka lat wnosiliśmy w Parlamencie o zaprzestanie tych praktyk. Parlament dzielnie nas wspierał  – ale bezskutecznie. Dopiero po zmianie składu komisji w lutym 2010 r. nowy komisarz odpowiedzialny za pomoc międzynarodową ogłosił, że Komisja odchodzi od praktyki „dynamicznej interpretacji prawa”. Czy tak się stało – nie miałem już sposobności ustalić. Zapewne zaprzestała – ale czy ten trick wyrzucono z szuflad unijnych urzędników?

W moim sennym majaku pojawił się oto taki scenariusz, że Komisja Europejska podobne rozwiązanie zastosuje w sprawie Polski, że istotnie zmodyfikuje swoje stanowisko w kwestiach demokracji w Polsce zadowalając się deklaracjami polskiego premiera o woli i planach działania w tym zakresie. O jakim realnym postępie przywołanym we wspólnym komunikacie może być bowiem mowa do końca lutego bieżącego roku?! Przecież Trybunał Konstytucyjny jest już „ustawowo” zaorany”, system sądownictwa całkowicie pod butem PiS – co tu, prócz słownych deklaracji można zmienić w przeciągu miesiąca?  Jest oczywiste, że z wielu powodów obecna sytuacja w Polsce jest nie na rękę Unii, ale też Komisja nie pali się do precedensowych, radykalnych rozwiązań. „Dynamiczna interpretacja prawa” – jak znalazł!

A przy tym to spotkanie „w cztery oczy”. Czego ono mogło dotyczyć? Przecież nie przekazaniu jakichś unijnych tajemnic, gdyż takich nie ma – polityka Unii Europejskiej jest w założeniach transparentna. To co Juncker przekazał Morawieckiemu w trakcie tych 15 minut? Z pewnością chodziło o przekaz bardzo zwięzły (15 minut) i taki, którego należało ukryć przed opinią publiczną. Mogło to więc być albo twarde powiedzenie: – PIENIĄDZE ZA DEMOKRACJĘ, albo przekazanie sygnału, że właśnie: „jesteśmy gotowi zastosować dynamiczną interpretację, ale niech strona polska da nam ku temu podstawy”. Zasada „energia za demokrację” ogłoszona została przez UE w stosunku do państwa bałkańskich w czasie wojny jugosłowiańskiej. Czy zostanie zastosowana dzisiaj, w sytuacji realnego zagrożenia dla fundamentalnych wartości Unii europejskiej ze strony jednego z jej członków? Na szczęście obudziłem się.

Gdyby okazało się jednak, że z szuflad unijnych urzędników  rzeczywiście wyciągnięto i odkurzono zasadę „dynamicznej interpretacji prawa” i zastosowano ją w polskiej kwestii, byłoby to kolejne wielkie zwycięstwo Kaczyńskiego, kolejny karb na flincie: tym razem wykiwana Unia Europejska! Okazało by się, że gładki, nowy Premier, zrekonstruowany rząd i parę pustych deklaracji wystarczą do tego, aby polskie władze nie poniosły żadnych konsekwencji wewnętrznego zamachu na demokrację, na demokratyczne społeczeństwo.

Mam nadzieję, że to był tylko senny koszmar i że Europa nie zdradzi swoich  polskich partyzantów.

 

Klęska budapesztańska

Polska poniosła dzisiaj sromotną, spektakularną  klęskę w Budapeszcie. Premier Polski pojechał z ważną wizytą do przyjaciela Kaczyńskiego, premiera Węgier, Viktora Orbana. Celem było uzyskanie zapewnienia, że Węgry zgłoszą veto w sprawie zastosowania wobec Polski art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej. Wyszły nici. Przyjęcie Morawieckiego w Budapeszcie królewskie (połaskotanie polskiej próżności), ale deklaracji żadnych. Mało tego. Premier Orban zabronił dziennikarzom zadawać pytania dotyczące art.7 co jest ewenementem i niewątpliwą lekcją, jaką premier Morawiecki wywiezie z węgierskiej stolicy. Zapewne z ochotą zastosuje w Warszawie. a może pójdzie i krok dalej? Może udoskonali patent Orbana rozdając dziennikarzom przed konferencją prasową tematy dozwolone?

Dziwna to była wizyta. Na ogół takie sprawy przed oficjalnym spotkaniem głów państw uzgadnia się roboczymi kanałami dyplomatyczntymi. Po to mamy MSZ, ambasady, aby Premier wiedział, czego może się spodziewać. Są tu dwie opcje. Pierwsza to ta, że Morawiecki wiedział, że nic ni wskóra, ale liczył na swój wdzięk i urok osobisty. Druga zaś jest taka, że albo nie dostał żadnego wsparcia od Waszczykowskiego, albo to merytoryczne wsparcie było fałszywe. Obydwie opcje  są kompromitujące zarówno dla premiera jak i dla całego naszego pięknego kraju.

Nie oznacza to, że Węgry veta nie zgłoszą. Rzeczy w tym – za jaką cenę. Jakie interesy z Unią, czy też z Polską załatwią Madziarzy naszym kosztem, blokując europejskie sankcje za ewidentne sprzeniewierzenie się Polski podstawowym wartościom Unii Europejskiej.  Obym się mylił, ale nie mogę wykluczyć i takiego scenariusza, że chodzi po prostu o pieniądze. Trzeba wiedzieć, że Polska – jako największy beneficjent unijnej pomocy -wielu krajom stała ością w gardle. Kolejna perspektywa finansowa będzie skromniejsza z powodu berxitu, środków do podziału będzie mniej. Tym większa będzie więc presja na to, aby właśnie Polsce ograniczyć strumień unijnych pieniędzy. Być może zaczęło się już rozdzieranie polskiego kawałka sukna i Węgry nie chcą zamykać sobie drogi  i w tym obszarze. Może zdarzyć się tak, że dla Węgier ważniejsze będzie uratowanie kilku, kilkudziesięciu miliardów Euro niż „kładzenie się Rejtanem” w Brukseli w obronie niszczenia demokracji w Polsce.

Dramat Polski polega również  na tym, że jeżeli rzeczywiście istotnie zmniejszy się unijna kasa, to fakt ten z całą bezwzględnością wykorzystany zostanie przez pisowską maszynę propagandową do eskalacji antyunijnych nastrojów w naszym kraju. Przed pro europejskimi organizacjami polskimi i przed szeregowymi obywatelami Europy może więc stanąć bardzo poważne zadanie konsekwentnego wskazywania winnych marginalizacji Polski.

Listopad 2015

Wertując moje archiwa trafiłem na notatkę z listopada 2015r. p.t. „DRAMAT”. Oto jej  fragmenty o tyle ciekawe, że ich aktualność, niestety, nie blednie, ale raczej wręcz przeciwnie.

Dawno nie pisałem. Dla siebie. Do szuflady. Ale nie mogę dopuścić do tego, aby dzisiejsze moje myśli gdzieś  uciekły – przepadły bez śladu. Jest więc 4. listopada 2015 r. po historycznych wyborach parlamentarnych, które pogrzebały lewicę i absolutną władzę podarowały na tacy oszołomom, za którymi opowiedziało się niespełna 20% obywateli TEGO kraju. Przed nami lata jasełek, rozliczeń, poniewierania historią i ludźmi. Ale nie to mną dzisiaj wstrząsnęło.

Poproszono mnie dzisiaj, abym jako wiceprezes NIK spotkał się z grupę licealistów odwiedzających Izbę. Miałem im „coś”  o Izbie opowiedzieć, a więc miałem być „ciekawostką przyrodniczą” spotkania… 

Grupa licealistów jednego z warszawskich liceów prezentowała się bardzo dobrze. Inteligentne twarze, żywe spojrzenia. Było ich około 40-tu. Swoje „kilka słów” zamieniłem na prawie godzinny wykład o istocie, historii i głównych zadaniach najwyższych organów kontrolnych w państwach demokratycznych. Nie chwaląc się – byłem dobry. W pełni panowałem nad salą. Każdy, kto występuje publicznie od razu potrafi ocenić, czy sala „jest jego” czy nie. Ta sala  dzisiaj była moja. Słuchano mnie bardzo uważnie, robiono notatki. Żadnych szmerów, pokątnych, pobocznych rozmów. Może poza dwiema dziewczynami, które, czy to z barku wychowania, czy też z głodu, wyraźnie coś przeżuwały. Możliwe też, że zapatrzyły się na panią poseł, która nie tak dawno, na sejmowej Sali urządziła sobie wielkie żarcie podczas obrad „wysokiej izby”.

W trakcie wykładu, w pewnym momencie rozwinąłem temat opresyjnego i audytorskiego charakteru NIK. Chciałem przeprowadzić pewien test, ale żeby go trochę „podrasować” nie omieszkałem pochwalić się, że to ja miałem ten zaszczyt prezentować w 1994r. w Sejmie projekt ustrojowej ustawy o NIK zmieniający jej charakter z opresyjnego na audytorski, demokratyczny właśnie. Przedstawiłem dwa modele: miniony, w którym realizacja wniosków pokontrolnych NIK była obowiązkowa z mocy prawa, w tym wniosków personalnych i obecny, gdzie kontrolowany zobowiązany jest tylko do poinformowania Izby o sposobie wykorzystania uwag i wniosków pokontrolnych. Po czym zapytałem się, który model ich zdaniem jest lepszy. 

2/3 słuchaczy  głosowało za modelem pierwszym, opresyjnym, „KOMUNISTYCZNYM”!

Podjąłem walkę. Powróciłem do podstaw ustroju demokratycznego, do konieczności rozdziału władzy ustawodawczej, wykonawczej sądowniczej i niezależnej zewnętrznej kontroli. Wskazywałem na to, że rozwiązanie przez młodych ludzi preferowane zamazuje kwestię odpowiedzialności władz różnych szczebli za podejmowane decyzje, znakomicie utrudnia rozliczalność władz publicznych przed społeczeństwem, itd., itp.

Odpowiadając, w zamiarze konstruktywnie, jeden z młodych, acz już pełnoletnich uczniów podsunął proste jego zdaniem rozwiązanie: niech prezes NIK będzie ministrem w rządzie! Oczywiście podjąłem z nim ostrą polemikę wskazując na niedopuszczalność  w świetle światowych standardów zewnętrznego audytu łączenie funkcji audytorskich z funkcjami w egzekutywie., Ale czy przekonałem audytorium? Wątpię. I tutaj właśnie zaczyna się dramat. Mój dramat. Dotarło do mnie z całą brutalnością to, że szczytne idee demokracji, społeczeństwa obywatelskiego, są całkowicie obce młodym pokoleniom Oni nie tylko nic nie wiedzą o demokracji. Oni nie chcą wiedzieć! Ironii losu dopełnia fakt, że młodzi przedstawili się jako klasa o profilu historyczno –prawniczym! ZGROZA! Jeśli nawet mogę zrozumieć wpływy globalizacji, Internetu, powszechnego egoizmu, to jednak nie mogę zrozumieć co robią w takim liceum nauczyciele! Jak oni, obecni przecież na sali, się dzisiaj czuli?! Chyba, że też im nie zależy na demokracji. To do diabła komu ma zależeć? Mnie?! Staremu „komuchowi”?!

Dzisiaj uświadomiłem sobie, że drzwi dla totalitaryzmu w Polsce już stoją otworem. A my – starzyki – wiemy dobrze, że totalitaryzmowi nie trzeba drzwi otwierać. Wystarczy je nieco tylko uchylić….

Uświadomiłem sobie coś jeszcze. To mianowicie, że los przyczepił mi na plecach dużą, czerwoną latarnię. Wyprowadzałem sztandar PZPR, grzebałem PRL, na moich oczach rozsypała się lewica. A teraz wygląda jeszcze na to, że moje pokolenie zgasi światło w pokoju „demokracja” . DRAMAT.

Warszawa. 4.listopada 2015r.

 

Szyszka w odbytnicy

Dzisiejsze wystąpienie Prezydenta RP, w którym nie tylko oznajmił o swojej decyzji podpisania niezgodnych z Konstytucją ustaw „sądowych”, ale pokazał się jako żarliwy agitator pisowskich rozwiązań było ostentacją. Nastąpiło w kilka godzin po decyzji Komisji Europejskiej o zastosowaniu wobec polski Art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej.  Było to wystąpienie demonstracją buty, która nieudolnie przykrywała stan emocjonalny mówcy – prawnika – świadomego, że jako Prezydent nie tylko sprzeniewierza się złożonej przysiędze, ale że staje w szeregu z innym przestępcami za nic mającymi obowiązujący system prawny. Jest to wystąpienie świadectwem olbrzymiej determinacji PiS w … no właśnie w czym? Z pewnością nie we wprowadzaniu jakiegoś spójnego, bardziej demokratycznego, bardziej proobywatelskiego ustroju. W warstwie materialnej determinacja PiS osiąga natomiast spektakularne „sukcesy” w niszczeniu.

Zniszczono polskie społeczeństwo skutecznie rozłamując je na tzw. „suwerena”, czyli obywateli, którzy popierają PiS i pozostałych, którym władcy Polski codziennie okazują najwyższą pogardę i którym codziennie grożą.

Zniszczono  oparty na trójpodziale władzy ustrój demokratyczny wprowadzając upolitycznienie wszystkich państwowych organów władzy, zniewalając media, organizacje pozarządowe, represjonując ruchy obywatelskie krytyczne wobec władców.

Zrujnowano międzynarodową pozycję Polski. Nigdy po II wojnie światowej Polska nie była w takiej jak dzisiaj izolacji, traktowana jak chory członek europejskiej społeczności. To, co PiS ma do zaoferowania Europie, to rechrystianizacja. A więc parafrazując starą śpiewkę:

Lance do boju!

Różańce w dłoń!

Antychrysta goń, goń, goń!

Ale zniszczono coś jeszcze. W swoim dzisiejszym wystąpieniu dr Duda dał wyraz swojego absmaku wobec krytyków podpisanych przez siebie ustaw. Wśród tych krytyków był nie tylko człowiek-legenda prof. Strzembosz ale również Rada Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego, najstarszej, najszacowniejszej polskiej uczelni. Dr. Duda opinię tego wydziału podarł publicznie już po raz drugi. Do dzisiaj uczelnie, zwłaszcza te renomowane, cieszyły się olbrzymim szacunkiem społecznym, autorytetem i poważaniem u władzy publicznej.  Deprecjonując w sposób graniczący z chamstwem grono uczonych Jagiellonki pisowski prezydent objawił nowe podejście nowej władzy do polskiej nauki w ogóle. PiS, postawą dr. Dudy podniósł rękę na jedną z ostatnich świętości polskiego społeczeństwa  – na autorytet środowiska naukowego. Jeżeli ktoś myślał, że skończy się na lekarzach, oficerach czy sędziach to się mylił okrutnie. PiS rozjechać musi każdego, kto ośmieli się krytykować jego działania – nie zważając na jego autorytet, wiedzę, dokonania. Sytuacja PiS jest bowiem klasycznym, nie bardzo smacznym ale jakże treściwym syndromem szyszki w odbytnicy.

PiS, a właściwie jego luminarze, w pełni świadomi są przestępczego charakteru swoich działań. Dla nich nie ma odwrotu. Oni muszą pacyfikować co raz to nowe obszary po to, aby nigdy nie oddać władzy. Oddanie przez nich władzy oznaczać bowiem  będzie dla nich poważne konsekwencje prawne i historyczne. Dlatego tak popularne jest teraz w kręgach pisowskich hasło: „Ani kroku w tył!”.

PiS staje się grabarzem wolnej, demokratycznej, mądrej, cieszącej się międzynarodowym szacunkiem Polski. Dlatego w pełni rozumiem prof. Króla, który w dzisiejszym wywiadzie stwierdził wprost: „Te rządy trzeba obalić!”

Na to Boże Narodzenie

Wszystkim, którzy zbłądzili na strony tego bloga składam życzenia spokojnych, radosnych Świąt w rodzinnym gronie. Dedykuję im również kolędę – pracę zbiorową – napisaną w 1921 r w więzieniu w Będzinie (za „Polskie pieśni rewolucyjne z lat 1918 – 1939”; Książka i Wiedza, 1950 r.). Również po to, aby przypomnieć, że Polska Ludowa z nieba nie spadła.

 

 WALKA ZNÓW WYBUCHA

 

 

Komuna się rodzi, walka znów wybucha,
Burżuj jęk zawodzi, lud chwyta otucha,
Robotnicy się radują, pieśń zwycięstwa wyśpiewują,

Sława! Sława! Sława! Rewolucja żyje!
Gdy się socjalzdrajcy o tym dowiedzieli,
Wnet do Belwederu z krzykiem polecieli:
– Gwałtu! Rety! Naczelniku!
Komuniści w pełnym szyku.

Biada. Biada. Biada. Rewolucja żyje!
Zbladł Komendant Józef, naradę zwołuje,
Dygocą ze strachu belwederskie szuje:
Wojtek, Arciszewski, Pużak,
Moraczewski, główny służak.

Zgroza! Zgroza! Zgroza! Rewolucja żyje!

Uradzili wreszcie razem z burżujami
Pobudować gmachy z dużymi kratami,
Komunistów wsadzić, zdusić,
By nie mogli ludu kusić,

Gloria! Gloria! Gloria! Kapitał niech żyje!

Nie pomogą kraty ani defensywy,
Lud z korzeniami wyrwie chwasty i pokrzywy.
Republikę swą zbuduje.
I przepędzi was burżuje

Chwała! Chwała! Chwała! Rewolucja żyje!

A dla zdrajców hańba i wzgarda w podzięce,
Dosyć we krwi myli piłatowe ręce.
Słońca nowy blask ze wschodu,
Lud się zbudzi do pochodu.

Sława! Sława! Sława! Rewolucja żyje!

Prezentów wór

Wszyscy – jak jeden mąż zostaliśmy obdarowani przez Świętego Mikołaja! Szczególnym, typowo pisowskim prezentem pod choinkę dla całego Narodu będzie nowa ustawa o jawności życia publicznego, której projekt przewiduje, że urzędnicy, sędziowie, prokuratorzy, strażacy i wiele innych grup zawodowych będą mieli obowiązek informować, że należą np. do organizacji zrzeszającej osoby z depresją, osoby homoseksualne albo obywateli krytycznych wobec władzy. Szczególnie ciekawe kto będzie ustalał, która to organizacja jest krytyczna wobec władzy. Będzie chyba jakaś urzędowa lista. Jakie wielkie pole dla donosów jednej organizacji przeciwko drugiej w wyścigu po rządowe dotacje! A i Nowa Bereza i zsyłki przeciwników politycznych decyzją administracyjną wojewody jakby bliżej.

 

Najnowszym jednak prezentem dla Narodu, a zwłaszcza dla partyzantów PiS jest zmiana na stanowisku Premiera polskiego rządu. Milioner, stuprocentowy bankster, uczestnik biesiad przy ośmiorniczkach w restauracji Sowa i Przyjaciele to z pewnością marzenie każdego pisowca. Decyzja Kaczyńskiego jest zrozumiała. W Brukseli ruszają prace nad nowym budżetem Unii, a osoba premier Szydło stała się w Europie twarzą polexitu i polskiej zaściankowości. Nowy premier (bez broszki) ma stworzyć pozory „nowego rozdania” w relacjach z UE i uzyskać budżetową przychylność dla Polski. Morawiecki nie jest politykiem, a jego dotychczasowe próby zaistnienia w tej roli były raczej kabaretowe. Dlatego dla większej pewności Kaczyński dodał mu nowego wicepremiera, Beatę Szydło właśnie, która niewątpliwie pełnić będzie rolę komisarza politycznego czuwającego aby premier nie narobił zbyt wielu głupstw. Bardzo ciekawie rysuje się podział kompetencji w „nowym” rządzie i jego codzienna praca. Polska staje się największym kuriozum na świecie. Będzie mieć dwóch faktycznych premierów, którymi kierować będzie jeden poseł. I to jest polski prezent dla świata całego.

Dolnoślązacy też otrzymali prezent: nowe kierownictwo Polskiego Radia we Wrocławiu. Prezes PRWr, rozgłośni, która właśnie wybrana została Europejskim Radiem Roku 2017 odwołany został przez Radę Mediów  Narodowych (a jakże) bez podania powodów. Nowa Pani Prezes otrzymała natomiast zastępcę z Katolickiego Radia Rodzina znanego też z radykalnych publikacji w reżimowych pismach. Kasuję Radio Wrocław z listy zaprogramowanych stacji.

Jest też coś dla „zwykłego człowieka”. Jak donosi dzisiaj prasa: ” W mikołajki Grupa PGNiG zapowiedziała prezent dla gospodarstw domowych: od stycznia nie wzrosną rachunki za gaz”.

Dla mnie rewelacja! Jaki wspaniały pomysł na prezenty! Na przykład dla syna/córki „od stycznia nie obniżę ci kieszonkowego”. Albo dla sąsiada: „od stycznia nie będę Cię zalewać”. Albo uroczy prezent dla żony/męża: „Od stycznia nie będę cie więcej (czytaj: częściej) bił”.  Niewyczerpany ocean prezentów…

Po chwili radości na pograniczu z ubawieniem przychodzi jednak nieunikniona refleksja: gaz – OK, ale co z prądem, benzyną, węglem, biletami kolejowymi, cukrem? Przecież tymi dobrami rządzą również spółki skarbu pis. Żadna z nich nie kwapi się jak dotąd  z podobnym prezentem – a przecież  mogłaby. Niewesoło się robi. A jeszcze smutniej, gdy zagłębić się w komunikat PGNiG. Obiecanka ważna tylko przez pierwszy kwartał przyszłego roku.

 

 

 

Układ domknięty

Prezydent Miasta Stołecznego Warszawy konsekwentnie odmawia stawienia się przed nadzwyczajna Komisją weryfikacyjną ds. Reprywatyzacji. Komisja sięga po coraz to dotkliwsze środki represji a Pani Prezydent uparcie mówi NIE. Ostatnio media przebąkują o możliwości uchwalenia specjalnej ustawy, która zmusiłaby Gronkiewicz Waltz do uległości względem Jakiego. Można powiedzieć normalny, codzienny polski kabaret. Kabaret, gdyby nie chodziło o względy podstawowe dla polskiego państwa.

Coraz częściej odzywają się głosy, również ze strony PO, typu: „Hanno – stań wreszcie przed komisją!”. Tkwiąc w swoim uporze Prezydent Warszawy przejmuje bowiem, w wymiarze medialnym, odpowiedzialność za całą warszawską aferę reprywatyzacyjną.

Im głośniejsze, bardziej natarczywe są naciski na Gronkiewicz  Waltz tym bardziej w cień chowa się (jest chowana?!) przyczyna tego uporu. U zarania działania komisji Jakiego Gronkiewicz Waltz ogłosiła, że nie stanie przed nią, gdyż komisję tą uważa za twór głęboko niezgodny z Konstytucją RP i zasadami państwa demokratycznego. Nie tylko ona tak uważała. Warto przypomnieć, że w uzasadnieniu swojej zdecydowanie negatywnej opinii o projekcie ustawy powołującej tą komisję Sąd Najwyższy wskazał na naruszenie w nim aż pięciu artykułów Konstytucji. Oczywiście nic to nie pomogło. Dzisiaj Sąd Najwyższy jest sparaliżowany i czeka na dekapitację, nie ma też Trybunału Konstytucyjnego o wiarygodnej niezależności od PiS, który mógłby w tej sprawie się wypowiedzieć. A w realu mamy komisję, która jest nieznanym od rewolucji bolszewickiej w Rosji połączeniem komisji śledczej, sądu i organu administracji publicznej podejmującego wiążące prawnie decyzje.

Żeby nie było wątpliwości: Hanna Gronkiewicz Waltz nie jest osobą z mojej bajki. Warszawskie szambo obrotu nieruchomościami w stolicy – i pewnie nie tylko – powinno zostać oczyszczone, poczynając od uwłaszczających się na mieniu publicznym. Dlaczego tylko mienie prywatne ma być pod ochroną? Zaniedbania na tym ważnym społecznie polu obciążają wszystkich dotychczasowych prezydentów Warszawy.

Niebezpieczeństwo komisji Jakiego polega na tym, że jest ona kreowana jako rozwiązanie modelowe państwa PiS. Jeżeli można było powołać taką komisje w tej sprawie, to dlaczego nie powołać jej w innym przypadku, pomijając mozolną drogę sądowo–administracyjną?  W świetle przesądzonym już raczej losie Sądu Najwyższego przyszłość Polski rysuje się więc bardzo ponuro. Tym bardziej, że samo dotychczasowe działanie komisji wykazuje, że:

– działa ona wybiórczo, podejmując te sprawy, które mogą medialnie działać na korzyść PiS;

– absolutnie nie będzie ona w stanie dokonać weryfikacji wszystkich decyzji reprywatyzacyjnych

– nierozpoznane są konsekwencje decyzji komisji przy ich zetknięciu się, w przypadku odwołań, z „normalnym” systemem prawnym.

Dzisiejsze namawiania Hanny Gronkiewicz Waltz do stawienia się przed komisją jest w pewnym aspekcie społecznym LEGITYMIZOWANIEM tej komisji, godzeniem się z jej bytem. O to właśnie PiS chodziło: o akceptację jego działań pozaprawnych. Na naszych oczach „układ Kaczyńskiego”, układ Grupy Trzymającej Władzę się domyka. Pod pretekstem naprawy (czegokolwiek, zawsze było, jest i będzie coś do naprawy) powołuje się stosowne ciało pisowskie (ewentualnie z paprotkami) umocowane przez pisowski parlament do działań ponad obowiązującym systemem demokratycznym. Jednocześnie, aby nie można było zrobić mu krzywdy ubezwłasnowolnia się Trybunał Konstytucyjny, Sad Najwyższy i cały wymiar sprawiedliwości.

Na miejscu Hanny Gronkiewicz Waltz dawno przed komisją bym stanął na każde pytanie odpowiadając mniej więcej w ten sposób:

– Odmawiam odpowiedzi na to pytanie, gdyż komisja jest tworem niekonstytucyjnym. Wszystkie kwestie związane z wyjaśnieniem procesów reprywatyzacji w Warszawie mogą być wyjaśnione przez legalne instytucje prawne i administracyjne państwa.

Może właśnie taka postawa uświadomiłaby choćby części społeczeństwa istotę problemu. Bardzo ważnego problemu.

 

Errata

Publikując poprzedni wpis („Ikonostas się sypie”) nie przewidziałem wszystkich możliwych opcji. Dzisiaj wychodzi bowiem na to, że Pani Romaszewska przyjęła rolę listka figowego, który przesłonić ma przed społeczeństwem wstyd Prezydenta przy podpisywaniu pisowskich, niekonstytucyjnych ustaw dereformujących polski wymiar sprawiedliwości. Ma swoim kombatanctwem wydać swoiste świadectwo moralności (bo specjalistą, jak sama wyznała nie jest) tym bardzo złym, bardzo szkodliwym  dla Polski zmianom.

Cóż – jakie drzewo taki listek. Ale tym samym farba oblazła z ikony już cała.

Ikonostas się sypie

Sejm jest areną kolejnego bulwersującego, skandalicznego, karygodnego spektaklu, tym razem  pod nazwą „reforma wymiaru sprawiedliwości”. Postawa Grupy Trzymającej Władzę, do członkostwa której aspiracje zgłosił ostatnio Prezydent RP,  dawno już przekroczyła granice arogancji. To wręcz ostentacyjna pogarda wobec społeczeństwa, której symbolem na zawsze pozostanie prezes PiS zaczytany w „Albumie kotów” podczas najważniejszej – wydawało by się – debaty parlamentarnej.  Z drugiej strony niesamowita determinacja GTW w „domykaniu systemu”, czyli we wprowadzaniu systemu autorytarnego tłumaczona być może tylko rosnącą obawą przed odpowiedzialnością w przypadku utraty władzy. W tle tej ponurej tragi-farsy  rozgrywa się inny dramat: rozsypywanie się ikonostasu „Solidarności”

Co raz to z kolejnej osoby uznawanej dotąd powszechnie za ikonę „walki z komuną” obłazi farba. Na pierwszy ogień poszedł Wałęsa, którego odsądzono od czci i wiary i będzie miał szczęście jeśli IPN go nie zdezubekizuje (ładne słowo – prawda?). Potem jakiś senator –też  ikona – popada w kłopoty  prawne natury korupcyjnej. Dzisiaj, na oczach wszystkich, przed obiektywami kamer telewizyjnych spektakularnie kompromituje się kolejna ikona „Solidarności”: Pani Zofia Romaszewska.

Pani Romaszewska, jako doradca Prezydenta RP reprezentowała głowę państwa w trakcie pierwszego czytania w Sejmie prezydenckich projektów ustaw o Sądzie Najwyższym i o KRS. Dla porządku przypomnieć należy, że projekty te  były konsekwencją zawetowania przez Prezydenta pisowskich ustaw przyjętych pisowska większością i były przedmiotem wielu mniej lub bardziej tajnych, ale zawsze poufnych i zamkniętych przed opinia publiczną negocjacji pomiędzy Prezesem PiS a jego podwładnym, aktualnie prezydentem Polski. Media wychodziły ze skóry aby dociec konkretów tych ustaleń. Nic z tego!  Szczegółom projektów zmian w newralgicznych dla funkcjonowania społeczeństwa i państwa obszarach nadano najwyższą z najwyższych klauzul tajności. Była ona tak wysoka, że jak się okazało – Szydło wylazło z worka – sam Pan Prezydent nie miał pojęcia, jakie poprawki do jego projektów wniesie PiS (Ministerstwo Sprawiedliwości) w trakcie prac sejmowych.

Pani Romaszewska, świecąca oczami za Pana Prezydenta na Sali sejmowej wyznała mediom po pierwszym czytaniu: „Nie mieliśmy poprawek do ustaw prezydenta… Myślę, że niczego nie uzgodniono”.  Ale dalej było jeszcze lepiej: „Ja dzisiaj szukałam tych poprawek, to z trudem się łapałam, a czytałam to bardzo pilnie, zważywszy, że nie jestem specjalistką” – odpowiadała na pytania dziennikarzy Zofia Romaszewska.

To do diabła co Pani Romaszewska robi w prezydenckim pałacu skoro nie jest specjalistką od spraw, w których prezydentowi doradza i w procedowaniu których w Sejmie reprezentuje głowę państwa?! Jak się okazuje jedynym aktywem pani fizyk była jej pozycja ikony „walki z komuną”. To magiczne światło bijące z tej ikony miało powalić na kolana wszystkich bez wyjątku posłów i senatorów, adwersarzy Prezydenta. Nie powaliło. Więcej – nie miało  żadnego wpływu na przebieg debaty . Ale Pani Romaszewska szamocze się dalej! Otóż w jednym z wywiadów, już po obradach komisji, w trakcie których została poinformowana o poprawkach Ministerstwa Sprawiedliwości (kamuflaż z poprawkami poselskimi szybko został obnażony) oznajmia, że poprawki dotyczące KRS są w porządku, ale Sądu Najwyższego już nie. Naturalnym więc pytaniem dziennikarzy była kwestia ewentualnego weta prezydenta. Doradca Romaszewska odpowiedziała: „Ja już nic nie będę namawiała (na weto). Obawiam się, że może (Prezydent) mnie nie posłuchać …”. A od czego to jest doradca, jak nie od przekonywania doradzanego do swoich racji???

Na wyżyny swego intelektu wzbiła się ikona opozycji „komunistycznej” wypowiedzią na posiedzeniu sejmowej komisji: „Sędziowie nie mają prawa bronić niezawisłości sądów, niczego nie mogą bronić. ” To coś zupełnie nowego w ogólnoświatowej teorii państwa i prawa. Ale właściwie to już było. Kto to kiedyś powiedział: „Po co Temidzie opaska na oczy? Ona ma widzieć komu ma służyć!”? Odpowiedź znajduje się w jednym z moich wcześniejszych wpisów.

Konkludując: Pani Romaszewska, ikona „Solidarności” skompromitowała się doszczętnie w trakcie publicznej debaty nad fundamentalnymi regulacjami, nad którymi dodatkowo wisi olbrzymie odium akonstytucyjności. Skompromitowała się jako doradca Prezydenta i jako polityk. Farba oblazła. Jeżeli jej opinia o sędziach jest tylko jej a nie Prezydenta, to oznacza też, że Pani Romaszewska pracowała na dwa fronty, to jest i dla Suwerena, a właściwie dla jego esencji, jedynego  plenipotenta, uszu, oczu, ust i głowy, czyli dla wszystkowiedzącegoiwszystkomogącego szefa ugrupowania, które wyborach poparło niespełna 20% wyborców.

Ale za to ikona „Solidarności” za swoje zasługi, jako kombatant,  będzie mogła korzystać z błyskawicznej ścieżki  do lekarza. Nie będzie więc jej dane dzielić z Suwerenem upodleń często już wieloletnich oczekiwań na pomoc medyczną, do których Suwerena „Solidarność” doprowadziła.

Brunatna Polska

Brunatna Polska

Polska – moja Ojczyzna. Polska – mój kraj, kraj moich dzieci i wnuków. Polska – kraj, który w strategicznych planach największego zbrodniarza w historii świata, przywódcy faszystowskich Niemiec – Adolfa Hitlera miał stanowić część tzw lebensraum – nowej przestrzeni życiowej Wielkich Niemiec. Polska, której obywatele, Słowianie, uznani za rasę niższą, mieli być zredukowani liczebnie o 80% i sprowadzeni do roli niewolników teutońskiej rasy wyższej. Polska – moja ojczyzna, w stosunku do której realizację faszystowskich idei  uruchomiono wprowadzając tzw. General Plan Ost.

Ta właśnie Polska – druga po Hiszpanii ofiara faszyzmu wyrasta dziś na europejską ostoję tej ideologii. Jest mi wstyd.

W ramach tak zwanej dekomunizacji na śmietnik historii usiłuje się wyrzucić między innymi Dąbrowszczaków i żołnierzy Armii Ludowej. Dąbrowszczacy – to Polacy, którzy swoim życiem, swoją krwią bronili  hiszpańską demokrację zaatakowaną przez faszystowskiego generała Franco,  wspieranego przez faszystowskie Niemcy i Włochy.  To żołnierze pierwszego w Europie antyfaszystowskiego frontu wojennego. Dzisiejsza Polska wskazuje  im miejsce na śmietniku. Hańba.

Armia Ludowa – walcząca z faszystowskim okupantem. Ilu jej żołnierzy zginęło od faszystowskich kul? Za Wikipedią: „Od momentu swojego powstania (1 stycznia 1944) AL przeprowadziła w sumie 1550 akcji zbrojnych przeciwko okupantowi, w tym 774 wymierzonych w transport i łączność (co najmniej 326 akcji na transporty kolejowe, 47 na tory, mosty i urządzenia stacyjne), 117 akcji na drogach i mostach, 21 uderzeń na urządzenia łączności), 220 akcji przeciwko aparatowi terroru, 190 wymierzonych w obiekty gospodarki i administracji. Stoczono 380 walk z siłami Wehrmachtu, SS i policji, z których kilka nosiło charakter dużych bitew partyzanckich”.  Armia Ludowa, na którą – według AK-owskich źródeł historycznych – donosiły do Gestapo komórki  NSZ– swoje miejsce również znajduje dziś na śmietniku. Jednocześnie hitlerowscy donosiciele  czczeni są oficjalnie jako narodowi  bohaterowie! Hańba!

Wczorajszy „Marsz Niepodległościi” w Warszawie – nacjonalistyczna, szowinistyczna, rasistowska demonstracja ochraniana przez policję, wojewodę, ministra spraw wewnętrznych i wiceministra sprawiedliwości.  Buta, arogancja i bezczelność Błaszczaka wobec redaktora „Polityki” usiłującego poznać ocenę ministra haseł, pod którymi ta demonstracja się odbywała – ewidentnie wpisuje się w filozofię faszyzmu, filozofię siły, jako najważniejszego argumentu.

Ale taki bieg zdarzeń nie bierze się znikąd. Od dawna jesteśmy świadkami nadzwyczajnej pobłażliwości policji, prokuratur i sądów dla aktywistów szerzących hasła nacjonalistyczne czy wręcz faszystowskie. Trudno tez nie zauważyć, że z nutą nacjonalistycznych haseł „Marszu Niepodległości” doskonale współbrzmi ton wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego Krakowie, w którym usiłował on   kreować Polaków na naród wybrany, na wyższą moralnie, etycznie nację, której misją jest „naprawianie Europy”.

Wobec jednoznacznej negatywnej oceny opinii światowej opinii publicznej najnowszego oblicza Polski niektórzy politycy zaczynają szukać wykrętów, pozorować dystans. Te zmyłki zdadzą się na nic. Za stworzenie warunków do rozkwitu polskich ruchów nacjonalistycznych i faszyzujących oskarżyć należy przed historią wprost polską prawicę i najwyższych urzędników Pana B.