Ćwiek

Włodzimierz Czarzasty, Przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej (jeżeli ta nazwa jest jeszcze prawnie obowiązująca) zabił mi ćwieka. Zagrzmiał otóż niedawno publicznie, że „wybory prezydenckie w maju nie powinny się odbyć”, zaraz potem dodając hardo: „Jak będą, to trzeba iść i po prostu rozwalić politycznie PiS i Andrzeja Dudę – pognać ich w cholerę”. Nie jest istotne to, czy to zawołanie do boju jest emanacją autentycznych emocji Przewodniczącego, jego niezłomnej wiary w sukces, czy produktem właściwego mu pragmatyzmu politycznego i chłodnej kalkulacji. Tak czy inaczej mam problem.

Wszystkie najwyższe dla mnie autorytety prawne jak między innymi prof. Łętowska czy prof. Piotrowski jednoznacznie stwierdzają, że wybory przeprowadzone w obecnej sytuacji epidemicznej, na podstawie naprędce zmienianej ordynacji wyborczej będą bezprawne, gdyż naruszają zasady wyborcze określone w Konstytucji we wszystkich ich czterech podstawowych aspektach. Wiadomo, że nie będą to wybory ani powszechne, ani równe, ani bezpośrednie a ich tajność stoi pod olbrzymim znakiem zapytania. Jako obywatel opowiadający się za Konstytucją i określoną w niej zasadą państwa prawnego powinienem odmówić udziału w takich wyborach. Jeżeli tego nie uczynię, usankcjonuję w jakiś sposób zbiorowy gwałt, jaki na Konstytucji dokonuje Prawo i Sprawiedliwość, wezmę udział w tym gwałcie!

Tymczasem opozycyjni kandydaci, wśród nich i Robert Biedroń, nie rezygnują z wyborów czyli wzywają swój elektorat do „pójścia do skrzynek pocztowych” bez względu na wzgląd. I to jest właśnie ten ćwiek.

W przypadku przeforsowania przez PiS majowych wyborów możliwe są dwa scenariusze – każdy zły. Pierwszy to ten, że w wyniku majowych wyborów Andrzej Duda zdobędzie drugą kadencję swojej prezydentury – nie ważne w pierwszej, czy w drugiej turze wyborów. Oczywiście umocni to zasadniczo obecny obóz władzy, a znając jezuicką przewrotność Prezesa PiS łatwo odgadnąć, że udział w tych akonstytucyjnych wyborach ogłosi on jako zgodę suwerena na właściwie dowolną interpretację przepisów ustawy zasadniczej przez obecne władze, otwierającą tym samym rządzącej sile politycznej wrota do dalszych, nieskrępowanych już konstytucyjnych bezeceństw. Na nic zdadzą się publiczne zaklinania, że „braliśmy udział, ale ze wstrętem”. Odwołanie się do woli suwerena będzie decydujące.

Drugi scenariusz, pozornie bardziej optymistyczny, jest taki, że opozycja zdoła doprowadzić do drugiej tury wyborów i w ostatecznej rozgrywce pokonać obecnie urzędującego prezydenta. Być może kierownictwo SLD dysponuje jakimiś wiarygodnymi sondażami, wskazującymi na obiecujące prawdopodobieństwo takiej możliwości. Już dzisiaj jednak pojawiają się ostrzeżenia politycznych komentatorów, że wybrany według pisowskiej ordynacji prezydent nie będzie miał demokratycznego mandatu do pełnienia swojej funkcji – również prezydent nie-Duda. Przyjmiemy wówczas postawę, że okraść złodzieja to nie grzech?

Dylemat ten przyjdzie rozwiązać mi w dniu wyborów – jeżeli do nich dojdzie. Najlepszym bowiem scenariuszem dla kraju to ten, że te nieszczęsne wybory w maju jednak się nie odbędą. Aby tak się stało Sejm musiałby przyjąć ustawę o wprowadzeniu w Polsce stanu nadzwyczajnego z powodu klęski żywiołowej, jaką jest pandemia koronawirusa. Ale na to się nie zanosi. Wręcz przeciwnie. Sprytne ogłaszanie nawet głupich ograniczeń i ich następne huczne odwoływanie to tworzenie wirtualnej „normalizacji”, pozorów, że rząd panuje na epidemią, że wybory będą bezpieczne. Już dzisiaj szczęśliwy Naród zanosi dzięki Panu Premierowi Morawieckiemu za to, że łaskawie zezwolił znowu wejść obywatelowi do lasu. Tymczasem nie ma żadnych przekonywujących faktów, że epidemia jest pod kontrolą. Wręcz przeciwnie – coraz to ujawniają się nowe zagrożenia, jak te w domach opieki społecznej. Wiarygodność oficjalnych danych o epidemii została skutecznie podważona przez Prezydenta Warszawy. Znakomitym uzupełnieniem tego obrazu nierzeczywistej rzeczywistości jest transport sprzętu ochronnego do Polski największym ( i też najdroższym) na świecie samolotem i żenująca „uroczystość” jego rozładowywania z udziałem premiera i jego zastępcy.

Oczywiście podsuwana jest również alternatywa: przyjęcie propozycji Gowina-Kaczyńskiego zmiany Konstytucji „na kolanie” i przedłużenie kadencji Andrzeja Dudy o 2 lata. Ale projekt ten jest wyraźną pułapką zastawioną na opozycję. Z jednej strony daje on 2 lata oddechu prawicowej koalicji na otrząśnięcie się z nokautu, jakiego system opieki zdrowotnej i system zarządzania państwem w okresie kryzysu doznał po ataku koronawirusa, a po drugie uczyniłby z opozycji wspólnika doraźnego majstrowania przy Konstytucji. Mam nadzieję, że nikt na to się nie nabierze.

Może jest też i tak, że emocje Włodzimierza Czarzastego nie są w pełni autentyczne, że kryje się za nimi chłodna kalkulacja. Jej podstawą może być założenie, że w powszechnym bałaganie – głównie po tronie opozycji – o wyniku uzyskanym przez kandydata lewicy zadecyduje zdyscyplinowanie elektoratu i jego w miarę masowy udział w wyborach. Uzyskanie przez Roberta Biedronia poparcia powyżej 15% będzie można ogłosić jako kolejny, wielki sukces lewicy, jako argument do przyszłych ewentualnych sojuszy i koalicji. Tylko jakim kosztem?

Może ktoś zapytać: – skoroś taki mądry, to co ty byś zaproponował? Nie jestem mądry wystarczająco, nie mam też wystarczająco dużo wiarygodnych informacji. Wiem tylko, że w przypadku, gdy majowe wybory staną się faktem możliwe są dwa wyjścia. Pierwsze to pójście za wezwaniem Czarzastego i wzięcie udziału w „wyborach”. Drugie – to wycofanie kandydata i ogłoszenie bojkotu niekonstytucyjnych wyborów. Niech PiS sam pogrąża się w bagnie, które sam stworzył. Może lewica nie będzie wówczas obecna na wykazach wyników wyborów, ale za to ocalimy Konstytucję RP jako naszą najważniejszą, jedyną redutę. Ocalimy nasze moralne prawo do jej obrony, nie przyjmiemy odium współsprawcy łamania ustawy zasadniczej.

Mam prawo przypuszczać, że dylemat, przed którym stanąłem to problem nie tylko mój. Mam też prawo oczekiwać, że kierownictwo partii, do której należę, dostrzeże problem i pomoże mi i innym uporać się z nim.