Lewicowa reforma systemu ochrony zdrowia – subito!

Wicher epidemii koronawirusa, który uderzył w Polskę kiedyś ucichnie – jak każdy wicher. Zostaniemy zaszczepieni i robić będziemy wszystko, aby „życie wróciło do normy”. Nie wróci. Epidemia, a zwłaszcza jej skutki uboczne: społeczne i gospodarcze długo jeszcze będą dawały znać o sobie. W niektórych obszarach skutki epidemii będą trwałe.

Wicher epidemii sars-cov-2, który przetacza się przez Polskę pozostawia za sobą ruiny i zgliszcza tego, co zwykło się nazywać systemem ochrony zdrowia. Czy chcemy „powrotu do normalności” w tym systemie?

Wicher sars-cov-2, nie najgroźniejszy  przecież z wirusów, zerwał zasłony, którymi przez dziesięciolecia władze usiłowały przesłonić rzeczywisty stan wszystkich podmiotów tworzących system opieki zdrowotnej w Polsce. Wszystkich: poczynając od lekarzy, przez przychodnie, szpitale, administracje wszystkich szczebli z premierem i ministrami na czele, na prezydencie i parlamencie kończąc. Okazało się, że król jest nagi, że żadnego systemu nie ma. Można było udawać w okresie prosperity, że wszystko jest w porządku, można było doraźnie „znajdować” pieniądze w budżecie na gaszenie coraz to nowych ognisk zapalnych – do czasu. Już kilka lat temu pojawiły się bardzo poważne symptomy załamywania się systemu ochrony zdrowia  w postaci niewyobrażalnie, żenująco długich okresów oczekiwania na konsultacje specjalistyczne w ramach NFZ. Na władzy, której w demokratycznych wyborach powierzono odpowiedzialność za obywateli nie zrobiło to większego wrażenia.

Dzisiaj lekarz kardiolog z jednego ze szpitali alarmuje: liczba zgonów w Polsce w ostatnich dwóch miesiącach znacznie przekracza dane statystyczne dla podobnego okresu lat ubiegłych. Różnicy wielokrotnie przewyższa liczbę zgonów na COVID-19. Dzieje się tak dlatego, że na przykład oddziały kardiologiczne szpitali odnotowują gwałtowny spadek przyjęć pacjentów z podejrzeniem zawału, w stanie przedzawałowym lub początkowym. Jeżeli nawet ktoś przechoruje zawał w domu, to, według tego lekarza, trafi do szpitala za kilka miesięcy w stanie krytycznym. Trafi, albo i nie. Ludzie chorują i umierają w domach – bez należnej im pomocy medycznej. Podobne zjawisko występuje w przypadku udaru mózgu i innych nagłych stanów chorobowych.

Pora powiedzieć wprost: stan systemu ochrony zdrowia, jaki został ukształtowany w 1999 r. na podstawie neoliberalnej tezy, że „pieniądz będzie szedł za pacjentem” załamał się całkowicie. Okazał się niewydolny już dawno, ale dopiero dzisiaj odsłonił całą swoją iluzoryczność. Jego stan w chwili obecnej nie jest tylko skutkiem nieudolności lub złej woli rządzących. Tak – złej woli, gdyż upolitycznienie epidemii, przedkładanie celów propagandowych rządzącego ugrupowania nad podstawowe problemy Polaków świadczy albo o głupocie, albo o złej woli. Przyjąć jednak należy, że suweren nie powierzył swojego losu głupcom. Przykładem tego jest słynny Tymczasowy Szpital na Stadionie Narodowym. Dlaczego nie zdecydowano się wykorzystać prawie gotowego, nowego warszawskiego szpitala miejskiego? Z paru powodów. Po pierwsze nie byłby on „Narodowy”, a to poważny minus. Po drugie do jego uruchomienia, które z założenia miało być wielkim, medialnym wydarzeniem, wielkim sukcesem rządu trzeba by było zaangażować znienawidzonego przez PiS Prezydenta Warszawy. Po trzecie wreszcie znaleziono sprytny sposób, aby przy okazji koronawirusa, z pieniędzy przeznaczonych na walkę z nim, poratować finanse spółki skarbu państwa zarządzającą stadionem. Grzechy obecnej  władzy są przeogromne i niewybaczalne, ale nie mogą one przesłonić kwestii zasadniczej: neoliberalny system ochrony zdrowia zawiódł na całej linii w najbardziej krytycznym momencie. Zapaść systemu ochrony zdrowia w Polsce jest komplementarna. Dotyczy zarówno infrastruktury, wyposażenia, kadr medycznych, gospodarki zapasami jak i zarządzania na wszystkich szczeblach. Będziemy go reperować, czy będziemy wyciągać wnioski radykalne?

Pieniądz miał iść za pacjentem – szedł, ale w ilościach daleko niewystarczających i z wątplwą efektywnością. Z całą pewnością natomiast za pieniądzem poszła spora część lekarzy – i nie ma co im się dziwić. Skoro taka była polityka władz? Skoro powszechnie panowała doktryna, że im mniej państwa w życiu publicznym tym lepiej, że wszystko co państwowe to złe, a wszystko co prywatne to dobre? Kto więc tylko mógł to zakładał, często z wykorzystywaniem państwowego sprzętu i budynków prywatne spółki, zakłady lecznicze, przejmował całe szpitale. Kto mógł, lekarze, pielęgniarki, wyjeżdżał za lepszymi zarobkami za granicę, a władza dawała mu „krzyż na drogę”. I dzisiaj mamy taką sytuację, że państwowe przychodnie pracują „zdalnie”, na telefon, ale prywatne przychodnie ogólne i specjalistyczne są dostępne. Oczywiście za słoną cenę. Mamy jakąś opiekę zdrowotną, ale tylko dla najbogatszych. Cena wizyty u specjalisty (około 20 minut) to 150 do 200 zł. A to dopiero początek. Często potrzebne są dodatkowe badania laboratoryjne, diagnostyka, a potem samo leczenie, operacyjne również. Ale ludzie nie mają wyjścia. Kogo na to stać, kto może się zadłużyć, wziąć pożyczkę u jakiegoś żurawia czy u rodziny – to się zadłuża. A do tego te prywatne usługi medyczne nie tworzą żadnego systemu – ot po prostu: przyjdź, zapłać i do widzenia.

Oczywiście można sobie wykupić dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne w firmach ubezpieczeniowych. Cena miesięcznej składki takich firm mieści się w przedziale 35 do 235 zł. Z powodów, których można się tylko domyślać, oferty ograniczone są wiekowo, maksymalnie do 70-go roku życia. Osoby starsze mogą sobie wykupić „Pakiety dla seniora” w prywatnych, sieciowych spółkach medycznych. Cena od 1200zł do 8000 zł rocznie. Jest pieniądz – jest pacjent! Żyć nie umierać!

Jak w tej sytuacji zachowa się polska lewica? Czy będzie przekonywać, że będzie robić to samo co poprzednicy, tylko lepiej, czy też ogłosi, że w imię obrony podstawowych praw obywateli gwarantowanych Konstytucją gruntownie zreformuje system opieki zdrowotnej, odrzuci system neoliberalny, przywróci pełną odpowiedzialność państwa za powszechny dostęp obywateli do usług medycznych na najwyższym poziomie? Lewicowy program reformy służby zdrowia musi być całkowity, kompletny. Obejmować powinien nie tylko organizację szpitali i przychodni, ale również kształcenie i wykorzystanie kadr medycznych, rozwój i wdrażanie nowych technologii  medycznych, relacje z sektorem prywatnym. Prywatne usługi medyczne powinny stanowić w tym systemie element pomocniczy, uzupełniający,  podporządkowany generalnym celom państwa, wśród których zdrowie obywateli jest celem najważniejszym. Sektor prywatnych usług medycznych w żaden sposób nie powinien żerować na niedostatkach systemu powszechnego. Pandemia sars-cov-2 uzmysłowiła chyba dostatecznie, jak ważne jest zdrowie obywateli i jak wielka jest odpowiedzialność za nie polityków .

Zdrowie najważniejsze

Chory jest nasz kraj. W przenośni i dosłownie.

Art. 68 Konstytucji RP stanowi:

  1. Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.
  2. Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych. Warunki i zakres udzielania świadczeń określa ustawa.
  3. Władze publiczne są zobowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku.
  4. Władze publiczne są obowiązane do zwalczania chorób epidemicznych i zapobiegania negatywnym skutkom degradacji środowiska.

Jako obywatele mamy konstytucyjne prawo do ochrony zdrowia – tyle tylko, że z prawa tego nie możemy korzystać. Państwo polskie na to nie pozwala. Prawo do ochrony zdrowia bowiem to nie prawo do wizyty za dwa (przed koronawirusem) lata u endokrynologa, lecz prawo bycia wyleczonym (ochrona zdrowia!). Niestety, również pojęcie „służby zdrowia” straciło wiele ze swojego pierwotnego etosu. Nie mamy już służby zdrowia – mamy za to biznes zdrowia, który kręci się w najlepsze, a najlepiej w MZ. Na dobrą sprawę Ministerstwo Zdrowia swoją nazwę powinno zmienić na Ministerstwo Chorób. Zajmuje się ono bowiem wyłącznie administrowaniem chorobami a nie ochroną zdrowia obywateli.

Za sprawą pandemii wirusa sars-cov2 organizacja tzw. ochrony zdrowotnej w Polsce poddana została surowemu testowi. I ten test oblała dokumentnie i z kretesem. I to nie dlatego, że krzywe infekcji i zgonów na COVID 19 niebezpiecznie rosną. Koronawirus tylko do końca obnażył iluzoryczność realizowania przez państwo jego konstytucyjnych obowiązków w zakresie ochrony zdrowia Polaków.

Liczba zgonów na COVID przeraża. Przeraża też ciemna, nieznana liczba zgonów Polaków chorujących na inne choroby, którym, z tytułu walki z epidemią odmówiono należnych im świadczeń, którym wstrzymano zabiegi operacyjne, badania. Jest bardzo prawdopodobne, że liczba tych niepotrzebnych zgonów znacznie przewyższy liczbę ofiar koronawirusa. Przerażają też sypiące się jak skalna lawina informacje o dezorganizacji tzw. służby zdrowia, o głupich przepisach wydalanych przez rząd, o nie odpowiedzialnych zachowaniach premiera i ministrów, o kręceniu lodów na epidemii na ministerialnych szczeblach.

Winni ludzie? Tak, minister Szumowski, Premier Morawiecki, Prezydent Duda, parlamentarna większość… można wymieniać długo. Ale widać jak na dłoni, że głównym winowajcą zapaści polskiej służby zdrowia, ochrony zdrowia obywateli jest SYSTEM.

Urynkawianie usług medycznych w Polsce rozpoczęło się od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, by w 1999r. za rządów J.Buzka przybrać ustawowy charakter reformy służby zdrowia. Jej zasadą miała być równoważność sektorów prywatnego i państwowego świadczących usługi z zakresu ochrony zdrowia dla ludności i sztandarowe hasło: PIENIĄDZ BĘDZIE SZEDŁ ZA PACJENTEM!.

Bardzo szybko okazało się, że będzie odwrotnie: pieniądz kroczył i kroczy przed pacjentem! W publicznych placówkach służby zdrowia (o prywatnych nie wspominając) liczy sie tylko pieniądz. Limit świadczeń z NFZ wyczerpany – spadaj człowieku do domu i czekaj na kolejny rok. Może ci się uda. Albo wywalaj ciężką kasę na te same usługi, wykonywane często przez tych samych lekarzy, czasami też w tych samych pomieszczeniach, lecz teraz już jako skomercjalizowana, prywatne nie państwowa służba zdrowia.

Jaskrawą patologią tego systemu jest sytuacja, kiedy to, aby „dostać się” do szpitala trzeba najpierw odwiedzić prywatną przychodnię prowadzoną przez właściwego ordynatora, który w tej przychodni zatrudnia swój szpitalny personel. Ale wyjścia nie masz! Choroba to choroba, zdrowia ponad wszystko.

Za Polski Ludowej było inaczej. Cały, absolutnie cały system skoncentrowany był na pacjencie. To pacjent, nie pieniądz był punktem centralnym systemu, osią, wokół której wszystko się kręciło. Poczynając od systemu kształcenia kadr medycznych: lekarskich i pielęgniarskich. Kształcone one były na potrzeby powszechnej służby zdrowia. Liczba pacjentów na 1 lekarza spadała z 2700 w 1950 r., do 796 w 1965 i  do 466 w 1990. I na tej wartości dynamika „ulekarzowienia” społeczeństwa się zatrzymała. Obecnie wskaźnik ten wynosi 416 wobec średniej europejskiej 263 . Z tych 416 nie wszyscy jednak pracują w powszechnej służbie zdrowia – znaczna część w biznesie zdrowia, tak więc efektywna, realna liczba lekarzy na 1000 mieszkańców, świadczących usługi ze środków publicznych jest większa. Uczyniliśmy krok wstecz.

Podobnie rzecz ma się ze szpitalami. Liczb wybudowanych w okresie powojennym szpitali nie ma nawet co porównywać z tymi, powstałymi ze środków publicznych po 1990 r. Nie mówiąc już o skali. Centrum Zdrowia dziecka, Centrum Onkologii, Centrum Zdrowia Matki Polki – to przykłady nie tylko wspaniałych inwestycji, ale przemyślanej, zorientowanej na podnoszenie jakości świadczeń zdrowotnych polityki państwa. Ale okazało się, że wybudowano za dużo! Komercjalizacja notorycznie wpędzała szpitale publiczne w długi – więc je  likwidowano. Proces likwidacji szpitali  szczególnie dotknął Polskę powiatową. Nie tylko o szpitale chodzi. Niektóre obszary powszechnych, konstytucyjnych usług medycznych zostały zlikwidowane całkowicie, lub – jak na przykład stomatologia – znakomicie ograniczone. Praktycznie zlikwidowano przychodnie zakładowe i opiekę zdrowotną w szkołach wszystkich szczebli.

Przywoływanie czasów Polski Ludowej jest dzisiaj w Polsce bluźnierstwem, asumptem do oskarżeń o bezbożny komunizm, sowiecką agenturę i wszelkie niegodziwości. Ale przecież zdrowie jest najważniejsze!   Jeżeli chcemy uczynić zadość przepisom Konstytucji to wniosek z minionych 30 lat jest jeden:  gruntownie zmienić trzeba cały system ochrony zdrowia. Odrzucić należy neoliberalne, pekuniarne podejście do najważniejszej dla człowieka sprawy: zdrowia. Znowu przywrócić należy obywatelowi, pacjentowi z jego chorobami należne mu centralne miejsce w tym systemie.

Lubimy, zwłaszcza ostatnimi laty stawiać sobie szczytne zadania:  a to rechrystianizacja Europy, a to niesienie przez świat kaganka prawdziwej demokracji i wolności. Nie zbawiajmy całego świata. Postawmy sobie inny, bardziej przyziemny cel. Sprawmy, aby Polska była krajem ludzi maksymalnie zdrowych.

I to zadanie powinno być jednym ze strategicznych celów polskiej lewicy.

 

Może być tylko gorzej

Wybory Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej zakończone. Kurz opadł. Emocje nie. Prezydentem została, ponownie wybrana na druga kadencję osoba, która sama w sobie jest zaprzeczeniem wartości, przymiotów i cech, jakimi – chciałoby się – powinien charakteryzować się prezydent prawie czterdziestomilionowego państwa w sercu Europy, narodu o ambicjach i ego rozbudzonych do poziomu Czomolungmy. Prezydentem został człowiek ostentacyjnie zależny od jednej partii politycznej, bez charyzmy, bez wizji nowoczesnej Polski, wyzuty z poczucia wstydu, a nade wszystko patron i czynny współsprawca demolowania polskiego demokratycznego państwa prawnego, łamania ustaw i Konstytucji.

Andrzej Duda jest drugim polskim prezydentem powtórnie wybranym na tą godność. Pierwszym był Aleksander Kwaśniewski. Już sam fakt powtórnego wyboru narzuca porównanie tych dwóch prezydentów, porównanie, które samo w sobie jest jedną wielką ironią naszej historii, kpiną historii z nas, Polaków. To tak, jakby musieć porównywać orła do – pardon – kaczki. Ale najwybitniejszy polski Prezydent, który wprowadzał Polskę do NATO, do Unii Europejskiej, który był współtwórcą nowej, polskiej Konstytucji nie ma w kraju Izby Pamięci. A Andrzej Duda ma – w Końskich, dla upamiętnienia podpisania na peronie tamtejszego dworca kolejowego jakiejś ustawy. Nie zdziwię się, gdy za kolejne pięć lat w podręcznikach szkolnych to właśnie Duda prezentowany będzie jako największy polski prezydent od 1918 r.

No, ale cóż – stało się, choć mogło być inaczej, lepiej. Nie będzie. Co więc będzie?

Wybory Prezydenta Polski w 2020 r nie były wyborami uczciwymi. Wszyscy widzieli i wiedzieli, że sztab wyborczy Andrzej Dudy tworzył cały rząd, rządowa administracja i państwowe środki masowego przekazu (masowej propagandy i hejtu). Ministrowie straszyli wyborców konsekwencjami przegrania kandydata PiS i przekupywali ich podarkami sypanymi jak z rękawa. Podarkami płaconymi oczywiście przez wszystkich podatników. Stara, wypróbowana metoda bata i marchewki. Fakt, że mimo tego wygrana demokratycznej opozycji była w zasięgu ręki skłania do głębokich refleksji. Dzisiaj w komentarzach opozycji dominuje oczywiście tonacja, że jest wspaniale, że następnym razem się uda. Wątpię w to.

Wybory prezydenckie Anno Domini 2020 r. kładą kres politycznemu bytowi, jakim jest Platforma Obywatelska. Trudno sobie dzisiaj wyobrazić jeszcze większą mobilizację sił prodemokratycznych w Polsce niż ta, która pod sztandarami tej partii miała miejsce w II turze wyborów. Przy całym szacunku dla Rafała Trzaskowskiego i jego sztabu, przy całym szacunku dla wszystkich, którzy angażowali się w jego kampanię i na niego głosowali, prawda jest taka, że oferta opozycji dla Polaków nie zyskała akceptacji większości wyborców. PO, będąca głównym motorem tej kampanii straciła moc w swoich silnikach napędowych. Oczywiście PO, lub jakieś partie powstałe po jej rozkładzie, pozostaną w parlamencie robiąc za demokratyczną paprotkę za prezydialnym stołem PiS-owskiego marszałka Sejmu, ale PO okazała się nieskuteczną i wiara w jej skuteczność maleć będzie z miesiąca na miesiąc.

Wygrana Andrzeja Dudy jest tak naprawdę wygraną Jarosława Kaczyńskiego. To on uzyskał wynik wyborów dyskontować będzie jako ostateczne poparcie społeczeństwa dla swojej misji wyrażonego w „demokratycznych” wyborach. Tak – misji, gdyż Kaczyńskim nie kieruje jakiś szczegółowy program, jakaś strategia, ale właśnie misja. Historyczna misja tworzenia nowego polskiego państwa, nowego polskiego społeczeństwa, na bazie ultrakonserwatywnych, historycznych wartości, pod prąd cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju świata.

Kaczyński zapewne doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że najbliższe wybory parlamentarne będą ostatnią wielką kampania polityczną, którą na drodze do realizacji swojej misji przyjdzie mu poprowadzić. Dlatego wynik wyborów Dudy bezwzględnie wykorzysta on do uzyskania jak najlepszego wyniku swojej formacji w wyborach parlamentarnych za trzy lata. Dzisiaj ma wszystkie karty w ręku. Zagrozić mu może tylko i wyłącznie jakiś wielki krach gospodarczy, gwałtowne obniżenie poziomu życia. Ale i na taką okoliczność Kaczyński jest przygotowany. Wszak poprawka do ustawy o Wojskach Obrony Terytorialnej zakazująca użycia tej formacji przeciwko „wrogowi wewnętrznemu” została przez PiS odrzucona. Pardonu nie będzie. Zwiastunem jest zapowiedź wypowiedzenia przez Polskę (Kaczyńskiego) Konwencji Stambulskiej. Bandytyzm prawny rozszaleje się na dobre. Wczorajszy przykład z sejmowej Sali, kiedy to wiceminister proponuje przyjęcie ustawy zwalniającej z odpowiedzialności decydentów, którzy bez prawnej podstawy wydali 70 milionów złotych jest najlepszym przykładem nowych standardów gospodarowania pieniędzmi publicznymi. Nawet, jeśli zdarzy ci się, mówi PiS,  premierze, ministrze wyrzucić w błoto kilkadziesiąt, kilkaset milionów złotych – nie martw się. Przyjmiemy odpowiednią ustawę i po krzyku. W końcu to my – PiS – jesteśmy Prawem i Sprawiedliwością w jednym! Nowy, lepszy PiS-owski standard.

Ale nie tylko. Kaczyński już bez kamuflaży, wprost, odmawia prawa bycia Polakiem myślącym inaczej niż on. Dawno, dawno temu popularne było zawołanie: „Kto nie z Mieciem tego zmieciem”. Dzisiaj, po wypowiedzi Kaczyńskiego dla Polskiego Radia można je parafrazować na „Kto nie z Kaczorem tego toporem” lub „Kto nie z PiS ten na zwis”. Wypowiedzią tą Kaczyński przypieczętował i podniósł do rangi oficjalnej doktryny rządzących rozłupanie polskiego społeczeństwa na, jak to często w publicystyce się nazywa, dwa plemiona: to lepsze, popierające PiS i to gorsze, niepodzielające jego celów, niezasługujące na miano bycia polskim. Od tego zdania wypowiedzianego przez dyktatora wieje grozą. Jakim to impulsem, natchnieniem będzie ono dla „starej gwardii” PiS a jakim dla neofitów, których z pewnością nie zabraknie, w ich codziennej, mozolnej pracy? Tym bardziej, że wódz zapowiada trudną drogę. Walka zaostrza się w miarę postępów w budowie nowej Polski – zdaje się mówić  Kaczyński.

Nagminne łamanie przez Prezydenta Dudę Konstytucji, przekręty osób sprawujących władzę i ich rodzin na setki milionów złotych, powszechny nepotyzm i uzależnienie awansu od poparcia PiS, niszczenie wymiaru sprawiedliwości, ośmieszanie Polski na międzynarodowej arenie – to tylko niektóre obszary kardynalnych przewin PiS. W normalnym, demokratycznym państwie jeden taki casus byłby wystarczający dla upadku rządu, dla nowych wyborów. W Polsce afery PiS nie robią najmniejszego wrażenia na jego elektoracie, zdają się wręcz umacniać tą formację.

Dwa polskie plemiona: lepszy i gorszy sort dawno utraciły możliwość rozmowy, dialogu. Unik Andrzeja Dudy przed dialogiem z kontrkandydatem Trzaskowskim urasta do symbolu tego, jak bardzo rozmijają się języki tych plemion, jak daleko jest do poważnej, wspólnej debaty. Na marginesie: Okrągły Stół, ten jakże brutalnie sponiewierany przez prawicę, jest na tym tle niedoścignionym wzorem polskiej kultury politycznej. Niestety, nie tylko o język chodzi. Wszyscy mamy przed oczami dwie, niemal jednoczesne migawki telewizyjne. Na jednej z nich Przewodniczący Rady Europejskiej i Przewodnicząca Komisji Europejskiej jako wielki sukces zakończonego szczytu budżetowego ogłaszają powiązanie wydatków budżetowych z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowskich, a na drugiej premier Morawiecki i premier Orban ogłaszają, że żadnych takich ustaleń nie podjęto. To oczywiście nie jest ani błąd Morawieckiego, ani jego niezrozumienie podpisanych dokumentów. Od sześciu lat PiS prowadzi bardzo konsekwentną politykę propagandową, żywcem skopiowaną z polityki amerykańskiej stacji Fox News.  Dwie główne zasady tej polityki to: po pierwsze, niezależnie od medium i niezależnie od pytania, zawsze mów do PiS-owskiego elektoratu, a po drugie: zawsze mów to, co ten elektorat chce lub co powinien usłyszeć. Lata żelaznej konsekwencji w realizacji tych zasad przez prawicowych polityków wszystkich szczebli wsparte wierną służbą Polskiego Radia i Telewizji Polskiej oraz olbrzymią prawicową machiną propagandową z Radiem Maryja na czele sprawiły, że wspomniane dwa plemiona polskie nie tylko nie mają wspólnego języka, ale żyją w dwóch różnych światach. Różnych i nieprzystających do siebie, a wręcz wzajemnie się wykluczających. Wirtualny świat, jakim PiS otoczył swoich wyznawców jest wprawdzie oparty na kłamstwach, półprawdach, na szczuciu i odczłowieczaniu przeciwników politycznych, na medialnych manipulacjach, ale będzie bardzo trudny do skruszenia, zwłaszcza po zapowiadanym triumfie PiS nad niezależnymi od Nowogrodzkiej mediami.

Wygranie wyborów prezydenckich dostarczyło obozowi prawicy dodatkowych argumentów i narzędzi do rozmontowywania Unii Europejskiej, czyli do realizacji jednego z ważniejszych strategicznych celów misji Kaczyńskiego. Powszechnie dzisiaj sypią się ze strony polskiej opozycji narzekania pod adresem UE, że ta, w trakcie niedawnego szczytu budżetowego nieskutecznie broniła praworządności w Polsce. Lider polskiej lewicy nazwał nawet osiągnięte w Brukseli porozumienie „zgniłym kompromisem”. To bardzo niewyważona i błędna opinia. Unia dla praworządności w Polsce zrobiła więcej niż sami Polacy dla siebie. Jestem przekonany, że wynik szczytu budżetowego byłby inny, gdyby w Polsce prezydentem został Rafał Trzaskowski. Unia potrzebowała choćby szansy na to, że w Polsce możliwy jest z prawdziwego zdarzenia partner do budowy wspólnoty. Wybór Andrzeja Dudy przekreślił tą szansę, umocnił antyunijną politykę Stanów Zjednoczonych.

Znów wracamy do leninowskiego pytania: „Co robić?” Jak powinien zachować się człowiek, który nigdy nie da się skusić do poparcia PiS, a który nie wyjedzie za granicę ani nie uda się na wewnętrzną emigrację? PO nie stworzyła i prawdopodobnie nie wydali już z siebie żadnej realnej, wiarygodnej alternatywy dla dyktatorskich rządów PiS. Utraciła wiarę niepisowskich wyborców w swoją skuteczność a jej liderzy zszarzeli, spowszednieli, zgrali się.  To otwiera pole wzmożonej aktywności dla szeregu innych opcji politycznych, w tym i lewicy. Pierwszym odruchem przegranych są póki co umizgi do elektoratu PiS. To oczywiście prawda, że tych wyborców nie można nazywać „biomasą”, „stadem baranów” itp. To niedopuszczalne i karygodne. Ale też nie można, jak to uczynił jeden z lewicowych liderów jednym niemal tchem bronić elektoratu PiS i jednocześnie wyzywać elektorat PO od „głupawych wyznawców”. Chciałoby się, aby odpowiedzialność w polityce znaczyła odpowiedzialność.

Oczywiście istotnym dla rozwoju sytuacji w Polsce będzie to, czy uda się utworzyć ponadpartyjny blok obrony demokracji, skupiający partie i ruchy polityczne jednoznacznie stojące na gruncie Konstytucji, wolności obywatelskich i prawa.  Szczególna jednak będzie pozycja i postawa polskiej lewicy. Wybory prezydenckie są dla lewicy największą porażką ze wszystkich dotychczasowych. Nie tylko dlatego, że Robert Biedroń nie dorównał wynikiem Magdalenie Ogórek. Program wyborczy Biedronia szybko zwekslowany został przez media jako program wąski kulturowo, którego osią są sprawy obyczajowe. Lewica nie przebiła się ze swoją alternatywą, ze swoją społeczną i państwowo-twórczą misją, a przecież to było głównym powodem startu kandydata lewicy w tych wyborach. Wynik lewicy to również poważny cios w nową formę jej funkcjonowania, od roku usilnie propagowaną przez kierownictwo SLD. Przypomnę, że zakłada ono tworzenie nowej partii typu komitetowego, czyli takiego, gdzie na co dzień działają tylko krajowy i regionalne komitety zajmujące się przygotowaniem kolejnych wyborów (reelekcji) dotychczasowego partyjnego establishmentu na wzór Stanów Zjednoczonych. A członkowie? Partia ma mieć tyle członków ile uzyskanych głosów w wyborach powszechnych. Przy takim ujęciu sprawy zjazd w ciągu roku z 12%  do niespełna 3%  wyborczego poparcia stawia poważne znaki zapytania nad tą koncepcją organizacyjną.

Ale ważniejsza jest kwestia merytorycznej odpowiedzi lewicy na wynik wyborów prezydenckich. Spektakularnej porażce lewicy towarzyszyło równie spektakularne umocnienie się Zjednoczonej Prawicy i ekstremalnie antylewicowej, nacjonalistycznej formacji Konfederacja Wolność i Niepodległość. Jak w tej sytuacji powinien zachować się Sojusz Lewicy Demokratycznej, parlamentarny klub Lewica? Są trzy możliwości. Pierwsza to uznanie, że „rodacy – nic się nie stało” i kontynuowanie dotychczasowej działalności – byle do kolejnych wyborów, jakoś to będzie. Druga, bardzo myślę kusząca dla niektórych droga, to próba zastąpienia na scenie politycznej Platformy Obywatelskiej, choćby przez głoszenie: my będziemy robić wprawdzie to samo, ale lepiej, bardziej demokratycznie i socjalnie. Wreszcie trzecia droga, to rozpoczęcie poważnych prac nad lewicową alternatywą dla Polski. Jakościową i oryginalną alternatywą, będącą odpowiedzią polskiej lewicy na wyzwania XXI wieku, a nie kopią bądź makijażem dotychczasowych programów lub programów innych partii. To oczywiście najtrudniejsza droga. Już dzisiaj zapowiadana jest przez kierownictwo SLD listopadowy Kongres Polskiej Lewicy, którego efektem ma być taki program.  Trzy miesiące, w tym sezon wakacyjny, to moim zdaniem zdecydowanie za mało, aby taki odpowiedzialny program przygotować. Posłużę się jednym przykładem. Co zrobić z tak zwaną służbą zdrowia? Piszę „tak zwaną”, gdyż od dawna nie jest to „służba” a biznes zdrowia. Koncepcja, że pieniądze będą szły za pacjentem i komercjalizacja usług zdrowotnych skompromitowała się, przyczyniła się do zapaści opieki zdrowotnej, do osłabienia dostępu do lekarzy, leków i procedur medycznych dla większości Polaków. Jak ten problem rozwiązać systemowo? Czy lewica zaproponuje odwrócenie zwrotów w kierunkach polityki zdrowotnej stawiając zdrowie Polaków jako cel główny i jemu podporządkowując gospodarkę, edukację i politykę? To tylko jedno z zagadnień.

Lewicowa alternatywa jednoznacznie powinna określić rolę i zadania państwa – nawet, gdyby wiązało się to z potrzebą zmiany Konstytucji. Nie da się jednak moim zdaniem stworzyć wiarygodnej dla lewicowo zorientowanej części polskiego społeczeństwa alternatywy eksponując wstyd i niechęć do słowa socjalizm, bez sięgnięcia do niezbywalnych osiągnięć realnego socjalizmu właśnie w ochronie zdrowia, edukacji czy kulturze. Żeby nie było wątpliwości – nie proponuję restytucji minionego ustroju. Jestem jednak przekonany, że z minionego okresu można wyciągnąć wiele dobrych, praktycznych wniosków i wskazówek realizując cel: państwo dla obywatela, a nie na odwrót.

Chciałbym bardzo, aby zapowiadany, wielotysięczny ponoć Kongres Lewicy zakończył się przyjęciem nowej, lewicowej alternatywy dla Polski, nowej, odważnej, oryginalnej, postępowej myśli, zdolnej porwać młodzież, wskazać jej lepszą przyszłość. Jeżeli tak się nie stanie, jeżeli kongres się odbędzie i zakończy się jak zawsze, w sposób niezauważalny dla Polaków, to będzie tylko gorzej.

 

Komentarz na gorąco

Na gorąco – a więc bez aspiracji do szczegółowych analiz i głębszych przemyśleń.

Jarosław Kaczyński będzie Prezydentem i Premierem Polski przez następne 5 lat. Reelekcja Andrzeja Dudy rozstrzygnęła spór „w rodzinie”, umocniła prawicę i wszystkie ruch prawicowe w Polsce. Liczyć się należy ze wzrostem agresji ze strony skrajnych, prawicowych nacjonalistów i wzrostem poparcia dla nich.

To Polsce wróży bardzo źle. Nieskrywany przez A. Dudę triumfalizm jeszcze przed ogłoszeniem oficjalnych wyników zwiastuje długą, czarną noc dla Polski. Kaczyński bezwzględnie wykorzysta wynik wyborów do, jak kto woli, dokończenia rewolucji czy dorżnięcia watahy. Wykorzysta to w polityce wewnętrznej jak i zewnętrznej – realizując amerykańską strategię osłabienia Unii Europejskiej.

Już Minister Sprawiedliwości zapowiedział akcję „repolonizacji” mediów. Oczywiście chodzi o to, aby media partyjne w postaci TVP czy PR pozbawić konkurencji, tak, by kolejne wybory mogły dla zjednoczonej prawicy przebiegać bez niepotrzebnych stresów i zagrożeń dla interesów prawicowych polityków.

Ale na mediach się nie skończy. Nie ulega dla nikogo prawie wątpliwości, że wynik wyborów prezydenckich w znacznej części jest efektem kłamstw, oszczerstw publikowanych przez media rządowe, oraz efektem rozrzucania niemal z samolotów kiełbasy wyborczej w różnej, dowolnej postaci przez przedstawicieli rządu z premierem na czele. Wszystkim obiecać wszystko! Byle bezczelnie, byle z hukiem. Ale ekonomii nie da się tak naginać i łamać jak przepisów Konstytucji czy innych ustaw. Z tych, czasami kabaretowych obietnic trzeba będzie prędzej czy później jakoś wyjść. Na gruncie ekonomicznym będzie to bardzo trudne, a właściwie niemożliwe. Pozostanie sprawdzona przez Kaczyńskiego metoda: kreowania wroga, z którym walka po części usprawiedliwi nierealizowanie obietnic, a po części odwróci uwagę społeczeństwa i zniechęci do zadawania głupich pytań. Kwestią jest tylko, czy będzie to jakaś nowa kategoria „wroga narodu” czy też powrót do którejś starej (Niemcy, Żydzi, komuniści, Unia Europejska…).

Wybory potwierdziły też i umocniły dramatyczny podział Polski i Polaków – podział nie do zasypania w perspektywie dwóch pokoleń. Pytań w związku z tym ciśnie się co niemiara, a wśród nich i pytanie o znaczenie tych wyborów dla polskiej lewicy. Oddanie głosu na liberała Trzaskowskiego w drugiej turze było, przynajmniej w  moim przypadku, aktem świadomym zgodnie z zasadą „wróg twojego wroga…”. Ale w żaden sposób nie rozwiązuje to pytania o dzień jutrzejszy. Nie ulega wątpliwości, że dla prawicowych nacjonalistów pudrujących się lewicowymi hasłami programowymi największym wrogiem zawsze była i będzie lewica postępowa, otwarta  na świat, internacjonalistyczna. Przed polską lewicą trudne czasy .

Polska lewica w wyborach prezydenckich praktycznie nie zaistniała. Kampania Roberta Biedronia nie porwała mas, a nazywając rzecz po imieniu: społeczeństwo odrzuciło tą ofertę. Nie dziwię się. Oznacza to to, że lewica rzetelnie powinna przeanalizować swoją misję w polskim społeczeństwie. Przed nami, mam nadzieję, poważne debaty i decyzje. Zwrócę uwagę na jeden tylko charakterystyczny rys minionej kampanii prezydenckiej. O wyborze Dudy zadecydowała najniżej wykształcona część społeczeństwa. Ci lepiej wykształceni głosowali zwykle na jego konkurenta. Wybory pokazały, że znaczna część społeczeństwa woli być „rządzona” niż „rządzić”, woli otrzymywać prezenty i obietnice niż ponosić współodpowiedzialność, nawet za cenę przyzwolenia na ordynarne przekręty i  nadużycia władzy. Stąd wniosek oczywisty: jednym z kanonów programowej oferty lewicy powinna być zupełnie inna, nowa oferta edukacyjna. Nowa, chociaż w swoich pryncypiach nawiązująca do sprawdzonych historycznie kanonów, podstaw systemu edukacji Polski Ludowej. Przypomnieć więc należy, że system ten opierał się z jednej strony na dążeniu do awansu społecznego drogą zdobywania kolejnych poziomów wykształcenia, a z drugiej na zapewnieniu przez państwo darmowej edukacji na najwyższym możliwym poziomie na wszystkich szczeblach. Cel „awans społeczny” był powszechnym celem indywidualnym, celem rodzin i celem państwa. A więc parafrazując klasyka: „Edukacja, głupcze! Edukacja!”

To tylko jeden z tematów. W kolejce szereg innych, jak na przykład opieka zdrowotna i obowiązki państwa a w tym zakresie.
Potrzeba lewicy determinacji, wytrwałości i przede wszystkim odwagi w myśleniu.

P.S.

Moim wnukom, by wiedzieli, że w tych historycznych dla Polski wyborach ich dziadek głosował tak:

Jeszcze nie jest za późno

Niespełna dwa tygodnie temu Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący SLD, przekonując o konieczności udziału w wyborach 10 maja b.r. grzmiał z ekranów telewizorów, że pomimo akonstytucyjności pisowskich wyborów kopertowych „trzeba brać udział w tych wyborach, aby przegonić Andrzeja Dudę z pałacu prezydenckiego”.

Po zmianie kandydata PO Klub Parlamentarny Lewicy zawarł osobliwe porozumienie z Klubem Koalicja Polska (PSL plus Kukiz 15) o poparciu PiS w sprawie możliwie najkrótszego terminu wyborów, czyli 28 czerwca b.r. Osobliwość jest w tym, że jak dotąd całej opozycji zależało na maksymalnym przesunięciu terminu wyborów, aby skutki nieudolności rządu w sprawie przeciwdziałania epidemii koronawirusa ujawniły się w całej pełni osłabiając tym samym kandydata PiS. W pełni świadomy tego zjawiska był Kaczyński, i dlatego z taką determinacją, wszelkimi, również pozaprawnymi metodami i sztuczkami parł do jak najszybszej reelekcji swojego kandydata. Tylko bowiem ta reelekcja gwarantuje pisowskiej mafii bezkarność.

Porozumienie klubów Lewica i Koalicja Polska  w sprawie terminu wyborów 28 czerwca stanowi zwrot w dotychczasowej kampanii. Oznacza ono ni mniej ni więcej tylko to, że te dwa kluby, których kandydaci na urząd prezydenta chwalą się sondażowymi poparciami odpowiednio: Biedroń 3% do 7% i Kosiniak-Kamysz  6% do 10% pogodziły się z tym, że ich kandydaci nie mają szans na drugą turę. Celem prezydenckiej kampanii wyborczej tych ugrupowań, wobec wejścia do gry Trzaskowskiego, stało się więc tylko uzyskanie jak najlepszego wskaźnika poparcia dla swoich kandydatów, aby „wyjść z honorem” z całej tej politycznej konfrontacji.   Najwyraźniej najgroźniejszym przeciwnikiem stał się dla nich już nie Duda, ale Trzaskowski. Stąd gra na maksymalne utrudnienie jego kampanii, a być może, wobec krótkiego terminu na zebranie podpisów przy czerwcowym terminie wyborów, na jego formalną eliminację. Ale wyjść z honorem popierając PiS, się nie da.

Dziwi mnie to, że Pragmatykowi Spod Przasnysza (jak sam siebie określa Przewodniczący SLD), jego wrodzony pragmatyzm polityczny nie podpowiedział, że w tej sytuacji, jeżeli poważnie traktował cel „przegonienia Dudu z pałacu”, najlepszym rozwiązaniem jest maksymalna konsolidacja sił opozycyjnych, skoncentrowanie się na kandydacie dającym największe szanse wygrania z Dudą, doprowadzenie do drugiej tury i stworzenie najlepszych warunków społecznych i politycznych dla jego ostatecznej wygranej.

Reelekcja Dudy to umocnienie, być może na długi czas, autokratyzm w Polsce, to oddalające się perspektywy przywrócenia demokratycznego ładu w kraju.  Zmiana w pałacu prezydenckim jest dzisiaj dla Polski dużo, dużo ważniejsza niż wynik Roberta Biedronia. Wolę Trzaskowskiego na urzędzie Prezydenta przy zerowym wyniku Biedronia, niż Dudę przy wyniku kandydata lewicy nawet (co jest mało prawdopodobne) na poziomie 15%. Celów demokratycznej lewicy nie sposób realizować w autorytarnym państwie prawicowo-nacjonalistycznym.

Jeszcze nie jest za późno.

Ćwiek

Włodzimierz Czarzasty, Przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej (jeżeli ta nazwa jest jeszcze prawnie obowiązująca) zabił mi ćwieka. Zagrzmiał otóż niedawno publicznie, że „wybory prezydenckie w maju nie powinny się odbyć”, zaraz potem dodając hardo: „Jak będą, to trzeba iść i po prostu rozwalić politycznie PiS i Andrzeja Dudę – pognać ich w cholerę”. Nie jest istotne to, czy to zawołanie do boju jest emanacją autentycznych emocji Przewodniczącego, jego niezłomnej wiary w sukces, czy produktem właściwego mu pragmatyzmu politycznego i chłodnej kalkulacji. Tak czy inaczej mam problem.

Wszystkie najwyższe dla mnie autorytety prawne jak między innymi prof. Łętowska czy prof. Piotrowski jednoznacznie stwierdzają, że wybory przeprowadzone w obecnej sytuacji epidemicznej, na podstawie naprędce zmienianej ordynacji wyborczej będą bezprawne, gdyż naruszają zasady wyborcze określone w Konstytucji we wszystkich ich czterech podstawowych aspektach. Wiadomo, że nie będą to wybory ani powszechne, ani równe, ani bezpośrednie a ich tajność stoi pod olbrzymim znakiem zapytania. Jako obywatel opowiadający się za Konstytucją i określoną w niej zasadą państwa prawnego powinienem odmówić udziału w takich wyborach. Jeżeli tego nie uczynię, usankcjonuję w jakiś sposób zbiorowy gwałt, jaki na Konstytucji dokonuje Prawo i Sprawiedliwość, wezmę udział w tym gwałcie!

Tymczasem opozycyjni kandydaci, wśród nich i Robert Biedroń, nie rezygnują z wyborów czyli wzywają swój elektorat do „pójścia do skrzynek pocztowych” bez względu na wzgląd. I to jest właśnie ten ćwiek.

W przypadku przeforsowania przez PiS majowych wyborów możliwe są dwa scenariusze – każdy zły. Pierwszy to ten, że w wyniku majowych wyborów Andrzej Duda zdobędzie drugą kadencję swojej prezydentury – nie ważne w pierwszej, czy w drugiej turze wyborów. Oczywiście umocni to zasadniczo obecny obóz władzy, a znając jezuicką przewrotność Prezesa PiS łatwo odgadnąć, że udział w tych akonstytucyjnych wyborach ogłosi on jako zgodę suwerena na właściwie dowolną interpretację przepisów ustawy zasadniczej przez obecne władze, otwierającą tym samym rządzącej sile politycznej wrota do dalszych, nieskrępowanych już konstytucyjnych bezeceństw. Na nic zdadzą się publiczne zaklinania, że „braliśmy udział, ale ze wstrętem”. Odwołanie się do woli suwerena będzie decydujące.

Drugi scenariusz, pozornie bardziej optymistyczny, jest taki, że opozycja zdoła doprowadzić do drugiej tury wyborów i w ostatecznej rozgrywce pokonać obecnie urzędującego prezydenta. Być może kierownictwo SLD dysponuje jakimiś wiarygodnymi sondażami, wskazującymi na obiecujące prawdopodobieństwo takiej możliwości. Już dzisiaj jednak pojawiają się ostrzeżenia politycznych komentatorów, że wybrany według pisowskiej ordynacji prezydent nie będzie miał demokratycznego mandatu do pełnienia swojej funkcji – również prezydent nie-Duda. Przyjmiemy wówczas postawę, że okraść złodzieja to nie grzech?

Dylemat ten przyjdzie rozwiązać mi w dniu wyborów – jeżeli do nich dojdzie. Najlepszym bowiem scenariuszem dla kraju to ten, że te nieszczęsne wybory w maju jednak się nie odbędą. Aby tak się stało Sejm musiałby przyjąć ustawę o wprowadzeniu w Polsce stanu nadzwyczajnego z powodu klęski żywiołowej, jaką jest pandemia koronawirusa. Ale na to się nie zanosi. Wręcz przeciwnie. Sprytne ogłaszanie nawet głupich ograniczeń i ich następne huczne odwoływanie to tworzenie wirtualnej „normalizacji”, pozorów, że rząd panuje na epidemią, że wybory będą bezpieczne. Już dzisiaj szczęśliwy Naród zanosi dzięki Panu Premierowi Morawieckiemu za to, że łaskawie zezwolił znowu wejść obywatelowi do lasu. Tymczasem nie ma żadnych przekonywujących faktów, że epidemia jest pod kontrolą. Wręcz przeciwnie – coraz to ujawniają się nowe zagrożenia, jak te w domach opieki społecznej. Wiarygodność oficjalnych danych o epidemii została skutecznie podważona przez Prezydenta Warszawy. Znakomitym uzupełnieniem tego obrazu nierzeczywistej rzeczywistości jest transport sprzętu ochronnego do Polski największym ( i też najdroższym) na świecie samolotem i żenująca „uroczystość” jego rozładowywania z udziałem premiera i jego zastępcy.

Oczywiście podsuwana jest również alternatywa: przyjęcie propozycji Gowina-Kaczyńskiego zmiany Konstytucji „na kolanie” i przedłużenie kadencji Andrzeja Dudy o 2 lata. Ale projekt ten jest wyraźną pułapką zastawioną na opozycję. Z jednej strony daje on 2 lata oddechu prawicowej koalicji na otrząśnięcie się z nokautu, jakiego system opieki zdrowotnej i system zarządzania państwem w okresie kryzysu doznał po ataku koronawirusa, a po drugie uczyniłby z opozycji wspólnika doraźnego majstrowania przy Konstytucji. Mam nadzieję, że nikt na to się nie nabierze.

Może jest też i tak, że emocje Włodzimierza Czarzastego nie są w pełni autentyczne, że kryje się za nimi chłodna kalkulacja. Jej podstawą może być założenie, że w powszechnym bałaganie – głównie po tronie opozycji – o wyniku uzyskanym przez kandydata lewicy zadecyduje zdyscyplinowanie elektoratu i jego w miarę masowy udział w wyborach. Uzyskanie przez Roberta Biedronia poparcia powyżej 15% będzie można ogłosić jako kolejny, wielki sukces lewicy, jako argument do przyszłych ewentualnych sojuszy i koalicji. Tylko jakim kosztem?

Może ktoś zapytać: – skoroś taki mądry, to co ty byś zaproponował? Nie jestem mądry wystarczająco, nie mam też wystarczająco dużo wiarygodnych informacji. Wiem tylko, że w przypadku, gdy majowe wybory staną się faktem możliwe są dwa wyjścia. Pierwsze to pójście za wezwaniem Czarzastego i wzięcie udziału w „wyborach”. Drugie – to wycofanie kandydata i ogłoszenie bojkotu niekonstytucyjnych wyborów. Niech PiS sam pogrąża się w bagnie, które sam stworzył. Może lewica nie będzie wówczas obecna na wykazach wyników wyborów, ale za to ocalimy Konstytucję RP jako naszą najważniejszą, jedyną redutę. Ocalimy nasze moralne prawo do jej obrony, nie przyjmiemy odium współsprawcy łamania ustawy zasadniczej.

Mam prawo przypuszczać, że dylemat, przed którym stanąłem to problem nie tylko mój. Mam też prawo oczekiwać, że kierownictwo partii, do której należę, dostrzeże problem i pomoże mi i innym uporać się z nim.

Bez „i”

Artykuł Anny Grodzkiej „O mediach i demokracji” opublikowany na łamach Strajk.eu i Dziennika Trybuna zasługuje więcej niż na uwagę. Temat podniesiony przez Grodzką powinien być kontynuowany w dyskusjach, zwłaszcza w środowiskach demokratycznych. Analiza stanu polskiej demokracji, problemów (lub precyzyjniej: braku problemów) znacznej liczby wyborców, dyktat mediów, aktualna rola mediów publicznych przeprowadzona przez Grodzką jest jak najbardziej właściwa, celna. Niestety, na tym pozytywy tego ważnego artykułu moim zdaniem się kończą. Analiza sytuacji właściwa, ale wnioski i postulaty chudziutkie. Brakło nie tylko przysłowiowej kropki nad „i”, ale również samego „i”.

Proponowane rozwiązania niewiele wnoszą nowego, a nawet umacniają wręcz obecny, wynaturzony system. Przecież finalna propozycja autorki obciążania reklamodawców pokrywania kosztów medialnych kampanii społecznych to właśnie umocnienie wpływu biznesu reklamowego. Dodatkowe koszty pokryją sobie z cen towarów, za które zapłacimy, a proponowany Fundusz Medialny będzie bardzo zainteresowany tym, aby rynek reklam – a więc usług masowego ogłupiania ludzi – był jak największy. Myślę, że nie tędy droga.

Demokratyczna lewica powinna podjąć trud opracowania własnej koncepcji kampanii kreowania przedstawicieli społeczeństwa w instytucjach państwa demokratycznego. Streścić ją można w dwóch słowach: dekapitalizacja i sekularyzacja społecznych kampanii wyborczych.

Zdaję sobie sprawę z tego, że 98% czytelników, którzy dotarli do tego miejsca mruknie pod nosem coś na kształt: „To przecież niemożliwe! Uczkiewicz zwariował!” i przejdzie do innej lektury. Ale ja chciałbym zwrócić się do tych dwóch procent, do tych ludzi lewicy, którzy nie boją się formułowania celów przez otoczenie uznawanych za szalone, a w każdym razie niemożliwe. Przypomnę tylko nieśmiało, że cały nasz postęp cywilizacyjny, z którego tak jesteśmy dumni, swoje początki zawsze miał w przełamywaniu stereotypów, w sięganiu po niemożliwe.

Problem pierwszy: władza czy odpowiedzialność.

Aby skonstruować nowy, wartościowy model kampanii wyborczej zacząć należ od sedna wyborów. Postawię więc pytanie: dlaczego ciągle, w kółko, mówimy o wyborze WŁADZ. Władz krajowych, wszelkich szczebli władz samorządu terytorialnego, samorządów zawodowych. Jeżeli nawet nasz piękny polski język jest w tym obszarze zbyt ubogi, to jednak cała narracja wokół wyborów dotyczyć powinna ODPOWIEDZIALNOŚCI. Celem wyborów w społeczeństwie demokratycznym powinno być wyłanianie ludzi, naszych przedstawicieli, którym powierzamy ODPOWIEDZIALNOŚĆ za kierowanie biegiem wspólnych spraw, na których cedujemy część własnej odpowiedzialności, abyśmy mogli zająć się na co dzień innym i sprawami a także kontrolowaniem tego, jak nasz mandat zaufanie jest wykonywany. Nie chodzi tylko o to, że w naszej, głęboko zakorzenionej historycznie tradycji, WŁADZA, jest z założenia ciałem obcym, zewnętrznym, wręcz wrogim. Bardziej kojarzy się nam z przywilejami, mechanizmami przymusu. Nie chodzi też o to, że do „władzy” wielu idzie po zaszczyty, wpływy, apanaże. Chodzi też o to, że taki wyścig do władzy jest z gruntu ademokratyczny, aspołeczny.

Z pojęciem „władzy” ściśle związane jest inne pojęcie: „walka”. Każde wybory to u nas jedno wielkie pole bitwy, w której są wygrani i przegrani. Wygrani chodzą w chwale, a przegrani… w niechwale. Statystycznie mandaty w różnego rodzaju organach publicznych uzyskuje około 10% kandydatów. Jeżeli do tego dodać, że każda kampania wiąże się z koniecznością kapitałowego zaangażowania kandydata, to nasze kampanie wyborcze są jedną, wielką machiną produkującą obywateli – frustratów. I do tego frustratów wśród najbardziej wartościowej części społeczeństwa, gotowej czas swój i zdolności poświęcić dla dobra publicznego. Ciekawy jestem czy chociaż w jednej gminnej szkole podstawowej w Polsce przeprowadzono lekcję na temat wyborów do Rady Gminy, w czasie której wszystkich kandydatów prezentowano jako osoby, które publicznie zgłosiły gotowość podjęcia ODPOWIEDZIALNOŚCI za wspólnotę, jako wzór postaw obywatelskich, wzór do naśladowania.

Problem drugi: forsa.

Wielokrotnie zdarzyło mi się słuchać jednego z wojewódzkich liderów SLD, który prosto z mostu przekonywał, że „na pierwsze miejsce na liście bez 100 tysięcy złotych nie ma co startować”. Nie wiem: sto czy dziesięć tysięcy. Ale już sam fakt, że wybory do obywatelskich organów przedstawicielskich kandydat musi traktować jako inwestycję kapitałową jest aberracją. Przecież nieodłącznym elementem każdej inwestycji jest „stopa zwrotu kosztów”. Cały więc system wyborczy petryfikuje wybory jako wyścig o władzę i wpływy. Ale jest jeszcze jedno oblicze tej kwestii: wybory w Polsce są właściwie tylko dla bogatych. Nie mogę pojąć jak lewica może przechodzić do porządku dziennego nad tym, że wybory są w Polsce tylko dla lepiej sytuowanych materialnie, jak może nie reagować na to, że konstytucyjna równość obywateli w czynnym prawie wyborczym jest fikcją.

Wyborami do organów przedstawicielskich w Polsce rządzi pieniądz. Partie polityczne szukają jawnych i skrytych sponsorów (zobowiązania!), zaciągają – podobnie jak wielu kandydatów – kredyty bankowe. Gdzie płynie ta rzeka pieniędzy? Płynie do wszelkiego rodzaju komercyjnych agencji reklamowych i mediów, które kandydatów sprzedają nie przymierzając jak „Najlepszy płyn do higieny intymnej”. Medialne kampanie komercyjne oparte są przecież na doświadczeniach kampanii reklamowych, której podstawowa dewiza, wypracowana jeszcze w początkach minionego stulecia w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej głosi: „Pamiętaj! Jeżeli w reklamie odwołujesz się do racjonalizmu, zdrowego rozsądku, to de facto odwołujesz się do 10% odbiorców”. Dlatego słynne „czarne teczki” Tymińskiego pokonały ikonę polskiej demokracji: Premiera Tadeusza Mazowieckiego. Dlatego czarny PR jest tak skuteczny. Dlatego komitety wyborcze zabiegają, aby na ich listach znaleźli się aktorzy popularnych programów telewizyjnych, znani sportowcy, celebryci. Oczywiście w żaden sposób nie można ograniczać ich czynnych praw wyborczych, ale nie powinni służyć za przynętę na wyborcę w demokracji obywatelskiej. Powyższe praktyki doprowadziły przecież do tego, że poziom merytoryczny, etyczny i kulturalny polskiego Sejmu z kadencji na kadencję spada na łeb na szyję.

Podporządkowanie kampanii wyborczych do organów przedstawicielskich regułom właściwym dla komercyjnej reklamy, oddanie ich w ręce komercyjnych mediów ma jednak jeszcze jeden, o wiele groźniejszy dla demokracji skutek. Każdy z nas niejednokrotnie słyszał slogan, że „kampania wyborcza rządzi się swoimi prawami”, że „w kampanii wyborczej mówi się różne rzeczy” lub wręcz, że „w kampanii wyborczej kłamanie jest dozwolone”. Medialni komentatorzy często oczekują wręcz „uwodzenia elektoratu przez kandydatów”. Krótko mówiąc przez ostatnie 30 lat demokracji w Polsce kłamstwo wyborcze stało się normą nie tylko polityczną, ale i społeczną. Czy demokratyczna lewica może się z tym godzić?

Kler

Porządkując polski system wyborczy, szukając jego lepszych, społecznie wydajniejszych formuł, postawić należy też tezę o koniecznej sekularyzacji kampanii wyborczych. Sekularyzacji rozumianej jako maksymalne ograniczenie ingerencji kościołów w proces wyborczy. Rozdział kościoła od państwa w tej najważniejszej dla państwa kwestii musi być jasny, jednoznaczny. Również w imię naszej suwerenności zwłaszcza w przypadku Kościoła Katolickiego jego funkcjonariusze i struktury reprezentują interesy państwa obcego. Nie chodzi tu tylko o kwestie kazań głoszonych w kościołach, ale również o odejście od złej tradycji organizowania wyborów w niedziele. Po mszy, w trakcie której często w sposób mniej lub bardziej zawoalowany przekazane zostały instrukcje, wierni gromadnie zmierzają do lokali wyborczych, co razem tworzy określoną zbiorową presję.

Lewica

Lewica w Polsce staje – podobnie jak na całym świecie – wobec podstawowego dylematu: czy być, jak przez minione 30 lat, ruchem politycznym adaptacyjnym czy kreatywnym. Adaptacyjnym, czyli takim, który przystosowuje się do reguł gry ustanawianych przez kapitał, starając się „socjalizować” jego rozwiązania i tam gdzie chcą dodać 10 to domagać się 12, a gdzie chcą zabrać 10 to domagać się 8. Kreatywnym natomiast to takim, który tworzyć będzie własną, nowoczesną wizję demokratycznego społeczeństwa i państwa, który proponować będzie własne, lewicowe rozwiązania systemowe. Stosunek lewicy do fundamentalnej społecznie i politycznie kwestii reguł kreowania ciał ponoszących odpowiedzialność za kraj i ludzi będzie jednym z poważniejszych dla niej sprawdzianem w tym względzie.

Celowo nie przedstawiam tu propozycji własnych założeń do nowego podejścia do kwestii wyborczych – pomieściłem je we wpisie „Kogo i jak wybierać” z lutego 2017 r. Jestem jednak przekonany, że temat „Wybory w społeczeństwie obywatelskim” wart jest pracy grupy lewicowych intelektualistów, idealistów, niebojących się budowania maszyn latających cięższych od powietrza.

Dla dobra Polski i Polaków.

Wielki sukces i co dalej?

Każdy naród ma taki rząd , na jaki zasługuje. Ta stara sentencja ultrakonserwatywnego filozofa i polityka Josepha de Maistre’a jak ulał pasuje do powyborczej sytuacji w ultrakonserwatywnym kraju, jakim dzisiaj jest Polska. Nie udało się odsunąć PiS od władzy – mało tego, Kaczyński w Sejmie się umocnił. Wygraną PiS trudno trafniej skomentować niż uczynił to Adam Michnik stwierdzając, że spełnił się najczarniejszy scenariusz. Nie jest już ważne, czy patrząc wstecz zdobył się Michnik na refleksję na temat swojego udziału w doprowadzeniu do tego co się stało. Stało się. Na nic zdała się lawina afer gospodarczych i obyczajowych z udziałem prominentów pisowskiej władzy, z których każda z osobna, w każdym, w miarę normalnym kraju zmiotłaby z powierzchni rządzącą partię. Nie w Polsce. Wybory pokazały przyzwolenie znacznej części społeczeństwa dla aferzystów – o ile dają. Wygrana PiS to przede wszystkim wygrana Kościoła. PiS wygrał w tych rejonach i w tych grupach wiekowych, w których Kościół ma tradycyjnie największe wpływy. Kościół, nie potępiając żadnej z ujawnionych afer udzielił tym samym ich sprawcom szczególnego rozgrzeszenia, pozbawiając skrupułów przy oddawaniu głosów na PiS wahającym się. Wybory ujawniły pogłębiające się rozdarcie polskiego społeczeństwa. Na antagonizmy natury ideologicznej nałożyły się jaskrawe różnice w postrzeganiu państwa przez mieszkańców średnich oraz dużych miast i mieszkańców wsi. Co te wybory oznaczają dla lewicy?

Zasadnym jest pytanie, czy powszechna, anty-pisowska koalicja byłaby w stanie położyć kres rujnowaniu kraju i społeczeństwa przez „naczelnika”. Propozycję taką, pod nazwą „Koalicja Konstytucyjna” proponował onegdaj Włodzimierz Cimoszewicz. Nie podzielałem tego poglądu, uważając, że SLD powinno w wyborach wystartować w czytelnej, lewicowej koalicji. Uważałem – i nadal uważam, że Parlament powinien odzwierciedlać polityczne preferencje Polaków. Źle przeprowadzone przez KO kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego pogrzebała ostatecznie koncepcję  Koalicji Konstytucyjnej: odłączyło się PSL. SLD trwał przy niej jednak wiernie – do czasu, gdy Grzegorz Schetyna uznał, że sojusz z Sojuszem mu ciąży. Proste sumowanie procentów poparcia uzyskanych przez poszczególnych potencjalnych członków takiej koalicji w wyborach sejmowych mogłoby wskazywać na słuszność pomysłu powszechnej koalicji antypisowskiej.  Czy jednak proste sumowanie procentów jest w tym przypadku uzasadnione?  A może właśnie fakt, że partie poszły do wyborów  pod własnymi szyldami stał się przyczyną wyższej frekwencji? Osobiście znam wiele osób, które deklarowały, że nigdy na PO głosować nie będą.

Właściwie wszystkie partie, które wprowadziły swoich przedstawicieli do Parlamentu mają powody do satysfakcji. Wszystkie – z wyjątkiem Platformy Obywatelskiej. To jej wynik zaważył głównie na tym, że przez kolejne 4 lata będziemy pod butą pisowskiego rządu, pisowskiego Sejmu i dyrygenta z Nowogrodzkiej.  Na szczęście marszałek Karczewski będzie musiał wyprowadzić się ze swojej willi i ze swojego gabinetu na Wiejskiej a Senat przestanie być maszynką w rękach adiutanta „naczelnika państwa” do klepania ustaw przyjętych przez Sejm. Kryzys PO jest jednak wielopłaszczyznowy i bezsprzeczny. Właściwie to na dzisiaj istotne jest jedno tylko pytanie: na ile sfrustrowana PO będzie łatwym łupem dla managerów transferowych z innych ugrupowań.

Tym nie mniej wdzięczność ludzi lewicy dla Platformy powinna być ogromna. Wystarczy pomyśleć jak wyglądała by dzisiaj sytuacja, gdyby PO wytrzymała do końca w sojuszu z SLD. Być może kilku działaczy SLD weszłoby do Sejmu, ale z pewnością nie weszłaby Wiosna, a prawdopodobnie i Razem. SLD-owcy posłowie szybko zostaliby zmarginalizowani w klubie KO, a sam Sojusz uległby przyspieszonemu procesowi sublimacji. Przewaga PiS byłaby zapewne jeszcze większa, a co za tym idzie i większa frustracja w opozycji. Na szczęście dla lewicy Grzegorz Schetyna rozpaczliwie poszukując nowej tożsamości swojej partii postanowił podziękować (w mało parlamentarny sposób) SLD za współpracę na kilka miesięcy przed wyborami. To właśnie zmusiło liderów SLD do nagłej i radykalnej zmiany strategii wyborczej i do poszukiwania wraz z liderami dwóch innych, wyraźnie „tonących” partii o lewicowym charakterze wyborczego porozumienia. Udało się i chwała im za to.  Ale trudno odmówić zasług (pewnie niezamierzonych) Grzegorza Schetyny dla konsolidacji polskiej lewicy.

Lewica ma prawo uznawać się za największego wygranego wyborów parlamentarnych. Będzie trzecim co do wielkości ugrupowaniem w Sejmie. Głos lewicy wróci na sejmową trybuną i na łamy mediów. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że jest to sukces taktyczny, ad hoc zawarte małżeństwo z rozsądku, które wpisało się w oczekiwania sporej części społeczeństwa na zmianę w tym kierunku. Czy Lewica zdoła utworzyć wspólny klub parlamentarny? Jeśli tak, kto zostanie jego przewodniczącym? Kogo Lewica desygnuje na funkcję Marszałka Sejmu? Po opublikowaniu pełnych wyników wyborczych pojawią się z pewnością analizy który z „koalicjantów” ilu przysporzył Lewicy głosów. Nie będzie to pytanie nieuzasadnione zwłaszcza z perspektywie wyboru Przewodniczącego Klubu Parlamentarnego „Lewica”   Podstawowym problemem Lewicy będzie teraz przełożenie tego wielkiego sukcesu taktycznego na trwały sukces strategiczny – na stworzenie realnych podstaw do uzyskania jeszcze większego poparcia społecznego w następnych wyborach. Potencjał jest ogromny. Wystarczy spojrzeć na olbrzymią rozpiętość poparcia dla Lewicy w różnych częściach Polski: od 4.5% w Tarnowie do 20% w Łodzi i  22,5% w Katowicach. Sufit jest więc dzisiaj dla lewicy zawieszony wysoko. Co zatem zrobić, a czego nie robić, aby sukces w wyborach do Sejmu i do Senatu utrwalić? Oczywiście nie podejmę się wysiłku udzielenia odpowiedzi na to pytanie – to temat na głęboką, poważną dyskusję. Jest jednak jedna rzecz, której pominąć nie sposób. Lewica osiągnęła sukces dzięki splotowi dwóch okoliczności: koalicji trzech, różnych przecież partii, które określane są jako lewicowe oraz przestrzeni dla lewicy, która po czterech latach rządów PiS pojawiła się w świadomości wyborców w sposób niemal naturalny. Innymi słowy lista Komitetu Wyborczego SLD – LEWICA uzyskała w znacznej mierze poparcie na kredyt. Zaistniała możliwość, aby politycy wyłonieni z tej listy w krótkim okresie czasu wypracowali taką formułę polskiej lewicy, która będzie miała szansę na jeszcze większy sukces wyborczy w kolejnych kampaniach. Za cztery lata koncert „trzech tenorów” nie zabrzmi już wiarygodnie. Wyborcy oczekiwać będą oferty lewicowej na jutro, na pojutrze. Partie, które desygnowały swoich kandydatów do listy KW LEWICA oraz wybrani parlamentarzyści stają więc przed nadzwyczaj odpowiedzialnym zadaniem: wypracowania takiej formuły polskiej lewicy, która uznana zostanie przez istotną część społeczeństwa za wiarygodną szansę na lepszą przyszłość. Przypomnę tylko, że historycznie patrząc, lewica swoje szerokie poparcie społeczne uzyskiwała zawsze przez głoszenie odważnych idei społecznych i gospodarczych i odważnych, często na miarę utopii programów. Bycie „walczącą opozycją”  w Sejmie to o wiele za mało.  Wypracowanie formuły nowoczesnej polskiej lewicy, jakkolwiek konieczne,  nie będzie sprawą prostą. Wystarczy spojrzeć na Wrocław – jeden z największych ośrodków kulturalnych i naukowych kraju. Lista SLD – Lewica uzyskała tutaj nadzwyczaj dobry wynik – ponad 15 % głosów, nie wprowadzając do Sejmu żadnego posła – członka SLD. Jest to więc w tym przypadku wielki sukces SLD bez SLD.

Pytania o przyszłość lewicy polskiej  uzasadnia również niedawna wypowiedz Leszka Milera, osoby zazwyczaj bardzo dobrze poinformowanej, w której Miller de facto zapowiedział kres formacji pod nazwą Sojusz Lewicy Demokratycznej. Tylko pióra są wieczne – nic poza tym, jak mawiał klasyk. Jeżeli jednak nie SLD to co? To kto? Z jakim bagażem wartości, ideałów, postulatów ekonomicznych, gospodarczych i społecznych zwróci się o poparcie do społeczeństwa? Odpowiedź zna pewnie tylko wiatr.

Dwója ze społecznej wrażliwości

Idąc za radą specjalistów od profilaktyki medycznej, oraz zachęcany numerem PESEL postanowiłem udać się na konsultacje do lekarza okulisty. Poradni okulistycznych świadczących usługi w tym zakresie jest we Wrocławiu kilkanaście. Terminy oczekiwania na usługę w ramach NFZ są od kilkudziesięciu do ponad trzystu dni (według NFZ). Wybrałem poradnię w miarę dobrze ocenianą, dzwonię:

– Dzień dobry. Chciałem umówić się na konsultacje do lekarza okulisty w ramach NFZ. Jaki jest najbliższy termin?

– Dzień dobry, odpowiada miła pani. -Mogę pana zarejestrować na styczeń 2021 r.

Zbaraniałem – nie wiem, czy dożyję do tego czasu. Decyduję się więc na konsultacje płatne wraz z podstawowymi badaniami. Wybieram Poradnię Okulistyczną w Dolnośląskim Centrum Medycznym SA. Żadnych problemów, wizyta umówiona w najbliższym, dogodnym dla mnie terminie. Konsultacje i badania bardzo fachowe. Cena: 290 PLN. Trudno, ale wzrok to ważna sprawa.

Dolnośląskie Centrum Medyczne SA mieści się w budynku wybudowanym dla państwowej instytucji opieki zdrowotnej: Dolnośląskiego Centrum Medycznego DOLMED.  Otwierano je z dużą pompą, z udziałem I Sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, w 1977 r. Była to bodaj pierwsza, albo jedna z pierwszych inwestycji w służbie zdrowia, których celem było kumulowanie w jednym miejscu najnowszych osiągnięć w medycynie, najnowszych technik diagnostycznych, najnowszych metod leczenia i oczywiście najlepszych kadr medycznych. Główną dewizą tych ośrodków było niesienie pomocy jak największej liczbie chorych na najwyższym aktualnym poziomie wiedzy medycznej. W tym samym roku oddano też  do użytku Centrum Zdrowia Dziecka, w 1984 r. uruchomione zostało Centrum Onkologii w Warszawie ze swoimi oddziałami w Krakowie i w Gliwicach a także słynne Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu.   Wreszcie w 1988 r. otwarto w Łodzi Centrum Zdrowia Matki Polki.

Wrocławski DOLMED był jednak pierwszą instytucją specjalizującą się w najnowszych metodach diagnostyki medycznej świadczącą swoje usługi w skali masowej. Moja wizyta w Dolmedzie kilka dni temu nie była pierwsza – mialem szczęście odwiedzić bowiem Dolmed gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych. Instytucja ta realizowała wówczas bardzo szeroko zakrojony program badań przesiewowych pracowników wrocławskich zakładów pracy  (realizowany bodaj do 1990 r.). Pracownicy Dolmelu, Pafawagu, ale też małych spółdzielni poddawani byli okresowym, szczegółowym badaniom medycznym. Przechodzili je również pracownicy Politechniki Wrocławskiej. Dlatego któregoś dnia stawiłem się wcześnie rano w Dolmedzie, na czczo rzecz jasna. Przebrany zostałem w biały szlafrok i w kapcie, otrzymałem pokaźnych rozmiarów „obiegówkę” i cały dzień spędziłem na wędrówkach od jednego gabinetu specjalistycznego do drugiego. Między innymi i do okulistycznego. Dolmed był nie tylko innowacyjną placówką medyczną. Jego budynek został specjalnie zaprojektowany przez wrocławskich architektów Annę i Jerzego Tarnawskich i trzeba powiedzieć, że ich koncepcja architektoniczna wspaniale wytrzymała próbę czasu.

Kiedy niedawno wszedłem do budynku Dolmedu  wszystko było niby tak jak 40 lat temu: te same jasne, czyste, przestronne, świetnie zaprojektowane korytarze, szeregi gabinetów. Oczywiście umeblowanie nowocześniejsze, komputery, a nade wszystko inna aparatura diagnostyczna. Różnica jednak była zasadnicza: przed 40 laty Dolmed pełen był ludzi, ruchu, życia. Dzisiaj może kilka osób na piętrze, spokój i cisza.

Siedząc z oczami zakropionymi atropiną i czekając na badanie nie sposób było uciec od refleksji jaką drogę w służbie zdrowia przeszliśmy w ciągu tych 40 lat. Od masowych, oczywiście bezpłatnych badań okresowych do (jak w moim przypadku) ponad 400 dni oczekiwania na należną mi z Konstytucji wizytę u lekarza okulisty. A to tylko wizyta konsultacyjna. A gdzie potencjalne leczenie? Z ciekawości sprawdziłem na stronach NFZ jak długo czekać trzeba we Wrocławiu na operację zaćmy. Od 850 do 1340 dni!

Była taka Polska, w której budowano olbrzymie, nowoczesne centra usług medycznych nie tylko ratujących zdrowie i życie setkom tysięcy, ale również będących kuźnią nowych kadr medycznych, ośrodkami pionierskimi we wdrażaniu nowych medycznych technologii leczenia i to również w czasach, kiedy kraj niszczony był wewnętrznymi falami strajków i zewnętrznymi sankcjami gospodarczymi. Jak to się stało, że dzisiaj w jednej gazecie czytam deklarację „wybitnego” przedstawiciela rządzącej partii, że „polska służba zdrowia należy do jednych z najlepszych w Europie”, a w drugiej opinię profesora Szczylika, że „jesteśmy onkologicznym Bantustanem”. Dalej było już tylko proste życzenie wybitnego onkologa: „Życzę każdemu Polakowi, żeby nie zachorował na chorobę nowotworową. Chorowanie na nowotwór w Polsce jest koszmarem”.

Praktyczne podejście do problemu opieki zdrowotnej obywateli jest nieubłaganym weryfikatorem intencji, deklaracji i wartości, którym służy i którymi kieruje się władza. PiS, kreujący się na zbawcę, obrońcę i dobroczyńcę „zwykłego człowieka” tą konfrontację przegrał sromotnie. Zamykane szpitale, szpitalne oddziały, dni spędzane na SOR, obawy Ministerstwa Zdrowia przed stwierdzeniem „nadwykrywalności chorób u seniorów”, nędza w lekowym zaopatrzeniu chorych onkologicznie – to tylko wierzchołek lodowej góry, o którą rozbija się w pył mit społecznej wrażliwości PiS. Poważne strukturalne, finansowe, kadrowe problemy służby (czy to jeszcze jest służba?) zdrowia sprowadzone zostały do tła dla prostackich, jarmarcznych, sypanych jak z rękawa obietnic przedwyborczych, wartych tyle, co bajania Premiera Morawieckiego o milionie elektrycznych samochodów w Polsce.

Po trzydziestu latach doświadczeń z najróżniejszymi rządzącymi koalicjami politycznymi pora na wyciągnięcie wniosków. Zatraciliśmy gdzieś przez ten czas społeczną wrażliwość władzy, zwłaszcza tej, której trzon stanowiły: Unia Wolności, AWS, Platforma Obywatelska i ostatnio Prawo i Sprawiedliwość. Wrażliwość autentyczną – nie propagandową, nie służącą tylko i wyłącznie wymogom politycznego marketingu. Nadzieja w lewicy.

Foto: Tadeusz Szwed, za Gazetą Wrocławską

Na lewo patrz!

Nie ukrywam satysfakcji. To, o czym pisałem od niemal dwóch lat zdaje się przybierać realne kształty. Chodzi oczywiście o jasny w politycznym i społecznym przekazie udział lewicy w wyborach parlamentarnych. Nareszcie powstaje lewicowa koalicja wyborcza. Wprawdzie jest to dla SLD rozwiązanie „drugiego wyboru”, ale jestem przekonany, że w dłuższej, a może i w bardzo krótkiej perspektywie zbawienne.

Kierownictwo SLD w Warszawie zafascynowane było taktyką „przyklejania” się SLD do silniejszego. Wybory samorządowe, zwłaszcza we Wrocławiu, w kąt odesłały wszystkie inne opcje. Obowiązywało rozumowanie: udało się w wyborach samorządowych we Wrocławiu – uda się w wyborach parlamentarnych w kraju. Nie uda się – i bardzo dobrze.

Nieoczekiwanie przed polską lewicą pojawiła się unikalna szansa powrotu na arenę polityczną. Główna zasługa w tym jest udziałem partii prawicowych: PO, PiS, PSL oraz takich tuzów polskiej lewicy jak Cimoszewicz, Miller, Belka, Liberadzki, chociaż tych ostatnich z odmiennych oczywiście powodów.

Koalicja Europejska przegrała wybory do PE wyłącznie na własne życzenie. Nie prowadziła wspólnej kampanii wyborczej zadowalając się przekonaniem, że ujawnienie paru afer z udziałem PiS wystarczy do wyborów. Aż trudno mi uwierzyć, że nikt w Koalicji Europejskiej nie dostrzegł tego, że PiS do mistrzostwa opanował technikę przekuwania każdego swojego niepowodzenia, każdej afery ze swoim udziałem w sukces w oczach swojego elektoratu. Bo dla PiS tylko ten elektorat się liczy – reszta: opozycja, międzynarodowa opinia publiczna – nie mają żadnego znaczenia. Koalicja nie wykorzystała potencjału wyborczego, który wytworzyła, nie przekonała obywateli, że tworzy się oto nowa jakość na scenie politycznej.

Jedyną partią opozycyjną, która mogła ogłosić sukces był Sojusz Lewicy Demokratycznej, a to głównie za sprawą „czterech tenorów”. Sukces SLD spowodował wielką popularność w środowisku PO tezy, że nie można dopuścić do tego, aby SLD wygrywał „na plecach Platformy”. Może jeszcze Schetyna zacisnąłby zęby i zgodził się na szeroką Koalicję Obywatelską w krajowych wyborach parlamentarnych, gdyby nie przekonanie, że Koalicja tych wyborów wygrać nie zdoła. Schetyna oddał wygraną Kaczyńskiemu już na początku kampanii i powrócił do głoszonej niegdyś koncepcji przemodelowania, wspólnie z PiS, polskiego parlamentu podzielonego na dwa główne, trwałe bloki polityczne: PiS i PO.

Po przegonieniu SLD nikt nie wierzy w szczerość umizgów PO do lewicowego elektoratu. Propagując się jako zalążek bloku centro-prawicowego PSL też odciąć się musiało od lewicy, co uczyniło nadzwyczaj medialnie spektakularny.  O stosunku PiS do lewicy wspominać nie trzeba. Pojawił się więc nieoczekiwanie rodzaj próżni na polskiej scenie politycznej: od hasła „lewica” odsunęli się wszyscy ci, którzy jeszcze niedawno na wyprzódy kokietowali lewicowych wyborców.

I w tej sytuacji powstaje wyborcza koalicja LEWICA. W tym układzie: SLD, Wiosna, Razem jako trzon LEWICA jest nową jakością na polskiej scenie politycznej. Znowu – jak w wyborach do Parlamentu Europejskiego – pojawia się możliwość wykorzystania efektu synergii, to jest powiększenia elektoratu ponad arytmetyczną sumę elektoratów poszczególnych koalicjantów. Koalicja powstaje i jednocześnie staje wobec olbrzymiej odpowiedzialności za przyszłość polskiej lewicy, ale także przed olbrzymią szansą. LEWICA mam moim zdaniem szansę sięgnąć nie tylko po część „lewoskrętnego” elektoratu PO, ale również PSL – jeżeli odwoła się do lewicowych tradycji ruchu ludowego. Zamiast więc wylewać gorzkie żale na PO i PSL powinna koalicja nawiązywać kontakt ze wszystkimi, którzy dostrzegają konieczność powrotu lewicy do parlamentu, a którzy nie dostrzegają takiej możliwości w dotychczasowym układzie partyjnym. Ma też szansę LEWICA zmobilizować tą część lewicowego elektoratu, który do tej pory, nie mając wiary w skuteczność, pozostawał w dniu wyborów w domu.

Aby jednak wykorzystać efekt synergii spełnione być muszą pewne warunki. Podstawowym jest ten, że koalicja LEWICA musi udowodnić, że tworzona nowa jakość polityczna nie będzie efemerydą, że będzie rozwiązaniem trwałym – przynajmniej w perspektywie najbliższej kadencji parlamentu. Stąd kwestia klubu parlamentarnego, jego kierownictwa i relacji z poszczególnymi partiami winna być szybko ustalona i ogłoszona.

Drugim warunkiem jest przekaz programowy. Na trzy miesiące przed wyborami trudno będzie prawdopodobnie o kompleksowy, wspólny, lewicowy program alternatywny dla Polski. Spodziewam się, że program koalicji LEWICA nie wykroczy poza horyzont najbliższych czterech lat. Jednakże w trakcie kampanii LEWICA musi zadeklarować podjęcie wspólnych działań na rzecz przygotowania i zaprezentowania Polakom swojej wizji społeczeństwa i państwa, w obliczu wewnętrznych i zewnętrznych wyzwań.

I trzecia wreszcie sprawa. Obecna chwila jest prawdopodobnie ostatnią, w której lewicowa koalicja ma szansę na przekroczenie zaczarowanych 8 %. Dlatego musi być jak najszersza. Nie powinna być zamknięta na żadną opcję, która uważa się za lewicową i demokratyczną. W tym kontekście niepokoić musi brak w dotychczasowej koalicji Polskiej Partii Socjalistycznej. Kto nie chce? PPS czy koalicja?

Próżnia polityczna w którą wkracza koalicja LEWICA spotyka się ze społecznym zapotrzebowaniem na autentyczną lewicę w polskim parlamencie. Tej szansy nie wolno zmarnować. Na lewo patrz!

Aneks

Jak dzisiaj (22.07.2019) się dowiedziałem Polska Partia Socjalistyczna przystąpiła do koalicji LEWICA. To bardzo dobra wiadomość.