Smutna historia pewnego orła

Logo Najwyższej Izby Kontroli jest dzisiaj powszechnie znane, ale na potrzeby tego wpisu przypomnę je. Wygląda ono tak:

 

Jego historia jest następująca. Gdzieś, chyba w 1997, wystąpiłem na posiedzeniu Kierownictwa NIK z propozycją sporządzenia jakiegoś logo naszej instytucji, którym znaczyć będziemy wszystkie dokumenty i wydawnictwa niewymagające oficjalnego godła państwowego i które będzie znakiem rozpoznawczym Izby. Prezes Wojciechowski bez entuzjazmu, ale  na tą propozycję przystał, powierzając mi doprowadzenie sprawy do końca. O sporządzenie kilku wariantów logo zwróciłem się do znanego warszawskiego grafika, specjalizującego się w tych formach graficznych. Po kilku miesiącach wylądowały na moim biurku trzy propozycje, z których ta powyżej najbardziej przypadła mi do gustu. Zapytałem jednak autora skąd pomysł na zawijasy. Odpowiedź artysty była znamienna:

– Te zawijasy mają nawiązywać do grafiki przedwojennych obligacji skarbowych i bankowych. Grafika taka miała na celu utwierdzać ich posiadacza, nabywcę o wiarygodności emitenta, stanowiła niejako graficzny symbol tej wiarygodności. A cóż Panie Prezesie jest najważniejsze dla instytucji, którą Pan reprezentuje? Właśnie wiarygodność.

Kierownictwu NIK przedstawiłem wersje logo ze zdecydowanym wskazaniem na ten właśnie wariant.  Używanie logo było z początku ograniczone, ale bardzo szybko rozprzestrzeniło się na wszystkie aspekty działania Izby: od oficjalnych dokumentów przez wydawnictwa do materiałów promocyjnych.  Ten znak graficzny jest ważny nie tylko dla zewnętrznych odbiorców NIK-owskich materiałów. Codziennie przypomina on również wszystkim pracownikom NIK o ich powinności strzeżenia tej wartości, jaką jest wiarygodność.

Dlatego trafia mnie wszystko, co może mnie trafić, gdy w mediach oglądam zdjęcia jak to:

I co? – I psińco.

Cała Polska ekscytowana była przez media problemem: – Premier przeczytał już raport CBA dotyczący Prezesa NIK, czy jeszcze nie, a jeżeli nie, to kiedy zasiądzie do lektury. Premier złożył obietnicę, że uczyni znajdzie czas na lekturę tego dokumentu w miniony weekend i być może, jak powiedział,  po tej lekturze „zadzwoni do Banasia”. Oczywiście, jak zwykle słowa nie dotrzymał, w poniedziałek okazało się, że Premier miał na głowie inne, bardzo ważne sprawy i do raportu CBA nie sięgnął, więc opinia publiczna w napięciu czekała kiedy to nastąpi. Nareszcie ulga! Nastąpiło! W minioną środę. I co? – I psińco.

Cała ta sprawa z Banasiem, premierem – jego byłym zwierzchnikiem, Jarosławem Kaczyńskim i PiS to jedna wielka hucpa, to bezczelne naigrywanie się ze społeczeństwa, niestety wspierane niekompetencją mediów. Całe to powołanie tej właśnie osoby, w takim, a nie innym trybie było jedną, wielką manifestacją arogancji PiS-owskiej władzy, przekonania o swojej bezkarności. W sumie osoba samego Mariana Banasia nie jest tu najważniejsza. PiS wyrządził olbrzymią szkodę polskiemu państwu, obywatelom i szkodę jednej za najbardziej społecznie zaufanych instytucji – Najwyższej Izbie Kontroli

Pytanie zasadnicze: co Premier ma do raportu w sprawie Prezesa NIK? Otóż nie ma nic. Jeżeli ktoś miałby czytać raport i ogłaszać opinii publicznej wyciągnięte z niego wnioski w stosunku do Prezesa NIK, to jedynie Marszałek Sejmu i Prezydent. Ale Premier? Premier powinien oczywiście zapoznać się z raportem, ale nie pod kątem afery Banasia, ale pod kątem skandalicznego działania podległych Premierowi służb: CBA i ABW i Ministerstwa Finansów. To powinno Premiera interesować od samego początku. Jeżeli nie miał czasu, gdyż zajęty był podróżowaniem po kraju i opowiadaniem głupot w trakcie kampanii wyborczej do parlamentu, to przecież od takich spraw ma swój gabinet. Szef tego gabinetu powinien z takim materiałem się zapoznać i bezzwłocznie zreferować go Premierowi wraz z wnioskami. Sprawa jest ewidentna: PiS celowo opóźniał zajęcie się aferą Banasia, by nie psuć sobie kampanii wyborczej.

Premier winny jest opinii publicznej odpowiedzi na pytania: – jak to się stało, że pomimo od roku prowadzonego przez CBA badania oświadczenia majątkowego M.Banasia został on powołany na stanowisko najpierw Ministra Finansów a potem Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Premier winien również odpowiedzieć jak ocenia działalność ABW, która bez mrugnięcia okiem wydawała certyfikaty dostępu do najwyżej kwalifikowanych tajemnic państwowych osobie tak eksponowanej na potencjalny szantaż ze strony świata przestępczego i obcych wywiadów. Nic takiego nie nastąpiło i dziwnie nikt – posłowie opozycji, niezależne media – tego od Premiera nie wymaga.

Przez media mignęła dosłownie informacja, że osobny i obszerny raport w sprawie przepływów finansowych pomiędzy M.Banasiem a jego wspólnikami z krakowskiego półświatka sporządził i przekazał komu trzeba Generalny Inspektor Informacji Finansowej, urzędnik kompetentny w kwestiach badania podejrzanych operacji finansowych i prania pieniędzy. Dlaczego nikt o opublikowanie tego raportu się nie upomina? Czy Premier też go przczytał?

Premier miesiącami nie miał czasu na przyjrzenie się działalności CBA w tej jednaj z największych polskich afer. Dziwnym zupełnie trafem uczynił to po tym, jak PiS-owska marszałka Sejmu powołała dwóch wiceprezesów NIK na wniosek rzeczonego Banasia. Zbieg okoliczności? Wątpię. Powołanie tych wiceprezesów jest wymownym wydarzeniem. Od 1995 r., od wejścia w życie nowej ustawy o NIK zmieniającej charakter tej instytucji na właściwy państwu demokratycznemu, każdy z prezesów Izby kierował się przy powoływaniu swoich zastępców, z którymi tworzy Kierownictwo NIK, praktyką konsultowania swoich decyzji z klubami poselskimi. Ta bez wątpienia dobra praktyka, w połączeniu z ustawową zasadą kolegialnego charakteru działalności NIK zapewniać miała obiektywizm i niezależność Izby. Tak było przez 24 lata do minionej środy, kiedy to Pani Witek powołała kolejnych wiceprezesów – wszystkich będących politykami Prawa i Sprawiedliwości. NIK został wzięty. Dopiero po tym fakcie „Premier doczytał” a Prezes wezwał Prezesa na dywanik i wyraził oczekiwanie na jego dymisję. Jawna kpina.

Wszyscy żyją teraz w napięciu oczekując na decyzję Banasia: – poda się do dymisji, czy nie?  Groźby usunięcia Banasia z urzędu drogą nowelizacji ustawy są śmieszne. Sejm mógł bez specjalnych międzynarodowych konsekwencji uchwalać ustawy działające z mocą wsteczną w latach dziewięćdziesiątych. Ale teraz, kiedy Polska jest (jeszcze) częścią europejskiego systemu prawnego, uchwalanie prawa działającego wstecz może okazać się nieskuteczne.

Senat pręży muskuły, wzywa Banasia przed swoją komisję, ale nie będzie też mógł nic zrobić – może poza uchwaleniem jakiejś rezolucji czy apelu.

Prezes Banaś może natomiast złożyć rezygnację w dwóch przypadkach. Po pierwsze wówczas, gdy jego polityczni mocodawcy, którzy jeszcze nie tak dawno piali nad jego „krystaliczną uczciwością” zapewnią mu nietykalność. Czyli ustąpienie w zamian za ukręcenie aferze jego imienia łba. Ta opcja jest według mnie najbardziej realna. PiS nie może sobie pozwolić na smród roztaczany przez tą aferę u progu kampanii wyboru Prezydenta RP. Ustąpienie Banasia będzie sprzedawane jako kolejny wielki sukces Kaczyńskiego, który zażądał dymisji i ją otrzymał. Ma to przykryć pytanie o szerokie grono osób, które dopuściło do tej afery. Dlatego opozycja sejmowa powinna domagać się „do upadłego” powołania komisji śledczej d.s. afery Mariana Banasia i domagać się przewodnictwa tej komisji, jako że afera dotyczy najwyższych osób w państwie rządzonym od czterech lat przez PiS i instytucji najważniejszych dla ścigania przestępstw, kierowanych przez pisowskich nominatów.

Prezes Banaś, widząc jak długo rozpatrywane były przez wymiar sprawiedliwości o niebo mniejszego kalibru sprawy swojego poprzednika, może iść „w zaparte”. Mało tego – z odpierania ataków na swoją osobę może próbować czynić dowód swojej od polityków niezależności. W takim przypadku jedynym ratunkiem dla Najwyższej Izby Kontroli i dla kraju jest totalny bojkot Pana Mariana Banasia przez media, polityków, a nawet przez pracowników Izby. Sprawa jest ekstraordynaryjna. Namawianie pracowników NIK do bojkotu swojego szefa jest czymś niebywałym. Ale afera Banasia najbardziej odbije się właśnie na Izbie, na jej autorytecie i skuteczności. Dlatego z racji  współodpowiedzialności za Izbę powinni oni włączyć się do dzieła ratowania NIK. A straty wizerunkowe są ogromne.

ODSPAWAĆ BANASIA

Nigdy przez myśl mi nie przeszło, że będę musiał sformułować postulat jak niżej. Ubolewam, że tak się stało, ale nie widzę innego rozwiązania.

Co zrobić z Pawłem Banasiem, nowym Prezesem Najwyższej Izby Kontroli? O kontrowersyjności tej postaci rozpisywać się nie zamierzam – codziennie media dorzucają nowe fakty i okoliczności, które Banasia pogrążają. Jest rzeczą dla mnie – i myślę, że nie tylko dla mnie – oczywistą, że sprawowanie tak ważnego urzędu przez taką osobę to uwłaczanie godności Państwa Polskiego, jest wręcz podkopywaniem fundamentów państwa. To również soczysty policzek dla całej Najwyższej Izby Kontroli i swoisty prezent, jaki Izbie na 100 lecie jej działalności zgotował Sejm i Senat. Policzek dla jej wszystkich byłych, obecnych oraz przyszłych pracowników.

Afera Banasia ma wiele wątków, których wyjaśnienie jest konieczne w imię obrony Rzeczypospolitej. Jak choćby ten, jak to możliwe, że osoba o takich powiązaniach ze światem przestępczym, z bardzo, bardzo niejasnymi źródłami swojego majątku a więc będąca nadzwyczajnie eksponowana na werbunek obcych służb specjalnych,  regularnie otrzymywała certyfikat do dostępu do najważniejszych tajemnic państwowych. Ten i inne wątki powinna wyjaśnić specjalna komisja śledcza powołana przez nowy parlament.

Ale to nie rozwiązuje problemu Banasia, któremu Konstytucja RP oraz ustawa o NIK,  gwarantują nietykalność – do czasu prawomocnego skazania przez sąd. I wszystko wskazuje na to, że Marian Banaś zdecydował o skrupulatnym korzystaniu z tego immunitetu. Nad sposobem jego „odspawania” od fotela głowią się prawnicy w wielu kancelariach. Wydaje się, że od strony prawnej nikt mu nic nie może zrobić, prawie jak w tym wierszyku krążącym ostatnio w Internecie:

„Fikumiku – jestem w NIKu.                                                                          Co mi zrobisz prezesiku…”

Sytuacja jest dramatyczna i nadzwyczajna.  Zaostrzy się ona jeszcze bardziej, gdy opinia CBA okaże się dla Prezesa niekorzystna.  Jeżeli nie można liczyć na autorefleksję „bohatera” (a jak widać nie można), to pozostaje jedna, nadzwyczajna, ostateczna droga. Odwołać się tutaj należy do pojęcia instytucjonalnej mądrości. Najwyższa Izba Kontroli zawsze należała do fundamentów państwa. Praca w NIK nobilitowała, wiązała się z misją usprawniania państwa, ochrony interesów obywateli, eliminowania nieprawidłowości w funkcjonowaniu służb publicznych.

Dzisiaj, w sytuacji jaka zaistniała, gdy zawiodą wszystkie, przewidziane prawem środki, jedynie Izba jest w stanie zmusić osobę, która – mniemam niefortunnie – wprowadzona została do gabinetu Prezesa, do opuszczenia tego gabinetu. Dzisiaj to pracownicy NIK, również w imię obrony godności i szacunku dla swojej ciężkiej pracy powinni podjąć trud samooczyszczenia, publicznie i gremialnie odmawiając współpracy z  Marianem Banasiem. Tylko w was nadzieja, że Izba uchroni się od katastrofy, od wieloletniego procesu gnicia od środka.

Brońcie siebie, brońcie Polski.

Dziwić się nie przestanę

Jak donoszą media posłowie PO wnieśli do Marszałek Sejmu wniosek o „uzupełnienie składu Kolegium NIK” w związku z tym, że w obecnej chwili Kierownictwo Izby składa się formalnie z dwóch osób: wiceprezeski, pełniącej funkcje Prezesa Izby i Dyrektora Generalnego Izby. Zdaniem posłów ma to paraliżować działania NIK i w związku z tym proponują co proponują. Posłowie raz jeszcze skompromitowali się swoją nieznajomością funkcjonowania najwyższego organu kontrolnego państwa. Dziwić się nie przestanę: typowy strzał we własne kolano nieusprawiedliwiony nawet wyborczą gorączką.

Zacząć należy od tego, że Konstytucja RP w artykule 202, w pierwszym ustępie przesądza, że jedną z kardynalnych zasad, na których opiera się działalność NIK jest zasada kolegialności. Sama instytucja Kolegium NIK, o której mowa w ustawie ma tu o tyle ograniczone znaczenie, że wypełnienie normy konstytucyjnej wcale nie sprowadza się do działania Kolegium. Konstytucja formułuje zasadę generalną, która ma obowiązywać w CAŁEJ izbie: od góry (Kierownictwo NIK) do samego dołu (delegatury). Uzasadnienie jest oczywiste. Zasada kolegialności bardzo spokrewniona jest z jedną z najbardziej skutecznych zasad przeciwdziałania korupcji: zasadą wielu oczu. W przypadku Najwyższej Izby Kontroli nie tyle może chodzić o zwyczajną korupcję (chyba, że polityczną) ile w pierwszym rzędzie o zapewnienie bezstronności i obiektywizmu na każdym etapie procesu kontrolnego (od planowania po realizację wyników kontroli). W tym zapewnieniu obiektywizmu i bezstronności istotną część stanowi uchronienie Izby od politycznych nacisków lub „politycznego dryfu”. Dlatego wprowadzonej ustawą o NIK zasadę kolegialności podniesiono do rangi zasady konstytucyjnej.

W całej swojej strukturze najdalej od tej zasady NIK odeszła na najbardziej newralgicznym poziomie zarządzania: na poziomie ścisłego kierownictwa Izby, składającego się z Prezesa, wiceprezesów i dyrektora generalnego. Proces ten rozpoczął się przed 12 laty, ale w okresie ostatnich 6 lat osiągnął stuprocentową skuteczność. Kierownictwo Izby przestało praktycznie funkcjonować, co fatalnie odbiło się na poziomie pracy departamentów i delegatur. Formalnie kierownictwo istniało – tyle tylko, że nie działało.

Dzisiaj kierownictwa NIK nawet formalnie nie ma i to właśnie stanowi według mnie poważne naruszenie Konstytucji RP i ustawy o NIK. Przez kogo? Osobą w największym stopniu odpowiedzialną jest tutaj Marszałek Sejmu. To on podejmuje decyzje o odwołaniu i powołaniu wiceprezesów NIK. Opinia komisji sejmowej, chociaż konieczna, nie jest dla Marszałka wiążąca.

Wołanie posłów PO o pilne „uzupełnienie składu Kolegium” sprowadza się więc do wołania o pilne powołanie dwóch nowych wiceprezesów. Jarosław Kaczyński powinien wnioskodawcom przesłać skrzynkę wódki w podziękowaniu.  Nie zdziwiłbym się, gdyby w trakcie ostatniego, nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu Pani Marszałkini zwołała posiedzenie Komisji Kontroli Państwowej z porządkiem obrad: zaopiniowanie przedstawianych przez osobę pełniącą obowiązki Prezesa NIK kandydatów na wiceprezesów Izby a przy okazji i dyrektora generalnego (oczywiście wskazanych przez centralę na Nowogrodzkiej). Przedstawiając kandydatury na wiceprezesów Prezes NIK nie ma obowiązku konsultowania ich z kimkolwiek. Niezależnie od opinii Komisji, którą jednak łatwo można sobie wyobrazić, w tym samym dniu Pani Marszałkini wręczy nominacje, a opozycji, która zechciałaby zaprotestować odpowie tyleż wprost co cynicznie: przecież realizujemy wasz postulat i to najszybciej jak to możliwe. Sytuacja może więc być taka, że jeżeli PiS w wyniku najbliższych wyborów nie uzyska parlamentarnej większości, to jednak CAŁE ścisłe kierownictwo NIK będzie z pisowskiego nadania i praktycznie nie do ruszenia. Po wyborach Prezes Banaś wróci spokojnie z urlopu, postępowania w jego sprawie toczyć się będą nie szybciej niż postępowania w sprawie jego poprzednika (casus Banasia jest o wiele, wiele bardziej skomplikowany niż casus Kwiatkowskiego), a Sejm nie będzie miał żadnego wpływu na skład i funkcjonowanie kierownictwa Najwyższej Izby Kontroli przez całe cztery lata. Oczywiście PiS mogłoby powołać swoich wiceprezesów i swojego dyrektora generalnego i bez kuriozalnej „zachęty” ze strony PO, ale jeżeli proszą to, dlaczego nie?

Jedyną szansą na uratowanie (przywrócenie?) zasady kolegialności działania kierownictwa NIK byłoby powoływanie na wakujące stanowiska wiceprezesów przez Marszałka nowego Sejmu i to w sytuacji, kiedy PiS utraci w nim większość i Marszałek Sejmu nie będzie nominatem Nowogrodzkiej. Wówczas Prezes, idąc śladem dobrych obyczajów parlamentarnych oraz w imię nawet formalnego zrównoważenia kierownictwa Najwyższej Izby Kontroli, będzie musiał zwrócić się do największych klubów o wsparcie dla swojego wniosku u Marszałka. Zamiast więc wołać o powołanie nowych wiceprezesów należałoby apelować do Marszałkini Sejmu o niepowoływanie ich do czasu rozpoczęcia pracy prze nowy Sejm. Jak będzie? Pożyjemy – zobaczymy.

Masz problem – zadzwoń do Banasia

Okoliczności powołania Mariana Banasia na funkcję Prezesa Najwyższej Izby Kontroli budzą coraz więcej wątpliwości. Trudno mi, człowiekowi, który 10 lat swojego życia zawodowego poświęcił doskonaleniu roli NIK jako instytucji państwowo-twórczej, doskonaleniu warsztatu pracy kontrolera i budowaniu społecznego zaufania do tej instytucji przechodzić obojętnie wobec publikowanych ostatnio informacji o majątku byłego szefa służb skarbowych, wiceministra i ministra finansów.  Moje refleksje z dnia dzisiejszego przedstawiam, w imię zwięzłości, w punktach.

  1. Ustawodawca w Konstytucji i w ustawie o NIK zawarł bardzo silne gwarancje niezależności Prezesa NIK. Nie jest to oczywiście gest w stronę osoby powołanej na ten urząd, ale głęboka troska o państwo. Prezes NIK według prawa, jest strażnikiem i obrońcą najważniejszej cechy Izby: jej niezależności i obiektywności. Te rozwiązania prawne mają służyć mu do ochrony tych wartości.
  2. Niezależność NIK pod kierownictwem M.Banasia budzi wątpliwości, o czym pisałem we wpisie wcześniejszym: „Upadek Najwyższej Izby”.
  3. PiS wybierając na stanowisko Prezesa NIK nie osobę o uznanym autorytecie merytorycznym i formalnym lecz jednego ze swoich sprawdzonych w boju żołnierzy, wieloletniego członka rządu, tak naprawdę nie naruszając formalnie ustawy o NIK ani Konstytucji, przekształcił Izbę w Ministerstwo Kontroli, czyli de facto przywrócił pozycję NIK z lat 1952 – 1980, w których NIK była właśnie Ministerstwem Kontroli lub podlegała Prezydium Rządu. Takie usytuowanie najwyższego organu kontroli państwowej sprzeczne jest z międzynarodowymi standardami.
  4. Wybór M.Banasia to klasyczny przykład konfliktu interesów. Ponieważ gros kontroli NIK to kontrole ex post. Izba pod kierownictwem Prezesa Banasia kontrolować będzie obszary (bardzo ważne z punktu widzenia gospodarki finansowej państwa), za które odpowiadał minister Banaś. Izba kontrolować też będzie kolegów ministra Banasia z Rządu, a Prezes Banaś przewodniczyć będzie obradom Kolegium NIK, które rozpatrywać będzie zastrzeżenia ministrów do wyników kontroli  w ich resortach .
  5. Konflikt interesów ze szczególną ostrością przejawi się przy planowaniu i realizacji kontroli wykonania budżetu państwa za rok 2019. Projekt tego budżetu podpisał, potwierdzając jego rzetelność, prawdziwość danych i realność Minister Banaś.
  6. W świetle powyższego, dla zachowania obiektywizmu Izby, wskazane byłoby wyłączenie się Prezesa Banasia ze wszystkich czynności kontrolnych (planowanie, nadzorowanie i realizacja wyników kontroli) związanych z obszarami finansów publicznych za które, jako podsekretarz stanu sekretarz stanu i Minister Finansów ponosił odpowiedzialność. Oznaczałoby to drastyczne ograniczenie Prezesa NIK w jego działaniach, a nawet, gdyby takie deklaracje padły, trudno dać wiarę w ich realność.
  7. Osoba obejmująca stanowiska, jakie zajmował w rządzie Pan Banaś musi uzyskać od Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego stosowny certyfikat dostępu do określonego poziomu tajemnic ustawowo chronionych. Udzielenie certyfikatu następuje po szczegółowym badaniu życiorysu osoby i jej bliskich, powiązań zawodowych i towarzyskich, wyjazdów zagranicznych, źródeł pochodzenia majątku i bieżącej sytuacji majątkowej. Certyfikat ważny jest przez 3 lata po czym musi zostać w stosownej procedurze odnowiony.
  8. Niezależnie od powyższego osoba składa corocznie deklarację majątkową, również sprawdzaną przez służby, zwłaszcza w przypadku eksponowanych stanowisk w rządzie.
  9. W dyskusjach o kwestiach majątkowych Prezesa Banasia media popełniają zasadniczą nieścisłość. Konieczność przejrzystości stanu majątkowego kandydata na ważne stanowisko państwowe przedstawiają bowiem głównie jako wymóg etyczno – estetyczny. Tymczasem istotą idei wymienionych wyżej postępowań sprawdzających  jest wyeliminowanie ekspozycji kandydata do ponoszenia odpowiedzialności za państwo na możliwość szantażu ze strony na przykład grup przestępczych obcych wywiadów lub innych grup posiadających informacje o kandydacie, których może użyć w celu wywołania określonego zachowania.
  10. Jeżeli nawet MB związał się przed wielu laty umowami cywilno-prawnymi (wynajem kamienicy) z osobami, o których przestępczej proweniencji nie miał pojęcia (co jednak wymaga potwierdzenia w osobnym postępowaniu) to z pewnością, jako osoba objęta ochroną kontrwywiadowczą, niezwłocznie powinien takie informacje uzyskać od stosownych służb.
  11. Jeżeli MB nie interesował się osobami, z którymi wszedł w powiązania natury finansowej ani rodzajem działalności, jaką te osoby  prowadzą w jego kamienicy to kompromituje się jako pretendent do jednego z najwyższych stanowisk w państwie oraz jako NIK-owiec.
  12. Z ujawnionych przez dziennikarzy materiałów wynika, że istnieje bardzo wysokie prawdopodobieństwo iż w kamienicy wiceministra, a później ministra finansów przez wiele lat prowadzona była działalność nie tylko narażająca na straty Skarb Państwa, ale również mogąca służyć praniu pieniędzy.
  13. Nieujawnienie poważnego zobowiązania finansowego, jakim jest ustanowienie  zabezpieczenia na hipotece kamienicy kredytu bankowego musi zostać szczegółowo wyjaśniona. Bank będzie musiał stosownym służbom udzielić informację komu, na jaki cel i na jakich warunkach udzielił tego kredytu. Jeżeli kredyt został spłacony przedterminowo koniecznym będzie ustalenie źródeł finansowania tej spłaty.
  14. Jeżeli dwójka dziennikarzy w okresie kilku tygodni poczyniła ustalenia jak prezentowane, to z pewnością cała wyspecjalizowana instytucja jaką jest CBA prowadząca  badania od niemal roku nie mogła dokonać ustaleń węższych.  Dlaczego wobec tego przedłużono prowadzenie badań poza termin powołania M. Banasia na Prezesa NIK? A może chodziło o to, aby w sumie afery nie ujawniać, ustalenia zamknąć w okazjonalnie wyciąganej z pancernej szafy teczce a tymczasem śledztwo dziennikarskie wywróciło ten plan?  Wyjaśnienie roli CBA w tej aferze oraz znaczenia nieskrywanej zażyłości Pana Banasia z szefostwem Biura  dla prowadzonego przez Biuro postępowania staje się odrębnym problemem. Nie ulega bowiem wątpliwości, że jeżeli nawet w ograniczonym zakresie potwierdzą się ustalenia dziennikarskie mieć będziemy do czynienia nie z „Aferą Banasia”, ale z „Aferą Państwa Polskiego”.                                                                                                             P.S.1. Błyskawiczna kariera zawodowa syna Prezesa Banasia mnie nie dziwi. Wszak PiS z nepotyzmu uczyniło cnotę.        P.S.2. Całością czuję się zażenowany i jest mi zwyczajnie wstyd. W tym uczuciu łączę się z pracownikami i emerytami Najwyższej Izby Kontroli.

Upadek Najwyższej Izby

Obejmując urząd nowy członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego zobowiązany jest złożyć uroczyste ślubowanie przed pełnym składem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Ceremonia ślubowania ma charakter publiczny, w obecności przedstawicieli Parlamentu, Komisji Europejskiej i mediów. Jeden z fragmentów roty ślubowania brzmi następująco:

„Ślubuję uroczyście nie przyjmować żadnych instrukcji od rządu, partii politycznych ani innych instytucji oraz nie ubiegać się o takie instrukcje”.

Ślubowanie jest publiczną deklaracją kierowania się w wypełnianiu obowiązków audytora zasadami obiektywizmu i niezależności, gdyż te dwa przymioty (prócz oczywiście profesjonalizmu) decydują o generalnej wartości audytora jaką jest wiarygodność. Niezależność, obiektywizm i profesjonalizm audytora to więc podstawowe międzynarodowe standardy audytu zapisane już w słynnej Deklaracji INTOSAI z Limy (1978), oczko w głowie i bastion każdego szanującego się najwyższego państwowego organu kontrolnego.

W praktyce z tą niezależnością bywa różnie. Na ogół politycy nie doceniają fachowego, zewnętrznego audytu dla prawidłowego funkcjonowania państwa i często zainteresowani są wyłącznie możliwością użycia ustaleń kontrolnych do bieżącej młócki politycznej. Również władza wykonawcza ma tendencje do wpływania na wyniki kontroli bądź traktowania zewnętrznej kontroli jako dopustu bożego. Dlatego wiarygodność najwyższego organu kontrolnego w państwie w decydującej mierze zależy od tego organu, od jego aktywności i determinacji w obronie swojej niezależności. Państwowe najwyższe organy kontrolne wspierane są w tej codziennej walce przez międzynarodowe organizacje jak INTOSAI czy EUROSAI, które ustanawiając międzynarodowe standardy dostarczają im stosowych argumentów.

W minionych czterech latach dyskusja w polskich mediach o polskim najwyższym organie kontroli (NIK) koncentrowała się wokół dwóch obszarów: bieżące wyniki kontroli i domniemane afery Prezesa NIK. Pilnie śledziłem wystąpienia publiczne polityków rządzącego ugrupowania, zarówno wówczas, gdy domagali się dymisji Prezesa Kwiatkowskiego jak i wówczas, gdy już było jasne, że do zmiany na tym stanowisku dojdzie w normalnym trybie ustawowym. Mówiąc wprost interesowało mnie czy nowa władza publicznie wykaże zrozumienie znaczenia niezależności NIK dla państwa i czy zadeklaruje działania dla jej ochrony. Nic takiego nie nastąpiło. Żaden polityk PiS, czy to Marszałek Sejmu, Prezydent, czy nawet „naczelnik państwa”, nigdy oficjalnie nie zająknęli się nawet na ten temat. W świetle niebywałych afer wokół Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa taka wstrzemięźliwość musiała budzić najgorsze obawy o przyszłość jednego z instytucjonalnych filarów demokratycznego państwa – Najwyższej Izby Kontroli i to w jubileuszowym roku 100-lecia jej działalności. Jakiekolwiek nadzieje, że może będzie inaczej rozwiał wybór nowego Prezesa Izby. I nie chodzi tylko o to, że NIK wpisana została na listę PiS-owskich łupów wojennych. Chodzi o coś większego, o to, że wybór ten w sposób modelowy niemal zaprezentował formułę polskiego państwa, której hołduje Jarosław Kaczyński i jego Grupa Trzymająca Władzę i którą zdecydowani są realizować wszelkimi sposobami.  Najdobitniej problem ten wybrzmiał w wystąpieniu Mariana Banasia, świeżo wybranego przez Sejm Prezesa NIK, na forum Senatu podczas „debaty” nad wymaganą Konstytucją zgodą izby dumania na ten wybór. Wystąpienie to zupełnie nie zostało zauważone przez media, co podkreśla tylko postępującą znieczulicę opinii publicznej na proces rujnowania polskiego państwa.

Trzeba powiedzieć wprost: wystąpienie Mariana Banasia, wstępującego Prezesa Najwyższej Izby Kontroli przed Senatem w dniu 30.sierpnia b.r. nie mogę inaczej nazwać jak skandalicznym i powodem do poważnych obaw o przyszłość Polski. I nie chodzi już tylko o to, że było ono nieskładne, niewolne od błędów gramatycznych, składniowych i logicznych – jednym słowem, że od strony formalnej było na poziomie nie licującym w żaden sposób z powagą NIK i wysokim poziomem kultury językowej, której Izba przez lata się dorobiła. Nie chodzi też o to, że osoba Pana Banasia swoim formatem do pięt nie dorasta takim prezesom NIK jak prof. Walerian Pańko czy prof. Lech Kaczyński. Ważne jest to, co Pan Banaś w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli Prezesa Najwyższej Izby Kontroli powiedział, a jeszcze ważniejsze jest to, czego nie powiedział. Stanowisko Prezesa NIK należy do tych nielicznych w państwie, jak Prezydent, Premier, Marszałek Sejmu czy Prezes NBP, którego wypowiedzi publiczne są (powinny być) istotne, których się słucha i które są analizowane. Nie mogła o tym nie wiedzieć osoba, która chwali się swoją wieloletnią praktyką w NIK.

Wystąpienie Prezesa Banasia (dostępne na stronie internetowej Senatu oraz, z kronikarskiego obowiązku jako dodatek do tego wpisu) ma bardzo charakterystyczną formę i układ. Jest więc to rzadko spotykana forma autolaudacji, jakby nie było nikogo innego, kto o cnotach Prezesa chciałby Senat poinformować. Już w pierwszym zdaniu, Prezes podkreśla zaszczyt jaki go spotkał, zupełnie nie wspominając o przyjętej na swoje barki odpowiedzialności. Cóż, zaszczyty – rzecz najważniejsza i jak widać jedyna.  Zaszczyt, który spłynął na Pana Banasia traktuje on jako nagrodę za swój życiorys opozycjonisty z czasów Polski Ludowej, gdyż to jest przez niego wybite na pierwszym miejscu wśród czterech argumentów, które jego zdaniem przemawiają za zdobyciem tego zaszczytu. Kolejnym argumentem w autopromocji jest oczywiście deklaracja głębokiego patriotyzmu połączona z publicznym wyznaniem głębokiej wiary w Boga oraz uznanie Go za źródło prawdy. To bardzo ważne wyznanie, gdyż założyć należy, że teolog z wykształcenia uznaje tym samym prymat „prawa boskiego” nad „prawem ludzkim” – co w ustach Prezesa NIK musi niepokoić szczególnie. Do tej pory źródłem prawdy o państwie były ustalenia inspektorów Najwyższej Izby Kontroli na podstawie szeregu kryteriów, z których najważniejsze to kryterium legalności, czyli zgodności z obowiązującym prawem (ludzkim). Czyżby od dzisiaj źródłem prawdy o państwie były objawienia? Czyje?

Trzecim (nie pierwszym!) argumentem jest jego przygotowanie merytoryczne, które sprowadził do „ponad dwudziesty lat pracy w NIK” i ścieżki formalnego awansu. Żadnych konkretnych, własnych osiągnięć kontrolerskich nie było?

Najbardziej charakterystyczny jest argument czwarty: wyznanie głębokiej wdzięczności znacznie przekraczające granice uległości Prezesowi PiS i pisowskim posłom za zaufanie.

Czego Pan Prezes – wieloletni pracownik NIK – nie powiedział? Ano właśnie nie powiedział ani słowa o niezależności Najwyższej Izby Kontroli i niezależności jej kontrolerów ani o staraniach przestrzegania najwyższych, międzynarodowych standardów kontroli – co w świetle okoliczności jego wyboru było szczególnie ważne.

Głęboki niepokój budzić musi również wizja zadań NIK pod kierownictwem nowego prezesa. Zabrakło w niej wspierania Sejmu w wypełnianiu jego konstytucyjnego obowiązku kontroli działania rządu i jego agend. Znalazł natomiast Pan Prezes czas i miejsce, aby zadeklarować zadania NIK jako narzędzie PiS (władzy politycznej i wykonawczej) do realizacji jego strategicznych planów i „przeciwdziałania wszelkim zmianom w złym kierunku”. To już brzmi naprawdę groźnie.

Najwyższa Izba Kontroli w swojej najnowszej historii nie miała szczęścia do polityków tego formatu, którzy przed stu laty stworzyli jej fundamenty. O swoją niezależność zawsze musiała walczyć. Dzisiaj widać wyraźnie, że i ta reduta demokratycznego państwa upadła.

P.S.

Nie z małostkowości, ale dla pełnego obrazu nowego Prezesa NIK dwie uwagi szczegółowe.

  1. Prezes Banaś chwali się, że był doradcą w rządzie Olszewskiego. Po prawdzie był doradcą Antoniego Macierewicza w tym rządzie, ale widać – trochę dzisiaj wstyd…
  2. Prezes Banaś za główne merytoryczne uzasadnienie swojej prezesury podaje „ponad 20 lat pracy w NIK”. W Izbie znajdzie się kilkaset osób o stażu nie krótszym. Rzecz jednak w tym, że faktycznie Pan Banaś przepracował w NIK fizycznie około 15 lat – przez resztę czasu pracował „na oddelegowaniu z NIK” w jednostkach rządów PiS. 25% „pomyłki”, a właściwie świadomego wprowadzenia w błąd w ustach Prezesa NIK nie może wróżyć niczego dobrego.

 

Załącznik: wystąpienie Prezesa NIK na 84 posiedzeniu Senatu (za stenogramem)

 

Pani Marszałek! Wysoka Izbo!

Chciałbym powiedzieć kilka słów, jeśli chodzi o tak zaszczytne stanowisko, jakim jest stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Otóż na stanowisku prezesa Najwyższej Izby Kontroli, podobnie jak zresztą w przypadku wszystkich ważnych stanowisk państwowych, trzeba spełniać kilka wymogów, jest kilka cech, którymi każdy kandydat powinien się charakteryzować. Ważna jest tu przede wszystkim postawa etyczno-moralna, czyli to, co nazywamy ogólnie patriotyzmem, zamiłowaniem i miłością własnej ojczyzny, to z jednej strony, z drugiej strony – kompetencja.

Chciałbym się odnieść do tego pierwszego wymogu. Otóż, proszę państwa, ja swoim życiem dałem dowód tego, że dla mnie po Panu Bogu ojczyzna stanowi największą wartość. Kiedy Polska była w potrzebie, żyliśmy w systemie totalitarnym, odważyłem się, jak wielu innych Polaków, działać, aby tę sytuację zmienić, ryzykując życiem, zdrowiem, majątkiem. Jak państwo wiecie, nie tylko z mediów, ewentualnie z encyklopedii, zostałem też skazany na 4 lata więzienia w tamtym okresie. Krótko mówiąc, ojczyzna i rodzina były dla mnie największymi wartościami. Krótko mówiąc, prawda, dobro i piękno. Prawda w Panu Bogu – uznaję, że to jest pierwsze, co powinno cechować każdego człowieka, szczególnie Polaka, bo nasza historia wiąże się z tym, co przynosi Dekalog, co przynosi Ewangelia. To dało nam, Polakom, siłę i potęgę. Dobro jako służba, służba najpierw rodzinie, potem narodowi i państwu, bo bez tego państwo nie jest w stanie funkcjonować. I, proszę państwa, piękno, które nas powinno zachwycać, a nie być odrażające, jak to nieraz bywa.

Kolejna rzecz, bardzo istotna, którą powinien się cechować każdy kandydat na takie stanowisko czy człowiek pełniący najwyższe funkcje w państwie, to kompetencje. Proszę państwa, przepracowałem w Najwyżej Izbie Kontroli przeszło 20 lat, od prostego, najniższego stanowiska do doradcy prawnego, czyli od strony merytorycznej przeszedłem prawie wszystkie szczeble. Proszę państwa, miałem też zaszczyt uczestniczyć w rządzie najpierw śp. premiera Jana Olszewskiego – wprawdzie krótko, bo to prawie pół roku trwało – a później w rządach Prawa i Sprawiedliwości w latach 2005–2007 i 2015–2019.

Za zaufanie i postawienie mojej kandydatury przez posłów Prawa i Sprawiedliwości, pana prezesa bardzo dziękuję i uważam, że te zobowiązania… Tę zaszczytną funkcję będę pełnił z największą godnością, zaangażowaniem, bezstronnością, bo powierzono mi tamte funkcje, właśnie podsekretarzy stanu, sekretarza stanu, pozwolono mi realizować największy projekt reformy służb skarbowych i celnych, byłem również ministrem finansów… Powierzono te funkcje, proszę państwa, osobie, która była bezpartyjna, więc za to jestem serdecznie wdzięczny. To dowodzi też, że PiS nie dzieli, ale łączy. I Zjednoczona Prawica. I myślę, że w nadchodzących wyborach Polacy dadzą temu wyraz.

Jeśli chodzi o dalsze predyspozycje, dalsze zamiary, to przede wszystkim uważam, że Najwyższa Izba Kontroli, jako najwyższy organ państwowy, powinna dostarczać Sejmowi, rządowi, prezydentowi najwartościowsze analizy, które wytyczają kierunki strategiczne państwa, aby w porę przeciwdziałać wszelkim nieprawidłowościom, wszelkim zmianom w złym kierunku. Najwyższa Izba Kontroli, która grupuje w dużej mierze naprawdę wysokiej klasy fachowców, powinna właśnie dawać taki materiał, abyśmy rzeczywiście jak najlepiej przyczyniali się do rozwoju kraju, do tworzenia siły naszego państwa, aby się z nim liczono zarówno tu, w kraju, jak i za granicą. Dziękuję bardzo. (Oklaski)

100 lat NIK. Finał słodko-gorzki

Każde demokratyczne państwo posiada mniej więcej podobny zestaw instytucji stanowiących jego podstawy, takich jak parlament, urząd prezydenta, premiera, radę ministrów, trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy i jeszcze innych kilka. W każdym demokratycznym państwie elementem jego fundamentu instytucjonalnego jest zewnętrzny, państwowy organ kontrolny. W przypadku Polski jest nim Najwyższa Izba Kontroli.

NIK obchodziła stulecie swojego powołania. Odbyły się konferencje, były oczywiście medale, odznaczenia. Zwieńczeniem obchodów setnego jubileuszu Izby była uroczysta gala  w Teatrze Narodowym, wypełniona pracownikami NIK i zaproszonymi gośćmi, wśród których byli Przewodniczący INTOSAI  i EUROSAI (światowej i europejskiej organizacji zrzeszających najwyższe państwowe organy kontrolne) oraz Prezes Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. Były i okolicznościowe wydawnictwa (fot. NIK):

Niestety, tą galę oceniam nisko, jako państwową imprezę III (najniższej) kategorii. Lecz stało się tak nie za sprawą NIK, lecz za sprawą PIS-owskich polityków. Na gali nie pojawił się ani marszałek Sejmu, ani Senatu, premier, czy któryś z wicepremierów. To musi bulwersować tym bardziej, że NIK konstytucyjnie wspomaga właśnie parlament  w wykonywaniu jego nadzorczych obowiązków względem rządu. NIK istotnie przyczynia się do podnoszenia jakości ustaw. NIK wreszcie pomaga rządowi i jego administracji w doskonaleniu jego pracy.

Występowała wprawdzie pani wicemarszałek Dolniak, ale właściwie to prywatnie. Marszałka Sejmu reprezentował  oficjalne przewodniczący Sejmowej Komisji d.s. Kontroli Państwowej i on odczytał okolicznościowy adres szefa Sejmu. Marszałka Senatu reprezentował zaś zwykły senator – fakt, niegdyś pracownik NIK. Jedynym wysokim funkcjonariuszem publicznym osobiście zaszczycającym obchody 100-lecia działalności Najwyższej Izby Kontroli był Rzecznik Praw Obywatelskich.

Marszałkowie Sejmu i Senatu, premier rządu, dopuścili się moim zdaniem  obrazy Najwyższej Izby Kontroli. Obrazy jej 100-letniej służby polskiemu państwu. Dopuścili się obrazy wszystkich obecnych i byłych pracowników Izby. Nawet, jeżeli pokazanie NIK pleców tłumaczyć by chcieli względami personalnymi, na przykład niechęcią do obecnego Prezesa, to swoim zachowaniem potwierdzili tylko swoją małostkowość nie licującą z godnością piastowanych stanowisk. Nic ich nie tłumaczy – po prostu stuletni skandal na stulecie krajowych obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Źle to również wróży przyszłości Izby i przyszłości niezależnej, zewnętrznej kontroli.

Nie spadła by też z głowy korona premierowi, gdyby osobiście podziękował Izbie za wspieranie jego i jego poprzedników w trudnym dziele doskonalenia zarządzania państwem.

Na szczęście na poziomie stanęła sama Izba.  To, co dla mnie było najważniejsze to to, że w okolicznościowych prezentacjach takich jak monumentalna księga „Najwyższa Izba Kontroli – 100 lat troski o państwo” oraz  specjalna wystawa prezentowana w Teatrze Narodowym ( https://www.nik.gov.pl/o-nik/100-lat-nik/wystawa-na-stulecie-nik.html  ), w rzetelny sposób przedstawiono złożone losy i działalność Izby w całym stuletnim okresie. To teraz rzecz rzadka. Izba należy do nielicznych instytucji państwowych  (a może jest już jedyną) , które nie wstydzą się swojej przeszłości, w tym i okresu Polski Ludowej, tak zawzięcie dezawuowanego nie od dzisiaj przez media wszystkich niemal proweniencji. Chapeau bas!

W opracowaniu „Najwyższa Izba Kontroli – 100 lat troski o państwo” znalazło się kilka wzmianek o mnie, z czego jestem rad i kilka fotografii, z których jedną muszę jednak, z życzliwym w duszy i na twarzy uśmiechem,  skomentować.  Odrobina humoru z pewnością nie zaszkodzi dostojnemu jubileuszowi. Oto ona z podpisem: „Wiceprezes Uczkiewicz prezentuje dorobek swojej działalności zawodowej w latach 2013 – 2016” (fot. Z. Swoczyna)

Oczywiście mierzenie dorobku zawodowego wiceprezesa NIK  liczbą przeczytanych i skomentowanych stron jest dużym uproszczeniem, ale, jeżeli już, to prezentowana sterta jest ledwie połową całości. Jest to po prostu ostatnie przed opuszczeniem Izby czyszczenie szaf 😉

Czy jesteśmy padlinożercami?

Ujawniony ostatnio przez dziennikarzy skandal z kierowaniem przez jednego tylko „przedsiębiorcę” do przetwórstwa mięsa padłych krów, w większości niebadanego weterynaryjnie, szokuje opinię publiczną w kraju i za granicą. Ministrowie 14 państw, do których ten „przedsiębiorca” wysyłał mięso wychodzą z siebie, aby wykazać, że dbają o zdrowie swoich obywateli. Rząd jednego tylko państwa, którego obywatele skonsumowali 2/3 padliny z owego zakładu, zachowuje dostojną powściągliwość, prezentując wszem i wobec siłę spokoju.

A przecież dla każdego fundamentalnym jest pytanie, czy to tylko jeden taki zakład przetwórstwa w Polsce? Czy jest to epizod, czy po prostu ujawniono fragment olbrzymiej, przestępczej machiny.

Nieco światła na ten problem rzuca opublikowana w 2016 r. informacja o wynikach kontroli NIK „Działania organów administracji rządowej na rzecz bezpieczeństwa żywności” (https://www.nik.gov.pl/kontrole/P/15/050/). Oto kilka wyimków z tego raportu:

„Nie w pełni skuteczne były natomiast działania Inspekcji Weterynaryjnej dotyczące bezpieczeństwa żywności, przede wszystkim w zakresie nadzoru nad ubojami zwierząt w gospodarstwach i utylizacją powstających w ich wyniku odpadów szczególnego ryzyka. Stwierdzono duże rozbieżności pomiędzy danymi prezentowanymi przez Główny Urząd Statyczny a danymi pochodzącymi z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz sprawozdawczością Inspekcji Weterynaryjnej. Rozbieżności te dotyczył głównie liczby zwierząt poddanych ubojowi i objętych badaniami weterynaryjnymi. Nie weryfikowano także uprawnień do uboju zwierząt w gospodarstwach. Bieżący nadzór sprawowany przez powiatowych i wojewódzkich lekarzy weterynarii był niewystarczający, co przyczyniło się do lekceważenia norm prawnych w tym zakresie i w konsekwencji doprowadziło do niekontrolowanego i nielegalnego wprowadzania do obrotu na rynku krajowym mięsa i jego przetworów oraz zdeprecjonowania zasad bezpieczeństwa żywności w tym obszarze.”

Działania Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi na rzecz bezpieczeństwa żywności były niespójne, fragmentaryczne i łagodziły jedynie doraźnie skutki nieprawidłowości stwierdzanych przez Inspekcję Weterynaryjną. Nie wprowadzono skutecznych, systemowych mechanizmów nadzoru m.in. nad sprzedażą targowiskową, ograniczających ryzyko wprowadzania do obrotu produktów pochodzenia zwierzęcego bez kontroli sanitarnoweterynaryjnej.”

stwierdzono duże rozbieżności pomiędzy danymi prezentowanymi przez Główny Urząd Statystyczny a danymi pochodzącymi z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa oraz sprawozdawczością Inspekcji Weterynaryjnej. Rozbieżności te dotyczyły głównie liczby zwierząt poddanych ubojowi i objętych badaniami weterynaryjnymi. I tak:

– w badanym okresie występowały stosunkowo niewielkie różnice w danych GUS i ARiMR dotyczących pogłowia świń i bydła, w porównaniu do liczby ubitych i zbadanych zwierząt obu gatunków, wykazywanych w sprawozdawczości IW. …

– drastycznie różnice natomiast stwierdzono między liczbą ubitych świń w ramach uboju gospodarczego (na użytek własny) wskazaną przez ARiMR i GUS, a liczbą świń z tych gospodarstw przebadanych przez IW na obecność włośni. Dane te wskazywały, że badaniami tymi nie objęto mięsa od 1.415,8 tys. Sztuk świń w 2013 r. i 1.067,3 tys. sztuk świń w 2014 r., tj. około 70-80 tys. ton tusz wieprzowych.

– analogiczne różnice odnotowano w uboju gospodarczym młodego bydła w wieku do szóstego miesiąca (cieląt). Liczba cieląt ubitych w gospodarstwach według danych GUS była prawie pięćdziesięciokrotnie wyższa, niż liczba takich cieląt zarejestrowana w systemie informatycznym ARiMR. Odsetek zwierząt ubitych poza rzeźniami i nieobjętych badaniami weterynaryjnymi wyniósł około 95%, a według danych IW w 2013 r. i 2014 r. badaniem poubojowym objęto zaledwie ułamek procenta cieląt ubitych w gospodarstwach (odpowiednio 224 i 143 sztuki)”

Na różnice dotyczące skali uboju gospodarczego oraz niezagospodarowanie odpadów poubojowych wskazywała w 2012 r. Rada Gospodarki Żywnościowej … W przedstawionym Ministrowi RiRW raporcie określono skalę szarej strefy w przypadku trzody chlewnej na 15 – 20% ogółu zwierząt poddawanych ubojowi, w przypadku cieląt na 70 – 80%, natomiast obrót mięsem i przetworami mięsnymi nawet na 25% całej produkcji. Wprowadzanie do obrotu mięsa niezbadanego pod względem sanitarnym w zasadniczy sposób zwiększa ryzyko zakażeń drobnoustrojami, mogącymi stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia człowieka.”

I na koniec wisienka:

W MRiRW nie przeanalizowano przyczyn występowania rozbieżności w danych dotyczących uboju gospodarczego. Pomimo posiadania informacji o skali nielegalnego uboju i możliwości wprowadzania mięsa do obrotu nie podjęto w okresie objętym kontrolą działań w celu zredukowania pojawiających się ewentualnych zagrożeń. Ponadto, stwierdzenie Ministra RiRW, że istniejące rozbieżności wynikają tylko z różnych metod statystycznych świadczy w ocenie NIK o bagatelizowaniu problemu”.

Oczywiście Izba sformułowała wiele wniosków pokontrolnych, w odpowiedzi na które Ministerstwo zadeklarowało :

„…że podjęte zostaną prace nad przeglądem przepisów zawartych w ww. rozporządzeniu oraz zostaną przeanalizowane wszelkie pozytywne i negatywne aspekty potencjalnych nowych rozwiązań i mechanizmów usprawniających zarówno efektywność nadzoru Inspekcji Weterynaryjnej, jak i gwarantujących właściwe postępowanie posiadaczy zwierząt w kwestii zagospodarowania materiału szczególnego ryzyka i obowiązkowego badania mięsa.”

Efekt działań Ministerstwa zobaczyliśmy na ekranach telewizorów niedawno.

Nie mam złudzeń. Polski rząd, mając pełną wiedzę o problemie, nie zrobił praktycznie nic, aby uchronić Polaków przed wprowadzaniem do obrotu mięsa niezbadanego weterynaryjnie, w tym padliny, a jego troski o zdrowie Polaków nie ujrzeliśmy. Cała nadzieja w Unii Europejskiej.

Kontrolerzy z Komisji Europejskiej, którzy są w drodze do Warszawy z pewnością nie zadowolą się byle czym. W tym przypadku nie zawaham się „donieść” na polski rząd – chodzi bowiem o zdrowie moje, moich dzieci i wnuków. To, że praktycznie nie istnieje wiarygodny system ewidencyjny ubijanych w Polsce zwierząt (rozmijanie się danych GUS, Inspekcji Weterynaryjnej i Ministerstwa) to oczywisty skandal. Uważam natomiast za niezbędne skonfrontowanie przez unijnych kontrolerów oficjalnych danych Inspekcji Weterynaryjnej o  liczbie padłych zwierząt z danymi z zakładów zajmujących się ich utylizacją, a zwłaszcza z opracowaniami Związku Pracodawców Przemysłu Utylizacyjnego.

Tylko w ten sposób można będzie odpowiedzieć na pytanie, czy w Polsce wszystkie chore i padłe bydło jest utylizowane.

Unio ratuj!

Listopad 2015

Wertując moje archiwa trafiłem na notatkę z listopada 2015r. p.t. „DRAMAT”. Oto jej  fragmenty o tyle ciekawe, że ich aktualność, niestety, nie blednie, ale raczej wręcz przeciwnie.

Dawno nie pisałem. Dla siebie. Do szuflady. Ale nie mogę dopuścić do tego, aby dzisiejsze moje myśli gdzieś  uciekły – przepadły bez śladu. Jest więc 4. listopada 2015 r. po historycznych wyborach parlamentarnych, które pogrzebały lewicę i absolutną władzę podarowały na tacy oszołomom, za którymi opowiedziało się niespełna 20% obywateli TEGO kraju. Przed nami lata jasełek, rozliczeń, poniewierania historią i ludźmi. Ale nie to mną dzisiaj wstrząsnęło.

Poproszono mnie dzisiaj, abym jako wiceprezes NIK spotkał się z grupę licealistów odwiedzających Izbę. Miałem im „coś”  o Izbie opowiedzieć, a więc miałem być „ciekawostką przyrodniczą” spotkania… 

Grupa licealistów jednego z warszawskich liceów prezentowała się bardzo dobrze. Inteligentne twarze, żywe spojrzenia. Było ich około 40-tu. Swoje „kilka słów” zamieniłem na prawie godzinny wykład o istocie, historii i głównych zadaniach najwyższych organów kontrolnych w państwach demokratycznych. Nie chwaląc się – byłem dobry. W pełni panowałem nad salą. Każdy, kto występuje publicznie od razu potrafi ocenić, czy sala „jest jego” czy nie. Ta sala  dzisiaj była moja. Słuchano mnie bardzo uważnie, robiono notatki. Żadnych szmerów, pokątnych, pobocznych rozmów. Może poza dwiema dziewczynami, które, czy to z barku wychowania, czy też z głodu, wyraźnie coś przeżuwały. Możliwe też, że zapatrzyły się na panią poseł, która nie tak dawno, na sejmowej Sali urządziła sobie wielkie żarcie podczas obrad „wysokiej izby”.

W trakcie wykładu, w pewnym momencie rozwinąłem temat opresyjnego i audytorskiego charakteru NIK. Chciałem przeprowadzić pewien test, ale żeby go trochę „podrasować” nie omieszkałem pochwalić się, że to ja miałem ten zaszczyt prezentować w 1994r. w Sejmie projekt ustrojowej ustawy o NIK zmieniający jej charakter z opresyjnego na audytorski, demokratyczny właśnie. Przedstawiłem dwa modele: miniony, w którym realizacja wniosków pokontrolnych NIK była obowiązkowa z mocy prawa, w tym wniosków personalnych i obecny, gdzie kontrolowany zobowiązany jest tylko do poinformowania Izby o sposobie wykorzystania uwag i wniosków pokontrolnych. Po czym zapytałem się, który model ich zdaniem jest lepszy. 

2/3 słuchaczy  głosowało za modelem pierwszym, opresyjnym, „KOMUNISTYCZNYM”!

Podjąłem walkę. Powróciłem do podstaw ustroju demokratycznego, do konieczności rozdziału władzy ustawodawczej, wykonawczej sądowniczej i niezależnej zewnętrznej kontroli. Wskazywałem na to, że rozwiązanie przez młodych ludzi preferowane zamazuje kwestię odpowiedzialności władz różnych szczebli za podejmowane decyzje, znakomicie utrudnia rozliczalność władz publicznych przed społeczeństwem, itd., itp.

Odpowiadając, w zamiarze konstruktywnie, jeden z młodych, acz już pełnoletnich uczniów podsunął proste jego zdaniem rozwiązanie: niech prezes NIK będzie ministrem w rządzie! Oczywiście podjąłem z nim ostrą polemikę wskazując na niedopuszczalność  w świetle światowych standardów zewnętrznego audytu łączenie funkcji audytorskich z funkcjami w egzekutywie., Ale czy przekonałem audytorium? Wątpię. I tutaj właśnie zaczyna się dramat. Mój dramat. Dotarło do mnie z całą brutalnością to, że szczytne idee demokracji, społeczeństwa obywatelskiego, są całkowicie obce młodym pokoleniom Oni nie tylko nic nie wiedzą o demokracji. Oni nie chcą wiedzieć! Ironii losu dopełnia fakt, że młodzi przedstawili się jako klasa o profilu historyczno –prawniczym! ZGROZA! Jeśli nawet mogę zrozumieć wpływy globalizacji, Internetu, powszechnego egoizmu, to jednak nie mogę zrozumieć co robią w takim liceum nauczyciele! Jak oni, obecni przecież na sali, się dzisiaj czuli?! Chyba, że też im nie zależy na demokracji. To do diabła komu ma zależeć? Mnie?! Staremu „komuchowi”?!

Dzisiaj uświadomiłem sobie, że drzwi dla totalitaryzmu w Polsce już stoją otworem. A my – starzyki – wiemy dobrze, że totalitaryzmowi nie trzeba drzwi otwierać. Wystarczy je nieco tylko uchylić….

Uświadomiłem sobie coś jeszcze. To mianowicie, że los przyczepił mi na plecach dużą, czerwoną latarnię. Wyprowadzałem sztandar PZPR, grzebałem PRL, na moich oczach rozsypała się lewica. A teraz wygląda jeszcze na to, że moje pokolenie zgasi światło w pokoju „demokracja” . DRAMAT.

Warszawa. 4.listopada 2015r.

 

DWIE TRZECIE

Przeglądając stare zapiski znalazłem taki z listopada 2015. Przytoczę in extenso, bez komentarza.

DRAMAT

Dawno nie pisałem. Dla siebie. Do szuflady. Ale nie mogę dopuścić do tego, aby dzisiejsze moje myśli gdzieś  uciekły – bez śladu. Jest więc 4. listopada 2015 r. Po historycznych wyborach parlamentarnych, które pogrzebały lewicę, i które absolutną władzę podarowały na tacy oszołomom, za którymi opowiedziało się niespełna 20% obywateli TEGO kraju. Przed nami lata jasełek, rozliczeń, poniewierania historią i ludźmi. Ale nie to mną dzisiaj wstrząsnęło.

Poproszono mnie, abym jako wiceprezes NIK spotkał się z grupę licealistów odwiedzających Izbę. Miałem im „coś” powiedzieć, przed dwugodzinną, nudna prezentacją w Power Point, którą przygotowała na takie okoliczności Pani Jola  – pracownik Izby, desygnowanym do organizowanie takich szkolnych wizyt w NIK. Przed spotkaniem Pani Jola przedstawiła mi jakieś młode, nieznane mi dziewczę jako swoją asystentkę. To ja – wiceprezes NIK – mam tyle samo asystentów, co Pani Jola organizująca lekcje dydaktyczne w Najwyższej Izbie Kontroli dla młodzieży szkół wszelakich. Ta Izba musi zginąć!

A więc miałem być „ciekawostką przyrodniczą” spotkania.

Grupa licealistów jednego z warszawskich liceów prezentowała się bardzo dobrze. Inteligentne twarze, żywe spojrzenia. Było ich około 40-tu. Swoje „kilka słów” zamieniłem na prawie godzinny wykład o istocie, historii i głównych zadaniach najwyższych organów kontrolnych w państwach demokratycznych. Nie chwaląc się ani na jotę byłem dobry. W pełni panowałem nad salą. Każdy, kto występuje publicznie od razu potrafi ocenić, czy sala „jest jego” czy nie. Ta sala  dzisiaj była moja. Słuchano mnie bardzo uważnie, robiono notatki. Żadnych szmerów, pokątnych, pobocznych rozmów. Może poza dwiema dziewczynami, które, czy to z braku wychowania, czy też z głodu, wyraźnie cos przeżuwały. Widocznie zapatrzyły się na panią poseł, która nie tak dawno, na sejmowej Sali urządziła sobie wielkie żarcie podczas obrad „wysokiej izby”.

W trakcie wykładu, w pewnym momencie rozwinąłem temat opresyjnego i audytorskiego charakteru NIK. Chciałem przeprowadzić pewien test, ale żeby go trochę „podrasować” nie omieszkałem pochwalić się, że to ja miałem ten zaszczyt prezentować w 1994r. w Sejmie projekt ustrojowej ustawy o NIK zmieniający jej charakter z opresyjnego na audytorski właśnie. Przedstawiłem dwa modele: miniony, z okresu PRL, w którym realizacja wniosków pokontrolnych NIK była obowiązkowa z mocy prawa, w tym wniosków personalnych i współczesny, właściwy państwom demokratycznym, gdzie kontrolowany zobowiązany jest tylko do poinformowania Izby o sposobie wykorzystania uwag i wniosków pokontrolnych, a egzekwowanie realizacji wniosków należy do organów nadzorczych kontrolowanej instytucji. Po czym zapytałem się, który model ich zdaniem jest lepszy.  2/3 słuchaczy – w tym pani Jola (sic!) głosowało za modelem pierwszym, opresyjnym, „KOMUNISTYCZNYM”! Podjąłem walkę. Powróciłem do podstaw ustroju demokratycznego, do konieczności rozdziału władzy ustawodawczej, wykonawczej sądowniczej i niezależnej zewnętrznej kontroli. Wskazywałem na to, że rozwiązanie przez młodych ludzi preferowane zamazuje kwestię odpowiedzialności władz różnych szczebli za podejmowane decyzje, znakomicie utrudnia rozliczalność władz publicznych przed społeczeństwem, itd., itp.

Odpowiadając, w zamiarze konstruktywnie, jeden z młodych, acz już pełnoletnich uczniów zupełnie poważnie podsunął proste jego zdaniem rozwiązanie: niech prezes NIK będzie ministrem w rządzie! Oczywiście podjąłem nim zdecydowaną polemikę, ale czy przekonałem audytorium? Pewności nie mam. I tutaj właśnie zaczyna się dramat. Mój dramat. Dotarło do mnie z całą brutalnością to, że szczytne idee demokracji, społeczeństwa obywatelskiego, są całkowicie obce młodym pokoleniom Oni nie tylko nic nie wiedzą o demokracji. Oni nie chcą wiedzieć! Ironii losu dopełnia fakt, że młodzi przedstawili się jako klasa o profilu historyczno –prawniczym! ZGROZA! Jeśli nawet mogę zrozumieć wpływy globalizacji, Internetu, powszechnego egoizmu, to jednak nie mogę zrozumieć co robią w takim liceum nauczyciele! Jak oni się dzisiaj czuli?! Chyba, że też im nie zależy na demokracji. To do k…y nędzy komu ma zależeć? Mnie?! Staremu „komuchowi”?!

Dzisiaj uświadomiłem sobie, że drzwi dla totalitaryzmu w Polsce już stoją otworem. A my – starzyki – wiemy dobrze, że totalitaryzmowi nie trzeba drzwi otwierać. Wystarczy je nieco tylko uchylić….

Uświadomiłem sobie coś jeszcze. To mianowicie, że los przyczepił mi na plecach dużą, czerwoną latarnię. Wyprowadzałem sztandar PZPR, grzebałem Polskę ludową, na moich oczach rozsypała się lewica. A teraz wygląda jeszcze na to, że moje pokolenie zgasi prawdopodobnie światło w pokojach „demokracja” i „społeczeństwo obywatelskie”. DRAMAT.

Warszawa. 4.listopada 2015r.