Polska węglem leży (i kwiczy)

Premier i nadpremier prężą muskuły na międzynarodowych arenkach, rozstawiają po kątach Francję, Niemcy i kogo popadnie, aby wybić się na nowego lidera nowej Unii Europejskiej, a tymczasem w kraju afera goni aferę i co jedna to groźniejsza, obnażająca do kości prawdę, że ten rząd, ta władza nie potrafi obronić obywateli ani przed katastrofą ekonomiczną, ani finansową, ani żadną inną.

Najpierw elektrownia Jaworzno. W jednym z dokumentów dotyczących awarii bloku 910 MW tej elektrowni czytamy: „…pośród brył węgla (sprowadzanego z Indochin – JU) kierowanego do jaworznickiej elektrowni znajdują się zwykłe kamienie, mnóstwo stalowych prętów, śrub, gwoździ, żwiru, a nawet części gumowych opon.” To nie tylko skandal, afera, to po prostu przestępstwo. Każdemu energetykowi włos na głowie staje czytając podobne raporty. Wola polityczna jest wielka, ale nie wszechpotężna – nie potrafi węglowego śmiecia zamienić w donbaski antracyt. Węgiel z Donbasu polskie spółki energetyczne sprowadzały właśnie w tym celu, aby dzięki jego najwyższej jakości wzbogacać ubogi polski węgiel, co było konieczne dla zapewnienia prawidłowego funkcjonowania bloków energetycznych. Premier Morawiecki od dawna zapowiadał, że statki z tym, „zastępczym” węglem, który ma zastąpić ohydny węgiel wydobywany przez górników w Donbasie są już w drodze. Widać dopłynęły i dzisiaj widzimy co to za węgiel – po prostu śmiecie: kamienie, złom i opony wymieszane z węglem.  Polityczną głupotą nasze władze nie są w stanie mnie zaskoczyć ani zadziwić. Przejęty jestem jednak tym, jak mogło dojść do tego, że coś takiego mogło zostać wprowadzone do spalania w kotłach elektrowni. Gdzie były służby techniczne? Kto personalnie podjął decyzję o tej technicznej zbrodni?

Pytań w tej sprawie jest oczywiście więcej. Na przykład: po jakiej cenie sprowadziliśmy węgiel z Indochin, czy trafił on tylko do elektrowni Jaworzno czy też w inne miejsca? Dlaczego wolne niby media nie drążą tego tematu? Dlaczego nie pokazują prawdziwego oblicza efektów spektakularnej, politycznej decyzji o niezwłocznym, energetycznym uniezależnieniu się Polski od Rosji, decyzji, którą Polska nie tylko zadziwić chciała świat, ale i dać mu przykład, stać się jego liderem w okładaniu Rosji pałą amerykańskich sankcji.

Jedno jest pewne: to nie premier Morawicki ani nie prezesi spółki Tauron poniosą koszty naprawy bloku 910 MW Elektrowni Jaworzno. Te koszt poniesiemy oczywiście my – szarzy odbiorcy energii elektrycznej.

Druga, nie mniejsza moim zdaniem afera to oczywiście zatrucie Odry. Rząd ze wszystkimi swoimi instytucjami okazał się zupełnie bezsilny i bezrady wobec tej największej w historii ekologicznej katastrofy w Polsce. Czarno na białym pokazał, że niej jest w stanie chronić ani środowiska naturalnego Polski, ani Polaków.

Od ujawnienia pierwszych symptomów katastrofy upłynęły niemal trzy tygodnie, a opinia publiczna wciąż nie ma odpowiedzi na najprostsze i jednocześnie najważniejsze pytania:

– co jest przyczyną masowego śnięcia ryb w Odrze?

– czy tylko o ryby chodzi, czy też inne organizmy wodne?

– kto jest sprawcą zatrucia?

– jakie skutki bezpośrednie (zdrowotne) i pośrednie (ekonomiczne) mieć będzie ta katastrofa dla ludzi?

– jakie skutki mieć będzie ta katastrofa dla Zalewu Szczecińskiego i dla Bałtyku?

W publiczny wystąpieniu Premier ośmiesza się tłumaczeniem, że „o katastrofie dowiedziałem się za późno”. To jest kolejną katastrofą Polski. O katastrofach bowiem zawsze dowiadujemy się za późno. Ale rząd jest po to, aby robić wszystko, by ich uniknąć, a w przypadku ich zaistnienia niezwłocznie podejmować wszelkie, niezbędne czynności ratunkowe. Tymczasem mamy wielotygodniowy festiwal przerzucania odpowiedzialności, wprowadzania w błąd społeczeństwa z elementami kabaretu (niespełniona obietnica jakiegoś ważnego a odpowiedzialnego wiceministra publicznego wykąpania się w Odrze dla udowodnienia, że jej wody są dla ludzi bezpieczne).

Interesująco rozwija się międzynarodowy aspekt odrzańskiej katastrofy. Po pierwszych, irracjonalnych komunikatach przedstawicieli rządzących sił politycznych o tym, że to Niemcy zatruli Odrę pojawiły się medialne zarzuty Niemców pod adresem Polski o próby tuszowania skandalu i o nieinformowanie sąsiada o zatruciu. Już prawie dwie godziny czekam na zapowiedzianą wspólną polsko-niemiecką konferencję prasową w tej sprawie. Coś nie może się ona rozpocząć – widać więc na horyzoncie kolejne polsko-niemieckie problemy.

Źródeł zatrucia może być wiele. Nie można wykluczyć zrzutu przejętego do „utylizacji” w Polsce ładunku obcych odpadów przemysłowych. Za najbardziej prawdopodobne uznaję jednak nadmierny, być może niekontrolowany zrzut do Odry nieodsolonych wód kopalnianych. Polskie kopalnie, również te zlikwidowane, wymagają ciągłego odprowadzania wód gromadzących się w wyrobiskach, które są naturalnie bardzo zasolone. Tradycyjnie wody te odprowadzano częściowo do Wisły, a częściowo do Odry i dlatego zasolenie tych rzek zawsze było podwyższone. Być może, w ramach szukania oszczędności w kopalniach i spółkach powołanych do odprowadzania wód z kopalń nieczynnych, katastrofa Odry związana jest z nadmiarowym zrzutem takich wód do tej rzeki związanym z restrukturyzacją polskiego górnictwa. W dobie gwałtownego powrotu do polskiego węgla podawanie informacji, że jego wydobywanie ma swoją negatywną z punktu widzenia ekologii stronę prawdopodobnie uznane zostało przez władze za „niepolityczne”. Spokojnie czekano więc, aż problem rozpłynie się w Bałtyku. Jeżeli okaże się to prawdą, to z obydwu tych afer wynika, że Polska nie tyle węglem stoi, co leży, a cały pisowski porządek jest do natychmiastowej likwidacji.

25 lat Konstytucji

Miałem okazję uczestniczyć w obchodach jubileuszu 25-ciolecia uchwalenia Konstytucji RP, które w Sali Kolumnowej Sejmu zorganizował PSL rękami swojego wicemarszałka Zgorzelskiego. I nie jest ważne to, że PSL „zaprzągł” Konstytucję do walki o utrzymanie się na powierzchni polskiej politycznej sadzawki – chwała Stronnictwu za to, że Konstytucję przypomniało.

Od razu powiedzieć należy, że obchody te nie były oficjalne: nie uczestniczyli wszak w nich ani ci politycy, którzy obejmując urzędy na tą Konstytucje przysięgali, ani przedstawiciele Trybunału Konstytucyjnego, który przecież ma stać na straży Ustawy Zasadniczej. Jednym słowem okolicznościowe spotkanie parlamentarzystów i byłych parlamentarzystów zwołane przez Marszałka Zgorzelskiego miało charakter półoficjalny, prywatny niemalże, było jakimś erzacem obchodów tego ważnego jubileuszu. Stąd też moja refleksja w temacie.

Naszym świętem narodowym jest dzień 3 maja – dzień uchwalenia w 1791 r. pierwszej w Europie i drugiej w świecie demokratycznej (na owe czasy) konstytucji. Uroczyście świętujemy corocznie ten dzień, chociaż sama Konstytucja 3-go Maja przeżyła raptem 14 miesięcy, jej doniosłe postanowienia w większości nigdy nie były wprowadzone w życie, a sam akt jej uchwalenia miał raczej charakter zamachu stanu i sam w sobie był zaprzeczeniem demokracji. Tym nie mniej co roku sztandary, przemówienia, msze, parady – święto narodowe. Mało kto pamięta przy tym, że ten „testament gasnącej ojczyzny”, jak nazwał Konstytucję jeden z jej współtwórców derogowany został przez samych Polaków podczas tzw. Sejmu Grodzieńskiego (1793), zwołanego przez Imperium Rosyjskie. Sejm Grodzieński uzna l Sejm Czteroletni za niebyły i unieważnił wszystkie jego ustawy.

Dzisiejsza Konstytucja powstawała jakże inaczej! Inicjatorem jej uchwalenia i pierwszym Przewodniczącym Komisji Konstytucyjnej polskiego parlamentu był wybitny polityk lewicy – Aleksander Kwaśniewski.  W ramach prac komisji rozpatrzono ogółem siedem różnych projektów aktu zasadniczego, autorstwa różnych środowisk politycznych. Po przyjęciu Konstytucji 2 kwietnia 1997 r. została ona zatwierdzona w ogólnonarodowym referendum 25 maja tegoż roku. Jest więc nasza Konstytucja owocem wielkiego narodowego wysiłku, świadectwem gotowości ówczesnych polityków do kompromisów w najważniejszych sprawach, doniosłym aktem integrującym Polaków.

Jest dla mnie oczywiste, że Konstytucja 2-go kwietnia 1997 roku jest dla Polski znacznie ważniejsza niż Konstytucja 3-go maja. Nie tylko formalnie wprowadziła ona do naszego kraju demokratyczny porządek, przywróciła Polskę rodzinie krajów demokratycznych. Co najważniejsze – jej postanowienia zostały w pełni wdrożone i to one zmieniły obraz tej polskiej ziemi. Dzięki Konstytucji 1997 roku Polska mogła stać się członkiem Unii Europejskiej, a Polacy przez długi czas – do momentu objęcia władzy przez PiS – mogli w pełni korzystać z praw obywatelskich.

A jednak rocznica uchwalenia tego najważniejszego w nowożytnej historii Polski aktu prawnego chowana jest w cień, nie stała się przedmiotem narodowej adoracji. Uroczystości rocznicowe, jeżeli są, wykorzystywane są głównie do doraźnych politycznych celów schodzącego ze sceny ugrupowania.

Jest w tym jednak jakieś tragiczne światełko nadziei. Historia naucza bowiem, że aby jakieś wydarzenie mogło stać się przedmiotem naszych narodowych celebracji musi wpierw przejść drogę narodowej martyrologii, musi być związane z cierpieniem, walkami, utratą niepodległości. Inne, pozytywne okoliczności nie wchodzą w grę. A tymczasem praktyka polityczna PiS, praktyka dezawuowania Konstytucji RP, jej publicznego gwałcenia, obniżania rangi jako żywo przywołuje z pamięci tenże Sejm Grodzieński, tylko w innej, XXI-wiecznej formule. Chociaż jest zasadnicza różnica: Sejm Grodzieński był „dziełem” rosyjskiego imperium, a dzisiaj Polacy mordują swoją Ustawę Zasadniczą własnymi rękami i z własnej woli. Ale tworzy to tragiczną nadzieję, że za jakieś 150 lat lat Polacy z dumą przypomną sobie o najważniejszym akcie prawnym statuującym demokratyczną Polskę, czyli o Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej z 2-go kwietnia 1997 r.

Po co Scholz przyjechał?

Nowo wybrany kanclerz Niemiec Olaf Scholz, następca Angeli Merkel rozpoczął swoją międzynarodową aktywność w interesujący sposób. Z pierwszą zagraniczną wizytą udał się do Francji, dając tym jasny sygnał, że doskonale zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności Niemiec i Francji za funkcjonowanie i przyszłość Unii Europejskiej. Potem odwiedził Komisję Europejską w Brukseli. Trzecim celem wizyt inauguracyjnych nowego kanclerza Niemiec była Warszawa.

Oczywiście euforia w PiS była wielka. – Patrzcie – zdawali się mówić niemal w każdej publicznej wypowiedzi.  – Polska pod naszymi rządami jest unijną potęgą i Niemcy muszą się z nami liczyć. Ta duma przechodząca w zadufanie może okazać się myląca.

To prawda, że Polskę i Niemcy łączą silne więzi gospodarcze. Ale w tej współpracy Polska nie jest partnerem równorzędnym: nie ten poziom gospodarki, nie ta innowacyjność, nie ta efektywność, wreszcie nie te kapitały.

Przysłuchując się konferencji prasowej Morawieckiego i Scholza trudno było nie zadawać sobie pytania: po co Scholz, zwłaszcza po afroncie jaką Warszawa uraczyła jego poprzedniczkę równo dwa miesiące temu do Polski przyjechał? W jakim celu? Co miał do załatwienia? Co miał do zaoferowania? Szczegółów rozmów pewnie nie prędko poznamy, ale jej okoliczności skłaniają do domysłów, że rzeczywiście wybór Polski nie był przypadkowy.

Przypomnieć tu należy nie tak bardzo odległe sytuacje, kiedy to Polska usilnie starała się o pozycję głównego reprezentanta Unii Europejskiej wobec przeżywającej głęboki kryzys Ukrainy czy Gruzji. Ani jedna, ani druga misja się nie powiodła. O przyszłości Ukrainy zadecydował układ Mińsk II (format normandzki) podpisany przez Francję, Niemcy, Rosje i Ukrainę. Polski do stołu nie zaproszono. Jeszcze gorzej było w Gruzji. Podczas gdy Prezydent Francji leciał do Moskwy rozmawiać o zażegnaniu kryzysu, Prezydent Kaczyński w Tbilisi nawoływał do wojny z Rosją.  Wizyta Scholza w Warszawie świadczyć może o tym, że krajem specjalnej troski dla Unii Europejskiej jest teraz właśnie Polska.

W po konsultacjach w Paryżu a następnie w Brukseli Niemcy najwidoczniej przyjęły na siebie rolę lidera w rozwiązywaniu „kwestii Polskiej”. Stąd właśnie szybka wizyta Kanclerza Niemiec w Warszawie dla bezpośredniego zbadania gruntu i poznania – no właśnie, partnera czy raczej już przeciwnika.

Jeżeli taka była geneza wizyty Scholza w Warszawie to bardzo dobrze, że do niej doszło. Scholz mógł na własnej skórze zapoznać się z trudnościami zadania, które na siebie przyjął. Konferencja prasowa szefów rządów Polski i Niemiec była dla Niemca trudna. Morawiecki nie otworzył nawet wąskiego przesmyku do rozmów na temat pogłębiania integracji Unii Europejskiej. Stanowisko zaprezentowane przez Polski rząd miało elastyczność betonu. Dodatkowo polski premier z lekkością słonia pomijając pytanie o IV Rzeszę zaatakował kanclerza powojennymi roszczeniami oraz żądaniami wręcz zastopowania strategicznej dla Niemiec inwestycji jaką jest Nord Stream 2. W tej ostatniej sprawie okazał się raczej komiwojażerem amerykańskich firm gazowych niż politykiem. Nie pokazał Morawiecki w jaki sposób Nord Stream 2 zagraża Polsce – wyręczył się Ukrainą. Argumentował natomiast, że uruchomienie tego gazociągu i zwiększenie przez to wolumenu dostaw gazu do Europy podniesie ceny tego surowca, chociaż wiadomo, że dostawy gazu z Rosji odbywają się na podstawie kontraktów długoterminowych, a z innych, najczęściej amerykańskich źródeł, na podstawie bieżących cen giełdowych.

Scholz też pozostał na dotychczasowych stanowiskach Niemiec i Unii Europejskiej, choć swoje zdanie wyraził w bardzo dyplomatyczny sposób. Przypomniał, nie wprost, ale jednoznacznie, że sprawa roszczeń jest od bardzo dawna formalnie uregulowana i zamknięta. Zwrócił gospodarzom grzecznie uwagę, że to Niemcy utrzymują w znacznej mierze Unię Europejską nie tylko finansowo, ale gospodarczo i politycznie, twardo bronił suwerenności Niemiec w określaniu swojej strategii energetycznej, oraz dwukrotnie podkreślał wartości Unii jaką są demokracja i praworządność.

Nowy Kanclerz Niemiec mógł w efekcie rozmów w Warszawie wyrobić sobie zdanie w sprawie najważniejszej: jak jest gotowość obecnych władz polskich do kompromisów, do poszukiwania najlepszych dla Unii rozwiązań. I tutaj Scholz zderzył się ze ścianą. To nie jest wcale jego porażka, to może być natomiast, w dłuższej perspektywie, znacząca porażka dzisiejszych pisowskich triumfatorów. Kanclerz Niemiec dostał do ręki twardy dowód, że z Warszawą nie ma sensu rozmawiać, negocjować, że należy sięgać po środki radykalne. A te będą bolały nie Morawieckiego, ale nas wszystkich. Echa wizyty Scholza w Warszawie usłyszymy zapewne w Brukseli.

Chociaż i dla Kanclerza Scholza nie wszystko jest jeszcze stracone. Kilkukrotnie wspominając o bardzo dobrej współpracy Polski i Niemiec w przyszłości zdawał się przypominać, że wszystko się kiedyś kończy: rządy PiS też.

Układ Warszawski BIS

Na dwa dni Warszawa stała się stolicą europejskiego nacjonalizmu, nie gardzącego wsparciem sił faszystowskich. Na oczach całego świata Warszawa oficjalnie przywdziała brunatną koszulę. I nie był to jakiś półtajny zlot nacjonalistyczno-faszystowskich radykałów, ale zlot takowych pod światłym patronatem Rzeczypospolitej i Republiki Węgierskiej. Nad całym tym upokarzającym dla demokratycznej Polski wydarzeniem unosił się nie materialny, ale z dala widoczny, pisany olbrzymimi, wyboldowanymi literami transparent o treści: „TERAZ K…A MY!” Przywódcy nacjonalistycznych partii i ruchów społecznych nie zjechali się do Warszawy po to przecież, aby zjeść razem kolację, pozwiedzać warszawską starówkę i poopowiadać sobie anegdoty i rozjechać się do swoich domów. Swojego celu strategicznego nie ukrywają: przejęcie sterów w Unii Europejskiej i przeprowadzenie jej radykalnej deformy przez jej głęboką dezintegrację.

Nie zdziwiłbym się, gdyby realnym efektem tego spotkania było jakieś porozumienie europejskich sił nacjonalistycznych, zawiązanie czegoś w rodzaju Nacjonalistycznej Międzynarodówki. Nie zdziwiłbym się, gdyby uzgodniono regularność tego typu spotkań, ale również gdyby uzgodniono wspólne kierunki i metody działania, na przykład rodem z Cambridge Analytica –  tak efektywnie stosowanymi podczas brytyjskiego referendum  jak i w kampanii prezydenckiej A. Dudy w Polsce. Czyli Układ Warszawki bis. Czy ta powtórka z historii okaże się farsą czy tragedią – pokaże czas.

W komentarzach polskich antypisowskich polityków dominuje teza, że organizując tą historyczną hucpę PiS potwierdza swoją role „pożytecznego idioty Putina” i że PiS realizuje strategię Rosji. To moim zdaniem olbrzymie uproszczenie. Nie tylko Rosja jest zainteresowana osłabieniem i dezintegracją Unii Europejskiej. W niemniejszym stopniu zainteresowane były Stany Zjednoczone pod przywództwem Trumpa. Nie chodzi tu tylko o ewidentnie antyunijne akcje przyjaciół Trumpa w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu. To również odmowa Trumpa negocjacji gospodarczych z Unią na rzecz negocjacji bilateralnych z państwami – członkami Unii. To również entuzjastyczne przyjęcie przez Trumpa polskiej inicjatywy antyunijnej jaką był pomysł „Trójmiarza” (wpis „Szczyt zaszczycony” z 17.06.2017 r.) Wprawdzie Trump zszedł ze sceny (antrakt?) ale przecież to nie jest tak, że o amerykańskiej strategii decyduje jednoosobowo prezydent USA. Wprawdzie obecnie jest Biden, lecz na ile ma wolną rękę w kształtowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej? Rozczłonkowanie Unii może być na rękę również Chinom, którzy przyszłościowy podział świata postrzegają nie podług różnic politycznych czy ideowych, ale podług technologii informatycznej: amerykańskiej bądź chińskiej. Tańce wokół wykonawstwa systemu telefonii komórkowej 5G są tu najlepszym przykładem.

Spójność Unii Europejskiej wystawiana jest na ciężką próbę. Kryzys finansowy, migracyjny, pandemia sars-cov2, a ostatnio nasilające się medialne „zwiastowania” paneuropejskiego energetycznego blackout-u stawiają przed Unią nowe, nieznane wyzwania. Jeszcze parę lat temu, kiedy toczyły się dyskusje o tworzeniu się w świecie nowych centrów polityczno-gospodarczych wymieniano najczęściej trzy takie: Stany Zjednoczone, Chiny i Unia Europejska. Dzisiaj Unia wypadła już z pierwszej ligi przyszłych światowych liderów gospodarczych. Głównie dlatego, że nikt na świecie nie będzie chciał wiązać się strategicznie z organizacją targaną wewnętrznymi problemami.

O cóż więc chodzi polskim politykom odpowiedzialnym za przyszłość Polaków? Co, może usprawiedliwiać zbrodniczy charakter pisowskiej władzy? Piszę „zbrodniczy” dlatego, że nie ma większej zbrodni politycznej na demokratycznym państwie niż wykorzystanie instytucji i procedur demokratycznych do unicestwienia demokracji. A PiS tak właśnie działa – od pierwszego dnia swojego uzurpatorskiego panowania nad Polską co dnia niszczy polską demokrację. Niszczy fizycznie – demolując system prawny, gwałcąc Konstytucję, niszcząc instytucje demokratycznego państwa jak parlament, Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny, Narodowy Bank Polski, Najwyższą Izbę Kontroli.  Ale niszczy również to, co jest podstawą i istotą i esencją demokracji – społeczeństwo obywatelskie. Każdego dnia, dzień w dzień, noc w noc.  Zbrodniczy charakter pisowskiej władzy ma niestety wymiar czysto ludzki. W 2015 r. PiS przejął odpowiedzialność za Polskę. Nikt nie zdejmie z PiS-u odpowiedzialności za dziesiątki tysięcy „nadmiarowych” zgonów Polaków w minionych latach – zgonów będących skutkami zapaści służby zdrowia i podporządkowania walki z pandemią doraźnym potrzebom politycznym Kaczyńskiego. Nikt nie zdejmie z pisowskich polityków, którzy zapewne codziennie żarliwie klepią formułki: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” czy „nie zabijaj” odpowiedzialności za tragedie ludzkie na polskiej ziemi przy granicy z Białorusią.

Ile wreszcie trzeba mieć determinacji, aby Unię Europejską, która powstała, aby nie dopuścić do nowej wojny przyrównać do Rzeszy Niemieckiej? Unię Europejską, która jest bezalternatywną opcją dla chcącej się rozwijać Polski?

Nie myślę, aby prymitywna żądza rządzenia i chęć nagrabienia jak najwięcej dla siebie i swojej rodziny były głównymi motorami dla pisowskiej wierchuszki. Tym motorem może być tylko wzniosły cel ideowy, tak wzniosły, tak ważny, że wart wszelkich ofiar. Cel ten sformułował w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli premiera Mateusz Morawiecki. Wydawało się wówczas, że ni z gruszki ni z pietruszki w swojej programowej mowie wypalił, że „naszym celem jest rechrystianizacja Europy”.  Teraz patrzeć na to należy inaczej.

W analizach sytuacji Unii Europejskiej, jej problemów i zagrożeń rzadko i niesłusznie przywołuje się Kościół Katolicki, rzadko analizuje się jego rolę w kształtowaniu przyszłości Unii. Pewnie dlatego, że sam Kościół jest wewnętrznie podzielony,  przezywa swój kryzys, którym jest kryzys wiary w młodych europejskich pokoleniach, afery etyczne i zbrodnie pedofilskie. Ale jak to często bywa w kryzysie aktywizują się i do głosu dochodzą radykalne siły konserwatywne, integrystyczne. To one stawiają warunek: Unia Europejska tak, ale z królem Jezusem i królową Maryją – wiecznie dziewicą!  Ostoją europejską tego konserwatyzmu jest polski episkopat, który ostentacyjnie już nie uznaje progresywnego papieża Franciszka.  Katolicka – w najbardziej tradycyjnym, integrystycznym, czy wręcz średniowiecznym rozumieniu katolicyzmu – Europa, oto cel nad cele Kaczyńskiego. To jedyna dla niego droga na wymarzone pomniki i trumnę u boku brata na Wawelu.

I temu ma służyć Układ Warszawski bis. Jak mawiał Hegel: „historia lubi się powtarzać dwukrotnie”. Marks zaś dodawał: „ale za pierwszym razem jako tragedia, a za drugim jako farsa”. Czyżby więc czekała nas tragedia?

Wielkie Lanie Morawieckiego

Lanie jakie premier Polski otrzymał dzisiaj w Strasburgu przejdzie do historii. Nie zdziwię się, gdy znane powiedzenie „bić jak w kaczy kuper” ustąpi miejsca powiedzeniu: „oberwać jak Morawiecki w Strasburgu”. W swoim wystąpieniu Morawiecki objawił się jako zbawca Europy, nawoływał wprost do rozłamu zapraszając pod swoje przywództwo ku nowej Europie. Zastosował prymitywny chwyt techniczny świadomie przedłużając czas swojego wystąpienia. Odebranie mu głosu uczyniłoby z niego „unijnego męczennika” w przekazach reżimowych mediów, byłoby koronnym argumentem reżimowych mediów o prześladowaniu polskiego rządu. Morawiecki świadomie złamał reguły obrad Parlamentu Europejskiego perorując o równości i demokracji. Zagranie sprytne, tyle tylko, że zapomniał, że podstawą funkcjonowania Unii nie jest spryt, ale wzajemne zaufanie i szukanie konsensusu. Wystąpienie Morawieckiego skwitować można jednym zdaniem: uciekł się on do znanego sposobu odwracania uwagi głośno krzycząc „łapaj złodzieja!”. Ale w wystąpieniach eurodeputowanych prawie nikt za nim nie pobiegł. I w tym zasadza się podstawowa klęska Morawieckiego przed Parlamentem Europejskim.

W dotychczasowych komunikatach serwowanych „suwerenowi” PiS, a wraz z nim Morawiecki utrzymywali, że Polska nie może ulegać naciskom/szantażom „brukselskich biurokratów” czy „jakichś tam urzędników Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości”.  To był light motive narracji władzy.  Dzisiaj w Strasburgu Morawiecki dostał sromotne lanie nie od urzędników, lecz od eurodeputowanych, którzy, z nielicznymi wyjątkami, nie zostawili na nim, na jego wystąpieniu, na polityce jego rządu suchej nitki. Mało tego. W bardzo wielu wystąpieniach pojawiał się motyw: „stop dla transferu unijnych pieniędzy do Polski, zanim Polska nie wróci do rodziny państw europejskich szanujących prawo”. Nie zdziwię się, jeśli ci eurodeputowani zaliczeni zostaną przez pisowskie media do „komuchów”, „lewicowych złogów” itp. Ale fakt jest faktem. Ogólny przekaz debaty jest jednoznaczny: zdecydowany nacisk Parlamentu na Komisję Europejską aby skutecznie wdrożyła mechanizmy chroniące praworządność w Unii Europejskiej, aby zdusiła w zarodku niebezpieczny dla Unii precedens.

Lanie dostał Morawiecki nie tylko od eurodeputowanych, ale i od swoich kolegów – premierów rządów państw członkowskich, do których, nota bene, kilka dni temu skierował swój osobisty list. Otóż w imieniu Rady Europejskiej przeciwko tezom głoszonym przez Morawieckiego wypowiedziała się Prezydencja Słoweńska.

W dyskusji zabrakło mi jednak jednego pytania do Mateusza Morawieckiego. Pytania o to, czy jego dzisiejsze wystąpienie przed Parlamentem Europejskim, nawoływanie do burzenia Unii w jej obecnym kształcie, działającej na obecnych zasadach jest realizacją misji, jaką ogłosił w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu po zaprzysiężeniu na urząd premiera. Stwierdził wówczas: „musimy podjąć dzieło rechrystianizacji Europy”. Według mnie ta misja właśnie jest główną sprężyną antyunijnych kampanii nie tyle oportunisty Morawieckiego, co jego szefa, póki co wicepremiera polskiego rządu.

Mamy jeszcze złoty róg?

Ostatnie wypowiedzi na temat naszej, polskiej obecności w Unii Europejskiej, wicemarszałka polskiego Sejmu czy prominentnego ministra Suskiego nie są dla mnie żadnym zaskoczeniem. Od 2015 r. konsekwentnie piszę o tym, że celem strategicznym PiS (Kaczyńskiego?, Kościoła Katolickiego?) jest bądź wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej bądź przekształcenie Unii podług własnego, pisowsko-kościelnego systemu wartości. Wspomnę tylko deklarację Premiera Morawieckiego, wygłoszoną nota bene bezpośrednio po otrzymaniu nominacji na pierwszego ministra z rąk Prezydenta Polski, że „Naszym celem jest rechrystianizacja Europy”. PiS mówił i mówi: „W Unii według naszych wartości albo w żadnej”. Cel swój relaizuję konsekwentnie: samodzielnie starając się rozsadzić Unię od środka bądź wespół z oryginalną, europejską populistyczno-nacjonalistyczną międzynarodówką.

W ostatnim czasie PiS otrzymał podwójne, nieoczekiwane raczej wsparcie. Pierwszym, od duetu Putin-Łukaszenka, był kryzys na granicy polsko-białoruskiej. Dzięki niemu Kaczyński może używać „dźwigni migracyjnej” wobec Komisji Europejskiej pokazując jak dla Unii ważna jest Polska i że trzeba się z nią liczyć. Drugim wsparciem było pożegnalne wystąpienie Merkel w Warszawie, w którym, jakby z obowiązku wspomniała o praworządności, ale podkreślała, że „potrzebny jest dialog”. A o to właśnie PiS chodzi.

Tak więc wypowiedzi Terleckiego, Ziobry, Suskiego czy Sasina nie można brać za jakieś przejęzyczenia,  lapsusy. Kryzys, w jakim znalazły się stosunki pisowskiej władzy z Unią Europejską po skierowaniu przez Komisję Europejską wniosku o nałożenia na Polskę kar finansowych za nierealizowanie postanowień Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości spowodował tylko z góry przewidzianą reakcję Kaczyńskiego: zagrożeniem wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Taktyka PiS jest przejrzysta: symulować i przeciągać jak tylko się da „dialog” z Unią Europejską”, a w cieniu tego dialogu, metodą faktów dokonanych robić swoje; wbrew polskiej konstytucji, wbrew unijnym traktatom.

Wśród wypowiedzi pisowskich premierów, ministrów, marszałków na szczególną uwagę zasługują ostatnie wypowiedzi wicepremiera Glińskiego. W jednym z nich, w Krynicy, zarysował dokładnie strategię PiS, o której pisałem wyżej. W drugiej, dla „Sieci”, poszedł dalej. Po raz pierwszy publicznie zarysował front walki według PiS. To, według Glińskiego walka Unii z polskim społeczeństwem. Stwierdził ponadto, że: „Jeżeli KE sądzi, że w sposób niesprawiedliwy, niezgodny z literą i duchem traktatów może Polskę karać jakimiś mandatami, to my odwołamy się do opinii społeczeństwa polskiego”.

To bardzo znamienna wypowiedź. Nie tylko z tego powodu, że w oczach odbiorców stawia PiS (Kaczyńskiego) za jedynego, właściwego interpretatora traktatów unijnych. Również dlatego, że przypisuje PiS rolę wyraziciela woli polskiego społeczeństwa w tej sprawie i gotowość „odwoływania się do opinii tego społeczeństwa”. To oczywiście bezpośrednia zapowiedź gotowości do polexitu, to nazwanie innymi słowami tezy wygłoszonej wcześniej w tym samym miejscu przez Terleckiego.

A tak zwana demokratyczna opozycja? Opozycja leniwie drzemie, uspokajając się sondażami, z których wynika, że i tak już wysokie poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej w polskim społeczeństwie rośnie. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze PiS też jest za Polską w Unii -tylko nie takiej jak obecnie. Tak więc ci, którzy popierają PiS ze spokojnym sumieniem mogą odpowiadać TAK, na pytanie: „Czy jesteś za pozostaniem polski w Unii Europejskiej”. Po drugie PiS pyta się, w licznych wystąpieniach swoich polityków, mniej lub bardziej wprost: „czy jesteście za Unią, która nie chce dawać nam pieniędzy, które nam się należą?”.

Stan wojenny 2

Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło na ograniczonym terenie Polski stan wyjątkowy, który, przez analogię do stanu wojennego z 1981 roku śmiało można nazwać „stanem wojennym 2”.  Analogia może być dla niektórych bulwersująca, obrazoburcza wręcz, ale….

W 1981 roku władze polski wprowadziły stan wojenny, gdyż w ówczesnym porządku prawnym nie istniała instytucja „stanu wyjątkowego”. Naiwna władza ludowa nie dopuszczała myśli, że lud może obrócić się przeciwko ludowej Polsce i takiej instytucji stworzyła. Władza uznała natomiast, że nadrzędną sprawą jest obrona ówczesnego ustroju i porządku konstytucyjnego państwa.

Jak to jednak często bywa, historia, jeśli się powtarza, to jako farsa lub dramat. Mamy dzisiaj do czynienia raczej z dramatem. Głównym celem PiS wprowadzenia stanu wyjątkowego jest właśnie obrona pisowskiego, antydemokratycznego ustroju państwa i obrona wszechwładzy PiS przez powszechnego łamania Konstytucji, o ustawach nie wspominając. Stan wyjątkowy AD 2021 skierowany jest głównie przeciwko polskiemu społeczeństwu. Jest jednak również mocnym sygnałem kierowanym na zachód.

Stawiam tezę, że PiS-owi nie zależy wcale na szybkim zakończeniu kryzysu na białoruskiej granicy. Wręcz przeciwnie: PiS żywo zainteresowany jest „hodowaniem” tego kryzysu, jego eskalacją. Czy ambasador Białorusi wezwany został do MSZ w celu wyjaśnienia sprawy? Czy zwracano się oficjalnie do Białoruskich władz z propozycjami wspólnego, politycznego rozwiązania problemu? Jeżeli w szeregu publikacjach pojawiała się teza, że Kaczyński de facto realizuje strategię Putina i – co należy uznać za pewnik – kryzys na granicy polsko – białoruskiej nie zaistniał bez aprobaty Kremla, to wywołując go Łukaszenka z Putinem rzucili upadającemu Kaczyńskiemu koło ratunkowe, a on się go  skwapliwie uczepił. Żal wielki i smutek, że dla rozwiązywania wewnętrznych, polskich spraw rząd polski zniża się do poziomu Łukaszenki, stając w równym z nim szeregu w instrumentalizacji tragedii uchodźców, w instrumentalizacji ludzkich nieszczęść.

Konflikt polsko – białoruski spadł Kaczyńskiemu niczym manna z nieba. Oczywiście rację mają ci, którzy wskazują, że przez wprowadzenie stanu wyjątkowego PiS odwrócić chce uwagę od innych, poważnych polskich problemów jak choćby klęska operacji szczepień przeciw covid 19, szalejąca drożyzna itp. Mają rację wskazując, że celem tego stanu jest szerzenie poczucia zagrożenia w społeczeństwie, odcięcie społeczeństwa od informacji o rzeczywistej sytuacji nadgranicznej, usunięcia niewygodnych świadków wojskowych operacji przeciwko 32 schorowanym uchodźcom afgańskim.

Ale najważniejszy cel eskalacji napięcia na granicy polsko-białoruskiej wydaje się być inny. Prawdopodobnie władza dostrzegła otóż, że konflikt ten może okazać się bardzo silną dźwignią w jej rękach w otwartej już wojnie z Unią Europejską na polu praworządności i relacji pomiędzy ustawodawstwem unijnym i polskim. Morawiecki zdaje się mówić Unii Europejskiej: – popatrzcie, jak ważna jest teraz Polska. Bronimy granic Unii Europejskiej – a nie musimy. Możemy szeroko otworzyć wrota dla emigrantów z Afganistanu, którzy w większości przez Polskę tylko przejdą, kierując się na zachód. Możemy też wprowadzać stany nadzwyczajne, mobilizować armię, ale oczekujemy zrozumienia ze strony Unii dla naszych wewnętrznych „reform” systemu sprawiedliwości. Dla skuteczności tego nacisku niezbędny jest gwarantowany przez stan wyjątkowy monopol władzy na przekazywanie opinii publicznej informacji o konflikcie i na interpretację tych informacji.

W ten właśnie sposób PiS broni wprowadzonego przez siebie ustroju państwa i z jego punktu widzenia wprowadzenie stanu wyjątkowego jest jak najbardziej zasadne.

Coś jest na rzeczy, gdyż po niedawnej wizycie Premiera w Brukseli, ze strony Komisji Europejskiej wyszedł sygnał, że „w kwestii praworządności dialog trwa”. Trwa, chociaż jeszcze miesiąc temu zapowiadane były ostre sankcje przeciwko pisowskiemu rządowi. Nie przez przypadek też po raz kolejny marionetkowy Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłęckiej (TKJP) odracza udzielenie odpowiedzi na pytanie Premiera: czy prawo unijne jest niezgodne z polską konstytucją. Dialog trwa.

Najwyższa więc pora, aby czołowi politycy opozycyjni, z Tuskiem na czele, zwrócili się do Komisji Europejskiej z konkretnymi pytaniami: czy Komisja Europejska wiąże kwestie praworządności w Polsce z kwestią kryzysu migracyjnego? Czy Komisja rozważa poświęcenie praworządność w Polsce za cenę zasieków z drutów kolczastych na wschodnich granicach Unii Europejskiej?

Danse macabre a la polacca c.d.

Jarosław Kaczyński, którego poparło niespełna 19% uprawnionych do głosowania Polaków, wniósł wiele nowych elementów do polskiej polityki najwyższego szczebla. Niestety większość z nich powinna jak najszybciej stać się epizodem, o którym się nie zapomina, ale którego powtórzenia unikać należy jak ognia. Do tych skrajnie destrukcyjnych „innowacji” Kaczyńskiego zaliczyć należy codzienne niemal przekonywanie, że czarne jest białe, a białe jest czarne, zwyczaj działania „bez żadnego trybu”, brak poszanowania dla osób niebędących zwolennikami PiS, świadome dzielenie społeczeństwa i wiele innych. Nade wszystko jednak czarną wizytówką Kaczyńskiego i skupionej wokół niego kamaryli jest stosunek do praw, a więc: bardzo swobodna, stosowna do aktualnych potrzeb politycznych PiS interpretacja przepisów prawa, powszechne łamanie niewygodnych przepisów prawa łącznie z Konstytucją, tworzenie przepisów prawa pod doraźne potrzeby pisowskiego interesu politycznego, upolitycznienie i podporządkowanie sobie wymiaru sprawiedliwości metodami terrorystycznymi a to wszystko w oprawie bezwzględnego autorytaryzmu.

Niestety zaobserwować można, że pisowski wirus atakuje i inne partie, w tym lewicowe, które – o zgrozo – w nazwie maiły przymiotnik „demokratyczny”. Sposób, w jaki wygumkowano z polskiej sceny politycznej największą polską partię lewicową: Sojusz Lewicy Demokratycznej jest jednoznacznym dowodem tej tezy. Zaczęło się od autorytaryzmu Przewodniczącego, od praktycznego zawieszenia działalności ciał kolegialnych SLD. Potem przyszła fatalna Konwencja w grudniu 2019 r., a z nią kuriozalny statut nowej partii, który nie tylko całkowicie zmienił jej charakter, strukturę i metody działania, ale dał realne podstawy dla opinii, że nastąpiło sprywatyzowanie partii przez jej Przewodniczącego. Zarzutów nie można jednak kierować tylko do Czarzastego. Przecież na owej konwencji dostał przyzwolenie od czołowego aktywu partii. Potem cała partia stała się zakładnikiem haseł o fatalnych konsekwencjach wewnętrznych dyskusji dla jedności lewicy. Sam statut, jego interpretacje i wprowadzanie w życie godne są najlepszych uczniów Kaczyńskiego: ukrywanie treści statutu przez długi czas, jednoczesne kierowanie się dwoma statutami: nowym i starym, interpretacja na zawołanie, pokrętne wyjaśnienia. Kulminacją – jak dotąd – prywatyzacji partii przez Czarzastego była tyleż spektakularna co gorsząca akcja zawieszania przez Przewodniczącego członków organu kolegialnego jakim jest Zarząd partii do skutku, do uzyskania większości dla swojej opcji. W tym dramacie, jak wynika z relacji z obrad Zarządu, dzielnie sekundowali mu „pomocnicy” zgłaszając kolejne kandydatury do zawieszenia gdy okazało się, że liczbo dotychczasowych zawieszonych jest niewystarczająca.. Wszystko według zasady cel uświęca środki. Połączenie autorytaryzmu z bufonadą doprowadziło do tego, że nawet obiektywnie dobre decyzje, jak ta o poparciu polskiego rządu w kwestii ustalenia nowych źródeł dochodów Unii Europejskiej obróciło się przeciwko Lewicy. Nie wykorzystano argumentu, że w ten sposób Lewica ratuje Unię Europejską, rozmowy z rządem podjęto w tajemnicy przed klubem poselskim i partią, nie zadbano o należyte zabezpieczenie medialne dla tej decyzji. Manipulowanie prawem, autorytaryzm, instrumentalne traktowanie członków partii nie zasługuje na inne określenie jak pisienie Lewicy – wtłaczanie do praktyki lewicowej partii politycznej kanonu wartości i wzorców zachowań PiS.

W Sejmie trwa danse macabre a la polacca, czyli wojny i wojenki wokół Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Poparcie wniosku PiS o uchylenie immunitetu Banasiowi zapewne odczytane byłoby przez większość lewicowego elektoratu za zdradę przez duże Z. Ale…

Samo sformułowanie takiego wniosku i jego procedowanie jest jaskrawym przypadkiem klasycznej tragedii antycznej we współczesności, a więc sytuacji, w której ma miejsce konflikt dwóch istotnych wartości. Osoba pokroju Mariana Banasia nigdy nie powinna kandydować na szefa jednego za najważniejszej instytucji państwowej – w imię zachowania jej powagi, autorytetu i wiarygodności. Dzisiaj ci, którzy jeszcze niedawno, zasadnie, głosowali w Sejmie przeciwko tej kandydaturze staja się jej obrońcami. Dlaczego? Wyjaśnia to Przewodniczący Klubu Lewica: „odbieranie immunitetu Marianowi Banasiowi to pozbawianie wzroku i słuchu najważniejszej dziś instytucji będącej opornikiem obozu władzy… NIK pod rządami Banasia ujawnia rzeczy, których żadna instytucja by nie ujawniła. Banaś walcząc o swoje życie pokazuje prawdziwe oblicze władzy, więc powinien pozostać na stanowisku”. W innym publicznym wystąpieniu Gawkowski zdaje się relatywizować wagę zarzutów stawianych jeszcze nie tak dawno Banasiowi.  Wygląda na to, że sejmowa lewica gotowa jest sprzedać jedną z najważniejszych wartości Najwyższej izby Kontroli – wiarygodność, za kilka sensacyjnych raportów. Politycy zdają się być skrajnie podekscytowani ostatnimi raportami NIK, chociaż na dobrą sprawę  niewiele jest w nich rzeczy nowych, dotąd nieznanych. Z całą pewnością raporty te podzielą losy setki innych, nie mniej sensacyjnych, jakie w przeszłości publikowała Izba. Przez całą ćwierć wieku Sejm starannie dbał wszak o to, aby skuteczność NIK sprowadzić do krótkotrwałych sensacji medialnych. Dlaczego dzisiaj miałoby być inaczej? Tym bardziej, że wiarygodność NIK, która stała się maczugą w wewnątrz i międzypartyjnych, paramafijnych walkach obozu władzy sięgnęła dna. Sam prezes nie ukrywa już politycznego charakteru swojego urzędu, czemu dał wyraz zamawiając analizę aktualnej sytuacji politycznej w kraju. Nawet najbardziej rasowy polityk, jaki stał na czele Izby – Lech Kaczyński sobie na to nie pozwalał. Co Prezes NIK ma do aktualnej sytuacji politycznej, układów kto z kim, przeciw komu? Prezesowi NIK nic do tego, ale Marian Banaś widać ma.

W tej sytuacji obrona Banasia – to w istocie wpisywanie się w strategię PiS – strategię demontażu instytucji państwowych, upolitycznianie tych, które z zasady powinny być jak najdalej od polityki. Niedawno jak wczoraj Marian Banaś doskonale sam wpisał się w tą strategię obrażając swoim zachowaniem Sejm. Nie inaczej nazwać bowiem należy jego ostentacyjne opuszczenie obrad komisji sejmowej, obradującej w jego sprawie, uzasadniane opinią jego pełnomocnika prawnego. To bardzo groźny precedens, mogący mieć w przyszłości naśladowców. Nie jest przy tym ważna okoliczność, że dla wielu obecny Sejm na nic innego nie zasługuje, lub to, że argumenty pełnomocnika Banasia brzmią przekonywująco. Konstytucja stwierdza jasno: „Najwyższa Izba Kontroli podlega Sejmowi”. Dlatego zachowanie Mariana Banasia musi być ocenione jako przykładanie ręki do nieliczenia się z Konstytucją, ośmieszanie i Sejmu i Najwyższej Izby Kontroli

Z drugiej strony głosowanie za przyjęciem wniosku też jest politycznie wielce ryzykowne – głównie z powodów ciężkich oskarżeń o koalicję z antydemokratycznym PiS, jakie taka decyzja by wyzwoliła. Dylemat: bronić osobę piastującą stanowisko Prezesa NIK, która nigdy nie powinna na tym stanowisku się znaleźć, czy, w imię ochrony powagi demokratycznego państwa polskiego i jednej z jego najważniejszych instytucji dążyć do jego usunięcia, nawet za cenę wsparcia wniosku autorstwa politycznego „imperium zła” jakim w Polsce stało się polityczne zaplecze Kaczyńskiego – to właśnie wymiar współczesnej tragedii Polski. Tragedii, do której doprowadził Jarosław Kaczyński swoją polityką, misją przebudowy państwa i narodu wedle własnych ideałów za wszelką cenę, pogardą dla prawa i swoją żądzą władzy, to właśnie tragedia, w której, jak w każdej tragedii nie ma dobrego wyjścia, w której wszyscy są przegrani.

Chociaż paradoksalnie ten ostatni wariant niesie z sobą pewne możliwości konstruktywnego wyjścia progresywnych sił politycznych z twarzą. Głosowanie za uchyleniem immunitetu to przecież przejaw wierności głoszonym nie tak dawno poglądom, to obiektywnie działanie dla obrony powagi polskiego państwa. Jest jednak jeszcze coś innego, ważniejszego. Czy nie można całej tej żenującej afery z wyborem i odwoływaniem Banasia wykorzystać do wprowadzenia nowej, ze wszech miar pozytywnej i pożądanej dla Polski wartości? Chodzi mi o sytuację, w której opozycja popiera wniosek o uchylenie immunitetu wcześniej zawierając z PiS publiczną umowę, przypieczętowaną publiczną deklaracją szefostwa tego ugrupowania, o wprowadzeniu w parlamencie zasady, że wprawdzie większość parlamentarna zatwierdza kandydaturę na Prezesa NIK, ale samą kandydaturę zgłasza opozycja i tylko opozycja. Rozwiązanie takie, na dobrą sprawę nie wymaga nawet natychmiastowej zmiany ustawy. Rzecz przecież w zasadach dobrej praktyki parlamentarnej i mogłoby być świadectwem dźwigania się kultury politycznej na Wiejskiej z jej najgłębszego dotychczas upadku. Zgłaszanie kandydatury Prezesa NIK przez opozycję i zatwierdzanie jej przez parlamentarną większość niewątpliwie wzmocniłaby system kontroli władzy przez społeczeństwo. Rządzący i opozycja mieliby do wyboru dwie drogi: wzajemnego blokowanie się, co prowadzi do praktycznego paraliżu największej instytucji kontrolnej w państwie bądź wyboru kandydata nie związanego z żądną formacją polityczną, za to dającego gwarancję budowania profesjonalizmu i autorytetu Izby.

Gdyby PiS, po upokarzającej lekcji z wyborem nowego Rzecznika Praw Obywatelskich, taką ofertę przyjęło – Lewica, jej pomysłodawca, wyrosłaby na bohatera nie dnia, ale dziesięciolecia. Gdyby ją odrzuciło – Lewica miałaby ręce rozwiązane. Pomarzyć dobra rzecz.

Polska pozaeuropejska

Opinia publiczna zelektryzowana została  Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości nakazującego Polsce natychmiastowe wstrzymanie eksploatacji kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów do czasu sądowego rozstrzygnięcia sporu pomiędzy Czechami a Polską. Trybunał przychylił się w ten sposób do wniosku Czech.

W kraju zawrzało:

– Znowu ta Unia wtrąca się w nasze sprawy!

– Niech Unia zacznie wreszcie przestrzegać prawa!

– Nie pozwolimy na zabranie nam tysięcy miejsc pracy i 8% produkcji energii elektrycznej!

– Będziemy bronić naszego bezpieczeństwa energetycznego za wszelką cenę! Itp., itd.

To tylko niektóre, najłagodniejsze pokrzykiwania przedstawicieli polskiego rządu i politycznych elit Zjednoczonej Prawicy w reakcji na decyzję TSUIE.

Jeszcze kilka dni temu, w czasie, gdy warzyły się losy polskiej akceptacji dla Rezolucji Rady Europejskiej w sprawie źródeł finansowania Unii (dla Europejskiego Funduszu Odbudowy), termin „700 mld dla Polski” nie schodził z ust polityków ani z pierwszych stron mediów. Każdy, nawet najmniejszej rangi pisowski polityk pokazywał się z „unijną szmatą” w tle. Pieniądze z Unii są dobre, należą sia nam jak psu zupa (jak obwieścił nadpremier Ziobro). Ale na tym kończą się nasze związki z Unią. Pieniądze TAK – zobowiązania NIE! To jest clou polskiej polityki unijnej i kryzys turowski znakomicie ten kurs wzmocni.

Tymczasem decyzja zabezpieczająca TSEU nie zrodziła się z piątku na sobotę. Konflikt Czechy i Niemcy kontra Polska na tle eksploatacji złóż węgla w Turowie ma wieloletnią historię. Problem pozbawiania przez Turów czeskich terenów przygranicznych wody znany był od dawna. W 1994 roku polskie organy udzieliły Elektrowni Bełchatów koncesji na prowadzenie wydobycia do kwietnia 2020. Koncesja przewidywała jednorazową możliwość jej przedłużenia o 6 lat. Zgodnie z tymi postanowieniami w październiku 2019 r. PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna przedłużenie tej koncesji o lat 6, czyli do 2026 r. I tutaj dzieje się rzecz ciekawa. Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska we Wrocławiu wydaje decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach dla kontynuacji eksploatacji złoża węgla brunatnego Turów do 2044 r., a w styczniu 2020 r. nadaje jej rygor natychmiastowej wykonalności. Na tej podstawie wniosek operatora o przedłużenie koncesji na wydobycie zostaje przedłużony. Rzecz jednak w drobiazgu: Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska we Wrocławiu wydał swoją decyzję bez… przeprowadzenia oceny oddziaływania eksploatacji kopalni na środowisko.

W całym humbugu organizowanym przez PiS wokół decyzji TSUE według metody J.M. Rokity, czyli z głośnym wrzaskiem: „Ratunku! Czesi i Unia nas biją!” brak jednej, podstawowej informacji. Tej mianowicie jakie w rzeczywistości skutki na zaopatrzenie w wodę dla Czechów mieszkających w rejonie przygranicznym powoduje eksploatacja kopalni, czy Polska kwestionuje ocenę czeskich specjalistów w tym zakresie, zwłaszcza w kontekście planów rozszerzenia wydobycia. Podstawowy problem, który dawno powinien zostać rozwiązany w ramach dobrosąsiedzkich relacji, przykryty został ogólnonarodowym biadoleniem i narzekaniem na spisek ciemnych, europejskich sił przeciwko Polsce.

Nie wiem, czy i jakie działania dyplomatyczne podejmowane były ze strony polskiej, aby nie doprowadzić do rozprawy przed TSUE. Znamienny przy tym jest fakt nieobsadzenia od z górą roku stanowiska polskiego ambasadora w Pradze. Dla ambasady ważniejszą sprawą okazuje się być zablokowanie możliwości aborcji w Czechach dla polskich kobiet – tutaj przejawia aktywność wielką. A w sprawie Turowa co uczyniono? Opinii publicznej należy się rzetelna informacja o działalnościach rządu w tej materii i rzetelne kalendarium wydarzeń. Chodzi przecież nie tylko o jakość stosunków sąsiedzkich, ale również o praktyczne relacje z Unią Europejską. Póki co PiS gra przeciwko Unii wbrew opinii większości Polaków. Ale czy ta większość długo się utrzyma? Niewątpliwie afera turowska skrzętnie wykorzystana zostanie przez PiS do dalszego rozniecania nastrojów antyunijnych i niedługo zobaczymy, jak wskaźnik poparcia Polaków dla Unii Europejskiej zjedzie z niedawnych 80% do 40%. Nie zdziwiłbym się, gdyby strona polska celowo chciała doprowadzić do takiej konfrontacyjnej sytuacji po to, aby PiS po raz kolejny mógł zagrać na nosie wszystkim dookoła, aby jeszcze raz próbował przeforsować praktykę, że prawo unijne w Polsce nie obowiązuje.

Konflikt wokół kopalni Turów pokazuje, że Polska nie potrafi prowadzić odpowiedzialnej polityki ani w wymiarze globalnym ze światowymi mocarstwami a w tym przypadku z Unią Europejską, ani polityki dobrego sąsiedztwa z naszymi bezpośrednimi sąsiadami. Nad potrzebą takich dobrych stosunków nie trzeba się rozwodzić. Wystarczy wspomnieć kryzys wokół spuszczania do Odry wody z czeskich zbiorników w czasach powodzi, co było jedną z przyczyn tragicznej powodzi na Dolnym Śląsku w 1997 r. Ten problem, po stronie czeskiej udało się rozwiązać. Problemu Turowa po stronie polskiej – nie. A sąsiedzi obserwują. Dzisiaj Czechy, jutro mogą być Niemcy, Białoruś, Rosja. Ukraina nie, gdyż tyle zniewag ze strony ukraińskiej, które Polska zniosła w ostatnich dekadach świadczy o wielkiej determinacji polskich władz płacenia gorącą, nieodwzajemnioną miłością do Ukrainy za nadzieję wykorzystania tego państwa w polskiej polityce antyrosyjskiej.

Na szczęście ten kryzys w polskiej dyplomacji nie będzie trwać długo. Drastyczne zmniejszenie poziomu merytorycznych wymagań od kandydatów do służby dyplomatycznej w połączeniu ze sprawdzoną kadrową polityką PiS szybko przysporzy nam nowych zastępów młodych dyplomatów, Prawdziwych Polaków, przed którymi świat cały w przenośni i dosłownie padnie na kolana.

Ład nowy – śpiewka stara

Jarosław Kaczyński w asyście fanfar i dzwonów ogłosił Nowy Ład dla Polski – program społeczno-gospodarczy PiS na najbliższe lata. Wszyscy teraz namiętnie dyskutują o kwotach wolnych od podatków i budowie domów bez zezwolenia. Mnie jednak nurtuje pytanie, dlaczego właśnie 15-go maja 2021 r. ten program został ogłoszony. Przecież nie mamy żadnej ogólnokrajowej kampanii wyborczej: ani do parlamentu, ani samorządowej, ani prezydenckiej. Chyba, że mamy, tylko o nie jeszcze nie wiemy.

Marks powiadał, że historia powtarza się dwukrotnie: za pierwszym razem jako burleska, za drugim jako dramat. Nowy Ład Kaczyńskiego literalnie nawiązuje do wielkiego planu reform gospodarczych Roosevelta z 1933 r, który miał USA wyciągnąć (i wyciągnął) z kryzysu. Ale na identyczności tytułów podobieństwa się kończą. Amerykański New Deal był reakcją rządu na bezprecedensowy kryzys ekonomiczny Stanów lat 20-tych ub. wieku. Godzi się przypomnieć, że winą za amerykański kryzys lat 1929 – 1933 ponosi – uwaga! – niefrasobliwa polityka kredytowa banków, która umożliwiała niemal każdemu zaciąganie kredytów. Czy nie brzmi to znajomo? Stosując zasadę „czym się strułeś tym się lecz” filarem amerykańskiego Nowego Ładu było zwrócenie się Prezydenta do banków Systemu Rezerw Federalnych o zwiększenie kredytów o 3 mld ówczesnych dolarów, ale bez pokrycia emisji banknotów w złocie. W celu przeciwdziałania wykupowi złota Roosevelt zdewaluował z początkiem 1941 roku dolara o 41%. Ponadto zawiesił wymienialność dolara na złoto i zakazał wywozu kruszców za granicę.

Amerykański Nowy Ład był bardzo głęboką ingerencją państwa w system finansowy i gospodarczy. Powstał on zresztą w wyniku prac specjalnego zespołu ekonomistów powołanych przez prezydenta. Zapewne jacyś ekonomiści maczali palce w Nowym Ładzie Kaczyńskiego. Jacy – tajemnica.

Aktualne problemy gospodarcze Polski (i trzeba dodać i Europy, gdyż nasze gospodarki są bardzo ściśle ze sobą związane) są o lata świetlne odległe od Wielkiego Kryzysu w Stanach Zjednoczonych w 1929 r. Usiłowanie więc nadania programowi Kaczyńskiego rangi amerykańskiego New Deal jest propagandowym nadużyciem, ale w przypadku PiS to nie dziwi. Propagandowe machlojki to chleb powszedni tej organizacji.

Kaczyński ogłosił swój program w szczególnym momencie. Oto najistotniejsze cechy tego momentu.

1.Trzecia fala koronawirusa opada. Wprawdzie w Polsce najwolniej w całej Europie, ale opada. Czwarta fala zapowiadana jest dopiero na wrzesień.

  1. Pandemia ukazała społeczeństwu katastrofalny stan służby zdrowia, za który w całości już odpowiada PiS. Pandemia wyostrzyła w dodatku, w sposób naturalny, wrażliwość społeczeństwa na poziom opieki zdrowotnej.
  2. Unia Europejska – zakała PiSu – ogłosiła i wdraża plan odbudowy gospodarki europejskiej po pandemii. Kaczyński jest oczywiście gorącym zwolennikiem Unii Europejskiej, ale zarządzanej przez funkcjonariuszy Ordo Iuris i Opus Dei. Sukcesy laickiej Unii trzeba było jakoś w Polsce przykryć.
  3. Morawiecki porozumiał się taktycznie z Unią Europejską w sprawie udziału Polski w Europejskim Funduszu Odbudowy. To porozumienie sprzedawane jest w Polsce jako sukces PiS, a nie Unii. Na marginesie dziwię się Komisji Europejskiej, że nie reaguje na pomijanie przez polski rząd Unii Europejskiej w swojej kampanii informacyjnej.
  4. Europejski plan odbudowy gospodarki niesie ze sobą klimat optymizmu zarówno dla przedsiębiorców jak i pracowników najemnych. Ten klimat trzeba przekuć na klimat wsparcia PiS.
  5. W ostatnich miesiącach pojawiło się szereg poważnych pęknięć w rządzącej prawicowej koalicji. Na to nakładają się małe, duże i ogromne afery gospodarcze i etyczne z udziałem prominentów PiS.
  6. Większość wcześniejszych sztandarowych obietnic PiS, jak na przykład skrócenie postępowań sądowych, które miało nastąpić skutkiem „reformy” wymiaru sprawiedliwości Ziobry nie została zrealizowana. Tek, które zrealizowano, jak program 500+ nie tylko okazały się nieskuteczne, gdyż nie spowodowały wzrostu urodzeń, ale ich wartość zżerana jest przez inflację. Trzeba stare obiecanki zastąpić nowymi.
  7. Metoda kupowania głosów za publiczne pieniądze okazała się skuteczna.
  8. Opozycja parlamentarna jest w całkowitej rozsypce, niezdolna do żadnego wspólnego skoordynowanego działania.
  9. Po przejęciu przez „Orlen” mediów Polska Press PiS objął prawie całkowite władztwo nad polskimi mediami.

Wszystkie te okoliczności nie uzasadniają jednak tego, aby na 2,5 roku przed planowymi wyborami parlamentarnymi ogłaszać program, któremu próbuje się nadać rangę New Deal-u. Może jednak być tak, że ogłoszenie właśnie w obecnej chwili programu Kaczyńskiego jest rodzajem sondy, która ma maksymalnie zmobilizować elektorat PiS i jeszcze go powiększyć. Być może jest tak, że wyniki badań opinii publicznej po ogłoszeniu Nowego Ładu będą dla Kaczyńskiego tak dobre, że zdecyduje się on na wcześniejsze wybory parlamentarne, aby na wznoszącej fali propagandowej osiągnąć swój upragniony cel: parlamentarną większość konstytucyjną. Wtedy dopiero się zacznie.

Być może jest więc tak, że nie wiedząc o tym już znaleźliśmy się w toku nowej kampanii wyborczej.

P.S.

Kiedy Kaczyński woła „PRAWO”! – wychodzi BEZPRAIWE, kiedy woła „SPRAWIEDLIWOŚĆ”! – wychodzi NIESPRAWIEDLIWOŚĆ. Kiedy więc woła ŁAD – wyjdzie bałagan na sto dwa.