List od świata

Ambasador, będący oficjalnym przedstawicielem rządu w obcym państwie nie powinien angażować się w wewnętrzne problemy państwa – gospodarza. Jeżeli zaś to czyni – to musi mieć ku temu bardzo ważne powody. Jedynym po prawdzie powodem, uzasadniającym oficjalną interwencję ambasadora w wewnętrzne sprawy kraju, w którym pełni misję,  może być uznanie, że działania władz tego kraju stanowią zagrożenie dla interesów państwa, którego jest przedstawicielem.  Oczywiście takie interwencje się zdarzają.

Ale jednoczesna interwencja 50-ciu ambasadorów? To wydarzenie bezprecedensowe, to ewenement na skalę światową. A takim ewenementem jest właśnie list 50 ambasadorów do polskiego rządu w sprawie obrony praw społeczności LGBT w Polsce. Pytanie, na które warto szukać odpowiedzi to co skłoniło ambasadorów do takiego radykalnego kroku? Jakie interesy reprezentowanych państw narusz polska praktyka polityczna?

Jeszcze jeden aspekt: trudno sobie wyobrazić, aby ambasadorowie, podpisując to wspólne wystąpienie działali bez porozumienia za swoimi rządami. Jest raczej pewne, że uzyskali na takie działanie zgodę, a więc ich stanowisko należy uznać za stanowisko ich rządów.

Istota problemu leży w tym, że w opinii autorów listu działania polskiego rządu godzą w prawa człowieka, rządząca w Polsce elita polityczna utrzymuje tymczasem i nagłaśnia tezę, że chodzi o  „ideologię”. I w tym jest problem, w odrzuceniu przez polskie elity uniwersalności praw człowieka i sprowadzenie ich do jakiejś „ideologii”. Jeżeli dopuści się do ideologizacji praw człowieka nawet w małym społecznie wymiarze, to otworzy to drogę do szerokiego i uznaniowego w praktyce ograniczania praw człowieka w innych obszarach. Nie należy zapominać, że zbrodnie przeciwko ludzkości dokonywane w epoce kolonializmu uzasadniane były również ideologią – wyższości rasy białej nad kolorowymi. Podobnie z ideologiczną podbudową zbrodni Hitlera i Stalina.

Świat wyciągnął z mrocznej historii wnioski w postaci powszechnie akceptowanych praw  człowieka, a Polska usiłuje do tej przeszłości wracać. I to musi budzić sprzeciw świata wyrażony między innymi w liście ambasadorów. Sprowadzenie praw człowieka do ideologii stanowi zagrożenie dla współczesnych fundamentów ich państw, dla ich społeczeństw. Dlatego interweniują, dlatego protestują.

Politycy prawicy wpadli we własne sidła. Od zarania uprawiają polityczną praktykę zdobywania „rządu dusz” przez kreowanie wyimaginowanych wrogów a siebie na obrońców ludu przed tym wrogiem. Przypomnieć trzeba, że pierwszym wrogiem naznaczonym jeszcze w 2015 r. przez Kaczyńskiego byli Niemcy. Potem Rosjanie, Żydzi, uchodźcy, lekarze, dziennikarze, sędziowie, prokuratorzy. Oczywiście cały czas wrogami byli „komuchy” do których ostatnio zaliczono również polityków Platformy Obywatelskiej. W mnożeniu „wrogów ludu” PiS prześcignął wszystkich. Aż trafiło na środowisko LGBT. Spindoktorzy PiS uznali, że odwołanie się do homofobii części społeczeństwa, do jego zacofania, braku wiedzy o istocie i problemach społeczności LGBT w połączeniu ze zdyskredytowanym pojęciem „ideologia” przyniesie oczekiwane skutki wyborcze. Nie pomylili się, tym bardziej, że uzyskali gorące poparcie polskiego Kościoła Katolickiego, działającego tym razem wbrew swojemu watykańskiemu zwierzchnikowi. Sukces wyborczy został osiągnięty, ale za olbrzymią cenę, którą płacimy my wszyscy.

PiS nie uważa środowiska LGBT za społeczną mniejszość, za pełnoprawną społeczną odrębność. Uważa ich za zwyrodnialców, zboczeńców, co najmniej za ludzi chorych, których należy leczyć. Ponieważ nie może (póki co) wprost, z urzędu i fizycznie występować przeciwko niemu, nadaje swojej misji charakter wojny ideologicznej. To właśnie Prawo i Sprawiedliwość pospołu z polskim Kościołem katolickim ideologizują problem. I w tym punkcie zderzają się z całym światem.

Charakterystyczna jest reakcja polskich władz na „List 50-ciu”. Sprowadza się ona do linii wytyczonej przez Andrzeja Dudę w kampanii wyborczej: „Nie będą nam w obcych językach narzucali jaki ustrój mamy mieć…”. Wystąpienie okoliczność  „Listu” Ministra Sprawiedliwości jest  najlepszym tego przykładem. Z drugiej strony ze wszystkich pisowskich i propisowskich gardeł okrzyki, że Polska jest światowym wzorem poszanowania praw człowieka i wolności. Białe jest czarne, a czarne jest białe.

Najgorsze jednak jest to, że afery wokół pisowskiej nagonce przeciw środowiskom LGBT nie można oderwać od deklaracji samego wodza i ideologa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, który swego czasu grzmiał z trybuny:  „Jeżeli nawet w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie sami – to pozostaniemy! I będziemy tą wyspą wolności, tolerancji…”

Jest w tym coś niepokojąco szaleńczego. To ta łatwość w zupełnie fałszywej interpretacji Słowackiego i traktowanie Polaków jako „kamieni przez Boga rzucanymi na szaniec”. Przeciwko Europie, przeciwko Watykanowi, a jak trzeba przeciwko całemu światu. Takie działanie, to działanie sekciarskie, tyle tylko, że sektą w świecie usiłuje się uczynić cały naród.

Obyśmy tylko nie skończyli jak członkowie sekty „Świątynia Ludu Uczniów Chrystusa”.

Żenada rządzących

Od ponad tygodnia 37. milionowy naród ekscytowany jest przez wszystkie media informacjami, częściej strzępkami informacji spod drzwi budynku przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie, lub innego, przy ul. Parkowej. Dogadali się, czy nie? Na jakich warunkach? Kto odejdzie z rządu, a kto pozostanie? Tym razem osobą nr 1 nie jest Jarosław Kaczyński, lecz „złoty chłopak” Zbigniew Ziobro – Minister Sprawiedliwości i Prokurator Krajowy.  W rządzącej koalicji mocno tąpnęło. Zaczęto straszyć się nawzajem wcześniejszymi wyborami, rządem mniejszościowym itp. Politycy Zjednoczonej (sic!) Prawicy nie przebierali w słowach, starając się dopiec adwersarzowi – do niedawna wiernemu druhowi w bojach z obrzydliwym lewactwem.

Ważnym aspektem kłótni były udziały koalicjantów w grabieniu spółek skarbu państwa przez obsadzanie ich władz swoimi ludźmi, na ogół kompetentnymi inaczej, ale wiernymi i oddanymi. Wujowie, szwagrowie, synowie, córki, żony – wszyscy. Wszak rodzina musi być na swoim – nieprawdaż?

Nepotyzm Zjednoczonej Prawicy nie tylko osiągnął wymiar kosmiczny. On stał się regułą, zasadą. Kiedyś, kilka lat temu popularne było powiedzenie, zwłaszcza wśród samorządowców, że w obecnych czasach tylko głupiec się nie zadłuża. Dzisiaj tylko głupiec nie rozmieszcza swoich krewnych i znajomych na atrakcyjnych, państwowych posadach. Można mieć obawy, że nie chodzi już tylko o zwykłe dbanie o swoich. Najprawdopodobniej obsadzanie swoimi jest dzisiaj rodzajem przepustki do kasty rządzącej: nie obsadzasz – jesteś niepewny, niegodny zaufania.

Istotą kłótni w koalicji jest więc to, które ugrupowanie ile ma wyszarpać z tego postawu płótna, którym jest Rzeczpospolita, oraz to kto zapewni sobie szanse w najbliższych wyborach parlamentarnych.

Żenada, żenada i jeszcze raz żenada. Jedynym logicznym wyjaśnieniem tej całej awantury może być dążenie Kaczyńskiego do uchwalenia za wszelką cenę kuriozalnej, haniebnej ustawy o bezkarności pisowskich polityków i spacyfikowanie ambicji Ziobry. Tymczasem „walcząc o swoje” Zbigniew Ziobro publicznie postawił ustawie veto. Nie zareagował pan minister od sprawiedliwości zaraz po tym, jak taki projekt ujrzał światło dzienne, nie darł szat na posiedzeniach rządu, nie grzmiał na konferencjach prasowych. Wykorzystał swoje veto instrumentalnie, jako dźwignię nacisku na Kaczyńskiego domagając się większej liczby łupów. Oczywiście ma to związek z ambicjami Ziobry objęcia sukcesji po Kaczyńskim – nowy lider musi wszak okazać skuteczność w zabiegach o swój dwór i akolitów.

Jak można się było spodziewać z dużej chmury ledwie pokropiło. Ogłoszono koniec konfliktu, a jedyną ważną zmianą jest zapowiedź wejścia Jarosława Kaczyńskiego do rządu w roli wicepremiera bez teki. To w istocie oryginalne rozwiązanie. Po pierwsze jest ono w sprzeczności z zapowiedziami rządu dokonywania cięć w administracji. Tymczasem jednak funduje się Narodowi nowy urząd. A nie chodzi przecież o gabinet, biurko, telefon i samochód z kierowcą. Taki wicepremier, nadzorujący kluczowe dla państwa resorty (sprawiedliwości, administracji i spraw wewnętrznych oraz ministerstwo obrony) a przy tym szefujący  nowemu komitetowi bezpieczeństwa będzie potrzebował sztabu asystentów i zastępów doradców różnej maści. Nie koniec na tym. Aby taki super-wicepremier mógł efektywnie urzędować muszą zostać stworzone nowe procedury komunikowania się wewnątrz rządu i pomiędzy rządem a Prezydentem. Niewątpliwie bowiem Kaczyński, jeśli obejmie zakres kompetencji, o którym się mówi, istotnie osłabi pozycję Prezydenta kraju w takich sprawach jak wojsko, obronność i bezpieczeństwo.

Jest jeszcze jedna ciekawostka związana z tym novum. Wicepremier Kaczyński będzie miał swojego formalnego zwierzchnika w osobie Premiera Morawieckiego, który ostatnie lata owocnie spędził na publicznym pianiu peanów na temat prezesa PiS i upraszaniu się o jego łaski przekraczając w tym znacznie standardy zwykłego lizusostwa. Kasztany przeciw orzechom że ta zwierzchność będzie iluzoryczna. W istocie nastąpi osłabienie pozycji również Premiera polskiego rządu. Współczuć można będzie tylko polskim partnerom za granicą, którzy formalnie kontaktować się będą musieli z Morawieckim ale pilnie obserwować będą co w danej sprawie ma jego podwładny.

Gdyby te gierki nie dotyczyły naszego kraju można by uznać je za egzotyczne i zabawne. Niestety tak nie jest.

Jest jednak nadzieja. Koalicja w istocie nie tylko popękała, ale przez czas jakiś przestała istnieć. Wychodzi na to, że udało się ją posklejać z powrotem. Ale rozbita filiżanka, choćby nie wiedzieć jak kunsztownie sklejona nigdy nie odzyska pierwotnej urody ani nigdy nie odzyska swoich walorów użytkowych. Zawsze pozostanie już rozbita, choć sztucznie jeszcze połączona.

Kaczyński słupem?

Kaczyńskiego należy słuchać – jego publiczne wypowiedzi często mają drugie dno. Już prawie wszyscy zapomnieli jego słynną myśl wypowiedzianą z trybuny sejmowej 18 października 2018 r.: „Nas nie przekonają, że białe jest  białe a czarne jest czarne”. Uznano to za lapsus językowy, ale czy zasadnie? Praktyka komunikacji PiS z elektoratem w 100% potwierdza, że PiS tą zasadą kieruje się na co dzień. Ostatnią próbkę tej praktyki zafundował nam niejaki Jaki, eurodeputowany, który kilka dni temu przekonywał Parlament Europejski że „strefy bez LGBT w Polsce to prowokacja lewicy, która wywiesza takie tablice na granicach miast”. Nie zająknął się nasz dzielny przedstawiciel o finansowej rekompensacie, jaką bezprawnie funduje jego były szef – minister nomen omen sprawiedliwości – gminom, które utraciły wsparcie finansowe ze środków UE wskutek przyjęcia uchwał ich organów samorządowych ogłaszających ich teren „wolnym od LGBT”. I tak jest wręcz co dnia: ludzi przekonuje się, że czarne jest białe, a białe jest czarne. Dlatego złota myśl Kaczyńskiego mogła nie być lapsusem lecz podświadomym, niekontrolowanym wyjawieniem tej pisowskiej metody robienia ludziom wody z mózgu.

Ale przed tą wypowiedzią była jeszcze inna. Otóż w 2017 r. Jarosław Kaczyński, przy okazji wystąpienia  na jakiejś miesięcznicy katastrofy smoleńskiej zagrzmiał z trybuny: „Jeżeli nawet w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie sami – to pozostaniemy! I będziemy tą wyspą wolności, tolerancji…” Już w tej wypowiedzi widać wyraźnie zasadę: białe jest czarne, a czarne jest białe. Ale nie o to teraz chodzi. Chodzi o tą wyspę. Czy przypadkiem Kaczyński mówiąc o wyspie inspirowany był myślami o jakiejś konkretnej?

Tak się bowiem stało, że w tym samym roku zwykły poseł Jarosław Kaczyński wystąpił do Rady Miasta Świnoujście o oddanie mu w dzierżawę wyspy Wielki Krzek, leżącą w obszarze miasta i będącą częścią Wolińskiego Parku Narodowego i będącą częścią Obszaru Natura 2000. Oto ta wyspa:

 

 

Rada Miasta poszła zwykłemu posłowi na rękę, wyspę przekazano w dzierżawę i jak stwierdził do mediów rzecznik prezydenta Świnoujścia: „Z informacji, jakie posiadamy, wynika, że prezes PiS zamierza wybudować na wyspie ośrodek wędkarski, w którym nie tylko będzie spędzał czas wolny, ale także udostępni go ministrom i posłom”.

Z kilku powodów tej transakcji należy przyjrzeć się z największą uwagą.

Po pierwsze: po co Kaczyńskiemu, osobie schorowanej, dźwigającej w bólach swój ósmy krzyżyk taka „długoletnia” dzierżawa? Li tylko dla zaspokojenia swoich wędkarskich namiętności? Aby kilka razy w roku pomoczyć kija w Zalewie?

Po drugie: w ustawie o gospodarce nieruchomościami nie występuje pojęcie „długoletnia dzierżawa”. Ustawa przewiduje wydzierżawienie terenu na okres lat trzech lub bezterminowo. Należy domniemywać, że w tym przypadku J.Kaczyński wydzierżawił wyspę Wielki Krzek bezterminowo.

Jak ogłosił wspomniany rzecznik prasowy: „- Na razie nie możemy ujawnić szczegółów planowanej inwestycji oraz warunków na jakich teren będzie dzierżawiony, jednak mogę zapewnić, że miasto zdecydowanie na tym skorzysta”. Wniosek Kaczyńskiego o bezterminową dzierżawę musiał zawierać uzasadnienie, które podzieliła Rada Miasta (jej uchwała w takiej sprawie indywidualnej dzierżawy musi być uzasadniona). Z enuncjacji rzecznika prasowego prezydenta Świnoujścia wynika, że na wyspie prowadzona będzie inwestycja: wędkarski ośrodek wypoczynkowy (WOW) dla ministrów i polityków.

To z kolei prowadzi do kolejnych pytań: kto będzie inwestorem? Kaczyński osobiście? Raczej nie. Więc kto? Orlen? KGHM? Radio Maryja? Ośrodek taki wymaga nie tylko niemałych  nakładów inwestycyjnych, lecz również sporych nakładów na jego bieżące utrzymanie – bez wątpienia będzie jakąś formą działalności gospodarczej. Kto wówczas płacić będzie podatki od nieruchomości?

Lokując na posiadanej działce WOW Kaczyński będzie musiał prowadzić ewidencję podatkową, chyba, że przekona administrację podatkową, że WOW nie jest formą działalności gospodarczej. Więc czym będzie? Instytucją non profit fundującą pisowskim urzędnikom wypoczynek za friko?

Po trzecie: okoliczności związane z tą dzierżawą. Wyspa Wielki Krzek jest niezamieszkała. Bez dróg, bez prądu, wody, kanalizacji. „Prezes zamierza wybudować…” Budowanie na niej jakiegoś ośrodka wiązać się musi z poważnymi inwestycjami infrastrukturalnymi. Kto je poniesie? Zwykły poseł Kaczyński? Jacyś utajnieni sponsorzy?  A może to władze miasta zobowiązały się do doprowadzenia na własny koszt do wyspy prądu, wody i systemu kanalizacyjnego (wszak nie wypada aby ministrowie i posłowie chodzili do „sławojki”)? A jeżeli nie miasto, to z pewnością nie zwykły poseł, gdyż nawet jeśli od wielu lat nie ponosi kosztów swojego utrzymania to i tak zgromadzone w ten sposób oszczędności nie wystarczą nawet na pokrycie drobnej części takich przedsięwzięć inwestycyjnych.

Po czwarte wreszcie: czy, a jeżeli tak to na jakich zasadach uregulowano w umowie dzierżawnej kwestie pierwokupu. Już dzisiaj poseł Brudziński oznajmia w mediach społecznościowych, że w sierpniu „Kaczyński dokonał inspekcji swojej wyspy”. Swojej wyspy – choć w świetle prawa nie jest jej właścicielem a tylko posiadaczem. Ale otoczenie Prezesa uważa go już za właściciela.

Tak czy inaczej szczegóły umowy dzierżawy wyspy Wielki Krzek z obywatelem Jarosławem Kaczyńskim powinny bezwzględnie zostać upublicznione. Tylko wówczas uzyskać będzie można odpowiedź na część powyższych pytań.

Z tych odpowiedzi wyłonić się powinna też odpowiedź na pytanie zasadnicze: czy w tych tańcach wokół Wielkiego Krzeku Jarosław Kaczyński nie pełni roli pospolitego słupa na nazwisko i pozycję którego kamaryla pisowska planuje budowę swojego partyjnego ośrodka?

Oczywiście ośrodka wędkarskiego, w którym uczyć się będzie pisowskich adeptów polityki łowów parlamentarnych. Na żywca, na blachę, na kukurydzę lub robactwo.

I nie zdziwię się też, gdy któregoś dnia dowiemy się, że wyspa zmieniła nazwę. Na: Wyspa Wolności i Tolerancji.

Może być tylko gorzej

Wybory Prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej zakończone. Kurz opadł. Emocje nie. Prezydentem została, ponownie wybrana na druga kadencję osoba, która sama w sobie jest zaprzeczeniem wartości, przymiotów i cech, jakimi – chciałoby się – powinien charakteryzować się prezydent prawie czterdziestomilionowego państwa w sercu Europy, narodu o ambicjach i ego rozbudzonych do poziomu Czomolungmy. Prezydentem został człowiek ostentacyjnie zależny od jednej partii politycznej, bez charyzmy, bez wizji nowoczesnej Polski, wyzuty z poczucia wstydu, a nade wszystko patron i czynny współsprawca demolowania polskiego demokratycznego państwa prawnego, łamania ustaw i Konstytucji.

Andrzej Duda jest drugim polskim prezydentem powtórnie wybranym na tą godność. Pierwszym był Aleksander Kwaśniewski. Już sam fakt powtórnego wyboru narzuca porównanie tych dwóch prezydentów, porównanie, które samo w sobie jest jedną wielką ironią naszej historii, kpiną historii z nas, Polaków. To tak, jakby musieć porównywać orła do – pardon – kaczki. Ale najwybitniejszy polski Prezydent, który wprowadzał Polskę do NATO, do Unii Europejskiej, który był współtwórcą nowej, polskiej Konstytucji nie ma w kraju Izby Pamięci. A Andrzej Duda ma – w Końskich, dla upamiętnienia podpisania na peronie tamtejszego dworca kolejowego jakiejś ustawy. Nie zdziwię się, gdy za kolejne pięć lat w podręcznikach szkolnych to właśnie Duda prezentowany będzie jako największy polski prezydent od 1918 r.

No, ale cóż – stało się, choć mogło być inaczej, lepiej. Nie będzie. Co więc będzie?

Wybory Prezydenta Polski w 2020 r nie były wyborami uczciwymi. Wszyscy widzieli i wiedzieli, że sztab wyborczy Andrzej Dudy tworzył cały rząd, rządowa administracja i państwowe środki masowego przekazu (masowej propagandy i hejtu). Ministrowie straszyli wyborców konsekwencjami przegrania kandydata PiS i przekupywali ich podarkami sypanymi jak z rękawa. Podarkami płaconymi oczywiście przez wszystkich podatników. Stara, wypróbowana metoda bata i marchewki. Fakt, że mimo tego wygrana demokratycznej opozycji była w zasięgu ręki skłania do głębokich refleksji. Dzisiaj w komentarzach opozycji dominuje oczywiście tonacja, że jest wspaniale, że następnym razem się uda. Wątpię w to.

Wybory prezydenckie Anno Domini 2020 r. kładą kres politycznemu bytowi, jakim jest Platforma Obywatelska. Trudno sobie dzisiaj wyobrazić jeszcze większą mobilizację sił prodemokratycznych w Polsce niż ta, która pod sztandarami tej partii miała miejsce w II turze wyborów. Przy całym szacunku dla Rafała Trzaskowskiego i jego sztabu, przy całym szacunku dla wszystkich, którzy angażowali się w jego kampanię i na niego głosowali, prawda jest taka, że oferta opozycji dla Polaków nie zyskała akceptacji większości wyborców. PO, będąca głównym motorem tej kampanii straciła moc w swoich silnikach napędowych. Oczywiście PO, lub jakieś partie powstałe po jej rozkładzie, pozostaną w parlamencie robiąc za demokratyczną paprotkę za prezydialnym stołem PiS-owskiego marszałka Sejmu, ale PO okazała się nieskuteczną i wiara w jej skuteczność maleć będzie z miesiąca na miesiąc.

Wygrana Andrzeja Dudy jest tak naprawdę wygraną Jarosława Kaczyńskiego. To on uzyskał wynik wyborów dyskontować będzie jako ostateczne poparcie społeczeństwa dla swojej misji wyrażonego w „demokratycznych” wyborach. Tak – misji, gdyż Kaczyńskim nie kieruje jakiś szczegółowy program, jakaś strategia, ale właśnie misja. Historyczna misja tworzenia nowego polskiego państwa, nowego polskiego społeczeństwa, na bazie ultrakonserwatywnych, historycznych wartości, pod prąd cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju świata.

Kaczyński zapewne doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że najbliższe wybory parlamentarne będą ostatnią wielką kampania polityczną, którą na drodze do realizacji swojej misji przyjdzie mu poprowadzić. Dlatego wynik wyborów Dudy bezwzględnie wykorzysta on do uzyskania jak najlepszego wyniku swojej formacji w wyborach parlamentarnych za trzy lata. Dzisiaj ma wszystkie karty w ręku. Zagrozić mu może tylko i wyłącznie jakiś wielki krach gospodarczy, gwałtowne obniżenie poziomu życia. Ale i na taką okoliczność Kaczyński jest przygotowany. Wszak poprawka do ustawy o Wojskach Obrony Terytorialnej zakazująca użycia tej formacji przeciwko „wrogowi wewnętrznemu” została przez PiS odrzucona. Pardonu nie będzie. Zwiastunem jest zapowiedź wypowiedzenia przez Polskę (Kaczyńskiego) Konwencji Stambulskiej. Bandytyzm prawny rozszaleje się na dobre. Wczorajszy przykład z sejmowej Sali, kiedy to wiceminister proponuje przyjęcie ustawy zwalniającej z odpowiedzialności decydentów, którzy bez prawnej podstawy wydali 70 milionów złotych jest najlepszym przykładem nowych standardów gospodarowania pieniędzmi publicznymi. Nawet, jeśli zdarzy ci się, mówi PiS,  premierze, ministrze wyrzucić w błoto kilkadziesiąt, kilkaset milionów złotych – nie martw się. Przyjmiemy odpowiednią ustawę i po krzyku. W końcu to my – PiS – jesteśmy Prawem i Sprawiedliwością w jednym! Nowy, lepszy PiS-owski standard.

Ale nie tylko. Kaczyński już bez kamuflaży, wprost, odmawia prawa bycia Polakiem myślącym inaczej niż on. Dawno, dawno temu popularne było zawołanie: „Kto nie z Mieciem tego zmieciem”. Dzisiaj, po wypowiedzi Kaczyńskiego dla Polskiego Radia można je parafrazować na „Kto nie z Kaczorem tego toporem” lub „Kto nie z PiS ten na zwis”. Wypowiedzią tą Kaczyński przypieczętował i podniósł do rangi oficjalnej doktryny rządzących rozłupanie polskiego społeczeństwa na, jak to często w publicystyce się nazywa, dwa plemiona: to lepsze, popierające PiS i to gorsze, niepodzielające jego celów, niezasługujące na miano bycia polskim. Od tego zdania wypowiedzianego przez dyktatora wieje grozą. Jakim to impulsem, natchnieniem będzie ono dla „starej gwardii” PiS a jakim dla neofitów, których z pewnością nie zabraknie, w ich codziennej, mozolnej pracy? Tym bardziej, że wódz zapowiada trudną drogę. Walka zaostrza się w miarę postępów w budowie nowej Polski – zdaje się mówić  Kaczyński.

Nagminne łamanie przez Prezydenta Dudę Konstytucji, przekręty osób sprawujących władzę i ich rodzin na setki milionów złotych, powszechny nepotyzm i uzależnienie awansu od poparcia PiS, niszczenie wymiaru sprawiedliwości, ośmieszanie Polski na międzynarodowej arenie – to tylko niektóre obszary kardynalnych przewin PiS. W normalnym, demokratycznym państwie jeden taki casus byłby wystarczający dla upadku rządu, dla nowych wyborów. W Polsce afery PiS nie robią najmniejszego wrażenia na jego elektoracie, zdają się wręcz umacniać tą formację.

Dwa polskie plemiona: lepszy i gorszy sort dawno utraciły możliwość rozmowy, dialogu. Unik Andrzeja Dudy przed dialogiem z kontrkandydatem Trzaskowskim urasta do symbolu tego, jak bardzo rozmijają się języki tych plemion, jak daleko jest do poważnej, wspólnej debaty. Na marginesie: Okrągły Stół, ten jakże brutalnie sponiewierany przez prawicę, jest na tym tle niedoścignionym wzorem polskiej kultury politycznej. Niestety, nie tylko o język chodzi. Wszyscy mamy przed oczami dwie, niemal jednoczesne migawki telewizyjne. Na jednej z nich Przewodniczący Rady Europejskiej i Przewodnicząca Komisji Europejskiej jako wielki sukces zakończonego szczytu budżetowego ogłaszają powiązanie wydatków budżetowych z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowskich, a na drugiej premier Morawiecki i premier Orban ogłaszają, że żadnych takich ustaleń nie podjęto. To oczywiście nie jest ani błąd Morawieckiego, ani jego niezrozumienie podpisanych dokumentów. Od sześciu lat PiS prowadzi bardzo konsekwentną politykę propagandową, żywcem skopiowaną z polityki amerykańskiej stacji Fox News.  Dwie główne zasady tej polityki to: po pierwsze, niezależnie od medium i niezależnie od pytania, zawsze mów do PiS-owskiego elektoratu, a po drugie: zawsze mów to, co ten elektorat chce lub co powinien usłyszeć. Lata żelaznej konsekwencji w realizacji tych zasad przez prawicowych polityków wszystkich szczebli wsparte wierną służbą Polskiego Radia i Telewizji Polskiej oraz olbrzymią prawicową machiną propagandową z Radiem Maryja na czele sprawiły, że wspomniane dwa plemiona polskie nie tylko nie mają wspólnego języka, ale żyją w dwóch różnych światach. Różnych i nieprzystających do siebie, a wręcz wzajemnie się wykluczających. Wirtualny świat, jakim PiS otoczył swoich wyznawców jest wprawdzie oparty na kłamstwach, półprawdach, na szczuciu i odczłowieczaniu przeciwników politycznych, na medialnych manipulacjach, ale będzie bardzo trudny do skruszenia, zwłaszcza po zapowiadanym triumfie PiS nad niezależnymi od Nowogrodzkiej mediami.

Wygranie wyborów prezydenckich dostarczyło obozowi prawicy dodatkowych argumentów i narzędzi do rozmontowywania Unii Europejskiej, czyli do realizacji jednego z ważniejszych strategicznych celów misji Kaczyńskiego. Powszechnie dzisiaj sypią się ze strony polskiej opozycji narzekania pod adresem UE, że ta, w trakcie niedawnego szczytu budżetowego nieskutecznie broniła praworządności w Polsce. Lider polskiej lewicy nazwał nawet osiągnięte w Brukseli porozumienie „zgniłym kompromisem”. To bardzo niewyważona i błędna opinia. Unia dla praworządności w Polsce zrobiła więcej niż sami Polacy dla siebie. Jestem przekonany, że wynik szczytu budżetowego byłby inny, gdyby w Polsce prezydentem został Rafał Trzaskowski. Unia potrzebowała choćby szansy na to, że w Polsce możliwy jest z prawdziwego zdarzenia partner do budowy wspólnoty. Wybór Andrzeja Dudy przekreślił tą szansę, umocnił antyunijną politykę Stanów Zjednoczonych.

Znów wracamy do leninowskiego pytania: „Co robić?” Jak powinien zachować się człowiek, który nigdy nie da się skusić do poparcia PiS, a który nie wyjedzie za granicę ani nie uda się na wewnętrzną emigrację? PO nie stworzyła i prawdopodobnie nie wydali już z siebie żadnej realnej, wiarygodnej alternatywy dla dyktatorskich rządów PiS. Utraciła wiarę niepisowskich wyborców w swoją skuteczność a jej liderzy zszarzeli, spowszednieli, zgrali się.  To otwiera pole wzmożonej aktywności dla szeregu innych opcji politycznych, w tym i lewicy. Pierwszym odruchem przegranych są póki co umizgi do elektoratu PiS. To oczywiście prawda, że tych wyborców nie można nazywać „biomasą”, „stadem baranów” itp. To niedopuszczalne i karygodne. Ale też nie można, jak to uczynił jeden z lewicowych liderów jednym niemal tchem bronić elektoratu PiS i jednocześnie wyzywać elektorat PO od „głupawych wyznawców”. Chciałoby się, aby odpowiedzialność w polityce znaczyła odpowiedzialność.

Oczywiście istotnym dla rozwoju sytuacji w Polsce będzie to, czy uda się utworzyć ponadpartyjny blok obrony demokracji, skupiający partie i ruchy polityczne jednoznacznie stojące na gruncie Konstytucji, wolności obywatelskich i prawa.  Szczególna jednak będzie pozycja i postawa polskiej lewicy. Wybory prezydenckie są dla lewicy największą porażką ze wszystkich dotychczasowych. Nie tylko dlatego, że Robert Biedroń nie dorównał wynikiem Magdalenie Ogórek. Program wyborczy Biedronia szybko zwekslowany został przez media jako program wąski kulturowo, którego osią są sprawy obyczajowe. Lewica nie przebiła się ze swoją alternatywą, ze swoją społeczną i państwowo-twórczą misją, a przecież to było głównym powodem startu kandydata lewicy w tych wyborach. Wynik lewicy to również poważny cios w nową formę jej funkcjonowania, od roku usilnie propagowaną przez kierownictwo SLD. Przypomnę, że zakłada ono tworzenie nowej partii typu komitetowego, czyli takiego, gdzie na co dzień działają tylko krajowy i regionalne komitety zajmujące się przygotowaniem kolejnych wyborów (reelekcji) dotychczasowego partyjnego establishmentu na wzór Stanów Zjednoczonych. A członkowie? Partia ma mieć tyle członków ile uzyskanych głosów w wyborach powszechnych. Przy takim ujęciu sprawy zjazd w ciągu roku z 12%  do niespełna 3%  wyborczego poparcia stawia poważne znaki zapytania nad tą koncepcją organizacyjną.

Ale ważniejsza jest kwestia merytorycznej odpowiedzi lewicy na wynik wyborów prezydenckich. Spektakularnej porażce lewicy towarzyszyło równie spektakularne umocnienie się Zjednoczonej Prawicy i ekstremalnie antylewicowej, nacjonalistycznej formacji Konfederacja Wolność i Niepodległość. Jak w tej sytuacji powinien zachować się Sojusz Lewicy Demokratycznej, parlamentarny klub Lewica? Są trzy możliwości. Pierwsza to uznanie, że „rodacy – nic się nie stało” i kontynuowanie dotychczasowej działalności – byle do kolejnych wyborów, jakoś to będzie. Druga, bardzo myślę kusząca dla niektórych droga, to próba zastąpienia na scenie politycznej Platformy Obywatelskiej, choćby przez głoszenie: my będziemy robić wprawdzie to samo, ale lepiej, bardziej demokratycznie i socjalnie. Wreszcie trzecia droga, to rozpoczęcie poważnych prac nad lewicową alternatywą dla Polski. Jakościową i oryginalną alternatywą, będącą odpowiedzią polskiej lewicy na wyzwania XXI wieku, a nie kopią bądź makijażem dotychczasowych programów lub programów innych partii. To oczywiście najtrudniejsza droga. Już dzisiaj zapowiadana jest przez kierownictwo SLD listopadowy Kongres Polskiej Lewicy, którego efektem ma być taki program.  Trzy miesiące, w tym sezon wakacyjny, to moim zdaniem zdecydowanie za mało, aby taki odpowiedzialny program przygotować. Posłużę się jednym przykładem. Co zrobić z tak zwaną służbą zdrowia? Piszę „tak zwaną”, gdyż od dawna nie jest to „służba” a biznes zdrowia. Koncepcja, że pieniądze będą szły za pacjentem i komercjalizacja usług zdrowotnych skompromitowała się, przyczyniła się do zapaści opieki zdrowotnej, do osłabienia dostępu do lekarzy, leków i procedur medycznych dla większości Polaków. Jak ten problem rozwiązać systemowo? Czy lewica zaproponuje odwrócenie zwrotów w kierunkach polityki zdrowotnej stawiając zdrowie Polaków jako cel główny i jemu podporządkowując gospodarkę, edukację i politykę? To tylko jedno z zagadnień.

Lewicowa alternatywa jednoznacznie powinna określić rolę i zadania państwa – nawet, gdyby wiązało się to z potrzebą zmiany Konstytucji. Nie da się jednak moim zdaniem stworzyć wiarygodnej dla lewicowo zorientowanej części polskiego społeczeństwa alternatywy eksponując wstyd i niechęć do słowa socjalizm, bez sięgnięcia do niezbywalnych osiągnięć realnego socjalizmu właśnie w ochronie zdrowia, edukacji czy kulturze. Żeby nie było wątpliwości – nie proponuję restytucji minionego ustroju. Jestem jednak przekonany, że z minionego okresu można wyciągnąć wiele dobrych, praktycznych wniosków i wskazówek realizując cel: państwo dla obywatela, a nie na odwrót.

Chciałbym bardzo, aby zapowiadany, wielotysięczny ponoć Kongres Lewicy zakończył się przyjęciem nowej, lewicowej alternatywy dla Polski, nowej, odważnej, oryginalnej, postępowej myśli, zdolnej porwać młodzież, wskazać jej lepszą przyszłość. Jeżeli tak się nie stanie, jeżeli kongres się odbędzie i zakończy się jak zawsze, w sposób niezauważalny dla Polaków, to będzie tylko gorzej.

 

Pod osłoną wirusa

Pod osłoną walki z epidemią koronawirusa dzieją się w Polsce bardzo złe rzeczy. Rok 2020 niewątpliwie przejdzie do annałów jako rok pandemii koronawirusa sar-cov-2. Ten nowy wirus, który na zawsze już zagnieździł się w naszym biosystemie poraził wszystkie przestrzenie ludzkiej aktywności, odcisnął swoje piętno nie tylko na stanie zdrowia fizycznego, ale i na psychice ludzi, ich sposobie myślenia, patrzenia na otaczający świat i jego problemy. Nawet jeśli ogłoszony zostanie koniec epidemii długo jeszcze podanie ręki na przywitanie uruchamiać będzie podświadome hamulce.

Sars-cov-2 weryfikuje ludzkość. Sprawdza nie tylko naszą odporność immunologiczną, ale również psychiczną, sprawdza trwałość więzi społecznych, sprawdza jakość usług publicznych w tym przede wszystkim opieki zdrowotnej, sprawdza gotowość systemów ekonomicznych do ochrony ludzi przed totalnym zarażeniem. Wirus weryfikuje również systemy polityczne i polityków.

Generalna diagnoza sytuacji jest tyle prosta co okrutna. Pomimo setek tysięcy ekspertów z naukowymi tytułami, tysięcy specjalistycznych ośrodków naukowych, międzynarodowych organizacji zajmujących się ochroną zdrowia w skali ogólnoświatowej, pomimo wielu doświadczeń, zima znowu zaskoczyła drogowców, Tyle, że w skali makro. Okazało się, że nieliczne rządy zdały egzamin z odpowiedzialności za przygotowanie się na zagrożeni, które wisiało i pewnie, w zupełnie innej postaci znów wisi jak miecz Damoklesa nad ludzkością. Okazało się, że demokracja, jaką znamy, jaka wydawała się bezalternatywna, była systemem wyłącznie na dobre czasy, na pogodę. Komercjalizacja wyborów władz publicznych, oddanie ich w pacht skomercjalizowanych mediów i specjalistów od wciskania ludziom kitu jeszcze bardziej wspomagały tą cechę. Liczył się tylko medialny sukces, skuteczność potwierdzona obrazkiem i komentarzem w telewizji lub/i w Internecie. Przykładów można mnożyć setkami tysięcy, że wspomnę tylko jeden: „wejście smoka”  Premiera Donalda Tuska, który w 2009 r., wobec  ujawnienia afery hazardowej, w którą zamieszani byli jego ministrowie, w ciągu tygodnia przeforsował przez parlament ustawę całkowicie likwidująca hazard na automatach o niskich wygranych, „wybawiając” w ten sposób społeczeństwo od tego potwora. Czy wybawił? Nie, ale efekt był. Wówczas 7 dni na ustawę Tuska było terminem zwalającym z nóg, gwałtem na systemie legislacyjnym. Następcy Tuska, wykazali, że był on „małym Kaziem”. Swoje superważne dla PiS ustawy Kaczyński przeprowadzał w kilka godzin .

Pandemia dotarła do świadomości Pis-owskich polityków w trakcie kluczowej dla PiS  – wobec porażki tej partii w wyborach do Senatu – kampanii wyborów Prezydenta RP. Dotarła z opóźnieniem, gdyż jeszcze na początku lutego ministrowie rządu Morawieckiego w trakcie posiedzenia senackiej komisji zdrowia bagatelizowali problem, zapewniali pełnym przygotowaniu kraju na takie sytuacje, o braku zagrożenia i apelowali do senatorów o niesianie paniki. Pandemia zaskoczyła PiS w dwójnasób. Po pierwsze wirus zmiótł uśmiechy samouwielbienia z twarzy ministrów demaskując fatalny stan polskiego systemu ochrony zdrowia. Fatalny pod każdym względem: kadrowym, organizacyjnym i sprzętowym. Polskie instytucje odpowiedzialne za politykę zdrowotną okazały się całkowicie nieprzygotowane na taką sytuację. Po drugie szybko okazało się, że skutki pandemii będą szerokie, głębokie i długotrwałe, co spowodowało, że partia Kaczyńskiego podjęła strategiczną decyzję: na pierwszy miejscu wśród celów działań okołoepidemicznych uznano nie walkę z wirusem, racjonalną, ochronę społeczeństwa i gospodarki ale cele polityczne: doprowadzenie za wszelką cenę do majowych wyborów prezydenckich i przepchnięcie „pod osłoną koronawirusa” kontrowersyjnych rozwiązań, jak to o możliwości nakładania przez prokuratora 3-miesięcznego aresztu na osoby objęte postępowaniem przygotowawczym czy zaostrzenie prawa aborcyjnego. Celem nadrzędnym było oczywiście doprowadzenie do wyborów majowych wbrew wszystkim i wszystkiemu, na siłę, łamiąc nie tylko ustawy, Konstytucję, ale  wbrew odczuciom i obawom większości społeczeństwa, wbrew autorytetom medycznym i prawnym.

Rząd nie był w stanie wypracować własnej strategii walki z koronawirusem. W swoich działaniach chaotycznie ale za to przesadnie gorliwie naśladował rządy innych państw, zwłaszcza gdy idzie o blokady granic i restrykcje wobec obywateli i gospodarki. Morawiecki nie wiedział dokąd prowadzi kraj tymi działaniami. Nie sformułował żadnych jasnych kryteriów odwoływania nakładania restrykcji. Dokładnie natomiast znał cele polityczne: wybory w maju 2020.  Temu i tylko temu celowi podporządkowano działania instytucji podległych rządowi. Zastosowano dwie dźwignie: strach i propagandę skuteczności.

W pierwszym rzędzie rząd Morawieckiego wprowadził embargo na informacje o sytuacji epidemicznej w kraju. Kto ma informację – ten ma władzę, wiadomo. W ten sposób karmieni jesteśmy codziennie informacją „o liczbie zakażonych osób”, „o przyroście zakażonych” itp. Tymczasem są to liczby o ujawnionych na skutek testów liczbie osób, u których wykryto koronawirusa. Ile jest w Polsce osób zakażonych – nikt tego nie wie. Tymczasem eksperci podają różne szacunki liczby zarażonych: od 10 do nawet 100 razy większej w stosunku do liczby ujawnień. Tymczasem szacunek tej liczby, a dokładnie zmiana jej wartości w czasie powinien być podstawowym parametrem określającym strategię antywirusową. Liczbą ujawnionych zakażeń łatwo jest manipulować: przez ograniczenie liczby testów. Polska zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Europie pod tym względem. Instrumentalne sterowanie przez rząd informacjami o sytuacji epidemicznej obnażył Prezydent Warszawy konfrontując oficjalnie podawaną liczbę zgonów w mieście z czterokrotnie większą liczbą aktów zgonu „z powodów koronawirusa” rejestrowanych w Urzędzie Miejskim. Tłumaczenie resortu było znamienne i głupie: w statystykach wykazuje on tylko stałych mieszkańców Warszawy. Ale i ta liczba – według UM jest ponad dwukrotnie mnijesza od rzeczywistej. Afera wokół liczby zgonów w stolicy godna jest uwagi z wielu powodów. Po pierwsze rząd nie rozliczył się z tego, gdzie, w których miastach, ujęto zgony 24 osób. Po drugie – zaniżając liczbę zgonów w Warszawie rząd demaskuje brak jakiejkolwiek strategii w walce z pandemią. Już pierwszy rzut oka na dane statystyczne (nawet te oficjalne) pokazuje, że epidemia koronawirusa to przede wszystkim problem dużych miast, aglomeracji – a to powinno być ważną okolicznością braną pod uwagę przy opracowywaniu strategii. Dlatego rejestracja zgonów według ich faktycznego miejsca jest nie tylko naturalna, ale i racjonalna. Dlaczego rząd postępuje inaczej? Po trzecie wreszcie cały system zbierania informacji pozbawiony jest społecznego (czytaj: medialnego) nadzoru. Jest po prostu totalnie niewiarygodny.  UjawnianeS luki w systemie ochrony antywirusowej, na przykład dramaty w domach opieki społecznej, spotykają się z bezczelną, obnażającą cały cynizm i pogardę dla ludzi publiczną wypowiedzią znamienitego pisowskiego polityka Giżyńskiego: „DPS-y to nie jest sprawa PiS, myśmy ich nie zakładali. To wymysł Platformy”.

Nawet radziecka technika zaprzęgnięta została do wyborczej kampanii PiS. Symbolem propagandy skuteczności stała się obecność samego Premiera i jego świty przy lądowaniu na Okęciu największego samolotu transportowego świata (konstrukcji radzieckiej) An-225. Patrz Narodzie! Oto największy na świecie samolot dostarcza Ci upragnione maseczki! To my – rząd, Premier i ministrowie to sprawiliśmy!

Żenada. Żaden kraj – o ile mi wiadomo nie korzysta z usług ukraińskiego kolosa dla transportu maseczek z Chin. Ponoć koszty takiej usługi An-225 są aż 11 razy większe od kosztów normalnego Cargo. Ale nie o koszty tu chodzi. Tu chodzi o efekt, o twardy dowód skuteczności władz. Tym bardziej, że za transport rząd nie płaci z kasy budżetowej, tylko ze swojej podręcznej skarbonki, jaką uczynił sobie ze spółki skarbu państwa.

Strach, poczucie zagrożenia potęgowane są specyfiką polityki represji prowadzonej przez rząd. Leśniczy odganiający mieszkańców wioski otoczonej lasami od tych lasów jest syntezą tej polityki.  Mnożenie restrykcji i obostrzeń, niemal codzienne komunikaty o ich zmianach i interpretacjach głupich rozporządzeń – to sprawy na co dzień dominujące w eterze. – Co dzisiaj wprowadzili?  – Co poluzowali? Tym żyje kraj. Wszystko wskazuje na to, że rząd pełnymi garściami czerpie z żydowskich mądrości i w czyn wciela przypowieść o kozie rabina. Mnożyć zakazy, nakazy, restrykcje aby potem je triumfalnie znosić (bez żadnych merytorycznych uzasadnień) – to droga do „przedwyborczej normalności” do stanu, w którym można będzie triumfalnie ogłosić, że wybory mogą się odbyć! Obawiam się bardzo, że PiS tak rozmiłował się w trzymaniu społeczeństwa na smyczy, w wymyślaniu i nakładaniu ograniczeń, że nieprędko będzie chciał całkowicie z nich zrezygnować.

Tą okrutną tezę o podporządkowaniu problemu zdrowotnego bezpieczeństwa Polaków politycznym celom PiS  potwierdza granicząca z obłędem determinacja Kaczyńskiego w torpedowaniu naturalnej propozycji wprowadzenia stanu nadzwyczajnego w Polsce. Decyzja taka równoznaczna byłaby z decyzją o przesunięciu wyborów prezydenckich. Forsowanie powszechnego, obowiązkowego głosowania korespondencyjnego na kilka tygodni przed oficjalnym terminem wyborów to szaleństwo, to łamanie Konstytucji, to doprowadzenie najważniejszego politycznego aktu obywateli do farsy. Ale nie ma dla Kaczyńskiego ceny, którą jest gotów zapłacić za utrzymanie władzy. Stany nadzwyczajne, dokładnie stany klęski żywiołowej wprowadzane były w Polsce wielokrotnie – na ograniczonym powodzią czy na przykład suszą obszarze. Wówczas zagrożone bywało zdrowie i mienie ograniczonej liczby ludzi. Dzisiaj zagrożone jest zdrowie całej populacji, zagrożona jest cała gospodarka, rząd nie ma jakiegokolwiek pomysłu jak wyjść z tego głębokiego kryzysu. Ale dla rządzących nie są to wystarczające argumenty. Ich cynizm pokazuje się i w tym, że wprowadzając coraz to nowe restrykcje rząd de facto wprowadzają stan nadzwyczajny – tyle tylko, że niesformalizowany. Politycy PiS jawnie i cynicznie głoszą, że przeprowadzenie wyborów w maju „jest niezbędne dla utrzymania stabilności władzy publicznej w czasie kryzysu”. Czyli zmiana w Pałacu Namiestnikowskim, jaka prawdopodobna jest w przypadku przesunięcia wyborów o kilka miesięcy, uznawana jest przez PiS za destabilizację władzy publicznej a warunkiem „utrzymanie stabilności” jest ponowny wybór Andrzeja Dudy na urząd Prezydenta . W ten sposób „walka” z koronawirusem stała się głównym argumentem za odnową prezydenckiej kadencji najgorszego od 30 lat Prezydenta Polski.

Wybory pod przymusem

Kilkukrotnie we wpisach podnosiłem problem obligatoryjnego uczestnictwa obywateli w wyborach władz publicznych. Rozwiązanie takie przyjęło kilka krajów europejskich. Powszechny i obowiązkowy udział w wyborach jest  jednym z filarów ustrojowych demokracji obywatelskiej. Jesteś obywatelem, jesteś członkiem wspólnoty – twoim obowiązkiem jest branie współodpowiedzialności za wybór tych, którym powierzamy kierowanie wspólnotą. Jasne, proste.

Tyle tylko, że taki obowiązek, będący – jak powiedziałem – jednym z filarów ustroju państwa, powinien być określony w Konstytucji.

Prawo i Sprawiedliwość zafundowało nam powszechny, obowiązkowy udział w wyborach prezydenckich. Tyle tylko, że to, co powinno być przedmiotem regulacji konstytucyjnej, przepchnięto zwykła ustawą, której projekt zgłosiła grupa posłów. Przepchnięto w trybie superekspresowym, przechodząc od razu do drugiego czytania, a więc bez dyskusji w komisjach problemowych. Tryb projektu poselskiego jest nagminnie nadużywany przez obecną większość parlamentarną. Projekty większości ważniejszych ustaw uchwalanych w ostatnich pięciu latach, chociaż pisane w rozmaitych ministerstwach lub w Kancelarii Premiera, wnoszone były do Laski Marszałkowskiej przez grupę posłów. Projekt poselski nie musi spełniać wielu wymogów, które, w imię zapewnienia najwyższych standardów legislacyjnych i spójności ustawodawstwa spełniać muszą projekty rządowe. Między innymi projekt taki nie podlega konsultacjom społecznym bądź zawodowym, nie jest opiniowany przez żadne z biur legislacyjnych (rządu lub Sejmu), nie musi zawierać opinii o zgodności z prawem Unii Europejskiej.

Dzisiaj cała Polska była świadkiem patologii, do jakiej doszło w polskim parlamencie. Najpierw, w trybie „inicjatywy poselskiej” procedowano projekt istotnie zmieniający ordynację wyboru Prezydenta RP. Projekt nie uzyskał większości, więc przepadł. Ale tylko na chwilę, gdyż bardzo szybko pojawił się nowy, o treści niemal identycznej, poselski projekt ustawy, który tym razem, czterema głosami rządzącej koalicji udało się przepchnąć. Powtórzę: chodzi o doniosłe regulacje o charakterze konstytucyjny, przyjmowane zwykłą ustawą, i to w ciągu kilku godzin, bez żadnych opinii specjalistów od prawa wyborczego, konstytucjonalistów czy legislatorów!

PiS, czego się dotknie, wszystko zamienia w … błoto. Tak też stało się ze szlachetną skąd inąd ideą obywatelskiego obowiązku wyborczego. Sejm uchwalił ustawę zmieniającą zasadniczo Kodeks wyborczy, nakładając na obywateli nie tylko obowiązek uczestnictwa w wyborach, ale również grożący surowymi karami (do 3 lat więzienia!) za „nieodebranie, lub zatrzymanie w domu pakietu wyborczego”. Większość sejmowa uchwaliła ją nie zaprzątając sobie głowy tym, czy nowa regulacja należycie zabezpiecza takie podstawowe prawa obywatelskie jak tajność wyborów i równość. Żadnej możliwości nie stworzono posłom opozycji, aby ci, sięgając po opinie ekspertów, utwierdzili się w tym, że nowe, rewolucyjne zasady nie otwierają dróg do manipulacji i oszustw wyborczych. Do łez przerażenia doprowadziła mnie kandydatka na wicepremiera, minister Emilewicz, która na pytanie dziennikarki, co z doręczaniem pakietu osobom, które nie zamieszkują na stałe pod adresem wskazanym jako miejsce stałego zameldowania odparła dziarsko: „Myśmy to też przewidzieli! Każda taka osoba będzie mogła (powinno być raczej: musiała. J.U.) udać się do stosownego urzędu i pobrać pakiet”. Udać się do urzędu i pobrać pakiet w dobie szalejącej epidemii, nie mając żadnej pewności, czy pakiety te i osoby je wydające wolne są od wirusa sars-cov-2! Z jednej strony rząd zamyka lasy przed obywatelami „w trosce o ich zdrowie”, a z drugiej zagania do urzędów – bo jak nie to 3 lata paki!

Obowiązek udziału w wyborach, określony w Konstytucji zatwierdzanej ostatecznie w ogólnonarodowym referendum to nie to samo, co wprowadzany zza węgła, nieczystymi metodami przymus wyborczy. Przymus w sytuacji, kiedy de facto nie toczy się żadna kampania wyborcza  i tylko jeden, jedynie słuszny kandydat ma do swojej dyspozycji rządowe stacje telewizyjne i radiowe, kiedy Polacy skupiają się na tym, czy będą nadal mieli pracę, czy będą mieli środki finansowe na życie, czy będą mieli zapewnioną opiekę zdrowotną w przypadku jakiejkolwiek choroby, czy wreszcie im samym uda się uniknąć zarażenia koronawirusem.

I w ten sposób jedna z najszlachetniejszych form demokracji obywatelskiej zmieniona zostaje przez PiS w farsę wyborczą, w kpinę z państwa i z jego obywateli. Dzisiaj PiS dokonało kolejnego, zbiorowego gwałtu na polskiej demokracji.

Z brzytwą w ręku

Opętańcza szarża Jarosława Kaczyńskiego mająca utorować drogę do reelekcji obecnego Prezydenta trwa. Wbrew wszystkim i wszystkiemu, wbrew Konstytucji, opiniom ekspertów prawnych i epidemiologów, wbrew zdrowemu rozsądkowi, wbrew opinii publicznej podstawowym zasadom przyzwoitości. Z zastępami wiernych mameluków, nie przebierając w środkach i w kosztach, również tych najwyższych – ludzkiego życia i zdrowia,  Prezes Prawa i Sprawiedliwości zagonić chce wierny mu elektorat do wyborów. Swój elektorat, gdyż na dobrą sprawę wystarczy, że w przypadku powszechnego bojkotu tych wyborów zagłosują tylko członkowie komisji wyborczych, aby Andrzej Duda mógł święcić „triumf” a Kaczyński mógł wszystkim pokazać „gest Lichockiej”.

W ciągu ostatnich kilkunastu dni PiS, brutalnie łamiąc wyroki Trybunału Konstytucyjnego i Regulamin Sejmu, ogłosiło trzy projekty zmian Kodeksu Wyborczego. Nie po raz pierwszy Kaczyński demonstruje swój stosunek do polskiego parlamentaryzmu, zamieniając salę sejmową na taśmę produkcyjną bubli prawnych, potworków legislacyjnych przyjmowanych w maksymalnym pośpiechu, bez żadnych poważnych dyskusji, konsultacji, najlepiej późną nocą. Tak zmasakrowanego parlamentaryzmu i parlamentu, upokorzonego, obdartego z godności, powagi i znaczenia Polska nie widziała od czasów przedrozbiorowych.

Wybory 10 maja nie powinny się odbyć – to jest oczywiste dla większości Polaków. Dyskusja publiczna, toczona w mediach skupia się wyłącznie na kwestiach organizacyjno – prawnych. Są one oczywiście niezwykle istotne, ale w ferworze tej dyskusji ginie sprawa zasadnicza: znaczenia i charakteru aktu wyborczego.

Oddanie głosu w wyborach to wzięcie udziału w procesie podejmowania najważniejszych decyzji dotyczących kraju, decyzji przekazania zadań działania dla dobra wspólnoty narodowej w demokratycznym państwie. Udział w wyborach, każdych, w tym również prezydenckich, to jednocześnie akt brania swego rodzaju indywidualnej współodpowiedzialności za przyszłość kraju.

Oddanie głosu w wyborach, aby spełniły one należycie swoją rolę, powinno być finałem, kulminacją ogólnonarodowej dyskusji, prezentowania programów, celów i strategii. To ta dyskusja przywieść ma każdego z nas do podjęcia indywidualnej, obywatelskiej decyzji, której finałem jest kartka wrzucona do urny. To swego rodzaju święto demokracji.

Tymczasem dramat, jaki ściągnęła na świat i Polskę epidemia wirusa sars-cov-2 wywrócił wszystko do góry nogami. Sparaliżowana została cała kampania wyborcza wszystkich – prócz jednego, jedynie słusznego, kandydatów. Ale najważniejsze jest to, że epidemia całkowicie zdominowała umysły i czyny ludzi. Zamknięte szkoły i uczelnie, bankructwa zakładów pracy, narastając bezrobocie i drożyzna przy topniejących jak śnieg zasobach rodzin zamkniętych w swoich mieszkaniach, zapaść systemu opieki zdrowotnej, skutkująca odwoływaniem zabiegów medycznych, badań i medycznych konsultacji – wszystko to sprawia, że uwaga ludzi skupiona jest wokół jednej, zasadniczej kwestii: jak uniknąć zarażenia i jak przeżyć.  Jak przeżyć w coraz bardziej dramatycznej egzystencjalnie sytuacji, z której drogi wyjścia rządzący nie potrafią wskazać. Obywatele raczeni są przez rząd komunikatami, że najgorsze, w sensie epidemiologicznym dopiero przed nami, że głęboki kryzys gospodarczy jest nieunikniony i jednym tchem deklaracjami, że wybory prezydenckie 10 maja się odbędą.

Nawet, jeżeli te wybory w jakiś sposób zostaną przeprowadzone, to nie będą one miały żadnej mocy nie tylko z oczywistych powodów prawnych. Nie będą one miały społecznej mocy i znaczenia, gdyż obywatele, wyborcy, nie mieli warunków do podjęcia przemyślanej, odpowiedzialnej, indywidualnej decyzji wyborczej.

Zgłoszenie przez Jarosława Kaczyńskiego, na miesiąc przed wyborami, kuriozalnego projektu zmian w Kodeksie wyborczym dosłownie demolującego cały, przez 30 lat doskonalony system, kreujący miliony pytań o wykonalność, rzetelność i uczciwość wyborów, będący niezbitym dowodem pogardy Kaczyńskiego dla wyborców, których dosłownie zapędzić chce do wyborów, odczytać można jako chwytanie się brzytwy przez tonącego. Pytanie tylko za co Kaczyński usiłuje złapać: za ostrze brzytwy czy za rękojeść. Szaleńca, dążącego po trupach do władzy stać na wszystko.

Dokąd prowadzi nas PiS?

Pandemia wirusa sars-cov-2 i powodowana przez niego choroba COVID-19 sparaliżowała społeczeństwa, rządy, parlamenty i gospodarkę. Zasadnicze pytanie: dlaczego ta właśnie epidemia, nie pierwszego przecież koronawirusa, który atakuje ludzi, powoduje takie spustoszenie w wielu wymiarach życia człowieka wciąż czeka na odpowiedź. Wirus rozprzestrzenia się bardzo łatwo, ale 80% zarażonych zwalcza go bezobjawowo lub z objawami bardzo słabymi. Śmiertelność wśród zakażonych jest na poziomie śmiertelności na skutek grypy. O co więc chodzi? Dlaczego zamykane  są szkoły, uczelnie, zakłady produkcyjne i usługowe, szpitale? Dlaczego zamykane są granice pastwa i ludzie w swoich domach?

Dokąd prowadzi nas rząd? Tego nie wie nikt, nawet Premier Morawiecki. Opartą na powszechnej kwarantannie strategię walki z epidemią przyjętą przez rząd  można by zrozumieć, gdyby została uzasadniona, gdyby powiedziano: wprowadzamy ostre restrykcje, ale dzięki nim oczekujemy, że wtedy to a wtedy nastąpi poprawa sytuacji i powrót do normalności. Żadnego takiego scenariusza rząd nie przedstawił. Nie przedstawił – gdyż go nie ma. Zamiast tego serwuje się obywatelom kolejne rygory i cynicznie uzasadnia się je tym, że poprzednie zdały egzamin! Trzeba powiedzieć wprost: rząd nie wie dokąd nas prowadzi. Nikt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie kiedy skończą się ograniczenia, kto i kiedy je odwoła.

Mało tego. Obecna sytuacja z jezuicką przewrotnością wykorzystywana jest przez PiS do umacniania swojej autorytarnej władzy. Przykładem jest bandycka próba ministra Ziobro wykorzystywanie „koronawirusowej” specustawy do BEZTERMINOWEGO przyznania prokuratorom prawa nakładania 3-miesięcznego aresztu domowego na osoby objęte już nie śledztwem, ale tylko postępowaniem przygotowawczym.  W powodzi tysięcy gigantycznych skandali autorstwa PiS i ten pewnie przejdzie i przez Sejm i bez echa. PiS nie wie dokąd prowadzi społeczeństwo, dokąd prowadzi gospodarkę, ale dobrze wie dokąd sam dąży – właśnie do władzy autorytarnej.

Wydawać by się mogło, że epidemia koronawirusa spadła Jarosławowi Kaczyńskiemu jak z nieba. Pozycja wyborcza partyjnego kandydata na Prezydenta RP zaczęła się chwiać, perspektywa niepisowskiego prezydenta, niebędącego bezmyślnym notariuszem Grupy Trzymającej Władzę, grupy, która na sumieniu ma cały wór deliktów konstytucyjnych i zwyczajnych przestępstw jak czarna zmora zaczęła śnić się po nocach. I nagle pojawia się ON, wybawca, wirus sars-cov-2! Przecież Kaczyński do perfekcji wyćwiczył technikę manipulowania społeczeństwem przez kreowanie najpierw jego śmiertelnych wrogów, a później siebie, na Wielkiego Wybawiciela i Obrońcę Narodu. Kaczyński bez zastanowienia więc dosiadł tego konia. Tyle tylko, że koń go poniósł.

A miało być tak ładnie. Rząd PiS, zastraszywszy wpierw ludzi,  dzielnie stawia czoła wirusowi, Andrzej Duda wygrywa wybory w pierwszym terminie. Ale sprawa wymknęła się spod kontroli. Najpierw ujawniony został – jak to zwykle w sytuacjach kryzysowych – rzeczywisty stan służby zdrowia. Rażące nieprzygotowanie organizacyjne i proceduralne, braki zaopatrzenia w elementarne środki ochrony osobistej personelu medycznego, chaos i bałagan powszechny. Wyszło na jaw, że wieloletnie skrobanie do kości budżetu państwa na wyborcze kiełbaski PiS pozbawiło to państwo realnych możliwości obrony społeczeństwa w sytuacjach nadzwyczajnych.

Na światło dzienne wychynęła jeszcze jedna, poważna wielce sprawa. Koronawirus sar-cov-2 obnażył z całą bezwzględnością parodię systemu zarządzania antykryzysowego w państwie. Doniosłą, o strategicznych, wieloletnich konsekwencjach decyzję o de facto zamrożeniu państwa, jego gospodarki, komunikacji, usług i instytucji rząd podjął bez żadnej debaty parlamentarnej, bez żadnej konsultacji chociażby z Radą Bezpieczeństwa Narodowego. Biały koń nie mógł czekać.

A przecież  są jeszcze ludzie! Zamknięci w swoich mieszkaniach, przestraszeni wirusem, przestraszeni kurczącymi się zasobami finansowymi, często przestraszeni  perspektywą utraty pracy. Już wiadomo, że na dwóch tygodniach kwarantanny się nie skończy, gdyż w zgodnej opinii ekspertów najgorsze, czyli gwałtowny wzrost zakażeń jest jeszcze przed nami.

Tymczasem rząd nie ma bladego pojęcia jak i kiedy zakończy się ten realny stan wyjątkowy w Polsce. Najpierw kwarantanna 2-tygodniowa, potem przedłużenie do Wielkiej Nocy. Może rząd liczy na cud wielkanocny? Tymczasem specjaliści są jednoznaczni: epidemia skończy się, gdy do powszechnego użytku wejdzie szczepionka przeciwko sars-cov-2, a to nie nastąpi wcześniej niż za 18 miesięcy. Wielodzietna rodzina zamknięta na półtora roku w niewielkim mieszkaniu? Czy ktoś sobie to wyobraża? Póki co rząd usiłuje odwlec w czasie apogeum zachorowań i spłaszczyć krzywą zakażeń poniżej poziomu wydolności systemu opieki zdrowotnej.

Bez odpowiedzi pozostaje pytanie w jakich warunkach wycofane zostaną nałożone na obywateli i przedsiębiorców ograniczenia. Kiedy cofnięty zostanie zakaz zgromadzeń, kiedy przywrócona zostanie normalna praca przedsiębiorstw, kin, teatrów. Przecież negatywne skutki ogólnokrajowej  kwarantanny ujawniać się będą coraz powszechniej i coraz gwałtowniej. Czym się to skończy? Wojskiem na ulicach?

PiS nie wie dokąd prowadzi kraj, ale wie dokąd sam chce dojść. Absolutnym priorytetem są więc dla partii Kaczyńskiego wybory prezydenckie. Wprowadzone przez rząd rygory w znakomity sposób ograniczyły kampanię wyborczą wszystkich, za wyjątkiem Andrzeja Dudy, kandydatów. Ten korzysta pełnymi garściami z możliwości jakie daje mu pozycja Prezydenta i partyjne środki masowego przekazu. Jarosław Kaczyński odrzuca więc naturalne rozwiązanie, jakim byłoby w tej sytuacji przyjęcie przez Sejm ustawy o stanie nadzwyczajnym – oznaczałoby to bowiem konieczność przełożenia wyborów na późniejszy termin. W maju, wystraszone społeczeństwo zagłosuje na kandydata władzy. Za kilka miesięcy, kiedy w pełni ujawnią się społeczne i gospodarcze skutki działania tej władzy – może być różnie. Dlatego Kaczyński, ryzykując oskarżenie o naruszenie artykułu 165 Kodeksu Karnego, bezwzględnie prze do utrzymania terminu 10 maja, chociaż nic nie wskazuje na to, aby do tego czasu zniknęły przesłanki na podstawie których wprowadzono w Polsce stan epidemiczny.

Wielu komentatorów zachodzi w głowę jak to jest, że z jednej strony PiS faktycznie wprowadza stan nadzwyczajny, że nic nie zapowiada, aby 10-go maja Polska uwolniona została od wirusa sar-cov-2, wręcz przeciwnie – spodziewana jest jego dalsza ekspansja, a z drugiej strony PiS odrzuca propozycje wprowadzenia stanu nadzwyczajnego i upiera się przy majowym terminie wyborów. Skoro mądrzejsi ode mnie nie potrafią dać jasnej odpowiedzi na to pytanie pozwolę sobie na spekulację.

Nie wykluczam otóż, że szukając wyjścia z pułapki, w którą PiS się wpakował, Kaczyński próbować będzie ucieczki do przodu. Coraz częściej spotkać można poważne publikacje kwestionujące skuteczność prób przeniesienia na grunt Unii Europejskiej drastycznych, chińskich metod walki z wirusem. Coraz częściej słychać opinie, że nie stan zakażenia tym wirusem uznać należy za społecznie niebezpieczny, a powikłania, których może on być przyczyną. Innymi słowy, tak, jak to jest praktykowane w Szwecji i częściowo w Wielkiej Brytanii zakłada się, że siły i środki pomocy medycznej i socjalnej państwa powinny być kierowane nie do całego społeczeństwa, ale do grup podwyższonego ryzyka powikłań z tytułu zarażenia wirusem sar-cov-2 i do osób cierpiących na powikłania po tym zarażeniu. A więc do osób starszych, schorowanych, o obniżonej odporności immunologicznej. Osobiście dostrzegam w takim podejściu dużą dozę racjonalizmu, o czym pisałem we wpisie z 16. marca b.r.  „Karton, papier mâché, propaganda”. Przy obecnej praktyce rządu nikt nie jest w stanie przewidzieć ile dodatkowych, nie związanych z koronawirusem istnień ludzkich pociągnie za sobą dezorganizacja służby zdrowia, zamykanie oddziałów szpitalnych, odwoływanie zabiegów medycznych, wstrzymywanie procedur leczniczych. Nikt nie jest w stanie przewidzieć skutków gospodarczych rządowej strategii walki z koronawirusem: wzrostu bezrobocia, bankructwa przedsiębiorców, spadku PKB, spadku dochodów samorządów terytorialnych i wielu, wielu innych. Wiadomo tylko, że koszty będą wysokie i wiadomo kto za nie zapłaci. Jedynym wyjściem, prędzej czy później, będzie więc powrót na ścieżkę racjonalizmu.

Ucieczka PiS do przodu może więc wglądać tak, że gdzieś w okolicy Świąt Wielkanocnych, ogłaszając publicznie i z fanfarami wielkie sukcesy dotychczasowych działań, rząd ogłosi przejście do „kolejnej fazy” czyli do tej właśnie ograniczającej zdecydowanie krąg społeczeństwa, który państwo obejmie specjalną antywirusową opieką. Że będzie to faktyczne wycofanie się z obranej drogi? Że będzie to faktyczne przyznanie się do błędnych decyzji? Nikt tak jak PiS nie opanował sztuki przekuwania swoich wielkich porażek w jeszcze większe sukcesy. Tak może być i tym razem, a uwolniony z aresztu lud radośnie  przystąpi do pracy i zakupów i radośnie wybierze kandydata PiS na Prezydenta.

Rozwiązanie takie będzie poważnym problemem i dla mnie. Z jednej bowiem strony uznaję, że rząd, dla dobra Polski i Polaków,  powinien czym prędzej wycofać się ze zbyt pochopnie obranej drogi i powrócić na drogę racjonalizmu w walce z koronawirusem. Z drugiej strony uważam, że najwyższy czas przywrócić powagę, godność i konstytucyjne znaczenie urzędowi Prezydenta RP i niezwłocznie dokonać zmian na tym urzędzie. Co jest ważniejsze? Ważniejsze jednak w tej sytuacji jest społeczeństwo i gospodarka. Jeżeli nawet Duda zostanie ponownie wybrany, to, zważywszy na okoliczności i kontekst takiego wyboru, zostanie on na zawsze Prezydentem „Wstyd”, marionetką przepchaną kolanem z pogwałceniem zasad demokracji, symbolem rzeczywistego stosunku PiS do „ukochanego” suwerena.

„Dążyć do celu po trupach” – to określenie odnosi się do metody postępowania nieliczenia się, przy całej bezwzględności, ze środkami na drodze do obranego celu, ale także do określenia charakteru osoby hołdującej takiej zasadzie. W potocznym języku takie określenie było rodzajem metafory – rzadko tyczyło trupów jako takich. Tak było do 10 kwietnia 2010 r. gdyż od tego dnia cała metafora prysła. Od tego dnia „religia smoleńska”, polityczne żerowanie na ofiarach smoleńskiej  katastrofy, a przede wszystkim śmierci Lecha Kaczyńskiego, wyniosły jego brata Jarosława do niemal absolutnej władzy w Polsce. Czy 10 maja 2020 r. będzie potwierdzeniem charakteru i metod postępowania prezesa PiS? Się okaże.

Dalej nie ma już nic

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda ogłosił stan okupacji kraju przez Unię Europejską. Prezes wszystkich prezesów, wychodząc z kościoła po nabożeństwie w intencji swojej matki (ciekawe, kiedy będzie nabożeństwo w intencji ojca) wezwał naród do „odparcia zamachu na naszą suwerenność”. Jasne jest już jakie będzie główne hasło na sztandarach PiS w prezydenckiej kampanii wyborczej: „brońmy naszej suwerenności, brońmy naszej wiary”.

Odwołanie się do stanu zagrożenia suwerenności kraju – skąd, w potocznym odbiorze tylko mały kroczek do stanu zagrożenia niepodległości – to w istocie, paradoksalnie, stan zagrożenia PiS-owskiego establishmentu. Wezwanie do „obrony suwerenności i wiary” to najwyższa półka środków mobilizowania społeczeństwa. PiS widocznie uznało, że sytuacja jest na tyle krytyczna, że wszystko postawić należy na jedną kartę, że sięgnąć należy po broń największego kalibru. Dalej nie ma już nic.

PiS sprawowało niepodzielną władzę przez 4 lata, po uzyskaniu poparcia niespełna 19% uprawnionych do głosowania. Przyjmowanie ustaw, również tych o charakterze ustrojowym, w ciągu kilku godzin, bez należnych konsultacji społecznych, często wbrew opiniom parlamentarnych służb legislacyjnych stało się „znakiem firmowym” tej partii. Stało się również manifestacją instrumentalnego traktowania prawa przez PiS oraz wyrazem hołdowania zasadzie faktów dokonanych w polityce. Prezes Kaczyński miał przez cztery lata władzę absolutną. Władzę podbudowaną świetną sytuacją gospodarczą i wodospadem na miarę Niagary obietnic przedwyborczych.  Po czterech latach takiej władzy, w obliczu kolejnej, bardzo ważnej kampanii wyborczej  PiS nie chce jednak odwoływać się do swoich  sukcesów i osiągnięć, a mówiąc wprost: ucieka z tego pola konfrontacji z opozycją. Nic dziwnego. Sejmowa debata budżetowa z 8 stycznia 2020 r. a zwłaszcza świetne wystąpienie Włodzimierza Czarzastego uzmysłowiła Kaczyńskiemu zapewne, że to pole jest dla nich przegrane. Obietnice wyborcze okazały się blefem, premier kraju zyskał przydomek wierutnego kłamcy, instytucje rządowe obrastać poczęły śliską, śmierdzącą warstwą korupcji, nepotyzmu, demoralizacji. Ostateczny cios zadał Kaczyńskiemu jego wierny sługa Marian Banaś okopując się wbrew, politycznym interesom PiS, w gabinecie Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Nie chce więc PiS rozmawiać z „suwerenem” w trakcie kampanii wyborczej o tym, dlaczego zamiast obiecanych 200 000 mieszkań komunalnych wybudowano niespełna 900, dlaczego kolejki do lekarzy specjalistów znacząco się wydłużyły, dlaczego skróceniu uległ statystyczny czas życia Polaka, dlaczego czas oczekiwania na wyrok sądowy zamiast obiecywanego skrócenia wydłużył się, dlaczego obszar nędzy w Polsce, pomimo gospodarczej prosperity, powiększa się dlaczego wreszcie we wszystkich przekazach rządzących dominuje kłamstwo i naigrywanie się z inteligencji rodaków. Nie chce PiS rozmawiać o wzroście cen, tym na dziś i tym na jutro, będących oczywistymi skutkami podwyżek cen energii elektrycznej. PiS, tak bardzo wrażliwy medialnie na śmierć pojedynczego człowieka nie chce rozmawiać o niepotrzebnych zgonach tysięcy Polaków na skutek wzrostu zanieczyszczenia powietrza, braków w dostępności do leków i procedur leczniczych w onkologii, o „naturalnej selekcji” w liczonych już w latach kolejkach do niektórych lekarzy specjalistów, samobójstw z przyczyn ekonomicznych.

Wszystkie te problemy Jarosław Kaczyński postanowił przykryć zagrożeniem najwyższych wartości. Zagrożeniem w ewidentny sposób wyimaginowanym, wirtualnym, medialnym – w żadnym razie rzeczywistym.

Za Kaczyńskim dzielnie kroczy Andrzej Duda, który w krytyce międzynarodowych środowisk prawniczych i uznanych w świecie prawniczych autorytetów PiS-owskiej „reformy” wymiaru sprawiedliwości, sprowadzającej do wzięcia pod polityczny but upatruje zamachu na ustrój i suwerenność Polski. Trudno o większą parodię. Wszak środowiska te, w tym Komisja Wenecka, wskazują na odchodzenie PiS-u od polskiej Konstytucji. W szarży na niezależność sędziów Prezydent polski nie przebiera w słowach. W ostatnim swoim wystąpieniu publicznym  grzmiał podniecony go granic wytrzymałości guzika u kołnierza koszuli o „potrzebie eliminacji ze środowiska sędziowskiego czarnych owiec, tych, którzy nie umieją zachować się uczciwie”. Oczywiście wzorcem prawniczej uczciwości jest sam doktor praw Andrzej Duda, który w pierwszych dniach swojej prezydentury wydał akt łaski osobie nieskazanej, po to, aby nie musiała stawać przed sądem i aby mogła objąć jedno z najważniejszych stanowisk w polskim rządzie. Z pewnością nie miał też Prezydent Duda na myśli tych „wybitnych prawników”, wiceministrów będących wzorem cnót uczciwego zachowania, którzy z Ministerstwa Sprawiedliwości uczynili hejterską centralę lub tych, którzy (prawdopodobnie) sfałszowali listy poparcia kandydatów do KRS. Spirala nienawiści, judzenia, szczucia się rozkręca. Minister Ziobro zamiast pierwszy, w imię transparentności władzy, pokazać publicznie listy poparcia do KRS, usiłuje uczynić z sędziego Juszczyszyna przestępcę, gdy ten wykonując czynności procesowe chce zapoznać się z osławionymi „listami Ziobry”.

Hasło obrony suwerenności ma dzisiaj postać obrony Polski przez międzynarodowymi standardami niezależności wymiaru sprawiedliwości. Czy ta nowa fala nienawiści wylewająca się z ust Kaczyńskiego, Ziobry, Dudy, Jakiego, Szydło i wielu innych PiS-owskich prominentów kiedyś opadnie? Obawiam się, że nie. Obawiam się, że wyzwoli ona naśladowców, wielokrotnie bardziej gorliwych i bezwzględnych. Dramat Prezydenta Adamowicza nikogo w PiS niczego nie nauczył. Jedyna nadzieja w tym, że Polacy, Naród, nie są tak głupi za jakich biorą ich PiS-owscy przywódcy i spindoktorzy.

Bat, albo mordy w kubeł!

12 grudnia 2019 r. Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło swego rodzaju stan wojenny na terenie całego kraju. Wojnę wypowiedziano niezależnemu sądownictwu, a w ten sposób i całemu społeczeństwu. Już od dawna odbywały się różne harce, potyczki, mniejsze lub większe bitwy. Teraz jednak nastąpiła eskalacja, przejście na wyższy poziom, rozpoczęcie starcia decydującego i otwartej konfrontacji z Unią Europejską. Stało się tak za sprawą publikacji 12. grudnia 2019 r. projektu ustawy o zmianie ustawy „Prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw”. Trzeba głośno powiedzieć, że zamierzana ustawa jest aktem wobec stanu sędziowskiego na wskroś represyjnym. Ustawa sprowadzić ma polski system sądowniczy do organu administracyjnego posłusznie wykonującego polecenia władzy politycznej i wykonawczej, wsłuchany w oczekiwania i życzenia tej władzy. Wprowadzenie w życie zapisów projektu spowoduje odsianie sędziów niezależnych, wiernych misji wyznaczonej dla nich w Konstytucji a pozostawienie i nabór sędziów politycznie oddanych PiS oraz wszelkiej maści oportunistów, karierowiczów i koniunkturalistów. Jakość stanu sędziowskiego poleci na łeb na szyję.

Trudno znaleźć właściwe słowa, którymi należałoby opisać działania PiS. Nawet najcięższe przekleństwa, obelgi nie są w stanie oddać całej ohydy, podłości i szkodnictwa zarazem działań Prezydenta RP i politycznych władz PiS w ich walce z niezależnymi sądami. Gdy widzę i słyszę Andrzeja Dudę, który z wybałuszonymi oczami, nabrzmiały i zaczerwieniony od złych emocji obraża niezależnych polskich sędziów wskazując ich jako wrogów Narodu i zapowiadającego rozprawienie się z nimi, gdy czytam projekt wyżej wspomnianej ustawy – nie mam wątpliwości. To wojna bezpardonowa, w której władza brać jeńców nie będzie.

Dawno temu pisałem, że Prawo i Sprawiedliwość, wszczynając wojny na różnych frontach, znalazło się w klasycznej sytuacji „szyszki w rectum”. Poruszać można się tylko w jedna stronę, lecz efekty będą coraz dotkliwsze i coraz bardziej bolesne. Ale PiS nie ma wyjścia, nie może dopuścić do utraty władzy. Będzie jej bronił za wszelką cenę. Nie może dopuścić do rozliczeń gospodarczych i politycznych afer, których liczba tych poważniejszych dawno już przekroczyła 100, a złotówkowe wartości strat idą w miliardy. PiS nie może dopuścić do tego, aby obywatele mogli korzystać z prawa do wzruszania orzeczeń sądów wydanych przez dotknięte wadą prawną składy sędziowskie. Liczba takich spraw zbliża się do 100 tysięcy. Dlatego ujarzmienie, wzięcie pod but całego wymiaru sprawiedliwości od początku stało się głównym celem Nowogrodzkiej i przyległości.

Projekt wspomnianej ustawy jest szeroko komentowany przez prawników i polityków, więc ograniczę się tylko do dwóch jej wątków. Pierwszy to art. 107 projektu: „Art. 107. § 1. Sędzia odpowiada dyscyplinarnie za przewinienia służbowe (dyscyplinarne), w szczególności za: oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa, w tym odmowę stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z Konstytucją lub umową międzynarodową ratyfikowaną za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny;

Ten przepis ustanawia ni mniej, ni więcej tylko nadrzędność polskiego systemu prawnego nad systemem unijnym. Powoływanie się sędziów na orzeczenia TSUE staną się podstawą do wszczęcia wobec nich postępowania dyscyplinarnego, o ile w danej sprawie nie wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny. Trybunał, który – o czym pamiętać trzeba we dnie i w nocy – jest dzieckiem publicznego, zbiorowego i wielokrotnego gwałtu PiS na Konstytucji i na szeregu ustaw. Ten gwałt, to także gwałt na tych wszystkich Polakach, którzy w referendum zatwierdzili Akt Zasadniczy. To znamienne, że tak wrażliwe na postawy „suwerena” PiS wyciera sobie nos wynikami referendum w 1997 r., w którym prawie 54% Polaków biorących w nim udział powiedziało Konstytucji TAK.

Wspomniany przepis oraz szereg innych, rażąco sprzecznych nie tylko z unijnym prawe, ale idących pod prąd ostatniego orzeczenia TSUE w sprawie niezależności KRS to de facto otwarcie procedury wystąpienia Polski z Unii Europejskiej. Z pewnością Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zareaguje na uchwalenie takiego aktu prawnego, podobnie jak Komisja Europejska, odpowiedzialna za przestrzeganie przez państwa członkowskie postanowień traktatowych. Uczynnią tak nie przejęci miłością do Polski i Polaków, ale w obronie spójności całej Unii.  Należy jednak pamiętać, że Unia zrobi wiele dla obrony praworządności w Polsce, ale nie zrobi nic za nas, Polaków.

Chichotem historii jest to, że projekt ujrzał światło dzienne w przeddzień rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Stan wojenny był właśnie rozpaczliwą reakcją władz legalnego państwa na śmiertelne dla tego państwa zagrożenie. Najwyraźniej państwo a la PiS musi czuć się poważnie zagrożone. Uznano, że wirusy olsztyński i katowicki są dla tego państwa śmiertelne i wszelkimi sposobami należy powstrzymać ich rozprzestrzenianie się. Stąd ten projekt i dlatego, między innymi art. 9d o treści: „Przedmiotem obrad kolegium i samorządu sędziowskiego nie mogą być sprawy polityczne, w szczególności zakazane jest podejmowanie uchwał wyrażających wrogość wobec innych władz Rzeczypospolitej Polskiej i jej konstytucyjnych organów, a także krytykę podstawowych zasad ustroju Rzeczypospolitej Polskiej.” Na miłość Boską! – jak powiadają marksiści. Co dzisiaj nie jest sprawą polityczną, skoro za taką uznaje się zobowiązanie organu administracyjnego do przekazania sądowi ważnego dla toczącej się sprawy dokumentu, który w żaden sposób nie podlega ustawom o ochroni informacji niejawnych, czy o ochronie danych osobowych, dokumentu, o obowiązku ujawnienia którego  przesądził Najwyższy Sąd Administracyjny?! Za polityczne, „wyrażające wrogość wobec władz” i krytykę „podstaw ustrojowych” już uznano  zapytanie katowickiego sądu w sprawie prawidłowości powołania sędziów przez nową KRS! Zapis art. 9d jest groźny, gdyż zawiera sformułowania bardzo nieostre, rozciągliwe do granic wszechświata. Idealny bat w rękach polityków, tak zaprawionych w interpretacjach i nadinterpretacjach. Bat, albo mordy w kubeł!

Politycznie umeblowany Trybunał Konstytucyjny wespół z podobnie powołaną KRS, a szczególnie jej Izbą Dyscyplinarną działając pod kierunkiem i parasolem ministra sprawiedliwości, patrona rządowego hejtu w społecznościowych mediach wobec niepokornych sędziów będzie gwarantem niezależności i apolityczności polskiego sądownictwa. Arogancja, bezczelność, hipokryzja władzy wielokrotnie przerosła Himalaje.

Nadchodzi kolejny czas próby dla stanu sędziowskiego i dla obywatelskiego społeczeństwa. Ale też czas próby dla demokratycznej opozycji. Dyskredytowanie represyjnej wobec sędziów ustawy, będącej jawnym zamachem na niezależność sędziowskiego stanu to za mało. Za mało też zwracania się do Unii Europejskiej o pomoc. Potrzebna jest nie tylko jasna alternatywa dla pisowskiego państwa. Równie ważne jest wskazanie drogi i sposobów wydobycia Polski z tego szamba, w które po pachy wepchnął nas PiS. Doskonałą ku temu sposobnością będzie prezydencka kampania wyborcza. Oczekuję, że właśnie na wydobyciu Polski z tego głębokiego kryzysu ustrojowego, politycznego i społecznego skupią się kandydaci na prezydenta z lewicy, PO czy PSL. Dla mnie będzie to dzisiaj jedno z podstawowych kryteriów przy podejmowaniu wyborczej decyzji w przyszłym roku. Naprawianiu polskiego systemu sądownictwa po wandalizmie pisowskim zacząć należy od odrodzenia sędziowskiego samorządu. Ale nie tylko o samorząd sędziowski chodzi. Odrodzenie, umocnienie samorządności powinno być jednym z głównych elementów demokratycznej alternatywy dla całego państwa a la PiS. Nową Polskę oprzeć należy na samorządach właśnie: na samorządach terytorialnych, zawodowych, gospodarczych. Samorządność morze być rodzajem odtrutki na pisowski jad, który poraża państwo. Mamy tylko cztery lata na przygotowanie takiej alternatywy.