Bat, albo mordy w kubeł!

12 grudnia 2019 r. Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło swego rodzaju stan wojenny na terenie całego kraju. Wojnę wypowiedziano niezależnemu sądownictwu, a w ten sposób i całemu społeczeństwu. Już od dawna odbywały się różne harce, potyczki, mniejsze lub większe bitwy. Teraz jednak nastąpiła eskalacja, przejście na wyższy poziom, rozpoczęcie starcia decydującego i otwartej konfrontacji z Unią Europejską. Stało się tak za sprawą publikacji 12. grudnia 2019 r. projektu ustawy o zmianie ustawy „Prawo o ustroju sądów powszechnych, ustawy o Sądzie Najwyższym oraz niektórych innych ustaw”. Trzeba głośno powiedzieć, że zamierzana ustawa jest aktem wobec stanu sędziowskiego na wskroś represyjnym. Ustawa sprowadzić ma polski system sądowniczy do organu administracyjnego posłusznie wykonującego polecenia władzy politycznej i wykonawczej, wsłuchany w oczekiwania i życzenia tej władzy. Wprowadzenie w życie zapisów projektu spowoduje odsianie sędziów niezależnych, wiernych misji wyznaczonej dla nich w Konstytucji a pozostawienie i nabór sędziów politycznie oddanych PiS oraz wszelkiej maści oportunistów, karierowiczów i koniunkturalistów. Jakość stanu sędziowskiego poleci na łeb na szyję.

Trudno znaleźć właściwe słowa, którymi należałoby opisać działania PiS. Nawet najcięższe przekleństwa, obelgi nie są w stanie oddać całej ohydy, podłości i szkodnictwa zarazem działań Prezydenta RP i politycznych władz PiS w ich walce z niezależnymi sądami. Gdy widzę i słyszę Andrzeja Dudę, który z wybałuszonymi oczami, nabrzmiały i zaczerwieniony od złych emocji obraża niezależnych polskich sędziów wskazując ich jako wrogów Narodu i zapowiadającego rozprawienie się z nimi, gdy czytam projekt wyżej wspomnianej ustawy – nie mam wątpliwości. To wojna bezpardonowa, w której władza brać jeńców nie będzie.

Dawno temu pisałem, że Prawo i Sprawiedliwość, wszczynając wojny na różnych frontach, znalazło się w klasycznej sytuacji „szyszki w rectum”. Poruszać można się tylko w jedna stronę, lecz efekty będą coraz dotkliwsze i coraz bardziej bolesne. Ale PiS nie ma wyjścia, nie może dopuścić do utraty władzy. Będzie jej bronił za wszelką cenę. Nie może dopuścić do rozliczeń gospodarczych i politycznych afer, których liczba tych poważniejszych dawno już przekroczyła 100, a złotówkowe wartości strat idą w miliardy. PiS nie może dopuścić do tego, aby obywatele mogli korzystać z prawa do wzruszania orzeczeń sądów wydanych przez dotknięte wadą prawną składy sędziowskie. Liczba takich spraw zbliża się do 100 tysięcy. Dlatego ujarzmienie, wzięcie pod but całego wymiaru sprawiedliwości od początku stało się głównym celem Nowogrodzkiej i przyległości.

Projekt wspomnianej ustawy jest szeroko komentowany przez prawników i polityków, więc ograniczę się tylko do dwóch jej wątków. Pierwszy to art. 107 projektu: „Art. 107. § 1. Sędzia odpowiada dyscyplinarnie za przewinienia służbowe (dyscyplinarne), w szczególności za: oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa, w tym odmowę stosowania przepisu ustawy, jeżeli jego niezgodności z Konstytucją lub umową międzynarodową ratyfikowaną za uprzednią zgodą wyrażoną w ustawie nie stwierdził Trybunał Konstytucyjny;

Ten przepis ustanawia ni mniej, ni więcej tylko nadrzędność polskiego systemu prawnego nad systemem unijnym. Powoływanie się sędziów na orzeczenia TSUE staną się podstawą do wszczęcia wobec nich postępowania dyscyplinarnego, o ile w danej sprawie nie wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny. Trybunał, który – o czym pamiętać trzeba we dnie i w nocy – jest dzieckiem publicznego, zbiorowego i wielokrotnego gwałtu PiS na Konstytucji i na szeregu ustaw. Ten gwałt, to także gwałt na tych wszystkich Polakach, którzy w referendum zatwierdzili Akt Zasadniczy. To znamienne, że tak wrażliwe na postawy „suwerena” PiS wyciera sobie nos wynikami referendum w 1997 r., w którym prawie 54% Polaków biorących w nim udział powiedziało Konstytucji TAK.

Wspomniany przepis oraz szereg innych, rażąco sprzecznych nie tylko z unijnym prawe, ale idących pod prąd ostatniego orzeczenia TSUE w sprawie niezależności KRS to de facto otwarcie procedury wystąpienia Polski z Unii Europejskiej. Z pewnością Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej zareaguje na uchwalenie takiego aktu prawnego, podobnie jak Komisja Europejska, odpowiedzialna za przestrzeganie przez państwa członkowskie postanowień traktatowych. Uczynnią tak nie przejęci miłością do Polski i Polaków, ale w obronie spójności całej Unii.  Należy jednak pamiętać, że Unia zrobi wiele dla obrony praworządności w Polsce, ale nie zrobi nic za nas, Polaków.

Chichotem historii jest to, że projekt ujrzał światło dzienne w przeddzień rocznicy wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Stan wojenny był właśnie rozpaczliwą reakcją władz legalnego państwa na śmiertelne dla tego państwa zagrożenie. Najwyraźniej państwo a la PiS musi czuć się poważnie zagrożone. Uznano, że wirusy olsztyński i katowicki są dla tego państwa śmiertelne i wszelkimi sposobami należy powstrzymać ich rozprzestrzenianie się. Stąd ten projekt i dlatego, między innymi art. 9d o treści: „Przedmiotem obrad kolegium i samorządu sędziowskiego nie mogą być sprawy polityczne, w szczególności zakazane jest podejmowanie uchwał wyrażających wrogość wobec innych władz Rzeczypospolitej Polskiej i jej konstytucyjnych organów, a także krytykę podstawowych zasad ustroju Rzeczypospolitej Polskiej.” Na miłość Boską! – jak powiadają marksiści. Co dzisiaj nie jest sprawą polityczną, skoro za taką uznaje się zobowiązanie organu administracyjnego do przekazania sądowi ważnego dla toczącej się sprawy dokumentu, który w żaden sposób nie podlega ustawom o ochroni informacji niejawnych, czy o ochronie danych osobowych, dokumentu, o obowiązku ujawnienia którego  przesądził Najwyższy Sąd Administracyjny?! Za polityczne, „wyrażające wrogość wobec władz” i krytykę „podstaw ustrojowych” już uznano  zapytanie katowickiego sądu w sprawie prawidłowości powołania sędziów przez nową KRS! Zapis art. 9d jest groźny, gdyż zawiera sformułowania bardzo nieostre, rozciągliwe do granic wszechświata. Idealny bat w rękach polityków, tak zaprawionych w interpretacjach i nadinterpretacjach. Bat, albo mordy w kubeł!

Politycznie umeblowany Trybunał Konstytucyjny wespół z podobnie powołaną KRS, a szczególnie jej Izbą Dyscyplinarną działając pod kierunkiem i parasolem ministra sprawiedliwości, patrona rządowego hejtu w społecznościowych mediach wobec niepokornych sędziów będzie gwarantem niezależności i apolityczności polskiego sądownictwa. Arogancja, bezczelność, hipokryzja władzy wielokrotnie przerosła Himalaje.

Nadchodzi kolejny czas próby dla stanu sędziowskiego i dla obywatelskiego społeczeństwa. Ale też czas próby dla demokratycznej opozycji. Dyskredytowanie represyjnej wobec sędziów ustawy, będącej jawnym zamachem na niezależność sędziowskiego stanu to za mało. Za mało też zwracania się do Unii Europejskiej o pomoc. Potrzebna jest nie tylko jasna alternatywa dla pisowskiego państwa. Równie ważne jest wskazanie drogi i sposobów wydobycia Polski z tego szamba, w które po pachy wepchnął nas PiS. Doskonałą ku temu sposobnością będzie prezydencka kampania wyborcza. Oczekuję, że właśnie na wydobyciu Polski z tego głębokiego kryzysu ustrojowego, politycznego i społecznego skupią się kandydaci na prezydenta z lewicy, PO czy PSL. Dla mnie będzie to dzisiaj jedno z podstawowych kryteriów przy podejmowaniu wyborczej decyzji w przyszłym roku. Naprawianiu polskiego systemu sądownictwa po wandalizmie pisowskim zacząć należy od odrodzenia sędziowskiego samorządu. Ale nie tylko o samorząd sędziowski chodzi. Odrodzenie, umocnienie samorządności powinno być jednym z głównych elementów demokratycznej alternatywy dla całego państwa a la PiS. Nową Polskę oprzeć należy na samorządach właśnie: na samorządach terytorialnych, zawodowych, gospodarczych. Samorządność morze być rodzajem odtrutki na pisowski jad, który poraża państwo. Mamy tylko cztery lata na przygotowanie takiej alternatywy.

I co? – I psińco.

Cała Polska ekscytowana była przez media problemem: – Premier przeczytał już raport CBA dotyczący Prezesa NIK, czy jeszcze nie, a jeżeli nie, to kiedy zasiądzie do lektury. Premier złożył obietnicę, że uczyni znajdzie czas na lekturę tego dokumentu w miniony weekend i być może, jak powiedział,  po tej lekturze „zadzwoni do Banasia”. Oczywiście, jak zwykle słowa nie dotrzymał, w poniedziałek okazało się, że Premier miał na głowie inne, bardzo ważne sprawy i do raportu CBA nie sięgnął, więc opinia publiczna w napięciu czekała kiedy to nastąpi. Nareszcie ulga! Nastąpiło! W minioną środę. I co? – I psińco.

Cała ta sprawa z Banasiem, premierem – jego byłym zwierzchnikiem, Jarosławem Kaczyńskim i PiS to jedna wielka hucpa, to bezczelne naigrywanie się ze społeczeństwa, niestety wspierane niekompetencją mediów. Całe to powołanie tej właśnie osoby, w takim, a nie innym trybie było jedną, wielką manifestacją arogancji PiS-owskiej władzy, przekonania o swojej bezkarności. W sumie osoba samego Mariana Banasia nie jest tu najważniejsza. PiS wyrządził olbrzymią szkodę polskiemu państwu, obywatelom i szkodę jednej za najbardziej społecznie zaufanych instytucji – Najwyższej Izbie Kontroli

Pytanie zasadnicze: co Premier ma do raportu w sprawie Prezesa NIK? Otóż nie ma nic. Jeżeli ktoś miałby czytać raport i ogłaszać opinii publicznej wyciągnięte z niego wnioski w stosunku do Prezesa NIK, to jedynie Marszałek Sejmu i Prezydent. Ale Premier? Premier powinien oczywiście zapoznać się z raportem, ale nie pod kątem afery Banasia, ale pod kątem skandalicznego działania podległych Premierowi służb: CBA i ABW i Ministerstwa Finansów. To powinno Premiera interesować od samego początku. Jeżeli nie miał czasu, gdyż zajęty był podróżowaniem po kraju i opowiadaniem głupot w trakcie kampanii wyborczej do parlamentu, to przecież od takich spraw ma swój gabinet. Szef tego gabinetu powinien z takim materiałem się zapoznać i bezzwłocznie zreferować go Premierowi wraz z wnioskami. Sprawa jest ewidentna: PiS celowo opóźniał zajęcie się aferą Banasia, by nie psuć sobie kampanii wyborczej.

Premier winny jest opinii publicznej odpowiedzi na pytania: – jak to się stało, że pomimo od roku prowadzonego przez CBA badania oświadczenia majątkowego M.Banasia został on powołany na stanowisko najpierw Ministra Finansów a potem Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Premier winien również odpowiedzieć jak ocenia działalność ABW, która bez mrugnięcia okiem wydawała certyfikaty dostępu do najwyżej kwalifikowanych tajemnic państwowych osobie tak eksponowanej na potencjalny szantaż ze strony świata przestępczego i obcych wywiadów. Nic takiego nie nastąpiło i dziwnie nikt – posłowie opozycji, niezależne media – tego od Premiera nie wymaga.

Przez media mignęła dosłownie informacja, że osobny i obszerny raport w sprawie przepływów finansowych pomiędzy M.Banasiem a jego wspólnikami z krakowskiego półświatka sporządził i przekazał komu trzeba Generalny Inspektor Informacji Finansowej, urzędnik kompetentny w kwestiach badania podejrzanych operacji finansowych i prania pieniędzy. Dlaczego nikt o opublikowanie tego raportu się nie upomina? Czy Premier też go przczytał?

Premier miesiącami nie miał czasu na przyjrzenie się działalności CBA w tej jednaj z największych polskich afer. Dziwnym zupełnie trafem uczynił to po tym, jak PiS-owska marszałka Sejmu powołała dwóch wiceprezesów NIK na wniosek rzeczonego Banasia. Zbieg okoliczności? Wątpię. Powołanie tych wiceprezesów jest wymownym wydarzeniem. Od 1995 r., od wejścia w życie nowej ustawy o NIK zmieniającej charakter tej instytucji na właściwy państwu demokratycznemu, każdy z prezesów Izby kierował się przy powoływaniu swoich zastępców, z którymi tworzy Kierownictwo NIK, praktyką konsultowania swoich decyzji z klubami poselskimi. Ta bez wątpienia dobra praktyka, w połączeniu z ustawową zasadą kolegialnego charakteru działalności NIK zapewniać miała obiektywizm i niezależność Izby. Tak było przez 24 lata do minionej środy, kiedy to Pani Witek powołała kolejnych wiceprezesów – wszystkich będących politykami Prawa i Sprawiedliwości. NIK został wzięty. Dopiero po tym fakcie „Premier doczytał” a Prezes wezwał Prezesa na dywanik i wyraził oczekiwanie na jego dymisję. Jawna kpina.

Wszyscy żyją teraz w napięciu oczekując na decyzję Banasia: – poda się do dymisji, czy nie?  Groźby usunięcia Banasia z urzędu drogą nowelizacji ustawy są śmieszne. Sejm mógł bez specjalnych międzynarodowych konsekwencji uchwalać ustawy działające z mocą wsteczną w latach dziewięćdziesiątych. Ale teraz, kiedy Polska jest (jeszcze) częścią europejskiego systemu prawnego, uchwalanie prawa działającego wstecz może okazać się nieskuteczne.

Senat pręży muskuły, wzywa Banasia przed swoją komisję, ale nie będzie też mógł nic zrobić – może poza uchwaleniem jakiejś rezolucji czy apelu.

Prezes Banaś może natomiast złożyć rezygnację w dwóch przypadkach. Po pierwsze wówczas, gdy jego polityczni mocodawcy, którzy jeszcze nie tak dawno piali nad jego „krystaliczną uczciwością” zapewnią mu nietykalność. Czyli ustąpienie w zamian za ukręcenie aferze jego imienia łba. Ta opcja jest według mnie najbardziej realna. PiS nie może sobie pozwolić na smród roztaczany przez tą aferę u progu kampanii wyboru Prezydenta RP. Ustąpienie Banasia będzie sprzedawane jako kolejny wielki sukces Kaczyńskiego, który zażądał dymisji i ją otrzymał. Ma to przykryć pytanie o szerokie grono osób, które dopuściło do tej afery. Dlatego opozycja sejmowa powinna domagać się „do upadłego” powołania komisji śledczej d.s. afery Mariana Banasia i domagać się przewodnictwa tej komisji, jako że afera dotyczy najwyższych osób w państwie rządzonym od czterech lat przez PiS i instytucji najważniejszych dla ścigania przestępstw, kierowanych przez pisowskich nominatów.

Prezes Banaś, widząc jak długo rozpatrywane były przez wymiar sprawiedliwości o niebo mniejszego kalibru sprawy swojego poprzednika, może iść „w zaparte”. Mało tego – z odpierania ataków na swoją osobę może próbować czynić dowód swojej od polityków niezależności. W takim przypadku jedynym ratunkiem dla Najwyższej Izby Kontroli i dla kraju jest totalny bojkot Pana Mariana Banasia przez media, polityków, a nawet przez pracowników Izby. Sprawa jest ekstraordynaryjna. Namawianie pracowników NIK do bojkotu swojego szefa jest czymś niebywałym. Ale afera Banasia najbardziej odbije się właśnie na Izbie, na jej autorytecie i skuteczności. Dlatego z racji  współodpowiedzialności za Izbę powinni oni włączyć się do dzieła ratowania NIK. A straty wizerunkowe są ogromne.

Zwyczajne draństwo

Poważni politolodzy i publicyści podnoszą ostatnio tą kwestię, że budowanie przez opozycję swojej pozycji na krytyce PiS jest niecelowe, niewłaściwe i nieskuteczne, gdyż PiS pozyskało sobie znaczą część elektoratu i zdobyło tych, którzy uznali się za poszkodowanych w wyniku transformacji ustrojowej.  Nie zamierzam odmawiać zasług PIS w tym, że skutecznie odwołał się do tej części społeczeństwa, która w imię apoteozy wolnego rynku i indywidualnej przedsiębiorczości odsunięta została na margines przez elity przejmujące w 1989 r. odpowiedzialność za Polskę i jej przyszłość. Mam jednakże ogromne wątpliwości, czy ten polityczny manewr wynikał rzeczywiście z głębokich przesłanek ideowych liderów prawicy. Poważnie skłaniam się ku temu, że odwołanie się do tzw. „suwerena”, rzucenie hasła „wstawania z kolan” było wynikiem chłodnej analizy i cynicznej kalkulacji, mającej swoje pierwociny w amerykańskich doświadczeniach z Fox News, Cambridge Analytica i służyło jedynie zdobyciu i utrzymaniu władzy. Tak czy inaczej niegodziwość pisowską i draństwo należy pokazywać i opisywać. Dla potomności choćby.

Oto historia prawdziwa. Nazwa instytucji, stanowiska bohaterów i ich imiona zostały z oczywistych względów (co za czasy!) zmienione. Rzecz działa się w ważnej instytucji publicznej o nazwie, dajmy na to „Agencja”, a jej bohaterem był urzędnik o imieniu Antoni. Antoni pracuje w Agencji od ponad 20 lat – trafił do niej bezpośrednio po studiach. Przechodząc kolejne szczeble zawodowej kariery, w swoim czasie uzyskał status urzędnika Służby Cywilnej i w momencie przejęcia przez PiS władzy w 2015 r. zajmował stanowisko zastępcy kierownika oddziału. Przystępując do totalnej czystki w Agencji PiS wymieniło całe jej kierownictwo. Natrafiło jednak na problem statusu służbowego Antoniego, toteż nowe, słuszne już kierownictwo usilnie zaczęło namawiać go do zrzeczenia się statusu urzędnika SC. Antoni pozostał jednak przy swoim, nie dał się namówić. Efekt był taki, że z tytułu „zmian organizacyjnych” przeniesiono go, z zachowaniem warunków płacowych, do innej komórki organizacyjnej, na niższe oczywiście stanowisko. W Agencji urzędnicy przechodzą okresowe oceny swojej pracy, dokonywane przez ich przełożonych. Antoni również poddany został takiej ocenie przez swojego nowego zwierzchnika – z pisowskiego nota bene nadania, ale fachowca, doświadczonego pracownika Agencji. Otrzymał ocenę najwyższą z możliwych. Problemy zaczęły się w momencie odejścia tego zwierzchnika na emeryturę.

Pewnego dnia Antoni „zaszczycony” został wizytą w swoim skromnym pomieszczeniu samego, najwyższego Naczelnika. Ten, nie owijając sprawy w bawełnę, zaproponował Antoniemu, aby ten – uwaga! – ni mniej, ni więcej tylko wyraził dobrowolną zgodę na obniżenie mu jego oceny okresowej o jeden stopień.  Okazało się bowiem otóż, że ta najwyższa ocena była jego trzecią najwyższą oceną z rzędu. Zgodnie natomiast z pragmatyką urzędniczą uzyskanie takiej oceny MUSI skutkować służbowym awansem – w tym przypadku na stanowisko kierownicze. PiS jednak nie może w żaden sposób dopuścić do awansowania urzędników powołanych przez z gruntu niesłuszne i nieczyste siły. Ponadto awansując Antoniego musieli by wcześniej jakieś stanowisko kierownicze oczyścić z zajmującego go pisowskiego nominata. Pan Naczelnik, najwidoczniej dbając o swoją reputację w pisowskiej para-mafijnej strukturze zdecydował się na jawny, ordynarny szantaż. Dał Antoniemu wyraźnie do zrozumienia, że nieprzyjęcie jego oferty skutkować będzie totalnym uprzykrzeniem mu pracy, niekończącymi się kontrolami, które zawsze przynieść mogą jakiś skutek i w efekcie zwolnienie dyscyplinarne z utratą wszystkich przywilejów wynikających ze statusu urzędnika Służby Cywilnej.

Antoni mając na utrzymaniu liczną rodzinę był bez wyjścia i temu szantażowi uległ. Dobrowolnie zgodził się na obniżenie mu oceny jego wieloletniej pracy.

Ilu takich Antonich jest w Polsce? Ilu złamano charaktery, kariery?  W imię czego? W imię czego?

Macierewicz wraca

Bez większego zainteresowania oczekuję wystąpienia Marszałka – Seniora otwierającego pierwsze posiedzenie nowo wybranego Sejmu. Wiem mniej więcej co powie.

Większość komentatorów powiela tezę, że powierzenie Macierewiczowi godności Marszałka Seniora jest symbolicznym odstawieniem tego polityka na boczny tor. Nie podzielam tych opinii. Macierewicz nie raz już pokazał, że na boczny tor odstawić się nie da. I tak będzie i w tym przypadku – wykorzysta tą okazję do swojej nowej gry.

Pytanie tylko, czy rzeczywiście swojej. Mam w pamięci wystąpienie jego poprzednika: Konrada Morawieckiego w roli Marszałka Seniora, inaugurujące prace dogorywającej obecnie kadencji Sejmu. W wystąpieniu tym Morawiecki dokonał rzadkiej sztuki: mówił dwoma głosami jednocześnie: swoim i Kaczyńskiego. Swoje, własnego autorstwa wątki starannie przeplatał wątkami, które w następnych miesiącach i latach rozwijał J. Kaczyński, a trudno sobie wyobrazić, aby Kaczyński uznał czyjąś nad sobą dominację programową. Przykładów można mnożyć, przywołam tylko wołania Marszałka Seniora o  nowa konstytucję dla Polski i dla Europy oraz zapowiedź ich przygotowania. Innymi słowy wystąpienie Kornela Morawieckiego było prezentacją w pigułce programu i zasad działania Prawa i Sprawiedliwości w nowej kadencji parlamentu.

Tak będzie i tym razem. Wybór Macierewicza przez Prezydenta Dudę, jego niedawnego jeszcze jawnego wroga na godność Marszałka Seniora nie jest przypadkowy i daleki od pustych gestów „na otarcie łez” wobec schodzącego ze sceny polityka. Jarosław Kaczyński i prawicowy obóz któremu lideruje staje przed poważnymi wyzwaniami. Już mnożą się sygnały o ograniczaniu przedmiotowym, czasowym lub w obydwu tych wymiarach obiecanek wyborczych PiS. Najbliższym sprawdzianem będzie przyjęcie przez nowy Sejm budżetu państwa, w projekcie którego nie znalazły się środki na zapowiadane 13-te emerytury. Ale to dopiero początek. Nieunikniona podwyżka cen energii pociągnie za sobą podwyżkę cen towarów i usług. Czarne chmury gromadzą się nad ZUS, którego oficjalne prognozy rozwoju sytuacji w obszarze zabezpieczenia emerytalnego są gorzej niż pesymistyczne. Kontrowersje wewnątrz obozu władzy wokół sztandarowej propozycji zniesienia limitu 30-krotności składek na ZUSA dla przedsiębiorców. To już nie „wrogie rozgłośnie telewizyjne”, ale obecna i prawdopodobnie przyszła Pani Minister wieszczy nadciągające schłodzenie gospodarki. A przecież jeszcze   tak niedawno PiS sypało miliardami jak z rękawa, podkreślając przy każdej okazji, że „oddają Narodowi to, co poprzednicy nakradli”. Nie było projektu sprzyjającego kampanii wybiorczej, na który nie znaleziono pieniędzy. Na każdym szczeblu: w gminach, w powiatach, województwach. I gdyby sytuacja była standardowa, czyli koniec wyborów – zapominamy o obietnicach, to może by jakoś to przeszło. Ale z jednych wyborów wchodzimy z marszu w kolejną kampanię: wyborów prezydenckich. W momencie oddawania głosów realność PiS-owskich obietnic będzie w poważnym już zakresie zweryfikowana i ta weryfikacja może mieć znaczenie dla decyzji wielu wyborców.

Na problemy gospodarcze nakładają się poważne problemy wizerunkowe PiS. Niespotykana, o skali i znaczeniu trudnym do ogarnięcia dla wielu tzw. „afera Banasia”, afera hejterska w Ministerstwie Sprawiedliwości, druzgocące dla „dobrej zmiany” orzeczenie TSUE w sprawie legalności skrócenia wieku emerytalnego sędziów SN, nominowanie do Trybunału Konstytucyjnego osób, które w żaden sposób nie powinny się w nim znaleźć –  to tylko niektóre z przykładów  świadczących o szybkim, moralnym zużywaniu się władzy Jarosława Kaczyńskiego.

Dlatego wystąpienie Marszałka Seniora będzie znamienne. Zakładam, że, podobnie jak 4 lata temu Marszałek Senior śpiewać będzie jednocześnie na dwa głosy: przedstawiać będzie swoje tezy, swoje poglądy przeplatając je tym, co Kaczyński każe mu uwzględnić. Jednego jestem pewien. Macierewicz jest idealnym politykiem do zapowiedzenia kierunku zaostrzenia politycznego kursu PiS. Zgodnie ze stalinowską doktryną mówiącą, że „walka klasowa zaostrza się w miarę postępów budowy komunizmu” PiS ustami Macierewicza chwalić będzie z jednej strony „epokowe, historyczne  osiągnięcia i sukcesy” minionej kadencji a z drugiej strony wskazywał będzie wrogów „dobrej zmiany”. Spodziewam się, że na najwyższe maszty wciągnięty zostanie sztandar głoszący konieczność kontynuacji i wzmożenia walki z „postkomuną”. Postkomuna to dzisiaj nie tylko, a właściwie nie tyle byli członkowie PZPR, co przede wszystkim „zdrajcy okrągłostołowi” i ich następcy. Nieprzypadkowo Macierewicz publicznie chwali dzisiaj  kandydaturę Piotrowicza do TK podkreślając jego „zasługi w walce z postkomunizmem”. Ten wybór i to jego uzasadnienie, to jest właśnie zapowiedź głównego kierunku działania PiS w najbliższych dniach i miesiącach.  W jakiś sposób odwracać trzeba przecież, przed prezydenckimi wyborami, uwagę społeczeństwa od nieuchronnego bankructwa niedawnych przedwyborczych obiecanek, od faktów niezbicie potwierdzających mafijny charakter PiS-owskiej władzy na wszystkich szczeblach. Igrzyska w Polsce zaczną się na dobre 12 listopada 2019 r.

Co jest grane?

Niespodziewana decyzja PiS o zakwestionowaniu wyników wyborów do Senatu w okręgach, w których kandydaci tej patii przegrali z kandydatami Koalicji Obywatelskiej wstrząsnęła mediami, zelektryzowała publiczne i prywatne dyskusje. Pytanie, na które wszyscy usiłują w ten lub w inny sposób odpowiedzieć jest w istocie to samo: CO JEST GRANE?

Fakty są takie, że we wszystkich właściwie jednobrzmiących sześciu „Protestach wyborczych” pełnomocnicy Komitetu Wyborczego PiS sformułowali zarzut: „Naruszenie przepisu artykułu 227 Kodeksu, polegające na niewłaściwym zakwalifikowaniu głosów, jako nieważnych, podczas gdy głosy te powinny zostać uznane za ważne”.

Kuriozalność tak postawionego zarzutu jest oczywista. Jeśli takie protesty zostaną uznane i przyniosą w efekcie ponowne przeliczanie głosów, to stworzony zostanie precedens, dzięki któremu każde wybory w przyszłości będzie można kwestionować w ten sam sposób. Opinie prawników – specjalistów od prawa wyborczego są jednoznacznie negatywne i druzgocące dla wnioskodawców. Nie mniej jednak bardzo charakterystyczne i ciekawe są wypowiedzi polityków PiS dla niezależnych mediów w tej sprawie. I tak Szef Gabinetu Premiera, indagowany na okoliczność niewłaściwego przywołania Art. 227 stwierdza, że „taki czy inny artykule – to nie jest rzecz najważniejsza. To zadaniem sądów jest ustalenie jaki artykuł ma tu zastosowanie”. Jest to stanowisko typowe dla PiS, traktowania prawa jak narzędzia, którego można używać w dowolny sposób, byle tylko osiągnąć konkretny cel. To pisowskie sądy mają za zadanie „dopasowania artykułu do sprawy”. Póki co do sprawy tylko, a nie do człowieka.

Inną, charakterystyczną wypowiedzią była odpowiedź wicemarszałka Terleckiego na pytanie o podstawy tej „akcji protestu PiS”. Z właściwą sobie arogancją rzucił on do kamery: „Ze zwykłej ciekawości warto sprawdzić”.

Największe jednak wrażenie robi wypowiedź rzecznika prasowego PiS, który stwierdził, że „formułując zarzut (co wymagane jest przepisem prawa J.U.) należało stworzyć jakąś podstawę. Przyjęto więc, że jeśli były głosy niesłusznie zakwalifikowane jako nieważne, to powinny one być zaliczone na rzecz kandydata przegranego”. Wypowiedź rzecznika jest o tyle istotna, że w połączeniu z przywołaną treścią „Protestu przeciwko ważności wyborów”, Prawo i Sprawiedliwość, wprawdzie nie expressis verbis, ale jednoznacznie sformułowało zarzut o intencjonalności kwalifikacji głosów nieważnych przez komisje wyborcze, a więc zarzut sfałszowania przez nie wyników wyborów.

Dlaczego Jarosław Kaczyński zdecydował się na tak desperacki krok? To właśnie jest przedmiotem domysłów i spekulacji mediów. Trzy opcje prezentowane są w tych spekulacjach najczęściej.

Pierwsza z nich, najbardziej korzystna dla PiS (jeżeli coś tu może być korzystnego) to opcja „europejska”. Według niej PiS wykorzystał sytuację, że niedługo Europejski Trybunał Sprawiedliwości rozpatrywać będzie pytania prejudycjalne wysłane na początku sierpnia przez Sąd Najwyższy, co ma pomóc rozwiązać wątpliwości związane m.in. z niezawisłością sędziowską. Innymi słowy PiS, w pełni świadomie wykreował w Polsce problem nieprawidłowości wyborów, aby politycznie utworzona i powołana przez tą partię Izba Kontroli i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego mogła „wykazać się” przed ETS „niezależnością”. Ta opcja jest realna. W perspektywie nieuniknionego Brexitu znaczenie Polski dla gospodarki Unii Europejskiej rośnie i ostatnio KE wyraźnie szuka pretekstów, aby stosunki z Polską unormować. Gdyby opcja ta okazała się prawdziwą, stałaby się jednak wymownym świadectwem pogardy, z jaką PiS traktuje Polaków. Cała bowiem Polska, wszyscy jej obywatele, instytucje i system demokratyczny stają się w tym momencie narzędziem PiS-owskich machinacji. Czy rzeczywiście jest tak, że Kaczyński świadomie wystawia się na kpiny i pośmiewisko, demonstruje totalny brak zaufania do mężów zaufania PiS w komisjach wyborczych, dyskredytuje się jako prawnik byle tylko ETS miał pretekst do korzystnego dla PiS orzeczenia? Odrzucanie przez IKiSP kolejnych protestów wyborczych PiS nie może przecież być żadnym poważnym argumentem za niezależnością i obiektywizmem tego super-urzędu. Bić Izbie brawa za te oczywiste decyzje nie ma podstaw. Tzw. protesty wyborcze PiS zostały już gruntownie ocenione przez całe rzesze prawników, opinię publiczną i IKiSP nie ma innego wyjścia jak podjąć decyzję te protesty oddalającą. Gdyby uczyniła cokolwiek innego, pogrążyłaby się ostatecznie i nieodwołalnie.

Druga opcja zakłada, że rozpętując aferę ze sfałszowanymi wyborami PiS odwrócić chce uwagę od innych, niekorzystnych dla siebie sytuacji. – Lepiej niech zaczną liczyć głosy i się kłócić niż drążyć sprawę Najwyższej Izby Kontroli, lub coraz częściej pojawiającymi się sygnałami i spowalnianiu gospodarki i o iluzoryczności przedwyborczych obiecanek Kaczyńskiego. Jest to o tyle ważne, że PiS przystąpił już „z marszu” do kampanii wyborów prezydenckich. Wyjątkowo śmierdząca, tzw. afera Banasia jest mu tak samo nie na rękę, jak pojawiające się niemal nazajutrz po wyborach zapowiedzi kolejnych pisowskich ministrów wycofywania się z przedwyborczych deklaracji. Piszę „tzw. afera Banasia”, gdyż PiS zapewne chciałoby sprowadzić ją do kwestii personalnej i zwykłej pomyłki. Tymczasem jest to afera, której istotą jest sposób traktowania konstytucyjnego, najwyższego organu kontroli przez pisowską władzę. Osoba Mariana Banasia kompromituje NIK i odbiera Izbie z takim trudem wypracowaną wiarygodność – to fakt bezsprzeczny. Ale nie to jest w tym wszystkiom najważniejsze. Najważniejszy jest stosunek rządzących elit do tej ważnej, konstytucyjnej instytucji. Kiedyś, na zupełnie inny użytek sformułowałem tezę: „Pokaż mi najwyższy organ kontrolny swojego państwa (jego usytuowanie ustrojowe, niezależność, wiarygodność i kompetencje), a powiem ci w jakim kraju żyjesz”. Niezależność i wiarygodność najwyższego organu kontrolnego jest doskonałym miernikiem poziomu demokracji w państwie. W sposób, w jaki PiS obsadziło stanowisko Prezesa NIK, owacje i laudacje pod jego adresem po wyborze przy braku jakiejkolwiek refleksji nad koniecznym, dalszym usprawnianiem działalności NIK, zwiększaniem jego niezależności – to jest istotą afery Banasia. To demaskuje gromkie deklaracje Kaczyńskiego o Polsce jako wzorcu demokracji. Być może pisowski sztab antykryzysowy doszedł do wniosku, że bombę pod nazwą „Marian Banaś” można choćby częściowo rozbroić zajmując uwagę opinii publicznej powtórnym liczeniem głosów.

Trzecia wreszcie opcja – najkorzystniejsza dla Polski – to taka, że cała afera z wniesieniem przez PiS protestów wyborczych jest wynikiem szoku w tej partii spowodowanego realną groźbą „utraty” Senatu. PiS na taką okoliczność nie było przygotowane i kierując się zasadą „raz zdobytej władzy nie oddamy” ucieka się do wszystkich możliwych środków, półśrodków i kruczków. Na realność takiej opcji wskazywałaby różnorodność reakcji polityków PiS pytanych u uzasadnienie wnoszenia protestów. Dopiero po kilku dniach wykrystalizowała się jedna, powszechnie w PiS obowiązująca linia interpretacyjna. Groźba utraty Senatu ma dla PiS znaczenie nie tylko prestiżowe. Cała, nadzwyczaj sprawnie i nadzwyczaj szkodliwie dla państwa funkcjonująca dotychczas maszynka ustawodawcza PiS ulega poważnemu demontażowi. Jest to dla partii Kaczyńskiego niewygodne również z tego względu, że zasadniczo zmieniła się sytuacja polityczna w Sejmie. PiS wprawdzie utrzymało większość, ale otoczony został zarówno z lewej (LEWICA) jak i z prawej (Konfederacja) flanki. Właśnie ta różnorodność antypisowskiej opozycji będzie dla Kaczyńskiego, z misją zostania mężem opatrznościowym całego Narodu kością w gardle. Dodatkowo wewnątrz obecnego układu władzy narastają konflikty, gdyż zarówno „Solidarna Polska” Ziobry jak i „Porozumienie” Gowina zwiększyły po wyborach swoje udziały w prawicowej koalicji montowanej przez Kaczyńskiego. Być może więc akcja” „Wnosimy protesty!” jest wypadkiem przy pracy, niekontrolowanym odruchem odsłaniającym wewnętrzne pęknięcia i konflikty prawicy. I to może być nadzieją dla Polski.

Większą jasność na postawione w tytule pytanie uzyskamy, jeśli opublikowane zostanie oficjalne stanowisko Ministra Sprawiedliwości, Prokuratora Krajowego w sprawie pisowskich protestów. Stanowisko takie zostało ponoć przesłane do IKiSP, ale treści jego dotąd nie ujawniono. Ciekawe dlaczego? Przecież w żadnej mierze materia wyborcza nie jest objęta tajemnicą państwową i wszystkie oficjalne dokumenty powinny być dostępne opinii publicznej. Póki co odpowiadając na pytanie „co jest grane?” powiedzieć trzeba, że jest to brutalna, nie przebierająca w środkach walka o władzę. O władzę jak największą i trwającą jak najdłużej. Walka, w której społeczeństwo, prawo i dobre obyczaje sprowadzone zostały do roli kawałków plasteliny, z których PiS usiłuje lepić nową, jedynie słuszną rzeczywistość.

Dwója ze społecznej wrażliwości

Idąc za radą specjalistów od profilaktyki medycznej, oraz zachęcany numerem PESEL postanowiłem udać się na konsultacje do lekarza okulisty. Poradni okulistycznych świadczących usługi w tym zakresie jest we Wrocławiu kilkanaście. Terminy oczekiwania na usługę w ramach NFZ są od kilkudziesięciu do ponad trzystu dni (według NFZ). Wybrałem poradnię w miarę dobrze ocenianą, dzwonię:

– Dzień dobry. Chciałem umówić się na konsultacje do lekarza okulisty w ramach NFZ. Jaki jest najbliższy termin?

– Dzień dobry, odpowiada miła pani. -Mogę pana zarejestrować na styczeń 2021 r.

Zbaraniałem – nie wiem, czy dożyję do tego czasu. Decyduję się więc na konsultacje płatne wraz z podstawowymi badaniami. Wybieram Poradnię Okulistyczną w Dolnośląskim Centrum Medycznym SA. Żadnych problemów, wizyta umówiona w najbliższym, dogodnym dla mnie terminie. Konsultacje i badania bardzo fachowe. Cena: 290 PLN. Trudno, ale wzrok to ważna sprawa.

Dolnośląskie Centrum Medyczne SA mieści się w budynku wybudowanym dla państwowej instytucji opieki zdrowotnej: Dolnośląskiego Centrum Medycznego DOLMED.  Otwierano je z dużą pompą, z udziałem I Sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, w 1977 r. Była to bodaj pierwsza, albo jedna z pierwszych inwestycji w służbie zdrowia, których celem było kumulowanie w jednym miejscu najnowszych osiągnięć w medycynie, najnowszych technik diagnostycznych, najnowszych metod leczenia i oczywiście najlepszych kadr medycznych. Główną dewizą tych ośrodków było niesienie pomocy jak największej liczbie chorych na najwyższym aktualnym poziomie wiedzy medycznej. W tym samym roku oddano też  do użytku Centrum Zdrowia Dziecka, w 1984 r. uruchomione zostało Centrum Onkologii w Warszawie ze swoimi oddziałami w Krakowie i w Gliwicach a także słynne Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu.   Wreszcie w 1988 r. otwarto w Łodzi Centrum Zdrowia Matki Polki.

Wrocławski DOLMED był jednak pierwszą instytucją specjalizującą się w najnowszych metodach diagnostyki medycznej świadczącą swoje usługi w skali masowej. Moja wizyta w Dolmedzie kilka dni temu nie była pierwsza – mialem szczęście odwiedzić bowiem Dolmed gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych. Instytucja ta realizowała wówczas bardzo szeroko zakrojony program badań przesiewowych pracowników wrocławskich zakładów pracy  (realizowany bodaj do 1990 r.). Pracownicy Dolmelu, Pafawagu, ale też małych spółdzielni poddawani byli okresowym, szczegółowym badaniom medycznym. Przechodzili je również pracownicy Politechniki Wrocławskiej. Dlatego któregoś dnia stawiłem się wcześnie rano w Dolmedzie, na czczo rzecz jasna. Przebrany zostałem w biały szlafrok i w kapcie, otrzymałem pokaźnych rozmiarów „obiegówkę” i cały dzień spędziłem na wędrówkach od jednego gabinetu specjalistycznego do drugiego. Między innymi i do okulistycznego. Dolmed był nie tylko innowacyjną placówką medyczną. Jego budynek został specjalnie zaprojektowany przez wrocławskich architektów Annę i Jerzego Tarnawskich i trzeba powiedzieć, że ich koncepcja architektoniczna wspaniale wytrzymała próbę czasu.

Kiedy niedawno wszedłem do budynku Dolmedu  wszystko było niby tak jak 40 lat temu: te same jasne, czyste, przestronne, świetnie zaprojektowane korytarze, szeregi gabinetów. Oczywiście umeblowanie nowocześniejsze, komputery, a nade wszystko inna aparatura diagnostyczna. Różnica jednak była zasadnicza: przed 40 laty Dolmed pełen był ludzi, ruchu, życia. Dzisiaj może kilka osób na piętrze, spokój i cisza.

Siedząc z oczami zakropionymi atropiną i czekając na badanie nie sposób było uciec od refleksji jaką drogę w służbie zdrowia przeszliśmy w ciągu tych 40 lat. Od masowych, oczywiście bezpłatnych badań okresowych do (jak w moim przypadku) ponad 400 dni oczekiwania na należną mi z Konstytucji wizytę u lekarza okulisty. A to tylko wizyta konsultacyjna. A gdzie potencjalne leczenie? Z ciekawości sprawdziłem na stronach NFZ jak długo czekać trzeba we Wrocławiu na operację zaćmy. Od 850 do 1340 dni!

Była taka Polska, w której budowano olbrzymie, nowoczesne centra usług medycznych nie tylko ratujących zdrowie i życie setkom tysięcy, ale również będących kuźnią nowych kadr medycznych, ośrodkami pionierskimi we wdrażaniu nowych medycznych technologii leczenia i to również w czasach, kiedy kraj niszczony był wewnętrznymi falami strajków i zewnętrznymi sankcjami gospodarczymi. Jak to się stało, że dzisiaj w jednej gazecie czytam deklarację „wybitnego” przedstawiciela rządzącej partii, że „polska służba zdrowia należy do jednych z najlepszych w Europie”, a w drugiej opinię profesora Szczylika, że „jesteśmy onkologicznym Bantustanem”. Dalej było już tylko proste życzenie wybitnego onkologa: „Życzę każdemu Polakowi, żeby nie zachorował na chorobę nowotworową. Chorowanie na nowotwór w Polsce jest koszmarem”.

Praktyczne podejście do problemu opieki zdrowotnej obywateli jest nieubłaganym weryfikatorem intencji, deklaracji i wartości, którym służy i którymi kieruje się władza. PiS, kreujący się na zbawcę, obrońcę i dobroczyńcę „zwykłego człowieka” tą konfrontację przegrał sromotnie. Zamykane szpitale, szpitalne oddziały, dni spędzane na SOR, obawy Ministerstwa Zdrowia przed stwierdzeniem „nadwykrywalności chorób u seniorów”, nędza w lekowym zaopatrzeniu chorych onkologicznie – to tylko wierzchołek lodowej góry, o którą rozbija się w pył mit społecznej wrażliwości PiS. Poważne strukturalne, finansowe, kadrowe problemy służby (czy to jeszcze jest służba?) zdrowia sprowadzone zostały do tła dla prostackich, jarmarcznych, sypanych jak z rękawa obietnic przedwyborczych, wartych tyle, co bajania Premiera Morawieckiego o milionie elektrycznych samochodów w Polsce.

Po trzydziestu latach doświadczeń z najróżniejszymi rządzącymi koalicjami politycznymi pora na wyciągnięcie wniosków. Zatraciliśmy gdzieś przez ten czas społeczną wrażliwość władzy, zwłaszcza tej, której trzon stanowiły: Unia Wolności, AWS, Platforma Obywatelska i ostatnio Prawo i Sprawiedliwość. Wrażliwość autentyczną – nie propagandową, nie służącą tylko i wyłącznie wymogom politycznego marketingu. Nadzieja w lewicy.

Foto: Tadeusz Szwed, za Gazetą Wrocławską

Do Leszka Millera

Nie wiem Leszku, czy ten list do Ciebie dotrze, ale jeśli tak, chciałbym mieć jakieś tego potwierdzenie. Wynika to stąd, że w lipcu b.r. wysłałem do Ciebie i do pozostałych eurodeputowanych rekomendowanych przez SLD list sygnalizujący problem wpływu Sztucznej Inteligencji na nasze życie. Niestety, zapewne z racji niedoskonałości systemu informatycznego Parlamentu, od żadnego z adresatów nie otrzymałem choćby potwierdzenia, że list dotarł.

Ponawiam więc próbę (nie mam innej możliwości) gdyż sprawę, którą chcę Ci przedstawić (z inspiracji Twojej relacji z aktywności w PE) uważam za niezmiernie ważną. Amatorsko śledzę ją w literaturze. Zapowiedziałeś otóż powołanie w PE zespołu zajmującego się przeciwdziałanie naciskom i ingerencji w procesy wyborcze z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. To bardzo, bardzo potrzebny zespół. Poniżej moje refleksje.

 

Uważam, że wobec gwałtownego wkroczenia Sztucznej Inteligencji (SI) w nasze życie codzienne jej zastosowanie do sterowania postawami mas to jeden z fundamentalnych problemów dla przyszłości demokracji problemów. Rzecz w tym, że SI to tylko narzędzie. Problem ma swoje korzenie w przemianach społecznych i w kryzysie demokracji jako państwa obywatelskiego, będącego skutkiem komercjalizacji mediów i komercjalizacji kampanii wyborczych. Znamienną datą jest tu rok 1995, kiedy to w USA powstaje stacja Fox News, założona przez konserwatywnego dziennikarza Rogera Ailsa, sponsorowanego przez Roberta Murdocha. To właśnie Ails otwarcie łamie świętą dotąd zasadę mediów liberalnych: obiektywizm, mówiąc wprost: ” Będziemy kształtować wyborców, nie będziemy dostarczać im informacji obiektywnych, będziemy dostarczać im informacji, które oni chcą otrzymać”. Oczywiście wszystko w imię walki z kandydatem Demokratów, Obamą, w wyborach prezydenckich. Z Obamą Nailsowi nie wyszło, ale z Trumpem – tak. Obiektywizm mediów został poważnie nadszarpnięty i dzisiaj właściwie nie ma już mediów politycznie niezależnych. Również w Polsce.

Kolejnym milowym kamieniem na drodze ewolucji (rewolucji?!) relacji: politycy – wyborcy było zastosowanie algorytmów SI do profilowania wyborców i dostarczania im właściwych informacji, mających ich odpowiednio sprofilować. Przykładowo, jeżeli automatyczna analiza wykazała, że wyborca X jest miłośnikiem kanarków, przesyłano mu informację, że kandydat Y kanarków nie znosi itp. Algorytmy profilowania wyborców na podstawie badania śladów ich aktywności internetowej są dziełem, nota bene, polskiego naukowca pracującego w Cambridge University Michała Kosińskiego.

Algorytmy te zastosowane zostały (z sukcesem) w kampanii Trumpa, w kampanii „Leave” w Wielkiej Brytanii i w kampaniach wyborczych w wielu krajach świata przez słynną już spółkę Cambridge Analytica. Związane z tą spółką nazwiska to Robert Mercer, Aleksandr Kogan i Steve Banon, który za cel postawił sobie zjednoczenie międzynarodowej prawicy (Prawicowa Międzynarodówka?! – JU).

W doniesieniach medialnych dotyczących Cambridge Analytica pojawia się również słaby, ale dotąd niezbadany wątek polski:  https://www.wp.pl/?s=wiadomosci.wp.pl%2Fsgwpsgfirst-6232231365133953a

 

Nikt nie wie czy lub w jakim stopniu PiS korzystało z usług CA, jednakże ewolucja technik komunikacji społecznej PiS wyraźnie nadąża za taką ewolucją w USA. Częste robocze podróże spin-doktorów PiS do Stanów w ostatnich latach również zdają się podtrzymywać taką tezę. Historia Cambridge Analytica uczy nas, że spółki takie wchodzić mogą w różne, niejasne związki z osobami powiązanymi ze służbami specjalnymi różnych państw. Nic dziwnego: trudno dzisiaj o lepsze wywiadowcze oddziaływanie na sytuację w jakimś kraju niż poprzez firmę obsługującą kampanie partii politycznych w tym kraju. I nie tylko o możliwości sterowania chodzi, ale również o olbrzymie, bezcenne bazy danych o wyborcach w danym kraju, o i ich profilach społecznych, politycznych, kulturowych i konsumpcyjnych. Dziwiłbym się, gdyby obce wywiady nie podejmowały próby wykorzystywania takich wyspecjalizowanych agencji – co niewątpliwie godziłoby w suwerenność i bezpieczeństwo danego kraju.

Przechodząc do konkluzji podtrzymuję wszystkie moje postulaty zawarte w liście z 18 lipca b.r. Ponadto proponuję wprowadzenie na terenie Unii Europejskiej i/lub w Polsce regulacji prawnych zobowiązujących wszystkie partie polityczne ubiegające się o władzę w państwie lub w samorządach lokalnych do:

  1. dołączenie do wniosku o sądową rejestrację partii informacji o firmach konsultingowych, doradczych, analitycznych, z usług których bezpośrednio lub pośrednio korzystają i bieżące ich uaktualnianie. Informacje powinny być na tyle szczegółowe, aby umożliwiły stosownym służbom i mediom analizować kapitałowe i personalne powiązania tych podmiotów.
  2. dołączanie do wniosków o rejestrację listy kandydatów do władz publicznych informacji czy, a jeżeli tak, to z jakich algorytmów SI korzystają w kampanii wyborczej.

 

Raz jeszcze chciałbym podkreślić, że jestem głęboko przekonany, że Sztuczna Inteligencja może być niezwykle przydatna dla ludzkości. Może być jednak (już jest!) wykorzystywana do manipulacji zachowaniem się dużych grup społecznych i może stanowić śmiertelne zagrożenie dla demokracji. Zespołowi Parlamentu Europejskiego życzę powodzenia.

 

Z wyrażani szacunku

Jacek Uczkiewicz

Upadek Najwyższej Izby

Obejmując urząd nowy członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego zobowiązany jest złożyć uroczyste ślubowanie przed pełnym składem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Ceremonia ślubowania ma charakter publiczny, w obecności przedstawicieli Parlamentu, Komisji Europejskiej i mediów. Jeden z fragmentów roty ślubowania brzmi następująco:

„Ślubuję uroczyście nie przyjmować żadnych instrukcji od rządu, partii politycznych ani innych instytucji oraz nie ubiegać się o takie instrukcje”.

Ślubowanie jest publiczną deklaracją kierowania się w wypełnianiu obowiązków audytora zasadami obiektywizmu i niezależności, gdyż te dwa przymioty (prócz oczywiście profesjonalizmu) decydują o generalnej wartości audytora jaką jest wiarygodność. Niezależność, obiektywizm i profesjonalizm audytora to więc podstawowe międzynarodowe standardy audytu zapisane już w słynnej Deklaracji INTOSAI z Limy (1978), oczko w głowie i bastion każdego szanującego się najwyższego państwowego organu kontrolnego.

W praktyce z tą niezależnością bywa różnie. Na ogół politycy nie doceniają fachowego, zewnętrznego audytu dla prawidłowego funkcjonowania państwa i często zainteresowani są wyłącznie możliwością użycia ustaleń kontrolnych do bieżącej młócki politycznej. Również władza wykonawcza ma tendencje do wpływania na wyniki kontroli bądź traktowania zewnętrznej kontroli jako dopustu bożego. Dlatego wiarygodność najwyższego organu kontrolnego w państwie w decydującej mierze zależy od tego organu, od jego aktywności i determinacji w obronie swojej niezależności. Państwowe najwyższe organy kontrolne wspierane są w tej codziennej walce przez międzynarodowe organizacje jak INTOSAI czy EUROSAI, które ustanawiając międzynarodowe standardy dostarczają im stosowych argumentów.

W minionych czterech latach dyskusja w polskich mediach o polskim najwyższym organie kontroli (NIK) koncentrowała się wokół dwóch obszarów: bieżące wyniki kontroli i domniemane afery Prezesa NIK. Pilnie śledziłem wystąpienia publiczne polityków rządzącego ugrupowania, zarówno wówczas, gdy domagali się dymisji Prezesa Kwiatkowskiego jak i wówczas, gdy już było jasne, że do zmiany na tym stanowisku dojdzie w normalnym trybie ustawowym. Mówiąc wprost interesowało mnie czy nowa władza publicznie wykaże zrozumienie znaczenia niezależności NIK dla państwa i czy zadeklaruje działania dla jej ochrony. Nic takiego nie nastąpiło. Żaden polityk PiS, czy to Marszałek Sejmu, Prezydent, czy nawet „naczelnik państwa”, nigdy oficjalnie nie zająknęli się nawet na ten temat. W świetle niebywałych afer wokół Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa taka wstrzemięźliwość musiała budzić najgorsze obawy o przyszłość jednego z instytucjonalnych filarów demokratycznego państwa – Najwyższej Izby Kontroli i to w jubileuszowym roku 100-lecia jej działalności. Jakiekolwiek nadzieje, że może będzie inaczej rozwiał wybór nowego Prezesa Izby. I nie chodzi tylko o to, że NIK wpisana została na listę PiS-owskich łupów wojennych. Chodzi o coś większego, o to, że wybór ten w sposób modelowy niemal zaprezentował formułę polskiego państwa, której hołduje Jarosław Kaczyński i jego Grupa Trzymająca Władzę i którą zdecydowani są realizować wszelkimi sposobami.  Najdobitniej problem ten wybrzmiał w wystąpieniu Mariana Banasia, świeżo wybranego przez Sejm Prezesa NIK, na forum Senatu podczas „debaty” nad wymaganą Konstytucją zgodą izby dumania na ten wybór. Wystąpienie to zupełnie nie zostało zauważone przez media, co podkreśla tylko postępującą znieczulicę opinii publicznej na proces rujnowania polskiego państwa.

Trzeba powiedzieć wprost: wystąpienie Mariana Banasia, wstępującego Prezesa Najwyższej Izby Kontroli przed Senatem w dniu 30.sierpnia b.r. nie mogę inaczej nazwać jak skandalicznym i powodem do poważnych obaw o przyszłość Polski. I nie chodzi już tylko o to, że było ono nieskładne, niewolne od błędów gramatycznych, składniowych i logicznych – jednym słowem, że od strony formalnej było na poziomie nie licującym w żaden sposób z powagą NIK i wysokim poziomem kultury językowej, której Izba przez lata się dorobiła. Nie chodzi też o to, że osoba Pana Banasia swoim formatem do pięt nie dorasta takim prezesom NIK jak prof. Walerian Pańko czy prof. Lech Kaczyński. Ważne jest to, co Pan Banaś w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli Prezesa Najwyższej Izby Kontroli powiedział, a jeszcze ważniejsze jest to, czego nie powiedział. Stanowisko Prezesa NIK należy do tych nielicznych w państwie, jak Prezydent, Premier, Marszałek Sejmu czy Prezes NBP, którego wypowiedzi publiczne są (powinny być) istotne, których się słucha i które są analizowane. Nie mogła o tym nie wiedzieć osoba, która chwali się swoją wieloletnią praktyką w NIK.

Wystąpienie Prezesa Banasia (dostępne na stronie internetowej Senatu oraz, z kronikarskiego obowiązku jako dodatek do tego wpisu) ma bardzo charakterystyczną formę i układ. Jest więc to rzadko spotykana forma autolaudacji, jakby nie było nikogo innego, kto o cnotach Prezesa chciałby Senat poinformować. Już w pierwszym zdaniu, Prezes podkreśla zaszczyt jaki go spotkał, zupełnie nie wspominając o przyjętej na swoje barki odpowiedzialności. Cóż, zaszczyty – rzecz najważniejsza i jak widać jedyna.  Zaszczyt, który spłynął na Pana Banasia traktuje on jako nagrodę za swój życiorys opozycjonisty z czasów Polski Ludowej, gdyż to jest przez niego wybite na pierwszym miejscu wśród czterech argumentów, które jego zdaniem przemawiają za zdobyciem tego zaszczytu. Kolejnym argumentem w autopromocji jest oczywiście deklaracja głębokiego patriotyzmu połączona z publicznym wyznaniem głębokiej wiary w Boga oraz uznanie Go za źródło prawdy. To bardzo ważne wyznanie, gdyż założyć należy, że teolog z wykształcenia uznaje tym samym prymat „prawa boskiego” nad „prawem ludzkim” – co w ustach Prezesa NIK musi niepokoić szczególnie. Do tej pory źródłem prawdy o państwie były ustalenia inspektorów Najwyższej Izby Kontroli na podstawie szeregu kryteriów, z których najważniejsze to kryterium legalności, czyli zgodności z obowiązującym prawem (ludzkim). Czyżby od dzisiaj źródłem prawdy o państwie były objawienia? Czyje?

Trzecim (nie pierwszym!) argumentem jest jego przygotowanie merytoryczne, które sprowadził do „ponad dwudziesty lat pracy w NIK” i ścieżki formalnego awansu. Żadnych konkretnych, własnych osiągnięć kontrolerskich nie było?

Najbardziej charakterystyczny jest argument czwarty: wyznanie głębokiej wdzięczności znacznie przekraczające granice uległości Prezesowi PiS i pisowskim posłom za zaufanie.

Czego Pan Prezes – wieloletni pracownik NIK – nie powiedział? Ano właśnie nie powiedział ani słowa o niezależności Najwyższej Izby Kontroli i niezależności jej kontrolerów ani o staraniach przestrzegania najwyższych, międzynarodowych standardów kontroli – co w świetle okoliczności jego wyboru było szczególnie ważne.

Głęboki niepokój budzić musi również wizja zadań NIK pod kierownictwem nowego prezesa. Zabrakło w niej wspierania Sejmu w wypełnianiu jego konstytucyjnego obowiązku kontroli działania rządu i jego agend. Znalazł natomiast Pan Prezes czas i miejsce, aby zadeklarować zadania NIK jako narzędzie PiS (władzy politycznej i wykonawczej) do realizacji jego strategicznych planów i „przeciwdziałania wszelkim zmianom w złym kierunku”. To już brzmi naprawdę groźnie.

Najwyższa Izba Kontroli w swojej najnowszej historii nie miała szczęścia do polityków tego formatu, którzy przed stu laty stworzyli jej fundamenty. O swoją niezależność zawsze musiała walczyć. Dzisiaj widać wyraźnie, że i ta reduta demokratycznego państwa upadła.

P.S.

Nie z małostkowości, ale dla pełnego obrazu nowego Prezesa NIK dwie uwagi szczegółowe.

  1. Prezes Banaś chwali się, że był doradcą w rządzie Olszewskiego. Po prawdzie był doradcą Antoniego Macierewicza w tym rządzie, ale widać – trochę dzisiaj wstyd…
  2. Prezes Banaś za główne merytoryczne uzasadnienie swojej prezesury podaje „ponad 20 lat pracy w NIK”. W Izbie znajdzie się kilkaset osób o stażu nie krótszym. Rzecz jednak w tym, że faktycznie Pan Banaś przepracował w NIK fizycznie około 15 lat – przez resztę czasu pracował „na oddelegowaniu z NIK” w jednostkach rządów PiS. 25% „pomyłki”, a właściwie świadomego wprowadzenia w błąd w ustach Prezesa NIK nie może wróżyć niczego dobrego.

 

Załącznik: wystąpienie Prezesa NIK na 84 posiedzeniu Senatu (za stenogramem)

 

Pani Marszałek! Wysoka Izbo!

Chciałbym powiedzieć kilka słów, jeśli chodzi o tak zaszczytne stanowisko, jakim jest stanowisko prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Otóż na stanowisku prezesa Najwyższej Izby Kontroli, podobnie jak zresztą w przypadku wszystkich ważnych stanowisk państwowych, trzeba spełniać kilka wymogów, jest kilka cech, którymi każdy kandydat powinien się charakteryzować. Ważna jest tu przede wszystkim postawa etyczno-moralna, czyli to, co nazywamy ogólnie patriotyzmem, zamiłowaniem i miłością własnej ojczyzny, to z jednej strony, z drugiej strony – kompetencja.

Chciałbym się odnieść do tego pierwszego wymogu. Otóż, proszę państwa, ja swoim życiem dałem dowód tego, że dla mnie po Panu Bogu ojczyzna stanowi największą wartość. Kiedy Polska była w potrzebie, żyliśmy w systemie totalitarnym, odważyłem się, jak wielu innych Polaków, działać, aby tę sytuację zmienić, ryzykując życiem, zdrowiem, majątkiem. Jak państwo wiecie, nie tylko z mediów, ewentualnie z encyklopedii, zostałem też skazany na 4 lata więzienia w tamtym okresie. Krótko mówiąc, ojczyzna i rodzina były dla mnie największymi wartościami. Krótko mówiąc, prawda, dobro i piękno. Prawda w Panu Bogu – uznaję, że to jest pierwsze, co powinno cechować każdego człowieka, szczególnie Polaka, bo nasza historia wiąże się z tym, co przynosi Dekalog, co przynosi Ewangelia. To dało nam, Polakom, siłę i potęgę. Dobro jako służba, służba najpierw rodzinie, potem narodowi i państwu, bo bez tego państwo nie jest w stanie funkcjonować. I, proszę państwa, piękno, które nas powinno zachwycać, a nie być odrażające, jak to nieraz bywa.

Kolejna rzecz, bardzo istotna, którą powinien się cechować każdy kandydat na takie stanowisko czy człowiek pełniący najwyższe funkcje w państwie, to kompetencje. Proszę państwa, przepracowałem w Najwyżej Izbie Kontroli przeszło 20 lat, od prostego, najniższego stanowiska do doradcy prawnego, czyli od strony merytorycznej przeszedłem prawie wszystkie szczeble. Proszę państwa, miałem też zaszczyt uczestniczyć w rządzie najpierw śp. premiera Jana Olszewskiego – wprawdzie krótko, bo to prawie pół roku trwało – a później w rządach Prawa i Sprawiedliwości w latach 2005–2007 i 2015–2019.

Za zaufanie i postawienie mojej kandydatury przez posłów Prawa i Sprawiedliwości, pana prezesa bardzo dziękuję i uważam, że te zobowiązania… Tę zaszczytną funkcję będę pełnił z największą godnością, zaangażowaniem, bezstronnością, bo powierzono mi tamte funkcje, właśnie podsekretarzy stanu, sekretarza stanu, pozwolono mi realizować największy projekt reformy służb skarbowych i celnych, byłem również ministrem finansów… Powierzono te funkcje, proszę państwa, osobie, która była bezpartyjna, więc za to jestem serdecznie wdzięczny. To dowodzi też, że PiS nie dzieli, ale łączy. I Zjednoczona Prawica. I myślę, że w nadchodzących wyborach Polacy dadzą temu wyraz.

Jeśli chodzi o dalsze predyspozycje, dalsze zamiary, to przede wszystkim uważam, że Najwyższa Izba Kontroli, jako najwyższy organ państwowy, powinna dostarczać Sejmowi, rządowi, prezydentowi najwartościowsze analizy, które wytyczają kierunki strategiczne państwa, aby w porę przeciwdziałać wszelkim nieprawidłowościom, wszelkim zmianom w złym kierunku. Najwyższa Izba Kontroli, która grupuje w dużej mierze naprawdę wysokiej klasy fachowców, powinna właśnie dawać taki materiał, abyśmy rzeczywiście jak najlepiej przyczyniali się do rozwoju kraju, do tworzenia siły naszego państwa, aby się z nim liczono zarówno tu, w kraju, jak i za granicą. Dziękuję bardzo. (Oklaski)

100 lat NIK. Finał słodko-gorzki

Każde demokratyczne państwo posiada mniej więcej podobny zestaw instytucji stanowiących jego podstawy, takich jak parlament, urząd prezydenta, premiera, radę ministrów, trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy i jeszcze innych kilka. W każdym demokratycznym państwie elementem jego fundamentu instytucjonalnego jest zewnętrzny, państwowy organ kontrolny. W przypadku Polski jest nim Najwyższa Izba Kontroli.

NIK obchodziła stulecie swojego powołania. Odbyły się konferencje, były oczywiście medale, odznaczenia. Zwieńczeniem obchodów setnego jubileuszu Izby była uroczysta gala  w Teatrze Narodowym, wypełniona pracownikami NIK i zaproszonymi gośćmi, wśród których byli Przewodniczący INTOSAI  i EUROSAI (światowej i europejskiej organizacji zrzeszających najwyższe państwowe organy kontrolne) oraz Prezes Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. Były i okolicznościowe wydawnictwa (fot. NIK):

Niestety, tą galę oceniam nisko, jako państwową imprezę III (najniższej) kategorii. Lecz stało się tak nie za sprawą NIK, lecz za sprawą PIS-owskich polityków. Na gali nie pojawił się ani marszałek Sejmu, ani Senatu, premier, czy któryś z wicepremierów. To musi bulwersować tym bardziej, że NIK konstytucyjnie wspomaga właśnie parlament  w wykonywaniu jego nadzorczych obowiązków względem rządu. NIK istotnie przyczynia się do podnoszenia jakości ustaw. NIK wreszcie pomaga rządowi i jego administracji w doskonaleniu jego pracy.

Występowała wprawdzie pani wicemarszałek Dolniak, ale właściwie to prywatnie. Marszałka Sejmu reprezentował  oficjalne przewodniczący Sejmowej Komisji d.s. Kontroli Państwowej i on odczytał okolicznościowy adres szefa Sejmu. Marszałka Senatu reprezentował zaś zwykły senator – fakt, niegdyś pracownik NIK. Jedynym wysokim funkcjonariuszem publicznym osobiście zaszczycającym obchody 100-lecia działalności Najwyższej Izby Kontroli był Rzecznik Praw Obywatelskich.

Marszałkowie Sejmu i Senatu, premier rządu, dopuścili się moim zdaniem  obrazy Najwyższej Izby Kontroli. Obrazy jej 100-letniej służby polskiemu państwu. Dopuścili się obrazy wszystkich obecnych i byłych pracowników Izby. Nawet, jeżeli pokazanie NIK pleców tłumaczyć by chcieli względami personalnymi, na przykład niechęcią do obecnego Prezesa, to swoim zachowaniem potwierdzili tylko swoją małostkowość nie licującą z godnością piastowanych stanowisk. Nic ich nie tłumaczy – po prostu stuletni skandal na stulecie krajowych obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Źle to również wróży przyszłości Izby i przyszłości niezależnej, zewnętrznej kontroli.

Nie spadła by też z głowy korona premierowi, gdyby osobiście podziękował Izbie za wspieranie jego i jego poprzedników w trudnym dziele doskonalenia zarządzania państwem.

Na szczęście na poziomie stanęła sama Izba.  To, co dla mnie było najważniejsze to to, że w okolicznościowych prezentacjach takich jak monumentalna księga „Najwyższa Izba Kontroli – 100 lat troski o państwo” oraz  specjalna wystawa prezentowana w Teatrze Narodowym ( https://www.nik.gov.pl/o-nik/100-lat-nik/wystawa-na-stulecie-nik.html  ), w rzetelny sposób przedstawiono złożone losy i działalność Izby w całym stuletnim okresie. To teraz rzecz rzadka. Izba należy do nielicznych instytucji państwowych  (a może jest już jedyną) , które nie wstydzą się swojej przeszłości, w tym i okresu Polski Ludowej, tak zawzięcie dezawuowanego nie od dzisiaj przez media wszystkich niemal proweniencji. Chapeau bas!

W opracowaniu „Najwyższa Izba Kontroli – 100 lat troski o państwo” znalazło się kilka wzmianek o mnie, z czego jestem rad i kilka fotografii, z których jedną muszę jednak, z życzliwym w duszy i na twarzy uśmiechem,  skomentować.  Odrobina humoru z pewnością nie zaszkodzi dostojnemu jubileuszowi. Oto ona z podpisem: „Wiceprezes Uczkiewicz prezentuje dorobek swojej działalności zawodowej w latach 2013 – 2016” (fot. Z. Swoczyna)

Oczywiście mierzenie dorobku zawodowego wiceprezesa NIK  liczbą przeczytanych i skomentowanych stron jest dużym uproszczeniem, ale, jeżeli już, to prezentowana sterta jest ledwie połową całości. Jest to po prostu ostatnie przed opuszczeniem Izby czyszczenie szaf 😉

W tył zwrot!

 O tragedii gdańskiej, o morderstwie Prezydenta Adamowicza wypowiedziano i napisano już bardzo wiele słów dobrych i mądrych. I jeszcze więcej zostanie powiedzianych i napisanych. Porywanie się więc na jakiś tekst na ten temat jest dzisiaj z mojej strony być może jakimś szaleństwem. Nie ma w tym jednak krztyny megalomanii – jak nigdy dotąd piszę dla chwili, dla siebie. Piszę, ale właściwie krzyczę. I jest to tak, jak w lesie, kiedy czasami musisz krzykiem wyrzucić z siebie cały swój ból i wszystkie swoje nadzieje, nie bacząc na to czy ktoś cię słucha.

Tragedia gdańska rozgrywa się na dwóch co najmniej płaszczyznach: osobistej i publicznej. Jest to wielka tragedia człowieka, który życiem przypłacił swoją społeczną aktywność, polityka z wielkimi perspektywami. Jest to niewyobrażalna tragedia jego najbliższych: rodziny, przyjaciół. Chylę przed nią głowę.

Tragedia ta rozgrywa się też w innym wymiarze: w wymiarze społecznym. Nóż, który ugodził serce prezydenta Adamowicza ugodził jednocześnie serca milionów Polaków, zranił ich boleśnie. Sceneria tej tragedii godna jest najlepszych tragedii greckich: finał ogólnonarodowego Święta Dobroci, Święta Dzielenia się Dobrem, Święta Szlachetnych Serc, wielotysięczne audytorium, podniosły, kulminacyjny, radosny moment „wysyłania światełka do nieba”, światełka nadziei, światełka ludzkiej solidarności.

I nóż, który nagle, niespodziewanie tą całą scenerię rozdziera jak płótno.

Ten nóż ugodził nie tylko w serce prezydenta Adamowicza, w serca milionów Polaków. On ugodził również w wartości, które współdzielimy, w dobro, szlachetność, szacunek dla człowieka, wzajemną życzliwość.

Ten nóż przebił również jakiś olbrzymi balon, który od dawna w Polsce nabrzmiewał – balon sprzeciwu przeciw nienawiści, jako podstawowego narzędzia polityki społecznej, walki o rząd dusz.

Od lat zawołania „a na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści” czy „raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, skandowane na setkach, a może i tysiącach różnych demonstracji, uznawane były powszechnie za zachowania patriotyczne, nie wzbudzały żadnej negatywnej reakcji ze strony tych, którzy aspirując do publicznych godności przyjęli odpowiedzialność również za kształtowanie standardów społecznego życia. Publiczne honorowanie Polaka, mordercy przywódcy południowoafrykańskich komunistów też nie poruszyło nikogo. Mało tego, dehumanizacja przeciwników politycznych stała się ulubionym, codziennym narzędziem Prawa i Sprawiedliwości: od najważniejszego prezesa, przez posłanki i posłów po szeregowych heiterów, używających sobie w Internecie do woli. Wielu psychologów społecznych i socjologów ostrzegało, że polityka nienawiści prędzej czy później doprowadzi do tragedii. Wydarzyła się w Gdańsku – być może przez przypadek, ale nieprzypadkowo wydarzyła się w Polsce.

Opinia publiczna wstrząśnięta została nieco po tym, jak na szubienicach, zamiast komunistów lub w ich charakterze, zawisły portrety polityków tych ugrupowań, które w porę nie reagowały na rodzące się zło. Dopiero przelana krew Prezydenta Gdańska obudziła Polaków na skalę dotąd nie spotykaną.

To co od kilku dni przetacza się przez Polskę to nie narodowa histeria, to jeden wielki protest przeciwko nieodpowiedzialnemu bawieniu się Polską i Polakami przez ludzi, którzy nie dorośli do sprawowania władzy i odpowiedzialności za kraj, którzy tak głęboko podzielili naród, że, jak trafnie ujął to Włodzimierz Cimoszewicz – „… żaden wróg zewnętrzny nie byłby w stanie osiągnąć takiego efektu”. (http://www.tvn24.pl).

Być może za tym zrywem kryje się jakiś społeczny instynkt samozachowawczy, jakieś poczucie olbrzymiego, śmiertelnego zagrożenia dla polskiej wspólnoty, przeczucie, że jako społeczeństwo stanęliśmy już nad przepaścią i czym prędzej trzeba zrobić w tył zwrot. Być może.

Oczywiście nie wszyscy równie głęboko przeżywają gdańską tragedię. Już uruchomiona została propagandowa machina PiS, która wmawia elektoratowi a to, że za tym mordem stoi „europejski spisek”, a to, że celem był prezydent Duda, ale cudem ocalał, a to, że mamy do czynienia z czynem „zwykłego psychola” tylko. Skoro tak wielu rodaków uwierzyło w brednie o zamachu na Prezydenta Kaczyńskiego, pewnie wielu uwierzy i w tą propagandę.

Ze zranionym sercem, ale wierzę jednak, że z areny Orkiestry Wielkiej Świątecznej Pomocy w Gdańsku wzbiło się do nieba światełko nadziei o wiele większe, jaśniejsze niż to coroczne, zwyczajowe niemal. Wierzę, mam nadzieję, że wzniosło się nad nami światełko nadziei dla Polski. Oby nie zgasło, oby nie okazało się chwilowym tylko błyskiem nad naszymi głowami i w naszych głowach. Tylko wówczas śmierć Prezydenta Pawła Adamowicza nie pójdzie na marne.

Chrząstawa Wielka, 19 stycznia 2019 r.