Bohater Jarosław Kaczyński

 

Bohaterem wszystkich mediów, zbawca Polski,  stał się ostatnio Jarosław Kaczyński – mąż stanu, dobry ojczulek. Dlaczego? Ano dzięki temu, że zapowiedział, że skandaliczna skąd inąd ustawa znosząca ograniczenia w wycince drzew na działce prywatnej, po dwóch miesiącach funkcjonowania,  „będzie zmieniona”. Naczelniczek państwa zdecydował i wszyscy odetchnęli z ulgą. Jarosław Polskę zbaw!

Ustawa forsowana przez luminarzy PiS z żarliwością niespotykaną nieodparcie nasuwa skojarzenia z aferą paliwową z 1989r, kiedy to podwyższono ceny benzyny, ale nowe stawki akcyzowe miały wejść z opóźnieniem. Kto wiedział, ten ustawiał kilometry cystern na naszej granicy celnej, tak, aby z wybiciem 24:00 mogły one ją przekroczyć przynosząc „tym, którzy wiedzieli” kokosowe zyski.

Z ustawą Szyszki może być podobnie. Wszak machina lobbingu, który tak zaniepokoił naczelniczka, na ogół smarowana jest forsą. Kto miał interes w wycięciu drzew, aby móc bez problemów przekwalifikować grunty na inwestycyjne – ten albo już to zrobił, albo właśnie to robi. Drzewne dożynki po apowiedzi Kaczyńskiego trwają w najlepsze. Ustawa – dzięki opatrznościowemu naczelniczkowi państwa zostanie pewnie zmieniona, ale co miało się stać – to już się stało i to w majestacie prawa. Nawet narodowy bohater Jarosław Kaczyński nie jest w stanie sprawić, aby ścięte 200-letnie drzewa powróciły na swoje miejsce.

„Odważni” opozycjoniści domagają się dymisji Ministra Środowiska. Ale tak naprawdę do dymisji powinien podać się sam Kaczyński i cała jego partia. I to bynajmniej nie dlatego, że wszyscy jak jeden mąż (z J. Kaczyńskim na czele) głosowali pamiętnej nocy za tą ustawą, a teraz niektórym się nie podoba z racji podejrzenia o lobbing. Rzeczywiście PiS skompromitował się, zdemaskował swoją pogardę dla stanowionego przez siebie prawa, pogardę dla wszystkich, którzy myślą inaczej. PiS okazał się „przyjazny” dla rozwiązań śmierdzących prywatnym interesem. To wszystko prawda, ale powód dla  wycofania się Kaczyńskiego jest dużo poważniejszy.

PiS doszedł do władzy eksponując potrzebę przeprowadzenia wielu zmian systemowych. I słusznie – kamieni kupę należy zmienić w kwitnący ogród. Tragedia Polski polega jednak na tym, że słuszne, konieczne reformy okazują się tylko zasłoną dymną dla rzeczywistych celów PiS, którymi jest przebudowa na swoją (watykańską?) modłę polskiego społeczeństwa, polskiego państwa, a jak się da to i Europy całej. Populistyczne hasła są, jak to w przypadku katastrofy smoleńskiej przyznał w rozmowie z jednym z generałów  sam Nadnaczelnik państwa – „tylko narzędziem politycznym”.

U podstaw programu PiS leżała słuszna teza o konieczności zwiększenia roli państwa, w tym przede wszystkim w gospodarce. PiS wykreował siebie na pogromcę doktryn i praktyk neoliberalnych. I nagle i niespodziewanie z ust Ministra Środowiska, wicepremiera Gowina i właściwie każdego, PiS-owca, który publicznie wypowiada się w sprawie ustawy Szyszki słyszymy jedno: „To w imię ochrony świętej własności prywatnej. Właściciel działki może z nią robić to, co mu się żywnie podoba!”.

Ustawą Szyszki, jej obroną, PiS doszczętnie skompromitował fundamenty swojej „reformatorskiej” misji. Minister środowiska udaje, że nie rozumie, że drzewa są częścią ogromnego ekosystemu, który w głębokim poważaniu ma granice działek geodezyjnych, nie rozumie, że niszcząc drzewostan na konkretnej działce czyni się szkodę wszystkim dookoła: ludziom, zwierzętom, roślinom. Zamiast więc, będąc wiernym swoim hasłom uspołecznienia gospodarki, podkreślać współodpowiedzialność właścicieli gruntów za dobro ogólne – PiS serwuje przed kamerami i mikrofonami najbardziej skrajne liberalne argumenty: o świętości własności prywatnej.

Należy więc spodziewać się dalszych, świetlanych akcji PiS w imię obrony tej świętości. Przepisy uniemożliwiające inwestycje uciążliwe dla sąsiadów: – do kosza! Zakaz zanieczyszczania wód gruntowych – won! Zakaz zasypywania na prywatnej działce rowów systemu melioracyjnego  – na śmietnik! Itd.,itp.

PiS musi odejść w niesławie nie tylko dlatego, że ustawą Szyszki obnażył swoje prawdziwe oblicze. Największą społeczną szkodą jest rujnowanie przez PiS nadziei milionów Polaków na jakiekolwiek poważne reformy w naszym kraju. A to sprawi, że następcom PiS – a tacy przecież będą – niepomiernie trudniej uzyskiwać będzie społeczne zrozumienie, zaufanie i wsparcie dla niezbędnych społecznych i gospodarczych reform.

Oczywiście będzie PiS mógł przez czas jakiś epatować „ciemny lud” – czyli swoich wyborców – angażowaniem NATO w udowodnienie hipotezy profesorów od parówek,  odbieraniem emerytur jednym by dać drugim, zwalnianiem części nauczycieli by – jako „dobry ojczulek” – podnieść pensję tym, którzy po reformie szkolnictwa zostaną. A wierni nowej władzy na bruk nie pójdą – to pewne.

Ale afera z ustawą Szyszki pokazuje jak wewnętrznie rozbity jest PiS w sprawach zasadniczych. Pokazuje, że cała ta reformatorska retoryka warta jest kupę… kamieni ich poprzedników.

Kryzys demokracji

 

The Economist opublikował właśnie swoją, dziewiątą już z rzędu, analizę stanu demokracji na świecie. „The Economist Intelligence Unit’s Democracy Index 2016” (dalej:DI) *) opatrzono charakterystycznym podtytułem: „Rewanż „żałosnych”” (W naszej, polskiej publicystyce bardziej adekwatnym tytułem byłby chyba: „Rewanż odrzuconych”). I ten podtytuł właśnie jest najlepszym skwitowaniem procesów demokratycznych na świecie w roku minionym.

Ogólna ocena tych procesów, w świetle badań The Economist jest znamienna. Zdaniem badaczy rok 2016 był rokiem rewolty przeciwko politycznym elitom, które okazały się dalekie od problemów zwykłych ludzi i nie reprezentują ich interesów. Zapowiedź rewolty pokazała się już w wcześniejszych badaniach The Economist. Autorzy DI 2016 zauważają, że rosnący rozziew pomiędzy elitami i społeczeństwem dotknął społeczeństwa o bardzo dużym demokratycznym doświadczeniu. Wskazuje się, że zarówno wyniki głosowania w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu jak i wybór Trumpa prezydentem USA były szokiem dla całego świata, ale wynikały z powszechnego, głębokiego niezadowolenia ze status quo i z pragnienia zmian.

Analizując świat The Economist pochyla się też nad krajami Europy środkowo-wschodniej. Pisze: „W Europie wschodniej jest klimat dla głębokiego, powszechnego niezadowolenia z demokracji i dawny blok komunistyczny odnotował najbardziej dramatyczną regresję w każdym obszarze w okresie całego dziesięciolecia, w którym badamy Wskaźnik Demokracji”.

W obszernej analizie ogólnej ważka jest też konstatacja The Economist, że niektórzy politycy, zamiast usiłować zrozumieć istotę przypadków powszechnego, gwałtownego sprzeciwu wobec politycznemu establishmentowi, usiłują podważać legalność Brexitu czy wyboru Trumpa ośmieszając wartości tych, którzy za Brexitem czy Trumpem głosowali. W tych negatywnych interpretacjach nowych zjawisk politycznych The Economist nie dostrzega niczego pozytywnego dla zwiększania politycznego zaangażowania i partycypacji obywateli w przyszłości.

Według DI prawie połowa światowej populacji żyła w 2016r. w jakiejś formie ustroju demokratycznego. Jednakże tylko 4,5% w „pełnej” demokracji, co było wyraźnym spadkiem w stosunku do poprzedniego roku (8,9%) spowodowanym sytuacja w USA. Ponad 1/3  światowej populacji  żyje w ustrojach dyktatorskich, przy czym główny w tym udział mają Chiny.

76 ze 167 badanych państw można według autorów DI uznać za państwa demokratyczne. Grupa 20 państw o „pełnej demokracji” została uszczuplona o Stany Zjednoczone, które ostatecznie zakwalifikowano do grupy państw z demokracją pełną wad.

Jak na tym tle wypadła Polska? Niestety, nie wchodzimy do elity 19 państw o pełnej demokracji, zajmując zaszczytne 52. miejsce w rankingu DI. Analiza wskaźników szczegółowych w 5 obszarach (proces wyborczy i pluralizm, funkcjonowanie rządu, polityczna partycypacja obywateli, kultura polityczna, wolności obywatelskie) jest bardzo ciekawa ale i czasochłonna. Skupiając się na wskaźniku ogólnym stwierdzić należy, że spośród państw europejskich wyprzedziliśmy tylko Mołdawię, Serbię, Chorwację i Węgry. Spośród nieeuropejskich krajów bardziej demokratycznymi od nas są między innymi: Filipiny, Indonezja Trinidad i Tobago, Południowa Afryka i wiele innych.

****************

Rok 2016 był rokiem porażki demokracji liberalnej. Obecny rok może kontynuować ten proces – z najwyższą uwagą śledzić trzeba wyniki wyborów we Francji i w Niemczech. Ale nade wszystko z tych wydarzeń wyciągać należy rzetelne wnioski – przede wszystkim przez tych, którym idee demokratyczne są bliskie. Największe niebezpieczeństwo jakie ukazał rok 2016 to realność uwiedzenia szerokich mas społecznych przez skrajnych, cynicznych populistów, którzy z jednej strony obiecują wszystko, a z drugiej siłą rozprawiają się z inaczej myślącymi. Znamiennym przykładem jest tutaj Polska, gdzie szczególnie mocno sprzęgły się idee populistyczne z nacjonalistycznymi. Z zachowań i wypowiedzi przedstawicieli obecnych elit tryska nienawiść i pogarda do wszystkiego, co nie PiS-owskie. I w ten sposób, w tempie przyspieszonym powstaje w Polsce nowa klasa „żałosnych” czy też odrzuconych. Jako antidotum na demokrację liberalną proponuje się Polakom demokrację nacjonalistyczną (narodową). Już sama nazwa, w kontekście historycznych doświadczeń Europy, mrozi krew w żyłach. Populizm i nacjonalizm używane jako narzędzia polityczne prowadzić muszą prędzej czy później do nagromadzenia się nowych pokładów niezadowolenia społecznego, wynikającego choćby z braku realizacji obiecanek. Klasa panująca zaś, odporna na argumenty myślących inaczej niż ona, będzie musiała wskazać jakiejś ujście dla negatywnej energia tego niezadowolenia: albo zewnętrzne (wojna) albo wewnętrzne (wojna domowa), albo jedno i drugie.

Dlatego uważam, że usilnie pracować należy nad opcją DEMOKRACJI OBYWATELSKIEJ. Idea demokracji obywatelskiej spajać powinna wszystkie siły polityczne dostrzegające grozę wykorzystywania populizmu i nacjonalizmu oraz wybranych selektywnie narzędzi systemu demokratycznego do  utrzymania władzy przez jedną partię. Dzisiaj każdy dzień przynosi informację o manipulacjach władzy przy okręgach wyborczych, o zastraszaniu całych grup społecznych a nawet prześladowaniach osób uznanych przez tą władzę za wrogów. Casus pułkownika Mazguły ściganego za to, że publicznie wystąpił przeciwko skandalicznym ustawom w wojskowym berecie jest tyleż śmieszny co straszny.

Polska lewica, a w niej SLD, w żadnej mierze nie powinna stać w tej sytuacji „z bronią u nogi”, lecz być aktywnym orędownikiem obywatelskiej demokracji.


*) http://www.eiu.com/public/thankyou_download.aspx?activity=download&campaignid=DemocracyIndex2016

Rzeźnia Polska(i)

Wielu czołowych polityków PiS sprawia wrażenie jakby miała jakieś szczególne uprzedzenie do Donalda Tuska, noszące częsta znamiona alergii na samą postać i nazwisko. Przypomnieć można  choćby dziadka w Wermachcie, uściski z Putinem, a tak w ogóle, to całe polskie zło – zdaniem PiS to przysłowiowa już „wina Tuska”.

Daleki jestem jednak o uznania, że ta kampania ma jakieś podłoże czysto personalne. PiS jest sprytny, przebiegły, często podły w swoich zachowaniach, ale nie można mu odmówić inteligencji. A średnio inteligentny polityk nigdy nie przedłoży personalnych animozji nad cele swojego ugrupowania. Bezpardonowe, konsekwentne atakowanie Tuska uznać więc należy jako element taktyki niszczenia Platformy Obywatelskiej – politycznego przeciwnika PiS. Tusk był nie tylko „głową” PO, ale i zwornikiem dla różnych wewnętrznych frakcji tego ugrupowania. Znaczenie Tuska dla PO uwidoczniło się wyraźnie po jego odejściu do Brukseli – PO utonęła w wewnętrznych sporach, z których do dzisiaj nie potrafiła się wykaraskać.

Uważni obserwatorzy polskiej sceny politycznej zwrócili uwagę na pewne oznaki ocieplenia relacji Kaczyński – Tusk zaraz po wyborach parlamentarnych. Ze strony Kaczyńskiego płynęły wówczas opinie – w kontekście ewentualnej reelekcji Tuska na kolejną kadencję Przewodniczącego Rady Europejskiej – że PiS wspierać będzie wszystkich Polaków na wysokich unijnych stanowiskach. Od niedawna sytuacja zmieniła się radykalnie. Kaczyński najpierw zapowiedział, że rząd Polski nie będzie popierał kandydatury Tuska, a kilka dni temu ogłosił wręcz, że ponowny wybór Donalda Tuska na stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej jest sprzeczny z polską racją stanu!

Nigdy dotąd żaden lider rządzącej partii w jakimkolwiek państwie europejskim nie posunął się do tak kuriozalnej deklaracji pod adresem swojego przedstawiciela we władzach Unii, a tym bardziej piastującego najwyższe w Unii stanowisko. Pomijając kwestię legitymacji przewodniczącego partii, którą w wyborach poparło niespełna 20% wyborców, do określania co jest, a co nie jest polską racją stanu, uważam, że działalność Kaczyńskiego jest w tym przypadku szczególnie szkodliwa. Podważa ona autorytet i wizerunek naszego kraju na zewnątrz, wzmagając stawiane od jakiegoś już czasu znaki zapytania nad naszą międzynarodową wiarygodnością i przewidywalnością. W interesie Polski powinno być właśnie wspieranie Tuska nie tylko przez polski rząd, ale i przez polski parlament i partie polityczne. Nie chodzi tu o to, że polski Przewodniczący mógłby coś dla Polski „załatwić”, jak prymitywnie wielu oczekuje, ale o to, że piastowanie tej funkcji przydaje państwu i krajowi międzynarodowego autorytetu. To poparcie należy się Tuskowi tym bardziej, że swoje obowiązki przewodniczącego RE w okresie dla Unii bardzo trudnym, wypełnia całkiem dobrze – w interesie Unii, a tym samym w interesie Polski.

O co więc chodzi?

Jestem przekonany, a niedaleka przyszłość zweryfikuje moje zdanie, że za tak drastyczną opinią Kaczyńskiego nie stoją względy personalne ani też zamiar dalszego osłabiania Platformy (jej nawet Tusk już nie pomoże). Przyczyny są głębsze. PiS nigdy nie skrywał swego krytycyzmu względem obecnej Unii. Urzędnik unijny był tolerowany, gdy sypał groszem, a piętnowany jako „unijny biurokrata”, gdy chciał sprawdzić, czy ten grosz wydawany jest zgodnie z celami i zasadami Unii. Ale to był argument na pokaz, dla „ciemnego ludu”. Kaczyński ma w zamiarze przeprowadzenie głębokiej reformy Unii (jakby kabaretowo to nie zabrzmiało zapowiedział już przygotowywanie nowego unijnego traktatu) w kierunku luźnej federacji państw narodowych, z faktyczną polityczną stolicą nie w Brukseli a w Watykanie. Tylko osoba Polaka – Przewodniczącego Rady Europejskiej stoi na przeszkodzie, aby niszcząca Unię Europejską kampania PiS nabrała rozmachu i rozpędu tak w kraju jak i za granicą.  To już jest groźne nie tylko dla Polski, ale i dla Europy.

Właściwie mógłbym na tym zakończyć, ale trudno jest mi oprzeć się uczuciu z gatunku schadenfreude. Było otóż tak, że gdy dobiegała końca moja kadencja członka Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, naiwnie zrodziła się we mnie myśl, że premierowi polskiego rządu, który niegdyś rekomendował Radzie Europejskiej moją osobę na pierwszego polskiego członka Trybunału, winien jestem jakiś rodzaj sprawozdania, relacji z tej pionierskiej bądź co bądź misji. Poprosiłem więc o spotkanie z urzędującym premierem Donaldem Tuskiem. Chciałem oczywiście przy okazji wysondować moje szanse na przedłużenie mandatu, ale też świadomy byłem, że są one raczej nikłe. W efekcie wielokrotnego pukania do drzwi gabinetu premiera otrzymałem oficjalne pismo stwierdzające, że takie spotkanie nie może dojść do skutku. Pan premier nie znalazł 10 minut na spotkanie z Polakiem piastującym wówczas najwyższe stanowisko w instytucjach Unii Europejskiej. Trudno. Jednakże pomimo tego doświadczenia postanowiłem przystąpić do formalnego postępowania, które miało polskiego kandydata na kolejną kadencję wyłonić. Któregoś dnia pracownicy mojego gabinetu poinformowali mnie, że właśnie na stronie MSZ ukazało się ogłoszenie o takim postępowaniu. Termin na złożenie dokumentów – 7 dni kalendarzowych. Dla kogoś, kto wcześniej nie znał warunków, dotrzymanie takiego terminu było bez wątpienia wyzwaniem. Ja jednak wszystkie dokumenty miałem skompletowane, wysłałem je więc do MSZ. I co? I nic. Jak kamień w wodę. Nie tylko nie mogłem uzyskać informacji o toczącym się postępowaniu, ale też w ogóle, pomimo wielu monitów, nie poinformowano mnie, urzędującego członka Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, o jego oficjalnym rozstrzygnięciu. Dowiedziałem się o nim via Rada Europejska, która przesłała do Trybunału specjalny komunikat w tej sprawie. Nie zwrócono mi nawet dokumentów, tak jakby mnie w ogóle nie było. Rządząca Platforma pokazała, że funkcjonowanie Unii, funkcjonowanie Trybunału nic a nic jej nie obchodzi. Liczy się tylko stanowisko dla swojego. Dlatego dla mnie różnica w formacie, w klasie sprawowania władzy publicznej pomiędzy PiS a PO jest w istocie niewielka. W końcu trudno się dziwić: wszak to jedna rodzina.

Polskie piekło

Chaos w Polsce pogłębia się coraz bardziej. Pytanie zasadnicze to to, czy ten chaos (rozpierducha, jak chcą niektórzy) jest efektem czyjegoś zamierzonego działania, czy też dzieje się sam z siebie, a właściwie z esencji natury polskiej klasy politycznej, która niezmiennie hołduje zasadzie, że epitety, etykiety i haki są dużo lepsze niż rzeczowe, konkretne argumenty.

Najgłębszy w nowożytnej historii Polski kryzys parlamentarny, sprowokowany wykluczeniem przez Marszałka z obrad Sejmu posła za wygłoszenie z sejmowej trybuny obrazoburczej kwestii: „Muzyka łagodzi obyczaje” wcale nie został zażegnany. Posłowie wprawdzie rozjechali się do domów na zasłużony odpoczynek, ale zostawili kraj z budżetem o bardzo wątpliwej legalności, czego skutków dzisiaj wyobrazić sobie nie sposób. W trakcie całej tej awantury budżetowej, kiedy to dodatkowo  zadłużenie kraju przekroczyło symboliczną kwotę 1 000 000 000 000 PLN, nie pojawił się nigdzie  stwórca budżetu – minister finansów. Zdążył tylko publicznie wyjawić, że on, minister finansów i minister rozwoju jest w budżecie państwa na 2017 rok zakochany! To wiele tłumaczy. Miłość, jak wiadomo, jest ślepa,   głucha na argumenty i bardzo wyczerpuje fizycznie. Zwłaszcza miłość nieodwzajemniona. Pan minister i pierwszy wicepremier nie może pewnie spać po nocach zachodząc w głowę, czy budżet pokocha  również jego. Ale to okaże się dopiero po roku. Przez rok mamy więc ministra Morawieckiego z głowy.

Kryzysowi parlamentarnemu towarzyszyło wiele nowych, nieznanych dotąd na Wiejskiej technik. Tak więc grożono posłom opozycyjnym więzieniem (do 10 lat), straszono użyciem przemocy, a nawet, dla spacyfikowania sali sejmowej zastosowano numer na nieboszczyka. Wydaje się, że nekropolityka stanie się ważną specjalizacją PiS.  Kaczyński kilkakrotnie przy tym oskarżał opozycję o intencje przeprowadzenia puczu. Oskarżenia tymczasem rzuca osoba, która sprawuje faktyczną władzę w Polsce nie mając ku temu żadnego tytułu prawnego i nie ponosząca żadnej konstytucyjnej odpowiedzialności!  Chaos przypieczętowany został publicznym wystąpieniem naczelniczka państwa, który z okazji jakieś tam rocznicy czy tygodnicy, odnosząc się do wydarzeń w Sejmie, grzmiał: „Polska tę walkę wygra!”. Polska, czyli kto? 19% obywateli, którzy głosowali na PiS? Niech będzie i 34%  poparcia, które PiS dają dzisiaj sondaże. Jeśli to jest Polska, to kim jest pozostałe 76 % mieszkańców kraju nad Wisłą? To już nie obywatele gorszego sortu, to jakieś zagraniczne, obce narodowo szumowiny, które nie warte są miana Polaka! Po prostu dramat. Chyba, że mamy do czynienia z przypadkiem choroby psychicznej. To już inna sprawa, to w jakiejś mierze tłumaczy sytuację, ale jej nie klaruje

Zawierucha zawieruchą ale praca Sejmu wre. Przyjęto, w trybie „budżetowym”, ustawę „dezubekizacyjną”, chociaż, jak przypomniał Włodek Czarzasty, UB rozwiązano w Polsce 60 lat temu. Wartko, jak donosi prasa, trwają też pracę nad nowelą ustawy o SKOK-ach.  PiS zawsze przeciwny był objęciem SKOK-ów nadzorem KNF – patronował czynnie tej postawie Prezydent Lech Kaczyński. Pomimo tego, że SKOKi naraziły Polaków na stratę jak dotąd około 4,5 mld złotych, PiS uczepił się orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego, że stopień nadzoru KNF powinien zależeć od wielkości SKOK. Dlatego w rzeczonej noweli przewiduje się całkowite zniesieni nadzoru KNF nad mniejszymi pisowskimi kasami. Pan  senator Bierecki będzie mógł znów bez ograniczeń transferować pieniądze do Luksemburga.

Dwóch opozycyjnych liderów mocno nadszarpnęło swoją reputację, co oczywiście czyni z nich bohaterów wszystkich mediów. Niewspółmiernie cicho jest natomiast w mediach wokół sprawy księdza, który w szczególnie bestialski sposób wykorzystywał seksualnie 13 letnią dziewczynkę, przypomnianej przez red. Kopińską w GW. Ksiądz wprawdzie został skazany, ale wyrok wielokrotnie mu łagodzono, a obecnie znów świadczy usługi duszpasterskie nie zaniedbując internetowej aktywności w stosunku do dzieci.  Z całego artykułu przytoczę fragment, pomijany na ogół w komentarzach, a który zbulwersował mnie do granic:

„ – Często zabierał mnie na plebanię w Stargardzie. Jedliśmy obiad ze wszystkimi księżmi, a potem brał mnie do swojego pokoju. Nie rozumiem, dlaczego nikt nie reagował. Ja byłam bardzo drobną dziewczynką, wszyscy widzieli, jaka jest między nami różnica wieku, a księża się nie dziwili, że śpię u niego”.

Jak to się dzieje, że nikt nie zapytał o współodpowiedzialność owych księży za seksualne przestępstwa ich kolegi? Przecież musieli być świadomi tego, że są świadkami seksu z osobą nieletnią. Również oni powinni więc być pociągnięci do odpowiedzialności karnej i przykładowo ukarani. Swoją drogą ich bierność świadczy o tym, że tego typu sytuacje to zapewne normalka w codziennym życiu parafialnym. Wstyd i hańba!

Na koniec hit. Naczelniczek państwa w wywiadzie dla węgierskiej gazety ogłosił realność powstania alternatywnej dla Unii Europejskiej organizacji politycznej zrzeszającej państwa Europy środkowo-wschodniej. Jednym słowem RWPG bis. Niezależnie od realności takich inicjatyw nie będą one mogły być inaczej odebrane przez Europę jak twardy dowód na rozbijacką politykę Polski w Unii. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Takie działania Kaczyńskiego uznać należy moim zdaniem za zdradę polskiej racji stanu.

DOSYĆ !!!

Umiera polski parlament. Umiera w męczarniach. Nie mordują go żadne wraże siły, żadni najeźdźcy, żaden układ sił międzynarodowych, żadni hakerzy posługujący się „rosyjsko brzmiącą mową”. Parlament polski mordowany jest polskimi rękami.

Gdy w październiku 1993 r. składałem w Sejmie ślubowanie poselskie byłem  w euforii. Być posłem na Sejm! Współdecydować o sprawach Polski i Polaków! Zaszczyt i zobowiązanie ogromne. A Sejm był wówczas świątynią niemal politycznej kultury, gdzie wzajemny szacunek posłów obecny był nie tylko na sali, ale i w kuluarach.

Posłem byłem krótko – niecałe 3 lata. Mandat poselski był nie do pogodzenia ze stanowiskiem wiceprezesa Najwyższej Izby Kontroli. Ale w różnych rolach, z polskim parlamentem, z Sejmem, z Senatem przyszło mi współpracować  w sumie przez 20 lat: jako poseł, wiceprezes NIK, wiceminister finansów i polski członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. Przez te 20 lat patrzyłem na postępującą erozję polskiego systemu parlamentarnego, na wszechobecną selekcję negatywną, na coraz niższy poziom merytorycznych dyskusji. Ale to, co wczoraj wydarzyło się na Wiejskiej jest zupełnie nową, nawet dla mnie – wieloletniego wycirucha sejmowych korytarzy – jakością. To olbrzymie tąpnięcie, nowy stan, z którego powrót do normalności będzie bardzo trudny. Wczoraj Sejm obdarty został z resztek swojej siły wewnętrznej, z powagi, z autorytetu.

Żeby sprawa była jasna. Zdecydowanie staję po stronie posłów opozycji, którzy powiedzieli DOSYĆ! totalitarnym praktykom większości sejmowej, którzy zdecydowali się na krok desperacki, ale jedyny, jaki im pozostał. A sprawa, o którą walczą jest wagi ogromnej – chodzi o praktyczny wymiar naszej demokracji, o podstaw tej demokracji, którą jest dostęp obywateli do informacji o działaniach władzy publicznej.

O sprawności Sejmu decyduje jakość posłów i procedury podejmowania decyzji.  Regulamin Sejmu nie jest bardzo szczegółowy. I dobrze, gdyż wiele spraw w Izbie toczy się dzięki dobrym obyczajom. Dobrym obyczajom politycznym oczywiście. Ale o sile Sejmu decydują właśnie jego obyczaje, tradycja. To właśnie dobre obyczaje sejmowe determinowały jedną z podstawowych wartości demokracji, jaką jest stosunek parlamentarnej większości do opozycji. Dzisiaj dobre obyczaje sejmowe zostały zmieszane z błotem i z przytupem wyrzucone na śmietnik..

Jaka fatalną drogę przeszedł nasz Sejm od marszałków takich jak Małachowski, Zych czy Oleksy do Kuchcińskiego! Marszałek Sejmu Kuchciński zademonstrował, że jedynym językiem jakim  arytmetyczna większość w Parlamencie rozmawiać potrafi z opozycją jest tylko język siły. PiS na każdym kroku emonstruje wobec opozycji postawę: „Przegraliście wybory, to teraz siedźcie cicho! Nie macie tu nic do gadania!” Agresja PiS wobec mniejszości parlamentarnej była nie tylko merytoryczna – odrzucanie z zasady wszelkich wniosków opozycji – ale i werbalna. Nikt w czasami nawet wulgarnych atakach na posłów opozycji nie przebije pani poseł Pawłowicz, której próbki kultury parlamentarnej wielokrotnie mogliśmy oglądać w transmisjach sejmowych. Ale to już chyba czas przeszły…

Sala obrad Sejmu widziała wiele incydentów bardziej drastycznych, niż zachowanie posła  Szczerby. Szczerba zademonstrował tylko dwa słowa. Przypomnieć tu jednak trzeba skandaliczne – z punktu widzenia i procedury i obyczajów parlamentarnych zachowanie Kaczyńskiego, kiedy podczas debaty nad wotum nieufności dla Premiera Tuska, stojąc na sejmowej mównicy zaprezentował z trzymanego w rękach tabletu wystąpienie osoby nie będącej posłem. Prezes Kaczyński „odstąpił” swoje prawo do występowania z mównicy sejmowej, w trakcie sejmowej debaty, osobie nie mającej mandatu posła. Czy nie była to profanacja Sejmu jako całości?

Wczorajsze dramatyczne wydarzenia w Sejmie i pod budynkiem Wysokiej Izby, gdzie spontanicznie zebranych kilka tysięcy warszawiaków demonstrowało przeciw zakusom PiS radykalnego ograniczenia mediów do codziennej pracy parlamentu, użycie siły wobec nich przez policję jest kolejnym dowodem na rozkład polskiego państwa. Podpisywanie przez ministra sprawiedliwości listy na „kolumnowym” posiedzeniu partii rządzącej już po głosowaniach (co ujawniły media) jest jedną z przesłanek do uznania tego zebrania za niekonstytucyjne i prawnie nieważne. I na tym polega prawdziwy polski dramat. Jeżeli bowiem PiS wyjdzie z tego zwarcia zwycięsko, to mając na sumieniu bezprawne działania nasilać tylko będzie kurs opresyjny, we wszystkich dziedzinach życia społecznego. I zrobi wszystko, aby nie oddać władzy i nie zostać rozliczonym za deprawację polskiego parlamentu, za czarną plamę na historii polskiego parlamentaryzmu.

Polski Sejm nie będzie nigdy już taki, jak przed 16 grudnia 2016r i Polska nie będzie taka sama.

Piotrowiczem nie będę

Grupa trzymająca władzę w Polsce  rozhulała się na dobre. To nic, że premier Szwecji natrzaskał publicznie po szanownym obliczu polskiego Prezydenta za zagrożenie demokracji w Polsce, to nic, że Sąd Najwyższy skompromitował wręcz alfę i omegę obecnego wymiaru sprawiedliwości w Polsce, ministra Ziobrę – wszystko jak woda po kaczce (sic!). Grupa trzymająca władzę wprawdzie zrobiła – pod presją zdaje się międzynarodowej opinii publicznej, gdyż krajowa w ogóle jej nie interesuje – pół kroku wstecz w sprawie ustawy o zgromadzeniach publicznych, to jednak sam zamiar przeprowadzenia takiej ustawy, przegłosowanie jej w Sejmie, stanowi nazbyt jasną ilustrację rzeczywistych intencji Grupy. „Za mordę wszystkich nie naszych, a naszych bronić do upadłego”.

W prasie (np. dzisiejsza Rzeczpospolita) znaleźć można komentarze pod hasłem: „Kaczyński cofa Polskę do PRL!” Wypraszam sobie. Przyrównywanie Kaczostanu do Polski Ludowej jest obrazą dla 45 lat historii naszego kraju. Aby móc porównywać się z osiągnięciami PRL Kaczyński musiałby dokonać czynów na miarę odbudowy Polski z totalnych zniszczeń wojennych, przeprowadzenie cywilizacyjnej rewolucji na polskiej wsi i w polskich miastach, zbudować potężny system powszechnej oświaty i służby zdrowia, zbudować tysiące zakładów pracy, stworzyć niemal od podstaw polski przemysł i polską naukę, stworzyć warunki do bezprecedensowego rozwoju polskiej kultury. Nie bez racji wybitny polski aktor Andrzej Seweryn mówił kilka lat temu: „Mówcie co chcenie o PRL, ale to były złote czasy dla polskiej kultury”. Wreszcie Polska Ludowa nie otwierała bram (nawet drzwiczek) dla polskich ruchów nacjonalistycznych i faszyzujących. Kaczostan do Polski Ludowej ma się mniej więcej tak, jak kaczka do orła.

Oczywiście, PRL nie była państwem idealnym, nie przystawała do standardów społeczeństwa demokratycznego drugiej połowy XX wieku, że w obronie porządku konstytucyjnego sięgała czasami po metody naganne. Ale kreowanie okresu Polski Ludowej jako czarnej dziury, jako czasu wszelkiego zła, powszechnej nędzy itp., jest nieuprawnione i bardzo źle służy Polsce. Tym bardziej, że nie wiadomo, po jakie metody gotowa jest sięgnąć obecna władza w obronie porządku konstytucyjnego. Na razie sama porządek demokratyczny niszczy i przygotowuje narzędzia do działań w warunkach wyższej konieczności. Odrzucenie przez Sejm projektu poprawki do przepisów powołujących Wojska Obrony Terytorialnej, zakazującej używania tych wojsk przeciwko obywatelom polskim wpisuje się na czarną listę jednoznacznych intencji GTW.

Dezawuowanie Polski Ludowej, odsądzanie tego okresu od czci i wiary,  to plucie w twarz milionom Polaków.  Historia PRL dopełniła się w czerwcu 1989r. Czerwona kartka pokazana władzy przez większość wyborców była jednoznaczna. Ale i w tych wyborach na bezpartyjne listy obozu rządzącego (co jest chyba najlepszym miernikiem zaufania do schodzącego ze sceny ustroju) głosowało w poszczególnych okręgach wyborczych od 10 do ponad 30%. Można przyjąć patrząc na mapę wyborczą, że około 25% wyborców wspierało w 1989 r. PZPR i jej sojuszników. Nie bez znaczenia jest też fakt, że przeciwnicy PZPR w czerwcu 1989r nie głosowali bynajmniej za reformą Sachsa-Balcerowicza z jej wszystkimi skutkami gdyż ta przyszła zaraz po wyborach. Ale jak widać nie potrafimy uczyć się nawet na własnych błędach – zbyt łatwo przychodzi nam wyrzucanie ludzi – milionów ludzi – na śmietniki historii i nie potrafimy doceniać własnych osiągnięć. A efekt jest – jak każdy widzi. Uproszczone, wręcz prostackie oceny Polski Ludowej źle służą ojczyźnie, przede wszystkim jej przyszłości. Polska Ludowa nie tylko zasługuje na obiektywną, wszechstronną ocenę, ale taka ocen jest niezbędna, jeżeli z historii naszej wyprowadzać chcemy właściwe wnioski.

Kaczyński nie cofa Polski do czasów Polski Ludowej. Być może jego instynkt polityczny podpowiada mu, że czasy „mody” na demokrację się kończą zarówno w Polsce jak i na świecie i dlatego cynicznie dążąc do rozszerzenia i umocnienia swojej władzy absolutnej sięga po uniwersalne narzędzia dyktatorskie. Daje tym samym asumpt od porównań z najciemniejszymi aspektami okresu lat 1945 – 1989. Ale to tylko część tamtej, minionej rzeczywistości.

Protest przeciwko praktyce nadużywania demokracji przez PiS jest ze wszech miar potrzebny. Każdego dnia, przy każdej sposobności pokazywać należy, piętnować i zapisywać poczynania GTW. W zapowiadanych na 13 grudnia manifestacjach części opozycji po hasłami obrony demokracji nie pójdę, chociaż miałbym do tego pełne prawo. Reprezentuję bowiem tę część polskiego społeczeństwa, która drogę od systemu mono partyjnego ku demokracji przeszła w sposób bardzo świadomy, po niezliczonych debatach i sporach i nie po to, aby teraz z tej drogi zawracać. W Polsce dzieje się źle. Ale PiS ze swoją polityczną praktyką jest tylko historyczną kontynuacją „dzieła” poprzedników. I o autorach „kamieni kupy” historia nie zapomni. Dlatego nie wezmę udziału w ulicznych demonstracjach 13. grudnia, gdyż nie zamierzam uczestniczyć w zawodach kto głośniej: PiS czy PO krzyczeć będzie „precz z komuną” i kto soczyściej pluć będzie na Polskę Ludową. Drugim Piotrowiczem nie będę.

Parę dni przerwy i nie wiadomo od czego zacząć. Zacznę jednak od skandalicznej, demaskującej już nie miernotę, ale wręcz moralne bagno rządzących. Mam na myśli ustawę po raz kolejny odbierającą znaczne części emerytur tym, którzy chronili polskie państwo.  Tak zwana ustawa „dezubekizacyjna” (to już nie neologizm, to potworek językowy na miarę poziomu intelektualnego jego autorów) to w istocie kolejna rozprawa z polską państwowością z lat 1945 -1989. Ci którzy służyli państwu polskiemu w tym okresie są warci potępienia a cała państwowość wymazana z kart polskiej historii – mówią od lat słowa i czyny prawicy, mówią dziś czyny i słowa obecnych włodarzy Polski. Jeżeli już tak, to bardzo proszę: oddajcie Panie i Panowie Prawdziwi Polacy wszystkie tytuły, stopnie naukowe, dyplomy, na których – o zgrozo! orzeł jest bez korony! Unieważnijcie wszystkie decyzje administracyjne i orzeczenia sądów gdyż orzeł wieńczący ich łańcuchy też nie był koronowany itd. Itp. Unieważnijcie reformę rolną i ogłoście Europie, że chętnie zrzekniecie się Ziem Zachodnich w zamian za wschodnie rubieże!

Milicja Obywatelska broniła zwykłych ludzi. Tak! Zwykłych ludzi – ulubionego podmiotu (a raczej przedmiotu) Pani Premier. Broniła przed chuliganami i złodziejami. Ale sprawiedliwości dziejowej – wbrew tromtadrackim okrzykom Pani Premier i innych – nie stało się jeszcze zadość. Skoro funkcjonariusze organów strzegących publicznego bezpieczeństwa Polski Ludowej są dzisiaj publicznie, pokazowo wręcz piętnowani, to konsekwentnie przestępców gospodarczych, których Milicja ścigała należy uznać za narodowych bohaterów. Wszak wyprowadzili z reżimowej kasy państwowej dużo więcej niż marne 80 mln zł.  Nie tylko należy ich uniewinnić, zatrzeć wyroki, ale również wypłacić należyte odszkodowania im lub spadkobiercom. Podobnie z tymi, którzy – nieważne – po pijaku, czy na trzeźwo – podnosili rękę na stróżów prawa. Tym, prócz uniewinnienia i odszkodowań  należy się status kombatancki. Inaczej  sprawiedliwość dziejowa się nie dopełni!

Z drugiej strony zdumiewają mnie i smucą wielce płacze, skomlenia wręcz typu: „ja chroniłem Lecha Kaczyńskiego…”, „ja pracowałem/ pracowałam tylko kilka miesięcy…”. Do diabła! Nie o to chodzi! Chodzi o godność takich jak wy: dzisiejsi policjanci, którzy ze szczerym zaangażowaniem, poświęceniem swojego zdrowia i życia chronili zwykłych ludzi. Gdyby jednym słowem chcieć określić bagienno-niskie, trącące politycznym sadyzmem działania PiS, to tym słowem jest PODŁOŚĆ.

Wypada też odnieść się do sprawy Piniora. Zaliczam się do grona tych osób, które byłyby wielce zaskoczone, gdyby postępowanie sądowe potwierdziło prokuratorskie zarzuty wobec Józefa. Po prostu nie ten typ człowieka. Ale trudno mi oprzeć się super oryginalnej refleksji, że historia toczy się kołem, a gdy się powtarza to jako farsa.  Mądrość ludowa nie była jednak na tyle mądra, aby powiedzieć w jakiej postaci pojawia się powracająca historia, jeżeli farsą była na starcie.

Józefa znam od 1990 r, kiedy to kierowałem młodą, wrocławską Socjaldemokracją i kiedy nawiązywaliśmy pierwsze kontakty z lewicą „Solidarności”. Józef z wąskim gronem koleżeńskim był dużo bardziej na lewo niż SdRP; ściśle współpracował wówczas z IV Międzynarodówką. A były to czasy, kiedy tzw. „moskiewska pożyczka SdRP” nie schodziła z pierwszych stron gazet i ust – również solidarnościowych polityków. Józef przekonywał, że ta afera jest czysto polityczną i chodzi w niej wyłącznie o dyskredytację Rakowskiego i SdRP. Należy bronić Rakowskiego – wykładał. – Nie chodzi o żadne pieniądze. „Takie pieniądze to my w Solidarności przepijaliśmy w pół roku” – twierdził i nawoływał do obrony SdRP-owskiego guru. Coś mi się wydaje, że w dzisiejszej „sprawie Piniora” też nie o pieniądze głównie chodzi. Ale jak mówią starożytni Francuzi: pożyjemy, zobaczymy.

Ogólniejsza refleksja z tej historii jest jednak taka, że prawdopodobnie ginie kategoria „zaufania do organów wymiaru sprawiedliwości” – jako całości. Oceny będą skwantyfikowane. Poszczególne prokuratury i sądy oceniane będą przez pryzmat pojedynczych spraw. Będzie ciekawie.