Referendum? TAK!

Prezydent Duda łapie się prawą ręką z lewe ucho, aby swoją pozycję polityczną w kraju umocnić inicjując jakieś referendum. Publicznie komponuje mniej lub bardziej kompromitujące go pytania, którymi nękać zamierza współobywateli. Jest jednak kwestia, która moim zdaniem bezwzględnie powinna zostać poddana decyzji Polaków. To sprawa decyzji o zaproszeniu wojsk obcego państwa do STAŁEJ obecności w Polsce.

Stała obecność obcych wojsk w Polsce to poważna sprawa – bodajże najpoważniejsza z tych, które w praktyce, nie w pięknych słownych deklaracjach, determinują naszą suwerenność i niezależność. Szczególnie pomni najnowszej historii naszego kraju powinniśmy kwestii stałych baz obcych wojsk poświęcić maksymalnie dużo uwagi.

Zabiegi Sikorskiego, Komorowskiego, a obecnie Dudy i Kaczyńskiego o to, by „spełniło się marzenie Polaków, aby amerykański żołnierz postawił swój but na polskiej ziemi” muszą zostać skonfrontowane z rzeczywistą wolą suwerena.

Jest w tej sprawie kilka ważnych aspektów. Po pierwsze czy rzeczywiście amerykańskie wojska w Polsce zwiększą czy zmniejszą bezpieczeństwo kraju? USA zawsze kierowały się wyłącznie własnym interesem. Oczekiwanie, że przedłożą go nad interes Polski w momencie rzeczywistego zagrożenia jest ułudą o wiele większą od tej, która kazała nam oczekiwać pomocy wielkiej Brytanii i Francji we wrześniu 1939 r.  Czy kontyngent wojsk amerykańskich obroni Polskę w przypadku agresji ze wschodu, czy też ma być elementem odstraszania tylko? Czy nie jest przypadkiem tak, że ściągając obce wojska przygotowujemy się tak naprawdę do wojny, która już się zakończyła? Wszystko wskazuje na to, że współczesny konflikt rozegra się w zupełnie innej przestrzeni niż II Wojna Światowa – w cyberprzestrzeni mianowicie.

Po drugie, czy zainstalowanie stałych amerykańskich baz u granicy z POTENCJALNYM agresorem wzmacnia, czy osłabia poziom napięcia na kontynencie? To pytanie raczej retoryczne. Skutkiem takiej decyzji będą najpewniej stosowne decyzje w rosyjskich sztabach.  Rosyjscy jastrzębie mogą tylko zacierać ręce i programować nowe cele na polskiej ziemi dla swoich rakiet. Ale generowanie coraz to nowych konfliktów na granicy Unia Europejska – Rosja jest – jak uczy historia – stałym elementem amerykańskiej doktryny. Czy więc ustanowienie amerykańskich baz wojskowych  to realizacja polskiego interesu, czy strategicznych interesów USA politycznym i finansowym kosztem Polski?

A może jest tak, że Polacy nie życzą sobie eskalacji napięć w Europie, eskalacji, której front przebiega przez Polskę?

I wreszcie ostatnia, najważniejsza sprawa: kwestia politycznej odpowiedzialności. Decyzja o utracie znacznej części naszej suwerenności – a taką będzie niewątpliwie stała obecność obcych wojsk na polskiej ziemi, nie może zostać podjęta przez ŻADNE ugrupowanie polityczne.  To sprawa zbyt kardynalna, doniosła w sensie historycznym. Tym bardziej w przypadku PiS, które w wyborach poparło niespełna 19% uprawnionych do głosowania, nie ma prawa do podejmowania takiej decyzji. Dlatego więc, również po to, aby w przyszłości nie przerzucać się odpowiedzialnością za te decyzje, w tej kwestii powinien wypowiedzieć się Naród. I żadne medialne sondaże nie zastąpią tu powszechnego referendum. Dlatego Prezydencie Duda: referendum – tak, ale z jednym pytaniem: „Czy jesteś za stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce”.

 

Dziękuję narodowi rosyjskiemu

Obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości rozkręcają się na dobre. Panująca sitwa „uświetnia” je co raz to nowymi igrzyskami: a to wznieca i podsyca nastroje antyżydowskie, a to degraduje oficerów Wojska Polskiego, którzy – podobnie jak Piłsudski – nosili czapki z orłem bez korony, a to wynosi na panteon narodowych bohaterów pospolitych zbrodniarzy i hitlerowskich kolaborantów. Poleją się jeszcze kilometry sześcienne, rzeki całe, przy których Amazonka to marny strumień, mów wszelakich o jedynie prawdziwym patriotyzmie, o bohaterstwie, Bogu i Ojczyźnie, honorze, wstawaniu z kolan itd., itp. Wszystko oczywiście przyprawione jedynie słuszną, nowogrodzką interpretacją historii najnowszej i starannie skomponowanym antylewicowym sosem, chociaż bez socjalistów Piłsudskiego i Daszyńskiego pewnie by tej wolnej Polski nie było.

Może tak właśnie będzie, może trochę inaczej, ale z całą pewnością zabraknie w tych obchodach jednego: podziękowań narodowi rosyjskiemu. Dlatego czynię to skromnie w moim własnym imieniu, gdyż uważam, że naród ten na naszą wdzięczność zasługuje szczególnie.

Dziękuję więc narodowi rosyjskiemu za rewolucję lutową  w 1917, za to, że obalił carat.

Wiadomym jest, że jeszcze w czasie trwania I Wojny Światowej państwa Ententy, a szczególnie jej jądro: Wielka Brytania, Francja i Rosja planowały częściowy rozbiór Niemiec po ich pokonaniu. Nie można mieć złudzeń co do tego, że gdyby wśród zwycięskich państw znajdowałaby się carska Rosja, i gdyby po wojnie te państwa na nowo meblowałyby Europę, nikt nawet by się nie zająknął na temat niepodległego, suwerennego państwa polskiego. Żeby nie być gołosłownym zacytuję za Janem Karskim, „Wielkie mocarstwa wobec Polski, 1919 – 1945…”:

8 marca 1916 r. minister spraw zagranicznych, Siergiej D. Sazanow, informował swojego ambasadora w Paryżu, Aleksandra Izwolskiego, że Polska musi zostać wyłączona z wszelkich rozmów sprzymierzonych. Dawał ambasadorowi instrukcje, aby „przeciwstawiał się wszelkim próbom przejęcia Polski pod kontrolę i gwarancje zachodnich mocarstw”. Wkrótce potem ostrzegał ambasadora Paléologue’a, że wszelka zachodnia interwencja, – nawet „dyskretna interwencja” – w sprawy polskie postawi jedność sprzymierzonych w realnym niebezpieczeństwie.

Potem, już po lutowym przewrocie, następowały inne wydarzenia jak deklaracja Rady Piotrogrodu z marca 1917r. w sprawie niepodległości Polski, wystąpienie Rosji z Ententy w 1918r. otwierające nowe perspektywy dla wolnej Polsk. Nowe możliwości zostały bardzo dobrze wykorzystane przez polskich polityków chociaż sprawa nie była też tak jednoznaczna po stronie zachodniej. Znowu cytując Jana Karskiego:

Jeszcze w marcu 1917 r. – na kilka dni przed formalnym uznaniem prawa Polski do niepodległości przez rosyjski Rząd Tymczasowy – Balfour nadal dowodził Gabinetowi Wojennemu, że całkowicie niezawisła Polska osłabiłaby szansę państwa zachodnich wobec Niemiec. Z natury rzeczy – podnosił – państwo takie musiałoby „chronić” Niemcy przed Rosją. Czy byłoby to w interesie państwa zachodnich? – pytał. Poglądy Balfoura miały wielką wagę, od grudnia 1916 r. bowiem zajmował on stanowisko minister spraw zagranicznych (Francji, J.U.), a także z tej racji, że podzielali je inni i to nie tylko Brytyjczycy.

Oczywiście osobną i ciekawą kwestią jest interpretacja przez Rząd Tymczasowy i późniejsze radzieckie władze ich deklaracji w sprawie Polski, ale nie może ulegać wątpliwości, że lutowa rewolucja w Rosji, obalenie dynastii Romanowów, była jak wysadzenie w powietrze olbrzymiego głazu, który stał na polskiej drodze ku wolności.

I za to właśnie, w roku jubileuszowym zwłaszcza, narodowi rosyjskiemu powinniśmy być wdzięczni.

Pieniądze za demokrację?!

To było ważne spotkanie. Zaraz po Toruniu i Budapeszcie Premier Mateusz Morawicki udał się do Brukseli aby 9. stycznia b.r. niezwłocznie po zaprzysiężeniu nowej Rady Ministrów, zjeść obiad z Przewodniczącemu Komisji Europejskiej Jean –Claude Junckerem. Komentarzy po spotkaniu było wiele, „nowe otwarcie”, „brak przełomu” – to skrajne ich tezy. Opublikowano wspólny komunikat, który jest bardzo okrągły, wręcz sztampowy,  za wyjątkiem jednakże ostatniego zdania. Mówi ono: „Ustalili, (Morawiecki i Juncker, JU) że spotkają się ponownie, by kontynuować dyskusję mającą przynieść postępy do końca lutego.” Strona Polska odtrąbiła sukces ogłaszając, że rozmowy będą kontynuowane w lutym. Komisja Europejska natomiast, w dniu następnym po wizycie ogłosiła, że Polska ma czas do końca lutego na wykazanie, że następuje poprawa w kwestii stanu demokracji w Polsce. Termin lutowy związany jest oczywiście z rozpoczynająca się w Unii debatą o kolejnej perspektywie finansowej. Z ciekawostek tego spotkania warto odnotować 15 minutowe spotkanie „w cztery oczy” Junckera z Morawieckim.

Wszystko ładnie, ale w nocy dopadł mnie koszmarny sen. Przypomniał mi on o pewnej sprawie, której poświęciłem wiele czasu jako członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. W Trybunale odpowiadałem między innymi za kontrole zewnętrznych wydatków Komisji Europejskiej, czyli tych, które, głównie w ramach różnych akcji pomocowych, kierowane były do państw poza Unią Europejską. Wśród wielu kwestii, które w imieniu Trybunału podnosiłem na komisjach Parlamentu Europejskiego była nasza zdecydowana krytyka praktyki Komisji Europejskiej nazywaną  przez nią „dynamiczną interpretacją prawa”. Problem leżał w tym, że finansowe przepisy Unii  zezwalają na alokację środków unijnych WYŁĄCZNIE  do krajów, gdzie system parlamentarny, systemy kontroli wewnętrzne i zewnętrznej funkcjonowały i dawały gwarancję prawidłowego wykorzystania tych środków. Ale pieniądze chciano kierować również do krajów, w których często parlament wcale nie istniał, albo istniał, ale tylko w szczątkowych formach, w którym na przykład ostatni budżet prezentowany była lata temu i nigdy nie rozliczony, w których nie funkcjonowały żadne instytucje kontrolne. Aby móc alokować środki finansowe do tych krajów Komisja Europejska wypracowała otóż  zasadę „dynamicznej interpretacji prawa”. Polegała ona w skrócie na tym, że uznano iż można wspierać finansowo kraje, wprawdzie dzisiaj dalekie (bądź bardzo, bardzo dalekie) od standardów demokratycznych, ale w których zadeklarowano i wdrożono jakieś działania naprawcze. Zakładano, że skoro ogłoszono wdrożenie, to w przyszłości będą efekty, a więc wydawanie pieniędzy unijnych będzie racjonalne. Oczywiście nikt nigdy nie kontrolował postępu w realizacji deklarowanych programów naprawczych – co Trybunał również pokazywał.

Trybunał nie mógł oczywiście pozytywnie oceniać tych praktyk i przez kilka lat wnosiliśmy w Parlamencie o zaprzestanie tych praktyk. Parlament dzielnie nas wspierał  – ale bezskutecznie. Dopiero po zmianie składu komisji w lutym 2010 r. nowy komisarz odpowiedzialny za pomoc międzynarodową ogłosił, że Komisja odchodzi od praktyki „dynamicznej interpretacji prawa”. Czy tak się stało – nie miałem już sposobności ustalić. Zapewne zaprzestała – ale czy ten trick wyrzucono z szuflad unijnych urzędników?

W moim sennym majaku pojawił się oto taki scenariusz, że Komisja Europejska podobne rozwiązanie zastosuje w sprawie Polski, że istotnie zmodyfikuje swoje stanowisko w kwestiach demokracji w Polsce zadowalając się deklaracjami polskiego premiera o woli i planach działania w tym zakresie. O jakim realnym postępie przywołanym we wspólnym komunikacie może być bowiem mowa do końca lutego bieżącego roku?! Przecież Trybunał Konstytucyjny jest już „ustawowo” zaorany”, system sądownictwa całkowicie pod butem PiS – co tu, prócz słownych deklaracji można zmienić w przeciągu miesiąca?  Jest oczywiste, że z wielu powodów obecna sytuacja w Polsce jest nie na rękę Unii, ale też Komisja nie pali się do precedensowych, radykalnych rozwiązań. „Dynamiczna interpretacja prawa” – jak znalazł!

A przy tym to spotkanie „w cztery oczy”. Czego ono mogło dotyczyć? Przecież nie przekazaniu jakichś unijnych tajemnic, gdyż takich nie ma – polityka Unii Europejskiej jest w założeniach transparentna. To co Juncker przekazał Morawieckiemu w trakcie tych 15 minut? Z pewnością chodziło o przekaz bardzo zwięzły (15 minut) i taki, którego należało ukryć przed opinią publiczną. Mogło to więc być albo twarde powiedzenie: – PIENIĄDZE ZA DEMOKRACJĘ, albo przekazanie sygnału, że właśnie: „jesteśmy gotowi zastosować dynamiczną interpretację, ale niech strona polska da nam ku temu podstawy”. Zasada „energia za demokrację” ogłoszona została przez UE w stosunku do państwa bałkańskich w czasie wojny jugosłowiańskiej. Czy zostanie zastosowana dzisiaj, w sytuacji realnego zagrożenia dla fundamentalnych wartości Unii europejskiej ze strony jednego z jej członków? Na szczęście obudziłem się.

Gdyby okazało się jednak, że z szuflad unijnych urzędników  rzeczywiście wyciągnięto i odkurzono zasadę „dynamicznej interpretacji prawa” i zastosowano ją w polskiej kwestii, byłoby to kolejne wielkie zwycięstwo Kaczyńskiego, kolejny karb na flincie: tym razem wykiwana Unia Europejska! Okazało by się, że gładki, nowy Premier, zrekonstruowany rząd i parę pustych deklaracji wystarczą do tego, aby polskie władze nie poniosły żadnych konsekwencji wewnętrznego zamachu na demokrację, na demokratyczne społeczeństwo.

Mam nadzieję, że to był tylko senny koszmar i że Europa nie zdradzi swoich  polskich partyzantów.

 

Polskie Lato’2017

A miało być tak ładnie. Gorszy sort na urlopach, pod osłoną podwyżki cen paliw, pod osłoną nocy miał się odbyć zamach na polską Konstytucję. W nieznanym dotąd ekspresowym tempie miał zostać uchwalony pakiet ustaw demolujących dotychczasowy system sądownictwa w kraju z oczywistym naruszeniem szeregu konstytucyjnych artykułów. I został uchwalony. „kto za, kto przeciw, kto się wstrzymał” – to bodaj najczęstsze sformułowania powtarzające się w trakcie parlamentarnych „debat”. Piszę debat w cudzysłowie, jako że z prawdziwymi debatami miały pisowskie  procedury sejmowe  nic wspólnego – bez przesady można je nawet nazwać jawną, przed obiektywami kamer kpiną z zasad parlamentaryzmu. Kiedyś już o tym pisałem, ale dzisiaj warto powtórzyć. Demokracja w Polsce, ta demokracja „zaszyta”  w umysłach wielu polityków ma prymitywny charakter. Jej istotą jest założenie, że zwycięzca, choćby jednym głosem, bierze wszystko, że zwycięzcy nikt nie sądzi, a przegrany ma siedzieć cicho i nie przeszkadzać władzy. Prymitywna polska demokracja w zasadniczy sposób różni się od współczesnej zachodnioeuropejskiej. W tej ostatniej wygrany nie może sobie pozwolić na lekceważenie pokonanych. Wręcz przeciwnie – na każdym kroku podkreślać musi, że biorąc odpowiedzialność za państwo, bierze odpowiedzialność i za tych, którzy na niego głosowali. .  U nas natomiast wybory „demokratyczne” są legitymacją do sprawowania władzy, a nie mandatem do ponoszenia odpowiedzialności za CAŁY kraj. Trochę nam brakuje.

Miało przejść gładko – nie przeszło. Skala protestów społecznych przeciw przyjętym ustawom zaskoczyła zamachowców. „Była ładna pogoda, więc ludzie wyszli na spacer” – tak bezczelnie minister od spraw administracji publicznej, jeden z najbliższych współpracowników naczelniczka komentował idące w dziesiątki tysięcy uczestników manifestacje w stolicy. Być może i ten bezprzykładny pokaz arogancji władzy jeszcze bardziej zwiększył determinację „gorszego sortu”. „Spacery” nie tylko nie ustają, ale rozlewają się po całym kraju. I już nie chodzi tylko o trzy ustawy sądownicze. Demonstranci wyciągają sprawy wycinki Puszczy Białowieskiej, prawa antyaborcyjnego, a przede wszystkim bronią Polski w Europie.

Z pewnością jesteśmy świadkami Polskiego Lata 2017. Ludzie masowo występują na ulicę, gdyż co raz głębiej dociera do nich, że zamach na Konstytucję, to zamach na bezpieczeństwo obywateli, na ich prawa. I wiedzą, że brak protestu oznaczać będzie przyzwolenie na dalsze tego rodzaju praktyki. Polacy występują na ulicę ponieważ coraz bardziej dociera do nich antyeuropejski kurs grupy trzymającej władzę. A Polacy nie chcą być poza Europą..

Polskie Lato uzyskało niebywałe wsparcie z zagranicy. Zagraniczni prawnicy, politycy, dziennikarze prawie jednym chórem wołają: „stop dewastacji konstytucji w Polsce!”. Nawet brytyjski „Obsrever” apeluje, w imię ratowania Unii Europejskiej, do podjęcia przez Unię kroków, które powstrzymają konstytucyjna demolkę w Polsce.

Władza znalazła się w pułapce. Już Premier zmienia ton. Jeszcze niedawno „Jesteśmy zdecydowani doprowadzić reformy sądownictwa do końca!”, dzisiaj już o potrzebie dialogu, rozmów, o tym, że wszyscy mieszkamy pod jednym dachem. Ani na jotę nie wierzę w szczerość tej transformację. Władzy w oczy zajrzał strach. Strach przed tym, że to „spacerowicze” weźmą sprawy w swoje ręce. Strach przed polskim majdanem.

Niespotykana rozmachem, przekrojem demograficznym, powszechna mobilizacja Polaków w obronie trójpodziału władzy, w obronie przed dyktaturą rodzi nadzieję. Nie wiem, czy Prezydent okaże się strażnikiem Konstytucji, czy strażnikiem jej łamania. Ale Polska już nie będzie taka jak jeszcze miesiąc temu. Lud poczuł się zagrożony. Lud poczuł swoją siłę. Władza poczuła strach. Wszystko się może zdarzyć.

Popieram Prezydenta Macron

Popieram Prezydenta Macron dlatego, że odważnie stanął w obronie europejskich wartości, które są i moimi wartościami, a które tak ostentacyjnie i z zapamiętaniem deptane są przez elity przejściowo kierujące krajem.

Stało się to, co przewidywałem i przed czym przestrzegałem w wielu moich poprzednich wpisach: Europa upomina się o respektowanie swoich wartości. Najpierw włoski wiceminister odpowiedzialny za integrację europejską, a teraz nowy Prezydent Francji powiedzieli: „Dość! Albo – albo!” Europa ma dosyć Polski i innych krajów z naszego otoczenia, które Unię Europejską traktują jak dojną krowę, lub, jak to określił Macron, jak supermarket. Albo razem, albo osobno. Postawa Macron, który teraz jest politykiem Nr 1 Europy, jest w pełni zrozumiała, uzasadniona a w sumie może yć dla \polski bardzo korzystna. Może, ale nie musi.

Polscy przywódcy, głównie ci z PiS ale też i niektórzy z PO wielokrotnie demonstrowali swój dystans do wartości, które legły u podstaw zjednoczonej Europy. Zwłaszcza politycy PiS dramatycznie źle przysłużyli się strategicznym interesom naszego kraju czyniąc z prób grania na nosie Unii Europejskiej jednym z głównych filarów wsparcia swojego elektoratu. Zakładali, że „Europa się nie odważy!’, że „Europa nic nam zrobić nie może!”, że to my (Szydło, Duda, Waszczykowski i inni) trzęsiemy Europą i rozdajemy karty. Czar prysł, mleko się rozlało.

Z dwuletniego starcia z Unią Europejską, po wielu potyczkach i bitwach, od Komisji Weneckiej po „przejściową konstytucję” wychodzimy jako państwo ośmieszeni. Wspaniałą ilustracją jest tutaj ingerowanie w wybory prezydenckie polskiego rządu przez współne fotografowanie się polskiego ministra spraw zagranicznych z kandydatka francuskich nacjonalistów  na prfezydenta Francji, aby po zwycięstwie Macron wspaniałomyślnie zaproponować mu, ustami tegoż ministra, „wyzerowanie relacji”. No to mają odpowiedź. Błazenada i kompromitacja Polski na całej linii.

Znamienna będzie w tym kontekście stanowisko Kanclerz Merkel. Z jednej strony pojawi się pokusa przybrania togi „adwokata polskich spraw”, ale z drugiej trudno wyzbyć się będzie kandydatce Merkel świadomości, że między innymi taka właśnie fala obrony europejskich wartości i sprzeciwu wobec „polskich zdrajców”, wyniosła Macron do władzy i pogrążyła francuskich nacjonalistów. Nie wydaje mi się jednak prawdopodobne, aby Merkel chciała zburzyć podstawy Unii na rzecz Jarosława Kaczyńskiego.

Oświadczenie Macron, które jest wyrazem opinii wielu europejskich polityków, mieć będzie dla Polski bardzo duże znaczenie. Być może jest to ostatnia szansa dla polskiego społeczeństwa, aby upomniało się o respektowanie przez rządzących jego zdania. Polski paradoks polega i na tym, że mając najbardziej antyeuropejski rząd, Prezydenta, Parlament, Polacy są narodem prezentującym największe poparcie dla Unii Europejskiej. Czy wystarczy sił i determinacji temu społeczeństwu, aby powstrzymać szaleńców, których działania profesor Sadurski określił jako noszące znamiona „modus operandi zorganizowanej grupy przestępczej”?

A jaka w tym wszystkim rola SLD? Jaka rola partii, której Prezydent, Premier i Minister Spraw Zagranicznych podpisywali ze strony Polski dokumenty akcesyjne, partii, która przeprowadziła wielkie, proeuropejskie referendum, partii, która tak skutecznie roztrwoniła później wynikający z tych historycznych osiągnięć kapitał?

Tak, deklaracja Macron jest według mnie kołem ratunkowym dla polskiej lewicy a dla SLD zwłaszcza. Czy SLD upomni się o swoje wartości, o swoje miejsce na politycznej scenie? Czy stanie na czele tej części społeczeństwa, które wierne chce zostań wartościom Unii Europejskiej, i które przyszłość Polski postrzega w silnym związku z pozostałymi państwami europejskimi?

SLD ma szansę. Za dwa dni zbierze się jego Rada Krajowa. Tematem zapowiedzianym mają być kwestie samorządowe, ale sytuacja, w jakiej Polska znalazła się po włoskich i francuskich deklaracjach jest sytuacja nadzwyczajną. SLD nie może przejść obok tej sprawy obojętnie. Nie może udawać, że deszcz pada. Oczekuję, że rada Krajowa stanie na wysokości zadania. Oczekuję jasnego stanowiska Sojuszu wobec przyszłości Polski w Unii Europejskiej i planowanych w tym obszarze działaniach Sojuszu.

Vive la France!

Macron zwyciężył. Zwyciężyła Francja obywatelska, proeuropejska, demokratyczna. Zwyciężyła Europa.

Zwycięstwo Macron’a mieć będzie istotne znaczenia dla wyborów w Niemczech i praktycznie przesądza kwestię Europy dwóch prędkości.

To – wbrew często goszczącym w naszych mediach poglądom – wiadomość dla Polski bardzo dobra. Drzwi do „gorszego sortu” państw europejskich uchyliła Polsce Platforma Obywatelska, zaniedbując kwestię partnerskiej, konstruktywnej współpracy z Europą dla Europy. Dla PiS opozycja względem Unii na wszystkich – poza oczywiście finansowych – frontach stała się jednym z głównych haseł programowych. Kaczyński już ogłaszał pisanie nowego traktatu unijnego i parł do rozluźnienia wewnątrzeuropejskich więzi. I doczekał się, ale tylko w odniesieniu do Polski i innych państw członkowskich, którym nie po drodze było z dalszą europejską integracją.

Decyzja Francuzów jest dla Polski bardzo dobra, gdyż zmusić nas powinna do takiego kształtowania naszej polityki, abyśmy mogli dla nowej, integrującej się  Europy znowu być odpowiedzialnym partnerem. PiS, z całą swoją antyeuropejską zajadłością nigdy takim poważnym partnerem nie będzie.

Czas na dobrą, proeuropejską zmianę w Polsce.

07.05.2017, godz. 20:17.

Kto nas „broni”?

Jakie wojska stacjonują w Polsce? Tego nie wie nikt. Minister Macierewicz, jego podwładny Prezydent Duda,  mówią jednym tchem o „wojskach NATO i USA”. Ale USA są przecież członkiem NATO. Skąd więc to rozróżnienie? Które z wojsk stacjonujących w Polsce są natowskie i podlegają dowództwu NATO, a które amerykańskie, podlegające rozkazom Waszyngtonu? Zasadnicze pytanie, z punktu widzenia bezpieczeństwa naszego kraju, zwłaszcza po niejasnych wypowiedziach nowego Prezydenta USA na temat NATO, to to czyich interesów bronią te wojska? Jak USA potrafią bronić swoich interesów kosztem innych państwa, na przykład Szwecji pokazał emitowany niedawno na platformie PLANETEPLUS niemiecki film z 2015r. „Tajna wojna Reagana”. Wszystkie relacje medialne pokazują ostentacyjne przejazdy kolumn wojskowych przez Niemcy do Polski ale pod flagami Stanów Zjednoczonych. Prezydent Duda witając oficjalnie „obrońców” występuje na tle szpaleru flag Polski i USA. Ani jednej flagi NATO. Dla przypomnienia, gdyby ktoś zapomniał, wygląda ona tak:

Zdaniem łotra

Unia Europejska nie uległa PiS-owskiemu szantażowi. Wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej głosami szefów wszystkich (prócz polskiego) rządów w przeciągu 20 minut był ostentacją – jednoznaczną deklaracją, że próby przeszczepiania przez PiS swoich metod na unijne podwórko są i będą daremne. Kaczyński w oczach całego świata poniósł spektakularną, upokarzająca klęskę. Niestety, nie wyciągnie z niej właściwych wniosków. Wręcz przeciwnie: to co w oczach całego świata jest błazenadą, Kaczyński w „swoim” kraju przedstawia jako historyczny sukces, a Premier Szydło wynosi do panteonu narodowych bohaterów. Kaczyński w swoje szaleństwo wciąga nie tylko swoją partię, rząd, parlament, wojsko, ale stara się wciągnąć i jak największą część polskiego społeczeństwa. To w oczywisty sposób jest zagrożeniem dla Narodu i Państwa. Kaczyńskiemu  basuje Prezydent Polski. Nie mógł nie napisać do nowego/starego Przewodniczącego RE oficjalnego listu, ale to, co media przedstawiają jako gratulacje wyboru na Przewodniczącego RE, po uważnym przeczytaniu tekstu gratulacjami wyboru nie jest. Prezydent gratuluje „uzyskania poparcia większości” sprawę wyboru zostawiając otwartą. Oczekiwania Prezydenta: „Liczę, że w przyszłości uda się ponownie odbudować europejską jedność w oparciu o zasadę równych państw i wolnych narodów” nie są wprost adresowane do rozpoczynającej się nowej kadencji Tuska, ale poza nią.   Źenada dyplomatyczna.

Starając się Polskę odizolować od świata, uczynić z niej  „Chrystusa narodów”, niezrozumiałego przez nikogo, zdradzonego przez wszystkich  i cierpiącego za wszystkich, Kaczyński przekracza kolejne poziomy obłędu. Po idiotycznym skreśleniu Węgier z listy przyjaciół Polski zostało na niej tylko jedno jedyne państwo St Eskobar. Niedawno wszyscy myślący inaczej niż on (PiS) byli obywatelami gorszego sortu. Od wczoraj w jego ustach stali się łotrami (synonimy: bandytami, kanaliami, itp.). A takich ze zdrowej tkanki społeczeństwa należy przecież eliminować.  Będzie się działo.

Tymczasem opinia światowa jest jednoznaczna. Reprezentatywnym artykułem jest ten pomieszczony ostatnio w „The Economist” http://www.economist.com/news/europe/21718698-new-governments-obsession-punishing-former-polish-prime-minister-leaves-it-isolated.

Przytoczę tylko znamienne zakończenie:

Polska była gigantem wśród państw wchodzących do Unii w 2004r. Sukces ekonomiczny, wzrost  politycznego znaczenia, którego doświadczyła było inspiracją dla innych, włączając państwa europejskie, które obecnie zabiegają o członkostwo. Rząd (polski, JU) będzie pierwszą ofiarą bezsensownej afery, którą wywołał: nie może na przykład liczyć na szczodre potraktowanie w nadchodzących negocjacjach budżetowych.  Ale przecież jego błazeństwa są drwiną z idei jedności, do której UE ślubowała dążyć po Brexicie. Wczoraj Pan Tusk ostrzegał, że  nie można przekraczać spalonych mostów. Ale wygląda na to, że Pan Kaczyński jest w objęciach w pełni rozwiniętej piromanii.

Skutki owej błazenady Polacy odczuwać będą latami. Oczywiście w oficjalnych spotkaniach będą uśmiechy i slogany. Ale na tysiącach różnych decyzji dotyczących Polski podejmowanych na różnych unijnych (i nie tylko) szczeblach odium próby szantażu Unii przez polski rząd ciążyć będzie długo. Mówiąc wprost: Polska postrzegana będzie jako brzydko pachnąca kupa nieznanej substancji, której z mapy trudno usunąć, ale którą obchodzić należy szerokim łukiem. I to PiS uważa za swój historyczny triumf. Znając pomysłowość pisowskich spin-doktorów wiktoria brukselska przyćmi wnet wiedeńską.

Póki nie będzie za późno!

Minister Waszczykowski szantażuje dzisiaj 27 państw UE groźbą zerwania szczytu Unii Europejskiej, który, według wszelkich zapowiedzi, ma przedłużyć mandat Donalda Tuska na stanowisku Przewodniczącego Rady Europejskiej.

Wyobraź sobie dobry człowieku, że jesteś majętnym ziemianinem. Zgłasza się do ciebie Twój ubogi sąsiad, prosząc, podobnie jak inni, abyś przyjął go pod swój dach, gdyż też chciałby żyć na takim poziomie jak Ty. Tobie także jest to na rękę, gdyż sąsiad ten, aczkolwiek biedny, to jednak jest właścicielem dużych terenów i moglibyście wspólnie lepiej je wykorzystać ekonomicznie. Zgadzasz się, ale stawiasz warunek. Mówisz: – Drogi sąsiedzie. Bardzo chętnie przyjmę ciebie i innych podobnych sąsiadów, ale widzisz, w naszym dużym domu obowiązują określone zasady współżycia i zachowania się. Jeśli zadeklarujesz ich przestrzeganie, to nie ma sprawy. Sąsiad uroczyście deklaruje respektowanie Twoich zasad, podpisuje co trzeba i zostaje wpuszczony pod Twój dach. Jednakże po pewnym czasie – już współlokator – zaczyna podejmować próby przemeblowania Twojego domu na swoją modłę, zmiany zasad funkcjonowania Twojej posiadłości, w końcu ucieka się do szantażu, aby przeforsować swoje reformy. Siadasz więc  w zaciszu gabinetu, wyciągasz czystą kartkę, dzielisz ją na pół. W pierwszej połówce wypisujesz swoje świadczenia finansowe, materialne i niematerialne  jakie przez 13 lat  koegzystencji pod jednym dachem przekazałeś ubogiemu sąsiadowi. Na drugiej połówce kartki wypisujesz wszystkie te działania, którymi Twój współlokator przyczynił się, aby wasza koegzystencja była jak najbardziej efektywna dla was obojga, które prowadziły do wzmocnienia wartości leżących u podstaw waszego związku, nadania mu nowych perspektyw. I okazuje się, że o ile pierwsza strona zapisana jest gęsto zapisana, to druga zieje pustką. Dodatkowo uzmysławiasz sobie, że Twój współlokator, za Twoimi plecami, zaciąga zobowiązania wobec innego Twojego sąsiada, równie bogatego jak Ty, wobec którego starasz się prowadzić swoją politykę oraz usiłuje buntować Twoich innych współlokatorów przeciwko Tobie.

Jaka podejmujesz decyzję?

Swoim szantażem 27 państw Unii Europejskiej polski Rząd:

– działa na szkodę żywotnych, historycznych interesów Narodu i Państwa Polskiego,

– działa wbrew oczekiwaniom większości społeczeństwa

– w poważnym stopniu naraża na szwank bezpieczeństwo ekonomiczne i polityczne Polski.

Są to moim zdaniem wystarczające argumenty, aby obywatele Rzeczpospolitej wypowiedzieli posłuszeństwo grupie trzymającej władzę w kraju. Póki nie będzie za późno.

Yankee go home!

– i to jak najprędzej.

Przed laty ówczesny minister obrony narodowej, Radosław Sikorski publicznie deklarował, że „marzeniem Polaków jest, aby żołnierz amerykański postawił but na polskiej ziemi”. Wypowiadanie się w imieniu całego polskiego narodu jest jakąś genetyczną wadą polskich polityków – niezależnie od ich proweniencji. Tak naprawdę to ta wada, której rewersem jest pogarda dla myślących inaczej niż władza, zawsze leżała u podstaw naszych narodowych klęsk.

Ale powróćmy do Amerykanów. Stało się. Amerykańscy pancerni kawalerzyści, występujący jako NATO-wskie wojska sojusznicze, przybyły do naszego kraju na – jak się to za granicą podkreśla – wyraźne życzenie Polski. (Skąd my znamy ten schemat?). Oficjalne komunikaty mówią,  że celem tej historycznej (JU) operacji militarnej jest „odstraszanie” i „zapewnienie bezpieczeństwa” w dobie „wzrostu zagrożenia”. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że żaden z tych celów nie jest ani prawdziwy, ani realny.

Dożyliśmy czasów, w których politycy świadomie porzucili prawdę jako główną swoją podporę w działalności publicznej na rzecz tzw. postprawdy, czyli faktów medialnych, które z rzeczywistością niewiele mają wspólnego, a których jedynym celem jest odpowiednie kształtowanie opinii publicznej. Oddzielanie ziarna od plew w świecie postprawdy jest niezmiernie trudne. Oto najświeższy przykład. Międzynarodowa społeczność epatowana jest od jakiegoś czasu doniesieniami o wpływie rosyjskich hakerów na wynik wyborów prezydenckich w USA. Dowody ponoć są, ale utajnione. Tymczasem nowy prezydent podważa tą tezę. Komu wierzyć?

Myślę, że jedynym sposobem, aby w oszukańczym świecie postprawdy móc choćby zorientować się w prawdziwym charakterze i kierunkach zachodzących procesów politycznych i gospodarczych należy uciec się do metody patrzenia na te procesy z lotu ptaka.  Oto trzy próby.

Spojrzenie pierwsze. Prezydent Reagan ogłaszając antykomunistyczną krucjatę, „ochrzcił” ZSRR mianem imperium zła. Taka dekretacja rodem z komiksów sf miała uzasadniać między innymi głęboką ingerencję amerykańskich służb specjalnych w procesy społeczno-polityczne zachodzące między innymi w Polsce. ZSRR już nie ma, komunizm, a z nim i socjalizm, zeszły z większości scen politycznych Europy. Ale Rosja nadal kreowana jest przez następców Reagana na „imperium zła”. Dlaczego? Widocznie kwestie ideologiczne nie były tymi najważniejszymi przesłankami lokującymi amerykańskie wyobrażenie o „imperium zła” gdzieś między Bugiem a Kamczatką. W grę wchodzić mogą dwie, uzupełniające się okoliczności. Pierwsza, to konieczność eskalowania zagrożenia,  gdyż takie eskalacje zawsze okazywały się w przeszłości skuteczne w zasilaniu amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego pieniędzmi podatników. Drugą okolicznością (uwaga – spekulacja!) mogą być super strategiczne cele amerykańskiej polityki ukierunkowanej na realne zawładnięcie terytorium i ogromnymi złożami naturalnych surowców Rosji. Patrząc na mapę świata nie sposób oprzeć się konstatacji, że właśnie tereny Rosji są właściwie jedynymi większymi, nie opanowanymi jeszcze przez amerykański (międzynarodowy) kapitał. Przywódcy rosyjscy, niezależnie od ustroju, którzy sprzyjali temu celowi byli wszak przez Waszyngton hołubieni, a ci, którzy nie chcieli dopuścić do utarty kontroli Rosji nad swoimi bogactwami naturalnymi – piętnowani oraz obrzucani najróżnorodniejszymi inwektywami.

Spojrzenie drugie. Od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone, w imię dawania odporu ruchom komunistycznym i socjalistycznym, zaczęły rozmieszczać w świecie swoje bazy wojskowe. Podobnie czynił ZSRR, przez co osiągnięto względną równowagę. Warto jednak spojrzeć z lotu ptaka właśnie na zmiany jakie w ostatnich dziesięcioleciach zaszły w dyslokacji amerykańskich baz wojskowych (jedyna rosyjska jest w Syrii). Proces ma jeden kierunek: jak najbliżej granic z Rosją. Z chwilą przybycia brygady pancernej USA do Polski, Litwy i Łotwy wojska amerykańskie staną przy rosyjskiej granicy. Dlatego tę operację militarną nazywam historyczną.

Spojrzenie trzecie. Od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone wysyłały swoich dzielnych chłopaków na ponad 70 misji zbrojnych na całym niemal świecie. Jakie były finalne efekty tych misji? Literatura jest bogata, w skrócie:  żadna z nich nie rozwiązała żadnego nieamerykańskiego problemu. Za to powszechnie obwinia się USA ojcostwem współczesnego światowego terroryzmu.

Eskalowanie poczucia zagrożenia „Zachodu” przez Rosję za pomocą postprawdy jest niebezpieczne z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze jest na rękę rosyjskim jastrzębiom, których też nie brak, i którzy w istocie niewiele różnią się od swoich amerykańskich kolegów. Im też zależy na procencie PKB kierowanym do kompleksu wojskowo-przemysłowego. W ten sposób realne napięcie,  a z nim i zagrożenie dla spokojnego życia obywateli rośnie a nie maleje. Po drugie filozofia taka spycha na dalsze plany rozpoznawanie realnych zagrożeń jakie dla ludzi niesie dzień dzisiejszy i jutrzejszy. Spycha na dalsze plany i rzecz jasna ogranicza finansowanie badań w tych kierunkach.

Dlatego, jeśli nawet przyjąć za dobrą monetę deklaracje, że postawienie buta amerykańskiego żołnierza na polskiej ziemi uzasadnione jest „wzrostem zagrożenia”, to od polityków wszelkiej maści i na całym świecie oczekiwać i wymagać musimy, aby ten stan zagrożenia jak najszybciej zlikwidować metodami politycznymi, bynajmniej nie militarnymi. W przeciwnym razie wyobraźni nie starczy dla uwspółcześnienia uniwersalnej myśli Marii Konopnickiej: „A najmężniej biją króle, a najgęściej giną chłopy”.

Im więc krócej amerykanie będą w naszym kraju – tym lepiej. Dlatego już teraz warto przygotowywać transparenty: „Yankee go home!”.