Nagradzajmy pracę – nie kapitał

Kontrowersyjny, skrajnie prawicowy prezydent Brazylii zapowiedział w swoim programie wyborczym komercjalizację Amazonii, a konkretnie rozpoczęcie eksploatacji znajdujących się tam surowców naturalnych. Ekolodzy i klimatolodzy biją na alarm – wszak Amazonia ma kolosalny wpływ na klimat na kuli ziemskiej – w tym i na Europę. Jest więc dewastacja tego obszaru tylko wewnętrzną sprawą Brazylii czy też sprawą całej ludzkości? Może Brazylia korzystać z posiadanych tam złóż ropy naftowej podobnie jak USA czy Rosja ze swoich? Jeszcze dziesięć lat temu takie pytanie zostało by uznane za retoryczne i głupie. Dzisiaj – w dobie co raz bardziej rosnącej świadomości ekologicznej obywateli i społeczeństw, świadomości, że eksploatacja Ziemi ma swoje granice – już nie.

Podobnie miała się sprawa z Grenlandią, też obszarem niebagatelnym dla światowego klimatu. Przez lata dostępu do przebogatych tam złóż ropy naftowej, uranu i innych bogactw broniła specjalna ekologiczna uchwała grenlandzkiego parlamentu.  Ale to tylko uchwała, więc w 2011 r. zmieniona została inną uchwałą. Uzasadnieniem dla zmian było. Paradoksalnie, ocieplanie się klimatu i topnienie grenlandzkiego lądolodu. Grenlandia stanęła otworem przed eksploratorami, a nam robi się coraz cieplej.

Te dwie choćby sprawy oraz rosnąca co raz bardziej, dzięki rozwojowi nauki i aktywności organizacji społecznych powszechna świadomość ekologiczna uzmysławiają ograniczenia świętości własności prywatnej, wskazują na obszary, w których własność (powietrza, jonosfery itp.) jest wspólna i korzystanie z niej dla dobra ludzkości powinno być wspólnie zarządzane. Wiśta, wio – łatwo powiedzieć.

Przed dwudziestu laty liberalny kapitalizm pokonał potężną, bo ideologiczną, barierę swojego rozwoju: ustrój demokratycznego socjalizmu – nie bez udziału pionierów-implementatorów  tego systemu. Cóż – pierwsze koty za płoty. Póki co neoliberalizm zwyciężył i z euforii triumfu zdaje się nie wychodzić do dzisiaj. Tymczasem podstawy współczesnego kapitalizmu trzeszczą w posadach. Swoboda działalności gospodarczej, wolna konkurencja, rozwój oparty na utrzymywaniu stanu permanentnej nadprodukcji i mnożenia potrzeb napotykają na nowe, potężne bariery: środowisko naturalne i ogólnoświatowe nierówności ekonomiczne.

Reprezentatywny dla rządzącej klasy minister Szyszko mógł bezceremonialnie powiedzieć, że nie widzi w wycince Puszczy Białowieskiej niczego zdrożnego, bo przecież Bóg dał człowiekowi Ziemię w użytkowanie. Dla Szyszki, dla  Dudy, który zadziwił Szczyt Klimatyczny w Katowicach swoją ignorancją, sprawa jest prosta: Bóg dał człowiekowi Ziemię, więc niech Bóg się o nią martwi.

Nie wszyscy jednak na świecie (na szczęście) podzielają ten pogląd. Rosnące gwałtownie zanieczyszczenie powietrza w dużych miastach, olbrzymia zmienność pogody – rujnująca rolnictwo, plastikowe oceany i ryby – to tylko niektóre z alarmujących, nowych zjawisk.

Drugą, potężną barierą ekspansji współczesnego świata są gwałtownie narastające nierówności ekonomiczne w świecie i – co najważniejsze – coraz powszechniejsza świadomość tych nierówności. Właśnie opublikowany został na ten temat kolejny raport Niezależnej Komisji działającej w ramach OXFAM – międzynarodowej organizacji humanitarnej (https://d1tn3vj7xz9fdh.cloudfront.net/s3fs-public/file_attachments/bp-reward-work-not-wealth-220118-en.pdf). Już tytuł raportu znamienny: „Nagradzać pracę – nie kapitał. By zakończyć kryzys nierówności musimy zbudować gospodarkę dla zwykłych ludzi pracy a nie dla bogatych i wpływowych”. Raport prezentowany jest właśnie na szczycie w Davos.

Tylko kilka wyimków z tego ważnego dokumentu. I tak:

  • w minionym (2018) roku zanotowano największy na świecie przyrost miliarderów. Średnio jeden miliarder przybywa co dwa dni i na dzień publikacji raportu było ich 2.043. 10% miliarderów to kobiety.
  • w ciągu minionego roku majątek tej elitarnej grupy wzrósł o 762 mld USD. Jest to suma wystarczająca na siedmiokrotne zlikwidowanie skrajnego ubóstwa na świecie.
  • w okresie 2006 – 2015 zarobki zwykłych pracowników wzrastały średnio o 2 % rocznie, podczas gdy majątki miliarderów rosły 6 razy szybciej: 13% rocznie.
  • 82% całkowitego wzrostu majątku w minionym roku trafiło w ręce 1 % ludzi, podczas gdy najbiedniejsza, dolna połowa społeczeństwa nie odnotowała żadnego wzrostu.
  • najświeższe dane Credit Suisse pokazują, że 42 osoby wykazują dzisiaj majątek równoważny majątkowi 3,2 miliardów najuboższej części ludzkości. W USA 3 najbogatsze osoby dysponują majątkiem większym niż połowa całej populacji.
  • najbogatszy 1% ludzkości posiada większy majątek niż cała reszta.
  • najbogatszy 1% Amerykanów posiada majątek większy niż

Jak donoszą media biorący w szczycie udział prezydent Duda w swoim wystąpieniu prezentował tezę, że wyznacznikiem skuteczności współczesnej gospodarki jest jej zdolność innowacyjna. Jestem rozczarowany nie tylko dlatego, że trudno się z taką tezą zgodzić z powodów logicznych. Skuteczność mierzy się stopniem osiągania celów w stosunku do kosztów. Innowacyjność sama w sobie celem nie jest – jest tylko narzędziem. Wyznacznikiem skuteczności współczesnej gospodarki powinna być zdolność do likwidowania ekonomicznego rozwarstwienia ludzkości. Jeżeli nie taki cel postawią sobie czołowi światowi politycy, to z całą pewnością najlepszym biznesem na najbliższe lata będzie produkcja płotów, siatek i zasieków z drutu, czyli wszystkich urządzeń mających chronić bogatych przed biednymi. I oczywiście produkcja żółtych kamizelek. Wydawać by się mogło, że kto jak kto, ale czołowy polityk PiS powinien być uwrażliwiony w tym właśnie kierunku, że likwidowanie lub choćby zmniejszanie nierówności ekonomicznych powinny być podstawowym celem światowej  gospodarki przyszłości.

Receptą międzynarodowej prawicy na narastające napięcia na tle ekonomicznym są zasieki. Tyle tylko, że budowanie zasieków, hasło atrakcyjne na wiecu – jest, jak uczy historia.  skazane z góry na klęskę. Dlatego szukać należy innych: politycznych i ekonomicznych dróg, aby zmniejszyć rosnący ciągle potencjał społecznych nierówności. Innowacje mogą i powinny, ale przecież wcale nie muszą temu służyć. I tutaj właśnie jest rola dla polityków.

Świat coraz bardziej staje na rozdrożu: ekonomia liberalna albo interwencjonizm państwa (organizacji międzynarodowych!), czy też jakiś system mieszany. Sojusz Lewicy Demokratycznej wyraźnie dostrzega ten światowy problem w swoim programie. Okres wyborów parlamentarnych to czas, aby ogólne z natury hasła uwiarygodniać propozycjami konkretnych, społeczno-gospodarczych rozwiązań.

Ale w tym kontekście nasuwa się pytanie, czy tytuł Programu SLD „Przywrócić normalność” jest trafny. Świat nie chce przeszłości, świat chce nowej przyszłości – Polska też. Tytuł – niby nic, kilka wyrazów, ale jednak jest syntezą całości. Pokazuje kierunki myślenia autorów. Sądzę, że eksperci OXFAM nie będą rościli sobie pretensji do praw autorskich, jeśli zaczerpniemy  nieco z ich publikacji formułując program „Polska – wspólne dobro. Nagradzajmy pracę – nie kapitał”. Lub inny podobny.

Warto pomyśleć o korekcie Programu SLD. Również w kontekście jednego z istotnych problemów, z którym przyjdzie się zmierzyć każdej, prócz PiS, partii: czy zachowamy 500+?

Stanowisko SLD powinno być w tej sprawie jasne: lewica zawsze, a dwukrotnie była przy władzy, kierowała się generalną zasadą, że chroni ten dorobek poprzedników, który dobrze służy Polsce i Polakom, a eliminuje to co jest szkodliwe. Tak postępowaliśmy zawsze i tak postępować będziemy w przyszłości, gdyż w takim postępowaniu, a nie w niszczeniu wszystkiego i urządzaniu całej Polski wedle swojego upodobania od podstaw, widzimy szansę na mozolne, ale trwałe podnoszenie dobrostanu Polaków.

 

A na Ordynackiej…

Uczestniczyłem w ciekawym spotkaniu Stowarzyszenia „Ordynacka”, jakie 16. listopada odbyło się w warszawskich „Hybrydach”. Ciekawe z wielu powodów – charakteru i misji tego stowarzyszenia oraz trzech wystąpień, których miałem możność wysłuchać.

Ton spotkaniu nadało wystąpienie Włodzimierza Cimoszewicza, który rozwinął publikowaną kilka dni wcześniej w Gazecie Wyborczej swoją inicjatywę utworzenia jednego, ponadpartyjnego bloku wyborczego „Europa” w przyszłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego.  – Mniej ważne jest kto personalnie spośród koalicji proeuropejskiej zdobędzie mandat eurodeputowanego od tego, aby antyeuropejski PiS i Polska –antyeuropejska tych wyborów nie wygrała – mówił Cimoszewicz.

Zdaniem Cimoszewicza w przypadku powodzenia tej inicjatywy można by ją kontynuować  w kolejnych wyborach do polskiego parlamentu pod szyldem „Konstytucja”.

W dyskusji wszyscy pomysł bloku „Europa” poparli. Andrzej Rozenek stwierdził przy tym, że wybory do PE będą rodzajem plebiscytu: kto jest za, a kto przeciw Unii Europejskiej. Zabierając głos oczywiście również poparłem  propozycję Cimoszewicz, tym bardziej że przecież już w sierpniu tego roku na moim blogu („Blok Polska Europejska”, 05.08.2018), a później w „Trybunie” publikowałem bardzo podobną tezę, z identyczną wręcz argumentacją, z inną tylko proponowaną nazwą, a mianowicie „Blok Polska Europejska”. Ale przecież nie nazwa jest najważniejsza. Podkreśliłem, że Włodzimierz Cimoszewicz jest najlepszym ambasadorem i liderem tego projektu.   Nie podzieliłem natomiast poglądu Rozenka. Uważam, że PiS nie jest aż taki głupi, aby dać się wciągnąć w taką konfrontację. Będzie robić wszystko, aby prezentować się jako gorliwy zwolennik Unii Europejskiej, tylko nie takiej jak obecnie. PiS będzie – utrzymywałem – starał się  pokazać jako Wielki Reformator Unii. Dlatego do tej kampanii będziemy musieli przygotować się bardzo starannie. Główną osią sporu będzie według mnie kwestia integracji Unii Europejskiej.

Niespodziewanie przyszedł mi w sukurs Aleksander Kwaśniewski, który pojawił się na spotkaniu i który miał wystąpienie też poświęcone wyborom do PE. W całej rozciągłości poparł inicjatywę Cimoszewicza, podkreślając między innymi, że właśnie kwestia integracji będzie tą główną osią debaty przedwyborczej. Premier Cimoszewicz i Prezydent Kwaśniewski występując niezależnie i mówiący jednym głosem w tak ważnej sprawie – to wydarzenie na lewicy doniosłe.

 

Trzecim wystąpienie, równie bardzo ważnym, choć z innych powodów, i które utkwiło mi w głowie, było wystąpienie Przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego. Przewodniczący podzielił się swoją oceną wyników wyborów samorządowych – na ogół znaną. Że nie jest źle, choć powodów do zadowolenia nie ma. Za bardzo istotną należy jednak uznać jego wypowiedź na temat przyszłości SLD.

Czarzasty – prezentując się jako zadeklarowany pragmatyk – wygłosił oświadczenie, które sprowadzić można do kilku punktów.

Po pierwsze więc, jako pragmatyk właśnie, zrewidować on musi swoje oczekiwania co do możliwego do uzyskania przez SLD poparcia w wyborach. – Obniżyć muszę swoje oczekiwania do 7 – 8 %, powiedział. To jego zdaniem pułap dla SLD nieprzekraczalny.

Po drugie, zdaniem Czarzastego, jeżeli gdzieś odniesiono sukcesy, to dzięki „mądrym koalicjom”.

Po trzecie, elektorat SLD od lat jest niezmienny i raczej wiekowo zaawansowany i nic nie wskazuje na to, aby mógł się zdecydowanie rozszerzyć.

Po czwarte wreszcie przyznał, że SLD nie zdołał „otworzyć się” na młodzież.

– Jeżeli więc w przyszłym roku wejdziemy do Sejmu i utworzymy klub poselski, to pierwszą rzeczą jaką zrobię będzie gruntowna, powszechna, „do spodu” reforma Sojuszu Lewicy Demokratycznej. To zobowiązanie powtórzył z naciskiem i dwukrotnie, aby mocno wryło się ono w pamięć obecnych.

To bardzo dobrze, że kierownictwo SLD myśli o reformie partii. Hasło reformy postrzegać przy tym należy w świetle przedstawionych przez Włodzimierza Czarzastego wniosków z kampanii wyborczej. Nie od rzeczy są pytania o kierunki planowanej rewolucji: czy mają mieć one bardziej organizacyjny czy programowo – ideowy charakter. Nie zdziwił bym się, gdyby niejeden ze słuchaczy odebrał te słowa Przewodniczącego jako zapowiedź likwidacji Sojuszu w jego dotychczasowej formie i przekształcenia go w nowy byt polityczny. Ciekawie zapowiada się więc wewnątrzpartyjna dyskusja w najbliższych miesiącach. Ja wiem jedno: polityczny pragmatyzm, jeżeli nie służy realizowaniu jakiejś dobrej, oczekiwanej i popieranej przez ludzi idei, jest sam w sobie patologią a w najlepszym razie wiedzie wprost i tylko do patologii.

Powoli opada kurz

Powyborczy kurz opada powoli. Za tydzień wprawdzie jeszcze dogrywki, w tym w prestiżowych – jak Kraków – miastach, ale zza tych tumanów wyborczej kurzawy co nieco już zaczyna przezierać. Wszystkie większe ugrupowania polityczne ogłaszają swój sukces chociaż na pełne podsumowania i  oficjalne stanowiska przyjdzie jeszcze poczekać. Jak zwykle odbędą się więc ogólnopolskie spotkania, narady, konferencje powyborcze, na których wykuwane będą powyborcze analizy i wnioski. Mnie oczywiście najbardziej interesuje oczywiście to, co dzieje się w największej polskiej partii lewicowej, w Sojuszu Lewicy Demokratycznej. SLD ogłosił właśnie, że w wyborach poparło nas 11000000 wyborców. To o 100 000 mniej niż cztery lata wcześniej. Ale nie tylko z tego powodu wyborów samorządowych SLD nie może uznać za sukces. Sojusz przygotował całkiem dobry program wyborczy, zmobilizował olbrzymią liczbę bardzo dobrych kandydatów, włożył olbrzymi wysiłek organizacyjny, a mimo to szyld „SLD” raczej w wyborach się nie przebił. Czego zabrakło? Może wiarygodności, może właściwych form społecznej komunikacji? A może jest tak, że wynik wyborczy jest w jakimś sensie odzwierciedleniem aktywności partii w całym, przedwyborczym, czteroletnim okresie? Warto zauważyć, że sukcesy wyborcze, które dzisiaj przypisać można SLD związane są z reguły bądź z konkretnymi osobami (na przykład Matyjaszczyk, Ferenc), które swoją działalnością zdobyły trwałe uznanie, bądź z członkostwem SLD w różnych porozumieniach i koalicjach wyborczych. Ale w których tych koalicjach SLD był lokomotywą, a w których  tylko „przystawką”?

Dobrym przykładem problemów SLD jest Wrocław. Jeszcze w marcu wrocławski Sojusz ostro pracował nad własnym programem wyborczym, by wkrótce ogłosić, że przystępuje do koalicji z KW Dutkiewicza (ustępującego prezydenta Wrocławia) i z Nowoczesną. Czołowe postaci SLD, przewodniczący i sekretarz Rady Miejskiej, wiceprzewodniczący Rady Wojewódzkiej, którzy swego czasu przyjęły odpowiedzialność za partię, zapewnili sobie w umowie koalicyjnej pierwsze miejsca na listach okręgowych i mandaty radnych miejskich uzyskali. Jak donosi prasa w pierwotnej umowie koalicyjnej Dudkiewicz, Nowoczesna, SLD przewodniczący Rady Miejskiej SLD miał, w przypadku wygrania Jacka Sutryka, koalicyjnego kandydata na prezydenta miasta, zagwarantowane stanowisko wiceprezydenta. Azaliż kandydat ten przeszedł w międzyczasie oficjalnie do nowej koalicji PO i Nowoczesnej zachowując poparcie koalicji Dudkiewicz-SLD i wybory wygrał. Siłą, która wyniosła Pana Sutryka na fotel Prezydenta Wrocławia nie było nazwisko Dudkiewicza (jego ugrupowanie zarówno w wyborach miejskich jak i wojewódzkich wypadło znacznie poniżej oczekiwań), ani tym bardziej SLD, ale koalicja PO – Nowoczesna.  Z tego prawdopodobnie powodu w lokalnej gazecie ukazał się artykuł, w którym między innymi odniesiono się do kwestii wiceprezydentury dla przewodniczącego SLD we Wrocławiu. Sprawę postawiono w artykule jasno: Sutrykowi trójka radnych z SLD nie jest potrzebna od uzyskania większości w Radzie, ale wiceprezydentura dla przewodniczącego Rady Miejskiej SLD jest możliwa, jeżeli trójka radnych (przypomnę; czołowych działaczy SLD) odstąpi od sygnalizowanego zamiaru utworzenia w Radzie Miejskiej Klubu Radnych SLD i pozostanie w składzie klubu Dudkiewicza.

I tutaj jest sedno sprawy. Przypomnieć przy tym należy, że w wyborach do sejmiku wojewódzkiego SLD nie zdobył żadnego mandatu. Listę Sojuszu pociągnął w dół Wrocław i okręg około wrocławski, gdzie Sojusz uzyskał poparcie dwukrotnie mniejsze niż w pozostałych okręgach. Jeżeli więc patrzyć na wybory samorządowe przez najważniejsze dla SLD wybory do parlamentu, to niewątpliwie w tych dwóch okręgach Sojusz popracować będzie musiał w najbliższym czasie szczególnie mocno. Brak klubu radnych w Radzie Miejskiej Wrocławia nie tylko nie będzie temu sprzyjać, ale wręcz przeciwnie – rozmagnesuje wrocławski SLD do końca.

Utworzenie przez wrocławskich radnych – członków SLD – własnego klubu nadało by sens polityczny całej operacji rezygnacji z własnej listy i własnego kandydata na prezydenta. Odstąpienie natomiast od tego zamiaru, czyli w praktyce przyjęcie członkostwa klubu Dudkiewicza w zamian za stanowiska, może być postrzegane jako rodzaj uwłaszczenia się na wrocławskim Sojuszu, z marnymi politycznie perspektywami na przyszłość. Życzę trójce radnych właściwej decyzji.

Jest jeszcze jedna sprawa, która przebija się przez powyborczy kurz. Bardzo ucieszyła mnie deklaracja Przewodniczącego Czarzastego o gotowości SLD do tworzenia wspólnej, proeuropejskiej listy w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie uważam się za ojca takiej listy, chociaż już 8. sierpnia wpis „Blok Polska Europejska” poświęciłem tej idei.  Nie jest idea ta obca i poza SLD, o czym świadczy idąca w tym samym kierunku propozycja Władysława Frasyniuka, ogłoszona niedawno w mediach. To – moim zdaniem – właściwy kierunek.

Na koniec powrócę do  zgromadzeń sumujących wyniki wyborów. Są one w SLD tradycją, odbyło się ich bardzo wiele. I gdyby coś konkretnego,pozytywnego z nich wynikało, gdyby spotkania takie z wyborów na wybory poprawiały notowania partii, to dzisiaj Sojusz byłby polityczną potęgą. Niestety, tak nie jest. Dlatego takie spotkania przygotować należy nie mniej starannie niż same wybory.

Życzę jak najlepiej

Koalicja wyborcza we Wrocławiu: Dutkiewicz, SLD, Nowoczesna stała się faktem. W publicznych dyskusjach przed jej zawiązaniem nie należałem do jej entuzjastów. Główną, choć nie jedyna przesłanką mojego toku rozumowania było przekonanie, że wystawienie przez dwa największe ugrupowania polityczne, w wyborach na urząd prezydenta miasta dwóch kandydatów o pisowskiej proweniencji jest doskonałą okazją dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej do skutecznego zaistnienia jako  samodzielny, wyrazisty byt polityczny, do zademonstrowania swojej politycznej tożsamości – czego tak bardzo polskiej lewicy dzisiaj potrzeba. Wrocławskie władze Sojuszu podjęły inną decyzję. Miały ku temu prawo i zapewne ważne przesłanki. Koalicja została ogłoszona, czas debat się skończył. Dzisiaj należy życzyć koalicji jak najlepiej i zrobić wszystko, aby SLD odniósł w niej sukces.

Po pierwsze życzę więc koalicji, aby dotrwała do wyborów. Po drugie życzę jej aby osiągnęła swój najważniejszy cel: nie oddała Wrocławia PiS. Życzę sukcesów wyborczych ekipie Bartka Ciążyńskiego i tego, aby kampanię wyborczą dobrze wykorzystała do promowania SLD. Życzę aby w trakcie  kampanii i po niej nie przyjmowała roli różowej paprotki na prezydialnym (prezydenckim) stole – to droga wstecz, do politycznego niebytu.  Życzę w końcu, aby samorządową kampanię wyborczą we Wrocławiu dobrze wykorzystała do przygotowania tej dla SLD najważniejszej: przyszłorocznej kampanii wyborczej do parlamentu. Wyniki tej kampanii bowiem na długie lata zadecydują o przyszłości lewicy w Polsce. Powodzenia.

Popieram Prezydenta Macron

Popieram Prezydenta Macron dlatego, że odważnie stanął w obronie europejskich wartości, które są i moimi wartościami, a które tak ostentacyjnie i z zapamiętaniem deptane są przez elity przejściowo kierujące krajem.

Stało się to, co przewidywałem i przed czym przestrzegałem w wielu moich poprzednich wpisach: Europa upomina się o respektowanie swoich wartości. Najpierw włoski wiceminister odpowiedzialny za integrację europejską, a teraz nowy Prezydent Francji powiedzieli: „Dość! Albo – albo!” Europa ma dosyć Polski i innych krajów z naszego otoczenia, które Unię Europejską traktują jak dojną krowę, lub, jak to określił Macron, jak supermarket. Albo razem, albo osobno. Postawa Macron, który teraz jest politykiem Nr 1 Europy, jest w pełni zrozumiała, uzasadniona a w sumie może yć dla \polski bardzo korzystna. Może, ale nie musi.

Polscy przywódcy, głównie ci z PiS ale też i niektórzy z PO wielokrotnie demonstrowali swój dystans do wartości, które legły u podstaw zjednoczonej Europy. Zwłaszcza politycy PiS dramatycznie źle przysłużyli się strategicznym interesom naszego kraju czyniąc z prób grania na nosie Unii Europejskiej jednym z głównych filarów wsparcia swojego elektoratu. Zakładali, że „Europa się nie odważy!’, że „Europa nic nam zrobić nie może!”, że to my (Szydło, Duda, Waszczykowski i inni) trzęsiemy Europą i rozdajemy karty. Czar prysł, mleko się rozlało.

Z dwuletniego starcia z Unią Europejską, po wielu potyczkach i bitwach, od Komisji Weneckiej po „przejściową konstytucję” wychodzimy jako państwo ośmieszeni. Wspaniałą ilustracją jest tutaj ingerowanie w wybory prezydenckie polskiego rządu przez współne fotografowanie się polskiego ministra spraw zagranicznych z kandydatka francuskich nacjonalistów  na prfezydenta Francji, aby po zwycięstwie Macron wspaniałomyślnie zaproponować mu, ustami tegoż ministra, „wyzerowanie relacji”. No to mają odpowiedź. Błazenada i kompromitacja Polski na całej linii.

Znamienna będzie w tym kontekście stanowisko Kanclerz Merkel. Z jednej strony pojawi się pokusa przybrania togi „adwokata polskich spraw”, ale z drugiej trudno wyzbyć się będzie kandydatce Merkel świadomości, że między innymi taka właśnie fala obrony europejskich wartości i sprzeciwu wobec „polskich zdrajców”, wyniosła Macron do władzy i pogrążyła francuskich nacjonalistów. Nie wydaje mi się jednak prawdopodobne, aby Merkel chciała zburzyć podstawy Unii na rzecz Jarosława Kaczyńskiego.

Oświadczenie Macron, które jest wyrazem opinii wielu europejskich polityków, mieć będzie dla Polski bardzo duże znaczenie. Być może jest to ostatnia szansa dla polskiego społeczeństwa, aby upomniało się o respektowanie przez rządzących jego zdania. Polski paradoks polega i na tym, że mając najbardziej antyeuropejski rząd, Prezydenta, Parlament, Polacy są narodem prezentującym największe poparcie dla Unii Europejskiej. Czy wystarczy sił i determinacji temu społeczeństwu, aby powstrzymać szaleńców, których działania profesor Sadurski określił jako noszące znamiona „modus operandi zorganizowanej grupy przestępczej”?

A jaka w tym wszystkim rola SLD? Jaka rola partii, której Prezydent, Premier i Minister Spraw Zagranicznych podpisywali ze strony Polski dokumenty akcesyjne, partii, która przeprowadziła wielkie, proeuropejskie referendum, partii, która tak skutecznie roztrwoniła później wynikający z tych historycznych osiągnięć kapitał?

Tak, deklaracja Macron jest według mnie kołem ratunkowym dla polskiej lewicy a dla SLD zwłaszcza. Czy SLD upomni się o swoje wartości, o swoje miejsce na politycznej scenie? Czy stanie na czele tej części społeczeństwa, które wierne chce zostań wartościom Unii Europejskiej, i które przyszłość Polski postrzega w silnym związku z pozostałymi państwami europejskimi?

SLD ma szansę. Za dwa dni zbierze się jego Rada Krajowa. Tematem zapowiedzianym mają być kwestie samorządowe, ale sytuacja, w jakiej Polska znalazła się po włoskich i francuskich deklaracjach jest sytuacja nadzwyczajną. SLD nie może przejść obok tej sprawy obojętnie. Nie może udawać, że deszcz pada. Oczekuję, że rada Krajowa stanie na wysokości zadania. Oczekuję jasnego stanowiska Sojuszu wobec przyszłości Polski w Unii Europejskiej i planowanych w tym obszarze działaniach Sojuszu.

„Razem” czyli co?

Zachowanie się przedstawicieli partii „Razem” oraz ich krzykaczy podczas obchodów Święta Pracy w Warszawie, jakkolwiek wyglądać może na bulwersujące, skandaliczne –  mnie nie zaskakuje.

Partia „Razem” pojawiła się na polskiej scenie politycznej nagle, wyciągnięta z niebytu przez media i wykreowana na alternatywę dla SLD w ostatnich 3 tygodniach kampanii wyborczej do Parlamentu w 2015r. Od tego czasu w polskiej polityce działo się wiele, ale reakcje „Razem”, finansowanej z budżetu państwa były słabo widoczne. Do dzisiaj. Dzisiaj partia ‘Razem” znowu jest na topie. Znowu „przyłożyła” SLD.

„Partia „Razem” ostentacyjnie odwróciła się d..ą do SLD w szczególnym momencie. Z jednej strony nigdy dotąd nie było w Polsce tak wysokiego poziomu zagrożenia dla podstawowych zasad i wartości demokracji. Nigdy dotąd Polska nie była tak blisko narodowo-socjalistycznej dyktatury. Wczorajsze haniebne wystąpienie Prezydenta Polski wzywające „prawdziwych Polaków” do stygmatyzowania „nieprawdziwych Polaków” za sprawą poglądów ich ojców i dziadów nie ma precedensu w całej polskiej historii. Jest tak naprawdę wstępem do polskiej „nocy kryształowej”. Wydawać by się więc mogło, że każda partia deklarująca swoją lewicowość  rozpaczliwie wręcz szukać powinna antyprawicowych porozumień, sojuszy, zbierać skrupulatnie siły, pokazywać Polsce, że jest realna dla szaleństw PiS alternatywa. Hierarchia celów wydaje się oczywista. Okazuje się, że nie dla partii „Razem”.

W sytuacji, gdy różne sondaże wskazują, że w przyszłym parlamencie znajdzie się SLD, a dla „Razem” miejsca nie będzie, zamiast budować wspólny front „Razem” krzyczy: „Znajdzie się cela dla Leszka Millera” i obrzuca Sojusz tyleż niewybrednymi co głupimi epitetami. Alternatywa jest tu według mnie następująca. Albo „Razem” zastopowanie SLD w wyborach parlamentarnych, pozyskanie kilku wyborców z PiS i zdobycie upragnionych mandatów poselskich uznała za ważniejsze od nadrzędnych interesów kraju i lewicy, albo – co nie wydaje mi się nieprawdopodobne – „Razem” potwierdza swój par excellence agenturalny charakter. Pojawia się na scenie wówczas, gdy trzeba lewicę osłabić. W tym przypadku trzeciej możliwości nie ma. Tak, czy inaczej dyskredytuje to „Razem” jako partię rzeczywiście lewicową.

„Razem” pozyskała wielu wartościowych, ideowych ludzi. Pewnie teraz mają oni problem: czy popierać spektakularne,  rozłamowe akcje Pani M.Z. czy odciąć się od nich na rzecz wspólnego, antypisowskiego frontu wyborczego.

Co robić powinien w tej sytuacji SLD? Powinien wiernie stać myślą i czynem przy haśle: „Dzisiaj nie ma wroga na lewicy!” wznosząc się ponad miałkie grono kierownicze „Razem”.

Wola wspólnego działania na rzecz powstrzymania procesu utrwalania się w Polsce narodowo-socjalistycznej dyktatury powinna być dzisiaj, oprócz wspólnych, uniwersalnych lewicowych idei, głównym kryterium polskiej lewicowości anno domini 2017.

Czarzasty zdradził

Wielce zdumiała i rozczarowała mnie wypowiedź przewodniczącego SLD na temat ewentualności uruchomienia wobec Polski artykułu 7. Traktatu o Unii Europejskiej w związku z łamaniem w Polsce zasad rządów prawa. Na specjalnej konferencji w Brukseli przewodniczący Czarzasty  oświadczył, że nie wierzy w skuteczność takich działań i że Polska powinna swoje sprawy załatwiać w kraju. Powiedział również, że przyjechał do Brukseli aby „przedstawiać sytuację w Polsce”. Ręce i nogi opadają.

Pan przewodniczący powinien wiedzieć, że – jak daleko w historię nie sięgnąć – żadne wewnętrzne sprawy Polski, które miały jakiś kontekst międzynarodowy,  nie były załatwiane „we własnym domu”. A to dlatego, że jesteśmy liczebnym narodem ulokowanym przez historię w sercu Europy. Pan przewodniczący dobrze pewnie wie, że kwestia łamania zasad praworządności w Polsce jest jak najbardziej kwestią całej Unii Europejskiej. Chodzi w istocie o to, czy Unia jest zdolna do obrony swoich wspaniałych wartości, standardów politycznych i społecznych. Jeżeli więc organizuje się w europejskiej stolicy jakieś konferencje na ten temat, to przede wszystkim po to, aby rozpoznać na ile europejskie inicjatywy w tej materii mogą liczyć na wewnętrzne wsparcie krajowych sił politycznych.

Parlament europejski nie potrzebuje dodatkowych informacji o sytuacji w Polsce. Zna tę sytuację bardzo dobrze dzięki  raportom Komisji Weneckiej, dwóm własnym debatom, oficjalnym i  nieoficjalne wizytom europejskich parlamentarzystów, czy wreszcie dzięki krajowym i zagranicznym mediom. Dodatkowe „poświadczenie” ze strony Czarzastego nie jest warte ceny biletu lotniczego do Brukseli.

Mógł Czarzasty rozegrać tą sprawę inaczej – choćby wyrażając zrozumienie dla znaczenie kwestii praworządności dla Unii jako całości i zrozumienie dla inicjatywy frakcji Socjalistów i demokratów. Nic z tych rzeczy. Zadziwiają przy tym  argumenty Czarzastego o Brexicie. Rzeczywiście Unia Europejska staje przed nowymi wyzwaniami i szeregi eurosceptyków zacierają ręce. Z drugiej strony zarówno Brexit jak i jawnie już antyunijna postawa nowego prezydenta USA wzmagają dyskusję o potrzebie umacniania, konsolidacji Unii Europejskiej. W tym kontekście pojawiają się znamienne sugestie europejskich polityków różnej orientacji o potrzebie zawężenia Unii do jej „zdrowego jądra”. Ani eurosceptycy, ani ci, którzy myślą o realnej Europie wielu prędkości nie mogli spodziewać się lepszego prezentu od szefa SLD. Z satysfakcją pewnie też przyjął ten komunikat „naczelnik” państwa, gdyż właśnie o to chodziło mu w całej tej aferze – aby międzynarodowe instytucje trzymać od Polski jak najdalej.

Czarzasty mówi, że „nie wierzy w skuteczność takich działań”. Nie zawsze jednak o skuteczność chodzi, tym bardziej, że swoją postawą tej skuteczności sam nie sprzyja. Dzisiejsze czasy to nie czasy umizgów do nieosiągalnego elektoratu. To czasy politycznej wyrazistości, to czasy na jednoznaczne stanowisko jakiej Europie sprzyjać chce SLD? Dlatego zachodzę w głowę w imię czego Włodzimierz Czarzasty zdradził europejskich socjalistów? Oraz czy jego stanowisko to stanowisko SLD czy Włodzimierza Czarzastego? W tej kwestii szczególnie ważny – myślę, że nie tylko dla mnie – byłby oficjalny komunikat statutowych kolegialnych władz Sojuszu.

I na koniec powtórzę za samym sobą: „Nikt na świecie nie będzie płakał po Unii Europejskiej, a żadne z państw europejskich z osobna nie jest w stanie sprostać gospodarczym, technologicznym i społecznym wyzwaniom jutra”. I to by było na tyle.

Wyobrazić niewyobrażalne

Wyżywanie się na rzeczywistości to dzisiaj łatwizna. Wykazywanie głupoty, niekompetencji, nieodpowiedzialności grupy trzymającej władzę nie wymaga zbytniego wysiłku.  Gdzie nie spojrzeć – tam sprawa, afera, odjazd zupełny. Istota polskiego problemu doby obecnej ma naturę dualną.  Z jednej strony to lawina tych wynaturzeń. Jedno spycha ze stron gazet czy monitorów komputerowych drugie, włazi drzwiami i oknami. Czy dzisiaj ktoś pyta o aferalne związki ministra Ziobry et consortes z defraudacją unijnych pieniędzy? Czy ktoś podnosi skandaliczną rozprawę szefostwa MON z generalicją, czy medialne praktyki „odbitej” TVP i Polskiego Radia, przy których programy informacyjne lat 80-tych jawią się jako szczyt obiektywizmu poruszają szersze kręgi społeczne?  Czy budzi się jakaś głębsza społeczna refleksja nad wyposażeniem IPN w nowe kompetencje – orzekania komu należy obniżyć legalnie nabyte świadczenia emerytalne, a komu nie? Chuligaństwo ministra sprawiedliwości i jego zastępców wobec sędziów, prokuratorów i adwokatów jest bezkarne. Społeczeństwo przytłoczone tym potokiem nieprawidłowości i nieprawości obojętnieje, traci wrażliwość. A przecież jeszcze kilka lat temu każda z takich afer z osobna trzęsła by rządzącym obozem.  Nie ulega wątpliwości, że PiS jest szkodnikiem, że na PiS-owską narrację nie może być zgody i czynić należy wszystko, aby ta ponura karta w polskiej historii zamknęła się jak najprędzej. Aby jednak tak się stało, nie wystarczy epatować się „numerami” obecnej władzy. Je trzeba oczywiście spisywać, śledzić, komentować – ale to nie wystarczy. Z lekcji, jaką wszystkim daje PiS wyciągać należy stosowne wnioski. A podstawowym jest ten, że działania PiS mają też ważną, pozytywną stronę.  Strona ta to zwrócenie się PiS do zapomnianej, zepchniętej na margines części polskiego społeczeństwa. Zwrócenie się do rodzin zadłużonych, bez perspektyw rozwoju, kształcenia dzieci, latami oczekujących na wizytę u specjalisty itp itd. Zwrócenie się do bezrobotnych i emerytów dla których dylemat: lekarsdtwo czy żywność jest codziennością. Jednym z efektów (wcale nie ubocznym) polskiej transformacji jest głębokie rozwarstwienie socjalne i społeczne. Patrząc w przeszłość liderów PiS nie mam złudzeń, że to zwrócenie się do wykluczonych, bądź zagrożonych wykluczeniem wynikało z zimnej kalkulacji politycznej. Było wynikiem chłodnej analizy słabych i mocnych punktów nurtu neoliberalnego  a nie wynikało z głębokich przekonań ideowych. Ale było. Oczywiście za dominację kursu neoliberalnego w polskiej polityce odpowiedzialność ponoszą siły polityczne wywodzące się z „Solidarności”, które forsując w 1989 r. Plan Balcerowicza zdradziły swoją bazę społeczną. Nie bez winy jest też lewica. Nie tyle nawet SdRP, ale głównie SLD dało się zwieść mirażom wyrównywania poziomu życia w Polsce w miarę rozwoju kapitalistycznej gospodarki. Bez aktywnej roli państwa okazało się to iluzją. SLD mniej lub bardziej świadomie przyjęła rolę, jaką przyjęli na siebie europejscy socjaliści: „socjalizowania” neoliberalnych pomysłów gospodarczych i ekonomicznych w miarę posiadanych możliwości parlamentarnych. Ma więc za co lewica skupiona wokół SLD bić się dzisiaj w piersi. Niech więc wyborczy sukces PiS będzie kubłem zimnej wody na głowy lewicowych liderów i skłoni ich do intensywnego, śmiałego kreślenia swojej, lewicowej wizji Polski XXI wieku. U źródeł każdego prawdziwego sukcesu politycznego leży zdolność wyobrażenia sobie tego, co na obecną chwilę dla otoczenia jest niewyobrażalne. Nie będzie to łatwe gdyż prezentowanie lewicowej propozycji porządku społecznego i gospodarczego zbiegnie się prawdopodobnie z finansową klapą PiS-owskiego programu powszechnego rozdawnictwa. Notowania SLD oscylują dzisiaj wokół progu 5%. Może się i tak zdarzyć, że bez specjalnego wysiłku, tylko na skutek przyspieszonego moralnego zużycia obecnej władzy SLD próg ten przekroczy i do Sejmu się wczołga. Ale czy  będzie to politycznym sukcesem SLD?

Kongres lewicy

Uczestniczyłem w II Kongresie Polskiej Lewicy. Jadąc do Warszawy zorientować się chciałem w kondycji lewicy polskiej, jej zdolności do skutecznego powrotu na scenę polityczną. Powrót lewicy do parlamentu jest ważny nie tylko dla mnie, ale dla całego kraju. W świetle cywilizacyjnych wyzwań, jakie stają przed Polską i Europą jasnym jest dla mnie, że żadna z obecnie największych sił politycznych, a więc PO i PiS nie są w stanie przeprowadzić nasz kraj przez mgły jutra. PO dlatego, że to ona w głównej mierze ponosi odpowiedzialność za dojście PiS do władzy i obecny rozkład państwa. Rujnowanie polskiego państwa zaczęło się po panowaniem tej właśnie organizacji. Kultowa „kamieni kupa” okazała się prorocza. Na dodatek PO nie przedstawia sobą dzisiaj nic poza urażonymi ambicjami i żądzą powetowania sobie dotkliwych porażek wyborczych. Na dodatek jest głęboko podzielona. O PiS pisać nie chcę, poza tym, że jest to choroba Polski i oby trwała jak najkrócej, a spustoszenia w organizmie państwa i w społeczeństwie oby były jak najmniejsze.

To tylko doraźne uzasadnienia powrotu lewicy do realnej polityki. Dostrzegam i inne, dużo głębsze. Uważam otóż, że we współczesnym świecie szarpanym coraz to nowymi konwulsjami, tylko lewicowa myśl polityczna jest w stanie dać nadzieję na pomyślną przyszłość nie tylko Polaków, ale Europejczyków w całości. Ale to temat na osobne opowiadanie.

Powracając do Kongresu. Ogólne wrażenie bardzo pozytywne. Kilkadziesiąt partii i organizacji społecznych pod jednym dachem, dobra, merytoryczna dyskusja, wspólne stanowisko w najważniejszych kwestiach – to buduje. Czarzasty, Rozenek, Gorski razem – budujące.  Patronat – nie tylko medialny, ale i osobowy – Partii Europejskich Socjalistów, telebimowe przesłania Kwaśniewskiego, Belki i Schulza, bardzo dobra atmosfera, czy wreszcie zapowiedź powołania Rady Dialogu i Porozumienia Lewicy, to dobry prognostyk na przyszłość. Organizatorzy zachwyceni byli frekwencją, która przerosła ich oczekiwania znacznie. I tutaj pierwsza uwaga. Kongres organizowany był na zasadach pospolitego ruszenia, bez wcześniejszej uprzedniej rejestracji i bez rejestracji wchodzących do sal Stadionu Narodowego. Fakt, że uczestników było ponad dwa razy więcej niż zakładano, że główna sala kongresowa była zdecydowanie za mała można od biedy interpretować jako wzrost społecznego potencjału lewicy, ale łatwo tu o nadinterpretację i popadnięciem w euforię, przed czym należy przestrzegać.

A teraz do meritum, bez silenia się na szczegółową relację, skupiając się na najważniejszych moim zdaniem elementach. Wrażenie zrobiła na mnie obecność i wystąpienie przewodniczącego Rady Naczelnej  Polskiej Partii Socjalistycznej BOGDANA Gorskiego. Historyczne relacje pomiędzy KPP, PPR i PZPR a PPS układały się różnie, zazwyczaj nie najlepiej, czasami wręcz wrogo. Może więc wobec ekstremalnych zagrożeń warto uznać chwilę obecną za właściwą dla dokonania historycznego aktu zjednoczenia polskich socjalistów? Gorski podkreślił, że zdaniem PPS konflikt pomiędzy kapitałem a robotnikiem jest we współczesnych czasach jak najbardziej aktualny. Kapitalizm reprezentowany jest przez korporacje, a robotnikami ludzie, często informatycy pracujący w tych korporacjach. Gorski – co najważniejsze – otwarty był na tendencje porozumienia na lewej stronie sceny politycznej.

Gorski sformułował kilka tematów, których podjęcie niezbędne jest do porozumienia na lewicy. Wśród nich wymienił konieczność udzielenia odpowiedzi na pytanie w jaki sposób powinno nastąpić rozliczenie się lewicy ze swoją historią oraz jaką wizję państwa ma polska lewica. Kongres to również kuluary. A w kuluarach prof. Czajkowski proponuje, aby SLD wstąpiło do PPS i w ten sposób rozwiązało wiele problemów. Ciekawe.

Ciekawe było też wystąpienie Sekretarza Generalnego SLD Krzysztofa Gawkowskiego, w którym starał się wyartykułować podstawowe współczesne problemy państwa i lewicy. Tutaj jednak mam poważną uwagę krytyczną. Gawkowski stwierdził, że „lewica nie chce walczyć z wiarą, ale będzie  piętnować patologie”. Czyżby SLD pogodziło się z ubrankiem „walczącego z wiarą” i teraz tylko deklaruje, że tak brzydko postępować nie będzie?! Przecież nie oto chodzi! Lewica w sposób jednoznaczny postulować MUSI laicki charakter państwa. Laicki, to nie znaczy wymierzony przeciwko wierze – wręcz przeciwnie. Państwo laickie to takie, które z całą powagą traktuje wyznaniowe potrzeby obywateli i zapewnia warunki do zaspokajania tych potrzeb niezależnie od wyznania. Ale to też państwo, w którym religijne struktury nie angażują się do polityki. Jestem przekonany, że gdyby Jezus żył we współczesnych czasach, to nie kupców, ale polityków właśnie pogoniłby ze świątyń! Niestety, postulat taki nie znalazł się w wystąpieniu jednego z SLD-owskich liderów, ani też w jego książce „Obudzić państwo”, która kolportowana była podczas Kongresu. To musi poważnie niepokoić. Tylko laickie państwo może tworzyć nadzieję na minimalizowanie konfliktów w epoce intensywnego mieszania się kultur i wyznań w Europie. Budowanie murów i zasieków wokół starego kontynentu nie jest żadnym rozwiązaniem.

Największe wrażenie zrobiło na mnie plenarne wystąpienie dr Ani Skrzypczak, byłej Sekretarz Generalnej Młodzieżówki Partii Europejskich Socjalistów, a obecnie reprezentująca Europejską Fundację Badań Postępowych. Bardzo spodobało mi się podejście Pani Skrzypczak do problemów lewicy polskiej i europejskiej. Podkreślała ona w szczególności konieczność porzucenia przeszłości, a zwłaszcza tradycyjnych metod społecznej komunikacji. Warto zwrócić uwagę na tą osobę. Jej erudycja, logika i dyscyplina w przekazywaniu treści, świeżość spojrzenia, wszystko to pozwala mieć nadzieję na  jej dalszą karierę polityczną.

Niestety, największego niedosytu doznałem przysłuchując się panelowi „Europa przyszłości”. Chociaż moderator dr  Ireneusz Bil wychodził z siebie, to jednak paneliści nie byli w stanie udzielić konkretnej odpowiedzi na moje pytanie: jaką wizję Europy przyszłości ma Partia Europejskich Socjalistów a jakie Polska lewica. Jakie postulaty pod adresem Europy przyszłości formułuje europejska lewica?. Okazało się , że obydwie wizje są takie same – czyli żadne. Stanowisko PES, potwierdzone później w wystąpieniu plenarnym przewodniczący frakcji Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów reprezentującej PES w Parlamencie Europejskim. Aktywność PES sprowadza się do „socjalizacji globalizacji” i wpływania na „socjalizację” projektów unijnych. Uczestnicząca w panelu Anna Skrzypczak wyznała szczerze: „Mamy dwa lata aby takie postulaty wypracować”. To nie wygląda dobrze. Okazuje się, że europejska lewica samoogranicza swoją rolę do roli wyznaczonej przez ugrupowania reprezentujące kapitał to jest do sypania lewicowego pudru na prawicowe rozwiązania.

A tymczasem walka o przyszłość  Europy już się toczy. Jarosław Kaczyński kreuje się przecież na pierwszego Europejczyka, z tym jednakże, że jego Europa, to nie ta Europa, która jest. Kaczyński swoją wizję Europy dawno określił jako Europy opartej na „tradycyjnych wartościach”, a więc ze stolicą nie w Brukseli ale w Watykanie. Więcej, Kaczyński wyznaczył misjonarską rolę Polski w tym zbożnym dziele. Twórczym rozwinięciem tez prezesa są publiczne występy posłanki Pieluchy, postulującej już dziś deportacje wszelkiej maści niekatolików z kraju. A lewica? Skoro mamy tylko dwa lata, to nie marnujmy czasu. Otwieram więc na łamach mojego skromnego bloga na debatę o lewicowych postulatach pod adresem Unii Europejskiej jutra. Na początek i na rozgrzewkę proponuję następujące.

  1. Unia Europejska zjednoczona politycznie, monetarnie, fiskalnie i militarnie.
  2. Unia Europejska bez granic wewnętrznych.
  3. Karta Praw Podstawowych integralną częścią Traktatu.
  4. Unia Europejska miejscem do godnego życia młodzieży, pracujących i seniorów.
  5. Unia Europejska organizacją laicką.

 

Ciekawy jestem jakie propozycje wpłyną.