O potrzebie odpolitycznienia klęsk żywiołowych

Politycy Zjednoczonej Prawicy wszystkich szczebli na pytanie, dlaczego nie można w Polsce wprowadzić stanu klęski żywiołowej, jako jednej z konstytucyjnych form stanu nadzwyczajnego odpowiadają, zgodnie i bezbłędnie wyuczoną formułką, że u nas nie ma klęski żywiołowej, jest epidemia, a postępowanie władz w takich sytuacjach reguluje ustawa z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi. Przeto PiS – jako partia stojąca na straży demokracji i przestrzegania prawa musi kierować się tą ustawą, gdyż władza działa w ramach i na podstawie ustaw.

Oczywista arogancja takich polityków, którzy jednocześnie bez podstawy prawnej wydają miliony złotych publicznych pieniędzy, którzy zhańbili się łamaniem Konstytucji po wielokroć jest oczywista, bezdyskusyjna i nad wyraz obrzydliwa. Ale, o dziwo, argument ten rzadko, a właściwie wcale nie spotyka się z jakąkolwiek merytoryczną repliką ze strony demokratycznej opozycji. Może warto się więc przyjrzeć sprawie głębiej.

Decydująca w sprawie jest ustawa o stanie klęski żywiołowej, która za taki stan uważa: „zdarzenie związane z działaniem sił natury, w szczególności wyładowania atmosferyczne, wstrząsy sejsmiczne, silne wiatry, intensywne opady atmosferyczne, długotrwałe występowanie ekstremalnych temperatur, osuwiska ziemi, pożary, susze, powodzie, zjawiska lodowe na rzekach i morzu oraz jeziorach i zbiornikach wodnych, masowe występowanie szkodników, chorób roślin lub zwierząt albo chorób zakaźnych ludzi albo też działanie innego żywiołu”. Do klęsk żywiołowych ustawodawca zalicza również zdarzenia w cyberprzestrzeni oraz działania o charakterze terrorystycznym.

Nie ulega więc wątpliwości, że choroby zakaźne u ludzi mogą stanowić przesłankę do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej. Wszystko zależy od skali zdarzeń. Porównajmy dwa kataklizmy: powódź tysiąclecia w 1997 r. i obecną epidemię koronawirusa. Potężna, tragiczna powódź z 1997 r. pochłonęła w sumie 52 ofiary śmiertelne, a jej skutki materialne szacowano na 12 miliardów złotych. Epidemia koronawirusa zabrała jak dotychczas życie 758 Polaków (chociaż są miarodajne opinie, że nie jest to pełna statystyka) i końca nie widać. Straty materialne państwa i gospodarki idą w setki miliardów złotych i również nikt nie jest w stanie oszacować ich całkowitej wartości. Polacy tracą zdrowie, życie i majątki w coraz większej liczbie. Rząd jednak z uporem kluczy i szuka naiwnych (albo dla naiwnych) wykrętów i „uzasadnień” dla niewprowadzania stanu nadzwyczajnego.

Żeby była jasność: w 1997 r. również nie wprowadzono stanu klęski żywiołowej, pomimo mocnych nacisków ówczesnej opozycji (część z niej jest obecnie u władzy). Stanu klęski żywiołowej nie wprowadzono również w żadnym z późniejszych przypadków katastrof naturalnych takich jak susza w 2006 i 2015, przymrozki w 2007 czy kilkukrotne fale powodzi w 2010r. Krótko mówiąc tradycją polskich rządów, niezależnie od ich politycznego zabarwienia, jest unikanie wprowadzania stanu klęski żywiołowej, co bardzo wyraźnie odróżnia nas od innych krajów europejskich. Są podstawowe przyczyny: kolizje stanów klęsk żywiołowych z aktualnymi wydarzeniami politycznymi oraz skutki budżetowe. Polskie życie polityczne jest, szczególnie w ostatnich latach niezwykle burzliwe, więc trudno jest jakiejś klęsce żywiołowej znaleźć dla siebie wygodne miejsce w kalendarzu. Budżet państwa też z natury rzeczy zawsze jest napięty do granic możliwości, a czasami nawet bardziej.

Jeżeli jednak z panującego dzisiaj stanu klęski naturalnej, jaką jest rozwijająca się wciąż epidemia koronawirusa wyciągnąć należy jakieś dobre wnioski na przyszłość – to niewątpliwie również te dotyczące zarządzania krajem w takich stanach. Dzisiaj państwo całkowicie nie zdaje egzaminu.

Sytuacja jest smutna. Jak się okazuje większość Polaków już nie chce walczyć za wolność ani „waszą”, ani nawet „naszą” – swoją. Nie pali się do protestów wobec jaskrawego, codziennego łamania prawa przez rządzących, przeciwko codziennemu manipulowaniu ludźmi przez rządowe media, przeciwko kłamstwom każdego właściwie przedstawiciela władzy, który wypowiada się publicznie. Tak, jakby kłamstwo było prawem, obowiązkiem i normą rządzących. Dzisiaj do protestów zrywają się ci tylko, którzy walczą o swoje i swoich bliskich życie, a więc drobni przedsiębiorcy, ludzie z pogranicza, których rząd swoimi decyzjami pozbawił pracy i jakiegokolwiek wsparcia. Rozmawiałem niedawno z takim przedsiębiorcą. Zakład zamknięty, z własnych środków uzyskiwanych z wynajmu mieszkania wspomaga pracowników, lecz boi się, że lada dzień podnajemcy ogłoszą, że nie mają już środków na opłacenie mieszkania. Oczywiście złożył wszystkie konieczne wnioski o państwową pomoc, ale od miesiąca nic nie może załatwić, a administracja piętrzy tylko trudności. Na przykład kwestionując wniosek, gdyż w jednej z rubryk, w której wpisane było „zero”, nic nie należało, zdaniem urzędniczki,  wpisywać. To ci ludzie, zdeterminowani do końca wychodzą dzisiaj na ulice, to ich goni i aresztuje policja.

Innymi słowy zarządzanie w stanach klęsk żywiołowych jest w Polsce maksymalnie upolitycznione, a przez to nieskuteczne. Do absurdów dochodzimy dzisiaj, kiedy to logiczna interpretacja działań władzy prowadzi do wniosku, że według PiS, w okresie wyborów prezydenckich nie można wprowadzać stanów nadzwyczajnych, bez względu na skalę społecznego i gospodarczego zagrożenia.

Dlatego maksymalne odpolitycznienie procesu podejmowania decyzji o stanie klęski żywiołowej jest wprawdzie zadaniem trudnym, ale niezbędnym i pilnym. To sprawa dla konstruktorów Polski po PiS. Epidemia koronawirusa nie jest ostatnią plagą, jaka spaść może na nas spaść.