I my pójdziemy na kraniec świata?

Wielu ekonomistów, polityków, politologów zgodnych jest w opinii, że era neoliberalizmu dobiega kresu, dożywa swoich dni. Wyliczanie tych autorytetów zajęłoby zbyt wiele miejsca, wystarczy tu przytoczyć tylko nazwiska takich autorytetów jak Stglitz, Strange, Harvey, czy wreszcie Grzegorz Kołodko – jeden z najwybitniejszych współczesnych ekonomistów, filozofów ekonomii i strategologów. Konieczność pogrzebania neoliberalizmu wynika nie tylko z jego głównego celu, jakim jest stworzenie mechanizmu radykalnego, szybkiego bogacenia się elit tego kosztem maluczkich we współczesnym świecie, ale i z tego, że jak to dzisiaj wyraźnie widać neoliberalizm, będący w tym zakresie zaprzeczeniem liberalizmu, zrujnował podstawy demokracji obywatelskiej, wykreował niespotykane po II wojnie światowej wewnętrzne napięcia polityczne w krajach demokracji euro-atlantyckiej, środki masowego przekazu przekształcił w komercyjne środki masowej indoktrynacji, a obywateli sprowadził do roli manekinów wrzucających co 4 lata kartkę do urny wyborczej. Neoliberalizm otworzył drogę do władzy autorytaryzmowi, spowodował podniesienie głowy przez ugrupowania nacjonalistyczne czy wręcz faszyzujące. Neoliberalizm musi odejść – to pewne. Ale jak skończy? Wszystko wskazuje na to, że nie podda się bez walki.

Wielu ekonomistów i polityków wyrażało swoje opinie, że ogólnoświatowy kryzys ekonomiczny (a więc i społeczny) jest nieuchronny. Pytaniem było tylko jak i kiedy? Wskazywano, że przyczyna może być dowolna: jakaś większa katastrofa ekologiczna, pandemia czy jakiś lokalny konflikt zbrojny. Zaczęło się od pandemii sars_cov2. Pokazała ona, że pokonanie tej zarazy możliwe jest wyłącznie przy aktywnym interwencjonizmie w gospodarkę rządów, w tym rządów państw neoliberalnych, międzynarodowej współpracy i reglamentacji niezbędnych artykułów oraz dzięki ogromnym nakładom z publicznych budżetów.  Kolejnego ciosu w skali ogólnoświatowej finansowe imperium neoliberalne mogło nie wytrzymać.

Dlatego nie może dziwić, że lokalny w skali świata konflikt na Ukrainie, wywołany odmową Ukrainy realizacji podpisanych przez to państwo porozumień mińskich, niezdolnością zachodnich sygnatariuszy tych porozumień do wyegzekwowania ich wdrożenia a następnie haniebną agresją Rosji na Ukrainę bardzo szybko, za sprawą Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej przekształcony został w zbrojną konfrontację pomiędzy Zachodem a Rosją toczoną na ukraińskiej ziemi.  Rosja od dawna wskazywana była w natowskich dokumentach jako „największe zagrożenie”. Dla sojuszu wojskowego „największe zagrożenie” to największy przeciwnik. Dobitnie znalazło to wyraz w oficjalnym dokumencie rządu brytyjskiego „Globalna Brytania w epoce konkurencyjnej: zintegrowany przegląd bezpieczeństwa, obrony, rozwoju i polityki zagranicznej” (marzec 2021), gdzie napisano między innymi: „Wzmocnienie bezpieczeństwa i obrony w kraju i za granicą: będziemy współpracować z sojusznikami i partnerami, aby stawić czoła wyzwaniom dla naszego bezpieczeństwa w świecie fizycznym i w Internecie. NATO pozostanie fundamentem zbiorowego bezpieczeństwa w naszym rodzimym regionie euroatlantyckim, gdzie Rosja pozostaje najpoważniejszym zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa.”

Nigdy jeszcze, przeciwko żadnemu państwu Zachód nie zastosował tak ogromnej liczby sankcji ekonomicznych i politycznych jak przeciwko Rosji. Szybko jednak okazało się, że sankcje takie mają właściwości bumerangu i coraz boleśniej rykoszetem trafiają w zachodnie społeczeństwa. Odpowiedź Rosji w postaci zażądania płatności za węglowodory w rublach i niebezpieczeństwo wyrugowania amerykańskiego dolara ze znacznej części międzynarodowych operacji na rynku paliw jeszcze bardziej zwiększyła determinację Zachodu, głównie USA. Nawet częściowa detronizacja dolara, utworzenie alternatywnych systemów rozliczeń byłoby potężnym ciosem w amerykańską gospodarkę i w amerykański ład. W tym tylko upatrywać należy bezprecedensowego w swojej skali zaangażowania się finansowego i propagandowego USA i ich sojuszników w wojnę na Ukrainie.

Wojna z Rosją kosztuje niemało. Koszty poniosą rzecz jasna nie premierzy czy prezydenci zachodnich rządów, ale całe społeczeństwa. Najbardziej oczywiste, widoczne i dotkliwe są rzecz jasna koszty materialne ponoszone przez każdego z nas. Nikt nie lubi byś okradany, a przecież rodzajem kradzieży dóbr, często gromadzonych mozolnie przez lata jest galopująca, niekontrolowana inflacja.  Niedawno pojawiły się w Polsce analizy, że pod koniec roku cena energii elektrycznej dla taryfy „G” może wzrosnąć o 70%. Kto to wytrzyma? Kto wytrzyma pośrednie skutki takiego wzrostu cen? Ale nie tylko w cenach problem – również w dostępności do szeregu towarów, zwłaszcza rolno-spożywczych w najbliższych latach.

Niebezpieczeństwo wybuchów społecznych niepokojów w USA i w UE na podstawie ekonomicznej rośnie. Jedyną więc drogą, historycznie sprawdzoną, jest dostarczenie cierpiącym społeczeństwom ideologii, która te cierpienia mogłaby usprawiedliwić i ukoić.  I tutaj zachodnim przywódcom z pomocą przyszła historia: zdają się oni ogłaszać nową krucjatę Zachodu przeciw bezbożnikom. Historia takich krucjat jest długa jak długa jest historia zachodniej cywilizacji. I bynajmniej nie chodzi tylko o wyprawy zbrojne do Ziemi Świętej.  O wiele krwawszymi były krucjaty przeciwko Słowianom w X – XI wiekach czy przeciwko husytom. Forma takiej krucjaty była również zbrojna interwencja NATO w Jugosławii.

Nie inaczej jak ogólnoświatowym wezwaniem do takiej nowej krucjaty zachodniego świata przeciwko „wschodnim barbarzyńcom” uznać należy wystąpienie Elizabeth Truss, brytyjskiej minister spraw zagranicznych na wielkanocnym bankiecie burmistrza Londynu 27 kwietnia b.r.  Wzywając do powszechnej rozprawy z Rosją Pani minister powiedziała między „innymi: „Wojna na Ukrainie jest naszą wojną – jest wojną wszystkich, ponieważ zwycięstwo Ukrainy jest strategicznym imperatywem dla nas wszystkich.” Trudno o bardziej jednoznaczne wezwanie do walki i do poświęceń.

Hasło zostało rzucone, więc gorliwcy się zaktywizowali. Zwłaszcza polski premier Mateusz Morawiecki wychodzi wręcz z siebie aby stanąć na ideowym czele tej krucjaty. Z jednej strony to mu się nawet nie dziwię: Polska pod prawicowymi rządami PO i PiS przez dziesięciolecia „stawała na uszach”, by stworzyć swój wizerunek jako obrońcy Zachodu przez bezbożnym Wschodem. Aż tu nagle zrządzeniem historii na pozycję lidera wysunęła się Ukraina i prezydent Zelenski, który po prostu ukradł show PiSowi. Dlatego rząd Polski a premier w szczególności nie maja wyjścia – muszą atakować. Takim właśnie atakiem był wywiad, jakiego ostatnio udzielił był nasz pierwszy minister „Daily Telegraph”. Strasząc świat rosyjską ekspansją, która nota bene z trudnością radzi sobie na Ukrainie, stwierdził w nim między innymi: <<”Russkij Mir” to rak, który trawi nie tylko większość rosyjskiego społeczeństwa, ale stanowi śmiertelne zagrożenie dla całej Europy. Dlatego nie wystarczy wspierać Ukrainę w jej militarnej walce z Rosją. Musimy całkowicie wykorzenić tę nową, potworną ideologię>>. A więc walka z Rosją, z „większością rosyjskiego społeczeństwa”. Ale walka po uprzedniej dehumanizacji przeciwnika – gdyż dopiero z przeciwnikiem, którego obedrze się ze wszystkich człowieczych przymiotów można zrobić wszystko i bez grzechu. Jak leczy się raka? Skalpelem, promieniowaniem, chemią lub kombinacją tych metod.

Polski rząd bezsprzecznie ubiega się o przywództwo w nowej, zachodniej krucjacie. Niestety, chcąc nie chcąc weźmiemy w niej udział wszyscy płacąc za nią swoimi pieniędzmi, swoim zdrowiem, przyszłością naszych dzieci. Pokusa oczywiście jest wielka. Nic nie stracił na aktualności list arcybiskupa magdeburskiego Adelgoza z 1106 r, w którym wzywał on do zdobywania ziem słowiańskich pogan, stwierdzając, że są to obszary zaludnione przez „najgorsze ludy”, a zajmowanie ich może przynieść korzyść podwójną: „Sasi, Frankowie, Lotaryńczycy, Flandryjczycy – przesławni zwycięzcy – tam będziecie mogli i zbawić wasze dusze, i jeśli się wam spodoba, zdobyć na osiedlenie bardzo dobrą ziemię”*. Czasy zmieniły to tylko, że owymi „rycerzami” są dzisiaj de facto politycy, bankierzy i magnaci finansowi. Stawka jest też dużo większa: nie tyle chodzi o ziemię na osiedlenie (Hitlerowi się nie udało) ile o złoto, diamenty, gaz, ropę, metale rzadkie itp., itd.

Tragizm sytuacyjny jest w tym, że z jednej strony mamy obiektywnie zagrożony w swoim bycie neoliberalny świat wszelkimi sposobami walczący o utrzymanie swojej światowej dominacji, swoich przywilejów i praw do eksploatacji innych narodów a z drugiej strony imperium, na które tenże świat wydał już wyrok, i które też stanęło przed problemem być albo nie być. I obydwie, śmiertelnie zagrożone strony dysponują ogromnymi potencjałami jądrowej broni masowego rażenia. Może więc niestety tak się stać, że proroczym okaże się tytuł świetnej książki P. Barreta i J_N Gurganda  o europejskich krucjatach do Ziemi Świętej „I my pójdziemy na kraniec świata”. Rzeczywiście, dzisiaj znowu możemy pójść. Wszyscy. I nawet o jeden krok dalej.

 

*) Maria Janion, „Niesamowita Słowiańszczyzna”.

Zawiedzione nadzieje

Jeszcze parę miesięcy temu wielu Polaków (wśród nich i ja) wychodziło na ulice aby protestować przeciwko zakusom PiS likwidacji telewizyjnego kanału TVN 24. Cała Polska pełna była haseł w obronie wolnych, niezależnych mediów. TVN 24 ocalał, ale dzisiaj zadają sobie pytanie: po co?

Społeczeństwo obywatelskie potrzebuje wolnych, niezależnych mediów jak tlenu. Bez wiarygodnej, obiektywnej informacji niemożliwe jest nie tylko korzystanie z wolności obywatelskich, ale również świadome wypełnianie obywatelskich obowiązków. Wolne, obiektywne media szczególnie potrzebne są społeczeństwu w chwilach ważnych, w historycznych momentach, które być może decydują o przyszłości państwa i narodu. Wszyscy mamy świadomość, że właśnie w takim momencie się znaleźliśmy. Dwóch sąsiadów Polski toczy ze sobą wojnę. Nie dyplomatyczną, nie cybernetyczną, ale jak najbardziej realną. Ostrzeliwania artyleryjskie, sabotaże, bezpośrednie starcia żołnierzy, cierpienia i exodus cywilów. Leje się krew.

Właśnie w takiej sytuacji, jak nigdy, Polakom potrzebna jest rzetelna informacja o istocie, przyczynach i przebiegu tego konfliktu zbrojnego. Wydawać by się mogło, że kto jak kto, ale właśnie TVN24 stanie na wysokości zadania, czyli stanie na głowie, aby takie informacje nam dostarczać. Stało się inaczej. TVN ochoczo i co gorsza bezkrytycznie przyjął rolę tuby propagandowej waszyngtońskiej administracji. Informacje o przyczynach konfliktu, o stanowisku i planach Rosji, a nawet o tym, o czym myśli Prezydent tego kraju dowiadujemy się z przekazów z Waszyngtonu. Przekazów – dodać należy – przedziwnych. Wielokrotne zapewnienia CIA o nieuchronnym ataku Rosji na Kijów, nawet z podaniem precyzyjnych dat, ostentacyjne ewakuowanie ambasad i obywateli z Ukrainy lały się z TVN szerokim strumieniem. Dla równoczesnych wypowiedzi ukraińskiego ministra obrony, że Ukraina nie notuje żadnych ruchów wojsk rosyjskich, które świadczyć by miały o agresji czasu antenowego zabrakło. Zabrakło też poważnych komentarzy o widocznej rozbieżności w podejściu do kwestii konfliktu pomiędzy USA i największymi państwami europejskimi a nawet samą Unią Europejską. Dzisiaj również kilkadziesiąt razy dziennie atakowani jesteśmy informacją CIA, że „Rosja gotowa jest zaatakować w każdej chwili”. Obfity strumień przekazu serwowany przez TVN nie ma na celu dostarczanie rzetelnych, obiektywnych informacji o konflikcie. Jego głównym celem jest kształtowanie wysoce negatywnego obrazu Rosji a prezydenta Putina w szczególności.

Największe pretensja mam jednak do TVN- tego do niedawna symbolu mediów obiektywnych, niezależnych o to, że nie zrobiła nic, aby zaprezentować polskiej opinii publicznej stanowiska Rosji i Ukrainy z pierwszej niejako ręki. Przecież mamy w Polsce dyplomatyczne przedstawicielstwa tych krajów. Nie spotkałem na platformie TVN żadnej informacji, że przykładowo, ambasador Rosji odmówił spotkania przed kamerami z niezależnym dziennikarzami na ten temat . W przekazach nam serwowanych obowiązuje jeden sznyt, reaganowski zresztą, tym razem autoryzowanym przez Bidena: Rosja to imperium zła, a więc wszystkie chwyty, metody są dozwolone, usprawiedliwione i a priori rozgrzeszone.

W obwodach Ługańskim i Donieckim leje się krew. Strony wzajemnie oskarżają się o naruszenie rozejmu. Niektóre stacje telewizyjne docierają tam starając się przekazać swoim odbiorcom informacje z pierwszej ręki. Nie ma wśród nich ekip z TVN 24, a nie każdy w Polsce odbiera telewizję arabską, która znalazła się pod obstrzałem, nie każdy też sięga do Reutera, który donosi o ostrzałach z terytorium Ukrainy. Z wielkim rozczarowaniem odnotować trzeba to, że TVN nie wytrzymała próby czasu, że okazała się stronniczym nieobiektywnym narzędziem propagandowym.

Czyżby wszyscy doświadczyli jakiegoś zjawiska zbiorowej amnezji? Czyżbyśmy zapomnieli już wielkie amerykańskie oszustwo w sprawie Iraku, kiedy to amerykański sekretarz stanu objeżdżał stolice świata (w tym i Warszawę) i zapewniał o absolutnie pewnych ustaleniach CIA w sprawie broni masowego rażenia, którą jakoby miał dysponować Saddam Husajn?  A przecież to cyniczne kłamstwo stało się podstawą dla wielu rządów, głów wielu państw do podjęcia się współuczestnictwa w tej karnej ekspedycji, która narodowi irackiemu przyniosła cywilizacyjną tragedię. Wstyd mi było słuchać polskiego prezydenta, kiedy swego czasu przed kamerami wyznał: „W sprawie broni masowego rażenia Husajna sekretarz stanu USA mnie okłamał”. Nie tylko Kwaśniewskiego. Podobne publiczne wyznanie uczyniła Toni Blair – premier Wielkie Brytanii.  USA okłamywały nie tylko głowy państwa. Amerykańska machina propagandowa starała się ukształtować w podobny sposób opinię publiczną, aby decyzja o współudziale w operacji irackiej była dla rządów łatwiejsza. Zapomnieliśmy?

Amerykańskie kłamstwo irackie nie było pierwszym. W 2015 r. niemiecki dziennikarz opublikował dokument „Tajna wojna Reagana” („Operation Täuschung -Die Methode Reagan”, https://www.youtube.com/watch?v=rc0jThe2F4Q), w której opisał kulisy i przebieg olbrzymiej operacji amerykańskiej w Szwecji w latach zimnej wojny. W tym okresie opinia publiczna Szwecji w zdecydowanej większości opowiadała się za porozumieniem Szwecji z ZSRR w sprawach bezpieczeństwa. USA zdecydowały się zmienić wektor tej opinii o 180 stopni dokonując inscenizacji aktywności radzieckich okrętów podwodnych u szwedzkich wybrzeży kreując i eskalując poczucie zagrożenia szwedzkiego społeczeństwa. Dwuletnia kampania kłamstwa przyniosła sukces. Ważne jest to dzisiaj o tyle, że przeprowadzenie tej operacji powierzono utworzonej przez Reagana specjalnej Komisji d.s. Dezinformacji, której zadaniem było organizowanie propagandowych działań przeciwko ZSRR. Trudno zakładać, że komisja ta została zlikwidowana. Zapewne nie tylko działa nadal, ale korzystając z dobrodziejstw postępu informatycznego rozwija skrzydła.

USA nie można wierzyć – taka nauka wypływa z historii. A TVN?  No cóż: smutne, ale król jak zwykle okazał się nagi. O innych, publicznych „przekaziorach” wspominać się nawet nie godzi, gdyż wygląda na to, że tam słowa” rzetelność”, „obiektywizm” są po prostu zakazane.

Trójkąt ukraiński

WOŁYŃ

Obejrzałem wczoraj film „Wołyń”. Film okrutny. Okrutnie szczery, okrutnie prawdziwy, okrutnie okrutny. I bardzo, bardzo potrzebny.

Poruszony wcześniejszą lekturą wspaniałej monografii francuskiego historyka Daniela Beauvois „Trójkąt ukraiński. Szlachta, car i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1793 – 1924” skonfrontować chciałem punkt widzenie zewnętrznego badacza polskiej historii z głównym przekazem filmu. Choć okresy są różne, to jeden element jest wciąż ważny. Beauvois mianowicie, prowadził swoje studia pod prąd obowiązującej w Polsce, zwłaszcza po roku 1989, mitologizacji Ukrainy w literaturze i historiografii. Tak o tym pisze: „Mit ma to do siebie, że stwarza drugą naturę, czasem mocniejszą od rzeczywistości. Nie warto udowadniać ludziom, że ten fałsz jest szkodliwy. Protestują, krzyczą o obrazoburstwie, o braku pojęcia sacrum, o szarganiu świętości. Nie szczędzono mi cierpkich uwag w związku z tą moją skłonnością do zaglądania za kulisy poprawnego myślenia”.  Szedłem więc do kina zadając sobie pytanie, czy obejrzę film wyrastający z nurtu sielankowo-nostalgicznego, czy nie. Na szczęście – nie. Na szczęście w ujęciu przez autorów filmu niewysłowionej tragedii Polaków na Ukrainie pod koniec II Wojny Światowej wiele jest z Beauvois. To bardzo ważne, gdyż film „Wołyń” to nie tylko hołd pomordowanym, zamęczonym rodakom, to także przepustka do przyszłości stosunków polsko-ukraińskich. II Wojna Światowa skończyła się w 1945 roku, ale w jej wyniku na powierzchnię wypłynęło szereg nierozwiązanych problemów narodowościowym: problem stosunków polsko – niemieckich, polsko-czeskich, polsko-litewskich, polsko-rosyjskich i polsko-ukraińskich właśnie. Ten ostatni tlił się pod mchami lat najdłużej. Wybuchł, gdy narastająca wola zachowania pamięci o zbrodniach wołyńskich starła się z poszukiwaniem przez nowe państwo ukraińskie korzeni swojej narodowej tożsamości. Problem eksplodował i albo będzie rozwiązany przez odpowiedzialnych polityków, albo stosunki polsko-ukraińskie ułożą się same. Już się układają. Z jednej strony wynoszenie przez ukraiński parlament banderowców do godności narodowych bohaterów Ukrainy, prześladowania ukraińskich artystów biorących udział w realizacji filmu „Wołyń”, z drugiej przybierające na sile w Polsce postawy nacjonalistyczne, wręcz szowinistyczne zderzają się z masowym zalewem Polski przez obywateli Ukrainy, szukających u nas lepszych warunków do życia. Tak naprawdę nikt nie wie ilu Ukraińców mieszka i pracuje w Polsce obecnie. Wiadomo, że polska gospodarka nie będzie mogła się rozwijać bez imigrantów, wiadomo, że ledwie kilka procent Ukraińców, którzy otrzymali polskie wizy w związku z zamiarem podjęcia oficjalnej pracy tę pracę podejmuje, reszta znika gdzieś w państwach grupy Schengen. Wiadomo też, że ten napływ w najbliższych latach się zwiększy. Jak wykazują doświadczenia innych krajów europejskich, które w przeszłości świadomie importowały imigrantów ekonomicznych, konsekwencją takich importów były zawsze problemy kulturowe, w tym i wyznaniowe. Uczmy się od innych. Na politykach polskich i ukraińskich spoczywa dziś historyczny obowiązek unormowania relacji pomiędzy naszymi narodami w imię wspólnej, pomyślnej przyszłości. Póki co informacje z Kijowa nie są w tym względzie budujące, a „do tanga trzeba dwojga”. Dlatego Polska wykorzystać powinna wszystkie argumenty, wszystkie atuty, aby dialog polsko-ukraiński stał się konstruktywnym. Skoro udało się (jak się wydaje) ułożyć nasze stosunki z największymi wojennymi oprawcami polskiego narodu  – Niemcami, to powinno to się udać i z Ukraińcami. Może, ale nie musi. Wydaje się, że historyczny moment, w którym argumenty polskie w tej sprawie miały największą moc minęły. Bardzo źle by się stało, gdyby okazało się, że sprawę Wołynia zaniechano, gdyż Ukraina przedstawiała dla polskich władz większą wartość jako element gry przeciwko Rosji. Ale Rosja z Ukrainą prędzej czy później się dogada, a my zostaniemy sami…