Po co Scholz przyjechał?

Nowo wybrany kanclerz Niemiec Olaf Scholz, następca Angeli Merkel rozpoczął swoją międzynarodową aktywność w interesujący sposób. Z pierwszą zagraniczną wizytą udał się do Francji, dając tym jasny sygnał, że doskonale zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności Niemiec i Francji za funkcjonowanie i przyszłość Unii Europejskiej. Potem odwiedził Komisję Europejską w Brukseli. Trzecim celem wizyt inauguracyjnych nowego kanclerza Niemiec była Warszawa.

Oczywiście euforia w PiS była wielka. – Patrzcie – zdawali się mówić niemal w każdej publicznej wypowiedzi.  – Polska pod naszymi rządami jest unijną potęgą i Niemcy muszą się z nami liczyć. Ta duma przechodząca w zadufanie może okazać się myląca.

To prawda, że Polskę i Niemcy łączą silne więzi gospodarcze. Ale w tej współpracy Polska nie jest partnerem równorzędnym: nie ten poziom gospodarki, nie ta innowacyjność, nie ta efektywność, wreszcie nie te kapitały.

Przysłuchując się konferencji prasowej Morawieckiego i Scholza trudno było nie zadawać sobie pytania: po co Scholz, zwłaszcza po afroncie jaką Warszawa uraczyła jego poprzedniczkę równo dwa miesiące temu do Polski przyjechał? W jakim celu? Co miał do załatwienia? Co miał do zaoferowania? Szczegółów rozmów pewnie nie prędko poznamy, ale jej okoliczności skłaniają do domysłów, że rzeczywiście wybór Polski nie był przypadkowy.

Przypomnieć tu należy nie tak bardzo odległe sytuacje, kiedy to Polska usilnie starała się o pozycję głównego reprezentanta Unii Europejskiej wobec przeżywającej głęboki kryzys Ukrainy czy Gruzji. Ani jedna, ani druga misja się nie powiodła. O przyszłości Ukrainy zadecydował układ Mińsk II (format normandzki) podpisany przez Francję, Niemcy, Rosje i Ukrainę. Polski do stołu nie zaproszono. Jeszcze gorzej było w Gruzji. Podczas gdy Prezydent Francji leciał do Moskwy rozmawiać o zażegnaniu kryzysu, Prezydent Kaczyński w Tbilisi nawoływał do wojny z Rosją.  Wizyta Scholza w Warszawie świadczyć może o tym, że krajem specjalnej troski dla Unii Europejskiej jest teraz właśnie Polska.

W po konsultacjach w Paryżu a następnie w Brukseli Niemcy najwidoczniej przyjęły na siebie rolę lidera w rozwiązywaniu „kwestii Polskiej”. Stąd właśnie szybka wizyta Kanclerza Niemiec w Warszawie dla bezpośredniego zbadania gruntu i poznania – no właśnie, partnera czy raczej już przeciwnika.

Jeżeli taka była geneza wizyty Scholza w Warszawie to bardzo dobrze, że do niej doszło. Scholz mógł na własnej skórze zapoznać się z trudnościami zadania, które na siebie przyjął. Konferencja prasowa szefów rządów Polski i Niemiec była dla Niemca trudna. Morawiecki nie otworzył nawet wąskiego przesmyku do rozmów na temat pogłębiania integracji Unii Europejskiej. Stanowisko zaprezentowane przez Polski rząd miało elastyczność betonu. Dodatkowo polski premier z lekkością słonia pomijając pytanie o IV Rzeszę zaatakował kanclerza powojennymi roszczeniami oraz żądaniami wręcz zastopowania strategicznej dla Niemiec inwestycji jaką jest Nord Stream 2. W tej ostatniej sprawie okazał się raczej komiwojażerem amerykańskich firm gazowych niż politykiem. Nie pokazał Morawiecki w jaki sposób Nord Stream 2 zagraża Polsce – wyręczył się Ukrainą. Argumentował natomiast, że uruchomienie tego gazociągu i zwiększenie przez to wolumenu dostaw gazu do Europy podniesie ceny tego surowca, chociaż wiadomo, że dostawy gazu z Rosji odbywają się na podstawie kontraktów długoterminowych, a z innych, najczęściej amerykańskich źródeł, na podstawie bieżących cen giełdowych.

Scholz też pozostał na dotychczasowych stanowiskach Niemiec i Unii Europejskiej, choć swoje zdanie wyraził w bardzo dyplomatyczny sposób. Przypomniał, nie wprost, ale jednoznacznie, że sprawa roszczeń jest od bardzo dawna formalnie uregulowana i zamknięta. Zwrócił gospodarzom grzecznie uwagę, że to Niemcy utrzymują w znacznej mierze Unię Europejską nie tylko finansowo, ale gospodarczo i politycznie, twardo bronił suwerenności Niemiec w określaniu swojej strategii energetycznej, oraz dwukrotnie podkreślał wartości Unii jaką są demokracja i praworządność.

Nowy Kanclerz Niemiec mógł w efekcie rozmów w Warszawie wyrobić sobie zdanie w sprawie najważniejszej: jak jest gotowość obecnych władz polskich do kompromisów, do poszukiwania najlepszych dla Unii rozwiązań. I tutaj Scholz zderzył się ze ścianą. To nie jest wcale jego porażka, to może być natomiast, w dłuższej perspektywie, znacząca porażka dzisiejszych pisowskich triumfatorów. Kanclerz Niemiec dostał do ręki twardy dowód, że z Warszawą nie ma sensu rozmawiać, negocjować, że należy sięgać po środki radykalne. A te będą bolały nie Morawieckiego, ale nas wszystkich. Echa wizyty Scholza w Warszawie usłyszymy zapewne w Brukseli.

Chociaż i dla Kanclerza Scholza nie wszystko jest jeszcze stracone. Kilkukrotnie wspominając o bardzo dobrej współpracy Polski i Niemiec w przyszłości zdawał się przypominać, że wszystko się kiedyś kończy: rządy PiS też.

Układ Warszawski BIS

Na dwa dni Warszawa stała się stolicą europejskiego nacjonalizmu, nie gardzącego wsparciem sił faszystowskich. Na oczach całego świata Warszawa oficjalnie przywdziała brunatną koszulę. I nie był to jakiś półtajny zlot nacjonalistyczno-faszystowskich radykałów, ale zlot takowych pod światłym patronatem Rzeczypospolitej i Republiki Węgierskiej. Nad całym tym upokarzającym dla demokratycznej Polski wydarzeniem unosił się nie materialny, ale z dala widoczny, pisany olbrzymimi, wyboldowanymi literami transparent o treści: „TERAZ K…A MY!” Przywódcy nacjonalistycznych partii i ruchów społecznych nie zjechali się do Warszawy po to przecież, aby zjeść razem kolację, pozwiedzać warszawską starówkę i poopowiadać sobie anegdoty i rozjechać się do swoich domów. Swojego celu strategicznego nie ukrywają: przejęcie sterów w Unii Europejskiej i przeprowadzenie jej radykalnej deformy przez jej głęboką dezintegrację.

Nie zdziwiłbym się, gdyby realnym efektem tego spotkania było jakieś porozumienie europejskich sił nacjonalistycznych, zawiązanie czegoś w rodzaju Nacjonalistycznej Międzynarodówki. Nie zdziwiłbym się, gdyby uzgodniono regularność tego typu spotkań, ale również gdyby uzgodniono wspólne kierunki i metody działania, na przykład rodem z Cambridge Analytica –  tak efektywnie stosowanymi podczas brytyjskiego referendum  jak i w kampanii prezydenckiej A. Dudy w Polsce. Czyli Układ Warszawki bis. Czy ta powtórka z historii okaże się farsą czy tragedią – pokaże czas.

W komentarzach polskich antypisowskich polityków dominuje teza, że organizując tą historyczną hucpę PiS potwierdza swoją role „pożytecznego idioty Putina” i że PiS realizuje strategię Rosji. To moim zdaniem olbrzymie uproszczenie. Nie tylko Rosja jest zainteresowana osłabieniem i dezintegracją Unii Europejskiej. W niemniejszym stopniu zainteresowane były Stany Zjednoczone pod przywództwem Trumpa. Nie chodzi tu tylko o ewidentnie antyunijne akcje przyjaciół Trumpa w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu. To również odmowa Trumpa negocjacji gospodarczych z Unią na rzecz negocjacji bilateralnych z państwami – członkami Unii. To również entuzjastyczne przyjęcie przez Trumpa polskiej inicjatywy antyunijnej jaką był pomysł „Trójmiarza” (wpis „Szczyt zaszczycony” z 17.06.2017 r.) Wprawdzie Trump zszedł ze sceny (antrakt?) ale przecież to nie jest tak, że o amerykańskiej strategii decyduje jednoosobowo prezydent USA. Wprawdzie obecnie jest Biden, lecz na ile ma wolną rękę w kształtowaniu amerykańskiej polityki zagranicznej? Rozczłonkowanie Unii może być na rękę również Chinom, którzy przyszłościowy podział świata postrzegają nie podług różnic politycznych czy ideowych, ale podług technologii informatycznej: amerykańskiej bądź chińskiej. Tańce wokół wykonawstwa systemu telefonii komórkowej 5G są tu najlepszym przykładem.

Spójność Unii Europejskiej wystawiana jest na ciężką próbę. Kryzys finansowy, migracyjny, pandemia sars-cov2, a ostatnio nasilające się medialne „zwiastowania” paneuropejskiego energetycznego blackout-u stawiają przed Unią nowe, nieznane wyzwania. Jeszcze parę lat temu, kiedy toczyły się dyskusje o tworzeniu się w świecie nowych centrów polityczno-gospodarczych wymieniano najczęściej trzy takie: Stany Zjednoczone, Chiny i Unia Europejska. Dzisiaj Unia wypadła już z pierwszej ligi przyszłych światowych liderów gospodarczych. Głównie dlatego, że nikt na świecie nie będzie chciał wiązać się strategicznie z organizacją targaną wewnętrznymi problemami.

O cóż więc chodzi polskim politykom odpowiedzialnym za przyszłość Polaków? Co, może usprawiedliwiać zbrodniczy charakter pisowskiej władzy? Piszę „zbrodniczy” dlatego, że nie ma większej zbrodni politycznej na demokratycznym państwie niż wykorzystanie instytucji i procedur demokratycznych do unicestwienia demokracji. A PiS tak właśnie działa – od pierwszego dnia swojego uzurpatorskiego panowania nad Polską co dnia niszczy polską demokrację. Niszczy fizycznie – demolując system prawny, gwałcąc Konstytucję, niszcząc instytucje demokratycznego państwa jak parlament, Sąd Najwyższy, Trybunał Konstytucyjny, Narodowy Bank Polski, Najwyższą Izbę Kontroli.  Ale niszczy również to, co jest podstawą i istotą i esencją demokracji – społeczeństwo obywatelskie. Każdego dnia, dzień w dzień, noc w noc.  Zbrodniczy charakter pisowskiej władzy ma niestety wymiar czysto ludzki. W 2015 r. PiS przejął odpowiedzialność za Polskę. Nikt nie zdejmie z PiS-u odpowiedzialności za dziesiątki tysięcy „nadmiarowych” zgonów Polaków w minionych latach – zgonów będących skutkami zapaści służby zdrowia i podporządkowania walki z pandemią doraźnym potrzebom politycznym Kaczyńskiego. Nikt nie zdejmie z pisowskich polityków, którzy zapewne codziennie żarliwie klepią formułki: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego” czy „nie zabijaj” odpowiedzialności za tragedie ludzkie na polskiej ziemi przy granicy z Białorusią.

Ile wreszcie trzeba mieć determinacji, aby Unię Europejską, która powstała, aby nie dopuścić do nowej wojny przyrównać do Rzeszy Niemieckiej? Unię Europejską, która jest bezalternatywną opcją dla chcącej się rozwijać Polski?

Nie myślę, aby prymitywna żądza rządzenia i chęć nagrabienia jak najwięcej dla siebie i swojej rodziny były głównymi motorami dla pisowskiej wierchuszki. Tym motorem może być tylko wzniosły cel ideowy, tak wzniosły, tak ważny, że wart wszelkich ofiar. Cel ten sformułował w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli premiera Mateusz Morawiecki. Wydawało się wówczas, że ni z gruszki ni z pietruszki w swojej programowej mowie wypalił, że „naszym celem jest rechrystianizacja Europy”.  Teraz patrzeć na to należy inaczej.

W analizach sytuacji Unii Europejskiej, jej problemów i zagrożeń rzadko i niesłusznie przywołuje się Kościół Katolicki, rzadko analizuje się jego rolę w kształtowaniu przyszłości Unii. Pewnie dlatego, że sam Kościół jest wewnętrznie podzielony,  przezywa swój kryzys, którym jest kryzys wiary w młodych europejskich pokoleniach, afery etyczne i zbrodnie pedofilskie. Ale jak to często bywa w kryzysie aktywizują się i do głosu dochodzą radykalne siły konserwatywne, integrystyczne. To one stawiają warunek: Unia Europejska tak, ale z królem Jezusem i królową Maryją – wiecznie dziewicą!  Ostoją europejską tego konserwatyzmu jest polski episkopat, który ostentacyjnie już nie uznaje progresywnego papieża Franciszka.  Katolicka – w najbardziej tradycyjnym, integrystycznym, czy wręcz średniowiecznym rozumieniu katolicyzmu – Europa, oto cel nad cele Kaczyńskiego. To jedyna dla niego droga na wymarzone pomniki i trumnę u boku brata na Wawelu.

I temu ma służyć Układ Warszawski bis. Jak mawiał Hegel: „historia lubi się powtarzać dwukrotnie”. Marks zaś dodawał: „ale za pierwszym razem jako tragedia, a za drugim jako farsa”. Czyżby więc czekała nas tragedia?

Wielkie Lanie Morawieckiego

Lanie jakie premier Polski otrzymał dzisiaj w Strasburgu przejdzie do historii. Nie zdziwię się, gdy znane powiedzenie „bić jak w kaczy kuper” ustąpi miejsca powiedzeniu: „oberwać jak Morawiecki w Strasburgu”. W swoim wystąpieniu Morawiecki objawił się jako zbawca Europy, nawoływał wprost do rozłamu zapraszając pod swoje przywództwo ku nowej Europie. Zastosował prymitywny chwyt techniczny świadomie przedłużając czas swojego wystąpienia. Odebranie mu głosu uczyniłoby z niego „unijnego męczennika” w przekazach reżimowych mediów, byłoby koronnym argumentem reżimowych mediów o prześladowaniu polskiego rządu. Morawiecki świadomie złamał reguły obrad Parlamentu Europejskiego perorując o równości i demokracji. Zagranie sprytne, tyle tylko, że zapomniał, że podstawą funkcjonowania Unii nie jest spryt, ale wzajemne zaufanie i szukanie konsensusu. Wystąpienie Morawieckiego skwitować można jednym zdaniem: uciekł się on do znanego sposobu odwracania uwagi głośno krzycząc „łapaj złodzieja!”. Ale w wystąpieniach eurodeputowanych prawie nikt za nim nie pobiegł. I w tym zasadza się podstawowa klęska Morawieckiego przed Parlamentem Europejskim.

W dotychczasowych komunikatach serwowanych „suwerenowi” PiS, a wraz z nim Morawiecki utrzymywali, że Polska nie może ulegać naciskom/szantażom „brukselskich biurokratów” czy „jakichś tam urzędników Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości”.  To był light motive narracji władzy.  Dzisiaj w Strasburgu Morawiecki dostał sromotne lanie nie od urzędników, lecz od eurodeputowanych, którzy, z nielicznymi wyjątkami, nie zostawili na nim, na jego wystąpieniu, na polityce jego rządu suchej nitki. Mało tego. W bardzo wielu wystąpieniach pojawiał się motyw: „stop dla transferu unijnych pieniędzy do Polski, zanim Polska nie wróci do rodziny państw europejskich szanujących prawo”. Nie zdziwię się, jeśli ci eurodeputowani zaliczeni zostaną przez pisowskie media do „komuchów”, „lewicowych złogów” itp. Ale fakt jest faktem. Ogólny przekaz debaty jest jednoznaczny: zdecydowany nacisk Parlamentu na Komisję Europejską aby skutecznie wdrożyła mechanizmy chroniące praworządność w Unii Europejskiej, aby zdusiła w zarodku niebezpieczny dla Unii precedens.

Lanie dostał Morawiecki nie tylko od eurodeputowanych, ale i od swoich kolegów – premierów rządów państw członkowskich, do których, nota bene, kilka dni temu skierował swój osobisty list. Otóż w imieniu Rady Europejskiej przeciwko tezom głoszonym przez Morawieckiego wypowiedziała się Prezydencja Słoweńska.

W dyskusji zabrakło mi jednak jednego pytania do Mateusza Morawieckiego. Pytania o to, czy jego dzisiejsze wystąpienie przed Parlamentem Europejskim, nawoływanie do burzenia Unii w jej obecnym kształcie, działającej na obecnych zasadach jest realizacją misji, jaką ogłosił w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu po zaprzysiężeniu na urząd premiera. Stwierdził wówczas: „musimy podjąć dzieło rechrystianizacji Europy”. Według mnie ta misja właśnie jest główną sprężyną antyunijnych kampanii nie tyle oportunisty Morawieckiego, co jego szefa, póki co wicepremiera polskiego rządu.

Mamy jeszcze złoty róg?

Ostatnie wypowiedzi na temat naszej, polskiej obecności w Unii Europejskiej, wicemarszałka polskiego Sejmu czy prominentnego ministra Suskiego nie są dla mnie żadnym zaskoczeniem. Od 2015 r. konsekwentnie piszę o tym, że celem strategicznym PiS (Kaczyńskiego?, Kościoła Katolickiego?) jest bądź wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej bądź przekształcenie Unii podług własnego, pisowsko-kościelnego systemu wartości. Wspomnę tylko deklarację Premiera Morawieckiego, wygłoszoną nota bene bezpośrednio po otrzymaniu nominacji na pierwszego ministra z rąk Prezydenta Polski, że „Naszym celem jest rechrystianizacja Europy”. PiS mówił i mówi: „W Unii według naszych wartości albo w żadnej”. Cel swój relaizuję konsekwentnie: samodzielnie starając się rozsadzić Unię od środka bądź wespół z oryginalną, europejską populistyczno-nacjonalistyczną międzynarodówką.

W ostatnim czasie PiS otrzymał podwójne, nieoczekiwane raczej wsparcie. Pierwszym, od duetu Putin-Łukaszenka, był kryzys na granicy polsko-białoruskiej. Dzięki niemu Kaczyński może używać „dźwigni migracyjnej” wobec Komisji Europejskiej pokazując jak dla Unii ważna jest Polska i że trzeba się z nią liczyć. Drugim wsparciem było pożegnalne wystąpienie Merkel w Warszawie, w którym, jakby z obowiązku wspomniała o praworządności, ale podkreślała, że „potrzebny jest dialog”. A o to właśnie PiS chodzi.

Tak więc wypowiedzi Terleckiego, Ziobry, Suskiego czy Sasina nie można brać za jakieś przejęzyczenia,  lapsusy. Kryzys, w jakim znalazły się stosunki pisowskiej władzy z Unią Europejską po skierowaniu przez Komisję Europejską wniosku o nałożenia na Polskę kar finansowych za nierealizowanie postanowień Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości spowodował tylko z góry przewidzianą reakcję Kaczyńskiego: zagrożeniem wyjścia Polski z Unii Europejskiej. Taktyka PiS jest przejrzysta: symulować i przeciągać jak tylko się da „dialog” z Unią Europejską”, a w cieniu tego dialogu, metodą faktów dokonanych robić swoje; wbrew polskiej konstytucji, wbrew unijnym traktatom.

Wśród wypowiedzi pisowskich premierów, ministrów, marszałków na szczególną uwagę zasługują ostatnie wypowiedzi wicepremiera Glińskiego. W jednym z nich, w Krynicy, zarysował dokładnie strategię PiS, o której pisałem wyżej. W drugiej, dla „Sieci”, poszedł dalej. Po raz pierwszy publicznie zarysował front walki według PiS. To, według Glińskiego walka Unii z polskim społeczeństwem. Stwierdził ponadto, że: „Jeżeli KE sądzi, że w sposób niesprawiedliwy, niezgodny z literą i duchem traktatów może Polskę karać jakimiś mandatami, to my odwołamy się do opinii społeczeństwa polskiego”.

To bardzo znamienna wypowiedź. Nie tylko z tego powodu, że w oczach odbiorców stawia PiS (Kaczyńskiego) za jedynego, właściwego interpretatora traktatów unijnych. Również dlatego, że przypisuje PiS rolę wyraziciela woli polskiego społeczeństwa w tej sprawie i gotowość „odwoływania się do opinii tego społeczeństwa”. To oczywiście bezpośrednia zapowiedź gotowości do polexitu, to nazwanie innymi słowami tezy wygłoszonej wcześniej w tym samym miejscu przez Terleckiego.

A tak zwana demokratyczna opozycja? Opozycja leniwie drzemie, uspokajając się sondażami, z których wynika, że i tak już wysokie poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej w polskim społeczeństwie rośnie. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze PiS też jest za Polską w Unii -tylko nie takiej jak obecnie. Tak więc ci, którzy popierają PiS ze spokojnym sumieniem mogą odpowiadać TAK, na pytanie: „Czy jesteś za pozostaniem polski w Unii Europejskiej”. Po drugie PiS pyta się, w licznych wystąpieniach swoich polityków, mniej lub bardziej wprost: „czy jesteście za Unią, która nie chce dawać nam pieniędzy, które nam się należą?”.

Stan wojenny 2

Prawo i Sprawiedliwość wprowadziło na ograniczonym terenie Polski stan wyjątkowy, który, przez analogię do stanu wojennego z 1981 roku śmiało można nazwać „stanem wojennym 2”.  Analogia może być dla niektórych bulwersująca, obrazoburcza wręcz, ale….

W 1981 roku władze polski wprowadziły stan wojenny, gdyż w ówczesnym porządku prawnym nie istniała instytucja „stanu wyjątkowego”. Naiwna władza ludowa nie dopuszczała myśli, że lud może obrócić się przeciwko ludowej Polsce i takiej instytucji stworzyła. Władza uznała natomiast, że nadrzędną sprawą jest obrona ówczesnego ustroju i porządku konstytucyjnego państwa.

Jak to jednak często bywa, historia, jeśli się powtarza, to jako farsa lub dramat. Mamy dzisiaj do czynienia raczej z dramatem. Głównym celem PiS wprowadzenia stanu wyjątkowego jest właśnie obrona pisowskiego, antydemokratycznego ustroju państwa i obrona wszechwładzy PiS przez powszechnego łamania Konstytucji, o ustawach nie wspominając. Stan wyjątkowy AD 2021 skierowany jest głównie przeciwko polskiemu społeczeństwu. Jest jednak również mocnym sygnałem kierowanym na zachód.

Stawiam tezę, że PiS-owi nie zależy wcale na szybkim zakończeniu kryzysu na białoruskiej granicy. Wręcz przeciwnie: PiS żywo zainteresowany jest „hodowaniem” tego kryzysu, jego eskalacją. Czy ambasador Białorusi wezwany został do MSZ w celu wyjaśnienia sprawy? Czy zwracano się oficjalnie do Białoruskich władz z propozycjami wspólnego, politycznego rozwiązania problemu? Jeżeli w szeregu publikacjach pojawiała się teza, że Kaczyński de facto realizuje strategię Putina i – co należy uznać za pewnik – kryzys na granicy polsko – białoruskiej nie zaistniał bez aprobaty Kremla, to wywołując go Łukaszenka z Putinem rzucili upadającemu Kaczyńskiemu koło ratunkowe, a on się go  skwapliwie uczepił. Żal wielki i smutek, że dla rozwiązywania wewnętrznych, polskich spraw rząd polski zniża się do poziomu Łukaszenki, stając w równym z nim szeregu w instrumentalizacji tragedii uchodźców, w instrumentalizacji ludzkich nieszczęść.

Konflikt polsko – białoruski spadł Kaczyńskiemu niczym manna z nieba. Oczywiście rację mają ci, którzy wskazują, że przez wprowadzenie stanu wyjątkowego PiS odwrócić chce uwagę od innych, poważnych polskich problemów jak choćby klęska operacji szczepień przeciw covid 19, szalejąca drożyzna itp. Mają rację wskazując, że celem tego stanu jest szerzenie poczucia zagrożenia w społeczeństwie, odcięcie społeczeństwa od informacji o rzeczywistej sytuacji nadgranicznej, usunięcia niewygodnych świadków wojskowych operacji przeciwko 32 schorowanym uchodźcom afgańskim.

Ale najważniejszy cel eskalacji napięcia na granicy polsko-białoruskiej wydaje się być inny. Prawdopodobnie władza dostrzegła otóż, że konflikt ten może okazać się bardzo silną dźwignią w jej rękach w otwartej już wojnie z Unią Europejską na polu praworządności i relacji pomiędzy ustawodawstwem unijnym i polskim. Morawiecki zdaje się mówić Unii Europejskiej: – popatrzcie, jak ważna jest teraz Polska. Bronimy granic Unii Europejskiej – a nie musimy. Możemy szeroko otworzyć wrota dla emigrantów z Afganistanu, którzy w większości przez Polskę tylko przejdą, kierując się na zachód. Możemy też wprowadzać stany nadzwyczajne, mobilizować armię, ale oczekujemy zrozumienia ze strony Unii dla naszych wewnętrznych „reform” systemu sprawiedliwości. Dla skuteczności tego nacisku niezbędny jest gwarantowany przez stan wyjątkowy monopol władzy na przekazywanie opinii publicznej informacji o konflikcie i na interpretację tych informacji.

W ten właśnie sposób PiS broni wprowadzonego przez siebie ustroju państwa i z jego punktu widzenia wprowadzenie stanu wyjątkowego jest jak najbardziej zasadne.

Coś jest na rzeczy, gdyż po niedawnej wizycie Premiera w Brukseli, ze strony Komisji Europejskiej wyszedł sygnał, że „w kwestii praworządności dialog trwa”. Trwa, chociaż jeszcze miesiąc temu zapowiadane były ostre sankcje przeciwko pisowskiemu rządowi. Nie przez przypadek też po raz kolejny marionetkowy Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłęckiej (TKJP) odracza udzielenie odpowiedzi na pytanie Premiera: czy prawo unijne jest niezgodne z polską konstytucją. Dialog trwa.

Najwyższa więc pora, aby czołowi politycy opozycyjni, z Tuskiem na czele, zwrócili się do Komisji Europejskiej z konkretnymi pytaniami: czy Komisja Europejska wiąże kwestie praworządności w Polsce z kwestią kryzysu migracyjnego? Czy Komisja rozważa poświęcenie praworządność w Polsce za cenę zasieków z drutów kolczastych na wschodnich granicach Unii Europejskiej?

Polska pozaeuropejska

Opinia publiczna zelektryzowana została  Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości nakazującego Polsce natychmiastowe wstrzymanie eksploatacji kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów do czasu sądowego rozstrzygnięcia sporu pomiędzy Czechami a Polską. Trybunał przychylił się w ten sposób do wniosku Czech.

W kraju zawrzało:

– Znowu ta Unia wtrąca się w nasze sprawy!

– Niech Unia zacznie wreszcie przestrzegać prawa!

– Nie pozwolimy na zabranie nam tysięcy miejsc pracy i 8% produkcji energii elektrycznej!

– Będziemy bronić naszego bezpieczeństwa energetycznego za wszelką cenę! Itp., itd.

To tylko niektóre, najłagodniejsze pokrzykiwania przedstawicieli polskiego rządu i politycznych elit Zjednoczonej Prawicy w reakcji na decyzję TSUIE.

Jeszcze kilka dni temu, w czasie, gdy warzyły się losy polskiej akceptacji dla Rezolucji Rady Europejskiej w sprawie źródeł finansowania Unii (dla Europejskiego Funduszu Odbudowy), termin „700 mld dla Polski” nie schodził z ust polityków ani z pierwszych stron mediów. Każdy, nawet najmniejszej rangi pisowski polityk pokazywał się z „unijną szmatą” w tle. Pieniądze z Unii są dobre, należą sia nam jak psu zupa (jak obwieścił nadpremier Ziobro). Ale na tym kończą się nasze związki z Unią. Pieniądze TAK – zobowiązania NIE! To jest clou polskiej polityki unijnej i kryzys turowski znakomicie ten kurs wzmocni.

Tymczasem decyzja zabezpieczająca TSEU nie zrodziła się z piątku na sobotę. Konflikt Czechy i Niemcy kontra Polska na tle eksploatacji złóż węgla w Turowie ma wieloletnią historię. Problem pozbawiania przez Turów czeskich terenów przygranicznych wody znany był od dawna. W 1994 roku polskie organy udzieliły Elektrowni Bełchatów koncesji na prowadzenie wydobycia do kwietnia 2020. Koncesja przewidywała jednorazową możliwość jej przedłużenia o 6 lat. Zgodnie z tymi postanowieniami w październiku 2019 r. PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna przedłużenie tej koncesji o lat 6, czyli do 2026 r. I tutaj dzieje się rzecz ciekawa. Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska we Wrocławiu wydaje decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach dla kontynuacji eksploatacji złoża węgla brunatnego Turów do 2044 r., a w styczniu 2020 r. nadaje jej rygor natychmiastowej wykonalności. Na tej podstawie wniosek operatora o przedłużenie koncesji na wydobycie zostaje przedłużony. Rzecz jednak w drobiazgu: Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska we Wrocławiu wydał swoją decyzję bez… przeprowadzenia oceny oddziaływania eksploatacji kopalni na środowisko.

W całym humbugu organizowanym przez PiS wokół decyzji TSUE według metody J.M. Rokity, czyli z głośnym wrzaskiem: „Ratunku! Czesi i Unia nas biją!” brak jednej, podstawowej informacji. Tej mianowicie jakie w rzeczywistości skutki na zaopatrzenie w wodę dla Czechów mieszkających w rejonie przygranicznym powoduje eksploatacja kopalni, czy Polska kwestionuje ocenę czeskich specjalistów w tym zakresie, zwłaszcza w kontekście planów rozszerzenia wydobycia. Podstawowy problem, który dawno powinien zostać rozwiązany w ramach dobrosąsiedzkich relacji, przykryty został ogólnonarodowym biadoleniem i narzekaniem na spisek ciemnych, europejskich sił przeciwko Polsce.

Nie wiem, czy i jakie działania dyplomatyczne podejmowane były ze strony polskiej, aby nie doprowadzić do rozprawy przed TSUE. Znamienny przy tym jest fakt nieobsadzenia od z górą roku stanowiska polskiego ambasadora w Pradze. Dla ambasady ważniejszą sprawą okazuje się być zablokowanie możliwości aborcji w Czechach dla polskich kobiet – tutaj przejawia aktywność wielką. A w sprawie Turowa co uczyniono? Opinii publicznej należy się rzetelna informacja o działalnościach rządu w tej materii i rzetelne kalendarium wydarzeń. Chodzi przecież nie tylko o jakość stosunków sąsiedzkich, ale również o praktyczne relacje z Unią Europejską. Póki co PiS gra przeciwko Unii wbrew opinii większości Polaków. Ale czy ta większość długo się utrzyma? Niewątpliwie afera turowska skrzętnie wykorzystana zostanie przez PiS do dalszego rozniecania nastrojów antyunijnych i niedługo zobaczymy, jak wskaźnik poparcia Polaków dla Unii Europejskiej zjedzie z niedawnych 80% do 40%. Nie zdziwiłbym się, gdyby strona polska celowo chciała doprowadzić do takiej konfrontacyjnej sytuacji po to, aby PiS po raz kolejny mógł zagrać na nosie wszystkim dookoła, aby jeszcze raz próbował przeforsować praktykę, że prawo unijne w Polsce nie obowiązuje.

Konflikt wokół kopalni Turów pokazuje, że Polska nie potrafi prowadzić odpowiedzialnej polityki ani w wymiarze globalnym ze światowymi mocarstwami a w tym przypadku z Unią Europejską, ani polityki dobrego sąsiedztwa z naszymi bezpośrednimi sąsiadami. Nad potrzebą takich dobrych stosunków nie trzeba się rozwodzić. Wystarczy wspomnieć kryzys wokół spuszczania do Odry wody z czeskich zbiorników w czasach powodzi, co było jedną z przyczyn tragicznej powodzi na Dolnym Śląsku w 1997 r. Ten problem, po stronie czeskiej udało się rozwiązać. Problemu Turowa po stronie polskiej – nie. A sąsiedzi obserwują. Dzisiaj Czechy, jutro mogą być Niemcy, Białoruś, Rosja. Ukraina nie, gdyż tyle zniewag ze strony ukraińskiej, które Polska zniosła w ostatnich dekadach świadczy o wielkiej determinacji polskich władz płacenia gorącą, nieodwzajemnioną miłością do Ukrainy za nadzieję wykorzystania tego państwa w polskiej polityce antyrosyjskiej.

Na szczęście ten kryzys w polskiej dyplomacji nie będzie trwać długo. Drastyczne zmniejszenie poziomu merytorycznych wymagań od kandydatów do służby dyplomatycznej w połączeniu ze sprawdzoną kadrową polityką PiS szybko przysporzy nam nowych zastępów młodych dyplomatów, Prawdziwych Polaków, przed którymi świat cały w przenośni i dosłownie padnie na kolana.

Lewica nie zaśpiewa w chórze PO

Przyjmując zaproszenie Morawieckiego do rozmów na temat Krajowego Planu Odbudowy, formułując szereg prospołecznych warunków jego akceptacji Lewica wywołała falę nieukrywanej wściekłości w innych partiach opozycyjnych – zwłaszcza Platformy Obywatelskiej. Jest to zrozumiałe: Lewica ukradła Platformie show, jakim miała być jutrzejsza debata sejmowa. Oskarżanie o zdradę, haniebny czyn, wykluczanie z grona partii prodemokratycznych – to tylko niektóre epitety, jakie posypały się na głowę liderów Lewicy. Czy zasłużenie? Śmiem wątpić.

Lewica nie zaśpiewa jutro w chórze Platformy Obywatelskiej. Nie zaśpiewa też w chórze Ziobry i Kaczyńskiego. Zaśpiewa własnym głosem, w chórze większości Polaków, którzy chcą być w Unii Europejskiej i którzy gotowi są przyjąć, wespół z innymi europejskimi narodami współodpowiedzialność za jak najlepsze wykorzystanie środków z Europejskiego Funduszu Odbudowy.

Przyznam się, że podejmując rozmowy z Morawieckim Klub Parlamentarny mi zaimponował. Nie chodzi tu przecież o jakąś „zwykłą”, krajową ustawę. Mało tego – horyzont czasowy tej ustawy może okazać się daleko większy niż horyzont władzy PiS. Nie znam kuluarów rozmów klubów opozycyjnych w tej sprawie, ale właśnie biorąc pod uwagę przedmiot ustawy, jej gospodarcze i społeczne znaczenie oraz długoletnią perspektywę jej skutków Lewica zachowała się i racjonalnie i odważnie zarazem.

Jak potoczyłaby się jutrzejsza debata bez tego porozumienia? Wszystkie partie opozycyjne zaatakowałyby PiS, rząd i Prezydenta, formułując setki, nie można wykluczyć, że sprzecznych ze sobą propozycji, po czym wszystkie grzecznie zagłosowałyby za rządowym projektem ustawy. Nie wyobrażam bowiem sobie, aby którakolwiek z proeuropejskich, prodemokratycznych partii podniosłaby rękę przeciwko temu projektowi. To już lepiej byłoby gdyby wszystkie partie opozycyjne konstruktywnie odpowiedziały na zaproszenie premiera. Nie byłoby wówczas oskarżeń o zdradę, zawiści czy zwykłej irytacji. Przecież chodzi o przyszłość Polski liczoną w dekadach.

To nie Lewica nie dogadała się z Morawieckim, ale to Morawiecki przyjmując wszystkie postulaty Lewicy z nią się dogadał.

Przed Lewicą staje jednak teraz bardzo trudne zadanie udowodnienia w krótkim okresie, że przyjmując zaproszenie Morawieckiego nie przyjęła też roli pożytecznego idioty PiS, że ani na milimetr nie odstąpiła od antypisowskiego frontu.

Zadanie nie będzie łatwe, gdyż przeciwko sobie będzie miała zapewne wszystkie neoliberalne media. Ale może to i lepiej: Lewica dostanie w ten sposób szansę na jeszcze bardzie wyraziste wyartykułowanie swojej roli w społeczeństwie i na scenie politycznej.

Prawdziwa katastrofa na lewej flance polskiej sceny politycznej nastąpi wówczas, gdy Lewica temu zadaniu nie podoła.

Ratujmy Polskę

Świat pędzi na złamanie karku. Dokąd – nikt nie wie. Ale wiadomo w jakim kierunku i wiadomo, że coraz szybciej. Kierunek ten wyznaczają rozwijające się z niebywałą prędkością takie dziedziny jak łączność bezprzewodowa, sztuczna inteligencja, automatyzacja, nanotechnologia, druk 3D i biotechnologia. Wielu ekonomistów utrzymuje, i trudno z nimi się nie zgodzić, że świat wkroczył już w erę IV rewolucji przemysłowej. W swojej znakomitej książce „Czwarta rewolucja przemysłowa”, która powinna być obowiązkową lekturą każdego polityka, niezależnie od jego ideowych zapatrywań, prof. Klaus Schwab bardzo celnie zwraca uwagę na to, że zmiany, jakie niesie z sobą ta rewolucja są nieuniknione, globalne i głębokie, i że dotykają każdego. Prowadzą one do transformacji całych systemów – zarówno tych, które przechodzą poprzez kraje, firmy, branże i całość społeczeństwa, jak i obecnych wewnątrz ich struktur. Jednocześnie globalny charakter tych zmian sprawia, że „rządy, firmy, uczelnie, społeczeństwo obywatelskie – są wręcz zobowiązani do współpracy w celu lepszego zrozumienia pojawiających się trendów”. O skali i głębokości przewidywanych przez prof. Schwaba skutków IV rewolucja przemysłowa dla funkcjonowania zarówno pojedynczych przedsiębiorstw jak i gospodarki w skali państwa czy całego niech świadczy jego postulat, będący konsekwencją tych zmian napisanie ekonomii od nowa.

IVrewolucja przemysłowa to oczywiście nie same dobrodziejstwa, to wyzwania i zagrożenia – głównie w warstwie społecznej. Najtrafniej ujął to prof. Sztumski w artykule „Sztuczna inteligencja gorsza od broni jądrowej”[1] zwracając uwagę na niebezpieczeństwo dehumanizacji człowieka za sprawą  „przekazywania przez człowieka swoich typowych funkcji do urządzeń technicznych – maszyn, automatów, komputerów i robotów”. Odpowiedzialni politycy dostrzegają te procesy i – jak potrafią i mogą – starają się przygotować swoje społeczeństwa i państwa na spotkanie z przyszłością. A u nas w Polsce? Cóż mamy u nas prócz frazesów i pustosłowia o gospodarce opartej na wiedzy i innowacjach? Przepraszam, mamy przecież tak hucznie zapowiadany przez rząd jako symbol innowacyjności gospodarki, milion polskich samochodów elektrycznych. Cud nie tylko XXI ale i XXII wieku. Nie tylko, że są elektryczne, to są również niewidzialne!

U nas w Polsce niemal masowo powołuje się takie „naukowe” instytucje jak IPN czy „De Republica”, fundacje typu Polska Fundacja Narodowa, czy też różne podejrzane podmioty cynicznego biznesmena w sutannie z Torunia. Mało, albo wcale słychać natomiast o rozwoju państwowych lub państwowo-prywatnych placówek innowacyjno-wdrożeniowych. U nas w Polsce Minister Edukacji Narodowej w publicznym wystąpieniu za wzór metod dydaktycznych w szkołach przywołuje szkoły średniowieczne grożąc wręcz nauczycielom, którzy nie będą chcieli realizować katolickiej linii programowej. U nas Minister Edukacji Narodowej niszczy naukę, przez zmuszanie naukowców do zamieszczania swoich prac w wydawnictwach bliskich mu ideologicznie, administracyjnie ale i drastycznie zwiększając punktowanie w nich publikacji, tak ważne w ocenie dorobku naukowego. U nas w Polsce Prezydent uzurpuje sobie prawo oceniania i negowania osiągnięć naukowych kandydatów na profesorów „belwederskich”, których uznaje za obcych ideowo sobie i swojemu ugrupowaniu politycznemu.

Do rejestru „zbrodni stanu pisowskiego na społeczeństwie i państwie polskim”, do których zalicza się na ogół: wykopywanie, pogłębianie i utrwalanie podziałów społecznych, powszechne, systemowe łamanie Konstytucji, zlikwidowanie ustrojowych zasad demokratycznego państwa prawnego, odgradzanie Polski i Polaków od Unii Europejskiej dodać należy bezwzględnie zbrodnię świadomego cofania cywilizacyjnego naszego kraju. Mówiąc wprost: Prawo i Sprawiedliwość wraz ze swoimi koalicjantami w żaden sposób nie przygotowuje Polaków i Polski na wyzwania przyszłości, ale jedyną drogę reakcji na zachodzące w świecie zmiany upatruje w powrocie do Średniowiecza i do autorytaryzmu.

Dochodzimy do pytania za 100 punktów: czy ten trend można powstrzymać? Nie ulega bowiem wątpliwości, że należy, że trzeba robić wszystko, aby go odwrócić, aby ratować Polskę przed trwałym zamknięciem jej w kokonie zaprzaństwa, ultrakonserwatywnego, autorytarnego państwa wyznaniowego. Nie będzie to rzecz łatwa biorąc pod uwagę to, że konsekwencja, z jaką J. Kaczyński przez lata kształtował wierny sobie lektorat spowodowała, że zdaje się on być niewrażliwy na zagrabianie państwa przez pisowską kamarylę, na gigantyczne pisowskie afery, nepotyzm władzy wszystkich szczebli, coraz powszechniejsze łamanie Konstytucji, na monopolizację mediów. Daje na to swoje przyzwolenie. Nie będzie to rzecz łatwa ze względu na ogrom doświadczenia w manipulowaniu postawami ludzi i ogrom środków finansowych, medialnych i administracyjnych, jakie zgromadził Kaczyński i jego dwór.  Rozstrzygające będą najbliższe wybory do parlamentu, a właściwie to, czy uda się w Polsce utworzyć taką koalicję, która po wyborach byłaby w stanie zawrócić Polskę z drogi ku cywilizacyjnej przepaści. Kolejna wygrana Kaczyńskiego w wyborach parlamentarnych umocni go na tym autokratycznym, antyunijnym kursie i wygasi szczątki sympatii do Polski jako partnera nie tylko w Brukseli.

W szeregu moich wcześniejszych publikacji popełnianych na okoliczność krajowych wyborów parlamentarnych propagowałem tezę, że lewica powinna w takich wyborach startować samodzielnie, pod własnym szyldem i z własnym programem. Ale to było zanim w pełni ujawniła się determinacja Zjednoczonej Prawicy do utrzymania władzy „wszelkimi środkami”. Skoro dla Jarosława Kaczyńskiego „wszelkie środki” dopuszczalne są dla obrony Kościoła, to można się domyślać, że do obrony swojej władzy, którą Kościołowi zaprzedał, użycie „wszelkich środków” też uzna za zasadne. Dzisiaj sytuacja jest po prostu inna.

Oczywiście można pójść na żywioł, ufając, że każda z partii politycznych pójdzie, jak dotychczas, swoją drogą a obecna koalicja prawicowa w sposób naturalny się skompromituje,  zgnije i że rozpadnie się na tyle, że nie będzie w stanie utworzyć większości parlamentarnej. A jeżeli tak się nie stanie? Stawka tych wyborów będzie wysoka – bodajże najwyższa od 1918 roku. Błąd polityczny będzie brzemienny w skutkach na dziesięciolecia.

Bardzo ważna będzie odpowiedź na pytanie czy utworzenie koalicji pod nazwą na przykład „Polska Demokratyczna i Europejska” będzie niezbędne do uzyskania większości w Sejmie – wymaga to rzetelnych badań. Jeżeli taka koalicja, z punktu widzenia celu zasadniczego okaże się zbędna – sprawa będzie prosta. Jeżeli natomiast okaże się to koniecznością, to tradycyjne, progresywne partie polityczne staną przed olbrzymim wyzwaniem. Najtrudniejsza sytuacja będzie wtedy, gdy wynik takich badań nie będzie jednoznaczny. Wówczas podjęcie decyzji wymagać będzie od liderów politycznych szczególnie dużej odwagi i odpowiedzialności.

Jest dla mnie sprawą bezdyskusyjną, że zawiązanie prodemokratycznej i proeuropejskiej koalicji wymagać będzie wynegocjowania określonego minimum programowego, w którym, prócz zapisów odnoszących się do kwestii ustrojowych i europejskich powinny znaleźć się i inne, jak rozliczenie zbrodni stanu pisowskiego na państwowości polskiej, rozliczenie afer czy co dalej z IPN? Nie będzie to łatwe, ale nie w tym upatruję głównych trudności takiego porozumienia. Tkwi ono w tym, że brak jest w Polsce tego elementu kultury politycznej, jakim jest gotowość do zawiązywania koalicji partii politycznych o skrajnych, czasami wręcz przeciwnych celach strategicznych w sytuacjach nadzwyczajnych, w których ważą się losy państwowości. Każda partia polityczna w naszym kraju pod adresem każdej innej może przedstawić litanię aktualnych i historycznych pretensji i zastrzeżeń czyniących porozumienie ponad podziałami, w krytycznym historycznie momencie, w imię nadrzędnych celów wspólnych trudne czy wręcz niemożliwe. Jeśli okaże się że zmarnowano przez to szansę ratowania Polski kaca leczyć będziemy długo.

Aspekty demokratycznego państwa prawnego dyskutowane są niemal codziennie. Stosunkowo mało natomiast dyskusji dotyczy kwestii europejskich. Celem proeuropejskiej koalicji powinno być wszechstronne naświetlenie problematyki europejskiej, nie zawężając jej do kwestii pekuniarnych, tym bardziej, że obóz aktualnej władzy poczyna tu sobie wcale śmiele i pozycja Polski w Unii Europejskiej zleciała na twarz.

W oficjalnych przekazach medialnych, nie ważne, czy z ust członków rządu, czy partyjno-rządowych mediów nie ma żadnych, dosłownie żadnych pozytywnych treści o Unii Europejskiej. Wręcz przeciwnie: wykorzystywana jest każda sposobność, prawdziwa lub najczęściej zmyślona, aby Unii „przyłożyć”, aby ośmieszyć, zdeprecjonować ten historyczny, europejski projekt. To na zewnątrz widać, z tego wyciągane są wnioski. Polskiemu rządowi udało się zaszantażować Unię w kwestii wieloletniego planu finansowego i wprowadzenia zasady powiązania go z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowskich. Wszyscy ogłosili wprawdzie osiągnięcie kompromisu, ale to kompromis szczególny, śmiało nazwać go można zgniłym, gdyż niemal nazajutrz Polska ogłosiła, że wystąpi do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości o zbadanie zgodności trybu warunkowości z unijnymi traktatami. Komisja Europejska śle kolejne listy do polskiego rządu oczekując wyjaśnień i odpowiedzi, rząd coś tam odpisuje, albo nie i jest OK.

Ciekawie rysuje się kwestia ratyfikacji przez polski Sejm unijnego Funduszu Odbudowy. Aby mógł on wejść w życie, aby można było zastrzyk niemal biliona Euro dać gospodarkom państw unijnych na odbudowę po kryzysie pandemii sars-cov-2 musi on być ratyfikowany przez wszystkie narodowe parlamenty. Na dzisiaj Polska mówi NIE. Rząd nie zdołał uzgodnić projektu ustawy o ratyfikacji, gdyż zdecydowanie przeciwko niej jest Minister Sprawiedliwości i kierowana przez niego Solidarna Polska.

Jestem przekonany, że nie chodzi tu tylko o bojaźń Ziobry przed powiązaniem funduszy wspólnoty europejskiej z praworządnością. Głosy członków rządu z SP wypowiadających się publicznie przy okazji tego tematu wyraźnie kwestionują już zasadność członkostwa Polski w Unii. Buńczucznie głoszą, że nam Unia nie jest potrzebna, że sami sobie damy radę itp. A Prezydent Polski milczy albo jeszcze dokłada do pieca. Cała sprawa jest więc rodzajem papierka lakmusowego dla określenia akceptacji społeczeństwa dla takich decyzji. Jest wstępem do referendum o polexicie. Kurs Jarosława Kaczyńskiego na wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej jest od dawna oczywisty. Jedyną przeszkodą jest jak dotąd wysokie poparcie jakie w społeczeństwie polskim ma nasze członkostwo w Unii. Ale tą opinię można próbować zmieniać – i właśnie się to robi.

Wszystko wskazuje na to, że w Europie pogodzono się już z faktyczną utratą Polski, że obowiązuje tam doktryna: „dla Polaków jesteśmy gotowi zrobić wiele, ale za Polaków – nic”.  Nikt z nami się nie liczy. Traktują nas tak, jak traktuje się niewygodny kamyk w bucie, którego z ulgą pozbywa się przy najbliższej okazji. Skoro Warszawie bliżej jest do Budapesztu czy Stambułu – to voilà! Droga wolna. Tak – za nas, za społeczeństwo nikt obcy palcem nie kiwnie. Tego trendu nie są w stanie odwrócić żadne deklaracje polityków. Tutaj tylko wyraźny, dobitny głos społeczeństwa, głos ludu ma szansę coś zmienić.

Nie wiadomo, czy prodemokartyczna, proeuropejska koalicja postępowych partii politycznych stanie się faktem. Nie jest dla mnie na sto procent pewne czy kolejne wybory się odbędą lub czy odbędą się w terminie. Jestem natomiast przekonany, że będą pewnie ostatnią szansą na ratowanie Polski jako państwa demokratycznego i europejskiego. Ratujmy Polskę.

 

 

[1] http://www.sprawynauki.edu.pl/archiwum/dzialy-wyd-elektron/288-filozofia-el/4448-bron-gorsza-od-jadrowej

Zbiorowe samobójstwo narodowe

Wszystko dzisiaj jest narodowe: stadiony, lockdowny, fundusze, szpitale marsze itp, itd. Wygląda na to, że bliscy jesteśmy też narodowemu, zbiorowemu samobójstwu. Nie będzie to pierwsze takie samobójstwo w dziejach Europy. Za każdym jednak razem kończyło się wielką  tragedią nieszczęsnego narodu i często jego sąsiadów.

United Survey ogłosił wyniki badań opinii Polaków na temat powiązania systemu budżetowego Unii Europejskiej z przestrzeganiem w kraju-beneficjencie unijnej pomocy budżetowej zasad prawnych obowiązujących w Unii. Wyniki są znamienne. 46% Polaków uważa otóż, że Polska powinna odrzucić taki mechanizm (37% jest przeciwnego zdania). W przypadku zaś wprowadzenia takiego mechanizmu w UE za polskim veto budżetowym opowiada się aż 57%, a przeciwnego zdania jest tylko 19%. Jeśli wyniki te potwierdzą inne sondaże, to znak, że naród polski mentalnie wkroczył już na ścieżkę wyjścia z Unii Europejskiej, czyli, w obecnej sytuacji geopolitycznej na ścieżkę samozagłady. Oczywiście nie jutro, czy pojutrze, ale kierunek jest oczywisty i jednoznaczny.

Taki wynik sondażu zdaje się świadczyć o tym, że większość Polaków nie rozumie Unii Europejskiej i – co gorsza – nie stara się jej zrozumieć. Wbrew temu, co pisze wielu komentatorów  wprowadzenie mechanizmu powiązania wydatków budżetowych UE z przestrzeganiem praworządności w poszczególnych krajach nie jest wcale grą: praworządność za pieniądze. Sprawa jest dużo głębsza. Z jednej strony społeczeństwa państw – płatników netto do budżetu unijnego, opartych na wspólnotowych zasadach prawnych sprzeciwiają się wydawania pieniędzy swoich podatników na kraje, które w świetle tych zasad, oparte są nie na prawie a na bezprawiu – tak jak to ma miejsce w Polsce. Te państwa widzą w Polsce zagrożenie dla swoich systemów prawnych i społecznych, nigdy nie zaakceptują polskich metod powoływania sędziów, działalności prokuratury czy obchodzenia się z literą ustaw z litera Konstytucji na czele.

Jest i druga, ideowa warstwa problemu. Funkcjonowanie systemu prawnego państwa członkowskiego Unii Europejskiej nie jest wyłączną sprawą tego państwa. Cała, rozbudowana sieć powiązań gospodarczych i instytucjonalnych pomiędzy państwami unijnymi zasadza się na domniemaniu, że systemy prawne tych państw są ze sobą kompatybilne, że można bez zastrzeżeń akceptować wyroki sądów w tych państwach w sprawach dotyczących tych relacji.  Jaskrawe odstępstwo od wspólnych zasad, a zwłaszcza dające uzasadnione powody do kwestionowania niezawisłości systemu sądownictwa kraju członkowskiego działać będzie odstraszająco na wszelkie inicjatywy kontynuowania lub inicjowania takich relacji. A to godzi w najważniejszą, historycznie przełomową ideę Unii Europejskiej: współpraca zamiast rywalizacji.

Te wszystkie argumenty albo nie są dostrzegane, albo nie są zrozumiałe dla większości Polaków. Niestety, nie jest dla nich zrozumiałe i to, że ochrona niezawisłości polskiego wymiaru sprawiedliwości jest ich, Polaków, najbardziej żywotnym interesem. Wyniki sondażu United Survey zdają się sugerować akceptację większości polskiego społeczeństwa dla rażącego odstępstwa od zasad państwa prawnego. Pora postawić pytanie: odstępstwa na rzecz czego? W imię czego?

Wynik sondażu tłumaczyć można tylko w jeden sposób: debata publiczna, relacje społeczne w naszym kraju zdominowane zostały przez emocje, przez kreowanie i sterowanie emocjami. Racjonale rozumowanie, oparte na wiedzy zostało zepchnięte w kąt, merytoryczne autorytety we wszystkich dziedzinach zostały zdeprecjonowane, czasami wręcz ośmieszone.

Przez 16 lat członkostwa w Unii Europejskiej nie tylko nie unowocześniono pojęcia polskiego patriotyzmu przez wzbogacenie go o cnotę działalności na rzecz umacniania i wzbogacania Wspólnoty, a wręcz przeciwnie. Symbolem postawy patriotycznej stało się sprzeciwianie się CAŁEJ (za wyjątkiem Węgier) Unii. Większość Polaków popiera veto, gdyż, prawdopodobnie, znajduje w tym dowód, manifestację swojego patriotyzmu. Bez zrozumienia znaczenia takiego gestu nie tylko dla pozostałych członków Unii, ale i dla własnego państwa i społeczeństwa.

Przez 16 lat swojego członkostwa w Unii europejskiej Polska nie zrobiła dosłownie nic dla umocnienia Wspólnoty. Szczególnie czarną rolę odgrywa tu PiS, któremu wyraźnie przypadła do gustu rola kamyka w unijnym bucie lub wrzodu na pośladku. Polska nie wyszła z żadną pozytywną, konstruktywną  inicjatywą ogólno-europejską. Wręcz przeciwnie: to z Warszawy płynęły inicjatywy rozmiękczające Unię, rozsadzające ją od środka. Polska zyskała sobie przydomek pożytecznego idioty, który ochoczo, z pełnym zaangażowaniem realizuje antyeuropejską politykę bądź to Stanów Zjednoczonych bądź Rosji. Byle tylko być na fali, byle dużą czcionką na pierwszych stronach gazet: – Ptarzcie! tak uwieramy ich w bucie, że muszą z nami się liczyć! Jesteśmy wielcy!

Demontaż Unii Europejskiej, w który dużymi literami wpisuje się Polska musi doprowadzić do ogólnonarodowej tragedii. Oczywiście, prawicowi politycy podniosą wrzask, że oni wcale nie chcą demontażu Unii, a tylko chcą jej głębokich reform. Metoda podkładania bomby pod wieloletnią perspektywę finansową Unii Europejskiej jest aktem politycznego i gospodarczego terroryzmu wobec pozostałych członków. Jest aktem terrorystycznym dokonywanym przez Jarosława Kaczyńskiego, jak się wydaje, za aprobata większości społeczeństwa

Europa bez Polski da sobie doskonale radę – pewnie nawet lepiej niż z Polską. Czy Polska bez Unii Europejskiej sobie poradzi? Rzecz wielce wątpliwa. Zostaniemy osamotnieni na wezbranym, burzliwym morzu, otoczeni jeśli nie wrogami, to z pewnością państwami, których szacunek do nas i zaufanie będą bardzo wątpliwe. W takiej sytuacji państwo, które epidemia nie najgroźniejszego wszak wirusa rozłożyła na łopatki nie ma szans na żaden rozwój. I ziści się zapowiedź Kaczyńskiego: „choćbyśmy mieli pozostać samotną wyspą..!”  Będziemy wsypą samotną, odizolowaną od świata, którą z daleka omijać będą wszyscy. A wówczas będziemy mogli wreszcie, nie nękani przez nikogo żadnymi trybunałami, zasadami, prawami itp. zająć się sami sobą. Z Bożą pomocą.

Stając na palcach

Chcąc dostrzec więcej niż przesłania nam szara codzienność wspinamy się na szczyty, na jakiś dach wysokiego budynku, lub ostatecznie na drabinę. Ale czasami, aby zobaczyć to co ciekawe i co ważne wystarczy ledwie wspiąć się na palce. Byle spoglądać we właściwą stronę. Takie wspięcie się na palcach pozwala na przykład odpowiedzieć na pytanie jakie to surowce są obecnie najbardziej poszukiwanymi, pożądanymi, niezbędnymi do dalszego rozwoju. Okazuje się, że nie są  nimi złoto, ropa, gaz, czy nawet uran. Są nimi informatyczne bazy danych – bazy bardzo specyficzne.

Jeżeli przyjrzeć się temu, jakiego rodzaju przedsiębiorstwa są dzisiaj wiodącymi na rynku zarówno pod względem tempa rozwoju jak i zakumulowanego kapitału to są nimi bezsprzecznie firmy działające w obszarze internetowym jak Facebook, Google, Allegro i wiele innych. Co je napędza? Ropa? Gaz? Złoto?  Nie, paliwo ich rozwoju jest zupełnie nowe, nie tylko nieznane „staroświeckim” przedsiębiorcom, ale również mające tą cechę, że zdaje się być tanie, a przy tym niewyczerpane. Tym paliwem jest nasza prywatość, są wszelkie informacje, ślady, które pozostawiamy w sieci kupując coś na Allegro, czy bilet do kina, lajkując jakiś przekaz internetowy lub umawiając wizytę u lekarza. Wszystkie te dane są gromadzone i są przedmiotem „wtórnego obrotu”. To na ich podstawie opracowywane są strategie marketingowe, one służą mikrotargetowaniu, przewidywaniu zachowań pojedynczego człowieka i całych grup społecznych, one wreszcie są podstawowymi bazami danych dla uczących się algorytmów Sztucznej Inteligencji. Afera Cambridge Analytica, która SI działającą w oparciu o bazy Facebooka wykorzystała do manipulacji wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych oraz przy referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to tylko drobny przedsmak możliwości SI. Od czasu wyboru Trumpa minęły już 4 lata – cała epoka w doskonaleniu algorytmów.

Do powszechnej świadomości powoli, ale jednak docierają problemy przyszłości człowieka wspołistniejącego ze wszechogarniającą go Sztuczną Inteligencją. Chociaż po prawdzie, a zwłaszcza po historycznym zwycięstwie 5:1 programu AlphaGo z człowiekiem, niedoścignionym mistrzem świata w Go w 2016r, niektórzy zaniechali przymiotnika „sztucznym” mówiąc o inteligencji „innej”.

Oczywiście prym wodzą w tej dyskusji – i trudno się dziwić – politycy. Wszak mowa o naszej przyszłości. Ale ponad wywodami polityków warto zerknąć na opinie ekspertów, fachowców, autorytetów w tej dziedzinie, dalekich od polityki.

Takim ekspertem niewątpliwie jest Kai-Fu-Lee, Tajwańczyk, wykształcony w USA naukowiec w dziedzinie zastosowania sztucznej inteligencji, pisarz, publicysta, a co najważniejsze niegdyś szef chińskiego Google, a obecnie szef jednego z największych w Chinach (a więc pewnie i na całym świecie) konsorcjum zajmującego się produkcją robotów wykorzystujących algorytmy SI. Wiarygodności tego dżentelmena upatruję i w tym, że stać go było na zmianę swoich poglądów: od naukowca uzasadniającego tezę o braku zagrożenia SI dla pracy ludzkiej do surowego recenzenta korzyści i zagrożeń, jakie rewolucja cybernetyczna może sprowadzić na człowieka.

Oczywistością jest dla niego nieuchronność tej rewolucji jak i to, że nie jesteśmy dzisiaj w stanie wyobrazić sobie choćby tylko najważniejszych jej zastosowań. Wiadomo tylko, że odmieni ona życie każdego człowieka. W wypowiedzi w filmie „In the Age of AI” Kai-Fu-Lee przekazał swoje opinie dotyczące przyszłości. Są one wiele mówiące.

I tak jest on przekonany, że rewolucja SI doprowadzi do tego, że bogaci będą jeszcze bardziej bogaci, a biedni jeszcze bardziej zbiednieją. To warta najwyższej uwagi konstatacja człowieka, który w tworzeniu i implementacji SI na skalę przemysłową tkwi po uszy. Ale jest jeszcze coś. Kai-Fu-Lee nie ma złudzeń, że to właśnie Chiny wygrają wyścig ze Stanami Zjednoczonymi o prymat w dziedzinie zastosowań SI. „Dzisiaj Stany przodują trochę w technologii, ale my ich już doganiamy. A w zastosowaniach Chiny są już dzisiaj dużo lepsze gdyż mają lepsze warunki rozwoju zastosowań SI” (większa populacja, dużo większe bazy danych – kluczowe dla efektywności Sztucznej Inteligencji). W 2030 r. przegonimy Amerykę – twierdzi Kai-Fu-Lee. Czyli już za 10  lat Chiny będą cybernetycznym numerem 1 na świecie. Jest to zgodne z celami, jaki dla Chin nakreśliła Komunistyczna Partia Chin.

Kai-Fu-Lee idzie dalej. W przyszłości świat podzielony będzie na dwa obszary technologiczne: Chiny i USA – twierdzi. To mówi nie polityk, ale naukowiec, inżynier i biznesmen, guru w sprawach sztucznej inteligencji. Warto zatrzymać się nad tą wizją. Podział na obszary technologiczne przełoży się zapewne na podziały geo-polityczne. Czyżby więc rewolucja SI powadziła do nowego ładu światowego? Ale z naszego punktu widzenia ważne jest nie tylko co w tej wizji jest,  ale również to, czego w niej nie ma. A nie ma w niej ani Unii  Europejskiej, ani Rosji. Przypadek?

Problem polega na tym, że w obecnej dobie ostoją tzw. wartości europejskich jest sama Europa. Z pewnością nie Azja i z pewnością nie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, które, zwłaszcza pod rządami Trumpa ostro skręcają w stronę izolacjonizmu i narodowego egoizmu. O kryzysie  demokracji w tym kraju nie wspominając.

Unia Europejska nie potrafiła nawet stanąć do konkurencji w dziedzinie rozwoju i implementacji SI. Zajęta własnymi sprawami wewnętrznymi, pozbawiona efektywnych procedur podejmowania decyzji strategicznych, z silnymi tendencjami odśrodkowymi poddała pole rozwoju technologii informatycznych prawie bez walki. Komu Europa przypadnie w łupie, jaki byk ją posiądzie – chiński czy amerykański? Dla jednego i drugiego Europa będzie smakowitym kąskiem. Nie tylko z racji swojego tradycyjnego bogactwa. Rywalizacja o Europę to rywalizacja o „surowce” dla rozwoju SI strategiczne jakimi są wszelkie informatyczne bazy danych. Ta rywalizacja już trwa, choćby w obszarze rozwoju sieci 5G czy projektu Nowego Szlaku Jedwabnego.

Czy oznacza to, że w dłuższej perspektywie Europa jest bez szans? Wygląda na to, że niestety tak. Chociaż byłaby może jedna szansa, ale jest to szansa czysto teoretyczna, z gatunku political fiction. Tą szansą mogła by  być unia polityczno-gospodarcza Unii z Rosją. Rosja bowiem też staje przed historycznym wyzwaniem. Sama jest za słaba by wejść do gry. Geo-politycznie blisko jej do Chin. Kulturowo natomiast niewątpliwie jest jej bliżej do Unii Europejskiej. Wszak zarówno Unia Europejska jak i Rosja mają te same fundamenty kulturowe: greckie, rzymski, czy w końcu wspólną kulturę świata chrześcijańskiego.

Ale to jest myślenie dobro-życzeniowe. Zbyt wiele wysiłków i pieniędzy włożyły w minionych dekadach Stany Zjednoczone Ameryki Północnej w wykopywanie rowów pomiędzy Unią Europejską  a Rosją aby można je było teraz łatwo zasypać.  Jednym z takich głębokich rowów jest między innymi Polska, w której idea izolacji Rosji od Europy spotkała się z entuzjazmem rusofobicznej części polskiej elity politycznej.  Ale też i mężów stanu, zdolnych do stawienia czoła temu wyzwaniu póki co brak po obu stronach. Tak więc skazani jesteśmy na Jankesów. Nie mam przy tym złudzeń: wygłodniała Ameryka, w której standardy życia lecą dziś na maseczkę potraktuje Europę dokładnie tak, jak wygłodniali europejscy konkwistadorzy potraktowali zupełnie niedawno Amerykę. Oczywiście przy założeniu, że prognozy Kai-Fu-Lee się zmaterializują.