Wałęsa znowu błysnął

Lech Wałęsa znowu błysnął.Tym razem udzielając wywiadu rosyjskiemu „Sputnikowi” (https://pl.sputniknews.com/polska/201812269468196-lech-walesa-wywiad-sputnik-rosja-jelcyn-putin-katyn-usa/). Polskie media ograniczają się do cytowania wybranych fragmentów wywiadu, komentatorzy, niezależnie czy z lewa czy z prawa są na ogół zgodni: „Wałęsa chciał zaistnieć”, „Wałęsa przegrał” itp. Niezawodni trolle i w tej sytuacji potwierdzili swoją czujność nie szczędząc byłemu prezydentowi inwektyw i innych internetowych ekskrementów. Tymczasem Lech Wałęsa, oczywiście na swój sposób, nie bez zbędnego egocentryzmu, podniósł jeden z najważniejszych współcześnie dla Polski problemów: problem relacji z Rosją.

Publiczne podpisywanie się w dzisiejszych czasach pod tezą Wałęsy, że Polsce bliżej jest do Moskwy niż do Nowego Jorku graniczy z politycznym samobójstwem, albo też tą granicę już przekracza. Polski mainstream zdominowany jest bez reszty przez tezę o śmiertelnym zagrożeniu dla Polski, jakie płynie ze wschodu i każda inna optyka nieuchronnie spotka się z zarzutem zdrady polskiej racji stanu.

Czy jednak ten mainstream zgodny jest z poglądem większości Polaków? Co ważniejsze: czy jest zgodny z polskim interesem narodowym?  Na te właśnie pytania próbuje odpowiedzieć Wałęsa – i chwała mu za to.

Żyjemy w czasach, w których odwoływanie się do opinii publicznej w ważnych sprawach ma miejsce wcale, albo dopiero po tym, jak tą opinię się odpowiednio ukształtuje. Jeszcze w 2011 r. 44 % Polaków, wbrew 12 lat zmasowanej agitacji publicystów, polityków, mediów, pozytywnie oceniało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, przy 34% ocen negatywnych (https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2011/K_154_11.PDF).  Szermujący hasłami polskiego interesu narodowego za nic mieli opinię większości Polaków w tym względzie, uporczywie „młotkując” gdzie tylko popadnie jedynie słuszną tezę. 44% Polaków zostało zlekceważonych. Oczywiście metoda ta, wsparta naturalnymi procesami demograficznymi przyniesie kiedyś tak pożądany efekt, jakim będzie ogłoszenie, że większość Polaków wprowadzenie stanu wojennego ocenia negatywnie. Kiedyś.

Podobnie jest z kwestią relacji polsko–rosyjskich. Nie są to relacje łatwe ani proste, ale patrząc na Europę, nie są też jakimś ewenementem. Z tą różnicą, że Europa postanowiła ze swojej historii wyciągnąć zupełnie inne wnioski niż Polska, a właściwie polskie elity. Europa postanowiła tradycyjny kurs konfrontacyjny w wewnątrzeuropejskich stosunkach zmienić na kurs współpracy, wznosząc się ponad historyczne zaszłości. Polskie elity tą drogą nie poszły.

W 1999 r., w zastępstwie Prezesa NIK, uczestniczyłem w roboczym spotkaniu prezesów najwyższych organów kontrolnych państw aspirujących do członkostwa w Unii Europejskiej w Europejskim Trybunale Obrachunkowym w Luksemburgu. Grono w sumie około 10 osób, język roboczy angielski, bez tłumaczy. Okazało się jednak, że koledzy z niektórych NOK mają trudności w porozumiewaniu się tym językiem i dla nich jedynym wspólnym był język rosyjski. Pomagałem im więc w czasie spotkania jak mogłem. W przerwie podszedł do mnie Prezes ETO, prof. B. Friedmann, znany niemiecki polityk CSU i zagadnął:

– widzę, że znasz język rosyjski.

– Trochę, – odpowiedziałem.

Friedmann zamyślił się i rzekł:

– wy, Polacy macie dobrze. Wy znacie język i kulturę Rosji. Wam łatwo się z nimi porozumieć, a my musimy wszystkiego uczyć się od podstaw. Polska może odegrać bardzo ważną rolę w relacjach pomiędzy Unią i Rosją.

Polska miała swoje pięć minut, aby stać się rzeczywistym pomostem pomiędzy Unią i Rosją. Tych pięciu minut nie wykorzystała, stając twardo i zdecydowanie na antyrosyjskich pozycjach. Czy musiał prezydent Polski, Lech Kaczyński, nawoływać do konfrontacji z Rosją na wiecu w Tbilisi w 2008 r. dokładnie w chwili, gdy prezydenci Francji i Niemiec lecieli do Moskwy, aby w imieniu Unii Europejskiej szukać możliwości politycznego rozwiązania konfliktu rosyjsko – gruzińskiego? Miejsce Prezydenta Polski powinno być wówczas w samolocie do Moskwy, a nie w samolocie do Tbilisi.

Zawsze byli w Polsce rusożercy, tak samo jak polakożercy w Rosji. Nigdy jednak nie stanowili większości tych społeczeństw, które nie tylko z uwagi na poczucie słowiańskiej wspólnoty, ale również w imię zdrowego rozsądku, mówiącego, że z sąsiadami należy dobrze żyć, że przyjaciół należy szukać jak najbliżej a nie jak najdalej, pozytywnie odnosiły się i odnoszą do siebie. Należy więc postawić retoryczne pytanie: czyje interesy reprezentują polskie elity nakręcające antyrosyjskie nastroje, histerię wręcz, propagujące wątpliwe tezy o rosyjskim zagrożeniu, deprecjonując wszystko co choć trochę pachnie Rosją. Z pewnością nie interesy Polski i z pewnością nie interesy Unii Europejskiej. Odpowiedź na to pytanie jest oczywista: jedynym beneficjentem polskiej polityki w tym względzie są Stany Zjednoczone.

Jednym z pytań czekających na odpowiedź jest natomiast to, skąd bierze się ten konsekwentny antyrosyjski kurs USA. Reagan wygrał ekonomiczną i polityczną wojnę z ZSRR. Kampanię Reagana uzasadniano walką ideologiczną i odpowiedzialnością USA za światową liberalną demokrację. Dzisiaj po komunistycznej Rosji nie ma śladu, USA same odwróciły się od zasad liberalnego handlu nasilając gospodarczy interwencjonizm i szantaż w stosunkach międzynarodowych a i gwiazda amerykańskiej demokracji ostatnio przyblakła. Dlaczego więc Rosja nadal – jak za czasów Reagana – dekretowana jest jako „imperium zła”? Jakie cele strategiczne kryją się za tak konsekwentną postawą Wielkiego Brata?

Jeżeli Rosja sama w sobie jest wrogiem dla Stanów Zjednoczonych to oczywiście wszelki antyrosyjskie nastroje wokół rosyjskich granic są Białemu Domowi na rękę. A że CIA ma w tym obszarze ogromne doświadczenie i potrafi skutecznie kształtować takie nastroje, to dowiodła już wielokrotnie w przeszłości w różnych częściach świata, w tym i w Polsce. Jeżeli po lekturze „Zwycięstwo. Tajna historia świata lat osiemdziesiątych. CIA i <<Solidarność>>” P.Schweizera ktoś miał jeszcze wątpliwości co do agenturalnego charakteru NSZZ „Solidarność”, to powinien się ich ostatecznie wyzbyć po przeczytaniu najnowszego opracowania na ten temat: „A cover action. Reagan, the CIA and cold war struggle in Poland” S.G. Jonesa. Nie są zresztą Stany odkrywcze w takiej polityce. Starorzymska strategia „dziel i rządź”, skłócania „cywilizowanych” plemion afrykańskich czy amerykańskich, wykorzystywania lokalnych waśni dla własnych korzyści, była standardem również nowożytnych państw kolonialnych. Czy Polska nadal jest ślepym narzędziem Stanów Zjednoczonych w ich grze przeciwko Rosji? Polska nie jest formalnie kolonią USA, chociaż brutalna ingerencja ich nowego ambasadora w proces legislacyjny w Polsce, „zapraszanie” do konsultowania w ambasadzie projektów przyszłych ustaw „abyśmy mieli pewność, że przyniosą one wszystkim korzyść”, błaganie niemal polskiego prezydenta o stałe bazy wojskowe USA , przyznanie ponoć armii amerykańskiej prawa do swobodnego poruszania się po Polsce, wszystko to skłania do refleksji nad stopniem naszej realnej suwerenności.

Hasło Trumpa „America first!” nie jest – jak pokazuje każdy dzień – czczym zawołaniem. Znaczy ono dokładnie to, że liczą się tylko interesy Ameryki – tylko Ameryki, nikogo innego. Strategiczny sojusz z takim partnerem jest nazbyt ryzykowny, żeby nie powiedzieć nierozsądny. Polska płaci za niego nie tylko gospodarczym uzależnieniem się od USA, ale również pogorszeniem stosunków ze swoimi najbliższymi sąsiadami: z Unią Europejską i oczywiście z Rosją.

Przed nami ważne, przedwyborcze debaty o naszych sprawach wewnętrznych, ale też i o Unii Europejskiej i o polskiej polityce zagranicznej. Byłoby dobrze, aby wśród spraw, do których odnosić się będą ugrupowania polityczne była również sprawa perspektywy stosunków polsko – rosyjskich. Jeżeli tak się stanie, będzie to wielkim sukcesem Lecha Wałęsy.

Namiestnik Mosbacher

Suwerenność Polski to sztandar sztandarów PIS-owskiej propagandy. Całą swoją antyunijną retorykę, ostentacyjne nierespektowanie unijnego prawa i unijnych instytucji PiS oparł na misji obrony suwerenności Polski.

Tymczasem do Warszawy zjechał namiestnik obcego mocarstwa, hasa w najlepsze, i co? I nic.

Najwięcej uwagi media poświęcają zaangażowaniu się Pani Ambasador USA w Polsce w sprawę „wolności mediów”.
21 listopada b.r. ambasador Mosbacher podejmowana była w Sejmie. Przysłuchiwała się obradom, spotykała z Marszałkiem Kuchcińskim i wzięła udział w posiedzeniu Zespołu Parlamentarnego Polska – Stany Zjednoczone. Na posiedzeniu Zespołu ostrzegała polskich parlamentarzystów przed skutkami pisowskiego zamachu na wolne media. Chwała Pani ambasador za to, choć szkoda trochę, że dopiero ataki na tvn – stację amerykańską wyzwoliły takie pokłady energii amerykańskiej dyplomatki. Oryginalna, niespotykana i trudna do zaakceptowania jest natomiast forma tych działań. Połajanki posłów, listy interwencyjne wprost do premiera z pominięciem ministra spraw zagranicznych, arogancja – czegoś takiego w Polsce nie było w okresie minionych 28 lat.

Niestety to nie wszystko. Jak się okazuje Pani ambasador jest bojowniczką o interesy nie tylko medialnych korporacji amerykańskich w Polsce.

Podczas spotkania z posłami G. Mosbacher wyjawiła trzy cele, których realizację zlecił jej prezydent Trump. Są to:

–  bezpieczeństwo gospodarcze. Zapewnienie, że amerykańskie firmy są sprawiedliwe traktowane w Polsce. („sprawiedliwie” w logice Trumpa oznacza „w sposób uprzywilejowany” J.U.)

– bezpieczeństwo energetyczne po to, aby Polska mogła zdywersyfikować swoje źródła energii, żeby nie była uzależniona od Rosji (kupując gaz od USA J.U.)

– bezpieczeństwo wojskowe.

Zadania zostały sformułowane, więc Pani ambasador działa. Na swój szczególny sposób. Mówi publicznie wprost: „Jeżeli Polska buduje swoje bezpieczeństwo w oparciu o USA, to firmy amerykańskie muszą mieć w Polsce specjalne warunki”. Jak donosi „DoRzeczy” Pani ambasador jesienią tego roku wzywała do siebie „na rozmowy” osoby związane z polskim rządem, które zaangażowane były w pracę nad nowelizacją ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych i prawnych. Zdaniem tych osób „Pani ambasador zapraszała na spotkanie w sposób, który sprawiał wrażenie, że to bardziej polecenie służbowe.  Pani ambasador bardzo wyraźnie, otwartym tekstem zadeklarowała, że nie powinno być tak, że wszystkie podmioty funkcjonujące na polskim rynku płacą podatek w podobnej wysokości. Mówiła, że polski i europejski rynek jest trudny dla amerykańskich firm i oczekiwała, że wprowadzone zostaną rozwiązania zmniejszające wysokość obciążeń podatkowych dla firm pochodzących ze Stanów Zjednoczonych… Ambasador oczekiwała, że nowe przepisy w efekcie postawią amerykańskie podmioty w uprzywilejowanej pozycji wobec polskich firm.”

W innej wypowiedzi Ambasador Mosbacher wyraziła oczekiwanie, że będzie z wyprzedzeniem informowana o planach legislacyjnych polskiego rządu „by mieć pewność (podkr. JU), że zmiany legislacyjne są korzystne dla obu naszych krajów”.

Te brutalna ingerencje nie spowodowały nie tylko żadnego w Polsce trzęsienia ziemi, żadnego świętego oburzenia strażników polskiej suwerenności, ale żadnej wręcz refleksji. Dopiero sprawa tvn ich poruszyła .

Prawica podnosi natomiast larum z powodu obrony tvn przez ambasador Moserbach.  I być może będą domagać się jej odwołania. Nie powinni. Pani Mosbacher to prawdziwy skarb. Nie jest dyplomatą, ale przyjaciółką Prezydenta Stanów Zjednoczonych więc prawdopodobnie mówi po prostu jego głosem. Stosunek Mosbacher do Polski jest wierną kopią rzeczywistego stosunku do Polski Trumpa. Mając ją w Polsce możemy bezpośrednio wiedzieć co naprawdę myśli o naszym kraju prezydent USA.  Z dotychczasowych wypowiedzi i sposobów działania swojego nad Wisłą przedstawiciela sądzić można, że Trump traktuje Polskę jak każdy inny podbity kraj: z pogardą i bez sentymentów. Z jedynym celem, aby z tego kraju jak najwięcej wycisnąć. A jak zamiast Mosbacher przyjedzie nowy namiestnik, to będzie robił to samo co ona, tylko w rękawiczkach. Będziemy wówczas zadowoleni?

Póki co rząd polski ogłosił, że nie będzie żadnej jego reakcji na list Pani ambasador. Krótko mówiąc rząd udaje, że pada deszcz. Tylko niech PiS więcej nie fanzoli o suwerenności Polski.

Referendum? TAK!

Prezydent Duda łapie się prawą ręką z lewe ucho, aby swoją pozycję polityczną w kraju umocnić inicjując jakieś referendum. Publicznie komponuje mniej lub bardziej kompromitujące go pytania, którymi nękać zamierza współobywateli. Jest jednak kwestia, która moim zdaniem bezwzględnie powinna zostać poddana decyzji Polaków. To sprawa decyzji o zaproszeniu wojsk obcego państwa do STAŁEJ obecności w Polsce.

Stała obecność obcych wojsk w Polsce to poważna sprawa – bodajże najpoważniejsza z tych, które w praktyce, nie w pięknych słownych deklaracjach, determinują naszą suwerenność i niezależność. Szczególnie pomni najnowszej historii naszego kraju powinniśmy kwestii stałych baz obcych wojsk poświęcić maksymalnie dużo uwagi.

Zabiegi Sikorskiego, Komorowskiego, a obecnie Dudy i Kaczyńskiego o to, by „spełniło się marzenie Polaków, aby amerykański żołnierz postawił swój but na polskiej ziemi” muszą zostać skonfrontowane z rzeczywistą wolą suwerena.

Jest w tej sprawie kilka ważnych aspektów. Po pierwsze czy rzeczywiście amerykańskie wojska w Polsce zwiększą czy zmniejszą bezpieczeństwo kraju? USA zawsze kierowały się wyłącznie własnym interesem. Oczekiwanie, że przedłożą go nad interes Polski w momencie rzeczywistego zagrożenia jest ułudą o wiele większą od tej, która kazała nam oczekiwać pomocy wielkiej Brytanii i Francji we wrześniu 1939 r.  Czy kontyngent wojsk amerykańskich obroni Polskę w przypadku agresji ze wschodu, czy też ma być elementem odstraszania tylko? Czy nie jest przypadkiem tak, że ściągając obce wojska przygotowujemy się tak naprawdę do wojny, która już się zakończyła? Wszystko wskazuje na to, że współczesny konflikt rozegra się w zupełnie innej przestrzeni niż II Wojna Światowa – w cyberprzestrzeni mianowicie.

Po drugie, czy zainstalowanie stałych amerykańskich baz u granicy z POTENCJALNYM agresorem wzmacnia, czy osłabia poziom napięcia na kontynencie? To pytanie raczej retoryczne. Skutkiem takiej decyzji będą najpewniej stosowne decyzje w rosyjskich sztabach.  Rosyjscy jastrzębie mogą tylko zacierać ręce i programować nowe cele na polskiej ziemi dla swoich rakiet. Ale generowanie coraz to nowych konfliktów na granicy Unia Europejska – Rosja jest – jak uczy historia – stałym elementem amerykańskiej doktryny. Czy więc ustanowienie amerykańskich baz wojskowych  to realizacja polskiego interesu, czy strategicznych interesów USA politycznym i finansowym kosztem Polski?

A może jest tak, że Polacy nie życzą sobie eskalacji napięć w Europie, eskalacji, której front przebiega przez Polskę?

I wreszcie ostatnia, najważniejsza sprawa: kwestia politycznej odpowiedzialności. Decyzja o utracie znacznej części naszej suwerenności – a taką będzie niewątpliwie stała obecność obcych wojsk na polskiej ziemi, nie może zostać podjęta przez ŻADNE ugrupowanie polityczne.  To sprawa zbyt kardynalna, doniosła w sensie historycznym. Tym bardziej w przypadku PiS, które w wyborach poparło niespełna 19% uprawnionych do głosowania, nie ma prawa do podejmowania takiej decyzji. Dlatego więc, również po to, aby w przyszłości nie przerzucać się odpowiedzialnością za te decyzje, w tej kwestii powinien wypowiedzieć się Naród. I żadne medialne sondaże nie zastąpią tu powszechnego referendum. Dlatego Prezydencie Duda: referendum – tak, ale z jednym pytaniem: „Czy jesteś za stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce”.

 

Kto nas „broni”?

Jakie wojska stacjonują w Polsce? Tego nie wie nikt. Minister Macierewicz, jego podwładny Prezydent Duda,  mówią jednym tchem o „wojskach NATO i USA”. Ale USA są przecież członkiem NATO. Skąd więc to rozróżnienie? Które z wojsk stacjonujących w Polsce są natowskie i podlegają dowództwu NATO, a które amerykańskie, podlegające rozkazom Waszyngtonu? Zasadnicze pytanie, z punktu widzenia bezpieczeństwa naszego kraju, zwłaszcza po niejasnych wypowiedziach nowego Prezydenta USA na temat NATO, to to czyich interesów bronią te wojska? Jak USA potrafią bronić swoich interesów kosztem innych państwa, na przykład Szwecji pokazał emitowany niedawno na platformie PLANETEPLUS niemiecki film z 2015r. „Tajna wojna Reagana”. Wszystkie relacje medialne pokazują ostentacyjne przejazdy kolumn wojskowych przez Niemcy do Polski ale pod flagami Stanów Zjednoczonych. Prezydent Duda witając oficjalnie „obrońców” występuje na tle szpaleru flag Polski i USA. Ani jednej flagi NATO. Dla przypomnienia, gdyby ktoś zapomniał, wygląda ona tak:

Trumpizm

Nie sposób nie odnieść się do najnowszych wieści zza Wielkiej Wody. Skoro wszyscy o tym piszą, to mogę i ja – skrzyżowanie istoty gorszego sortu, ubeko-podobnej z noszącej znamiona osoby specjalnej troski. Tak na marginesie, przy tej skandalicznej, podłej łódzkiej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, odzywka jego wielkiego brata – Lecha: „Spieprzaj dziadu!” jest szczytem Wersalu.

Wybór Trumpa na prezydenta USA budzi emocje. Wielu odczytuje to wydarzenie jako signum temporis, koniec jakiejś epoki, koniec Zachodu (prof. Kuźniar) etc. Być może tak będzie – nic nie jest wieczne i cywilizacja Euro-atlantycka też zawalić się może pod własnym ciężarem jak wszystkie cywilizacje do tej pory. Ale czy Trump jest tą cegiełką, która uruchomi lawinę? Wątpię. Wybór Trumpa pierwszym obywatelem USA stworzy problemy przede wszystkim dla samych Stanów Zjednoczonych. USA – ten niedościgły wzór demokracji – wybrały sobie na przywódcę osobę, która uzyskała wyraź nie mniejsze poparcie społeczne niż kontrkandydat(ka). A to w zderzeniu z kontrowersyjnymi hasłami nowego prezydenta musi prowokować poważną dyskusję w Stanach o ichniej demokracji. Tym bardziej, że Trump z jednej strony usiłując wzbudzać nacjonalistyczne nastroje amerykańskie z drugiej odziera Stany Zjednoczone z ich dotychczasowej, wyjątkowej misji we współczesnym świecie, zapowiadając sprowadzenie tego mocarstwa do szeregu „normalnych” państwa narodowych. Jestem przekonany, że wkrótce Stany staną się areną wielu ciekawych wydarzeń.

Z reakcji europejskich najbardziej ubawiła mnie reakcja prezydenta Węgier, który nie kryjąc już swojej antyunijności ogłosił co następuje:  „Otrzymaliśmy z najwyższego miejsca na świecie pozwolenie, byśmy także my mogli stawiać samych siebie na pierwszym miejscu. To wielka sprawa, wielka wolność i wielki prezent„. Prezydent Orban otrzymał więc pozwolenie i swoim wasalizmem i wazeliniarstwem uzasadnia swoje dążenia do wolności! Świat staje na głowie.

Bardzo jestem ciekawy wpływu amerykańskich wyborów na postawy społeczeństw Unii Europejskiej. Życzyć sobie należy, aby trumpizm wzmocnił integracyjne tendencje w europejskich społeczeństwach. Osłabienie Unii niewątpliwie  będzie na rękę Stanom, Chinom, Rosji i Turcji. Trzeba mieć świadomość, że za Europą nikt w świecie płakać nie będzie. Rozluźnienie unijnych więzi uczyni ponadto państwa członkowskie praktycznie bezbronnymi wobec naporu uchodźców ze świata arabskiego, naporu sprowokowanego nota bene amerykańską polityką międzynarodową.  Nie można wykluczyć i takiego scenariusza, że Polska wraz z Węgrami i być może niektórymi innymi państwami Europy środkowo-wschodniej wystawiona zostanie poza właściwą, mniejszą, ale bardziej zintegrowaną Unią. Będzie to dramatem narodowym o historycznym wymiarze.

W tej sytuacji polska lewica powinna moim zdaniem szybko odnieść się do tej kwestii formułując bardzo wyraźne stanowisko, opowiadając się jednoznacznie za dalszą polityczną, gospodarczą, społeczną i fiskalną integracją Unii. Być może dla niektórych Prezydent Orban jest bratankiem i do szabli i do szklanki, ale ani węgierska szabla ani polska szklanka nie zapewnią warunków dla stabilnego, bezpiecznego rozwoju kraju. A mocna, zintegrowana Unia tak.

Yankee go home!

– i to jak najprędzej.

Przed laty ówczesny minister obrony narodowej, Radosław Sikorski publicznie deklarował, że „marzeniem Polaków jest, aby żołnierz amerykański postawił but na polskiej ziemi”. Wypowiadanie się w imieniu całego polskiego narodu jest jakąś genetyczną wadą polskich polityków – niezależnie od ich proweniencji. Tak naprawdę to ta wada, której rewersem jest pogarda dla myślących inaczej niż władza, zawsze leżała u podstaw naszych narodowych klęsk.

Ale powróćmy do Amerykanów. Stało się. Amerykańscy pancerni kawalerzyści, występujący jako NATO-wskie wojska sojusznicze, przybyły do naszego kraju na – jak się to za granicą podkreśla – wyraźne życzenie Polski. (Skąd my znamy ten schemat?). Oficjalne komunikaty mówią,  że celem tej historycznej (JU) operacji militarnej jest „odstraszanie” i „zapewnienie bezpieczeństwa” w dobie „wzrostu zagrożenia”. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że żaden z tych celów nie jest ani prawdziwy, ani realny.

Dożyliśmy czasów, w których politycy świadomie porzucili prawdę jako główną swoją podporę w działalności publicznej na rzecz tzw. postprawdy, czyli faktów medialnych, które z rzeczywistością niewiele mają wspólnego, a których jedynym celem jest odpowiednie kształtowanie opinii publicznej. Oddzielanie ziarna od plew w świecie postprawdy jest niezmiernie trudne. Oto najświeższy przykład. Międzynarodowa społeczność epatowana jest od jakiegoś czasu doniesieniami o wpływie rosyjskich hakerów na wynik wyborów prezydenckich w USA. Dowody ponoć są, ale utajnione. Tymczasem nowy prezydent podważa tą tezę. Komu wierzyć?

Myślę, że jedynym sposobem, aby w oszukańczym świecie postprawdy móc choćby zorientować się w prawdziwym charakterze i kierunkach zachodzących procesów politycznych i gospodarczych należy uciec się do metody patrzenia na te procesy z lotu ptaka.  Oto trzy próby.

Spojrzenie pierwsze. Prezydent Reagan ogłaszając antykomunistyczną krucjatę, „ochrzcił” ZSRR mianem imperium zła. Taka dekretacja rodem z komiksów sf miała uzasadniać między innymi głęboką ingerencję amerykańskich służb specjalnych w procesy społeczno-polityczne zachodzące między innymi w Polsce. ZSRR już nie ma, komunizm, a z nim i socjalizm, zeszły z większości scen politycznych Europy. Ale Rosja nadal kreowana jest przez następców Reagana na „imperium zła”. Dlaczego? Widocznie kwestie ideologiczne nie były tymi najważniejszymi przesłankami lokującymi amerykańskie wyobrażenie o „imperium zła” gdzieś między Bugiem a Kamczatką. W grę wchodzić mogą dwie, uzupełniające się okoliczności. Pierwsza, to konieczność eskalowania zagrożenia,  gdyż takie eskalacje zawsze okazywały się w przeszłości skuteczne w zasilaniu amerykańskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego pieniędzmi podatników. Drugą okolicznością (uwaga – spekulacja!) mogą być super strategiczne cele amerykańskiej polityki ukierunkowanej na realne zawładnięcie terytorium i ogromnymi złożami naturalnych surowców Rosji. Patrząc na mapę świata nie sposób oprzeć się konstatacji, że właśnie tereny Rosji są właściwie jedynymi większymi, nie opanowanymi jeszcze przez amerykański (międzynarodowy) kapitał. Przywódcy rosyjscy, niezależnie od ustroju, którzy sprzyjali temu celowi byli wszak przez Waszyngton hołubieni, a ci, którzy nie chcieli dopuścić do utarty kontroli Rosji nad swoimi bogactwami naturalnymi – piętnowani oraz obrzucani najróżnorodniejszymi inwektywami.

Spojrzenie drugie. Od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone, w imię dawania odporu ruchom komunistycznym i socjalistycznym, zaczęły rozmieszczać w świecie swoje bazy wojskowe. Podobnie czynił ZSRR, przez co osiągnięto względną równowagę. Warto jednak spojrzeć z lotu ptaka właśnie na zmiany jakie w ostatnich dziesięcioleciach zaszły w dyslokacji amerykańskich baz wojskowych (jedyna rosyjska jest w Syrii). Proces ma jeden kierunek: jak najbliżej granic z Rosją. Z chwilą przybycia brygady pancernej USA do Polski, Litwy i Łotwy wojska amerykańskie staną przy rosyjskiej granicy. Dlatego tę operację militarną nazywam historyczną.

Spojrzenie trzecie. Od zakończenia II wojny światowej Stany Zjednoczone wysyłały swoich dzielnych chłopaków na ponad 70 misji zbrojnych na całym niemal świecie. Jakie były finalne efekty tych misji? Literatura jest bogata, w skrócie:  żadna z nich nie rozwiązała żadnego nieamerykańskiego problemu. Za to powszechnie obwinia się USA ojcostwem współczesnego światowego terroryzmu.

Eskalowanie poczucia zagrożenia „Zachodu” przez Rosję za pomocą postprawdy jest niebezpieczne z dwóch co najmniej powodów. Po pierwsze jest na rękę rosyjskim jastrzębiom, których też nie brak, i którzy w istocie niewiele różnią się od swoich amerykańskich kolegów. Im też zależy na procencie PKB kierowanym do kompleksu wojskowo-przemysłowego. W ten sposób realne napięcie,  a z nim i zagrożenie dla spokojnego życia obywateli rośnie a nie maleje. Po drugie filozofia taka spycha na dalsze plany rozpoznawanie realnych zagrożeń jakie dla ludzi niesie dzień dzisiejszy i jutrzejszy. Spycha na dalsze plany i rzecz jasna ogranicza finansowanie badań w tych kierunkach.

Dlatego, jeśli nawet przyjąć za dobrą monetę deklaracje, że postawienie buta amerykańskiego żołnierza na polskiej ziemi uzasadnione jest „wzrostem zagrożenia”, to od polityków wszelkiej maści i na całym świecie oczekiwać i wymagać musimy, aby ten stan zagrożenia jak najszybciej zlikwidować metodami politycznymi, bynajmniej nie militarnymi. W przeciwnym razie wyobraźni nie starczy dla uwspółcześnienia uniwersalnej myśli Marii Konopnickiej: „A najmężniej biją króle, a najgęściej giną chłopy”.

Im więc krócej amerykanie będą w naszym kraju – tym lepiej. Dlatego już teraz warto przygotowywać transparenty: „Yankee go home!”.