Europa głupieje

29 października b.r. Zgromadzenie Generalne Organizacji Narodów Zjednoczonych procedowało rezolucję w sprawie przeciwdziałania faszyzmowi, nazizmowi, ksenofobii i innym formom nietolerancji. Rezolucję taka przyjmuje ONZ corocznie i jak dotąd odbywało się to bez większych zgrzytów. Przykładowo, w ubiegłym roku przeciw takiej rezolucji były Stany Zjednoczone i Ukraina. USA tłumaczą się tym, że któraś tam poprawka do konstytucji uniemożliwia temu krajowi podpisywania się pod takimi rezolucjami o międzynarodowym charakterze.  W tym roku było inaczej. Propozycję kuriozalnej poprawki do standardowego tekstu wniosła Australia. ONZ piętnuje w niej Rosję, która jakoby dzięki tej rezolucji usiłuje sankcjonować swoją agresję na Ukrainę. Na marginesie: zjawiska neofaszyzmu i nacjonalizmu na Ukrainie nie doczekały się rzetelnej, głębokiej analizy przez polskich obserwatorów, a media zdawały się omijać ten problem szerokim łukiem.

Poprawkę przyjęto zwykłą większością głosów: 63 głosy za, 23 przeciw i 65 wstrzymujących. Pomimo przyjęcia poprawki Stany Zjednoczone usiłowały wprost na sali plenarnej wpływać na delegatów, aby końcową rezolucję ONZ odrzucić. Pomimo ich starań rezolucja, za którą głosowała również Rosja, została przyjęta: 105 głosów za, 52 przeciw i 15 wstrzymujących. Wśród 52 krajów głosujących przeciw aż 33 były krajami europejskimi. Kraje, które chwile przedtem forsowały australijską poprawkę głosowały przeciwko końcowej rezolucji, która ta poprawkę zawierała. To głosowanie było znamienne: jest niezbitym dowodem pęknięcie świata na tzw. złoty miliard i resztę. Interesy złotego miliarda okazują się przy tym ważniejsze od takich celów jak te, o których od dziesięcioleci walczy między innymi ONZ. W ten sposób Polska po raz pierwszy w historii głosowała przeciwko rezolucji ONZ wzywającej do zwalczania faszyzmu, nazizmu, ksenofobii, rasizmu i innych rodzajów dyskryminacji. Europa zapala zielone światło wszelkiej maści nacjonalistom i neofaszystom. Europa, część świata najbardziej historycznie doświadczona przez faszyzm głupieje.

Zawiedzione nadzieje

Jeszcze parę miesięcy temu wielu Polaków (wśród nich i ja) wychodziło na ulice aby protestować przeciwko zakusom PiS likwidacji telewizyjnego kanału TVN 24. Cała Polska pełna była haseł w obronie wolnych, niezależnych mediów. TVN 24 ocalał, ale dzisiaj zadają sobie pytanie: po co?

Społeczeństwo obywatelskie potrzebuje wolnych, niezależnych mediów jak tlenu. Bez wiarygodnej, obiektywnej informacji niemożliwe jest nie tylko korzystanie z wolności obywatelskich, ale również świadome wypełnianie obywatelskich obowiązków. Wolne, obiektywne media szczególnie potrzebne są społeczeństwu w chwilach ważnych, w historycznych momentach, które być może decydują o przyszłości państwa i narodu. Wszyscy mamy świadomość, że właśnie w takim momencie się znaleźliśmy. Dwóch sąsiadów Polski toczy ze sobą wojnę. Nie dyplomatyczną, nie cybernetyczną, ale jak najbardziej realną. Ostrzeliwania artyleryjskie, sabotaże, bezpośrednie starcia żołnierzy, cierpienia i exodus cywilów. Leje się krew.

Właśnie w takiej sytuacji, jak nigdy, Polakom potrzebna jest rzetelna informacja o istocie, przyczynach i przebiegu tego konfliktu zbrojnego. Wydawać by się mogło, że kto jak kto, ale właśnie TVN24 stanie na wysokości zadania, czyli stanie na głowie, aby takie informacje nam dostarczać. Stało się inaczej. TVN ochoczo i co gorsza bezkrytycznie przyjął rolę tuby propagandowej waszyngtońskiej administracji. Informacje o przyczynach konfliktu, o stanowisku i planach Rosji, a nawet o tym, o czym myśli Prezydent tego kraju dowiadujemy się z przekazów z Waszyngtonu. Przekazów – dodać należy – przedziwnych. Wielokrotne zapewnienia CIA o nieuchronnym ataku Rosji na Kijów, nawet z podaniem precyzyjnych dat, ostentacyjne ewakuowanie ambasad i obywateli z Ukrainy lały się z TVN szerokim strumieniem. Dla równoczesnych wypowiedzi ukraińskiego ministra obrony, że Ukraina nie notuje żadnych ruchów wojsk rosyjskich, które świadczyć by miały o agresji czasu antenowego zabrakło. Zabrakło też poważnych komentarzy o widocznej rozbieżności w podejściu do kwestii konfliktu pomiędzy USA i największymi państwami europejskimi a nawet samą Unią Europejską. Dzisiaj również kilkadziesiąt razy dziennie atakowani jesteśmy informacją CIA, że „Rosja gotowa jest zaatakować w każdej chwili”. Obfity strumień przekazu serwowany przez TVN nie ma na celu dostarczanie rzetelnych, obiektywnych informacji o konflikcie. Jego głównym celem jest kształtowanie wysoce negatywnego obrazu Rosji a prezydenta Putina w szczególności.

Największe pretensja mam jednak do TVN- tego do niedawna symbolu mediów obiektywnych, niezależnych o to, że nie zrobiła nic, aby zaprezentować polskiej opinii publicznej stanowiska Rosji i Ukrainy z pierwszej niejako ręki. Przecież mamy w Polsce dyplomatyczne przedstawicielstwa tych krajów. Nie spotkałem na platformie TVN żadnej informacji, że przykładowo, ambasador Rosji odmówił spotkania przed kamerami z niezależnym dziennikarzami na ten temat . W przekazach nam serwowanych obowiązuje jeden sznyt, reaganowski zresztą, tym razem autoryzowanym przez Bidena: Rosja to imperium zła, a więc wszystkie chwyty, metody są dozwolone, usprawiedliwione i a priori rozgrzeszone.

W obwodach Ługańskim i Donieckim leje się krew. Strony wzajemnie oskarżają się o naruszenie rozejmu. Niektóre stacje telewizyjne docierają tam starając się przekazać swoim odbiorcom informacje z pierwszej ręki. Nie ma wśród nich ekip z TVN 24, a nie każdy w Polsce odbiera telewizję arabską, która znalazła się pod obstrzałem, nie każdy też sięga do Reutera, który donosi o ostrzałach z terytorium Ukrainy. Z wielkim rozczarowaniem odnotować trzeba to, że TVN nie wytrzymała próby czasu, że okazała się stronniczym nieobiektywnym narzędziem propagandowym.

Czyżby wszyscy doświadczyli jakiegoś zjawiska zbiorowej amnezji? Czyżbyśmy zapomnieli już wielkie amerykańskie oszustwo w sprawie Iraku, kiedy to amerykański sekretarz stanu objeżdżał stolice świata (w tym i Warszawę) i zapewniał o absolutnie pewnych ustaleniach CIA w sprawie broni masowego rażenia, którą jakoby miał dysponować Saddam Husajn?  A przecież to cyniczne kłamstwo stało się podstawą dla wielu rządów, głów wielu państw do podjęcia się współuczestnictwa w tej karnej ekspedycji, która narodowi irackiemu przyniosła cywilizacyjną tragedię. Wstyd mi było słuchać polskiego prezydenta, kiedy swego czasu przed kamerami wyznał: „W sprawie broni masowego rażenia Husajna sekretarz stanu USA mnie okłamał”. Nie tylko Kwaśniewskiego. Podobne publiczne wyznanie uczyniła Toni Blair – premier Wielkie Brytanii.  USA okłamywały nie tylko głowy państwa. Amerykańska machina propagandowa starała się ukształtować w podobny sposób opinię publiczną, aby decyzja o współudziale w operacji irackiej była dla rządów łatwiejsza. Zapomnieliśmy?

Amerykańskie kłamstwo irackie nie było pierwszym. W 2015 r. niemiecki dziennikarz opublikował dokument „Tajna wojna Reagana” („Operation Täuschung -Die Methode Reagan”, https://www.youtube.com/watch?v=rc0jThe2F4Q), w której opisał kulisy i przebieg olbrzymiej operacji amerykańskiej w Szwecji w latach zimnej wojny. W tym okresie opinia publiczna Szwecji w zdecydowanej większości opowiadała się za porozumieniem Szwecji z ZSRR w sprawach bezpieczeństwa. USA zdecydowały się zmienić wektor tej opinii o 180 stopni dokonując inscenizacji aktywności radzieckich okrętów podwodnych u szwedzkich wybrzeży kreując i eskalując poczucie zagrożenia szwedzkiego społeczeństwa. Dwuletnia kampania kłamstwa przyniosła sukces. Ważne jest to dzisiaj o tyle, że przeprowadzenie tej operacji powierzono utworzonej przez Reagana specjalnej Komisji d.s. Dezinformacji, której zadaniem było organizowanie propagandowych działań przeciwko ZSRR. Trudno zakładać, że komisja ta została zlikwidowana. Zapewne nie tylko działa nadal, ale korzystając z dobrodziejstw postępu informatycznego rozwija skrzydła.

USA nie można wierzyć – taka nauka wypływa z historii. A TVN?  No cóż: smutne, ale król jak zwykle okazał się nagi. O innych, publicznych „przekaziorach” wspominać się nawet nie godzi, gdyż wygląda na to, że tam słowa” rzetelność”, „obiektywizm” są po prostu zakazane.

Europa wita amerykańskich komisarzy!

Jak podała agencja Reuters do Europy przybędzie delegacja amerykańska, której zadaniem ma być koordynowanie sankcji przeciwko Rosji. Jak podaje PAP: „o amerykańską interwencję zwracały się niektóre państwa Unii, w tym Polska”. Według Reuters „delegacja” ma odwiedzić Niemcy, Wielką Brytanię, Francję oraz Belgię. Polskę nie.

Albo jest to rzeczywiście inicjatywa Polski, która usiłuje szczuć Stanami Zjednoczonymi te europejskie kraje, które niezbyt ochoczo zdaniem Nowogrodzkiej podchodzą do kwestii amerykańskich sankcji przeciwko Rosji, albo, co wydaje się bardziej prawdopodobne, Polska inicjatywa inspirowana jest przez Waszyngton, który szuka pretekstu, aby przyjść z bratnią pomocą błądzącym rządom europejskim. Tak czy inaczej postawa Polski haniebna.

Stając na palcach

Chcąc dostrzec więcej niż przesłania nam szara codzienność wspinamy się na szczyty, na jakiś dach wysokiego budynku, lub ostatecznie na drabinę. Ale czasami, aby zobaczyć to co ciekawe i co ważne wystarczy ledwie wspiąć się na palce. Byle spoglądać we właściwą stronę. Takie wspięcie się na palcach pozwala na przykład odpowiedzieć na pytanie jakie to surowce są obecnie najbardziej poszukiwanymi, pożądanymi, niezbędnymi do dalszego rozwoju. Okazuje się, że nie są  nimi złoto, ropa, gaz, czy nawet uran. Są nimi informatyczne bazy danych – bazy bardzo specyficzne.

Jeżeli przyjrzeć się temu, jakiego rodzaju przedsiębiorstwa są dzisiaj wiodącymi na rynku zarówno pod względem tempa rozwoju jak i zakumulowanego kapitału to są nimi bezsprzecznie firmy działające w obszarze internetowym jak Facebook, Google, Allegro i wiele innych. Co je napędza? Ropa? Gaz? Złoto?  Nie, paliwo ich rozwoju jest zupełnie nowe, nie tylko nieznane „staroświeckim” przedsiębiorcom, ale również mające tą cechę, że zdaje się być tanie, a przy tym niewyczerpane. Tym paliwem jest nasza prywatość, są wszelkie informacje, ślady, które pozostawiamy w sieci kupując coś na Allegro, czy bilet do kina, lajkując jakiś przekaz internetowy lub umawiając wizytę u lekarza. Wszystkie te dane są gromadzone i są przedmiotem „wtórnego obrotu”. To na ich podstawie opracowywane są strategie marketingowe, one służą mikrotargetowaniu, przewidywaniu zachowań pojedynczego człowieka i całych grup społecznych, one wreszcie są podstawowymi bazami danych dla uczących się algorytmów Sztucznej Inteligencji. Afera Cambridge Analytica, która SI działającą w oparciu o bazy Facebooka wykorzystała do manipulacji wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych oraz przy referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej to tylko drobny przedsmak możliwości SI. Od czasu wyboru Trumpa minęły już 4 lata – cała epoka w doskonaleniu algorytmów.

Do powszechnej świadomości powoli, ale jednak docierają problemy przyszłości człowieka wspołistniejącego ze wszechogarniającą go Sztuczną Inteligencją. Chociaż po prawdzie, a zwłaszcza po historycznym zwycięstwie 5:1 programu AlphaGo z człowiekiem, niedoścignionym mistrzem świata w Go w 2016r, niektórzy zaniechali przymiotnika „sztucznym” mówiąc o inteligencji „innej”.

Oczywiście prym wodzą w tej dyskusji – i trudno się dziwić – politycy. Wszak mowa o naszej przyszłości. Ale ponad wywodami polityków warto zerknąć na opinie ekspertów, fachowców, autorytetów w tej dziedzinie, dalekich od polityki.

Takim ekspertem niewątpliwie jest Kai-Fu-Lee, Tajwańczyk, wykształcony w USA naukowiec w dziedzinie zastosowania sztucznej inteligencji, pisarz, publicysta, a co najważniejsze niegdyś szef chińskiego Google, a obecnie szef jednego z największych w Chinach (a więc pewnie i na całym świecie) konsorcjum zajmującego się produkcją robotów wykorzystujących algorytmy SI. Wiarygodności tego dżentelmena upatruję i w tym, że stać go było na zmianę swoich poglądów: od naukowca uzasadniającego tezę o braku zagrożenia SI dla pracy ludzkiej do surowego recenzenta korzyści i zagrożeń, jakie rewolucja cybernetyczna może sprowadzić na człowieka.

Oczywistością jest dla niego nieuchronność tej rewolucji jak i to, że nie jesteśmy dzisiaj w stanie wyobrazić sobie choćby tylko najważniejszych jej zastosowań. Wiadomo tylko, że odmieni ona życie każdego człowieka. W wypowiedzi w filmie „In the Age of AI” Kai-Fu-Lee przekazał swoje opinie dotyczące przyszłości. Są one wiele mówiące.

I tak jest on przekonany, że rewolucja SI doprowadzi do tego, że bogaci będą jeszcze bardziej bogaci, a biedni jeszcze bardziej zbiednieją. To warta najwyższej uwagi konstatacja człowieka, który w tworzeniu i implementacji SI na skalę przemysłową tkwi po uszy. Ale jest jeszcze coś. Kai-Fu-Lee nie ma złudzeń, że to właśnie Chiny wygrają wyścig ze Stanami Zjednoczonymi o prymat w dziedzinie zastosowań SI. „Dzisiaj Stany przodują trochę w technologii, ale my ich już doganiamy. A w zastosowaniach Chiny są już dzisiaj dużo lepsze gdyż mają lepsze warunki rozwoju zastosowań SI” (większa populacja, dużo większe bazy danych – kluczowe dla efektywności Sztucznej Inteligencji). W 2030 r. przegonimy Amerykę – twierdzi Kai-Fu-Lee. Czyli już za 10  lat Chiny będą cybernetycznym numerem 1 na świecie. Jest to zgodne z celami, jaki dla Chin nakreśliła Komunistyczna Partia Chin.

Kai-Fu-Lee idzie dalej. W przyszłości świat podzielony będzie na dwa obszary technologiczne: Chiny i USA – twierdzi. To mówi nie polityk, ale naukowiec, inżynier i biznesmen, guru w sprawach sztucznej inteligencji. Warto zatrzymać się nad tą wizją. Podział na obszary technologiczne przełoży się zapewne na podziały geo-polityczne. Czyżby więc rewolucja SI powadziła do nowego ładu światowego? Ale z naszego punktu widzenia ważne jest nie tylko co w tej wizji jest,  ale również to, czego w niej nie ma. A nie ma w niej ani Unii  Europejskiej, ani Rosji. Przypadek?

Problem polega na tym, że w obecnej dobie ostoją tzw. wartości europejskich jest sama Europa. Z pewnością nie Azja i z pewnością nie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, które, zwłaszcza pod rządami Trumpa ostro skręcają w stronę izolacjonizmu i narodowego egoizmu. O kryzysie  demokracji w tym kraju nie wspominając.

Unia Europejska nie potrafiła nawet stanąć do konkurencji w dziedzinie rozwoju i implementacji SI. Zajęta własnymi sprawami wewnętrznymi, pozbawiona efektywnych procedur podejmowania decyzji strategicznych, z silnymi tendencjami odśrodkowymi poddała pole rozwoju technologii informatycznych prawie bez walki. Komu Europa przypadnie w łupie, jaki byk ją posiądzie – chiński czy amerykański? Dla jednego i drugiego Europa będzie smakowitym kąskiem. Nie tylko z racji swojego tradycyjnego bogactwa. Rywalizacja o Europę to rywalizacja o „surowce” dla rozwoju SI strategiczne jakimi są wszelkie informatyczne bazy danych. Ta rywalizacja już trwa, choćby w obszarze rozwoju sieci 5G czy projektu Nowego Szlaku Jedwabnego.

Czy oznacza to, że w dłuższej perspektywie Europa jest bez szans? Wygląda na to, że niestety tak. Chociaż byłaby może jedna szansa, ale jest to szansa czysto teoretyczna, z gatunku political fiction. Tą szansą mogła by  być unia polityczno-gospodarcza Unii z Rosją. Rosja bowiem też staje przed historycznym wyzwaniem. Sama jest za słaba by wejść do gry. Geo-politycznie blisko jej do Chin. Kulturowo natomiast niewątpliwie jest jej bliżej do Unii Europejskiej. Wszak zarówno Unia Europejska jak i Rosja mają te same fundamenty kulturowe: greckie, rzymski, czy w końcu wspólną kulturę świata chrześcijańskiego.

Ale to jest myślenie dobro-życzeniowe. Zbyt wiele wysiłków i pieniędzy włożyły w minionych dekadach Stany Zjednoczone Ameryki Północnej w wykopywanie rowów pomiędzy Unią Europejską  a Rosją aby można je było teraz łatwo zasypać.  Jednym z takich głębokich rowów jest między innymi Polska, w której idea izolacji Rosji od Europy spotkała się z entuzjazmem rusofobicznej części polskiej elity politycznej.  Ale też i mężów stanu, zdolnych do stawienia czoła temu wyzwaniu póki co brak po obu stronach. Tak więc skazani jesteśmy na Jankesów. Nie mam przy tym złudzeń: wygłodniała Ameryka, w której standardy życia lecą dziś na maseczkę potraktuje Europę dokładnie tak, jak wygłodniali europejscy konkwistadorzy potraktowali zupełnie niedawno Amerykę. Oczywiście przy założeniu, że prognozy Kai-Fu-Lee się zmaterializują.

 

 

Na Białorusi gorąco

Na Białorusi gorąco. Zwłaszcza w stolicy, Mińsku, gdyż brak jest, póki co informacji o demonstracjach w innych miastach.  Jest rzeczą niezwykle ciekawą, na ile demonstracje te są wynikiem autentycznego wzrostu niezadowolenia społeczeństwa ukraińskiego z rządów Łukaszenki, a na ile są efektem zewnętrznego wsparcia dla białoruskiej opozycji, wsparcia głównie ze strony USA i ich sojuszników. Czas pokaże – mam nadzieję. Póki co polskie media i polskie służby zagraniczne prześcigają się w podsycaniu napięcia u naszego wschodniego sąsiada. Tak, czy inaczej jest to zgodne z amerykańską doktryną wzmacniania niepokojów w Unii Europejskiej i na jej granicach, aby w ten sposób dalej osłabiać zjednoczoną Europę.

Powiem wprost: zachowanie się polskiego rządu w sprawie wyborów prezydenckich na Białorusi, a zwłaszcza wobec mińskich demonstracji budzi we mnie niesmak i  zażenowanie. Polska a la PiS – nauczycielem demokracji? Polska a la PiS – obrońcą wartości europejskich? To kpina PiS z całej Unii Europejskiej.

Zdarzyło się, że w 1995 r. byłem w składzie Grupy Obserwatorów Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy podczas wyborów parlamentarnych na Białorusi. Zostaliśmy zaproszeni przez Białoruski parlament, w którym funkcjonowała jeszcze opozycja wobec prezydenta Łukaszenki. Po tygodniu badaniach sytuacji przedwyborczej na miejscu, po bezpośredniej obserwacji wyborów w lokalach w całym niemal kraju, wydaliśmy jednoznaczną opinię: wybory na Białorusi nie spełniały standardów demokratycznych. Europa i świat żyją więc od ponad ćwierćwiecza w pełnej świadomości tego, że ustrój naszego wschodniego sąsiada daleki jest tego, co demokracją nazywa się w zachodniej Europie. W zachodniej – bo nie nad Wisłą!

Jeszcze stosunkowo niedawno władze PiS umizgiwały się do Łukaszenki. Nawet sam marszałek Karczewski, po swojej wizycie w Mińsku opowiadał w telewizji o tym jaki „fajny chłop jest z tego Łukaszenki”. Dzisiaj Polska buńczucznie wydaje oświadczenia, wzywa Europę do działania, tupie nogami i krzyczy. Nieco pokory!

Czy sytuacja w Polsce różni się od tej na Białorusi? Po pierwsze czym się nie różni. Zarówno w Polsce ostanie wybory prezydenckie jak i te  u wschodniego sąsiada (z wielkim prawdopodobieństwem) nie były demokratyczne. Świadomość niedemokratyczności wyborów w Polsce jest powszechna, wielokrotnie publicznie uzasadniana przez najwyższe autorytety prawne. Podstawowa różnica pomiędzy nami jest natomiast  taka, że Białorusini, którzy nie są zadowoleni z wyników wyborów, którzy zarzucają ich fałszerstwo wyszli na ulicę Mińska gotowi zetrzeć się z siłami bezpieczeństwa.

Polska opozycja pokrzyczała natomiast w mediach o złamaniu co najmniej dwóch artykułów konstytucji przez PiS w trakcie przygotowania i przeprowadzenia kampanii wyborczej i… w większości asystowała Dudzie w ceremonii jego zakrzywoprzysiężenia. Na ulice polskich miast nie wyprowadziła mas ani seria afer finansowych z udziałem prominentów PiS i ich rodzin, ani dyktatorskie rozprawienie się PiS z niezależnością polskiego wymiaru sprawiedliwości, ani sfałszowanie kampanii wyborczej przez spacyfikowane przez PiS media publiczne.

Nie, ani polski rząd, ani Zjednoczona Prawica, ani opozycja w Polsce nie mają moralnego prawa wtrącania się w bieżący kryzys białoruski. Oczywiście jest jeszcze interes polityczny, ale odpowiedzieć sobie należy na pytanie czyj? Mam z tym pewien problem, zwłaszcza w momencie, w którym piszę ten tekst, w którym dowiedziałem się, że kontrkandydatka Łukaszenki w dniu wyborów uciekła (przed spodziewanymi prześladowaniami) za granicę. Gdzie? Do Rosji!

Interes polityczny PiS jest klarowny. Nadarzyła się okazja zademonstrowania elektoratowi, ale również przeciwnikom PiS jak bardzo prodemokratyczna jest to partia, zademonstrowania Europie, jak bardzo Polska angażuje się w obronę europejskich wartości i standardów demokratycznych i „zadać kłam oszczercom”. Wzmacniając napięcie za naszą wschodnią granicą (właśnie słucham komentarzy o prawdopodobieństwie interwencji Rosji) rząd PiS zyskuje argumenty za bezprzykładnym angażowaniem  Polski w militarną (i polityczną) współpracę z Waszyngtonem. Współpracę, która jest dla Polski wysoce niekorzystna finansowo, która skłóca nas z najbliższymi, naturalnymi partnerami – z Unią Europejską. Czy to, co dobre dla Waszyngtonu Trumpa jest i dobre dla Polski? Mam poważne wątpliwości.

Być może też rządowi analitycy sprytnie kalkulują, że zamieszki za Bugiem wywołają falę emigracyjną Białorusinów, której część zasili podaż siły roboczej w naszym kraju?

Wydarzenia na Białorusi skłaniają do jeszcze jednej refleksji, jestem przekonany nieobcej politycznym analitykom. Chodzi o kwestię efektywności misji „eksportu demokracji euro-atlantyckiej”. Od dziesięcioleci eksport tej demokracji, usiłowanie narzucania jej standardów innym jest uzasadnieniem militarnej ekspansji Stanów Zjednoczonych na całym świecie. Ale również w Europie. Wszyscy pamiętamy szantaż: „Energia za demokrację” jaki zastosowano wobec Bałkanów w czasie wojny domowej w Jugosławii, po zbombardowaniu przez lotnictwo USA jugosłowiańskich elektrowni i po nałożeniu ścisłego embarga na przywóz do tego regionu paliw.

Co z euro-atlantycką demokracją zrobiły Węgry? Co zrobiła Ukraina? Wreszcie co zrobiło z zasadami tej demokracji „serce Europy” – Polska? To pytanie jest tym bardziej zasadne w obecnej chwili, kiedy kryzys tej demokracji, wzmocniony, przyspieszony przez pandemię sars-cov-2 jest coraz bardziej widoczny w jej kolebce.

Wałęsa znowu błysnął

Lech Wałęsa znowu błysnął.Tym razem udzielając wywiadu rosyjskiemu „Sputnikowi” (https://pl.sputniknews.com/polska/201812269468196-lech-walesa-wywiad-sputnik-rosja-jelcyn-putin-katyn-usa/). Polskie media ograniczają się do cytowania wybranych fragmentów wywiadu, komentatorzy, niezależnie czy z lewa czy z prawa są na ogół zgodni: „Wałęsa chciał zaistnieć”, „Wałęsa przegrał” itp. Niezawodni trolle i w tej sytuacji potwierdzili swoją czujność nie szczędząc byłemu prezydentowi inwektyw i innych internetowych ekskrementów. Tymczasem Lech Wałęsa, oczywiście na swój sposób, nie bez zbędnego egocentryzmu, podniósł jeden z najważniejszych współcześnie dla Polski problemów: problem relacji z Rosją.

Publiczne podpisywanie się w dzisiejszych czasach pod tezą Wałęsy, że Polsce bliżej jest do Moskwy niż do Nowego Jorku graniczy z politycznym samobójstwem, albo też tą granicę już przekracza. Polski mainstream zdominowany jest bez reszty przez tezę o śmiertelnym zagrożeniu dla Polski, jakie płynie ze wschodu i każda inna optyka nieuchronnie spotka się z zarzutem zdrady polskiej racji stanu.

Czy jednak ten mainstream zgodny jest z poglądem większości Polaków? Co ważniejsze: czy jest zgodny z polskim interesem narodowym?  Na te właśnie pytania próbuje odpowiedzieć Wałęsa – i chwała mu za to.

Żyjemy w czasach, w których odwoływanie się do opinii publicznej w ważnych sprawach ma miejsce wcale, albo dopiero po tym, jak tą opinię się odpowiednio ukształtuje. Jeszcze w 2011 r. 44 % Polaków, wbrew 12 lat zmasowanej agitacji publicystów, polityków, mediów, pozytywnie oceniało wprowadzenie w Polsce stanu wojennego, przy 34% ocen negatywnych (https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2011/K_154_11.PDF).  Szermujący hasłami polskiego interesu narodowego za nic mieli opinię większości Polaków w tym względzie, uporczywie „młotkując” gdzie tylko popadnie jedynie słuszną tezę. 44% Polaków zostało zlekceważonych. Oczywiście metoda ta, wsparta naturalnymi procesami demograficznymi przyniesie kiedyś tak pożądany efekt, jakim będzie ogłoszenie, że większość Polaków wprowadzenie stanu wojennego ocenia negatywnie. Kiedyś.

Podobnie jest z kwestią relacji polsko–rosyjskich. Nie są to relacje łatwe ani proste, ale patrząc na Europę, nie są też jakimś ewenementem. Z tą różnicą, że Europa postanowiła ze swojej historii wyciągnąć zupełnie inne wnioski niż Polska, a właściwie polskie elity. Europa postanowiła tradycyjny kurs konfrontacyjny w wewnątrzeuropejskich stosunkach zmienić na kurs współpracy, wznosząc się ponad historyczne zaszłości. Polskie elity tą drogą nie poszły.

W 1999 r., w zastępstwie Prezesa NIK, uczestniczyłem w roboczym spotkaniu prezesów najwyższych organów kontrolnych państw aspirujących do członkostwa w Unii Europejskiej w Europejskim Trybunale Obrachunkowym w Luksemburgu. Grono w sumie około 10 osób, język roboczy angielski, bez tłumaczy. Okazało się jednak, że koledzy z niektórych NOK mają trudności w porozumiewaniu się tym językiem i dla nich jedynym wspólnym był język rosyjski. Pomagałem im więc w czasie spotkania jak mogłem. W przerwie podszedł do mnie Prezes ETO, prof. B. Friedmann, znany niemiecki polityk CSU i zagadnął:

– widzę, że znasz język rosyjski.

– Trochę, – odpowiedziałem.

Friedmann zamyślił się i rzekł:

– wy, Polacy macie dobrze. Wy znacie język i kulturę Rosji. Wam łatwo się z nimi porozumieć, a my musimy wszystkiego uczyć się od podstaw. Polska może odegrać bardzo ważną rolę w relacjach pomiędzy Unią i Rosją.

Polska miała swoje pięć minut, aby stać się rzeczywistym pomostem pomiędzy Unią i Rosją. Tych pięciu minut nie wykorzystała, stając twardo i zdecydowanie na antyrosyjskich pozycjach. Czy musiał prezydent Polski, Lech Kaczyński, nawoływać do konfrontacji z Rosją na wiecu w Tbilisi w 2008 r. dokładnie w chwili, gdy prezydenci Francji i Niemiec lecieli do Moskwy, aby w imieniu Unii Europejskiej szukać możliwości politycznego rozwiązania konfliktu rosyjsko – gruzińskiego? Miejsce Prezydenta Polski powinno być wówczas w samolocie do Moskwy, a nie w samolocie do Tbilisi.

Zawsze byli w Polsce rusożercy, tak samo jak polakożercy w Rosji. Nigdy jednak nie stanowili większości tych społeczeństw, które nie tylko z uwagi na poczucie słowiańskiej wspólnoty, ale również w imię zdrowego rozsądku, mówiącego, że z sąsiadami należy dobrze żyć, że przyjaciół należy szukać jak najbliżej a nie jak najdalej, pozytywnie odnosiły się i odnoszą do siebie. Należy więc postawić retoryczne pytanie: czyje interesy reprezentują polskie elity nakręcające antyrosyjskie nastroje, histerię wręcz, propagujące wątpliwe tezy o rosyjskim zagrożeniu, deprecjonując wszystko co choć trochę pachnie Rosją. Z pewnością nie interesy Polski i z pewnością nie interesy Unii Europejskiej. Odpowiedź na to pytanie jest oczywista: jedynym beneficjentem polskiej polityki w tym względzie są Stany Zjednoczone.

Jednym z pytań czekających na odpowiedź jest natomiast to, skąd bierze się ten konsekwentny antyrosyjski kurs USA. Reagan wygrał ekonomiczną i polityczną wojnę z ZSRR. Kampanię Reagana uzasadniano walką ideologiczną i odpowiedzialnością USA za światową liberalną demokrację. Dzisiaj po komunistycznej Rosji nie ma śladu, USA same odwróciły się od zasad liberalnego handlu nasilając gospodarczy interwencjonizm i szantaż w stosunkach międzynarodowych a i gwiazda amerykańskiej demokracji ostatnio przyblakła. Dlaczego więc Rosja nadal – jak za czasów Reagana – dekretowana jest jako „imperium zła”? Jakie cele strategiczne kryją się za tak konsekwentną postawą Wielkiego Brata?

Jeżeli Rosja sama w sobie jest wrogiem dla Stanów Zjednoczonych to oczywiście wszelki antyrosyjskie nastroje wokół rosyjskich granic są Białemu Domowi na rękę. A że CIA ma w tym obszarze ogromne doświadczenie i potrafi skutecznie kształtować takie nastroje, to dowiodła już wielokrotnie w przeszłości w różnych częściach świata, w tym i w Polsce. Jeżeli po lekturze „Zwycięstwo. Tajna historia świata lat osiemdziesiątych. CIA i <<Solidarność>>” P.Schweizera ktoś miał jeszcze wątpliwości co do agenturalnego charakteru NSZZ „Solidarność”, to powinien się ich ostatecznie wyzbyć po przeczytaniu najnowszego opracowania na ten temat: „A cover action. Reagan, the CIA and cold war struggle in Poland” S.G. Jonesa. Nie są zresztą Stany odkrywcze w takiej polityce. Starorzymska strategia „dziel i rządź”, skłócania „cywilizowanych” plemion afrykańskich czy amerykańskich, wykorzystywania lokalnych waśni dla własnych korzyści, była standardem również nowożytnych państw kolonialnych. Czy Polska nadal jest ślepym narzędziem Stanów Zjednoczonych w ich grze przeciwko Rosji? Polska nie jest formalnie kolonią USA, chociaż brutalna ingerencja ich nowego ambasadora w proces legislacyjny w Polsce, „zapraszanie” do konsultowania w ambasadzie projektów przyszłych ustaw „abyśmy mieli pewność, że przyniosą one wszystkim korzyść”, błaganie niemal polskiego prezydenta o stałe bazy wojskowe USA , przyznanie ponoć armii amerykańskiej prawa do swobodnego poruszania się po Polsce, wszystko to skłania do refleksji nad stopniem naszej realnej suwerenności.

Hasło Trumpa „America first!” nie jest – jak pokazuje każdy dzień – czczym zawołaniem. Znaczy ono dokładnie to, że liczą się tylko interesy Ameryki – tylko Ameryki, nikogo innego. Strategiczny sojusz z takim partnerem jest nazbyt ryzykowny, żeby nie powiedzieć nierozsądny. Polska płaci za niego nie tylko gospodarczym uzależnieniem się od USA, ale również pogorszeniem stosunków ze swoimi najbliższymi sąsiadami: z Unią Europejską i oczywiście z Rosją.

Przed nami ważne, przedwyborcze debaty o naszych sprawach wewnętrznych, ale też i o Unii Europejskiej i o polskiej polityce zagranicznej. Byłoby dobrze, aby wśród spraw, do których odnosić się będą ugrupowania polityczne była również sprawa perspektywy stosunków polsko – rosyjskich. Jeżeli tak się stanie, będzie to wielkim sukcesem Lecha Wałęsy.

Namiestnik Mosbacher

Suwerenność Polski to sztandar sztandarów PIS-owskiej propagandy. Całą swoją antyunijną retorykę, ostentacyjne nierespektowanie unijnego prawa i unijnych instytucji PiS oparł na misji obrony suwerenności Polski.

Tymczasem do Warszawy zjechał namiestnik obcego mocarstwa, hasa w najlepsze, i co? I nic.

Najwięcej uwagi media poświęcają zaangażowaniu się Pani Ambasador USA w Polsce w sprawę „wolności mediów”.
21 listopada b.r. ambasador Mosbacher podejmowana była w Sejmie. Przysłuchiwała się obradom, spotykała z Marszałkiem Kuchcińskim i wzięła udział w posiedzeniu Zespołu Parlamentarnego Polska – Stany Zjednoczone. Na posiedzeniu Zespołu ostrzegała polskich parlamentarzystów przed skutkami pisowskiego zamachu na wolne media. Chwała Pani ambasador za to, choć szkoda trochę, że dopiero ataki na tvn – stację amerykańską wyzwoliły takie pokłady energii amerykańskiej dyplomatki. Oryginalna, niespotykana i trudna do zaakceptowania jest natomiast forma tych działań. Połajanki posłów, listy interwencyjne wprost do premiera z pominięciem ministra spraw zagranicznych, arogancja – czegoś takiego w Polsce nie było w okresie minionych 28 lat.

Niestety to nie wszystko. Jak się okazuje Pani ambasador jest bojowniczką o interesy nie tylko medialnych korporacji amerykańskich w Polsce.

Podczas spotkania z posłami G. Mosbacher wyjawiła trzy cele, których realizację zlecił jej prezydent Trump. Są to:

–  bezpieczeństwo gospodarcze. Zapewnienie, że amerykańskie firmy są sprawiedliwe traktowane w Polsce. („sprawiedliwie” w logice Trumpa oznacza „w sposób uprzywilejowany” J.U.)

– bezpieczeństwo energetyczne po to, aby Polska mogła zdywersyfikować swoje źródła energii, żeby nie była uzależniona od Rosji (kupując gaz od USA J.U.)

– bezpieczeństwo wojskowe.

Zadania zostały sformułowane, więc Pani ambasador działa. Na swój szczególny sposób. Mówi publicznie wprost: „Jeżeli Polska buduje swoje bezpieczeństwo w oparciu o USA, to firmy amerykańskie muszą mieć w Polsce specjalne warunki”. Jak donosi „DoRzeczy” Pani ambasador jesienią tego roku wzywała do siebie „na rozmowy” osoby związane z polskim rządem, które zaangażowane były w pracę nad nowelizacją ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych i prawnych. Zdaniem tych osób „Pani ambasador zapraszała na spotkanie w sposób, który sprawiał wrażenie, że to bardziej polecenie służbowe.  Pani ambasador bardzo wyraźnie, otwartym tekstem zadeklarowała, że nie powinno być tak, że wszystkie podmioty funkcjonujące na polskim rynku płacą podatek w podobnej wysokości. Mówiła, że polski i europejski rynek jest trudny dla amerykańskich firm i oczekiwała, że wprowadzone zostaną rozwiązania zmniejszające wysokość obciążeń podatkowych dla firm pochodzących ze Stanów Zjednoczonych… Ambasador oczekiwała, że nowe przepisy w efekcie postawią amerykańskie podmioty w uprzywilejowanej pozycji wobec polskich firm.”

W innej wypowiedzi Ambasador Mosbacher wyraziła oczekiwanie, że będzie z wyprzedzeniem informowana o planach legislacyjnych polskiego rządu „by mieć pewność (podkr. JU), że zmiany legislacyjne są korzystne dla obu naszych krajów”.

Te brutalna ingerencje nie spowodowały nie tylko żadnego w Polsce trzęsienia ziemi, żadnego świętego oburzenia strażników polskiej suwerenności, ale żadnej wręcz refleksji. Dopiero sprawa tvn ich poruszyła .

Prawica podnosi natomiast larum z powodu obrony tvn przez ambasador Moserbach.  I być może będą domagać się jej odwołania. Nie powinni. Pani Mosbacher to prawdziwy skarb. Nie jest dyplomatą, ale przyjaciółką Prezydenta Stanów Zjednoczonych więc prawdopodobnie mówi po prostu jego głosem. Stosunek Mosbacher do Polski jest wierną kopią rzeczywistego stosunku do Polski Trumpa. Mając ją w Polsce możemy bezpośrednio wiedzieć co naprawdę myśli o naszym kraju prezydent USA.  Z dotychczasowych wypowiedzi i sposobów działania swojego nad Wisłą przedstawiciela sądzić można, że Trump traktuje Polskę jak każdy inny podbity kraj: z pogardą i bez sentymentów. Z jedynym celem, aby z tego kraju jak najwięcej wycisnąć. A jak zamiast Mosbacher przyjedzie nowy namiestnik, to będzie robił to samo co ona, tylko w rękawiczkach. Będziemy wówczas zadowoleni?

Póki co rząd polski ogłosił, że nie będzie żadnej jego reakcji na list Pani ambasador. Krótko mówiąc rząd udaje, że pada deszcz. Tylko niech PiS więcej nie fanzoli o suwerenności Polski.

Referendum? TAK!

Prezydent Duda łapie się prawą ręką z lewe ucho, aby swoją pozycję polityczną w kraju umocnić inicjując jakieś referendum. Publicznie komponuje mniej lub bardziej kompromitujące go pytania, którymi nękać zamierza współobywateli. Jest jednak kwestia, która moim zdaniem bezwzględnie powinna zostać poddana decyzji Polaków. To sprawa decyzji o zaproszeniu wojsk obcego państwa do STAŁEJ obecności w Polsce.

Stała obecność obcych wojsk w Polsce to poważna sprawa – bodajże najpoważniejsza z tych, które w praktyce, nie w pięknych słownych deklaracjach, determinują naszą suwerenność i niezależność. Szczególnie pomni najnowszej historii naszego kraju powinniśmy kwestii stałych baz obcych wojsk poświęcić maksymalnie dużo uwagi.

Zabiegi Sikorskiego, Komorowskiego, a obecnie Dudy i Kaczyńskiego o to, by „spełniło się marzenie Polaków, aby amerykański żołnierz postawił swój but na polskiej ziemi” muszą zostać skonfrontowane z rzeczywistą wolą suwerena.

Jest w tej sprawie kilka ważnych aspektów. Po pierwsze czy rzeczywiście amerykańskie wojska w Polsce zwiększą czy zmniejszą bezpieczeństwo kraju? USA zawsze kierowały się wyłącznie własnym interesem. Oczekiwanie, że przedłożą go nad interes Polski w momencie rzeczywistego zagrożenia jest ułudą o wiele większą od tej, która kazała nam oczekiwać pomocy wielkiej Brytanii i Francji we wrześniu 1939 r.  Czy kontyngent wojsk amerykańskich obroni Polskę w przypadku agresji ze wschodu, czy też ma być elementem odstraszania tylko? Czy nie jest przypadkiem tak, że ściągając obce wojska przygotowujemy się tak naprawdę do wojny, która już się zakończyła? Wszystko wskazuje na to, że współczesny konflikt rozegra się w zupełnie innej przestrzeni niż II Wojna Światowa – w cyberprzestrzeni mianowicie.

Po drugie, czy zainstalowanie stałych amerykańskich baz u granicy z POTENCJALNYM agresorem wzmacnia, czy osłabia poziom napięcia na kontynencie? To pytanie raczej retoryczne. Skutkiem takiej decyzji będą najpewniej stosowne decyzje w rosyjskich sztabach.  Rosyjscy jastrzębie mogą tylko zacierać ręce i programować nowe cele na polskiej ziemi dla swoich rakiet. Ale generowanie coraz to nowych konfliktów na granicy Unia Europejska – Rosja jest – jak uczy historia – stałym elementem amerykańskiej doktryny. Czy więc ustanowienie amerykańskich baz wojskowych  to realizacja polskiego interesu, czy strategicznych interesów USA politycznym i finansowym kosztem Polski?

A może jest tak, że Polacy nie życzą sobie eskalacji napięć w Europie, eskalacji, której front przebiega przez Polskę?

I wreszcie ostatnia, najważniejsza sprawa: kwestia politycznej odpowiedzialności. Decyzja o utracie znacznej części naszej suwerenności – a taką będzie niewątpliwie stała obecność obcych wojsk na polskiej ziemi, nie może zostać podjęta przez ŻADNE ugrupowanie polityczne.  To sprawa zbyt kardynalna, doniosła w sensie historycznym. Tym bardziej w przypadku PiS, które w wyborach poparło niespełna 19% uprawnionych do głosowania, nie ma prawa do podejmowania takiej decyzji. Dlatego więc, również po to, aby w przyszłości nie przerzucać się odpowiedzialnością za te decyzje, w tej kwestii powinien wypowiedzieć się Naród. I żadne medialne sondaże nie zastąpią tu powszechnego referendum. Dlatego Prezydencie Duda: referendum – tak, ale z jednym pytaniem: „Czy jesteś za stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce”.

 

Kto nas „broni”?

Jakie wojska stacjonują w Polsce? Tego nie wie nikt. Minister Macierewicz, jego podwładny Prezydent Duda,  mówią jednym tchem o „wojskach NATO i USA”. Ale USA są przecież członkiem NATO. Skąd więc to rozróżnienie? Które z wojsk stacjonujących w Polsce są natowskie i podlegają dowództwu NATO, a które amerykańskie, podlegające rozkazom Waszyngtonu? Zasadnicze pytanie, z punktu widzenia bezpieczeństwa naszego kraju, zwłaszcza po niejasnych wypowiedziach nowego Prezydenta USA na temat NATO, to to czyich interesów bronią te wojska? Jak USA potrafią bronić swoich interesów kosztem innych państwa, na przykład Szwecji pokazał emitowany niedawno na platformie PLANETEPLUS niemiecki film z 2015r. „Tajna wojna Reagana”. Wszystkie relacje medialne pokazują ostentacyjne przejazdy kolumn wojskowych przez Niemcy do Polski ale pod flagami Stanów Zjednoczonych. Prezydent Duda witając oficjalnie „obrońców” występuje na tle szpaleru flag Polski i USA. Ani jednej flagi NATO. Dla przypomnienia, gdyby ktoś zapomniał, wygląda ona tak:

Trumpizm

Nie sposób nie odnieść się do najnowszych wieści zza Wielkiej Wody. Skoro wszyscy o tym piszą, to mogę i ja – skrzyżowanie istoty gorszego sortu, ubeko-podobnej z noszącej znamiona osoby specjalnej troski. Tak na marginesie, przy tej skandalicznej, podłej łódzkiej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, odzywka jego wielkiego brata – Lecha: „Spieprzaj dziadu!” jest szczytem Wersalu.

Wybór Trumpa na prezydenta USA budzi emocje. Wielu odczytuje to wydarzenie jako signum temporis, koniec jakiejś epoki, koniec Zachodu (prof. Kuźniar) etc. Być może tak będzie – nic nie jest wieczne i cywilizacja Euro-atlantycka też zawalić się może pod własnym ciężarem jak wszystkie cywilizacje do tej pory. Ale czy Trump jest tą cegiełką, która uruchomi lawinę? Wątpię. Wybór Trumpa pierwszym obywatelem USA stworzy problemy przede wszystkim dla samych Stanów Zjednoczonych. USA – ten niedościgły wzór demokracji – wybrały sobie na przywódcę osobę, która uzyskała wyraź nie mniejsze poparcie społeczne niż kontrkandydat(ka). A to w zderzeniu z kontrowersyjnymi hasłami nowego prezydenta musi prowokować poważną dyskusję w Stanach o ichniej demokracji. Tym bardziej, że Trump z jednej strony usiłując wzbudzać nacjonalistyczne nastroje amerykańskie z drugiej odziera Stany Zjednoczone z ich dotychczasowej, wyjątkowej misji we współczesnym świecie, zapowiadając sprowadzenie tego mocarstwa do szeregu „normalnych” państwa narodowych. Jestem przekonany, że wkrótce Stany staną się areną wielu ciekawych wydarzeń.

Z reakcji europejskich najbardziej ubawiła mnie reakcja prezydenta Węgier, który nie kryjąc już swojej antyunijności ogłosił co następuje:  „Otrzymaliśmy z najwyższego miejsca na świecie pozwolenie, byśmy także my mogli stawiać samych siebie na pierwszym miejscu. To wielka sprawa, wielka wolność i wielki prezent„. Prezydent Orban otrzymał więc pozwolenie i swoim wasalizmem i wazeliniarstwem uzasadnia swoje dążenia do wolności! Świat staje na głowie.

Bardzo jestem ciekawy wpływu amerykańskich wyborów na postawy społeczeństw Unii Europejskiej. Życzyć sobie należy, aby trumpizm wzmocnił integracyjne tendencje w europejskich społeczeństwach. Osłabienie Unii niewątpliwie  będzie na rękę Stanom, Chinom, Rosji i Turcji. Trzeba mieć świadomość, że za Europą nikt w świecie płakać nie będzie. Rozluźnienie unijnych więzi uczyni ponadto państwa członkowskie praktycznie bezbronnymi wobec naporu uchodźców ze świata arabskiego, naporu sprowokowanego nota bene amerykańską polityką międzynarodową.  Nie można wykluczyć i takiego scenariusza, że Polska wraz z Węgrami i być może niektórymi innymi państwami Europy środkowo-wschodniej wystawiona zostanie poza właściwą, mniejszą, ale bardziej zintegrowaną Unią. Będzie to dramatem narodowym o historycznym wymiarze.

W tej sytuacji polska lewica powinna moim zdaniem szybko odnieść się do tej kwestii formułując bardzo wyraźne stanowisko, opowiadając się jednoznacznie za dalszą polityczną, gospodarczą, społeczną i fiskalną integracją Unii. Być może dla niektórych Prezydent Orban jest bratankiem i do szabli i do szklanki, ale ani węgierska szabla ani polska szklanka nie zapewnią warunków dla stabilnego, bezpiecznego rozwoju kraju. A mocna, zintegrowana Unia tak.