Przeprosić Naród!

Udany wielce, pełen nadziei, mamy pierwszy dzień wiosny! Dwie spektakularne klęski Prawa i Sprawiedliwości jednego dnia! Oliwa na wierzch wypływa.

Dziennikarze TOK FM dotarli do raportu powołanego przez Ziobrę zespołu ekspertów w sprawie katastrofy smoleńskiej. Raport jest, prokuratura ujawnić go nie zamierza – ponoć, aby nie psuć kwietniowych obchodów na Krakowskim Przedmieściu. Komisje sejmowe, które miały się sprawą zajmować odwoływane są bez uzasadnienia. Ale jak ustalili dziennikarze raport nie pozostawia złudzeń: nie było wybuchu, samolot rozbił się wskutek zderzenia z ziemią. Innymi słowy w podstawowych kwestiach zgodny jest z ustaleniami komisji Millera.

Na usta ciśnie się więc pytanie: kto przeprosi Naród za lata kłamstw i oszustw. Kto przeprosi tych, którzy głosowali na PiS kierowani histerią rozpętaną wokół tej katastrofy przez kapłanów smoleńskiej religii. Kto przeprosi tych Polaków, którym odmawiano patriotyzmu, pomawiano o agenturalną działalność tylko dlatego, że nie dawali wiary bredniom Macierewicza i jego fachowców od puszek po piwie i serdelkach. Kto wreszcie przeprosi członków Komisji Millera za hektolitry pomyj, jakie na nich wylała pisowska propaganda po to tylko, aby nie dyskutować o faktach. Kto przeprosi Polaków za gorszący spektakl międzynarodowy, za miliony złotych wyrzuconych w błoto.

Jest za co przepraszać! I jest osoba, która to powinna uczynić, od której należy tego żądać! To Jarosław Kaczyński. Powinien publicznie przeprosić, pokajać się i na zawsze zniknąć z polskiej sceny politycznej. A prokuratura Ziobry niech nie ukrywa tego raportu. Niech da wreszcie Kaczyńskiemu szansę na dojście do prawdy. Na dojście i na odejście. Zło bowiem jakie wyrządził Polsce z uporem wręcz szaleńczym przekonując ludzi do tezy o zamachu ma wymiar historyczny,  jest przeogromne.

Ale to nie jedyny dobry dla Polski znak pierwszego dnia wiosny. Rząd cały z Morawieckim na czele od miesięcy grzmiał o Białej Księdze w sprawie stanu demokracji i wymiaru sprawiedliwości w Polsce, która rzucić miała na kolana całą Brukselę i okolice. Główna linia pisowskiego ataku na Komisję Europejską zasadzała się na ilustrowaniu, że „w innych europejskich krajach jest podobnie, więc czego się czepiacie”. PiS rzeczywiście kieruje się zasadą, że „komu Bóg dał władzę, temu dał i rozum” i myślało, że z międzynarodowej opinii publicznej będzie mógł robić wariata podobnie jak z częścią polskiego społeczeństwa. Już u podstaw tej zasady tkwił przecież podstawowy błąd: rozwiązania w Polsce powinny być zgodne z polską Konstytucją, a nie z konstytucjami Hiszpanii, Niemiec, Holandii czy jakiegokolwiek innego państwa. Ale co tam Konstytucja! To przecież dla Nowogrodzkiej tylko świstek papieru! Białą Księgę wysłano i o dziwo, została ona uważnie przeczytana. I właśnie dzisiaj ministrowie spraw zagranicznych państw, będących wzorem dla PiS, zdystansowali się (żeby użyć dyplomatycznego określenia) od dzieła Czaputowicza, Ziobry i Morawieckiego. Bezlitośnie wskazali na nieprawdy i uproszczenia zawarte w tym dziele zbiorowym. Rząd PiS udaje, że pada deszcz i ogłasza, że będzie odpowiadał na każde pismo Komisji Europejskiej i że jest gotowy do dalszych wyjaśnień. Co tu jednak wyjaśniać? Za ten niebywały skandal, za ośmieszanie Polski na świecie przez ekipę Kaczyńskiego Narodowi też należą się przeprosiny. Szczere, z należytą pokutą włącznie.

 

Pod prąd

Opozycja i większość mediów używają sobie do woli na rządzącej partii na okoliczność ujawnionych nagród dla tzw. „R”-ki czyli ministrów oraz osób zajmujących stanowiska sekretarzy i podsekretarzy stanu, bądź stanowiska im odpowiadające w innych instytucjach państwowych. Skumulowane wartości nagród rocznych robią wrażenie, biją po oczach i nie ma dosłownie godziny aby gdzieś w mediach temat ten się  nie przewinął. Cel jest oczywisty: zdyskredytować rządzących w oczach „suwerena”, obnażyć ich obłudę, dwulicowość i pazerność. Cel oczywiście szlachetny, patriotyczny wręcz, ale…

Obecny dramat naszego kraju w tym się między innymi zasadza, że praktyka „dobrej zmiany” w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości kompromituje zmianę jako taką, zmianę, jako niezbędny, trwały mechanizm doskonalenia funkcjonowania państwa, niezależnie od rządzącej opcji. Nic nie jest doskonałe: zmieniają się okoliczności, możliwości, oczekiwania. Stałe analizowanie sytuacji i proponowanie zmian powinno być chlebem powszednim rządzących. Czy należało usprawnić działalność Trybunału Konstytucyjnego? – Należało. Czy należało usprawnić działania sądów i prokuratur? – Należało. Czy należało zreformować służbę zdrowia, szkolnictwo ? – Oczywiście, że należało. Itd., itp. Ale nie należało pod pretekstem zmian rujnować państwa, podkopywać jego konstytucyjnych fundamentów i świadomie dzielić obywateli.

Praktyka PiS wprowadzania tzw. „dobrych zmian” szybko obnażyła jednak prawdziwe intencje tego politycznego ugrupowania. PiS nie traktuje zmian jako celu. PiS naturalną potrzebę doskonalenia państwa traktuje wybitnie instrumentalnie, jako narzędzie do zdobycia poklasku elektoratu dziś, teraz, jako taran, który ma mu otworzyć drogę do upragnionej większości konstytucyjnej w parlamencie. Dopiero potem nastąpią prawdziwe zmiany.

Ale władza PiS też się skończy, choćby dlatego, że jedną z cech władzy jest jej żrący charakter. Władz niszczy przede wszystkim sprawujących władzę – jeżeli nie są oni wyposażeni we właściwe środki ochronne. W Polsce nie byli i nie są i już dzisiaj widać oznaki korozji niegdysiejszego monolitu pisowskiego pod wpływem ciężaru władzy. Po PiS przyjdą jednak inni i będą musieli posprzątać. I co? Rzucą hasło „Prawdziwa dobra zmiana”? Polska pęknie z śmiechu. Nikt im nie uwierzy, a z pewnością społeczna nieufność będzie wielka. I na tym polega największe zło, jakie krajowi czyni Prawo i Sprawiedliwość: podkopywanie społecznej ufności w to, że demokratycznie wybrana władza potrafi prawidłowo zdiagnozować problemy, zaproponować zmiany i przeprowadzić je w ten sposób, że będą umacniały państwo i społeczeństwo a nie je osłabiały.

Afera z nagrodami w rządzie może być wymownym przykładem jak trudno będzie o prawdziwe dobre zmiany. PiS odziedziczył „po przodkach” fatalny system wynagradzania osób zajmujących kierownicze stanowiska w państwie. U podstaw tego systemu legło irracjonalne założenie, że lud będzie tym mocniej kochał rząd im ten rząd będzie mniej zarabiał i im bardziej będzie siermiężny. Wprowadzono więc właściwie permanentne zmrożenie płac ministrów i wiceministrów, co spowodowało już dawno rozjechanie się ich płac z płacami szefów podległych im jednostek. Absurdalna jest też sytuacja, gdy minister, czy wiceminister ponoszący odpowiedzialność przed NIK-iem, prokuratorem i historią, z racji podejmowanych decyzji o wartościach dziesiątków miliardów złotych, otrzymuje wynagrodzenie niejednokrotnie niższe niż prezydent małego miasta czy nawet wójt gminy. Mechanizm rocznych ( a właściwie kwartalnych) „nagród” stanowił pewną protezę dla tego systemu, ułomnym sposobem na zapewnienie prawidłowych relacji płacowych. Ułomnym, gdyż systemowo deprecjonował pojęcie nagrody, jako finansowego wyrazu uznania za wybitne osiągnięcia.

System płac powinien być powiązany z osobistą odpowiedzialnością osoby zajmującej publiczne stanowisko. Ministrowie i wiceministrowie, premierzy, prezydenci powinni zarabiać godnie, aby nie być niemal „ubogimi krewnymi” w instytucjach, którymi kierują i za które ponoszą odpowiedzialność. Wydaje się, że przykładowo, współczynnik 1,3 płacy dyrektora departamentu dla wiceministra i 1,5 dla ministra (dla premiera i prezydenta stosownie więcej), przy respektowaniu zasady całkowitej transparentności mógłby być podstawą takiego systemu. Ministrowie powinni zarabiać godnie również po to,  aby podatnik miał pełne moralne prawo rozliczać ich z osiągnięć. Wolę, żeby ministrem była osoba o wybitnych kwalifikacjach i dobrze opłacana niż nieudacznik, który dla prestiżu godzi się na liche wynagrodzenie a urząd traktuje jako odskocznię do dalszej  kariery.

Niestety, rozwój sytuacji wokół wynagrodzeń ministrów nie idzie w tym kierunku. O ile zmniejszenie liczby wiceministrów (wobec powiększenia ich liczby w momencie objęcia rządów przez PiS) to ruch w dobrym kierunku, to już systemowe rozwiązanie grzęźnie w wyimaginowanym moim zdaniem, strachu przed opinią publiczną. 18 wiceministrów złożyło dymisję. Ktoś musiał ich do tego przekonać. Pewnie wielu z nich uczyniło to bez oporów, gdyż w nowym miejscu pracy, na nowych stanowiskach w spółkach skarbu państwa, w zrenacjonalizowanych bankach, zarabiać będą dużo lepiej. Mało tego. Już słychać głosy kolejnych zapaleńców, którzy na fali walki o siermiężność rządu występują z nowymi, bardziej śmiałymi postulatami. Tak właśnie traktować należy idiotyczny ale „pod publiczkę” postulat Kukiz-15 zlikwidowania asystentów ministrów i wiceministrów. Przecież aby właściwie pełnić swój mandat minister, czy wiceminister musi odbywać cały szereg spotkań, głównie w tak zwanym terenie. Kto mu te spotkania przygotuje, zorganizuje, udokumentuje? Biuro podróży? Nie zdziwię się gdy kolejną propozycją będzie likwidacja sekretariatów. Jeden dla wszystkich powinien przecież wystarczyć, a wyborcy radośnie nagrodzą poselską inicjatywę.

Sytuacja więc się nie zmieni zasadniczo i następcy ekipy pisowskiej znów staną przed tym samym problemem, przed koniecznością przeprowadzenia tym razem „prawdziwej dobrej zmiany”. Pewnie, jak wszystkie poprzednie ekipy schowają głowę w piasek. Chyba, że będą mądrze odważni. Do normalności droga daleka.

Marzec 1968 r. w mojej pamięci

Byłem wówczas 17-to latkiem, studentem pierwszego roku Wydziału Elektrycznego Politechniki Wrocławskiej i mieszkałem w Domu Studenckim T-3 przy Pl. Grunwaldzkim. Pierwsze dwa lata na tym wydziale to wówczas bezpardonowa walka o przetrwanie, dlatego większość czasu zajmowało nam „zakuwanie” do kolokwiów, sprawdzianów i egzaminów. Przez to jako pierwszoroczniacy byliśmy raczej na marginesie pozanaukowego życia studenckiego.

14. marca po południu wracałem z kolegą „z miasta” do akademika. W tramwaju rozmowa zeszła na jakieś zebranie studentów, które wkrótce miało się rozpocząć w Auli Politechniki. Nie wiedzieliśmy w jakiej sprawie, ale, kierowani ciekawością, wyskoczyliśmy z tramwaju na przystanku za Mostem Grunwaldzkim i poszliśmy do Gmachu Głównego.

Aula była już nabita studentami. Atmosfera napięta, rozgorączkowane dyskusje w grupach. Na oknach, na dużych arkuszach szarego papieru pakowego odręcznie wypisane hasła: „Prasa kłamie!”, „Uwolnić studentów warszawskich!” i tym podobne. Z wystąpień studentów zorientowaliśmy się, że jest to wiec solidarnościowy ze studentami warszawskimi, represjonowanymi po demonstracji 8. marca. W pewnym momencie usiłował do nas przemówić Jego Magnificencja Rektor, prof. Szparkowski. Profesor Szparkowski był zacnym człowiekiem, wybitnym naukowcem, ale zupełnie nie potrafił znaleźć się w tej sytuacji. Jedynie co potrafił zrobić to zaapelować do studentów o rozejście się. To oczywiście dolało oliwy do ognia. Rozpoczęły się wystąpienia studentów-emisariuszy z Warszawy i chyba z Krakowa. Pod ich wpływem postanowiliśmy ogłosić 48-godzinny strajk okupacyjny i przyjąć stosowną rezolucję. W tym czasie strajki solidarnościowe trwały i na innych wrocławskich uczelniach. „Grona kierownicze” tych strajków uzgodniły jeden wspólny tekst „Rezolucji studentów Wrocławia”, który w Auli przyjęliśmy przez aklamację

Zaangażowałem się do służb porządkowych. Głównie polegało to na pilnowaniu wejścia do Gmachu Głównego. Zajęcie bardzo ciekawe, gdyż co chwila podchodził lub podjeżdżał ktoś aby wesprzeć studentów bądź to gotówką, bądź prowiantem. Byli też, nieliczni ale zawsze, rodzice, którzy domagali się wywołania ich dzieci. Zabierali ich do samochodów i odjeżdżali.

Główna presja władz uczelni i mediów wywierana na nas miała na celu wcześniejsze zakończenie strajku, dlatego dotrwanie do soboty stanowiło wyzwanie. Piątek był bardzo ciekawym dniem. W Auli atmosfera napięta ale i podniosła. Ciągle trwały dyskusje, przybywały do nas delegacje z różnych zakładów pracy, aby zadeklarować swoją z nami solidarność i utwierdzić nas w woli wytrzymania do końca strajku. Pamiętam delegację pracowników Urzędy Wojewódzkiego, którzy, prócz słów wsparcia, przynieśli ze sobą olbrzymie, grube kiełbasy… Pamiętam również delegację robotników z PaFaWag-u (lub z Dolmelu) i ich znamienne słowa: „dzisiaj możemy poprzeć was tylko tak, gdyż jeszcze nie jesteśmy zorganizowani”.

Każdy wydział miał przydzieloną salę w gmachu do nocowania – naszą była sala kinowa. W niej też w piątek mieliśmy serię spotkań z naszymi wykładowcami. Bardzo ujął nas dziekan prof. Wołkowiński, doc. Pidek-Łopuszańska i wielu innych, którzy nie namawiali nas do przerwania strajku, ale w bardzo taktowny sposób wykazywali dla nas zrozumienie. Napięcie było duże. Główne pytanie to: -wejdą, czy nie? Wybrzeże Wyspiańskiego patrolowane było wprawdzie przez nieliczne grupy milicjantów, ale opowieści o siłowym rozwiązaniu robiły swoje.

Dotrwaliśmy do planowanego końca i w sobotę opuściliśmy Gmach Główny. Nasz przemarsz do domów studenckich z kocami, śpiworami, nie wywołał żadnej sensacji.

Przyjęliśmy rezolucję i należało ją jakoś obwieścić światu. Środki były jakie były – czyli żadne. Dlatego też zorganizowano tak zwany „chiński powielacz”. Każdy z nas dostał mianowicie zadanie sporządzenia 50 odręcznych kopii tego dokumentu. Zachowałem jeden z „moich” egzemplarzy. Jego skan przedstawiam poniżej. Z dzisiejszego punktu widzenia można go uznać za naiwny, ale z pewnością pełen jest naszych autentycznych emocji.

Co z dzisiejszego punktu widzenia jest ciekawe to to, że w całym naszym proteście nie przewijał się problem antysemityzmu. Wzmiankowano o nim wprawdzie w 4-tym punkcie Rezolucji, ale nie przypominam sobie, aby pojawiał się w dyskusjach. To nie był nasz, wrocławski problem. To co najbardziej nas poruszało to wolność mediów, prawda i prześladowania warszawskich studentów. Skutki warszawskich rozgrywek z kwestią żydowską w tle dotarły do nas nieco później, gdy nagle, dosłownie z dnia na dzień, zniknęło z naszego rocznika kilkoro wspaniałych kolegów i koleżanek. Życie potoczyło się dalej.

W czasie obchodów 40-tej rocznicy marca 1968 r. przesłałem wrocławskim mediom do wykorzystania kopię „Rezolucji studentów Wrocławia”, sądząc, że ten autentyczny dokument wzbudzi jakieś zainteresowanie. Żadnego nie wzbudził.

Dziękuję narodowi rosyjskiemu

Obchody 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości rozkręcają się na dobre. Panująca sitwa „uświetnia” je co raz to nowymi igrzyskami: a to wznieca i podsyca nastroje antyżydowskie, a to degraduje oficerów Wojska Polskiego, którzy – podobnie jak Piłsudski – nosili czapki z orłem bez korony, a to wynosi na panteon narodowych bohaterów pospolitych zbrodniarzy i hitlerowskich kolaborantów. Poleją się jeszcze kilometry sześcienne, rzeki całe, przy których Amazonka to marny strumień, mów wszelakich o jedynie prawdziwym patriotyzmie, o bohaterstwie, Bogu i Ojczyźnie, honorze, wstawaniu z kolan itd., itp. Wszystko oczywiście przyprawione jedynie słuszną, nowogrodzką interpretacją historii najnowszej i starannie skomponowanym antylewicowym sosem, chociaż bez socjalistów Piłsudskiego i Daszyńskiego pewnie by tej wolnej Polski nie było.

Może tak właśnie będzie, może trochę inaczej, ale z całą pewnością zabraknie w tych obchodach jednego: podziękowań narodowi rosyjskiemu. Dlatego czynię to skromnie w moim własnym imieniu, gdyż uważam, że naród ten na naszą wdzięczność zasługuje szczególnie.

Dziękuję więc narodowi rosyjskiemu za rewolucję lutową  w 1917, za to, że obalił carat.

Wiadomym jest, że jeszcze w czasie trwania I Wojny Światowej państwa Ententy, a szczególnie jej jądro: Wielka Brytania, Francja i Rosja planowały częściowy rozbiór Niemiec po ich pokonaniu. Nie można mieć złudzeń co do tego, że gdyby wśród zwycięskich państw znajdowałaby się carska Rosja, i gdyby po wojnie te państwa na nowo meblowałyby Europę, nikt nawet by się nie zająknął na temat niepodległego, suwerennego państwa polskiego. Żeby nie być gołosłownym zacytuję za Janem Karskim, „Wielkie mocarstwa wobec Polski, 1919 – 1945…”:

8 marca 1916 r. minister spraw zagranicznych, Siergiej D. Sazanow, informował swojego ambasadora w Paryżu, Aleksandra Izwolskiego, że Polska musi zostać wyłączona z wszelkich rozmów sprzymierzonych. Dawał ambasadorowi instrukcje, aby „przeciwstawiał się wszelkim próbom przejęcia Polski pod kontrolę i gwarancje zachodnich mocarstw”. Wkrótce potem ostrzegał ambasadora Paléologue’a, że wszelka zachodnia interwencja, – nawet „dyskretna interwencja” – w sprawy polskie postawi jedność sprzymierzonych w realnym niebezpieczeństwie.

Potem, już po lutowym przewrocie, następowały inne wydarzenia jak deklaracja Rady Piotrogrodu z marca 1917r. w sprawie niepodległości Polski, wystąpienie Rosji z Ententy w 1918r. otwierające nowe perspektywy dla wolnej Polsk. Nowe możliwości zostały bardzo dobrze wykorzystane przez polskich polityków chociaż sprawa nie była też tak jednoznaczna po stronie zachodniej. Znowu cytując Jana Karskiego:

Jeszcze w marcu 1917 r. – na kilka dni przed formalnym uznaniem prawa Polski do niepodległości przez rosyjski Rząd Tymczasowy – Balfour nadal dowodził Gabinetowi Wojennemu, że całkowicie niezawisła Polska osłabiłaby szansę państwa zachodnich wobec Niemiec. Z natury rzeczy – podnosił – państwo takie musiałoby „chronić” Niemcy przed Rosją. Czy byłoby to w interesie państwa zachodnich? – pytał. Poglądy Balfoura miały wielką wagę, od grudnia 1916 r. bowiem zajmował on stanowisko minister spraw zagranicznych (Francji, J.U.), a także z tej racji, że podzielali je inni i to nie tylko Brytyjczycy.

Oczywiście osobną i ciekawą kwestią jest interpretacja przez Rząd Tymczasowy i późniejsze radzieckie władze ich deklaracji w sprawie Polski, ale nie może ulegać wątpliwości, że lutowa rewolucja w Rosji, obalenie dynastii Romanowów, była jak wysadzenie w powietrze olbrzymiego głazu, który stał na polskiej drodze ku wolności.

I za to właśnie, w roku jubileuszowym zwłaszcza, narodowi rosyjskiemu powinniśmy być wdzięczni.

The Jews in Poland Since  The Liberation

 

Wiele ostatnio szumu wokół  raportu Departamentu Stanu z 1946 r. ” The Jews in Poland Since  The Liberation”. Pani senator Anders oburzona zawartymi w raporcie oskarżeniami armii jej ojca o antysemityzm oznajmia, że materiał, na którym oparł się „Jerusalem Post” to „jakiś dokument w ogóle nie ujawniony”. Dokument jest łatwo dostępny w sieci i z pewnością wart przeczytania w całości. Zwłaszcza, że odnosi się do wielu aspektów polskiej historii współczesnej. Dla gotowych do jego lektury załączam kopię oryginału. Zaznaczenia i podkreślenia w tekście nie są moje.

INTELLIGENCE-RESEARCH-REPORT-DEPT-OF-STATE_022218

Wyklęci wyklęci

Patronami zbirów typu „Bury”, „Ogień”, czy Brygady Świętokrzyskiej są prezydenci Polski: Kaczyński, Komorowski, Duda, a ostatnio pospiesznie dołącza do nich Premier Morawiecki. Na grobach członków BŚ  w Monachium Premier Rzeczpospolitej, zaraz po swoim słynnym antysemickim ekscesie, składał  kwiaty. Hańba!

Brygada Świętokrzyska to organizacja zbrojna polskiego, skrajnego ruchu nacjonalistycznego, wywodzącego się z przedwojennego ONR-u. Brygada powstała w styczniu 1944r i odmówiła podporządkowania się polskiemu rządowi w Londynie, za swoich wrogów uznając Niemców, Sowietów (żołnierzy koalicji antyhitlerowskiej!), Żydów i działaczy lewicowych. Jak podają źródła historia walk Brygady Świętokrzyskiej z Niemcami jest skromna. Długa jest za to lista walk z polską partyzantką lewicową: z Gwardią Ludową i Armią Ludową . Długa jest też lista zbrodni na obywatelach polskich, Polakach podejrzewanych o lewicowe sympatie i  Żydach, na żołnierzach radzieckich i na Ukraińcach.   Żeby nie być gołosłownym kilka tylko z długiej listy udokumentowanych historycznie przykładów.

– 28 lutego 1944 – Rzeczyca – oddział NSZ „Cichego” powiesił działacza ludowego Walentego Kupca.

– luty 1944, Tomaszów Mazowiecki: Oddział NSZ „Las” zamordował trzy osoby za powiązania z AL, pokrewieństwo z partyzantami AL lub komunizm, dziewięć oddał Niemcom, którzy zesłali je do Gross Rosen. Tylko troje z nich przeżyło obóz.

– 9 marca 1944 – Petrykozy: Oddział NSZ “Las” zabił dwóch ukrywających się Żydów z Opoczna. Wcześniej brutalnie pobito małżeństwo, które ich ukrywało. Tego samego dnia w Pomykowie ten sam oddział zabił pięć osób w tym dwie kobiety za współpracę z “bandytami”. Dwoje miało być powiązanych z AL, reszta “nie wiadomo”.

– 8 września 1944 – Rząbiec: Brygada Świętokrzyska NSZ rozstrzelała 63 partyzantów radzieckich i czterech AL-owskich, którzy dali się wziąć do niewoli podczas ataku Brygady na obóz oddziału Tadeusza Grochala “Białego”. Z 40 jeńców narodowości polskiej 13 dołączyło do Brygady, reszta została uwolniona;

– 27 maja 1945 – Przedborze: Oddział NSZ Władysława Kołacińskiego „Żbika” dokonał uprowadzenia dziewięciorga ocalałych z holocaustu Żydów w tym jednej kobiety i dziecka. Zostali rozstrzelani w lesie.

– 16 stycznia 1944 zamordowany został Łęgowik Zygmunt ps. “Brzeszczot”, harcerz OM TUR, członek PPS i Gwardii Ludowej WRN, później dowódca zwiadu III Brygadzie Artylerii Armat im. Józefa Bema.

– 20 kwietnia w Kolonii Kobyłki (gm. Ludwinów, pow. Lubartów) partyzanci z oddziału AS „Szarego” zatrzymali jedenastu mieszkańców narodowości ukraińskiej; po pobiciu kijami dziewięciu z nich zastrzelono, w tym m.in. Maksyma Kaleńca z synem, Eliasza Kunacha i Katarzynę Pawelec.

– końcówka marca 1944, Łysowody k. Ćmielowa: Oddział NSZ “Las” przez 10 dni zwoził członków ludzi podejrzanych o koneksje z GL i PPR. Zamordowano 70 osób.

O ideowym fanatyzmie NSZ-ONR niech świadczy również fakt, że jego kontrwywiad prowadził listy proskrypcyjne na których umieszczano nazwiska podejrzanych o działalność lewicową lub żydowskie pochodzenie. W kwietniu 1944 r. na jednej z takich list znaleźli się m.in. Irena Sendlerowa – należąca do najbardziej zasłużonych w akcji ratowania dzieci żydowskich, oraz Aleksander Kamiński – redaktor naczelny „Biuletynu Informacyjnego” Komendy Głównej AK i autor „Kamieni na szaniec”.

Przykładów takich można mnożyć i mnożyć,  ale jeszcze dwa znamienne przykłady:

– dowódca NSZ-AK ppłk Albin Walenty Rak został skazany przez NSZ-ONR na karę śmierci i był ścigany z polecenia dowódcy NSZ-ONR mjr. Stanisława Nakoniecznikoffa-Klukowskiego, ps. „Kmicic”. Sam jednak Nakoniecznikoff-Klukowski zginął z rąk swoich ludzi 18 października 1944 r., gdy po upadku powstania warszawskiego próbował podporządkować NSZ-ONR Armii Krajowej.

– oto historia jednego z „bohaterów” Brygady Świętokrzyskiej” Huberta Jura, ps. „Tom”. Pochodzący z Pomorza Hubert Jura w 1943 r. otrzymał zadanie utworzenia na Kielecczyźnie oddziału Akcji Specjalnej NSZ, czyli stałej grupy leśnej do zadań specjalnych. Utworzony przez niego oddział „Sosna” przeprowadził pierwszą w okupowanej Polsce akcję przeciwko komunistycznej partyzantce – 22 lipca 1943 r. ludzie „Toma” zabili siedmiu partyzantów z oddziału GL im. Ludwika Waryńskiego złożonego w większości z Żydów zbiegłych z gett. Według NSZ był to odwet za mordy GL na działaczach ruchu narodowego.

Jesienią 1943 r. „Tom” nawiązał kontakt z hauptsturmführerem SS Paulem Fuchsem, gestapowcem odpowiedzialnym za zwalczanie ruchu oporu w dystrykcie radomskim. „Tom” wystawiał Niemcom ludzi lub sam ich likwidował. Jego ofiarami byli członkowie GL-AL, osoby podejrzewane o sympatie komunistyczne, ukrywający się Żydzi i członkowie narodowego podziemia, których „Tom” uznał za wrogów. Z czasem oddział „Sosna” przekształcił się w jego prywatną bojówkę. Dowództwo NZS zarządziło w końcu śledztwo, w wyniku którego „Tom” został uznany za zdrajcę i skazany na śmierć. Otrzymał jednak od Fuchsa ochronę i samochód z kierowcą. Po kilku nieudanych próbach zespół egzekucyjny NSZ w Radomiu zdołał ostrzelać kolaboranta, ale ranny „Tom” przeżył, trafił do szpitala dla Niemców, gdzie był chroniony przez gestapo.

W międzyczasie w NSZ nastąpił rozłam i ci, którzy wydali wyrok na „Toma”, znaleźli się w części organizacji scalonej z AK. Natomiast „Tom” po dojściu do zdrowia związał się z tworzoną właśnie Brygadą Świętokrzyską, gdzie jego przeszłość nikomu nie przeszkadzała. Przeciwnie, ten współpracownik gestapo został dokooptowany do Sztabu Głównego NSZ-ONR i dowództwa Brygady, stając się prawą ręką Otmara Wawrzkowicza, szefa wywiadu Brygady i członka kierownictwa NSZ-ONR. Równocześnie Niemcy zrobili „Toma” szefem pracującej dla gestapo częstochowskiej „firmy budowlanej” – w piwnicach siedziby przedsiębiorstwa jego ludzie torturowali i mordowali komunistów oraz oponentów z organizacji niekomunistycznych. On sam stał się egzekutorem zabijającym przeciwników dowództwa Brygady, w tym członków NSZ-ONR. Podwładni „Toma” zamordowali szefa wywiadu KG NSZ-ONR mjr. Wiktora Gostomskiego, bo sprzeciwiał się współpracy z Niemcami, a także kpt. Stanisława Żaka, szefa wywiadu krakowskich struktur NSZ, które podporządkowały się AK. W Wigilię 1944 r. „Tom” zastrzelił por. Władysława Pacholczyka, który kilka miesięcy wcześniej otrzymał rozkaz wykonania na nim wyroku śmierci. Co najmniej część dowódców Brygady wiedziała o tych zabójstwach. (Ale Historia. „Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda”, Rafał Wnuk).

I to jest najczarniejsza ze wszystkich czarnych stron historii Brygady Świętokrzyskiej: kolaboracja z hitlerowcami. O tej kolaboracji donosiły meldunki wywiadu Armii Krajowej

Oddział ten [Brygada Świętokrzyska] jest dobrze uzbrojony i wyszkolony. Ćwiczy i obozuje niemal na oczach Niemców, którzy nie atakują go. Gdzie indziej kielecka AK informowała: Stosunek ludności cywilnej do oddziałów NSZ jest wyraźnie wrogi, ze względu na rekwizycje żywności i zdarzające się przy tym rabowanie ubrań i bielizny (Ale Historia. „Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda”, Rafał Wnuk).

– szef wywiadu Inspektoratu Kieleckiego AK : Współpraca [NSZ] z gestapo była w zasadzie jawna i poszczególni dowódcy nie kryli się z tym, że otrzymują broń i amunicję do walki z komuną od władz okupacyjnych. Znany jest przypadek (styczeń lub luty 1944), gdzie oficerowie NSZ z bronią przyjeżdżali na gestapo w Ostrowcu [Świętokrzyskim], tam omawiali obławy na PPR i przekazywali gestapo materiał odnośnie komórek PPR. (…) Niemcy już wówczas uważali NSZ za polski „narodowy socjalizm” prowadzący jawną walkę z Rosją, robiący dywersję w ugrupowaniach politycznych Polski podziemnej i rozbijający spoistość Armii Krajowej. (…) Jawna współpraca z gestapo, lekkomyślne wyskoki poszczególnych dowódców, zwłaszcza po pijanemu, poderwały zaufanie społeczeństwa do NSZ. (Ale Historia. „Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda”, Rafał Wnuk).

 

– periodyk ludowców, „Ziemia”, pisał: NSZ łamie wspólny front społeczeństwa polskiego przeciwko Niemcom – kontaktuje się z nimi i pomaga im. (…) NSZ jest politycznym tworem faszystowskim – w stosunku do przeciwników używa środków gwałtu. W ten sposób NSZ zakwalifikował się jako grupa, której działalność w państwie demokratycznym winna być zabroniona(Ale Historia. „Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda”, Rafał Wnuk).

 

Wobec zbliżającego się frontu Brygada Świętokrzyska postanowiła ewakuować się na Zachód. Oto, co na ten temat mówi historia: W nocy z 13 na 14 stycznia 1945 r. Brygada Świętokrzyska wyruszyła w kierunku Czech. Ponieważ akcja została podjęta bez akceptacji Niemców, ci ostrzelali partyzantów i Brygada straciła kilku ludzi. Wykorzystując kontakty „Toma” i Wawrzkowicza, 15 stycznia dowództwo Brygady uzyskało od Niemców pozwolenie na cofanie się u boku Wehrmachtu. Od końca stycznia partyzanci zaczęli otrzymywać regularne racje żywnościowe i przyjęli też niemieckich oficerów łącznikowych do utrzymywania bezpośredniej łączności z dowództwem Wehrmachtu. Niemców reprezentował m.in. gestapowiec Fuchs, a wszystkie ważniejsze decyzje dotyczące formacji akceptowało berlińskie dowództwo SD i Abwehry. (Ale Historia. „Brygada Świętokrzyska. Zakłamana legenda”, Rafał Wnuk).

Ale wybielanie zbrodniarzy, pisanie historii na nowo nie zaczęło się dzisiaj. Przykładów dostarcza nam każdy niemal dzień od dwudziestu ośmiu lat. Oto Prezydent Polski, Lech Kaczyński bierze udział w odsłonięciu pomnika „Ognia” przywódcy bandy na Podhalu, który na swoim koncie ma długą listę zbrodni na obywatelach polskich, Polakach i Żydach, między innymi odpowiedzialny jest za wymordowanie pod Krościenkiem 13 Żydów (w tym siedem kobiet i 11 letniego chłopca; dwie z ofiar zmarło w szpitalu) zamierzających przekroczyć granicę w okolicy Krościenka.

„Wyklęci” powinni pozostać wyklętymi.

BIAŁO-CZERWONA

Obchody jubileuszu 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości trwają w najlepsze. Kulminacja jeszcze przed nami, ale już widać, że rządząca dziś nacjonalistyczna prawica organizuje je na modłę, której z pewnością by się nie powstydził jej ideolog Roman Dmowski. Dominuje kolor biały, z brunatnym szlaczkiem. Ale gdzie jest czerwony? Polska flaga nie bez kozery jest dwukolorowa: biały zszyty z czerwonym. W oficjalnych obchodach stulecia niepodległości polskiej lewicy jednak nie uświadczysz. Oczywisty fałsz.  A przecież…

Pamiętamy, że wolność przyszła do Polski z Legionami socjalisty Józefa Piłsudskiego, z orłem bez korony na żołnierskich czapkach.

Pamiętamy, że pierwszym niepodległościowym rządem polskim był  Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej na czele z innym wybitnym polskim socjalistą Ignacym Daszyńskim. Rząd ten podporządkował się Piłsudskiemu, a Daszyński został pierwszym premierem rządu utworzonego przez Komendanta.

Pamiętamy, że socjalista Józef Piłsudski przejmując odpowiedzialność za cały kraj odstąpił od uprawiania polityki partyjnej. On wiedział, w odróżnieniu od jego współczesnych imitatorów, że głowa państwa nie może być uwikłana w zależność od jednej partii i służbę krajowi przedłożył nad swoje poglądy wysiadając z tramwaju „Socjalizm” na przystanku „Niepodległość”.

Pamiętamy polskich socjalistów, komunistów, działaczy ruchu ludowego, którzy w Polsce międzywojennej budować chcieli nowy ustrój sprawiedliwości społecznej. Pamiętamy lewicowych poetów, pisarzy, nauczycieli, polityków, dziennikarzy, działaczy społecznych

I przypominamy o Polsce Ludowej. Tak jak II Rzeczpospolita wyłoniła się z zawieruchy wojny światowej, tak Polska Ludowa powstała dzięki zwycięstwu koalicji antyhitlerowskiej. Ale powstała i trwała również, a może przede wszystkim, dzięki temu, że pokolenia przedwojennych polskich lewicowców wytworzyły w Polsce sprzyjające społeczne podglebie, stworzyły społeczny fundament Polski Ludowej. Mówiąc wprost, bez polskiej przedwojennej lewicy nie byłoby Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej: państwa, które w swoich ideowych podstawach odrzucało ekonomię kapitalistyczną, państwa, które wydobyło polską wieś z nędzy, klasę robotników i chłopów uczyniło główną siłą polityczną, państwa niebywałego rozwoju gospodarczego i kulturowego.

I przypominamy, że to Polska lewica, w sytuacji, w której wyczerpały się jej możliwości rządzenia krajem, w sposób pokojowy, dając wyraz najwyższej odpowiedzialności za Naród i państwo, budząc uznanie całego demokratycznego świata, przekazała władzę opozycji, wspólnie z nią tworząc przy Okrągłym Stole podwaliny nowego, demokratycznego ustroju Polski.

I pamiętamy, że to polska lewica doprowadziła do przyjęcia przez Naród w drodze powszechnego referendum demokratycznej Konstytucji w 1997r.

I pamiętamy, że to lewicowy prezydent i lewicowy premier podpisywali Traktat o Przyjęciu Rzeczpospolitej Polskiej do Unii Europejskiej, również zaakceptowany przez Naród w powszechnym referendum w 2003r.

Sto lat temu Polska powróciła na mapy świata, w znacznej mierze dzięki polskiej lewicy. Później wszelako, prawicowe ugrupowania chciały ten kolor czerwony od naszej flagi oderwać. Nie udało się. Przyszły potem i takie czas, kiedy chciano pozbawić tą flagę koloru białego – też bez skutku. Dzisiaj jesteśmy znów świadkami prób, tym razem z wykorzystaniem potężnego arsenału propagandowych środków prawicowej władzy, oderwania czerwonego koloru od biało-czerwonej. No pasaran! To nie przejdzie!

Upośledzeni upośledzeni

Wojtek ma lat 51. Od urodzenia jest upośledzony umysłowo na skutek eksperymentów medycznych z tzw. porodem próżniowym. Ograniczona samodzielność, elementarne kłopoty w porozumiewaniu się z otoczeniem. Zatrudniony w państwowej instytucji, gdzie wykonuje najprostsze prace. Przy rodzicach. Rodzice: 89 i 81 lat, robotnicy, byli pracownicy nieistniejących już słynnych warszawskich zakładów przemysłowych. Rodzeństwa brak.

Rodzice, chcąc najlepiej jak mogą zapewnić Wojtkowi przyszłość zwracają się (formalnie Wojtek się zwraca) do Wojewódzkiego Wydziału d.s. Inwalidztwa w sprawie orzeczenia stopnia inwalidztwa. Orzeczenie jest dla Wojtka niepomyślne, więc znów rodzice (formalnie Wojtek) wnosi sprawę do sądu. Sąd przysyła „powiastkę” zawiadamiającą Wojtka (stronę) o terminie rozprawy.

Nie wyobrażam sobie stawiennictwa Wojtka przed sądem. Zaczynam więc szukać pomocy. Pierwszy adres: zaprzyjaźniona kancelaria adwokacka – z prośbą o kierunkową poradę, co można w sprawie zrobić. Odpowiedź brutalna: – kancelarie adwokackie nie zajmują się na ogół takimi sprawami. Sprawy trudne, a klienci na ogół biedni.

Może więc Państwo Polskie. Jest przecież Pełnomocnik Rządu d.s. Osób Niepełnosprawnych. Nawet ma przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie całe Biuro! I, a jakże,  przyjmuje interesantów z całej Polski: w każdy drugi wtorek miesiąca! Na stronie pełnomocnika nie uświadczysz żadnych wskazówek na temat pomocy prawnej dla niepełnosprawnych umysłowo.

Szukam w Internecie organizacji społecznych zajmujących się  niepełnosprawnymi. Jest ich bardzo, bardzo dużo. Nie udało mi się jednak znaleźć żadnej, która oferowała by pomoc osobom upośledzonym umysłowo w kwestiach prawnych.

Niektóre samorządy powołały swoich pełnomocników d.s. osób niepełnosprawnych. Najczęściej jednak, jak na przykład w Warszawie, zajmują się likwidowaniem barier urbanistycznych. We Wrocławiu Urząd Miejski wydał bardzo udany, obszerny i szczegółowy „Wrocławski Informator dla Osób Niepełnosprawnych i Ich Rodzin”. Niestety, nie ma nim nic na temat porad prawnych czy prawnego doradztwa, o osobach upośledzonych umysłowo nie wspominając.

W przypadku Wojtka pojawiła się szansa. Rzeczona kancelaria (serce szefa po właściwej stronie) podjęła się, bezpłatnie oczywiście, udzielić prawnego wsparcia Wojtkowi i jego rodzicom. To w tym przypadku. Ale sprawa wymaga moim zdaniem systemowej regulacji.  Po cóż nam rządowi pełnomocnicy, rozbudowana sieć organizacji pozarządowych, które słowo niepełnosprawność odmieniają w swoich statutach przez wszystkie przypadki wielokrotnie, skoro, jak przyjdzie co do czego, to osoba znajdująca się w poważnej potrzebie, zostaje sama.  Tak nie powinno być. Tak być nie może. Konstytucja gwarantuje każdemu obywatelowi prawo do sprawiedliwego sądu. Ale warunkiem sprawiedliwego rozpatrzenia sprawy jest i to, że wszyscy obywatele są wobec sądu równi. Osoby z niepełnosprawnością umysłową nie są. Osoby z niepełnosprawnością umysłowym nie stanowią atrakcyjnego dla polityków elektoratu, ale przecież to stosunek władzy do nich jest probierzem wierności tych polityków wszystkim humanistycznym ideom i hasłom, które na prawo i lewo głoszą.

BEZWSTYDNA POLITYKA

W jednym z felietonów zastanawiałem się kto będzie kolejnym „wrogiem Polski i Polaków” jako że cała taktyka PiS oparta jest o schemat: „Ja (J.K.) wskażę  Twojego wroga i ja cię przed nim obronię”.

Byli już lekarze, sędziowie, naukowcy, cały gorszy sort, Niemcy, Rosjanie, Żydzi (cały czas), uchodźcy, „totalna opozycja” i wiele innych grup i podgrup. Wydawać by się mogło, że trudno w tym szaleństwie znaleźć coś nowego, dlatego pytanie: „kto następny?” było całkiem zasadne. Ale okazało się, że stopnia szaleństwa nie doceniłem. Znaleziono obiekt, który wskazać należy oskarżycielskim palcem jako wrogo usposobionego do Narodu i Państwa Polskiego i któremu należy dać słuszny odpór. Tym obiektem stają się wszyscy ci obywatele Rzeczpospolitej Polskiej, którzy ośmielą się nie zgadzać z historyczną polityką Prawa i Sprawiedliwości. Jest to więc kolejna odsłona wojny polsko-polskiej, kolejna faza kształtowania przez PiS nowego społeczeństwa – tym razem kosztem dalszej rujnacji wizerunku naszego państwa i narodu w oczach zdumionego i zażenowanego świata. Mózgi polityczne PiS z całą premedytacją uznały, że straty w wizerunku Polski w świecie warte są kilkuprocentowego wzrostu poparcia wśród potencjalnych wyborców. Być może jest to przygotowanie do przedterminowych wyborów parlamentarnych? Jeżeli okaże się to prawdą, jeżeli okaże się, że ponad trwałość strategicznych sojuszy polskiego Państwa przedłożono doraźne korzyści polityczne ugrupowania, które w wyborach poparło niespełna 20% Polaków, to będzie musiało to zostać  potraktowane jako działanie na niewyobrażalnych rozmiarów szkodę Państwa i podlegać powinno stosownym sankcjom.

Oczywiście nie chodziło animatorom afery z ustawą o IPN o termin „polskie obozy koncentracyjne”.  Prostowanie zwykłych przejęzyczeń (jak o nie łatwo przekonał się sam premier Morawiecki, kiedy anglojęzyczni słuchacze jego „orędzia” ze zdumieniem odczytali, że  „obozy koncentracyjne były polskie” ) czy też bardzo nielicznych enuncjacji intencjonalnie przypisujących Polakom współwiny za Holokaust doczekało się wcale skutecznej praktyki ze strony polskich służb dyplomatycznych, organizacji społecznych czy mediów. Choć były to enuncjacje nieliczne, to jednak były i to właśnie stało się pretekstem do wykreowania tezy o „polityce wstydu” jaką przedpisowskie rządy, według J.Kaczyńskiego, kultywowały.

Cóż to za pojęcie, logiczna konstrukcja – „polityka wstydu”? Tego nikt racjonalnie wyjaśniać nie zamierza. Ważne, że działa na emocje niektórych, że bardzo dobrze komponuje się z hasłem „Polsko wstań z kolan!”. I właśnie te emocje stanowią jedyne uzasadnienie ustawy forsowanej przez PiS wbrew wszystkim i wszystkiemu, wbrew prawnikom, legislatorom, światowej opinii publicznej. Ustawa swoim ostrzem nie jest skierowana na zewnątrz, zagranicę. Ona jest skierowana do wewnątrz, do tych wszystkich, którzy chcieliby badać, podnosić w dyskusjach kwestię zbrodni popełnionych w czasach wojennych przez Polaków. Nie jest głównym celem ustawy wprowadzenie jakichś jasnych regulacji, norm. Celem jest zastraszenie. Ustawa ma kreować PiS jako jedynego obrońcę narodowej godności, honoru i Bóg wie jeszcze czego.

Pewnie niejedna polska rodzina skrywa w labiryntach swojej pamięci różne tragiczne zdarzenia, które nie zawsze można, zwłaszcza dzisiaj, uznać za bohaterskie. Żadna ustawa z pamięci ich nie wymaże.

PiS swoją polityką historyczną zaszpachlować chce te wszystkie szare i czarne plamy i pokryć szpachlę biało-czerwoną dumą narodową. To z grunt zła droga, obliczona na krótkotrwały, doraźny efekt. Potrzeba nam zgoła czego innego. Potrzeba nam prawdy, zwykłej, czasami trudnej, ale prawdy. Dociekania do niej nie mogą być jednak prowadzone w atmosferze zagrożenia represjami karnymi zwłaszcza dzisiaj, gdy prokuratura i sądy są w znacznej mierze upolitycznione, sterowane z Nowogrodzkiej. W ustawie czytamy: „…kto wbrew faktom…”, ale przecież już osiem lat ciągnąca się awantura smoleńska pokazała jak PiS traktuje fakty i jakie akrobacje potrafi z nimi wyczyniać.

Prawda nas wyzwoli. Ale aby tak się stało musimy uporać się z wieloma tematami tabu, tematami szeroko omijanymi dotychczas w publicznym dyskursie. Inspirowany zamieszaniem wokół ustaw o IPN próbowałem otóż dociec jakichś naukowych opracowań dotyczących skali zbrodni dokonanych na obywatelach polskich, narodowości żydowskiej przez obywateli polskich polskiej narodowości. Nie znalazłem nic. Być może szukałem niedostatecznie uważnie, ale gdyby takie opracowania były łatwo dostępne, to nie musielibyśmy dzisiaj miotać się pomiędzy dwoma a dwustoma tysiącami żydowskich ofiar, bo w takim przedziale przywoływane są te liczby w różnych nienaukowych dyskursach.

Według niektórych źródeł historycznych (opartych o szacunki AK) około 60 tys. Polaków współpracowało z Gestapo. Na czym polegała ta współpraca? Może tak jak w tym zachowanym donosie (za „Przegląd Tygodniowy”, 08.12.2014) :

Wiele na ten temat mówi książka „Szanowny Panie Gistapo” Barbary Engelking. To tylko donosy do Gestapo. A do innych służb ?

A cóż powiedzieć o takiej opinii prof. J.Kochanowskiego o Granatowej Policji: „- Odsetek policjantów współpracujących z organizacjami konspiracyjnymi, głównie AK, ale i BCh oraz innymi nurtami podziemia niepodległościowego można oszacować na ok. 30 proc. ….Z pewnością część funkcjonariuszy wykazywała szkodliwą, a nawet zbrodniczą nadgorliwość. Są znane przypadki wyłapywania przez policjantów uciekinierów z getta lub ukrywających się Żydów.”

Polacy zapisali się złotymi zgłoskami w światowej historii walki z faszyzmem, w tym głównie z niemieckim najeźdźcą. Ich martyrologia, poświęcenie, ofiarność jest bardzo dobrze udokumentowana, doczekała się również wielu wybitnych dzieł literackich. Możemy być dumni ze swoich przodków i wciskanie kitu o „polityce wstydu” jest nieprzyzwoitością, bezwstydem. Wielkość narodu nie polega jednak na celebrowaniu wyłącznie chwały. Polega również na gotowości zmierzenia się z ciemniejszymi stronami swojej historii. Ustawa o IPN przyjęta przez Parlament w żaden sposób temu celowi nie służy. Wręcz przeciwnie. Ustawa ta jest dla Polski szkodliwa.