A jak Włodek szedł na wojnę….

Kilka tygodni temu publicznie wyraziłem swoje uznanie dla postawy Włodzimierza Czarzastego, który jako marszałek Sejmu otwarcie odmówił poparcia nachalnym, bezczelnym żądaniom Donalda Trumpa przyznania mu pokojowej nagrody Nobla. Nic w mojej ówczesnej ocenie nie zmieniam – podobnie oceniłbym każdego marszałka sejmu, który postąpiłby jak Czarzasty.

Od wielkości do śmieszności droga jednak, jak widać, bywa bardzo krótka. Chociaż słowo „śmieszność” to w tym przypadku za mało. Krótko mówiąc, chodzi mi o sławetne już wystąpienie marszałka polskiego sejmu w Radzie Najwyższej Ukrainy sprzed kilku dni. Pytanie podstawowe to kogo reprezentuje marszałek sejmu?  Nie reprezentuje władzy wykonawczej ani prezydenckiej, chyba że działa w ścisłym z nimi porozumieniu. Reprezentuje polski sejm, a więc wszystkich posłów, w tym również tych, którzy osobistych poglądów marszałka nie podzielają. Wykorzystując godność marszałka sejmu,  Włodzimierz Czarzasty wystąpił w Kijowie jako polityk prezentujący swoje własne poglądy i opinie.

Wystąpienie Włodzimierza Czarzastego w ukraińskim parlamencie w wielu swoich fragmentach było kontrowersyjne, a nawet bulwersujące. Zostało ono przez Czarzastego odczytane. Każde więc słowo, które padło zostało przez kogoś przemyślane – o improwizacji, przejęzyczeniu nie ma więc w tym przypadku mowy. Odniosę się do kilku tylko kwestii.

Na samym początku padła bardzo ważna deklaracja, że Rosja jest wrogiem Polski. Podkreślam: „Rosja” nie „Rosja Putina”. Dla Czarzastego Rosja, a więc państwo i naród jest więc wrogiem Polski w sensie strategicznym, geopolitycznym, społecznym i kulturowym niezależnie od  aktualnej władzy na Kremlu. Czarzasty wpisuje się więc tym samym w szeregi tych polityków, głównie amerykańskich, którzy od dawna za cel stawiają sobie zniszczenie Rosji jako państwa, wzmacniając tym poczucie zagrożenia  Rosjan dla swojej państwowości.

„Wróg” to pojęcie bardzo mocne. Według Słownika Języka Polskiego wrogiem Polski byłoby państwo: nieprzyjaźnie ustosunkowane wobec Polski, państwo będące w stanie wojny z Polską. Czy współczesna Rosja jest takim państwem? Żadne oficjalne dokumenty ani wystąpienia przedstawicieli obecnych rosyjskich władz nie dają podstaw do takich stwierdzeń. Wręcz przeciwnie – w wielu z nich znaleźć można jednoznaczne deklaracje o strategicznym braku zainteresowania współczesnej Rosji jakimś „Drang nach Westen”.

Rosja jako wróg Polski jest produktem polskim, rezultatem splątania się trzech  wątków: tradycyjnej rusofobii części polskich elit, geopolitycznych, strategicznych interesów USA oraz międzynarodowego  lobby finansowo zbrojeniowego, dla którego rozżeganie i kontynuowanie wojen jest niezmiennie, bardzo wydajnym źródłem kolosalnych zysków.  Jeżeli więc według Czarzastego „Rosja jest wrogiem Polski”, to jest nim z naszego wyboru, z naszego wskazania.

Czarzasty nie prezentuje tu swojej oryginalnej myśli. Świeci światłem odbitym, powtarza  tezę od lat wtłaczaną w publiczną przestrzeń, że Polska prowadzi z Rosją wojnę, wprawdzie oficjalnie nie wypowiedzianą, ale  jak najbardziej rzeczywistą.  Czy jednak rolą, kompetencją marszałka sejmu, reprezentującego całą polską klasę polityczną jest propagowanie takich tez?

W kwestiach wojny i pokoju Czarzasty śmiało brnie naprzód. Stwierdza między innymi: „Pokój (na Ukrainie) będzie tylko wtedy, gdy Rosja zmuszona zostanie przez naszych żołnierzy (podk. JU) do zaprzestania agresji”. Czy marszałek sejmu potwierdza tymi słowami, że polscy żołnierze już biorą czynny udział w walkach, czy też zapewnia władze Ukrainy o polskiej interwencji zbrojnej w ten konflikt w najbliższej przyszłości?  Czyje upoważnienie miał Czarzasty do składania takich deklaracji?

Miał Czarzasty w Kijowie szansę na kontynuowanie swojej drogi do elity politycznej. Mógł okazać się politykiem dużego formatu, gdyby podniósł kwestię przyszłości, a więc konieczności ułożenia sobie relacji z Rosją post putinowską. Bo przecież taka kiedyś będzie. Po raz nie wiadomo który dowiedzione zostało dlaczego ogórek nie śpiewa.

Na wyżyny niekompetencji wzniósł się marszałek Czarzasty dobitnie zapewniając parlament Ukrainy, że państwo to będzie członkiem Unii Europejskiej. Podobnie zapytać można w czyim imieniu taka deklaracja została wyartykułowana. Kto upoważnił Czarzastego do takiej kategorycznej deklaracji? Z pewnością nie Parlament Europejski ani Komisja Europejska.

Na koniec najboleśniejsza dla mnie sprawa. Zakończenie wystąpienia marszałka polskiego sejmu  zawołaniem, które dla ukraińskich, nacjonalistycznych band było hasłem do rozpoczynania akcji mordowania Polaków, zawołaniem, którym ukraińscy zwyrodnialcy mobilizowali się i upewniali się nawzajem w słuszności swoich okrucieństw, jest dla mnie nie do zaakceptowania. Być może będę w swoim zdaniu w mniejszości, ale nie mogę poprzeć takiej postawy polskiego oficjela, przywódcy partii, która słowo „Lewica” ma w swojej nazwie. To zawołanie nie musiało paść z ust marszałka polskiego sejmu. Niestety padło.

Uznanie i szacunek

Z Włodzimierzem Czarzastym wiele mnie różni. Zwłaszcza w kwestiach ideowych: rozumienia pojęcia „lewica”. Odpowiedzialności i zadań lewicy w dzisiejszych czasach taj najeżonych starymi i nowymi zagrożeniami dla człowieka. Niegdyś komentowałem wydarzenia wewnątrzpartyjne, zwłaszcza okresu transformacji SLD w Nową lewicę.   Dzisiaj nie zmieniam zdania w kwestiach ideowych. Sprawami wewnątrzpartyjnymi Nowej lewicy również się nie zajmuję, gdyż nie jestem członkiem tej partii. Chociaż przez jakiś czas byłe. Wprawdzie zadeklarowałem publicznie, że do NL nie wstąpię i nie złożyłem wymaganych deklaracji, to jednak ze zdziwieniem dowiedziałem się, że członkiem tej partii jestem! Na pytanie do partyjnych urzędników jak to się stało, uzyskałem odpowiedź: „zostałeś przyjęty przez wcielenie”. „Wycieliłem’ się więc czym prędzej.

Dzisiaj Włodzimierz Czarzasty jest Marszałkiem Sejmu, drugą osobą w państwie. I jako Marszałek właśnie zyskuje moje uznanie. Chodzi oczywiście o jego odmowę udzielenia poparcia staraniom (kogo?) o przyznanie pokojowej nagrody Nobla prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi. Marszałek Czarzasty taktownie, ale jednoznacznie odmówił poparcia tym staraniom. Okazał się nie tylko mężem stanu rzeczywiście, praktycznie broniącym suwerenności i godności państwa polskiego, ale wykazał się też, co również jest rzadkością dużą odwagą polityczną zarówno wobec wszechpotężnych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej jak i wobec wewnętrznych współkoalicjantów. Wkroczył zdecydowanie w obszar polskiej polityki zagranicznej – obszaru o którego zarząd zaciekle walczą dwa pałace: duży i mniejszy.

Taka postawa zasługują na uznanie i szacunek.

Włodzimierz Czarzasty jedną swoją decyzją znalazł się w pierwszej lidze europejskich polityków. Pokazał, że wola USA to nie przymus prawny i polityczny. Ciekawe, ilu znajdzie naśladowców wśród mężów stanu innych państw. Bo, że znajdzie, to nie ulega dla mnie wątpliwości. Ważniejszą kwestią będzie jedna praktyczna reakcja na taką samowolkę wasala. Czy Stany dostrzegą w tym geście Czarzastego zalążek epidemii wśród europejskich i światowych polityków? Czy zechcą publicznie, dla przykładu ukarać Czarzastego i Polskę, czy też załatwią sprawę po cichu i w rękawiczkach?

Gwiazda Włodzimierza Czarzastego – męża stanu rozbłysła. Czy na długo? Do końca kadencji sejmu już niedaleko, a co będzie dalej – o tym zadecydują wyborcy Póki co Czarzasty jest pierwszym polskim mężem stanu, który osobiście obłożony został sankcjami przez USA. Nie inaczej jak sankcje właśnie traktować należy kuriozalne, amerykańsko głupie  zachowanie się ambasadora USA w Warszawie, który w reakcji na stanowisko Marszałka Sejmu ogłosił oficjalny bojkot jego osoby. Żałosne, śmieszne zachowanie pokazujące jak głębokiego dna sięgnęła amerykańska dyplomacja. Jak widać pan ambasador nie różni się niczym od swojej trampowskiej poprzedniczki, ambasador Mosbacher, która między innymi tak radziła polskim posłom przed głosowaniem nad ustawą ważną z punktu widzenia interesów USA: „Przyjdźcie do ambasady, porozmawiamy i wypracujemy rozwiązanie dobre dla wszystkich”.

Swego czasu wiceprezydent USA Biden groźbami i szantażem  wymusiła na prezydencie Ukrainy zmianę na stanowisku Prokuratora Generalnego tego państwa, gdy ten wziął na tapetę spółkę syna wiceprezydenta. Marszałek Sejmu to nie prokurator generalny ani inny urzędnik podległy prezydentowi czy premierowi i jego ewentualne usunięcie wymagać będzie bardziej subtelnych zabiegów. Zobaczymy. Kluczowe będzie przy tym realne, nie werbalne poparcie współkoalicjantów dla Marszałka Sejmu.

Sprawa pokojowej nagrody Nobla dla Trumpa ściśle wiąże się z losami jego „zaproszenia” Polski do tworzonej przez siebie  tzw. Światowej Rady Pokoju. Mówiąc bez owijania w bawełnę: czy w głowach polskich polityków nie zakiełkuje oto myśl, aby zgodą na przystąpienie do ŚRP (jeden miliard USD wpisowego) nie udobruchać rozgniewanego przez Włodzimierza Czarzastego najbliższego i najważniejszego według nich sojusznika Polski.

A jeżeli już przy tym, to na ścianie gabinetu każdego ważnego urzędnika i polityka polskiego zawisnąć powinna sentencja, swego czasu wygłoszona przez Henry Kissingera (a jemy trudno odmówić autorytetu w tych sprawach):

Niebezpiecznie jest być przeciwnikiem USA,

ale być ich sojusznikiem jest śmiertelnie groźne.

Afera KPO

Media prześcigają się w egzaltacjach nad nieprawidłowościami w wydawaniu środków z Krajowego Planu Odbudowy, będącego polską częścią największego programu gospodarczego  Unii Europejskiej NextGeneration EU. Nie jestem zaskoczony. Wartość NG EU to około 800 mld, z czego około 60 mld EUR przypada Polsce. Kwoty wręcz kolosalne. Osobliwość NG EU polega  nie tylko na wartości tego programu, ale również na źródłach pozyskiwania środków. Po raz pierwszy wprowadzono do obrotu środki pozyskane z pożyczek zaciągniętych solidarnie przez państwa członkowskie i to od razu w tak ogromnej skali.

Od samego początku dyskusji o NG EU było dla mnie jasne, że ten projekt wymaga „obudowania” go specjalnym systemem audytu. Niestety ani Unia Europejska ani Polska nie sprostały temu wyzwaniu.

Korzenie zła sięgają lat wcześniejszych, przedpisowskich, kiedy to Komisja Europejska – bardzo słusznie – zażądała, aby sprawozdaniom z wydatkowania środków unijnych przez kraje członkowskie towarzyszyła informacja o „Rocznym Podsumowaniu dostępnych audytów i deklaracji” czyli innymi słowy „poświadczenie wiarygodności” wydatkowania środków unijnych, przedstawione przez zewnętrznego, niezależnego audytora. I tutaj poważna wpadka, a może celowe działanie Unii Europejskiej, Mogła otóż Unia zażądać, aby owo „poświadczenie” wydawał Najwyższy Organ Kontrolny państwa członkowskiego – na ogół niezależny od władzy wykonawczej. Tymczasem KE pozostawiła rozwiązanie tego problemu krajom członkowskim i w ten sposób owym „niezależnym” audytorem stała się specjalna komórka powołana w Ministerstwie Finansów. Tak więc rząd kontrolował samego siebie i sobie samemu wystawiał opinie.

PiS poszedł jeszcze dalej. Wyjął procedury poświadczenia wiarygodności z Ministerstwa Finansów i powołał z propagandowym hukiem Międzyresortowy Zespół do spraw Funduszy Unii Europejskiej, któremu przewodniczył minister funduszy i polityki regionalnej. To ten minister miał KE przedstawiać „Roczne podsumowanie wiarygodności”. Konia jednak z rzędem temu, kto na stronach rządowych znajdzie publikację „Rocznego podsumowania…” jakie rząd polski zobowiązany jest dostarczać Komisji Europejskiej w ramach wspólnej kontroli budżetu Unii. Prawdą jest też, że nikt o taką publikację nie woła.

Świadomy powagi sytuacji skierowałem w 2021 roku „list otwarty” (zamknięty też) do Klubu Parlamentarnego Lewicy. W liście nie tylko przedstawiłem problem, ale i konkretne propozycje do rozważenia. Oto one:

  1. Wprowadzenia do Krajowego Planu Odbudowy szczegółowych i konkretnych zapisów odnoszących się do systemu kontroli wydatkowania środków.
  2. Wyznaczenia Sejmowej Komisji Kontroli Państwowej zadania bieżącego monitorowania procesu kontroli środków w ramach NextGeneration EU.
  3. Niezwłocznego zlecenia wydania opinii prawnej w sprawie uznania w świetle polskiego prawa środków z NextGeneration EU za środki publiczne, co jest warunkiem rzetelnego audytu wykorzystania tych środków.
  4. Wystąpienie KP Lewica do Kolegium Najwyższej Izby Kontroli o:

4.1  Uwzględnienie w Strategii Kontroli NIK zadania „Kontrola tworzenia i realizacji Krajowego Planu Odbudowy”.

4.2  Przeprowadzenia audytu „rocznych podsumowań dotyczących dostępnych audytów i deklaracji”, jakie rząd polski jest zobowiązany corocznie przedkładać Komisji Europejskiej.

Oczywiście moje wystąpienie nie spotkało się z żadną reakcją ze strony lewicowych parlamentarzystów. W tej historii jak w soczewce, przedstawia się problem odpowiedzialności polityków za kontrolę wydatkowania środków publicznych. Dlatego aferą KPO jak i innymi zaskoczony nie jestem i nie będę.

 

Utopolis

W oczekiwaniu (bez zniecierpliwienia) na wyniki prezydenckich wyborów wertowałem swoją biblioteczkę. Przypadkowo zupełnie  wpadła mi w ręce cieniutka broszurka zatytułowana ”Dziennikarski kodeks obyczajowy” Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej z 1996 r. Dla zachęty do czytania całości przytoczę dwa punkty tego Kodeksu.

I

Podstawowym obowiązkiem dziennikarza jest poszukiwanie i publikowanie prawdy.

Niedozwolone jest manipulowanie faktami. Komentarz własny czy hipotezy autora powinny być wyraźnie oddzielone od informacji. W sytuacjach konfliktowych obowiązuje szczególna staranność w dotarciu do źródła informacji wszystkich stron sporu. W razie trudności dotarcie do jednej ze stron sporu obowiązuje stwierdzenie, iż są to dane częściowe.

 Autor, zobowiązany jest do sprostowania z własnej inicjatywy gdy informacja okazuje się fałszywa lub nieścisła.

Żaden motyw, żadne naciski czy inspiracje nie usprawiedliwiają podania fałszywych czy niesprawdzonych informacji.

V

Obowiązuje bezwzględny zasad publikacji głoszonych. Głoszących propagandę wojny, przemocy, gwałtu oraz naruszających uczucie religijne i osób niewierzących uczucia narodowe prawa człowieka, odrębność kulturową. Propagujących pornografię.

Współczesne media odleciały od tych prostych zasad Kodeksu o lata świetlne, a same te zasady kwitowane są dzisiaj jednym, pogardliwie brzmiącym określeniem: UTOPIA. Ale czy dlatego, że komercjalizacja mediów doprowadziła do upadku etyki i moralności dziennikarskiej mamy się z tym pokornie godzić? Nasza na to zgoda będzie również zgodą na katastrofalne dla człowieka i człowieczeństwa skutki komercjalizacji wszystkich innych dziedzin naszego życia, choćby kultury czy ochrony zdrowia, o wyborach władz publicznych nie wspominając. A przecież mamy prawo do innego, lepszego świata.

„Utopolis” T. Mora był krzykiem intelektualisty na bezmiar niesprawiedliwości, wyzysku w 16-to wiecznej Anglii. Był próbą sformułowania alternatywy dla tych stosunków, próbą nakreślenia wizji państwa opartego na prawie, społecznej równości i sprawiedliwości. Dzieło Mora odegrało ważną rolę w organizowaniu się powszechnych, zbiorowych buntów angielskiego chłopstwa, dzierżawców i ubogiego plebsu wobec wszechwładzy i bezwzględnego wyzysku panującej kasty „dobrze urodzonych”, właścicieli latyfundiów, wysokich urzędników państwowych i wielu prawników. Bunty te były niezwykle krwawo (dla przykładu i odstraszenia) tłumione przez władzę „dobrze urodzonych”. I to ci, którzy spowodowali utopienie we krwi buntów angielskiej biedoty,  sprawili potem, że tytuł „Utopolis” stał się w europejskim kręgu kulturowym rdzeniem pojęcia „utopia”, synonimem bujania w obłokach, nieodpowiedzialnej naiwności czy wręcz prymitywnego, godnego potępienia (przez rządzących) populizmu, sprowadzającego masy ludzkie na bezdroża i manowce. Naruszanie bowiem ustanowionego, boskiego porządku społecznego musi spotkać się z najsroższymi karami ze strony sprawujących władzę.

Nie bójmy się utopii. Nie bójmy się rozmawiać o państwie sprawiedliwym, odpowiedzialnym opiekuńczym. O państwie bez wyzysku, korupcji, mega oszustw popełnianych pod parasolem „władzy”, o państwie, w którym władza jest synonimem obowiązku i odpowiedzialności, a nie synonimem przywilejów i/lub hodowanej przez skomercjalizowane media głupoty.

BIEJAT!

Przymusiłem się wczoraj wieczorem do obejrzenia pierwszej debaty kandydatów na urząd Prezydenta RP. Przymusiłem się, gdyż wszystko wskazywało na to, że debata ta nie odbiegnie od  z dawna utrwalonych wzorców polskich politycznych dyskusji, które prędzej czy później (raczej prędzej) sprowadzają się do zwykłej pyskówki. Już same okoliczności zainicjowania tej debaty, przepychanki fizyczne i wokalne  przed jej rozpoczęciem, wynikające stąd znaczne opóźnienie w rozpoczęciu spotkania odzwierciedlały niepoważny w sumie charakter całej kampanii wyborczej. Bo ta kampania jest niepoważna. Unika się w niej drążenia podstawowych problemów polskiego społeczeństwa i polskiej gospodarki. Drążenia, gdyż są one ledwie muskane przez kandydatów. Należą do nich bez wątpienia problemy z wypełnianiem przez państwo konstytucyjnego obowiązku zapewnienia obywatelom należytej opieki zdrowotnej, polityka mieszkaniowa nakierowana na potrzeby obywateli, a nie na potrzeby banków i deweloperów, skandalicznie niskie w skali europejskiej nakłady na rozwój nauki i postęp technologiczny. Zupełnie w debacie zabrakło takich ważnych tematów jak kultura, czy oświata.

Nie sięgałem jeszcze do dzisiejszych medialnych ocen tej debaty, gdyż nie chciałem zostać nimi „skażony”. Tym bardziej nie szukałem odpowiedzi na pytanie: „kto wygrał?”. Odpowiedź na to pytanie wymaga ustalenia wpierw kryteriów klasyfikacji. Na mój prywatny użytek przyjąłem za podstawę do takiej oceny odpowiedź na inne pytanie: którą z biorących w debacie osób widziałbym najchętniej jako gospodarza Pałacu Prezydenckiego, jako reprezentanta Polski, jako osoby ogarniającej najważniejsze problemy polskiego społeczeństwa. Niebagatelne znaczenia ma dla mnie też ogólna kultura osobista, komunikatywność, i rzecz jasna potwierdzone kompetencje do sprawowania najważniejszego w państwie urzędu. Kierując się tymi kryteriami bezapelacyjnym zwycięzcą (zwyciężczynią?) spotkania uznałem Magdalenę BIEJAT, która pozostałych uczestników debaty pozostawiła w tyle o kilka długości. Chociaż jej program wyborczy jest dla mnie nie tyle lewicowy a ledwie lewicujący i chociaż nie podzielam wszystkich głoszonych przez nią poglądów, to jednak okazała się ona jedyną osobowością wśród kandydatów o formacie prezydenckim. Kompetentność połączona z klarownością wypowiedzi, osobista kultura emanowały z każdego niemal wypowiedzianego przez Biejat zdania. A do tego umiejętność unikania wciągania w pospolite, polityczne pyskówki. Tak, dla mnie Magdalena Biejat jest niezaprzeczalną zwyciężczynią wczorajszych prezentacji.

Słowa uznania należą się też pani profesor Joannie Senyszyn. Głównie za to, że choć nieśmiało, ale jednak jako jedyna ośmieliła się wyartykułować fundamentalną przecież dla dyskusji o przyszłości Polski opinię, że teza o zagrożeniu bezpieczeństwa Polski ze wschodu jest fikcją. Szkoda, że z tej tezy, z antywojennej polityki Pani profesor nie uczyniła głównego wątku swojego programu.

Mariaż stulecia

Od samego początku intrygował mnie mariaż Donalda Trumpa z Elonem Muskiem, który ujawnił się pod koniec wyborczej kampanii na urząd prezydenta USA. Intrygował i niepokoił. Z jednej strony stary człowiek, samolubny cynik, bogaty biznesmen, dla którego prezydentura ta jest nie tylko zwieńczeniem jego ponad pięćdziesięcioletniej kariery politycznej, ale i ostatnią szansą, aby po sobie pozostawić COŚ, jakiś trwały w historii USA ślad. Z drugiej strony „ołtarza” jeden z najbogatszych ludzi na świecie, ale przede wszystkim wizjoner, który udowodnił, że dla niego, dla jego wizji, nie ma zastosowania tradycyjna sentencja: „sky is the limit”. Musk jest  ambitnym biznesmenem, który chce zmieniać świat, i który udowodnił, że potrafi swoje wizje realizować. Ogłoszenie przez Trumpa, że zamierza powołać Muska do swojego rządu, powierzając mu kierowanie nowym departamentem „wydajności państwa” przypieczętowało ten dziwny, oryginalny związek. Interes Trumpa w tym związku jest dla mnie czytelny. Ale interes Muska zupełnie nie. Przecież nie wchodzi on do rządu Trumpa dla urzędniczej pensji. Można przypuszczać, że władzę i moc urzędu Trumpa będzie chciał wykorzystać do realizacji swoich, dalekosiężnych planów. Jakich? To w tym całym układzie jest dla mnie pytaniem najważniejszym.

Tymczasem, choć formalnie kadencja Trumpa jeszcze się nie zaczęła, inspirowane przez niego  tektoniczne wstrząsy światowej skorupy politycznej już wyraźnie dają się odczuć. Upomnienie się  o Grenlandię, Kanał Panamski czy Kanadę to dopiero początek.

Ale i Musk nie próżnuje. Szerokim echem w Niemczech, a stosunkowo słabym w reszcie świata odbiła się polityczna konkwista Muska w Niemczech. W opublikowanym niedawno wywiadzie dla „Welt am Sonntag” Mask po raz wtóry zdecydowanie poparł niemiecką AFD. Ta właśnie paria jest dla Muska „ostatnią iskrą nadziei”. Jest on zdania, ze „AfD może uratować Niemcy przed tym, by stały się cieniem samego siebie”. Musk właściwie namaścił A. Weidel, jedną z liderek AFD na urząd kanclerza Niemiec.

Elon Musk znany jest ze swoich prawicowych ciągot. Wyraźnie wspiera ostatnio  prawicowo-populistycznych polityków w Europie, w tym premier Włoch Giorgię Meloni  i lidera brytyjskiej Partii Reform Nigela Farage’a. Incydent niemiecki ma jednak dużo większe znaczenie. Nastąpił bowiem w trakcie trwającej już w Niemczech, przyspieszonej po rozwiązaniu przez Kanclerza Niemiec Bundestagu, burzliwej parlamentarnej kampanii wyborczej.

Polskie media, starające się za wszelką cenę, łapiąc się prawą ręką za lewe ucho, uzasadniać interwencją Rosji w wyborach w Gruzji, Mołdowie czy Rumunii praktycznie nie zauważyły „incydentu niemieckiego”. A niesłusznie. E. Musk odpierał zarzuty prasy niemieckiej nieuprawnionej interwencji w wewnętrzne niemieckie sprawy utrzymując, że: jego znaczące inwestycje w Niemczech dają mu prawo do wypowiadania się na temat największej gospodarki Europy. I tutaj jest pies pogrzebany.

Bezceremonialne traktowanie przez Trumpa dźwigni ekonomicznej do brutalnej interwencji w wewnętrzne sprawy innych państw opisałem we wpisie „Namiestnik Mosbacher” z dnia 28.11.2018 r. W tamtym przypadku mieliśmy – i z pewnością mieć będziemy nadal – z interwencjonizmem państwowym. Musk rozszerza ramy tego interwencjonizmu, nadając prawo do niego każdej osobie fizycznej lub prawnej, która w danym kraju ma „znaczące inwestycje”. To strzał z granatnika w serce europejskiej demokracji. To polityczna ukrainizacja Unii Europejskiej. To w końcu zwiastun nowego europejskiego ładu: oligarchokracji. Będzie się działo.

Hołownia? – NIE!

Wysłuchałem w dniu wczorajszym telewizyjnego wystąpienia Marszałka Sejmu Sz. Hołowni, jednego z kandydatów do najwyższego urzędu w Rzeczypospolitej. W zdumienie graniczące z niedowierzaniem wprawił mnie fragment tej przemowy do Narodu, w którym kandydat na Prezydenta RP odnosił się do ogłoszonej niedawno zgody władz ukraińskich na przeprowadzenie ekshumacji zwłok Polaków pomordowanych w ramach tzw. „rzezi wołyńskiej”. Ukraina zdecydowanie i konsekwentnie do dzisiaj torpedowała wszystkie polskie inicjatywy w tej sprawie. Ostatecznie zgodziła się pod stanowczą presją Polski zablokowania temu państwu drogi do Unii Europejskiej. Żadna więc ze strony Ukrainy wola rozliczenia się z tymi zbrodniami – czysty, polityczny biznes.

I oto w tej sytuacji kandydat Hołownia rad wielce z tej decyzji ogłasza, że nam (Polakom) nie chodzi o nic więcej tylko o to abyśmy  mogli zapalić świeczkę na grobach swoich krewnych na Ukrainie, gdyż to jest dla nas, dla naszej tradycji bardzo ważne.

Aspirant na urząd Prezydenta Polski ni pół słowem nie zająknął się na temat upaństwowienia kultu inspiratorów tych mordów, tych wszystkich Banderów, Szuchewiczów, których dzisiaj wynosi się na ołtarze, na sztandary i cokoły pomników. Hołownia nie dostrzega niebezpieczeństwa dla przyszłości Polski sytuacji, w której ta, jakże niechlubna i antypolska część ukraińskiej historii stała się fundamentem nowej tożsamości narodowej Ukraińców, a jej apologeci de facto rządzą dzisiaj tym państwem.

Żądanie Polski pod adresem Ukrainy nie mogą ograniczać się tylko do ekshumacji pomordowanych w bestialski sposób Polaków. Polska domagać się winna oficjalnego potępienia przez Ukrainę inspiratorów i podżegaczy do tego ludobójstwa i takiego uregulowania relacji z naszym sąsiadem, aby trwale zapobiec odradzaniu się tej zbrodniczej, nacjonalistyczno-faszystowskiej ideologii.

Trzeba też jasno i otwarcie powiedzieć, że ewentualne pojednanie pomiędzy narodami Polski i Ukrainy nie będzie możliwe bez rzetelnego odniesienia się Polski do naszych przeciwko ukraińskiemu państwu, przeciwko ukraińskiemu narodowi przewin i grzechów różnej kategorii. Być może niechęć niektórych polskich elit do otwierania tych smutnych i niewygodnych dla Polski kart sprawia, że satysfakcjonuje je „zapalenie świeczki” i pospieszne „zamknięcie tematu”.

Obawiam się tylko abyśmy na tym politycznym interesie z Ukrainą nie wyszli jak przysłowiowy Zabłocki na przysłowiowym mydle.

A Hołownia jako kandydat na Prezydenta jest u mnie oczywiście skreślony.

Obuchem w głowę

Wstrząsu doznać można na kilka sposobów. Można dostać dosłownie cios w głowę „z mańki”, można zderzyć się ze ścianą, można też… przeczytać książkę. W tym ostatnim przypadku efekt fizyczny jest wprawdzie różny od pozostałych, ale jego skutki są często bardziej trwałe. Jestem właśnie po lekturze książki, a właściwe książeczki, broszury autorstwa Dirka Oschamnna „Jak niemiecki Zachód wymyślił swój Wschód” wydanej w Niemczech w 2022 r, a w Polsce w 2024 przez Instytut Zachodni.

To zaledwie 141 stron tekstu. Ale jakiego! Czuję się dosłownie tak, jakbym dostał obuchem w głowę.

Dirk Oschmann nie jest pisarzem, socjologiem czy politykiem. Jest profesorem literatury niemieckiej na Uniwersytecie w Lipsku. W lutym 2022 opublikował w „Frankfurter Algemaine Zeitung” artykuł pod tym samym tytułem, który w Niemczech wywołał intelektualną burzę, i który stał się osnową do tej książeczki. Praca prof. Ochmanna  z pewnością nie jest monografią. Nie opisuje ona problemu w sposób całościowy, kompleksowy. Jest raczej krzykiem rozpaczy intelektualisty. Jest wskazaniem na doniosły problem, którego społeczeństwo za wszelką cenę stara się nie dostrzegać. Jak wynika z samego tytułu, który jest jednocześnie główną tezą autora, problemem tym są relacje pomiędzy Zachodnimi Niemcami a Niemcami Wschodnimi, z byłego NRD, powszechnie i pogardliwe nazywanych Ossi.

Większość z nas z pewnością zetknęła się już z tym terminem. Ale cóż on w istocie oznacza? Jakie wartości, jakie emocje niemieckiego społeczeństwa on skrywa i, co najważniejsze, jakie są tego konsekwencje dla Niemiec – o tym właśnie rzecz.

Autor stawia sprawę jasno: dyskusja o Niemcach Wschodnich to w pierwszym rzędzie dyskusja o Niemcach Zachodnich, o ich odpowiedzialności za wykreowanie problemu Ossi. Ochmann nie uchyla kołderki przykrywającej ten bolesny dla Niemców problem. On ją z całą brutalnością zdziera ukazując króla w całej jego nagości i brzydocie. Ochmann oskarża Niemców Zachodnich o wszechobecny paternalizm w stosunku do  Niemców z byłego NRD, kreowanie tych niemieckich obywateli, przede wszystkim mężczyzn na  osobników „głupich, leniwych, niepotrafiących się wysłowić, z zaburzeniami zachowania, radykalnych, nieudolnych ksenofobicznych, szowinistycznych i OCZYWIŚCIE nazistów”.

Ale Ochmann stawia zarzuty cięższego kalibru. Oskarża on Niemcy Zachodnie o świadomą politykę kolonizacyjną w stosunku do byłej NRD i jej mieszkańców, kolonizację w sensie terytorialnym ale przede wszystkim w sensie mentalnym, kulturowym. Nie tylko oskarża, ale  i przedstawia twarde dowody. Przywołuje na przykład wypowiedzi Arnulfa Baringa, który tak opisywał Niemców Wschodnich: Reżim przez pół wieku karlił ludzi, psuł ich wychowanie, edukację. Każdy miał być tylko bezmózgim kółkiem, bezwolnym sługą. Czy dziś, kto tam zowie się prawnikiem czy ekonomistą, pedagogiem, psychologiem czy nawet lekarzem bądź inżynierem, to zupełnie. Jego wiedza jest w znacznej mierze zupełnie bezużyteczna.”  Najwyraźniej za takie wypowiedzi, pisze Ochmann, Baring uhonorowany został w 2004 r. Europejską Nagrodą Kultury w dziedzinie polityki, a w 2011 odznaczony Wielkim  Federalnym Krzyżem Zasługi. Tym samym odznaczeniem, ale wyższej klasy bo „z Gwiazdą” uhonorowana została inna wybitna postać zachodnioniemieckiej kultury wydawca i pisarz Wolf J. Siegler, znany między innymi ze swoich starań o wybielanie hitlerowskich Niemiec. W swoich pracach Siedler radził m.in. że grożącemu „niebezpieczeństwu uwschodnienia RFN można zapobiec tylko za sprawą kierowanego przez niemieckich urzędników „ruchu kolonistów”.  „Chodzi naprawdę o długofalową rekultywację, o zadanie kolonizacyjne, nową kolonizację wschodnią”. Podobne wypowiedzi nie należą bynajmniej do przeszłości – twierdzi Oschmann -lecz znajdują kontynuację w naszej teraźniejszości. I sypie przykładami.

Pisze więc Oschmann o intelektualnym prześladowaniu byłych obywateli NRD, o  blokadach w zatrudnieniu, w rozwoju instytucji kulturalnych i naukowych na terenach wschodnich. Pisze o wyzysku gospodarczym. . „Zamiast zjednoczenia, które ewentualnie poddałoby weryfikacji także Zachód, było tylko przystąpienie. Rezultaty dla Wschodu są znane: 70% deindustrializacji więcej niż  w innych krajach Wschodu, cztery miliony bezrobotnych, 2,3 miliona gospodarstw domowych zostało dotkniętych zasadą „pierwszeństwa zwrotu przed odszkodowaniem” i musiało drżeć o swoje mieszkanie, dom lub działkę albo je utraciło. (…) Urząd Powierniczy i tak zwane trwałe skażenie gruntów sprawiły, że terytorium NRD przeobraziło się w korzystający z wysokich subwencji państwowych rynek zbytu bez konkurencji ekonomicznej”.

W swoim eseju Oschmann informuje nas nie tylko o neokolonialnych praktykach Zachodnich Niemiec wobec Wschodnich, ale również o dyskryminacji Niemców z tego tylko powodu, że byli obywatelami NRD. NRD-owiec – gorszy gatunek Niemca. Ale z jednym, ja podkreśla Oschmann wyjątkiem. Otóż tym wszystkim restrykcjom, stygmatyzowaniu poddawani byli głównie mężczyźni. „Mało która  grupa społeczna była po 1990 r. tak bardzo dyskryminowana jak wschodnioniemieccy mężczyźni. Inaczej sprawa miała się z kobietami. Te bowiem, autor przytacza publikacje, były w Zachodnich Niemczech wprost ferowana. Głównie dlatego, jak twierdzi, że nie stanowiły zagrożenia dla zachodnioniemieckich mężczyzn w zachodnioniemieckim świecie rządzonym przez mężczyzn. Ponadto, jak podkreśla, kobiety ze wschodu były dobrze wykształcone i – w odróżnieniu od wielu kobiet na zachodzie  – prawie bez wyjątku pracowały zawodowo, dzięki czemu były niezależne finansowo i samodzielne…

Tak, bez wątpienia Oschmann odkrywa przed nami Niemcy, jakich na ogół nie znamy, ich problemy, dyskusje. Dowodzi dlaczego dzisiaj jest tak jak jest, na przykład dlaczego „była NRD” stała się łatwym, politycznym łupem partii prawicowej partii populistycznej. Okrywa zachodnioniemieckie elity inteligenckie, którym oczy się świecą na myśl o nowej kolonizacji wschodu, nawet jeśli (dzisiaj?) dotyczy ona tylko innych Niemców. Poraża łatwość z jaką elity te wprowadziły do neoniemieckiej rzeczywistości kategorię ludzi drugiego gatunku. Taka fotografia współczesnych Niemiec jaskrawie kłóci się ze stereotypem narodu niemieckiego, który uporał się z widmem faszyzmu, rozliczył się z przeszłością i może uchodzić za europejski zwór cnót wszelakich.

Esej Oschamnna skłania nas, Polaków do ważnej refleksji. Skoro dominująca, bo nadająca ton i narzucającą konkretne rozwiązania prawne część elit niemieckich ma takie zdanie o swoich bądź co bądź rodakach, tyle, że ze wschodu, to jaki jest rzeczywisty stosunek tych elit do ich wschodnich nie niemieckich, a słowiańskich sąsiadów? Rzeczywisty, a nie wyrażany w oficjalnych mowach, sloganach i deklaracjach publicznie głoszonych?

Nie sposób również zastanowić się nad tym jak sytuacja w Niemczech wpisuje się w ogólnoeuropejski i amerykański proces tworzenia, tak – świadomego tworzenia! – głębokich, wewnętrznych podziałów społecznych. Podziałów, których zasypanie jest ponad siły tych społeczeństw.

Lektura broszury Oschamnna jest moim zdaniem obowiązkową dla wszystkich tych, którzy zrozumieć chcą naszych zachodnich sąsiadów. Również – co nie jest bez znaczenia – z racji świetnego tłumaczenia na język polski.

Trumpizm nadciąga

Jest już prawie pewne, że nowym (starym) prezydentem USA zostanie Donald Trump. Jego zwycięstwo jest totalne.  Republikanie zdobywają nie tylko fotel Prezydenta USA ale prawdopodobnie  również Senat i Izbę Reprezentantów. Powszechnie  rozlega się gromkie pytanie: jaki ten zdecydowany zwrot społeczeństwa amerykańskiego na prawo będzie miał wpływ na świat cały.

Bez wątpienia będzie miał wpływ. Według mnie negatywny. Wiatr wiejący z USA nadymać bowiem będzie żagle wszelkiej maści prawicowych organizacji w Europie. Pytanie: „Co dalej z Unią Europejską?” staje się nad wyraz aktualne.

Ale powiedzmy wprost: spektakularne zwycięstwo Republikanów to również spektakularna porażką lewicowości w wydaniu amerykańskim. Lewicowości, która była wzorcem dla wielu polityków i partii politycznych w Europie. Demokraci – powszechnie uważani za lewicowe skrzydło amerykańskiego społeczeństwa nie potrafili Amerykanom zaproponować żadnej alternatywy prócz konserwacji status quo, prócz niedołężnego starca owładniętego obsesją wojny i jego protezy politycznej, która kompromitowała swoją partię w prawie każdym swoim wystąpieniu publicznym. Przegrana Demokratów to również przegrana Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, różnych Tusków, Czarzastych Borellów itp.

Ale wydarzenia zza Oceanu skłaniają do głębszej refleksji: cóż dzisiaj oznacza pojęcie „lewica”? Jak długo za lewicowe uznawać można partie, które ostentacyjnie, gorliwie wspierały i wspierają światowy imperializm z jego światowymi i lokalnymi wojnami, z jego systemowym wyzyskiem człowieka, z jego systemowymi nierównościami społecznymi? Tymczasem to ze strony sił tradycyjnie określanych jako prawicowe rozlegają się dzisiaj głosy przeciwko wojnom, przeciwko zbrojeniom. To europejskie partie prawicowe na swoje sztandary wyciągają na przykład hasła demokracji permanentnej przez wykorzystania Internetu do angażowania obywateli w codzienne sprawowanie władzy poprzez internetowe referenda. Dlaczego tych haseł nie zgłaszała europejska lewica?

Rozlewający się po świecie trampizm  pociągnie więc za sobą konieczność wielu przewartościowań w obszarze tradycyjnych pojęć politycznych. Od nowa odpowiedzieć będziemy musieli sobie na pytanie: „Czym jest, czym powinna być europejska lewica?”. I w tym upatruję jedyną pozytywną stronę zwycięstwa amerykańskich Republikanów. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że odpowiedzi na to fundamentalne pytanie szukać należy w czterech zasadniczych sferach:

– relacja praca – kapitał

– podmiotowość istoty ludzkiej

– demokracja obywatelska

– internacjonalizm.

W Polsce również media nie przestają bombardować swoich „ekspertów” pytaniem o skutki wygranej Trumpa dla naszego kraju. Wszystkim tym ekspertom oraz aktualnym politykom dedykuję kwestię wypowiedzianą przez brytyjskiego Ministra Obrony w amerykańskim serialu „The Diplomat”:

Niebezpiecznie jest być wrogiem USA. Ale być ich sojusznikiem jest śmiertelnie groźnie.

Na ostrzu noża

Najwyższa pora postawić sprawę jasno.

Czy we współczesnym świecie ugrupowania polityczne obnoszące się z nazwą „LEWICA” ale z pełną świadomością wspierające i umacniające neoliberalny, imperialistyczny porządek świata, którego istotą i racją bytu są permanentne wojny, neokolonialna ekspansja, coraz bardziej wyrafinowane metody wykorzystywania ludzi pracy najemnej, drakońskie ograniczenia wolności osobistej, pogłębianie ekonomicznych i cywilizacyjnych nierówności, ogłupianie społeczeństw sterowanymi środkami masowego przekazu oraz przez drastyczne obniżanie poziomu powszechnej edukacji zasługuje w społecznym, politycznym i historycznym sensie na miano LEWICY?

Łatwo, lekko i przyjemnie jest akceptować „lewicowość” serwowaną na talerzu przez możnych tego świata, ale przyszłość miała i może mieć tylko lewica wyrastająca z fundamentalnych, zasadniczych problemów człowieka i proponująca ich rozwiązywanie.