„Ratunku! Amerykanie mnie biją!”

„Obrona suwerenności Polski” to najwyżej wzniesiony sztandar propagandowy Prawa i Sprawiedliwości od momentu powstania tej partii. Ze świecą szukać  publicznego wystąpienia polityka PiS, w którym nie znalazłaby się patetyczna deklaracja obrony suwerenności kraju za wszelką cenę poprzedzona rzecz jasna wywodem mającym pokazać jak bardzo na ta suwerenność wszyscy nastają. Oczywiście głównym celem na tarczy PiS jest Unia Europejska, która „ogranicza”, „wymusza” i „szantażuje”. Ale nie tylko UE. Również Niemcy, Rosjanie, a nawet uciekający przed okropnościami wojny uchodźcy z Syrii czy Somali. Biada nam, biada.

W tym propagandowym humbugu, w huku nieustającego obstrzału społeczeństwa pociskami: „PiS jedynym obrońcą suwerenności Polski” opinii publicznej umykają rzeczy doniosłe – choć z pozoru drobne. Oto przykład.

Wojewódzka Komenda Policji we Wrocławiu na swojej stronie (https://dolnoslaska.policja.gov.pl/wr1/aktualnosci/biezace-inf/103648,Wyjatkowe-spotkanie-zaowocowalo-podjeciem-kolejnych-dzialan-na-rzecz-bezpieczens.) z dumą informuje, że skutkiem spotkania Komendanta Wojewódzkiego z dowódcą 773 Batalionu Żandarmerii Wojskowej Stanów Zjednoczonych już niedługo ulice stolicy Dolnego Śląska patrolowane będą przez wspólne patrole polskiej Policji Państwowej i amerykańskiej żandarmerii wojskowej. Wrocławianie zapewne oszaleją z dumy i z radości. Wszak kilka lat temu ówczesny minister obrony deklarował, że „Polacy nie mogą doczekać się chwili, w której amerykański żołnierz postawi swój but na polskiej ziemi”. Póki co postawi ma ziemi wrocławskiej, ale z pewnością znajda się naśladowcy.

Ja nie oszaleję – ja się głęboko zasmuciłem. Powodów do gorzkich refleksji  jest bardzo dużo. Państwo – jak wiadomo – pełni wobec swoich obywateli również funkcje opresyjne, w tym związane z jego zadaniami zapewnienia bezpieczeństwa jego obywateli. Główną instytucją czuwającą nad bezpieczeństwem obywateli jest Policja Państwowa. To policja ma prawo stosowania wobec obywateli Polski przymusu bezpośredniego, w tym używania kajdanek, paralizatorów a nawet broni palnej. Ma prawo do przeszukań, inwigilacji i wielu innych czynności, których porządnemu obywatelowi lepiej unikać. Dlatego właśnie policja państwowa na całym świecie jest synonimem suwerenności państwa, w tym suwerenności w obszarze najbardziej wrażliwym społecznie – ograniczania wolności osobistej. Nie przez przypadek podstawowym wymogiem, który spełniać muszą kandydaci do policji jest posiadanie polskiego obywatelstwa.  Nie przez przypadek ostatnie wspólne patrole, kiedy to ulice polskich miast przemierzane były przez polskich policjantów w „towarzystwie” obywateli innego państwa miały miejsce w okresie hitlerowskiej okupacji, kiedy to polscy policjanci wcieleni zostali do niemieckiego systemu policyjnego.

Podstawowe pytanie, które należy zadać to cel takiego przedsięwzięcia. Z racjonalnego i formalno-prawnego punktu widzenia celem takich patroli będzie interwencja w przypadkach incydentów z udziałem amerykańskich żołnierzy. Ci bowiem – nie wiedzieć czemu – nie podlegają polskiemu prawu i polski policjant „może im skoczyć”. Nie przypominam sobie medialnych doniesień o pladze przestępstw czy chuligańskich ekscesów we Wrocławiu z udziałem dzielnych amerykańskich wojaków. Są więc wspólne patrole polskiej policji z amerykańską żandarmerią wojskową zapowiedzią nawiedzenia naszego miasta przez pokaźne liczebnie oddziały wuja Sama? Jeżeli nawet tak, to ta okoliczność, to jest znaczne zwiększenie obecności we Wrocławiu wyjętych spod polskiego prawa obywateli amerykańskich  powinna zostać wyeksponowana, a zadania amerykańskich  żandarmów powinny zostać ściśle określone.

Być może chodzi jednak o coś innego, o efekt propagandowy, o demonstrację polsko-amerykańskiej przyjaźni po wsze czasy. Demonstrację codzienną, na ulicach miasta. Z tym tylko, że istotą demonstracji jest prezentowanie jakiejś idei osobom czy zbiorowością, które tych idei (jeszcze) nie popierają. Czy przez amerykańskich żandarmów Polacy jeszcze bardziej pokochają Amerykę?

Nie od rzeczy jest pytanie o kompetencje amerykańskich „towarzyszy”. Załóżmy, że taki wspólny patrol nieoczekiwanie znajdzie się w sytuacji wymagającej interwencji, a w skrajnym przypadku znajdzie się pod ostrzałem. Jak zachowają się wówczas amerykańscy żandarmi? Będą stosować przymus bezpośredni wobec Polaków, będą do nich strzelać? Jan Maria Rokita ze swoim rozpaczliwym „Ratunku! Niemcy mnie biją!” kłania się w pas. Tyle tylko, że rzecz ma miejsce nie w samolocie, lecz w całej Polsce.  A może staną sobie z boku w bezpiecznym miejscy i będą pełnić rolę instruktorów, udzielać polskim policjantom porad, dzielić się doświadczeniami rodem z Chicago? W końcu pytanie nie bez kozery: czy wspólne polsko-amerykańskie patrole będą miały zastosowanie w przypadkach demonstracji społecznych w tym demonstracji politycznych?

Równie ciekawe co powyższe rozważania na temat potencjalnych realiów działania wspólnych polsko-amerykańskich patroli policyjno-żandarmerskich są rozważania o charakterze ogólniejszym. Po pierwsze na jakiej podstawie prawnej formowane wdrażane są takie patrole. Jeżeli ich celem ma być zwiększenie bezpieczeństwa obywateli, to na podstawie art. 89 Konstytucji potrzebna jest stosowna umowa międzynarodowa ratyfikowana przez Parlament. W komunikacie Komendy Wojewódzkiej nie wskazano takiej okoliczności.

Po drugie, zżera mnie ciekawość kto był inicjatorem tego przedsięwzięcia: czy pisowsko-patriotyczny komendant komendy wojewódzkiej, czy też strona amerykańska. Też nie podano informacji na ten temat, a przecież nie mógł ten pomysł spaść jak kamień z jasnego nieba podczas wspólnej, polsko-amerykańskiej kawy w gabinecie przy ul. Podwale. Polski komendant musiał działać w ścisłej współpracy z przełożonymi w Warszawie, wręcz na ich polecenie. A może była to wręcz inicjatywa amerykańska? Jeżeli tak, to z pewnością całe przedsięwzięcie ma charakter eksperymentu z opcją rozszerzania na inne miasta. A później być może i na wsie. Wszak Polakom mieszkającym na wsi też się należy jakaś część dumy narodowej.

Może moi rodacy będą dumni widząc na ulicy  polskiego policjanta pełniącego służbę w towarzystwie amerykańskiego żandarma. Ja, kiedy napotkam taki patrol, nie wyzbędę się przekonania, że żyję w kraju okupowanym.

Zróbmy sobie antyunijne referendum!

To już nie demontaż, to nie destrukcja, to totalne rozpierducha państwa w wykonaniu Prawa i Sprawiedliwości. Chodzi oczywiście o tak zwane ”referendum”. Początkowo pisowkie referendum miało dotyczyć: „sprzeciwu wobec unijnego mechanizmu relokacji imigrantów”. Mniemam jednak, że głównym celem polityków PiS było nie tyle uzyskanie odpowiedzi w tej sprawie, ale przeprowadzenie ogólnonarodowego sondażu na ile społeczeństwo polskie, do niedawna  pokazywane jako najbardziej prounijne w Europie, jest w stanie poprzeć wrogą politykę Kalczyńskiego wobec UE budowanej na podstawie Traktatu z Maastricht. Takie pisowskie „sprawdzam”.

Pytanie straciło merytoryczny sens, gdy okazało się, że proponowany „mechanizm relokacji” niczego państwom członkowskim nie narzuca. Nie straciło jednak sensu politycznego – polityczna decyzja została podjęta i najprawdopodobniej już niedługo pisowska większość sejmowa przegłosuje stosowną uchwałę.

Póki co, wobec kompromitacji głównego tematu referendum, trwa w najlepsze ogólnonarodowy konkurs na dodatkowe pytania referendalne, organizowany przez PiS. Nagrodą będą oczywiście dalsze rządy tej polityczno-gospodarczej mafii. Wydawać by się mogło, że w niszczeniu demokratycznych podstaw państwa niczego już spieprzyć się nie da. Ale mistrz Młynarski w swojej piosence „Co by tu jeszcze…” przestrzega:, że wcale tak być nie musi.

Dywagacje jakie powinny być pytania w referendum połączonym z wyborami parlamentarnymi to już nie stawianie sprawy na głowie lub konia przed wozem. To wmawianie ludziom, że cukier może być słony, gorzki lub kwaśny – czasami słodki, że noc może być dniem a prawda fałszem – w zależności jak władza postanowi. Referendum powinno być podstawowym narzędziem angażowania społeczeństwa we współrządzenie państwem, przez zbiorowe podejmowanie decyzji w strategicznych, najważniejszych w długookresowym wymiarze  dla społeczeństwa i państwa  kwestiach, zwłaszcza wokół których istnieją w społeczeństwie poważne różnice zdań (jak na przykład referenda konstytucyjne i unijne). Zamiana referendum w przedwyborczą zabawę „zróbmy sobie referendum- pytania sformułujemy później” – to nie tylko przestępcze niszczenie demokracji w naszym kraju, to również próba uczynienia ze społeczeństwa współsprawców tego wandalizmu.

Oczywiście każdy, komu na sercu jest rzeczywista demokracja w Polsce powinien odmówić udziału w tej politycznej hucpie. Ale sama odmowa to za mało. Rzecz w tym, że o ważności referendum decyduje frekwencja. Według wyjaśnień PKW o frekwencji zaś „decyduje liczba kart wrzuconych do urny”.  Oczywiście można będzie odmówić udziału w referendum i nie pobrać karty do głosowania. W tym przypadku w rękach członków komisji wyborczych znajdzie się znaczna liczba pustych kart „referendalnych”. Jeżeli jakimś cudem znajdą się te karty wśród przeliczanych po otwarciu urny, to głos będzie wprawdzie nieważny, ale zawyżać będzie rzeczywistą frekwencję. Dlatego sensownym wydaje się postulat aby, w tej nadzwyczajnej sytuacji zafundowanej Polakom przez PiS, deklaracji odmowy wyborcy udziału w referendum towarzyszyło opieczętowanie przez członka komisji, w obecności wyborcy, niepobranej karty do głosowania dużą czerwona pieczęcią: „Odmowa udziału w referendum”. W ten sposób ukróci się może pokusy co niektórych pisowskich aktywistów korekty wyników „referendum”.

NIK bilbordem Konfederacji

Wiele razy obiecywałem sobie, że mój wpis na blogu poświęcony Najwyższej Izbie Kontroli jest tym ostatnim, że więcej nie będę w sprawie Izby zabierać głosu. Ale po prostu się nie da.

Dzisiejsza Nikowska bomba to zapowiedź wspólnej konferencji prasowej prezesa NIK z liderem Konfederacji, która stanęła w szranki wyborczej rywalizacji. Banaś ramię w ramię z Mentzenem – ten widok z jednej strony, biorąc pod uwagę życiorys szefa NIK nie dziwi, z drugiej musi głęboko zaniepokoić wszystkim, którzy w demokracji dostrzegają przyszłość Polski. Panowie mają się wypowiadać w sprawie pomysłów „zwiększenia uprawnień i niezależności NIK”. W trakcie konferencji popłynie rzeka patriotycznych zaklęć, słowo demokracja wymieniane będzie we wszystkich przypadkach. To pierwsza w historii NIK taka sytuacja, kiedy Izba staje się wyborczym bilbordem jednego z ugrupowań politycznych.

Najwyższa Izba Kontroli, „naczelny organ kontroli państwowej” (Konstytucja) wymaga rzeczywiście reform zarówno w aspekcie prawnych ram swojej działalności jak i wewnętrznych zasad funkcjonowania. Najwięcej argumentów potwierdzających tą tezę dostarczyła sama afera z powołaniem i próbami odwołania obecnego szefa tej instytucji. Choć nie tylko to. Uzbierało się bardzo dużo doświadczeń w praktyce demokratycznego państwa polskiego, aby elity polityczne odpowiedzialnie pochyliły się nad rolą, zadaniami i kompetencjami Izby. Tymczasem prezes Banaś cynicznie wykorzystuje tą okoliczność do wspierania w kampanii wyborczej jednego, miłego swojemu sercu ugrupowania.

Gdyby prezes NIK w trakcie kampanii wyborczej zorganizował nie „konferencje prasową”, ale otwartą dyskusję na temat reform NIK z liderami WSZYSTKICH ugrupowań ubiegających się o mandaty w Sejmie i w Senacie, dyskusję, w trakcie której Izba (Kolegium NIK) przedstawiłaby swoje koncepcje reform pytając się kandydatów do rządzenia krajem o ich stanowisko – sytuacja byłaby jasna, zrozumiała i godna uwagi. Najbardziej racjonalną drogą jest jednak organizowanie takich dyskusji po wyborach, z liderami partii, które rzeczywiście zasiadać będą w Sejmie. Jest to tym ważniejsze, że wiele koniecznych zmian wymagać będzie zmiany zapisów konstytucyjnych dotyczących Izby. Tak postąpił Prezes Lech Kaczyński, który tuż po wyborach w 1993 r. skierował do Sejmu projekt autorstwa Najwyższej Izby Kontroli nowej ustawy regulującej jej działalność.

Tymczasem, idąc pod pachę z jedną tylko partią, sytuującą się najdalej od wartości demokratycznych spośród wszystkich innych pretendentów, w dodatku z partią, z której list zadeklarował start w wyborach jego syn, nota bene będący dzisiaj szarą eminencją w NIK, prezes Banaś zamienił Najwyższą Izbę Kontroli w wyborczy bilbord Konfederacji, w jej tubę wyborczą.

Wybór Mariana Banasia na prezesa NIK doskonale wpisał się onegdaj w serię niszczenia instytucjonalnych fundamentów Polski jako państwa prawnego. Ogłoszone dzisiaj wspólne polityczne przedsięwzięcie NIK i Konfederacji jest twórczą kontynuacją tej intencji. Skłania ono do innej jeszcze refleksji: jak daleko posunąć się można jeszcze w „dziele” niszczenia państwa i jego demokratycznych instytucji. Kilka lat temu wydawało się, że osiągnięto już dno, a tu: puk, puk od spodu. I skłania mnie do wniosku radykalnego. Jeżeli uda się Polskę, wykolejoną przez Jarosława Kaczyńskiego postawić z powrotem  na torach demokratycznego rozwoju, jednym z celów tego renesansu powinna być głęboka refleksja nad rolą i zadaniem najwyższego organu państwowej kontroli, refleksja zakładająca zakończenie działalności Najwyższej Izby Kontroli w jej obecnym kształcie i powołania w jej miejsce nowego organu wolnego od obciążeń przeszłością i dostosowanego do potrzeb państwa i społeczeństwa.

Ukraiński standard

W 2000 roku wracałem samolotem z Ukrainy, gdzie na zaproszenie Stowarzyszenia Ukraina – USA brałem udział w konferencji na temat systemu finansowania samorządów terytorialnych. Na kijowskim lotnisku okazało się, że lot jest bardzo opóźniony, i sporo czasu, wraz z innymi pasażerami do Warszawy spędziłem w hali odlotów. Hala ogromna, ale ludzi tłumy. W tym tłumie jeden z pasażerów mnie rozpoznał, przywitał się i zaczęła się adekwatna do sytuacji rozmowa. Okazało się, że mój interlokutor jest polskim biznesmenem prowadzącym interesy w Ukrainie. Naturalnym więc moim pytaniem było: – jak tam Interesy? Da się wyżyć? Odpowiedź była znamienna.

– Panie prezesie – odpowiedział mój rozmówca. Da się wyżyć, chociaż nie jest łatwo. W innym miejscu bym Panu tego nie powiedział, ale tutaj mogę. Otóż jest jeden podstawowy warunek powodzenia w biznesie na Ukrainie, jedna żelazna zasada. Należy otóż – prawił nieznajomy – prowadzić podwójną sprawozdawczość finansową. Jedną, oficjalną dla ukraińskiej administracji, na przykład  dla służb podatkowych i drugą – tą prawdziwą – dla siebie. Wszyscy tak postępują, bez tego daleko się nie zajedzie.

– Dlaczego tak? – drążyłem temat.

– Wszystko przez wszechogarniającą Ukrainę korupcję. Na każdym kroku, czy to w kontaktach z biznesowym partnerem, czy z urzędami musisz mieć w kieszeni gotówkę.

Scena ta stanęła mi przed oczami w trakcie lektury „Sprawozdania Najwyższej Izby Kontroli z kontroli wykonania budżetu państwa za 2022r.” To bardzo ciekawe, bogate w treści opracowanie. Ale generalny wniosek jest następujący. Polskie władze stosują dokładnie taką samą jak na Ukrainie zasadę: jeden budżet, oficjalny, przedstawiany parlamentowi i drugi, mniej oficjalny, dla zwykłego człowieka niewidoczny – budżet środków publicznych wyprowadzonych poza sferę publicznej (parlamentarnej) kontroli, z którego środki wydawane są w woluntarystyczny sposób, w większości, jak się okazuje na potrzeby też korupcji – tyle tylko że politycznej. Jak inaczej wytłumaczyć można wydawanie z na przykład wciąż funkcjonującego „Funduszu do walki z COVID” miliardów złotych na budowę  wież widokowych, parkingów przykościelnych czy innych lokalnych inwestycji. Środki przekazywano w świetle reflektorów, z należytą oprawą medialną w formie ogromnych tablic – czeków uroczyście wręczanych nieprzypadkowym włodarzom nieprzypadkowych samorządów terytorialnych przez premiera rządu lub w jego imieniu.

Do budżetu oficjalnego NIK nie miała żadnych zastrzeżeń. Można nawet powiedzieć, że zrealizowany został wręcz wzorowo, zarówno w sferze decyzyjnej, kontrolnej jak i formalnej. Niestety, znaczna liczba (dokładnie nikt nie wie jaka) podmiotów poprzez które rząd wydawał wyjęte spod społecznej kontroli ponad 300 mld zł, uniemożliwiły przeprowadzenie w tym zakresie szczegółowej kontroli NIK. Sam fakt utworzenia „budżetu równoległego” był wystarczający do udzielenia przez NIK negatywnej opinii w kwestii wykonania budżetu przez rząd w 2022 r.

Nie mam jednak wątpliwości co do tego, czy Sejm weźmie tą ważną, jedyna przecież fachową opinię pod uwagę. Wszak większość parlamentarna ochoczo z tego para-budżetu korzystała współuczestnicząc w tej mega-korupcji.

Pisowski rząd znakomicie rozwinął, udoskonalił i nobilitował ukraiński system podnosząc go do rangi systemu państwowego. Wszak uczyć należy się od najlepszych.

„Raport” czyli co?

Klub Parlamentarny „Lewica” opublikował właśnie „Raport o stanie państwa”. Odkładając na bok dywagacje czy termin „raport” ma w tym przypadku uzasadnienie, stwierdzić trzeba, że jest to materiał ciekawy a nawet oryginalny zwłaszcza w kontekście faktycznie trwającej już kampanii wyborczej do parlamentu. Żadna polityczna partia nie zdobyła się jak dotąd na prezentację poglądów swoich liderów na najważniejsze problemy Polaków i Polski. Raport nie raport bezsprzecznie jest ten dokument zbiorem autorskich esejów na najważniejsze polskie tematy.

Już słyszę w środowiskach Nowej Lewicy (media, nawet te opozycyjne nie ekscytują raczej społeczeństwo tym wydarzeniem)   ochy i achy zachwytu nad tym opracowaniem. Moja nikowska natura  oraz głębokie przekonanie, że szczera, życzliwa krytyka więcej jest warta niż tony pochlebstw skłaniają mnie do wyartykułowania kilku słów idących pod prąd tym zachwytom.

Zacznę od spraw formalnych: jaki jest status tego „Raportu”? Został on podpisany przez kierownictwo Klubu Parlamentarnego „Lewica”, ale czy jest to dokument obowiązujący członków tego klubu? Czy został przez klub zaakceptowany? Niestety, tego nie podano, więc nie zdziwiłbym się, gdyby wiele osób uznało go li tylko za formę przedwyborczej autopromocji  lewicowej czołówki parlamentarnej – i nie jest w tym nic złego. Ale że nie jest to jakaś forma programu wyborczego Lewicy świadczy i ten fakt, że wśród autorów zabrakło nazwisk dla dzisiejszej lewicy parlamentarnej najważniejszych: Czarzastego i Biedronia. Trudno uznać to za przypadek. Niestety – nie tylko ten fakt.

W krótkim felietonie nie sposób odnieść się do merytorycznej zawartości wszystkich dwudziestu rozdziałów „Raportu” – tym bardziej że z większością zawartych w nich  tzw. rekomendacji czy propozycji trudno się człowiekowi lewicy nie zgodzić. Do niektórych jednak odnieść się należy. Przede wszystkim kwestie ustrojowe. Autorzy nie zauważają, że PiS pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego przeprowadziło w Polsce prawicowo-nacjonalistyczną kontrrewolucję. Będąc tego świadomym czy nie Kaczyński okazał się naśladowcą Adolfa Hitlera, który głosił: „Aby przeprowadzić rewolucję należy najpierw wygrać demokratyczne wybory”. Dokładnie tak stało się w Polsce. PiS Systemowo i systematycznie niszczył instytucje państwa demokratycznego: Konstytucję, Parlament, Trybunał Konstytucyjny, Sąd Najwyższy, Najwyższą Izbę Kontroli itd. Nie chodziło przy tym wyłącznie o instytucje jako takie. PiS chodziło o całkowitą wymianę polskich elit intelektualnych, skupionych wokół tych instytucji. Polska jest więc na rozdrożu (a właściwie to już jedną nogą na jego prawicowej odnodze): demokratyczne państwo (i społeczeństwo!) prawne, czy państwo autorytarne funkcjonujące pod kamuflażem pozorów demokracji przy biernej akceptacji części społeczeństwa.  Tymczasem rozdział „Ustrój i działanie państwa” zaczyna się od dywagacji na temat liczby ministrów i wiceministrów.

Zupełnie tragicznie moim zdaniem prezentują się w „Raporcie” rozważania i rekomendacje dotyczące Najwyższej Izby Kontroli. Widać, że Lewica pogodziła się z historyczną wizerunkową i merytoryczną katastrofą Najwyższej Izby Kontroli, jaką akcją „Banaś Prezesem NIK” zgotowało PiS. W raporcie nie tylko ani słowa o tym, jak zmyć tą hańbę z polskiego Sejmu, jak w przyszłości zabezpieczyć się przed takimi ekscesami. Wręcz przeciwnie: bez refleksji na kondycją i autorytetem NIK proponuje się Izbie nowe, poważne uprawnienia. Dla lewicy, jak i dla całej opozycji Banaś jest już OK, gdyż dostarcza tak cennej amunicji przedwyborczej. I w tym jest główny problem. Polski Sejm tradycyjnie i z uporem traktował i traktuje NIK jako pałę w politycznych rozgrywkach i rzecz tylko w tym kto tą pałę trzyma w ręku. Zupełnie zaniechano traktowania NIK jak podstawowej instytucji bieżącej konserwacji i naprawy państwa. Politycy w Polsce nie dostrzegali – i jak widać nie dostrzegają, że problem efektywności NIK nie leży na ul. Filtrowej, ale na ul. Wiejskiej, że to Sejm i tylko Sejm odpowiedzialny jest za to, w jak efektywna jest praca 1500 pracowników NIK. W traktowaniu NIK przez Sejm interes partyjny z reguły dominował nad interesem państwa. Kuriozalny jest pomysł utworzenia w NIK „pionu śledczego” powołując się na rozwiązania włoskie. Autorom zabrakło refleksji nad tym dlaczego te rozwiązania nie znalazły dotychczas naśladowców w innych krajach Unii Europejskiej. Nie starczyło refleksji i nad tym, że takie nowe uprawnienia wymagają zmiany Konstytucji, są więc nierealne. Więc czym takie propozycje są? Ponadto występując z takimi propozycjami Lewica wspiera ideowo PiS, który na potęgę mnoży instytucje opresyjne i represyjne. Idea „pionu śledczego” w NIK to też powrót do rozwiązań typu „Inspekcja Robotniczo-chłopska”, to zawrócenie o 180 stopni reformy Najwyższej Izby Kontroli rozpoczętej przez polską lewicę w 1995 r.

Kolejna sprawa: Unia Europejska. Autorzy nie dostrzegają, że toczy się ogólnoeuropejska batalia o charakter Unii Europejskiej. Nasi politycy niefrasobliwie zadowalają się wysokim społecznym poparciem dla polskiego członkostwa w Unii. Nikt nie pyta: w jakiej Unii. Tymczasem Kaczyński nie jest przeciwnikiem Unii Europejskiej. On jest zagorzałym przeciwnikiem Unii jaką ona jest dzisiaj. Wraz z Orbanem, Le Pen i innymi europejskimi politykami pracują nad innym modelem Unii. Zasadniczym pytaniem jest więc to ilu z Polaków opowiadających się za członkostwem Polski w Unii opowiada się za Unią według traktatów z Maastricht, czy za Unią Kaczyńskiego-Orbana? Co zrobić, aby zmienić polskie postrzeganie UE, które dzisiaj jest głównie pekuniarne, na postrzeganie Unii jako zbioru konkretnych wartości i zasad?

Docenić trzeba, że autorzy dostrzegli zasadniczy problem polskiej legislacji. Nie stać ich było niestety na nazwanie rzeczy po imieniu.  To imię to projekt poselski. Propozycje w tym zakresie są rozwodnione, mgliste. Tym czasem niezbędne są radykalne zmiany. Projekt poselski – tak, ale przechodzący przez całą (niegdyś zupełnie dobrą) ścieżkę legislacyjną. A więc projekt poselski obowiązkowo przejmowany przez wskazany resort i przechodzący całą procedurę konsultacji, uzgodnień wewnątrz i międzyresortowych, Komitet Ekonomiczny Rady Ministrów. Tymczasem stanowisko reprezentowane w „Raporcie” wyraźnie wskazuje, że posłowie tej dzisiejszej „zabawki” nie chcą wypuścić z rąk. Chodzi tylko o to, aby m.in. „skończyć z ekspresowym tempem przyjmowania ustaw”.  Ekspresowe nie, ale pośpieszne już tak?

Na koniec wyboru uwag merytorycznych kwestie ochrony zdrowia. To osobliwy rozdział. Bardzo dobra, skondensowana krytyka stanu systemu ochrony zdrowia, z którą kontrastują przyczynkarskie w sumie konkluzje i rekomendacje. Czy po 25 latach wprowadzania tzw. „reformy służby zdrowia” nie dostrzegali nasi parlamentarzyści, że ten system po prostu się nie sprawdził. Nie tylko się nie sprawdził, ale stał się przyczyną nieszczęść tysięcy Polek i Polaków, i ich rodzin. Zapowiadana zasada ”pieniądz za pacjentem” bardzo szybko obróciła się w swoje przeciwieństwo: „pieniądz przed pacjentem”. I co proponuje Lewica? Tu dodać, tam ująć, i jakoś to będzie. A co z lewicowym rozumieniem konstytucyjnej odpowiedzialności państwa za ochronę zdrowia obywateli?

Rozdział „ochrona zdrowia” jest swoista kwintesencją całego „Raportu”. Ujmując rzecz w skrócie, nie przeziera z niego żadne, nawet fragmentaryczne myślenie liderów Lewicy o lewicowej alternatywie dla obecnego państwa. Swoją rolę posłowie postrzegają raczej jako rolę lewicowej paprotki na politycznych salonach Warszawy, jako korektora, usprawniacza niektórych rozwiązań. Nic ponadto.

P.S.

Rzetelności „Raportu o stanie państwa” nie zrujnowałby rozdzialik o tym, które z rozwiązań społecznych i administracyjnych wprowadzonych przez PiS Lewica uznaje za słuszne i godne kontynuacji.

Czwartego czerwca w Warszawie

 

Czwartego czerwca 2023 r wziąłem udział w marszu organizowanym w Warszawie przez Platformę Obywatelską. Nigdy PO nie popierałem i tylko w ostateczności głosować będę na jej kandydatów. Powodów jest sporo – od ideowych poczynając. Dla mnie ( pewnie nie tylko) PO to taki trochę bardziej ucywilizowany PiS. Może bardziej przewidywalny, z pewnością bardziej proeuropejski. Wielu błędów nie mogę jednak Platformie wybaczyć, w tym i tego, że to ta partia pierwsza zaczęła psuć Trybunał Konstytucyjny. Nie mogę również nie dostrzegać atawistycznej antylewicowości liderów tej organizacji a zwłaszcza jej obecnego wodza Donalda Tuska. Zdecydowałem się jednak pojechać do Warszawy z dwóch powodów. Po pierwsze za najważniejsze dzisiaj dla wszystkich prodemokratycznych sił w Polsce uznaję odsunięcie od władzy prawicy skupionej wokół PiS. Jeżeli nie nastąpi to w najbliższych wyborach, jeżeli PiS znowu zdobędzie władzę w Polsce to najpewniej zdobędzie ją na bardzo długi czas. Trzeba się więc mobilizować, a frekwencja na zapowiedzianym marszu z pewnością będzie wskaźnikiem prawdopodobieństwa zmiany władzy w Polsce. Być może, jak to często bywa na mniejsze zło. Dlatego postanowiłem pojechać, postanowiłem być tą kropelką, która być może będzie częścią fali, która być może z gabinetów władzy zmiecie PiS – organizację mafijną, złodziejską, prowadzącą Polskę w historyczną i cywilizacyjną przepaść. Być może… Cóż więcej mogę zrobić tym bardziej, że swój udział zapowiedzieli liderzy parlamentarnej lewicy?

Drugi powód to te, że chciałem osobiście poczuć atmosferę wydarzenia organizowanego przez PO, zobaczyć jacy ludzie wezmą w nim udział, popatrzeć na wielką politykę z perspektywy żaby. (perspektywa żaby to określenie z dziedziny fotografii, ujęcie z najniższego poziomu ku górze)

Pojechałem więc (wraz z grupą znajomych) na ten marsz. Problem zaczął się jednak od samego początku: jaki to będzie marsz? Czy będzie to marsz zwolenników Platformy Obywatelskiej czy marsz antypisowskiej opozycji? Od pierwszej medialnej zapowiedzi zorganizowania tego wydarzenia nie było to jasne i mam podstawy do spekulacji, że ta najważniejsza kwestia ewoluowała już w trakcie samej manifestacji. Oczywiście w realu nie był to żaden marsz a co najwyżej pochód i to dosyć wolny.

Kim byli uczestnicy? Powiedzieć trzeba od razu, że uczestnicy, w odróżnieniu od organizatorów, zdali egzamin na piątkę. Myślę, że aż takiej frekwencji się nie spodziewano. Jest to ważne o tyle, że sam udział w tym wydarzeniu był sporym wysiłkiem fizycznym. Ja musiałem wstać rano o czwartej piętnaście i wróciłem do domu o pierwszej piętnaście następnego dnia. A przecież ludzie przybywali z odleglejszych jeszcze miejscowości. Przeważało pokolenie wieku średniego. Nie brakowało też seniorów i młodzieży, ale wielokrotnie spotkałem się z opinią, że ludzi młodych jest zbyt mało.

Oczywiście w większości byli to zapewne partyzanci PO, chociaż symboliki PO na eksponowanych przez uczestników pochodu plakatach, plakacikach, flagach itp. było tyle co kot napłakał – a nawet mniej. Ile jednak było osób takich jak ja, którzy przybyli nie na „marsz PO” ale na marsz antypisowskiej opozycji? Tego się nie dowiemy, ale z pewnością było nas wielu. Wyróżniał się „Strajk kobiet” zarówno graficznie jak i prezentowanymi hasłami. Donald Tusk został gorąco przywitany na początku, raz, czy dwa zaintonowano skandowanie „Donald Tusk!” i to koniec. Nie zauważyłem żadnych niesionych przez uczestników haseł personalnie nawiązujących do Tuska, choć nie można wykluczyć, że takie były w tym morzu protestujących, morzu flag, transparentów, plakatów i plakacików. W nadawanych komunikatach organizacyjnych podkreślano wprawdzie, że to PO jest organizatorem pochodu, ale trudno się temu dziwić.

Rzecz najważniejsza – atmosfera pochodu. Zdecydowanie antypisowska. Lud pałał wręcz wrogością do PiS, Kaczyńskiego i wszystkiego co się z nim wiązało często nie przebierając w formie i w słowach. Ta wrogość do PiS była dominantą manifestacji. Dostrzegłem też plakacik apelujące o zjednoczenie się opozycji. Drugim mocnym akcentem wśród niesionych symboli była proeuropejskość. Jak każdy mógł zauważyć w telewizyjnych relacjach flagi Polski i Unii Europejskiej dominowały w pochodzie i nie potrafię określić, których było więcej.

Tak się złożyło, że przed rozpoczęciem pochodu „wylądowałem” w bliskiej odległości od trybuny z której przemawiali Tusk, Wałęsa i inni  oraz odkrytego autokaru, z którego dachu poseł Arłukowicz „dowodził” samym pochodem. Obok Arłukowicza dostrzegłem Czarzastego i Biedronia. Wystąpienie Tuska, owacyjnie przyjęte prze zebranych oceniam na 3+. Nie przywitał on imiennie liderów innych ugrupowań politycznych, zdawkowo nawiązywał do potrzeby konsolidacji antypisowskiej opozycji. Ktoś mógłby uznać, że to pierwsze wystąpienie miało na celu zaakcentowanie dominacji PO w opozycyjnym bloku. Wystąpienia po Tusku skomentować można tylko w ten sposób, że w żaden sposób nie zrozumieli oni wielusettysięcznego tłumu, który od półtorej godziny, w słońcu oczekiwał na rozpoczęcie pochodu. Entuzjastycznie przywitany Wałęsa zapomniał, że to uczestnicy pochodu, a nie on są najważniejsi. Potraktował nas przedmiotowo, jako pretekst do prezentacji swojego życiorysu, osiągnięć i sprytu. Zakończył swoje wystąpienie zachęcany przez zgromadzonych skandowaniem „idziemy!” „dokończysz później lub wręcz gwizdami. Żałosne tym bardziej, że następni mówcy z tych oznak zniecierpliwienia manifestantów nie wyciągnęli żadnych wniosków. Oni nie mówili do nas, lecz do kamer i mikrofonów.

Po pewnym czasie, gdy już pochód szedł przez aleje Ujazdowskie trzema potokami (jezdnia i chodniki) dostrzegłem przewodniczących Czarzastego i Biedronia przeciskających się pod prąd chodnikiem przy Parku Łazienkowskim. Pierwsza myśl, która przyszła mi wówczas do głowy to ta, że wobec wystąpienia Tuska, nie powitania ich z imienia, nazwiska i funkcji, liderzy Nowej Lewicy doszli do wniosku, że rola „ciekawostki przyrodniczej” na dachu piętrowego autokaru im nie odpowiada. Czy ta manifestacja w manifestacji była przyczyną tego, że Włodzimierz Czarzasty zabrał głos z Trybuny na placu Zamkowym? Być może było zupełnie inaczej, ale z „żabiej perspektywy” wyglądało to właśnie tak.

Udział lewicy w manifestacji organizowanej przez PO to osobny, ważny temat. Zacznę od konkluzji końcowej. Moim zdaniem lewica była największym przegranym tej imprezy. Mało tego. To lewica mogła rozstrzygnąć dylemat czy ta manifestacja to „marsz zwolenników PO” czy „Marsz antypisowskiej opozycji”. Zachowanie się Nowej Lewicy jest dla mnie niezrozumiałe. Z jednej strony liderzy ogłaszają, że wezmą udział w marszu, z drugiej zaś w ogóle nie zachęcają swoich zwolenników, aby poszli w ich ślady.

Jestem głęboko przekonany, że gdyby w pochodzie wzięła udział grupa ze trzystu, może nawet 200 osób z czerwonymi flagami, z hasłami antypisowskimi, obrony demokracji i polskiego członkostwa w UE zostaliby bardzo dobrze przyjęci przez pozostałych uczestników. Dla każdego zewnętrznego obserwatora byłoby wówczas jasne, że to protest antypisowskiej opozycji, a nie wewnętrzna sprawa PO.

Czytam czasem po lewej stronie, że ta manifestacja była wymierzona przeciwko – uwaga – pozostałym partiom i ugrupowaniom opozycyjnym, że jej celem było zdominowanie opozycji przez Donalda Tuska. Podobną narrację szerzy również prawica. Trudno się z tym zgodzić. Jeśli nawet takie były zamiary platformerskich strategów, to absencja lewicy tylko ułatwiła osiągnięcie tego celu.  O to jak ułożą się relacje w dzisiejszym obozie opozycyjnym o jego zwycięstwie w wyborach zadecydują wyniki tych wyborów, liczby zdobytych głosów i mandatów. Swoją nieobecnością w niedzielnym antypisowskim pochodzie w Warszawie Nowa Lewica głosów wyborczych sobie raczej nie przysporzyła, może nawet wręcz przeciwnie. Najbliższe notowania to pokażą.

Antypisowski pochód w Warszawie skłania do jeszcze jednej refleksji: czy możliwe są podobne manifestacje organizowane przez lewicę. Nie pięćset, ale może trzysta, lub choćby dwieście tysięcy uczestników. Tak, to jest możliwe o ile lewica zdobędzie się na programową, ustrojową alternatywę dla współczesnej Polski. Tylko wówczas, a nie powtarzając mantrę „będziemy rządzić, będziemy współrządzić, będziemy rządzić…” zdoła zapobiec długookresowemu podziałowi polskiej sceny politycznej na dwa obozy wywodzące się z jednego politycznego nurtu.

20 lat minęło…

Niestety nie mogłem skorzystać z zaproszenia SGH w Warszawie na niezwykle ciekawie zapowiadającą się konferencję  naukową „Geneza i konsekwencje traktatu o przystąpieniu Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej w 20. rocznicę jego podpisania”. Panele eksperckie roiły się od nazwisk wybitnych profesorów, a czołowymi politykami byli byli premierzy rządów RP: Leszek Miller , Włodzimierz Cimoszewicz i Marek Belka – osoby, które niewątpliwie przyczynili się do polskiego członkostwa w UE. Oczywiście nie tylko oni. Uważam, że słynna fotografia pokazująca moment podpisywania przez polskiego premiera Leszka Millera i ministra spraw zagranicznych Włodzimierza Cimoszewicza Traktatu Akcesyjnego powinna na stałe zdobić podręczniki polskiej historii szkół wszystkich szczebli.

Nie mogłem wziąć udziału w konferencji i w związku z tym nie było mi dane zaprezentować na niej mojej opinii na tak ważny temat. Biorąc jednakże pod uwagę formułę spotkania, udział uczestników „z sali” zapewne ograniczony by został do zadawania krótkich konkretnych pytań. Tymczasem temat wymaga głębszego nade nim pochylenia się.

Przed podpisaniem traktatu

„Geneza i konsekwencje traktatu o przystąpieniu Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej w 20. rocznicę jego podpisania” – samo podjęcie tego tematu w obecnej chwili już zasługuje na szacunek. Bez żadnej konferencji można w ciemno stwierdzić, że podpisanie traktatu miało dla Polski konsekwencje ogromne, wręcz historyczne. Jak głębokie, jak szerokie i – co najważniejsze – jak trwałe – to zapewne będzie przedmiotem wielu naukowych analiz. Ale, o czym mniej się mówi gdyż okazało się to z pewną historyczną zwłoką, przyjęcie w 2004 r.Polski do Unii, a wraz z nią 7 mniejszych państw Europy Środkowej oraz Cypru i Malty miało ogromne konsekwencje również dla samej Unii. I na tym głównie aspekcie chciałbym dzisiaj się skupić.

20 lat temu Unia Europejska była najsilniejszy centrum politycznym na świecie. Wypracowała swoją unikalną, progresywną misję społeczno – polityczną, reprezentowała największy potencjał gospodarczy. Unia Europejska urzekała młodych ludźmi hasłami takimi jak „Wszyscy różni – wszyscy równi”, rozwojem obywatelskiej demokracji, polityką wyrównywania dysproporcji w rozwoju cywilizacyjnym pomiędzy różnymi europejskimi regionami, internacjonalizmem, przejawiającym się nie tylko w zniesieniu granic pomiędzy państwami członkowskimi, ale również swoją polityką kulturalną promującą wspólne, ogólnoeuropejskie wartości. Jeśli dodać do tego koncentrowanie się Unii Europejskiej na pomocy najsłabszym, na tworzeniu i respektowaniu praw człowieka, na oparciu fundamentów instytucjonalnych Unii na prawie i społecznej sprawiedliwości – nie można się dziwić, że dla wielu prawicowych polityków Unia na przełomie XX i XXI wieków była organizmem społeczno-, gospodarczo- i politycznie par excellence  lewicowym.

Do takiej Unii wstępowała Polska. Z taką Unią związałem się emocjonalnie, dla przystąpienia Polski do takiej Unii pracowałem przed podpisaniem przez Premiera Millera traktatu akcesyjnego i dla umacniania takiej Unii pracowałem po nabyciu przez Polskę członkostwa również jako pierwszy polski członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego w Luksemburgu. Przy czym wypełnienie warunków wynikających z acquis communautaire nie było prostym zadaniem. Będąc wiceprezesem Najwyższej Izby Kontroli odpowiadałem między innymi za relacje Izby z Europejskim Trybunałem Obrachunkowym oraz całościowo za przygotowanie polskiego państwowego systemu kontroli zewnętrznej do europejskich standardów audytu. Spędziliśmy wiele, wiele miesięcy na analizach i dyskusjach dotyczących polskich rozwiązań i ich zgodności z tymi standardami. Finałem był pierwszy w historii NIK tzw. przegląd partnerski funkcjonowania Izby, przeprowadzony wspólnie przez przedstawicieli różnych europejskich najwyższych organów kontrolnych państw unijnych i zespół ekspertów NIK. Raport, który powstał w wyniku tego przeglądu był w sumie dla NIK pozytywny, chociaż zawierał szereg ważnych, konkretnych rekomendacji, wdrażanych później z różną sumiennością i skutkiem. Podobnie jak we wszystkich polskich państwowych instytucjach pracowaliśmy z wielkim zapałem. Tym większa więc była radość z podpisania traktatu. Na jednym z nieoficjalnych spotkań w Warszawie, na którym fetowaliśmy sukces Polski wyrwało mi się, w formie żartu oczywiście stwierdzenie następujące: „Nie cieszcie się zbytnio. My, Polacy, daliśmy radę Układowi Warszawskiemu to i z Unią sobie poradzimy”. Salwa śmiechu zebranych. Ale dzisiaj z przerażeniem obserwuję, jak ten żart sprzed 20 lat staje się rzeczywistością.

Zgliszcza

Przechodząc do sedna sprawy: z Unii Europejskiej z przełomu wieków zostały dzisiaj już tylko zgliszcza. Unia przestała być potęgą gospodarczą, nie jest też jakimś ważnym centrum światowej polityki. Unia roztrwoniła swoje wartości ideowe, jest organizmem rozsadzanym wewnętrznymi sprzecznościami, całkowicie wyzbytym z pozorów choćby politycznej suwerenności, organizmem niezdolnym do podejmowania skutecznych działań w interesie ogółu obywateli Unii. Być może nie dostrzegają tego jeszcze w pełni lokatorzy przepięknych gmachów ze stali i szkła w Brukseli, Strasburgu czy Luksemburgu, ale prędzej czy później i oni będą musieli uznać, że idea Unii Europejskiej znalazła się w śmiertelnym dla niej kryzysie. Im prędzej to się stanie, im prędzej sobie to uświadomią – tym lepiej, chociaż wielu analityków jest zdania, że powrotu do czasów świetności UE już nie ma.

Przyczyn tej obecnej kondycji Unii jest wiele. Niektóre z nich tkwią w jej fundamentach, inne w kunktatorstwie państw członkowskich, jeszcze inne w tak zwanych przyczynach  obiektywnych. Do fundamentalnych źródeł klęski Unii należy moim zdaniem podstawowa sprzeczność pomiędzy jej zasadami i praktyką. Unia chciała być światowym wzorem demokracji obywatelskiej, wzorem idei europejskiego parlamentaryzmu. Tymczasem polityczna struktura Unii przeczy tym ideałom. Naczelną władzą polityczną Unii nie jest bynajmniej Parlament Europejski wybierany w powszechnych, demokratycznych wyborach, lecz Rada Europejska – grono złożone z ministrów spraw zagranicznych państw członkowskich, a więc przedstawicieli egzekutywy. Tak naprawdę to egzekutywa właśnie kieruje Unią i dominuje nad parlamentem. W ten sposób dochodzi między innymi do takich sytuacji kiedy to na najwyższe stanowiska instytucji unijnych wybierane są, wbrew negatywnym opiniom Parlamentu, osoby znane ze swoich antyunijnych przekonań i działalności, oraz/i osoby na których ciążą zarzuty działania na szkodę interesów finansowych Unii, czy też osoby na których ciążą poważne zarzuty korupcyjne. Ta procedura nie omija samej Komisji Europejskiej, na czele której stanęła ostatnio osoba uwikłana w niewyjaśnione afery korupcyjne w niemieckim ministerstwie obrony Niemiec którym kierowała. Parlament w końcu przegłosował tą kandydaturę prawdopodobnie chcąc zakończyć kryzys, jaki nastąpił po zablokowaniu przez Polskę na poziomie Rady Europejskiej właśnie naturalnego kandydata, szefa największej unijnej grupy parlamentarnej. W ten sposób, w imię zgniłego politycznego kompromisu w Radzie, Unia zaczęła psuć się od głowy.

Antidotum na te znane bolączki Unii miała być Konstytucja Unii Europejskiej. To ona właśnie stanowić miała podstawy do dalszej integracji europejskich społeczeństw i państw. Niestety, idea Konstytucji UE została pogrzebana prze Holandię oraz przez Francję, których parlamenty odmówiły ratyfikowania tekstu europejskiej ustawy zasadniczej. Erzacem konstytucji był traktat z Lizbony, ale upadek idei konstytucji stanowił bolesny bardzo dotkliwy cios dla planów integracji Unii Europejskiej.

Polska – Unia Europejska

Relacje pomiędzy Polską a Unią Europejską przeszły w ciągu tych 20 lat znamienną metamorfozę. Z grubsza podzielić ją mogę na trzy okresy. Pierwszy, bardzo krótki, to okres euforii niemal z racji historycznego „przycumowania” Polski do Zachodniej Europy. Szybko ustąpił on nowemu okresowi, który, za polskim premierem Waldemarem Pawlakiem nazwać można okresem „dojenia brukselki”. W tym okresie najważniejsze było to ile pieniędzy trafi do Polski z unijnych programów. Naszą obecność w Unii utożsamiono z wynikiem bilansowym rozliczeń z Unią (tyle wpłaciliśmy, a tyle otrzymaliśmy). Ilość „zdobytych” środków unijnych stała się wręcz miernikiem patriotyzmu. Niestety, zapomniano, czy też zaniedbano sprawy ważniejsze, czyli pozyskiwanie społecznego poparcia dla Unii Europejskiej nie przez pryzmat pekuniarny, ale przez pryzmat wartości społecznych, politycznych i ekonomicznych Unii.

Trzecim wreszcie okresem jest trwający do dziś haniebny z punktu widzenia polskiej racji stanu i interesów Polaków okres „pisowski”, czyli okres otwartej walki Polski z Unią Europejską na wszystkich możliwych frontach. Powodem tej konfrontacji jest oparcie strategii politycznej PiS na idei państwa narodowego, odwoływanie  się do tradycyjnie skutecznej w polskim społeczeństwie bojaźni przed „obcymi”, przed ich kulturą, religią, normami społecznymi. Pojęcie suwerenności narodowej sprowadzono do idei izolacjonizmu państwowego. To nieprawda jednakże, że PiS jest przeciwny Unii Europejskiej jako takiej. Jest on zadeklarowanym wrogiem Unii opartej na wartościach wyrażonych w traktatach z Mastricht i Lizbony, gdyż taką Unię uznaje za wręcz lewacką. Miła Kaczyńskiemu i jego wyznawcom jest natomiast Unia oparta wprost i literalnie na tzw. „wartościach katolickich”, unia będąca luźną federacją państw europejskich, którym ewentualnym spoiwem będą relacje gospodarcze pomiędzy poszczególnymi państwami. Od pierwszego dnia swojej władzy PiS zapowiadał głęboką reformę Unii w tym właśnie kierunku. Jest to o tyle istotne, że bardzo pomylić mogą się zwolennicy integracji Unii Europejskiej odwołujący się do wyrażanego w sondażach wysokiego poparcia polskiego społeczeństwa dla naszego członkostwa w UE. W sondażach, których wyniki są publikowane nie stawia się jednak pytań rodzaju „czy jesteś za dalszą integracją UE?” lub wręcz: „czy popierasz wizję Unii Europejskiej Jarosława Kaczyńskiego”.

Trzeba niestety odnotować, że Polska, jeden z największych krajów Unii, położona w bardzo  wrażliwym miejscu Europy nie wykazała się w trakcie swojego 20-letniego członkostwa jakąś poważną, strategiczną inicjatywą na rzecz umacniania europejskiej wspólnoty. Nie ma takiej inicjatywy,  do której przylgnęłaby przydawka przymiotna „polska”. Polska nie wzmocniła nawet gospodarki Unii przez przyjęcie wspólnej unijnej waluty EURO. Wiele było natomiast inicjatyw nakierowanych na osłabianie Unii, w tym najważniejsza: podważanie paneuropejskiego systemu prawnego.

Nie tylko Polska

W demontażu Unii Europejskiej Polska odegrała haniebną rolę zyskując opinię amerykańskiego konia trojańskiego i niewątpliwie w historii Unii kraj nasz nie zapisze się złotymi zgłoskami. Ale nie tylko Polska powinna bić się w piersi. Problem jest w tym, że Unia Europejska nie wypracowała żadnej płaszczyzny do dyskusji strategicznych, do skutecznego kształtowania długoterminowej polityki gospodarczej, politycznej i społecznej. To trochę tak, jakby odpowiedzialni za UE politycy uznali, że twór pod nazwą Unia Europejska jest tak doskonały, że myślenie o jego ewentualnej ewolucji zakrawa na herezję.

Sygnałem alarmowym była pierwsza zagraniczna podróż nowo wybranego prezydenta USA Baracka Husseina Obamy na początku 2009 r., jaką odbył odwiedzając szereg europejskich stolic. Ominął jednak Unię Europejską nie spotykając się z jej liderami. Wywołało to w Europie niemałe zaskoczenie. Odpowiadając na pytania dziennikarzy dlaczego tak się stało Obama odparł, że z Unią Europejską nie ma o czym rozmawiać, ponieważ nie prowadzi ona żadnej polityki zagranicznej. Ta wypowiedź Obamy zrobiła wielkie wrażenie na europejskim politycznym establishmencie, jednakże wnioski, jakie on z tego wyciągnął były całkowicie błędne. Politycy pierwszej ligi europejskiej jakoś nie dostrzegli tego, że prezydent USA spotyka się z szefami rządów państw stanowiących realną siłę polityczną, z którą Stany muszą się liczyć lub z szefami rządów państw wasalnych względem USA i postanowili na kolejne wizyty sobie „zasłużyć”. Politycy ci przegapili historyczny być może moment, w którym Unii Europejskiej nadać mogli rzeczywiście światowego wymiaru politycznego i gospodarczego giganta, z którym liczyć się powinni wszyscy. Ten moment to lata 2004 – 2008, czyli lata bezpośrednio po tym, jak nowego impulsu rozwoju Unii dało dołączenie do niej 10 państw głownie z Europy Środkowej. Droga do silnej Unii Europejskiej wiodła wówczas przez… Moskwę. Hasło Unia od Lizbony do Władywostoku nie raz pojawiało się wówczas w różnego rodzaju debatach. Europa zachodnia połączona trwałym sojuszem (być może również wspólnym członkostwem?!) z Rosją, korzystająca z przestrzeni i zasobów naturalnych Rosji zostałaby największym graczem politycznym i gospodarczym  świata. Politykom unijnym zabrakło jednak i wyobraźni i odwagi. Odwagi, gdyż w takim przypadku należałoby rosyjskiemu partnerowi zrobić formalne miejsce w unijnych strukturach, a na to nie wszyscy mieli ochotę, oraz dlatego, że taki projekt nie mógł zyskać poklasku za oceanem. Ale do odważnych należy świat a do tchórzy – sromota. Z politycznych mężów stanu chyba tylko Gerhard Schröder zdawał sobie z tego sprawę promując konkretne, trwałe (do czasu terrorystycznego zamachu) więzi gospodarcze z Rosją. Unia bezpowrotnie straciła szansę okazania się przykładem dla całego świata konstruktywnego, pokojowego rozwiązywania globalnych problemów.

Ten krótki okres czterech lat szansy zamknął się w 2008 r. na szczycie NATO w Bukareszcie, na którym oficjalnie NATO pod dyktando USA zaprosiło w swoje szeregi Ukrainę i Gruzję. Towarzyszyła temu zintensyfikowana antyrosyjska polityka USA na terenie tych państw. Unia Europejska nie potrafiła się jej przeciwstawić i dzisiaj odczuwa tego poważne konsekwencje.

Smutna rzeczywistość

Dzisiaj po Unii Europejskiej Anno Domini 2004 pozostały ruiny. Przede wszystkim anihilacji uległ zapał budowania nowego, lepszego europejskiego świata. Zapał nie tylko wśród politycznych elit ale również wśród młodego, wkraczającego w polityczne życie pokolenia. Dzisiaj to pokolenie, o 20 lat starsze przesiąknięte jest rozczarowaniem i zawodem. Zgruzowaniu uległy prawie wszystkie wartości Unii takie jak demokracja obywatelska, rządy prawa, ochrona mniejszości, ochrona słabszych. Ale nade wszystko ucierpiała wartość pod nazwaniem „wzajemne zaufanie”. Zaufanie zarówno pomiędzy rządami krajów członkowskich jak i pomiędzy społeczeństwem a unijnymi instytucjami. Niedawne dwie lokomotywy Unii Niemcy i Francja w ogóle ze sobą nie rozmawiają, a jeżeli już, to mówią zupełnie różnymi językami. Wspólne szczytne cele społeczno-gospodarcze Unii zniknęły z łam mediów, przestały być spoiwem Unii. Unia na długi okres czasu utraciła swoja polityczną suwerenność na rzecz wasalizmu względem USA. Tworzące się nowe konstelacje polityczne świata kierować się będą w stronę Waszyngtonu, Pekinu, ale nie w stronę Brukseli. Bo i po co? To co dzisiaj spaja jeszcze Unię Europejską to waluta EURO i sankcje przeciwko Rosji, chociaż te ostatnie są coraz bardziej umowne, gdyż z jednej strony są one uroczyście obwieszczane, a z drugiej poszczególne kraje unijne wymyślają coraz to nowe metody ich obchodzenia. Mammy wreszcie dzisiaj sytuacje taką, że zamiast partnera, jakim na początku XXI wieku była Rosja, państwo z długą tradycją swojej państwowości, państwo przewidywalne i w standardach demokratycznych nie odbiegające od średniej światowej, państwo zasobne, jednym słowem Rosja, której europejskim promotorem był Schröder, mamy na wschodniej granicy partnera, już kandydata do Unii, który jeszcze przed wojną był synonimem bezprawia, wszechobecnej korupcji, autorytaryzmu. Partnera, który nie szanował praw mniejszości, prześladował demokratyczna opozycję, likwidował opozycyjne media, w którym władzę obejmowało się par force, drogą antykonstytucyjnego zamachu stanu. Partnera, którego – o ironio losu – głównym ambasadorem w Unii jest dzisiaj również kanclerz Niemiec, również ponoć socjaldemokrata!

Silna, zintegrowana, demokratyczna Unia Europejska

Tymczasem w kolejny unijnym państwie – Grecji wybory parlamentarne wygrało ugrupowanie prawicowe, któremu zdecydowanie bliżej jest do Orbana niż do Macrona. Czy można jeszcze zatrzymać ten zjazd w dół Unii Europejskiej z Mastricht i Lizbony? Czasu zostało bardzo niewiele. Jeżeli prounijnym partiom politycznym nie uda się stworzyć powszechnego frontu: „silna, zintegrowana, demokratyczna Unia Europejska”.

Nie może jednak skończyć się na hasłach. Potrzebna jest odnowa Unii Europejskiej, jej odbiurokratyzowanie, zwrócenie się w swojej codziennej działalności do zwykłego człowieka, do europejskich społeczności. Potrzebny jest nowy, prospołeczny program integracji Unii Europejskiej, którego podstawą  powinna być bezdyskusyjna nadrzędność Parlamentu Europejskiego nad Komisją i Radą i który uzyska poparcie większości obywateli Unii w nadchodzących wyborach do PE. Jeżeli tak się nie stanie, jeżeli inicjatywę pozostawi się w  rękach prawicowych mediów i specjalistów od wyborczych manipulacji, to ostateczny koniec Unii jaką znamy może nadejść szybciej niż się spodziewamy.

„copy-paste” czyli robienie ludzi w balona

Co robi firma, instytucja, gdy nieoczekiwanie znajdzie się w trudnej sytuacji wizerunkowej? Oczywiście czym prędzej powołuje sztab antykryzysowy, którego zadaniem jest zminimalizowanie tych strat, a jeśli to się uda, to i przekucie porażki w sukces.

Weźmy wzór wszystkich wzorów: Stany Zjednoczone Ameryki Północnej. Kiedy jeden z najwybitniejszych dziennikarzy śledczych, wręcz guru dziennikarzy parających się trudną i niebezpiecznym zajęciem patrzenia rządzącym na ręce Seymour Hersh opublikował bardzo niewygodne dla rządu USA wyniki swojego dochodzenia, które jednoznacznie i bezdyskusyjnie obciążają USA winą za wysadzenie rurociągów NS1 i NS2, sztab antykryzysowy natychmiast przystąpił do działania. Pierwsze zalecenie: zaprzeczyć wszystkiemu. Wykonane bezbłędnie: USA stanowczo zaprzeczyły swojemu udziałowi w tym bezprecedensowym akcie terrorystycznym powołując się na… opinię służb specjalnych. USA.

Drugi krok: tak zamącić sytuację, aby ludzie dosłownie zgłupieli. Tak więc niemal na drugi dzień kilka różnych redakcji różnych mediów w różnych częściach świata zaczęło publikować wyniki „swoich” dochodzeń. I tak wśród podejrzanych o ten atak znaleźli się Ukraińcy Polacy i Rosjanie. Wśród nich jedna kobieta (jak równouprawnienie to równouprawnienie), którzy na małym jachcie wyprodukowanym rzekomo w Polsce  przewieźli kilkaset kilogramów materiałów wybuchowych, duże ilości sprzętu do nurkowania, podpłynęli w sobie tylko wiadome miejsce, zanurkowali, wysadzili rurociągi i z szybkością światła zniknęli z radarów wojskowych a także z radarów opinii publicznej. Dziś nikt już nie docieka kto i co.

Nie docieka, gdyż kolejnym etapem było odwrócenie uwagi opinii publicznej. Otóż nad USA pokazał się balon. Przyleciał on ponoć z Kanady, której rząd jak się zdaje nic o tym nie wiedział, pokrążył nad USA, zawrócił do Kanady i znowu wtargnął w przestrzeń powietrzną Stanów Zjednoczonych, przemierzył ją niemal wszerz, by w końcu bohaterską decyzją samego Prezydenta zostać zestrzelonym przez amerykańskie myśliwce nad Oceanem Spokojnym, w którego falach dokonał żywota. Od samego początku balon był oczywiście chiński i wykonywał wrogą przeciw Stanom misję szpiegowską.

Dziś nikt już nie docieka kto wysadził rurociągi, co stało się z jachtem i jego załogą, nikt też nie interesuje się losami chińskiego ponoć balonu ponoć szpiegowskiego. Pełny sukces sztabu antykryzysowego, którego działalność niechybnie znajdzie miejsce w stosownych materiałach szkoleniowych.

Już widać, że temat stał się przedmiotem stosowych szkoleń u najoddańszego wspólnika USA w Europie czyli w Polsce.

W Polsce otóż pojawiła się rakieta. Jakieś 2 tony metalu i betonu. Przeleciała przez pół Polski, ponoć zauważona w jakimś momencie przez polskie radary, które jednak szybko ją zgubiły. Rakieta wylądowała w lasach pod Bydgoszczą w grudniu i w kwietniu przypadkowo znaleziona została przez jakąś miłośniczkę wiosennej przyrody. I zrobiła się afera niesłychana. Na pół roku przed wyborami podcięta została jedna z kluczowych podpór programu wyborczego PiS: obronność. PiS będzie chciał bowiem utrzymać władzę odwołując się do naturalnego odruchu skupiania się społeczeństwa wokół rządzących w momentach zewnętrznego zagrożenia. Dlatego wojna na Ukrainie jest darem z nieba dla PiS. PiS pręży muskuły, wydaje bajońskie sumy publicznych pieniędzy na kolejny wojskowy złom i wmawia społeczeństwu: popatrzcie, jacy jesteśmy potężni! My was obronimy!

To znaczy prężył muskuły, gdyż ta nie do końca rozpoznana rakieta odsłoniła starą prawdę: „Klata jak u pirata: z wierzchu karton a w środku wata”.

No cóż – stało się. Ale po co mamy przyjaciół i ich doświadczenia? W USA zadziałał numer z balonem to i u nas musi się udać! Po prostu „copy-paste”!

W ten sposób w polską przestrzeń powietrzną oraz w mózgi milionów Polaków wtargnął nieoczekiwanie balon. Oczywiście białoruski. Pokręcił się nad Polską, po czym według jednych świadków spłonął, według innych źródeł śledzony był przez dzielną obronę powietrzną do granic duńskich. Ale dzisiaj wszyscy Polacy, a szczególnie w województwach północnych mają zajęcie. Od Centrum Zarządzania Kryzysowego otrzymują oni wezwania w formie SMS-ów do poszukiwania szczątków owego statku powietrznego, który ponoć spłonął lub jest już w Danii. Baczność! Cała Polska szuka białoruskiego balona! Niełatwa to będzie sprawa, gdyż balon ten ma najpewniej napęd odrzutowy, a może nawet i naddźwiękowy? Pilotowany był on bowiem przez polskie i amerykańskie myśliwce, ale im zwiał.

Czy uda się PiS-owi odwrócić opinię publiczną do skandalu z rakietą wypełnioną betonem? Pewnie tak, ale przyznam, że jestem zawiedziony. Po rodakach, którzy tak chętnie obnoszą się ze swoją ułańską fantazją spodziewałbym się czegoś bardziej oryginalnego. Na przykład białoruskiej łodzi podwodnej, która z Bugu, systemem rur kanalizacyjnych przedostała się do Zakopanego, skąd górskimi strumieniami dotarła na szczyt Rysów aby stamtąd podglądać nasz kraj, a zwłaszcza nasze i sojusznicze wojska. To też niezbyt oryginalny pomysł, ale jednak bez dwóch zdań polski!

Refleksje popierwszomajowe

 

Wraz z kilkoma członkami Stowarzyszenia Przyszłość Socjalizm Demokracja uczestniczyłem w pierwszomajowej demonstracji organizowanej przez OPZZ, Nową Lewicę i inne organizacje w Warszawie. Z punktu widzenia Stowarzyszenia, które walczy o swój medialny wizerunek był to udział bardzo korzystny. Z naszym banerem byliśmy widoczni, wielokrotnie pokazywani w przekazach telewizyjnych. Jednakże całe to wydarzenie skłania do kilku głębszych refleksji.

Tegoroczna manifestacja była odmienna od poprzednich. Nie tylko wyraźnie skromniejsza liczebnie, ale i trasa pochodu pierwszomajowego jakby mało ambitna: spod Pałacu Kultury przy ul. Świętokrzyskiej pod siedzibę OPZZ. Ale i zainteresowanie Warszawiaków znikome: prawie puste chodniki, trochę osób siedzących w przyulicznych kawiarnianych ogródkach. Przed kim, wobec kogo demonstrować? Jedynym realnym odbiorcą byli przedstawiciele mediów i cała impreza wyraźnie ukierunkowana była pod nich. Główne hasło: GODNA PRACA = GODNE ŻYCIE. Wystąpienia lewicowych i związkowych przywódców, skądinąd słuszne, koncentrowały się wokół postulatów poprawy warunków pracy, wyższej płacy i umocnienia organizacji związkowych. I oczywiście solenne przyrzeczenia, że po najbliższych: „lewica będzie rządzić”. Hasła te rzucane były do kilkutysięcznego zgromadzenia, którego członkowie przyjechali w większości spoza Warszawy, a więc byli zadeklarowanymi aktywistami lewicy i tak więc ich zachowania wyborcze są w 100 % przewidywalne.

Czy cała ta impreza przełoży się na wyborczy wynik lewicy? O tym zadecydują medialne przekazy, a czas super-weekendu temu raczej nie sprzyja. Z pewnością tradycyjny elektorat lewicowy otrzymał dobrą informację: liderzy strzegą tradycji, organizują pierwszomajowy pochód – chociaż tylko w stolicy. Z drugiej strony na ogół jednym z głównych celów ulicznych manifestacji jest pokazanie społecznej siły organizacji wyrażonej liczebnością uczestników. Z tego punktu widzenia pochodu pierwszomajowego w Warszawie anno domini 2023 za sukces uznać nie można. Również wbrew uroczystym deklaracjom liderów NL po wyborach lewica rządzić nie będzie. Będzie co najwyżej współrządzić na miarę własnego wkładu w sukces wyborczy. Czyli otrzyma jakieś mniej znaczące ministerstwo, kilka departamentów. Ale bardzo szybko stanie też przed dylematem czy podpisywać się pod decyzjami rządu sprzecznymi z wyborczymi postulatami i deklaracjami lewicy (wyborcom jakoś się to wytłumaczy), czy dla demonstracji wiarygodności, czyli zgodności czynów z deklaracjami – z rządu ustąpić. Pytanie raczej retoryczne.

Tak więc tegoroczna manifestacja pierwszomajowa skłania do refleksji czy pochody organizowane w coraz skromniejszej formie mają jeszcze sens. Może lepiej zakończyć je jakimś zgromadzeniem, na którym do kamer i mikrofonów, w obecności kilku tysięcy zwolenników liderzy artykułować będą swoje wyborcze postulaty i hasła. Oczywiście uliczne manifestacje maja duże znaczenie, ale tylko wówczas, gdy ich organizatorzy niosą hasła radykalne, wręcz antysystemowe, wymagające pokazania, że są one popierane przez miliony. Może więc zamiast pierwszomajowych zlotów będących spotkaniami samych swoich większy wysiłek włożyć powinna lewica w bezpośrednie kontakty ze swoim społecznym otoczeniem, w przekonywanie ludzi spoza dotychczasowego elektoratu do swojego programu?

Ale tutaj dochodzimy do kwestii zasadniczej. W warszawskim pierwszomajowym zgromadzeniu i pochodzie dominowały flagi OPZZ i Lewicy. Lewica, Lewica, Lewica… Cóż jednak znaczy pojęcie „lewica” we współczesnych czasach. Czy jest nią, główna jak się zdaje doktryna „cywilizowania” kapitalizmu, podejmowanie wysiłków socjalizowania mechanizmów ekonomicznych, gospodarczych i społecznych, którymi zarządzają zupełnie inne siły polityczne, najczęściej lewicy wrogie? Niestety, patrząc na lewicę polską czy europejską w ogólności, która za cel stawia sobie udoskonalenie systemu kapitalistycznego nieodparcie nasuwa mi się obraz stada kur usilnie starających się wyleczyć lisa z jego dolegliwości żołądkowych.

Dzisiaj nikt nie powinien mieć złudzeń, że kapitalizm jest systemem zbrodniczym. W jego niejako genotypie na trwałe wpisana jest bezwzględna rywalizacja, agresja, potrzeba ekspansji i dominacji, wyzysk człowieka i całych grup społecznych. Wojen i konfliktów zbrojnych, które kapitalizm wywołał na świecie tylko w XXI wieku nie sposób nawet zliczyć. Tym bardziej trudno jest zliczyć wszystkie ofiary nie mówiąc o ogromie tragedii milionów mieszkańców Ziemi. Kapitalizm doprowadził do wybuchu III Wojny Światowej, jaką jest zmaganie się dwóch imperialistycznych systemów na obszarze biednej Ukrainy. Jako zapalnika użyto energię nacjonalizmu. Sprowadzanie przyczyn tej kolejnej światowej zawieruchy do charakteru Rosji jako „imperium zła” czy jeszcze lepiej do psychopatycznych cech rosyjskiego prezydenta jest oczywistym mydleniem oczu. Wojna toczy się o utrzymanie jednobiegunowego systemu światowej gospodarki z przewodnią rolą USA i dominującą rolą amerykańskiego dolara wobec wschodzącej koncepcji świata wielobiegunowego, w którym rola USA i ich waluty zdecydowanie zostanie pomniejszona. Wojna na Ukrainie była do uniknięcia, można jej było łatwo zapobiec. Rzecz w tym, że w tym kierunku nie robiono nic, a w kierunku wybuchu konfliktu zbrojnego – wszystko. Świat dążył do tej wojny od upadku muru berlińskiego i wreszcie się doczekał. A właściwie doczekali się politycy, bo zwykli ludzie nie. Gdyby to od zwykłych ludzi, w USA, Rosji, Ukrainie czy w Unii Europejskiej od ich woli wyrażonej choćby w referendach zależał wybuch tej wojny – nigdy by on nie nastąpił. Zadecydowali politycy, a w większym zapewne stopniu ci, którzy tych polityków finansują, którzy opłacają ich pseudo-demokratyczne kampanie wyborcze. A więc szefowie największych koncernów zbrojeniowych i magnaci światowego systemu finansowego. Świat zachodni dosłownie oszalał. Państwa na potęgę przerabiają swoje budżety kierując olbrzymie, niespotykane w drugiej połowie XX wieku środki na  armie i zbrojenia. Ale rzeczywistych kosztów III wojny światowej nie ponosi ani prezydent Biden, ani Putin, Duda czy Król Wielkiej Brytanii. Wszystkie koszty III wojny ponoszą zwykli obywatele. Płacą za nią wzrostem cen, obniżeniem poziomu życia i często samym życiem.  Zyskują politycy i ich finansowe zaplecze. Dochody firm zbrojeniowych rosną astronomicznie. Światowa finansjera zaciera ręce wobec gwałtownego zadłużania się rządów co w oczywisty sposób odbija się na ich suwerenności.

Kapitalizm zbiera swoje krwawe żniwo. Wojna światowa na terytorium Ukrainy ukazała przy tym jeszcze jedną twarz współczesnego kapitalizmu. Są nimi systemowe mechanizmy dezinformacji czy wręcz ogłupiania ludzi. Ta wojna pokazała potęgę mediów, zwłaszcza telewizji i Internetu. Ale nie ma się czemu dziwić. Wszak zanim ustawi się żołnierzy w marszowe kolumny najpierw, w podobne kolumny sformatować należy ludzkie umysły. Myślenie inne od nakazanego przez mainstream jest piętnowane a nawet karane. W mediach króluje wojna nie pokój. Ciekawym przykładem są tutaj Niemcy – jak się okazało polityczny i gospodarczy gigant na glinianych nogach. Otóż w państwie tym, niegdyś jednym z europejskich centrów oświecenia wprowadzono do obiegu pejoratywne określenie „Putin versteher” dla osób nie kupujących łatwo oficjalnej propagandy. Piętnowana jest w ten sposób sama próba zrozumienia innego człowieka. A przecież zrozumienie wcale nie wiąże się z podzielaniem czyichś poglądów. Zrozumienie otwiera natomiast drogę do dialogu, do poszukiwania kompromisów. Ale w tej wojnie kompromisów nie ma. Nie dla kompromisów były fikcyjne jak się okazało Porozumienia Mińskie.

Kapitalistyczna rzeczywistość niesie nam więc wojny i tragedie. Niesie nam również nowe techniki i możliwości ogłupiania człowieka. Jak dowodzi G. Sartori w swojej unikalnej monografii „Homo videns”: „Prawdą jest bowiem, że u schyłku XX stulecia homo sapiens znalazł się w poważnym kryzysie; to kryzys utraty rozumu i zdolności poznawczych”. Tak było na przełomie wieków. Dzisiaj jest dużo, dużo gorzej.

I co na to współczesna lewica? Co w sprawie likwidacji narastającego rozwarstwienia ekonomicznego, niesprawiedliwego podziału dóbr naturalnych i wytworzonych przez człowieka, co w sprawie głębokiego kryzysu edukacji i kultury? W Polsce przynamniej NIC. Słyszymy natomiast z ust niektórych lewicowych liderów, że „Polska uczestniczy w słusznej wojnie”. Czyjej wojnie – chciało by się zapytać. Każda wojna jest „słuszna” dla każdej walczącej strony. Ale w istocie słuszny jest tylko pokój, zrozumienie, porozumienie i współpraca dla ogólnego dobra. Ale o tym nie mówi się na dzisiejszych lewicowych wiecach. Czy więc – w historycznym ujęciu – są one lewicowe?

Cyrk Europa

fragment plakatu  Cyrku "Europa"
fragment plakatu Cyrk „Europa”

Po Polsce wędruje Cyrk „Europa”. W swoich występach obiecuje „ekscentrycznych żonglerów”, „ewolucje pod kopułą”, „niewiarygodne transformacje” i wiele innych atrakcji. Bilety w cenie 60 i 50 zł. Czteroosobowa rodzina to już 220 PLN a do tego popcorn, cola…

Można jednak wiele zaoszczędzić szukając cyrkowych wrażeń. Potrzebny jest do tego niestety spory wysiłek poszperania w medialnych doniesieniach, aby te cenne trufle wydobyć spod ziemi. Atrakcje są jednak niemniejsze.

Byliśmy niedawno świadkami osobliwej wizyty europejskich polityków w stolicy Państwa Środka. Udali się tam mianowicie Prezydent Francji Manuel Macron i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Już sam skład prowokuje do spekulacji. Jeśli się nie mylę jest to pierwsza tego rodzaju wizyta głowy najważniejszego państwa – członka UE i przewodniczącej Komisji Europejskiej. Skąd taka kompozycja? Tym bardziej, że na kilka dni przed wizytą przewodnicząca Ursula wygłosiła na forum Brukselskiego Centrum Współczesnej Polityki mowę, w której, porzucając język dyplomatyczny, obsobaczyła Chiny jak nie przymierzając św. Michał diabła. I zaraz po tym do Pekinu?

Macron – można się domyślać. Wobec coraz gorszej sytuacji społeczno-gospodarczej Francji chce jak najmniej stracić z dotychczasowej gospodarczej współpracy z Chinami. Nie jechał tam jednak jako równoprawny partner. Nic dziwnego, że towarzyszyło mu około 50 przedstawicieli francuskiego biznesu. Chiny bowiem, a dokładnie chińskie banki mają w ręku około 25% francuskiego zadłużenia. Chiny też mają swoje interesy we Francji i to nie tylko gospodarcze. Cóż jednak w tym towarzystwie robiła Pani Ursula? Kto jej towarzyszył? Co miała Chinom do zaproponowania? Tak więc skład ekipy intrygujący i automatycznie skłaniający do postawienia pytania: kto był szefem tej delegacji. Oficjalnie tego nie ogłoszono, ale Chińska Republika Ludowa zdecydowała. O ile Macrona fetowano jak męża stanu, głowę państwa, celebrowano spotkania z nim, to przewodniczącą Komisji Europejskiej zmarginalizowano do krańca dyplomatycznego protokołu. Bardziej upokorzyć dyplomatę podczas oficjalnej wizyty już chyba nie można. I Przewodnicząca niechybnie to dostrzegła, dając upust swej frustraci w publicznej wypowiedzi jeszcze na terenie Chin, w której starała się pouczać Chińczyków jak mają się zachowywać w światowej polityce. Chińczycy zapewne bardzo się tą wypowiedzią przejęli.

Polscy komentatorzy, idąc w ślad za zagranicznymi, starali się przed wyjazdem tłumaczyć ten egzotyczny zestaw delegacji podziałem ról: o ile Macron miał grać rolę tzw. dobrego policjanta, to von der Leyen przypadła rola policjanta złego. Ich wspólnym celem miało być – według tych komentatorów –  odciąganie Pekinu od zacieśniania stosunków z Rosją. Trudno o bardziej idiotyczny pomysł. Technika złego i dobrego policjanta stosowana jest w przesłuchaniach przestępców lub co najmniej podejrzanych o poważne przestępstwa. I trudno sobie wyobrazić, aby dyplomacja chińska tego nie dostrzegła i nie wyciągnęła wniosków.

Ale mimo to coś jest na rzeczy. Część francuskiej prasy rozpisuje się mianowicie – i jest to ciekawa konstatacja – że Ursula von der Lehen rzeczywiście pojechała do Chin w roli policjanta, ale po to by pilnować Macrona, by ten za bardzo nie odszedł w swoich deklaracjach względem Chin od „linii”. Prasa ta jednoznacznie pozycjonuje Ursulę von der Lehen jako ambasadorkę USA, a w szczególności amerykańskich korporacji. Kim więc jest Przewodnicząca Komisji Unii Europejskiej? Kogo ona właściwie reprezentuje? Nie mogę zapomnieć jej aroganckiej, bezczelnej wręcz odpowiedzi, jakiej udzieliła jednej z francuskich eurodeputowanych, gdy ta, pokazując rachunki za energię jej wyborców zapytała co Komisja ma zamiar w tej sprawie zrobić. „To pytanie nie do mnie” powiedziała. „Powinna się z nim Pani zwrócić do Pana Putina”. Po czym odwróciła się szlachetną częścią pleców do audytorium i zeszła z mównicy. Pokazała wymownie gdzie ma eurodeputowanych i ich wyborców.

Skąd wzięła się Ursula von der Leyen w Brukseli? Przecież przed jej wyborem przez Parlament niewielu o niej słyszało. Wypłynęła otóż na fali kryzysu, jaki w 2019 r. zapanował w Europie po tym, jak kraje Grupy Wyszehradzkiej, z Polską na czele, zablokowały kandydaturę Manfreda Webera na szefa Komisji.  Weber był doświadczonym europejskim politykiem, szefem największej politycznej frakcji w parlamencie. Z natury rzeczy i zgodnie z literą Traktatu Lizbońskiego był więc kandydatem oczywistym. Oczywistym, ale nie w oczach polskich burzycieli Unii. I w tym krytycznym momencie strona niemiecka wrzuciła kandydaturę nieznanej Ursuli von der Leyen. Wyboru Przewodniczącego Komisji Europejskiej dokonuje Rada Europejska, która kandydaturę kieruje do Parlamentu Europejskiego celem zatwierdzenia. Wynik glosowania W Parlamencie: 353 za, 327 przeciw, 22 wstrzymujących się. Prawdopodobnie zaważyło zmęczenie parlamentu kryzysem personalnym a może i to, że po raz pierwszy szefem Unii mogła zostać kobieta. Dla Pani Ursuli było to jak wybawienie.  W Niemczech zaczęło się jej palić pod stopami z powodu wielusetmilionowych afer w kierowanym przez nią ministerstwie obrony. Między innymi chodziło o zniszczenie przez Panią Minister jakiejś korespondencji z niemieckim biznesem dotyczącym tych afer a stanowisko Przewodniczącej Komisji Europejskiej rozpościerało nas Panią Minister i nad aferą immunitetowy parasol. Afery z korespondencją, z mailami dziwnie lgną do Pani Przewodniczącej. Również dzisiaj na próżno parlamentarzyści europejscy wzywają do opublikowania korespondencji Pani Ursuli von der Leyen z amerykańskimi koncernami w sprawie zakupu szczepionek antycovidowych dla Unii.

Z tych powodów jak najbardziej uzasadnione jest pytanie kogo tak naprawdę reprezentują ta Pani. Według mnie najmniej Europę i najmniej obywateli Unii Europejskiej. I udając się do Chin wcale już tego nie ukrywa. Temu cyrkowi w Unii wcale się nie dziwię. Jak może Unia być samodzielnym, niezależnym graczem politycznym, skoro na najwyższe unijne stanowiska kieruje się ludzi znanych nie tylko ze swych antyunijnych poglądów, ale zamieszanych w różnego rodzaju afery finansowe i działania na szkodę unijnych finansów.

W oficjalnych wizytach na najwyższym szczeblu najważniejsze są rozmowy „in camera”. Nie zdziwiłbym się, gdyby Chiny w rozmowach z Macronem sondowały gotowość Francji wsparcia Chińskiej inicjatywy dyplomatycznego rozwiązania konfliktu na Ukrainie. Chiny ubiegają się o rolę kontrapunktu USA w światowej polityce – to widać. Przy tym o ile USA prezentują determinację we wprowadzaniu swojego porządku w świecie bezwzględnymi metodami militarnymi skojarzonymi z systemem sankcji gospodarczych i politycznego szantażu, o tyle Chiny chcą wyrobić sobie markę ośrodka politycznego, który proponuje drogę dokładnie przeciwną: drogę rozmów i kompromisów. Doprowadzenie do zawiązania stosunków dyplomatycznych pomiędzy Arabią Saudyjską i Iranem jest pierwszym  sukcesem Chin na tej drodze. Dorzucenie do tego Ukrainy niewątpliwie jeszcze bardziej umocniłoby pozycję Chin jako świtowego lidera politycznego i alternatywy dla wojującej Ameryki.

Jeśli zaś celem wysiłków Macrona i von der Leyen było odwodzenie Chin od poparcia Rosji, to odpowiedź padła bardzo szybko. Właśnie media donoszą o niezapowiedzianych manewrach chińskiej floty wojennej, która ćwiczy morskie okrążenie Tajwanu. Być może jest to jawne ostrzeżenie USA przed dalszym militarnym angażowaniem się w wojnę na Ukrainę, demonstracja gotowości otworzenia przez Chiny drugiego frontu.

Te salta, ekscentryczne żonglerki, niewiarygodne transformacje europejskich polityków nie mogą skończyć się dobrze. Zwłaszcza dla widzów cyrku Europa