Mariaż stulecia

Od samego początku intrygował mnie mariaż Donalda Trumpa z Elonem Muskiem, który ujawnił się pod koniec wyborczej kampanii na urząd prezydenta USA. Intrygował i niepokoił. Z jednej strony stary człowiek, samolubny cynik, bogaty biznesmen, dla którego prezydentura ta jest nie tylko zwieńczeniem jego ponad pięćdziesięcioletniej kariery politycznej, ale i ostatnią szansą, aby po sobie pozostawić COŚ, jakiś trwały w historii USA ślad. Z drugiej strony „ołtarza” jeden z najbogatszych ludzi na świecie, ale przede wszystkim wizjoner, który udowodnił, że dla niego, dla jego wizji, nie ma zastosowania tradycyjna sentencja: „sky is the limit”. Musk jest  ambitnym biznesmenem, który chce zmieniać świat, i który udowodnił, że potrafi swoje wizje realizować. Ogłoszenie przez Trumpa, że zamierza powołać Muska do swojego rządu, powierzając mu kierowanie nowym departamentem „wydajności państwa” przypieczętowało ten dziwny, oryginalny związek. Interes Trumpa w tym związku jest dla mnie czytelny. Ale interes Muska zupełnie nie. Przecież nie wchodzi on do rządu Trumpa dla urzędniczej pensji. Można przypuszczać, że władzę i moc urzędu Trumpa będzie chciał wykorzystać do realizacji swoich, dalekosiężnych planów. Jakich? To w tym całym układzie jest dla mnie pytaniem najważniejszym.

Tymczasem, choć formalnie kadencja Trumpa jeszcze się nie zaczęła, inspirowane przez niego  tektoniczne wstrząsy światowej skorupy politycznej już wyraźnie dają się odczuć. Upomnienie się  o Grenlandię, Kanał Panamski czy Kanadę to dopiero początek.

Ale i Musk nie próżnuje. Szerokim echem w Niemczech, a stosunkowo słabym w reszcie świata odbiła się polityczna konkwista Muska w Niemczech. W opublikowanym niedawno wywiadzie dla „Welt am Sonntag” Mask po raz wtóry zdecydowanie poparł niemiecką AFD. Ta właśnie paria jest dla Muska „ostatnią iskrą nadziei”. Jest on zdania, ze „AfD może uratować Niemcy przed tym, by stały się cieniem samego siebie”. Musk właściwie namaścił A. Weidel, jedną z liderek AFD na urząd kanclerza Niemiec.

Elon Musk znany jest ze swoich prawicowych ciągot. Wyraźnie wspiera ostatnio  prawicowo-populistycznych polityków w Europie, w tym premier Włoch Giorgię Meloni  i lidera brytyjskiej Partii Reform Nigela Farage’a. Incydent niemiecki ma jednak dużo większe znaczenie. Nastąpił bowiem w trakcie trwającej już w Niemczech, przyspieszonej po rozwiązaniu przez Kanclerza Niemiec Bundestagu, burzliwej parlamentarnej kampanii wyborczej.

Polskie media, starające się za wszelką cenę, łapiąc się prawą ręką za lewe ucho, uzasadniać interwencją Rosji w wyborach w Gruzji, Mołdowie czy Rumunii praktycznie nie zauważyły „incydentu niemieckiego”. A niesłusznie. E. Musk odpierał zarzuty prasy niemieckiej nieuprawnionej interwencji w wewnętrzne niemieckie sprawy utrzymując, że: jego znaczące inwestycje w Niemczech dają mu prawo do wypowiadania się na temat największej gospodarki Europy. I tutaj jest pies pogrzebany.

Bezceremonialne traktowanie przez Trumpa dźwigni ekonomicznej do brutalnej interwencji w wewnętrzne sprawy innych państw opisałem we wpisie „Namiestnik Mosbacher” z dnia 28.11.2018 r. W tamtym przypadku mieliśmy – i z pewnością mieć będziemy nadal – z interwencjonizmem państwowym. Musk rozszerza ramy tego interwencjonizmu, nadając prawo do niego każdej osobie fizycznej lub prawnej, która w danym kraju ma „znaczące inwestycje”. To strzał z granatnika w serce europejskiej demokracji. To polityczna ukrainizacja Unii Europejskiej. To w końcu zwiastun nowego europejskiego ładu: oligarchokracji. Będzie się działo.

Po co Scholz przyjechał?

Nowo wybrany kanclerz Niemiec Olaf Scholz, następca Angeli Merkel rozpoczął swoją międzynarodową aktywność w interesujący sposób. Z pierwszą zagraniczną wizytą udał się do Francji, dając tym jasny sygnał, że doskonale zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności Niemiec i Francji za funkcjonowanie i przyszłość Unii Europejskiej. Potem odwiedził Komisję Europejską w Brukseli. Trzecim celem wizyt inauguracyjnych nowego kanclerza Niemiec była Warszawa.

Oczywiście euforia w PiS była wielka. – Patrzcie – zdawali się mówić niemal w każdej publicznej wypowiedzi.  – Polska pod naszymi rządami jest unijną potęgą i Niemcy muszą się z nami liczyć. Ta duma przechodząca w zadufanie może okazać się myląca.

To prawda, że Polskę i Niemcy łączą silne więzi gospodarcze. Ale w tej współpracy Polska nie jest partnerem równorzędnym: nie ten poziom gospodarki, nie ta innowacyjność, nie ta efektywność, wreszcie nie te kapitały.

Przysłuchując się konferencji prasowej Morawieckiego i Scholza trudno było nie zadawać sobie pytania: po co Scholz, zwłaszcza po afroncie jaką Warszawa uraczyła jego poprzedniczkę równo dwa miesiące temu do Polski przyjechał? W jakim celu? Co miał do załatwienia? Co miał do zaoferowania? Szczegółów rozmów pewnie nie prędko poznamy, ale jej okoliczności skłaniają do domysłów, że rzeczywiście wybór Polski nie był przypadkowy.

Przypomnieć tu należy nie tak bardzo odległe sytuacje, kiedy to Polska usilnie starała się o pozycję głównego reprezentanta Unii Europejskiej wobec przeżywającej głęboki kryzys Ukrainy czy Gruzji. Ani jedna, ani druga misja się nie powiodła. O przyszłości Ukrainy zadecydował układ Mińsk II (format normandzki) podpisany przez Francję, Niemcy, Rosje i Ukrainę. Polski do stołu nie zaproszono. Jeszcze gorzej było w Gruzji. Podczas gdy Prezydent Francji leciał do Moskwy rozmawiać o zażegnaniu kryzysu, Prezydent Kaczyński w Tbilisi nawoływał do wojny z Rosją.  Wizyta Scholza w Warszawie świadczyć może o tym, że krajem specjalnej troski dla Unii Europejskiej jest teraz właśnie Polska.

W po konsultacjach w Paryżu a następnie w Brukseli Niemcy najwidoczniej przyjęły na siebie rolę lidera w rozwiązywaniu „kwestii Polskiej”. Stąd właśnie szybka wizyta Kanclerza Niemiec w Warszawie dla bezpośredniego zbadania gruntu i poznania – no właśnie, partnera czy raczej już przeciwnika.

Jeżeli taka była geneza wizyty Scholza w Warszawie to bardzo dobrze, że do niej doszło. Scholz mógł na własnej skórze zapoznać się z trudnościami zadania, które na siebie przyjął. Konferencja prasowa szefów rządów Polski i Niemiec była dla Niemca trudna. Morawiecki nie otworzył nawet wąskiego przesmyku do rozmów na temat pogłębiania integracji Unii Europejskiej. Stanowisko zaprezentowane przez Polski rząd miało elastyczność betonu. Dodatkowo polski premier z lekkością słonia pomijając pytanie o IV Rzeszę zaatakował kanclerza powojennymi roszczeniami oraz żądaniami wręcz zastopowania strategicznej dla Niemiec inwestycji jaką jest Nord Stream 2. W tej ostatniej sprawie okazał się raczej komiwojażerem amerykańskich firm gazowych niż politykiem. Nie pokazał Morawiecki w jaki sposób Nord Stream 2 zagraża Polsce – wyręczył się Ukrainą. Argumentował natomiast, że uruchomienie tego gazociągu i zwiększenie przez to wolumenu dostaw gazu do Europy podniesie ceny tego surowca, chociaż wiadomo, że dostawy gazu z Rosji odbywają się na podstawie kontraktów długoterminowych, a z innych, najczęściej amerykańskich źródeł, na podstawie bieżących cen giełdowych.

Scholz też pozostał na dotychczasowych stanowiskach Niemiec i Unii Europejskiej, choć swoje zdanie wyraził w bardzo dyplomatyczny sposób. Przypomniał, nie wprost, ale jednoznacznie, że sprawa roszczeń jest od bardzo dawna formalnie uregulowana i zamknięta. Zwrócił gospodarzom grzecznie uwagę, że to Niemcy utrzymują w znacznej mierze Unię Europejską nie tylko finansowo, ale gospodarczo i politycznie, twardo bronił suwerenności Niemiec w określaniu swojej strategii energetycznej, oraz dwukrotnie podkreślał wartości Unii jaką są demokracja i praworządność.

Nowy Kanclerz Niemiec mógł w efekcie rozmów w Warszawie wyrobić sobie zdanie w sprawie najważniejszej: jak jest gotowość obecnych władz polskich do kompromisów, do poszukiwania najlepszych dla Unii rozwiązań. I tutaj Scholz zderzył się ze ścianą. To nie jest wcale jego porażka, to może być natomiast, w dłuższej perspektywie, znacząca porażka dzisiejszych pisowskich triumfatorów. Kanclerz Niemiec dostał do ręki twardy dowód, że z Warszawą nie ma sensu rozmawiać, negocjować, że należy sięgać po środki radykalne. A te będą bolały nie Morawieckiego, ale nas wszystkich. Echa wizyty Scholza w Warszawie usłyszymy zapewne w Brukseli.

Chociaż i dla Kanclerza Scholza nie wszystko jest jeszcze stracone. Kilkukrotnie wspominając o bardzo dobrej współpracy Polski i Niemiec w przyszłości zdawał się przypominać, że wszystko się kiedyś kończy: rządy PiS też.