Uznanie i szacunek

Z Włodzimierzem Czarzastym wiele mnie różni. Zwłaszcza w kwestiach ideowych: rozumienia pojęcia „lewica”. Odpowiedzialności i zadań lewicy w dzisiejszych czasach taj najeżonych starymi i nowymi zagrożeniami dla człowieka. Niegdyś komentowałem wydarzenia wewnątrzpartyjne, zwłaszcza okresu transformacji SLD w Nową lewicę.   Dzisiaj nie zmieniam zdania w kwestiach ideowych. Sprawami wewnątrzpartyjnymi Nowej lewicy również się nie zajmuję, gdyż nie jestem członkiem tej partii. Chociaż przez jakiś czas byłe. Wprawdzie zadeklarowałem publicznie, że do NL nie wstąpię i nie złożyłem wymaganych deklaracji, to jednak ze zdziwieniem dowiedziałem się, że członkiem tej partii jestem! Na pytanie do partyjnych urzędników jak to się stało, uzyskałem odpowiedź: „zostałeś przyjęty przez wcielenie”. „Wycieliłem’ się więc czym prędzej.

Dzisiaj Włodzimierz Czarzasty jest Marszałkiem Sejmu, drugą osobą w państwie. I jako Marszałek właśnie zyskuje moje uznanie. Chodzi oczywiście o jego odmowę udzielenia poparcia staraniom (kogo?) o przyznanie pokojowej nagrody Nobla prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi. Marszałek Czarzasty taktownie, ale jednoznacznie odmówił poparcia tym staraniom. Okazał się nie tylko mężem stanu rzeczywiście, praktycznie broniącym suwerenności i godności państwa polskiego, ale wykazał się też, co również jest rzadkością dużą odwagą polityczną zarówno wobec wszechpotężnych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej jak i wobec wewnętrznych współkoalicjantów. Wkroczył zdecydowanie w obszar polskiej polityki zagranicznej – obszaru o którego zarząd zaciekle walczą dwa pałace: duży i mniejszy.

Taka postawa zasługują na uznanie i szacunek.

Włodzimierz Czarzasty jedną swoją decyzją znalazł się w pierwszej lidze europejskich polityków. Pokazał, że wola USA to nie przymus prawny i polityczny. Ciekawe, ilu znajdzie naśladowców wśród mężów stanu innych państw. Bo, że znajdzie, to nie ulega dla mnie wątpliwości. Ważniejszą kwestią będzie jedna praktyczna reakcja na taką samowolkę wasala. Czy Stany dostrzegą w tym geście Czarzastego zalążek epidemii wśród europejskich i światowych polityków? Czy zechcą publicznie, dla przykładu ukarać Czarzastego i Polskę, czy też załatwią sprawę po cichu i w rękawiczkach?

Gwiazda Włodzimierza Czarzastego – męża stanu rozbłysła. Czy na długo? Do końca kadencji sejmu już niedaleko, a co będzie dalej – o tym zadecydują wyborcy Póki co Czarzasty jest pierwszym polskim mężem stanu, który osobiście obłożony został sankcjami przez USA. Nie inaczej jak sankcje właśnie traktować należy kuriozalne, amerykańsko głupie  zachowanie się ambasadora USA w Warszawie, który w reakcji na stanowisko Marszałka Sejmu ogłosił oficjalny bojkot jego osoby. Żałosne, śmieszne zachowanie pokazujące jak głębokiego dna sięgnęła amerykańska dyplomacja. Jak widać pan ambasador nie różni się niczym od swojej trampowskiej poprzedniczki, ambasador Mosbacher, która między innymi tak radziła polskim posłom przed głosowaniem nad ustawą ważną z punktu widzenia interesów USA: „Przyjdźcie do ambasady, porozmawiamy i wypracujemy rozwiązanie dobre dla wszystkich”.

Swego czasu wiceprezydent USA Biden groźbami i szantażem  wymusiła na prezydencie Ukrainy zmianę na stanowisku Prokuratora Generalnego tego państwa, gdy ten wziął na tapetę spółkę syna wiceprezydenta. Marszałek Sejmu to nie prokurator generalny ani inny urzędnik podległy prezydentowi czy premierowi i jego ewentualne usunięcie wymagać będzie bardziej subtelnych zabiegów. Zobaczymy. Kluczowe będzie przy tym realne, nie werbalne poparcie współkoalicjantów dla Marszałka Sejmu.

Sprawa pokojowej nagrody Nobla dla Trumpa ściśle wiąże się z losami jego „zaproszenia” Polski do tworzonej przez siebie  tzw. Światowej Rady Pokoju. Mówiąc bez owijania w bawełnę: czy w głowach polskich polityków nie zakiełkuje oto myśl, aby zgodą na przystąpienie do ŚRP (jeden miliard USD wpisowego) nie udobruchać rozgniewanego przez Włodzimierza Czarzastego najbliższego i najważniejszego według nich sojusznika Polski.

A jeżeli już przy tym, to na ścianie gabinetu każdego ważnego urzędnika i polityka polskiego zawisnąć powinna sentencja, swego czasu wygłoszona przez Henry Kissingera (a jemy trudno odmówić autorytetu w tych sprawach):

Niebezpiecznie jest być przeciwnikiem USA,

ale być ich sojusznikiem jest śmiertelnie groźne.

Mariaż stulecia

Od samego początku intrygował mnie mariaż Donalda Trumpa z Elonem Muskiem, który ujawnił się pod koniec wyborczej kampanii na urząd prezydenta USA. Intrygował i niepokoił. Z jednej strony stary człowiek, samolubny cynik, bogaty biznesmen, dla którego prezydentura ta jest nie tylko zwieńczeniem jego ponad pięćdziesięcioletniej kariery politycznej, ale i ostatnią szansą, aby po sobie pozostawić COŚ, jakiś trwały w historii USA ślad. Z drugiej strony „ołtarza” jeden z najbogatszych ludzi na świecie, ale przede wszystkim wizjoner, który udowodnił, że dla niego, dla jego wizji, nie ma zastosowania tradycyjna sentencja: „sky is the limit”. Musk jest  ambitnym biznesmenem, który chce zmieniać świat, i który udowodnił, że potrafi swoje wizje realizować. Ogłoszenie przez Trumpa, że zamierza powołać Muska do swojego rządu, powierzając mu kierowanie nowym departamentem „wydajności państwa” przypieczętowało ten dziwny, oryginalny związek. Interes Trumpa w tym związku jest dla mnie czytelny. Ale interes Muska zupełnie nie. Przecież nie wchodzi on do rządu Trumpa dla urzędniczej pensji. Można przypuszczać, że władzę i moc urzędu Trumpa będzie chciał wykorzystać do realizacji swoich, dalekosiężnych planów. Jakich? To w tym całym układzie jest dla mnie pytaniem najważniejszym.

Tymczasem, choć formalnie kadencja Trumpa jeszcze się nie zaczęła, inspirowane przez niego  tektoniczne wstrząsy światowej skorupy politycznej już wyraźnie dają się odczuć. Upomnienie się  o Grenlandię, Kanał Panamski czy Kanadę to dopiero początek.

Ale i Musk nie próżnuje. Szerokim echem w Niemczech, a stosunkowo słabym w reszcie świata odbiła się polityczna konkwista Muska w Niemczech. W opublikowanym niedawno wywiadzie dla „Welt am Sonntag” Mask po raz wtóry zdecydowanie poparł niemiecką AFD. Ta właśnie paria jest dla Muska „ostatnią iskrą nadziei”. Jest on zdania, ze „AfD może uratować Niemcy przed tym, by stały się cieniem samego siebie”. Musk właściwie namaścił A. Weidel, jedną z liderek AFD na urząd kanclerza Niemiec.

Elon Musk znany jest ze swoich prawicowych ciągot. Wyraźnie wspiera ostatnio  prawicowo-populistycznych polityków w Europie, w tym premier Włoch Giorgię Meloni  i lidera brytyjskiej Partii Reform Nigela Farage’a. Incydent niemiecki ma jednak dużo większe znaczenie. Nastąpił bowiem w trakcie trwającej już w Niemczech, przyspieszonej po rozwiązaniu przez Kanclerza Niemiec Bundestagu, burzliwej parlamentarnej kampanii wyborczej.

Polskie media, starające się za wszelką cenę, łapiąc się prawą ręką za lewe ucho, uzasadniać interwencją Rosji w wyborach w Gruzji, Mołdowie czy Rumunii praktycznie nie zauważyły „incydentu niemieckiego”. A niesłusznie. E. Musk odpierał zarzuty prasy niemieckiej nieuprawnionej interwencji w wewnętrzne niemieckie sprawy utrzymując, że: jego znaczące inwestycje w Niemczech dają mu prawo do wypowiadania się na temat największej gospodarki Europy. I tutaj jest pies pogrzebany.

Bezceremonialne traktowanie przez Trumpa dźwigni ekonomicznej do brutalnej interwencji w wewnętrzne sprawy innych państw opisałem we wpisie „Namiestnik Mosbacher” z dnia 28.11.2018 r. W tamtym przypadku mieliśmy – i z pewnością mieć będziemy nadal – z interwencjonizmem państwowym. Musk rozszerza ramy tego interwencjonizmu, nadając prawo do niego każdej osobie fizycznej lub prawnej, która w danym kraju ma „znaczące inwestycje”. To strzał z granatnika w serce europejskiej demokracji. To polityczna ukrainizacja Unii Europejskiej. To w końcu zwiastun nowego europejskiego ładu: oligarchokracji. Będzie się działo.

Trumpizm nadciąga

Jest już prawie pewne, że nowym (starym) prezydentem USA zostanie Donald Trump. Jego zwycięstwo jest totalne.  Republikanie zdobywają nie tylko fotel Prezydenta USA ale prawdopodobnie  również Senat i Izbę Reprezentantów. Powszechnie  rozlega się gromkie pytanie: jaki ten zdecydowany zwrot społeczeństwa amerykańskiego na prawo będzie miał wpływ na świat cały.

Bez wątpienia będzie miał wpływ. Według mnie negatywny. Wiatr wiejący z USA nadymać bowiem będzie żagle wszelkiej maści prawicowych organizacji w Europie. Pytanie: „Co dalej z Unią Europejską?” staje się nad wyraz aktualne.

Ale powiedzmy wprost: spektakularne zwycięstwo Republikanów to również spektakularna porażką lewicowości w wydaniu amerykańskim. Lewicowości, która była wzorcem dla wielu polityków i partii politycznych w Europie. Demokraci – powszechnie uważani za lewicowe skrzydło amerykańskiego społeczeństwa nie potrafili Amerykanom zaproponować żadnej alternatywy prócz konserwacji status quo, prócz niedołężnego starca owładniętego obsesją wojny i jego protezy politycznej, która kompromitowała swoją partię w prawie każdym swoim wystąpieniu publicznym. Przegrana Demokratów to również przegrana Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, różnych Tusków, Czarzastych Borellów itp.

Ale wydarzenia zza Oceanu skłaniają do głębszej refleksji: cóż dzisiaj oznacza pojęcie „lewica”? Jak długo za lewicowe uznawać można partie, które ostentacyjnie, gorliwie wspierały i wspierają światowy imperializm z jego światowymi i lokalnymi wojnami, z jego systemowym wyzyskiem człowieka, z jego systemowymi nierównościami społecznymi? Tymczasem to ze strony sił tradycyjnie określanych jako prawicowe rozlegają się dzisiaj głosy przeciwko wojnom, przeciwko zbrojeniom. To europejskie partie prawicowe na swoje sztandary wyciągają na przykład hasła demokracji permanentnej przez wykorzystania Internetu do angażowania obywateli w codzienne sprawowanie władzy poprzez internetowe referenda. Dlaczego tych haseł nie zgłaszała europejska lewica?

Rozlewający się po świecie trampizm  pociągnie więc za sobą konieczność wielu przewartościowań w obszarze tradycyjnych pojęć politycznych. Od nowa odpowiedzieć będziemy musieli sobie na pytanie: „Czym jest, czym powinna być europejska lewica?”. I w tym upatruję jedyną pozytywną stronę zwycięstwa amerykańskich Republikanów. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że odpowiedzi na to fundamentalne pytanie szukać należy w czterech zasadniczych sferach:

– relacja praca – kapitał

– podmiotowość istoty ludzkiej

– demokracja obywatelska

– internacjonalizm.

W Polsce również media nie przestają bombardować swoich „ekspertów” pytaniem o skutki wygranej Trumpa dla naszego kraju. Wszystkim tym ekspertom oraz aktualnym politykom dedykuję kwestię wypowiedzianą przez brytyjskiego Ministra Obrony w amerykańskim serialu „The Diplomat”:

Niebezpiecznie jest być wrogiem USA. Ale być ich sojusznikiem jest śmiertelnie groźnie.

Lojalka Prezydenta RP

Na wczorajszym spotkaniu prezydenta Dudy z mieszkańcami Leżajska Duda po raz kolejny, ale tym razem w najbardziej gwałtowny sposób zaatakował Unię Europejską i zakwestionował celowość członkostwa Polski w tej organizacji. Niestety, słowa Dudy brzmią dla mnie bardziej szczerze niż fałszywe proeuropejskie deklaracje Kaczyńskiego czy Morawieckiego. Dlaczego jednak dochodzi do takich rozbieżności w wypowiedziach liderów prawicy?

Rządząca PiS ma dylemat. Z jednej strony bardzo wyraźne proeuropejska orientacja społeczeństwa, z drugiej wola (zapewne hierarchów) przebudowy Unii Europejskiej według wizji integrystów watykańskich, z trzeciej zaś zwyczajne interesy gospodarcze.

Nie wydaje mi się, aby doktor praw Andrzej Duda wykrzykując w Leżajsku, że Unia Europejska, to „jakaś wyimaginowana wspólnota, z której dla nas nic nie wynika” nie zdawał sobie sprawy co dla Polski oznacza brak ceł w kontaktach z podstawowym polskim partnerem gospodarczym, co oznacza swobodny przepływ kapitałów i ludzi. Doskonale świadomy jest tych uwarunkowań. Jeżeli nie – to powinien być natychmiast usunięty ze stanowiska z uwagi na stan zdrowia.

Dlaczego więc Duda decyduje się na rozniecanie antyunijnych nastrojów? Po części dlatego, że wypowiedzi jego zgodne są z zasadniczą linią strategii PiS, szpachlowanej tylko zdawkowymi deklaracjami Kaczyńskiego i Morawieckiego. Ale chyba jest jeden jeszcze powód.  Wypowiedzi prezydenta RP, nie ważne, w stolicy czy w Leżajsku, pilnie analizowane są w ambasadach różnych państw w Warszawie. Potem idą do rządów notatki, analizy, wnioski. Nie przez przypadek zapewne wrogie Unii pokrzykiwania Dudy mają miejsce przed zapowiedzianą i jakże upragnioną przez niego wizytą w Białym Domu. W Leżajsku Duda przygotowywał klimat swojego spotkania z Trumpem demonstrując swoją antyreuropejskość i składając Trumpowi deklarację lojalności w jego krucjacie przeciwko Unii.

-Panie Prezydencie Trump! Prezydent Duda melduje się na rozkaz, gotowy do wykonania kolejnego zadania w sprawie Unii Europejskiej i nie tylko!  – taka będzie zapewne atmosfera wasalskiego spotkania w Waszyngtonie.

I nie jest to pierwszy krok PiS w tym kierunku. Leżajski popis Dudy jest kontynuacją pisowskiej idei „Trójmorza” antyunijnej inicjatywy, o patronat nad którą PiS poprosił Trumpa nazajutrz niemal po objęciu przez niego urzędu Prezydenta Stanów Zjednoczonych. (wpis: „Szczyt zaszczycony” z 17. Sierpnia 2017r.).

Działania Prezydenta RP Andrzeja Dudy konsekwentnie godzą w podstawowe interesy Polski, podważają polską rację stanu. Spisane będą czyny i rozmowy. A potem Trybunał.

Szczyt zaszczycony

Motto: „Oni (Kaczyńscy) nadają się tylko do niszczenia” – Wałęsa o braciach Kaczyńskich wiele, wiele lat temu.

Ciekawie zapowiada się przebieg „Szczytu trójmorza” zapowiadanego początkowo we Wrocławiu, a przeniesionego do Warszawy, gdyż wystąpić na nim wyraził ochotę przeprowadzający akurat w tym terminie wizytację Polski prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Jak oświadczył prezydencki minister Ścierski:  „ integracja regionu Europy Środkowej przyczyni się do lepszej integracji całej Europy, współpracy gospodarczej”. Wszystko to jeszcze bardziej gmatwa i zaciemnia sprawę owego szczytu.

Po pierwsze niejasny był (do wizyty Trumpa) a jeszcze bardziej niejasny jest teraz program i cele tego szczytu. Oficjalne rządowe media wybijają jako cel zasadniczy „zwiększenie integracji gospodarczej”. Jednakże pierwsza część szczytu dotyczyć ma „problemów integracji politycznej”. Ma ja podobno prowadzić polski prezydent wraz z prezydent Chorwacji. Dopiero druga część, prowadzona przez ministra Szczerskiego dotyczyć ma problemów integracji gospodarczej. O co więc chodzi?

Polski prezydent i rząd uzasadniają wystąpienie Trumpa na spotkaniu poświęconemu ponoć zwiększeniu integracji gospodarczej (sic!) realną obecnością wojsk amerykańskich w Polsce. O co chodzi?

Po trzecie. Polska władza pęka z dumy, że szczyt, mający przyczyniać się do zwiększenia integracji Europy” zaszczyca sam prezydent USA. Nic jednak nie wiadomo o obecności na tym spotkaniu przedstawiciela Parlamentu Europejskiego, Rady czy Komisji Europejskiej. Czy Unia Europejska była zaproszona? Jeżeli tak, przez kogo będzie reprezentowana? Jeżeli nie zapraszano nikogo, to dlaczego z takim zapałem zaprasza się prezydenta nie europejskiego mocarstwa? Są to moim, zdaniem pytania zasadnicze, gdyż odnoszą się do zasadniczej sprawy: jest szczyt „trójmorza” w istocie i w intencjach inicjatorów inicjatywą pro- czy anty-europejską?

Z oglądu sprawy poprzez medialne doniesienia na dzień dzisiejszy, w moim przekonaniu, jest to inicjatywa ukierunkowana na tworzenie europejskiej alternatywy dla Unii Europejskiej. Mało tego, najprawdopodobniej strona polska zaproponowała prezydentowi Stanów Zjednoczonych objęcie politycznego patronatu nad tą imprezą. Stąd decyzja Trumpa o „ zrobieniu krótkiego postoju w Warszawie, w drodze na G-20”. Polityczny patronat USA nad rozbijacką inicjatywą wewnątrz europejską świetnie wpisuje się w antyunijną i antyrosyjską strategią USA. Dlaczego nie skorzystać z okazji? W każdym bądź razie zapowiadane z dużym zapałem „bardzo ważne oświadczenie Prezydenta USA na Szczycie regionalnym” godne będzie uwagi.

Paradoksalnie rzecz ujmując ta ewidentnie rozbijacka w stosunku do idei wspólnej Europy polska inicjatywa  może spotkać się z przychylnością wielu autorytatywnych polityków europejskich. Nie można bowiem zapominać, że droga Polski (a za nią i innych państw regionu” do Unii Europejskiej) nie była łatwa ani  do końca przesądzona. Wśród wielu polityków europejskich dominował pogląd (i rady płynące w naszym kierunku), że „ powinniśmy (kraje Europy Środkowej) przed przystąpieniem do UE, zintegrować się najpierw w organizacji na kształt Beneluxu (czyli takiego RWPG pod auspicjami Banku Światowego), aby dopracować się właściwych standardów państwa demokratycznego i wolnorynkowej gospodarki. Dopiero po jakimś okresie, gdy będziecie moralnie, instytucjonalnie i gospodarczo  gotowi do integracji z Europą, wasze członkostwo będzie uzasadnione”. Mieliśmy więc jako naród duże szczęście, że stało się inaczej i w ostatniej niemal chwili przeważyła opcja o szybkiej integracji.

Dzisiaj jednak, w obliczu narastających, silnych tendencji do europejskiej integracji wokół europejskich wartości społecznych, cywilizacyjnych i wokół wspólnej waluty europejskiej, hasła o przedwczesnym przyłączeniu polski do zachodniej Europu mogą odżyć. A polskie władze, jak nikt inny dostarczały i wciąż dostarczają argumentów uzasadniających takie myślenie.

Bardzo realnie grozi więc nam w najbliższej przyszłości geopolityczna pozycja państwa pomiędzy Unią Europejską a Rosją, państwa wrogo nastawionego do obydwu potężnych sąsiadów, za to pod politycznym i wojskowym parasolem zamorskiego mocarstwa, które do perfekcji opanowało sztukę wyciągania z ognia kasztanów cudzymi rękami.

Swego czasu Mojżesz wyprowadzał naród wybrany z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Najwidoczniej Jarosławowi K. zamarzyła się podobna rola, ale zadanie o wiele trudniejsze: wyprowadzenie narodu wybranego z ziemi obiecanej. Tylko dokąd?

Na koniec wisienka. Oto cytat z materiału poświęconego wizycie Trumpa w Warszawie:

„Onet widział list jednej z osób bliskich polskiemu rządowi w sprawie wizyty Trumpa w Polsce. W notatce dla bliskiego współpracownika Trumpa osoba  ta (jak rozumiem Polak. J.U.) tłumaczy dokładnie to, że bliski ideowo Trumpowi polski rząd okaże mu wszelkie względy, a entuzjastycznie nastawiony do amerykańskiego lidera naród polski zapełni ulice”

Jak oni to zrobią? Przecież szkoły już nie pracują. OTK też jeszcze nie utworzona.  Urzędnicy będą oczywiście musieli entuzjastycznie okazywać entuzjazm, ale czy to wystarczy do „zapełnienia ulic”? Pozostaje lepsza część społeczeństwa: RM.

Trumpizm

Nie sposób nie odnieść się do najnowszych wieści zza Wielkiej Wody. Skoro wszyscy o tym piszą, to mogę i ja – skrzyżowanie istoty gorszego sortu, ubeko-podobnej z noszącej znamiona osoby specjalnej troski. Tak na marginesie, przy tej skandalicznej, podłej łódzkiej wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, odzywka jego wielkiego brata – Lecha: „Spieprzaj dziadu!” jest szczytem Wersalu.

Wybór Trumpa na prezydenta USA budzi emocje. Wielu odczytuje to wydarzenie jako signum temporis, koniec jakiejś epoki, koniec Zachodu (prof. Kuźniar) etc. Być może tak będzie – nic nie jest wieczne i cywilizacja Euro-atlantycka też zawalić się może pod własnym ciężarem jak wszystkie cywilizacje do tej pory. Ale czy Trump jest tą cegiełką, która uruchomi lawinę? Wątpię. Wybór Trumpa pierwszym obywatelem USA stworzy problemy przede wszystkim dla samych Stanów Zjednoczonych. USA – ten niedościgły wzór demokracji – wybrały sobie na przywódcę osobę, która uzyskała wyraź nie mniejsze poparcie społeczne niż kontrkandydat(ka). A to w zderzeniu z kontrowersyjnymi hasłami nowego prezydenta musi prowokować poważną dyskusję w Stanach o ichniej demokracji. Tym bardziej, że Trump z jednej strony usiłując wzbudzać nacjonalistyczne nastroje amerykańskie z drugiej odziera Stany Zjednoczone z ich dotychczasowej, wyjątkowej misji we współczesnym świecie, zapowiadając sprowadzenie tego mocarstwa do szeregu „normalnych” państwa narodowych. Jestem przekonany, że wkrótce Stany staną się areną wielu ciekawych wydarzeń.

Z reakcji europejskich najbardziej ubawiła mnie reakcja prezydenta Węgier, który nie kryjąc już swojej antyunijności ogłosił co następuje:  „Otrzymaliśmy z najwyższego miejsca na świecie pozwolenie, byśmy także my mogli stawiać samych siebie na pierwszym miejscu. To wielka sprawa, wielka wolność i wielki prezent„. Prezydent Orban otrzymał więc pozwolenie i swoim wasalizmem i wazeliniarstwem uzasadnia swoje dążenia do wolności! Świat staje na głowie.

Bardzo jestem ciekawy wpływu amerykańskich wyborów na postawy społeczeństw Unii Europejskiej. Życzyć sobie należy, aby trumpizm wzmocnił integracyjne tendencje w europejskich społeczeństwach. Osłabienie Unii niewątpliwie  będzie na rękę Stanom, Chinom, Rosji i Turcji. Trzeba mieć świadomość, że za Europą nikt w świecie płakać nie będzie. Rozluźnienie unijnych więzi uczyni ponadto państwa członkowskie praktycznie bezbronnymi wobec naporu uchodźców ze świata arabskiego, naporu sprowokowanego nota bene amerykańską polityką międzynarodową.  Nie można wykluczyć i takiego scenariusza, że Polska wraz z Węgrami i być może niektórymi innymi państwami Europy środkowo-wschodniej wystawiona zostanie poza właściwą, mniejszą, ale bardziej zintegrowaną Unią. Będzie to dramatem narodowym o historycznym wymiarze.

W tej sytuacji polska lewica powinna moim zdaniem szybko odnieść się do tej kwestii formułując bardzo wyraźne stanowisko, opowiadając się jednoznacznie za dalszą polityczną, gospodarczą, społeczną i fiskalną integracją Unii. Być może dla niektórych Prezydent Orban jest bratankiem i do szabli i do szklanki, ale ani węgierska szabla ani polska szklanka nie zapewnią warunków dla stabilnego, bezpiecznego rozwoju kraju. A mocna, zintegrowana Unia tak.