Bonne continuation!

O filmie Smarzowskiego „Kler” piszą i mówią dzisiaj niemal wszyscy. Nie zakładam więc, abym w tym krótkim wpisie zawarł jakąś myśl całkowicie oryginalną, nieznaną. Z drugiej strony emisja tego filmy jest niewątpliwie wydarzeniem ważnym, może nawet historycznym. Trudno więc go pominąć na stronach mojego subiektywnego kalendarium  politycznego. Wybrałem się więc na film Smarzowskiego „Kler”. Do wrocławskiej Korony.  Seans o 18:30. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. Widownia poruszona. Po zakończeniu projekcji oklaski, powaga.

Stworzenie i pokazanie filmu „kler” jest niewątpliwie bardzo ważnym wydarzeniem społecznym i politycznym w Polsce. Skoro na mnie, agnostyku, zrobiło to filmowe dzieło tak ogromne wrażenie, to mogę tylko próbować sobie wyobrazić jakie wrażenie robi ono na ludziach głęboko wierzących, zanoszących do konfesjonału wszystkie swoje bóle i troski, powierzających kapłanom wychowanie swoich dzieci. Jak ważnym jest to wydarzenie – tego dzisiaj nie sposób ocenić. Ale parę rzeczy jest pewnych.

Po pierwsze więc jest to film bardzo potrzebny. Szkoda, że tak późno, ale lepiej późno niż wcale.

Po drugie, film nie jest oczywiście wierną fotografią polskiego kleru, ale wierną fotografią niektórych, bardzo ważnych problemów tej zbiorowości.

Po trzecie film jest niewątpliwie rodzajem hołdu i współczucia ofiarom księży – pedofilów.  Jest aktem społecznego ubolewania nad ich tragicznym losem. Ale też jest – mam taką nadzieję – skuteczną próbą przełamania  zmowy milczenia  najbliższych wokół dziecięcych dramatów. Zmowy, która skutecznie skrywała tą obrzydliwą patologię części duchowieństwa przez stulecia.

Po czwarte wreszcie film spełnił rolę szpilki, która publicznie przekłuła olbrzymi, nadmuchany do granic balon. Czar prysł, tabu zostało złamane. Mam więc  nadzieję, że film „Kler” otworzył nowy rozdział nie tylko polskiego kina, ale polskiej sztuki, w którym o patologiach stanu kapłańskiego nie tylko będzie można, ale będzie trzeba mówić do bólu otwarcie i szczerze.

Pedofilia wśród niektórych księży to główny, ale nie jedyny wątek filmu. Jest ich dużo, dużo więcej. Na drugi plan niewątpliwie wysuwa się kwestia duchowieństwo a dobra doczesne: pieniądze, nieruchomości., władza. Mam nadzieję, że te wątki będą kontynuowane. Tym bardziej, że przeczytałem gdzieś, że Smarzowski nosi się już ze scenariuszem filmu „Kler 2”. Bonne continuation!

Referendum? TAK!

Prezydent Duda łapie się prawą ręką z lewe ucho, aby swoją pozycję polityczną w kraju umocnić inicjując jakieś referendum. Publicznie komponuje mniej lub bardziej kompromitujące go pytania, którymi nękać zamierza współobywateli. Jest jednak kwestia, która moim zdaniem bezwzględnie powinna zostać poddana decyzji Polaków. To sprawa decyzji o zaproszeniu wojsk obcego państwa do STAŁEJ obecności w Polsce.

Stała obecność obcych wojsk w Polsce to poważna sprawa – bodajże najpoważniejsza z tych, które w praktyce, nie w pięknych słownych deklaracjach, determinują naszą suwerenność i niezależność. Szczególnie pomni najnowszej historii naszego kraju powinniśmy kwestii stałych baz obcych wojsk poświęcić maksymalnie dużo uwagi.

Zabiegi Sikorskiego, Komorowskiego, a obecnie Dudy i Kaczyńskiego o to, by „spełniło się marzenie Polaków, aby amerykański żołnierz postawił swój but na polskiej ziemi” muszą zostać skonfrontowane z rzeczywistą wolą suwerena.

Jest w tej sprawie kilka ważnych aspektów. Po pierwsze czy rzeczywiście amerykańskie wojska w Polsce zwiększą czy zmniejszą bezpieczeństwo kraju? USA zawsze kierowały się wyłącznie własnym interesem. Oczekiwanie, że przedłożą go nad interes Polski w momencie rzeczywistego zagrożenia jest ułudą o wiele większą od tej, która kazała nam oczekiwać pomocy wielkiej Brytanii i Francji we wrześniu 1939 r.  Czy kontyngent wojsk amerykańskich obroni Polskę w przypadku agresji ze wschodu, czy też ma być elementem odstraszania tylko? Czy nie jest przypadkiem tak, że ściągając obce wojska przygotowujemy się tak naprawdę do wojny, która już się zakończyła? Wszystko wskazuje na to, że współczesny konflikt rozegra się w zupełnie innej przestrzeni niż II Wojna Światowa – w cyberprzestrzeni mianowicie.

Po drugie, czy zainstalowanie stałych amerykańskich baz u granicy z POTENCJALNYM agresorem wzmacnia, czy osłabia poziom napięcia na kontynencie? To pytanie raczej retoryczne. Skutkiem takiej decyzji będą najpewniej stosowne decyzje w rosyjskich sztabach.  Rosyjscy jastrzębie mogą tylko zacierać ręce i programować nowe cele na polskiej ziemi dla swoich rakiet. Ale generowanie coraz to nowych konfliktów na granicy Unia Europejska – Rosja jest – jak uczy historia – stałym elementem amerykańskiej doktryny. Czy więc ustanowienie amerykańskich baz wojskowych  to realizacja polskiego interesu, czy strategicznych interesów USA politycznym i finansowym kosztem Polski?

A może jest tak, że Polacy nie życzą sobie eskalacji napięć w Europie, eskalacji, której front przebiega przez Polskę?

I wreszcie ostatnia, najważniejsza sprawa: kwestia politycznej odpowiedzialności. Decyzja o utracie znacznej części naszej suwerenności – a taką będzie niewątpliwie stała obecność obcych wojsk na polskiej ziemi, nie może zostać podjęta przez ŻADNE ugrupowanie polityczne.  To sprawa zbyt kardynalna, doniosła w sensie historycznym. Tym bardziej w przypadku PiS, które w wyborach poparło niespełna 19% uprawnionych do głosowania, nie ma prawa do podejmowania takiej decyzji. Dlatego więc, również po to, aby w przyszłości nie przerzucać się odpowiedzialnością za te decyzje, w tej kwestii powinien wypowiedzieć się Naród. I żadne medialne sondaże nie zastąpią tu powszechnego referendum. Dlatego Prezydencie Duda: referendum – tak, ale z jednym pytaniem: „Czy jesteś za stałą obecnością wojsk amerykańskich w Polsce”.

 

Międzynarodówka nacjonalistyczna w natarciu

W jednym z moich wcześniejszych wpisów pisałem, że zachowanie się Kaczyńskiego i Orbana w kwestiach związanych z Unią Europejską świadczy o skoordynowanych działaniach na europejskiej prawicy w celu przejęcia władzy w Unii.  Oświadczenie nowego ministra spraw zagranicznych Włoch po niedawnym wiedeńskim spotkaniu ministrów spraw zagranicznych państw UE nie pozostawia w tej materii złudzeń. Powiedział on między innymi:

„Jestem przekonany, że za kilka miesięcy będziemy rządzić Europą razem z Viktorem Orbanem”. 

„W przyszłym roku całkowicie zmienimy Europę, wykluczając socjalistów z jej rządu i umieszczając w centrum prawo do życia, pracy, rodziny, bezpieczeństwa”.

„Pracujemy – dodał – z innymi partiami, narodami i europejskimi rządami, by zmienić historię tego kontynentu w maju przyszłego roku”.

Sprawa dla całej Unii w jej obecnym kształcie jest krytyczna. Dzisiejsza Unia Europejska funkcjonuje w oparciu o system wartości, którego filarami są:

– demokracja, a w tym trójpodział władzy, niezależność sądów i mediów,

– swoboda przepływu ludzi, towarów i kapitału

– ochrona praw człowieka,

– nadrzędność wspólnotowego interesu geopolitycznego nad narodowymi partykularyzmami.

Szczególnie istotna, a często pomijana jest właśnie ten ostatni filar. Nie wziął się on przecież znikąd. Integracja Unii Europejskiej jest warunkiem sine qua non utrzymania się kontynentu europejskiego na coraz bardziej wzburzonym morzu światowej polityki i gospodarki.

Takiej zintegrowanej Unii europejska skrajna prawica postanowiła położyć kres z premedytacją wypuszczając z zakorkowanej w wyniku II Wojny Światowej butelki demony nacjonalizmu. Międzynarodówka nacjonalistyczna stała się faktem.

Nie chodzi w tym całym politycznym sporze wyłącznie o taki lub inny system wartości. Chodzi o przyszłość, o fizyczną wręcz, w sensie politycznym i gospodarczym, podmiotowość Europy. Europa zatomizowana, szarpana przez ksenofobiczne, nacjonalistyczne partykularne aspiracje sama kładzie się na talerzy i podaje jako przystawkę trzem mocarstwom: stanom Zjednoczonym, Rosji i Chinom, które tą przystawkę chętnie schrupią. Ala zanim co – mogą o ten łakomy kąsek ze sobą rywalizować. Już zresztą się zaczęło. Bezpardonowa walka USA z Rosją o europejski rynek zbytu gazu nabiera rozpędu. Rozrywanie Europy już się zaczęło.

Sytuacja jest krytyczna i wyjątkowa. Wymaga więc działań wyjątkowych. Kluczowe znaczenie będą miały przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego. Jedynym antidotum na ofensywę międzynarodówki nacjonalistycznej jest mocny, proeuropejski blok wyborczy. Dlatego tym wyborom nadać należy specjalne znaczenie i potraktować je zupełnie inaczej niż te do samorządu i do polskiego parlamentu.

O ile sformalizowana antypisowska koalicja wyborcza w wyborach samorządowych i parlamentarnych jest nie tylko nierealna, ale również w sumie niekorzystna dla jakości sceny politycznej Polski, o tyle ogólnopolska wyborcza koalicja, na przykład Blok Polska Europejska, jest moim zdaniem nie tylko wskazana, ale możliwa i co najważniejsze – konieczna. O takiej koalicji pisałem już miesiąc wcześniej, ale w świetle ostatnich wydarzeń postanowiłem do tej idei powrócić.

O takiej formule wyborów do Parlamentu Europejskiego mówić należy bowiem jak najwcześniej, gdyż znając propagandową machinę PiS już niedługo, zaraz po wyborach samorządowych, Polska zalana zostanie przekazami, które wmawiać będą społeczeństwu, że to właśnie nacjonalizm, partykularyzm, homofobia są ratunkiem dla Europy. Wybory do Parlamentu Europejskiego będą ostatnią szansą dla proeuropejsko zorientowanych ugrupowań i partii politycznych na przekształcenie ich w ogólnonarodowe referendum proeuropejskie. Będą surowym sprawdzianem dojrzałości i odpowiedzialności politycznej tych partii, sprawdzianem ich gotowości do porozumienia i kompromisu w kwestiach zdecydowanie nadrzędnych, a na dodatek wspólnych.  Jeżeli nie wykorzystamy tej szansy to się później nie dziwmy.

Bardzo dużo mówi się oznaczeniu innowacyjności, twórczego, nowatorskiego myślenia dla rozwoju gospodarczego i społecznego kraju. Polityka wymaga innowacyjności nie mniej niż gospodarka. Zwłaszcza w obliczu wielkich wyzwań.

Lojalka Prezydenta RP

Na wczorajszym spotkaniu prezydenta Dudy z mieszkańcami Leżajska Duda po raz kolejny, ale tym razem w najbardziej gwałtowny sposób zaatakował Unię Europejską i zakwestionował celowość członkostwa Polski w tej organizacji. Niestety, słowa Dudy brzmią dla mnie bardziej szczerze niż fałszywe proeuropejskie deklaracje Kaczyńskiego czy Morawieckiego. Dlaczego jednak dochodzi do takich rozbieżności w wypowiedziach liderów prawicy?

Rządząca PiS ma dylemat. Z jednej strony bardzo wyraźne proeuropejska orientacja społeczeństwa, z drugiej wola (zapewne hierarchów) przebudowy Unii Europejskiej według wizji integrystów watykańskich, z trzeciej zaś zwyczajne interesy gospodarcze.

Nie wydaje mi się, aby doktor praw Andrzej Duda wykrzykując w Leżajsku, że Unia Europejska, to „jakaś wyimaginowana wspólnota, z której dla nas nic nie wynika” nie zdawał sobie sprawy co dla Polski oznacza brak ceł w kontaktach z podstawowym polskim partnerem gospodarczym, co oznacza swobodny przepływ kapitałów i ludzi. Doskonale świadomy jest tych uwarunkowań. Jeżeli nie – to powinien być natychmiast usunięty ze stanowiska z uwagi na stan zdrowia.

Dlaczego więc Duda decyduje się na rozniecanie antyunijnych nastrojów? Po części dlatego, że wypowiedzi jego zgodne są z zasadniczą linią strategii PiS, szpachlowanej tylko zdawkowymi deklaracjami Kaczyńskiego i Morawieckiego. Ale chyba jest jeden jeszcze powód.  Wypowiedzi prezydenta RP, nie ważne, w stolicy czy w Leżajsku, pilnie analizowane są w ambasadach różnych państw w Warszawie. Potem idą do rządów notatki, analizy, wnioski. Nie przez przypadek zapewne wrogie Unii pokrzykiwania Dudy mają miejsce przed zapowiedzianą i jakże upragnioną przez niego wizytą w Białym Domu. W Leżajsku Duda przygotowywał klimat swojego spotkania z Trumpem demonstrując swoją antyreuropejskość i składając Trumpowi deklarację lojalności w jego krucjacie przeciwko Unii.

-Panie Prezydencie Trump! Prezydent Duda melduje się na rozkaz, gotowy do wykonania kolejnego zadania w sprawie Unii Europejskiej i nie tylko!  – taka będzie zapewne atmosfera wasalskiego spotkania w Waszyngtonie.

I nie jest to pierwszy krok PiS w tym kierunku. Leżajski popis Dudy jest kontynuacją pisowskiej idei „Trójmorza” antyunijnej inicjatywy, o patronat nad którą PiS poprosił Trumpa nazajutrz niemal po objęciu przez niego urzędu Prezydenta Stanów Zjednoczonych. (wpis: „Szczyt zaszczycony” z 17. Sierpnia 2017r.).

Działania Prezydenta RP Andrzeja Dudy konsekwentnie godzą w podstawowe interesy Polski, podważają polską rację stanu. Spisane będą czyny i rozmowy. A potem Trybunał.

Mega korupcja à la PiS

Trudno, że by zwykłym człowiekiem nie zatrzęsło. Dowiadujemy się otóż (www.forbes.pl), że państwowa spółka paliwowa LOTOS udziela rabatów na paliwo i niektóre produkty sprzedawane na stacjach m.in. księżom, członkom związków zawodowych i części zatrudnionych w budżetówce oraz ich rodzinom.  Oczywiście uzasadnienie jest czysto biznesowe: spółka ma w ten sposób budować poparcie przed jej planowanym przejęciem przez Orlen. Jak donosi ANGORA podobną promocję rozważał kiedyś i ORLEN, ale projekt nie został zaakceptowany przez radę nadzorczą. Trudno tą akcję nazwać inaczej jak mega korupcją polityczną a la PiS.

Beneficjentami są środowiska, które bądź oficjalnie wspierają PiS (NSZZ „Solidarność”, funkcjonariusze Kościoła Katolickiego, urzędnicy administracji publicznej), bądź są potencjalnym zapleczem, elektoratem PiS – inne związki zawodowe. Dla jasności – nie chodzi o związkowców LOTOS-u lecz o wszystkich związkowców w kraju. Przekaz jest jasny: popierasz PiS – możesz liczyć na bonus. Będziesz głosować na „innych” – to jak ONI przyjdą to zabiorą ci ten cukierek. Jasne, proste, skandaliczne.

PiS wielokrotnie już pokazywał jak atrybuty władzy wykorzystać do kupowania ludzi. Nie dla wprowadzania konkretnych zmian – to tylko zewnętrzne opakowanie – ale do wpajania „suwerenowi”, że PiS jest dobry – bo daje swoim. W tym przypadku tańsze paliwo. Jutro mogą być tańsze leki, szybszy dostęp do lekarza itp.

Co to wszystko ma wspólnego ze społeczną sprawiedliwością, którym to hasłem PiS szermuje na prawo i lewo? NIC. Jeżeli firma LOTOS prowadzona jest według zasad określonych w Kodeksie Handlowym i w Kodeksie Karnym, to za te bonusy płacą wszyscy pozostali jej klienci, w tym również renciści i emeryci.

Nie interesuje mnie Lotowska „Solidarność”. Nie zamierzam wnikać w etyczne rozterki kleru (jeśli takie w ogóle są) przy tankowaniu paliwa taniej niż inni. Trzy wątki są natomiast ciekawe. Pierwszy, to gremialna aprobata wszystkich niemal związkowych central. Ich wodzowie kupują tą bajkę o „budowaniu poparcia przed spodziewanym połączeniem LOTOS-u z ORLEN-em”. Czy nie dostrzegają tego, że zakładając sobie samym pasek, na którym prowadzi ich PiS osłabiają swoją gotowość do protestów wobec tej władzy? Czy z tyłu głowy związkowych działaczy nie pojawi się cichy głosik: „zastanów się, po co strajkować? Jeszcze odbiorą Ci bon paliwowy?”.  Przecież, wbrew temu, co głosi przewodniczący WZZ „Sierpień’80”, nie chodzi o „poszerzanie bazy klientów”. Są przecież dla tego celu programy lojalnościowe, a tak w ogóle, to najlepszym sposobem na poszerzenie bazy klientów jest powszechna obniżka cen paliw przez te koncerny. Jestem zniesmaczony.

Drugi ciekawy wątek to owa „część zatrudnionych w budżetówce”. Trochę enigmatyczne sformułowanie i warto by dowiedzieć się czegoś więcej: chodzi o policjantów, urzędników skarbowych czy tylko nauczycieli?

I wreszcie sprawa ostatnia, pytanie za 10 punktów. Czy jeżeli dojdzie od fuzji LOTOS-u i ORLEN-u, do powstania mega koncernu zawiadującego ponad 34% rynku paliwowego w Polsce, to bonusy dla księży, związkowców i budżetówki zostaną zniesione czy utrzymane? Daje się łatwo, odbiera trudniej. Coś mi się wydaje, że manewr LOTOS-u to postawienie ORLEN-u pod przysłowiową ścianą, to próba obejścia rady nadzorczej tej spółki. Pożyjemy, zobaczymy.

W każdym bądź razie, jeżeli nowy koncern państwowy utrzyma te skandaliczne formy politycznej korupcji to to, co ja, zwykły człowiek, mogę zrobić, to zrezygnować z jego usług. Nie będą płacić na pseudo-związkowców, na pozbawionych przyzwoitości księży i urzędników.

Arcykapłan Morawiecki

Portal OKO.press przeprowadził ankietę na temat stosunku Polaków do aktu zawierzenia Polski Czarnej Madonnie przez Premiera Morawieckiego w jego wystąpieniu 8 lipca w Częstochowie na pielgrzymce Radia Maryja. OKO.press jest zaskoczone wynikami, które wskazują, że większość (53%) uznaje ten akt za właściwy, a 41 % jest przeciwnego zdania. Spodziewano się raczej odwrotnych rezultatów.

Mnie te wyniki nie zaskakują lecz oczywiście są powodem do niepokoju. Polskę zawierzano w przeszłości Matce Boskiej i Jezusowi wielokrotnie. Ten ostatni akt jest jednak niebezpieczny dlatego, że tradycyjną rolę w tej ceremonii przejął od duchownych urzędnik państwowy, w dodatku premier. To kolejny twardy dowód na to, że w Polsce symbioza tronu z ołtarzem stała się faktem. Premier Morawiecki swoim wystąpieniem publicznie, ostentacyjnie wręcz złamał Art. 25 ust. 2 Konstytucji RP, który jednoznacznie stwierdza, że: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”.  Premier, który Konstytucję ma za nic nie wróży nic dobrego dla kraju. Nie może ponadto oczekiwać poszanowania swojego urzędu przez tych patriotów, dla których Konstytucja jest fundamentem państwowego bytu.

Ale to nie jedyny powód do niepokoju. Zawierzenie Polski mocom niebieskim jest działaniem ewidentnie skierowanym przeciwko idei demokracji obywatelskiej, opartej o poczucie współodpowiedzialności obywateli za dzień dzisiejszy i jutro Ojczyzny. Skoro czuwa już królowa Polski – Matka Boska, jej inne wcielenie – Czarna Madonna, oraz Jezus koronowany niedawno na polskiego króla, to dlaczego zwykły obywatel ma się przejmować losem Ojczyzny? Będzie dobrze! Musi być dobrze przy takim patronacie! Morawiecki realizuje po prostu strategiczne cele PiS ukształtowania nowego modelu obywatela, z którego partia i Kościół zdejmują brzemię odpowiedzialności za swój kraj, oczekując w zamian „jedynie” posłuszeństwa. Wyniki sondażu OKO.press mogą wskazywać na to, że demokracja dla większości obywateli jest ciężarem, którego gotowi są się pozbyć. I to jest prawdziwe zagrożenie dla przyszłości Polski.

Dla lewicy płyną z tego dwa wnioski. Pierwszy jest taki, że wynik 53% wspierających zawierzenie jest w istocie realnym miernikiem poziomu katolicyzmu w Polsce, o wiele bardziej miarodajnym niż uczestnictwo w niedzielnych mszach. Żadne więc 99,99% ale tylko 53% Polaków jest rzeczywiście, z przekonania katolikami – a to jest już poważnym argumentem za laickim charakterem władzy publicznej w lewicowej wizji państwa i społeczeństwa.

Drugi wniosek dotyczy konieczności formalnego i racjonalnego rozwiązania kwestii przynależności do wspólnoty religijnej. Państwo oczywiście uszanować powinno prawo rodziców do wychowywania dzieci wedle swoich przekonań. Tak więc chrzczenie noworodków i wpisywanie ich przez rodziców do rejestru wiernych jest z tą zasadą jak najbardziej zgodne. Z tym zastrzeżeniem, że ta przynależność do wspólnoty powinna być tymczasowa – do momentu osiągnięcia przez osobę pełnej zdolności do czynności prawnych. Po osiągnięciu pełnoletności osoba taka powinna być zobowiązana do złożenia stosownej deklaracji o przystąpieniu do danej wspólnoty. Skoro przykładowo kościół katolicki wprowadził do praktyki obrzęd odnawiania ślubów kościelnych, to może – i powinien – wprowadzić obrzęd odnawiania chrztu po osiągnięciu przez człowieka pełnoletności. Podobnie inne związki wyznaniowe. Jeżeli wychowanie rodziców i wspólnoty religijnej było prawidłowe, to zapewne większość potwierdzi swój związek ze wspólnotą. Z punktu widzenia państwa pożytek będzie natomiast taki, że nie będzie można manipulować jak dotychczas procentami osób wierzących w społeczeństwie.

Polska PiS kłamstwem stoi

Już niemal tydzień media żyją wystąpieniem premiera Morawieckiego w Sandomierzu, w którym tenże pochwalił się, że osobiście negocjował warunki przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Prasa ma używanie – jeszcze większe internauci. Mnie jednak do śmiechu nie jest, gdyż w tej całej aferze dostrzegam coś bardzo niepokojącego.

Premier wcale się nie przejęzyczył jak na przykład prezydent w Nowej Zelandii. Miał tą tezę wcześniej przygotowaną. Premier Morawicki świadomie, publicznie skłamał. Sandomierskie kłamstwo Morawieckiego, choć bardzo spektakularne, nie jest pierwszym. Można wręcz powiedzieć, że jest codziennością jego wystąpień publicznych.

Dlaczego premier rządu decyduje się na publiczne kłamstwa? Dlaczego naraża się na kpiny i żarty w kraju i za granicą?

Zapewne dlatego, że wie, że ci, do których adresuje swoje postprawdy przyjmą je z entuzjazmem niezmąconym mgiełką choćby refleksji.  Dobrze wie, że nawet ludzie z cenzusami, tytułami naukowymi w szeregach PiS, nie zareagują, nie oburzą się, nie zaprotestują. To, że zebrani na sandomierskim rynku owacjami fetowali  Morawieckiego – kłamczucha dziwi mniej niż absolutny brak reakcji pisowskiej inteligencji na tą rzekę postprawd,  świadomych kłamstw, nagminnego wmawiania Polsce i światu, że białe jest czarne, a czarne jest białe, na te niemal codzienne gwałty pisowskiej propagandy na faktach, logice, zasadach. Dlaczego oni milczą? Przecież widzą, przecież wiedzą.

W swoim świetnym wywiadzie dla Newsweeka Leszek Miller trafnie dostrzega, że PiS, na drodze do autokratycznego ustroju, chce wychować nowy typ obywatela. W tym celu PiS pisze historię Polski od nowa, po swojemu, na swoje potrzeby. Niestety, wzorzec takiego obywatela jaki wyłania się z za społeczno-politycznej praktyki PiS musi jednak  budzić najgłębszy niepokój.

Niektórzy publicyści przyrównują rządy PiS do okresu Polski Ludowej, strasząc wręcz „powrotem do PRL” w wykonaniu Kaczyńskiego. Nie mogę zgodzić się z tym poglądem. To bardzo powierzchowna i krzywdząca dla Polski Ludowej teza. Różnica jest zasadnicza. Polska Ludowa, przy całej rozmaitości odcieni demokracji socjalistycznej, jaką przez 45 lat usiłowała wprowadzać, za swój ideologiczny fundament przyjęła wiodącą społecznie rolę klasy robotniczej i kluczowe znaczenie pracy człowieka dla wspólnego dobra. Polska Ludowa wydobyła przedwojenne rodziny robotnicze z brudnych, zagęszczonych czynszowych kamienic, z biedy, niepewności jutra i wyniosła klasę robotniczą na piedestał. Ale również Polska Ludowa stworzyła warunki dla doskonalenia się robotników, dla zdobywania przez nich i ich dzieci wykształcenia. Czy pamięta ktoś jeszcze punkty preferencyjne za robotnicze lub chłopskie pochodzenie przy rekrutacji na wyższe uczelnie? Robotnik miał być wykształcony, miał mieć zapewniony dostęp do dóbr kultury, do wypoczynku. Awans społeczny i cywilizacyjny robotników i chłopów w Polsce Ludowej nie był czczym hasłem. Realizacja tych pryncypiów odbywała się na miarę (a może nawet ponad miarę) obiektywnych możliwości, ale zawsze obowiązywała zasada równania w górę. I ta polityka była powszechnie akceptowana.

Być może wyniesienie klasy robotniczej, to wpojenie jej jej społecznej i politycznej wartości obróciło się ostatecznie przeciwko Polsce Ludowej, która, zastygła w swoich ideologicznych dogmatach, nie potrafiła już ani prawidłowo odczytać, ani tym bardziej zaspokajać potrzeb i aspiracji szybko rozwijającego się społeczeństwa.

Tymczasem Polska według PiS to równanie w dół. –„Nie ma takiego wysiłku, którego istota ludzka nie byłaby gotowa podjąć, aby uwolnić się od trudów myślenia”. Sarkastyczne, ale trafne spostrzeżenie Witheheada z połowy XX wieku nabrało wzmożonej aktualności dzisiaj, w wieku XXI, wieku Internetu, portali, Google, i wszechobecnej reklamy.  Dzisiaj bez samodzielnego myślenia można się obejść: zastępy specjalistów, instytucji marketingowych, medialnych i polityków stworzą twoje potrzeby i zaproponują ich zaspokojenie, stworzą twoje problemy i zaproponują ich najlepsze rozwiązanie. Nie trzeba w ogóle myśleć! Jest świetnie! Wiedza, racjonalizm – trudne do nabycia, ustępują miejsca łatwym emocjom. I dlatego Morawieccy mogą bezkarnie, publicznie łgać.

To świadome wprowadzanie zasady równania w dół jest największym przestępstwem PiS na Polsce. To odwoływanie się do ludzi bezrefleksyjnych, karmionych wrogością do myślących inaczej niż oni, do ludzi godzących się na każde kłamstwo premiera, prezydenta, posła, burmistrza, jest – jak się okazuje – politycznie skuteczne – przynajmniej w skali mikro, w skali doraźnych celów kampanii wyborczych. Że jest w perspektywie zgubne dla kraju? A kto ma się tym martwić? Przecież ci, którzy próbują to robić już zostali okrzyknięci gorszym sortem, nosicielami niepożądanego genu, przeszkadzaczami. Czy nie lepiej jest, będąc rozpieranym jedynie słusznym „patriotyzmem”, poczuciem dumy i wyższości nad całym światem, cieszyć się z kilkuset złotych ekstra „rzuconych” przez rząd niż usiłować rozumieć znaczenia niezależności sądów dla państwa i obywateli? W swojej polityce kadrowej PiS od samego początku przedłożył właściwą postawę, rękojmię należytego wykonywania obowiązków nad kompetencje, wykształcenie, dorobek zawodowy. Dyplom – sryplom! Ważniejsze jest manifestowanie dumy narodowej i patriotyzmu – oczywiście tego w pisowskim wydaniu.

Jeżeli polska lewica poważnie myśli o przyszłości Polski i Polaków to na pierwsze miejsce swojego strategicznego programu powinna więc postawić edukację. „Edukacja – głupcze!” chciało by się sparafrazować hasło Billa Clintona.  Edukacja, której efektem ma być młodzież zdolna do samodzielnego myślenia, samodzielnej oceny wydarzeń, młodzież twórcza, krytyczna, niezależna, innowacyjna jest stokroć ważniejsza od najlepszych czołgów, karabinów czy samolotów. Potrzebna jest rewolucja oświatowa. Radykalnie nowe spojrzenie na edukację, radykalne zwiększenie nakładów na warunki funkcjonowania szkół wszystkich szczebli, na przygotowanie nowoczesnych programów, na kształcenie nauczycieli – tylko w tym upatrywać można pomyślności i bezpiecznej przyszłości Polski.

Plexit się zaczął

„Stanęliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy duży krok naprzód!” – to oklepane powiedzenie pasuje jak ulał do harców PiS wokół polskiego wymiaru sprawiedliwości w ostatnich godzinach. Na te harce składają się niedopuszczalne, obraźliwe ataki prezydenta Polski na polskie środowisko sędziowskie, które PAD przypuścił w czasie swojej wizytacji antypodów. Stworzył się nam egzotyczny duet: Premier i Prezydent, Duda i Morawiecki, który nie szczędzi wysiłków w dyskredytowaniu, szkalowaniu wręcz tysięcy polskich sędziów, czynienia z nich przestępców, których poskromić może tylko podległa faktycznie Ministerstwu Sprawiedliwości Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego. Skandal jakiego świat nie widział dawno i nie prędko zobaczy.

Najważniejsze jednak wydarzenie to nadzwyczajne przyspieszenie prac nowoutworzonej KRS nad powołaniem nowych sędziów Sądu Najwyższego. Jest oczywiste dla każdego, że jeden jest powód tego przyspieszenia: zdążyć z faktami dokonanymi przez zajęciem stanowiska w kwestii praworządności w Polsce przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości.

Wycinka KRS i Sądu Najwyższego to jednak nie wycinka Puszczy Białowieskiej – z całym dla niej szacunkiem. W puszczy drzewa odrosną, skutki dewastacji polskiego wymiaru sprawiedliwości przyniosą natomiast morze deformacji i patologii rozsianych po całym kraju, których skutki będą dawać o sobie nawet wówczas, gdy Puszcza zapomni o niejakim ministrze Sz.

Wciskając pedał gazu na drodze niszczenia niezależności polskiego sądownictwa PiS demonstruje wobec Unii Europejskiej, ale również wobec niemal całego prawniczego świata swoją determinację i ostentację jednocześnie. Gdyby polskie władze chciały być rzeczywistym członkiem europejskiej wspólnoty, to, pomne casusu Puszczy, poczekałyby spokojnie na stanowisko ETS. Ale pisowskie władze takiej woli nie mają, stąd ta ostentacja.

Jawne zlekceważenie przez PiS Parlamentu Europejskiego, Komisji Europejskiej i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w podstawowej dla Unii kwestii: praworządności jest pierwszym, praktycznym krokiem na drodze wyprowadzania Polski z Unii. Plexit właśnie się zaczął.

Kolejnym krokiem będą wybory do Europejskiego Parlamentu. Jeżeli górę w nich weźmie PiS, to sprawa będzie przesądzona. Wbrew buńczucznym, ksenofobicznym okrzykom Morawieckiego Polska nie narzuci swojej wizji Unii Europejskiej Niemcom, Francuzom, Hiszpanom, Holendrom czy nawet Włochom. Polski kurs na wyjście z Unii będzie miał natomiast taki skutek, że przyspieszeniu ulegnie proces podziału dotychczasowej UE na dwie część: coraz mocniej zintegrowanego wokół strefy Euro jądra i luźnych elektronów, które gdzieś tram krążyć będą po dalekich, nieprzewidywalnych orbitach, ale które zarówno przez Unię, jak i przez jej przeciwników (USA, Rosja) nie będą mogły być inaczej traktowane niż jako wdzięczny przedmiot do politycznych manipulacji.

I taka będzie prawdziwa cena gry pod tytułem „Wybory do Parlamentu Europejskiego 2019”.

Test na lewicowość

Czy jako mieszkaniec gminy podwrocławskiej powinienem interesować się wyborami do Rady Miejskiej Wrocławia? Oczywiście tak – z dwóch powodów. Po pierwsze więc nie jest dla mnie obojętne jaka będzie polityka Wrocławia w stosunku do tzw. „obwarzanka” – gmin okalających miasto, w których mieszka znaczna liczba wrocławian i jeszcze większa liczba pracowników wrocławskich instytucji i zakładów, uczniów i studentów wrocławskich szkół. Casus Wschodniej Obwodnicy Wrocławia jest tu świetną ilustracja problemu. Po drugie – z powodów politycznych. Wybory wrocławskie będą ważnymi dla politycznej mapy Polski przez najbliższe lata.

Gdybym był mieszkańcem Wrocławia w nadchodzących wyborach samorządowych niewątpliwie oddałbym głos na Jacka Sutryka. To dzisiaj największa szansa na zablokowanie PiS drogi do władzy we Wrocławiu. Oczywiście wolałbym głosować na kandydata rodem z SLD, który zaprezentować mógłby lewicową wizję rozwiązywania problemów Wrocławia i jego mieszkańców. Na poparcie kandydata PO i Nowoczesnej byłby czas w drugiej turze. Wszak wybory to najważniejsza sposobność do prezentowania społeczeństwu partii politycznej.

Ale stało się tak, jak się stało – wrocławski SLD zdecydował o niestartowaniu pod własnym szyldem. Decyzja władz miejskich Sojuszu ma zapewne swoje uzasadnienie taktyczne. Nie można jednak tracić z pola widzenia zagrożeń, które ze sobą niesie.  W jednej z dyskusji zwróciłem uwagę na problem zatracania własnej tożsamości politycznej przez partie, co jest naturalnym kosztem każdej taktycznej koalicji. W przypadku SLD rzecz jest o tyle bardziej istotna, że partia ta, jeśli chodzi o swoją lewicową tożsamość (nie mylić z rodowodem) , wciąż jest na dorobku. Teza była oczywiście hipotetyczna, niemal teoretyczna. Do wczoraj.

Wczoraj otóż prasa doniosła (GW, 14.08.2018, „Kobieta powinna z radością oddawać się mężowi”), że z budżety miasta Wrocław finansowane są między innymi „warsztaty dla małżeństw udzielające porad rodzinnych”. Nie chodzi przy tym o to, że udzielający tych porad wiedzę swoją zdobywali na podyplomowych Studiach na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu. Chodzi o bulwersujące treści tego „poradnictwa”, które prezentuje dosłownie średniowieczne rozumienie ról kobiety i mężczyzny w rodzinie przez dogmatyków Kościoła Katolickiego i w żaden sposób nie jest do pogodzenia ze współczesnymi standardami relacji żona – mąż, ze współczesną rolą kobiety w społeczeństwie.  Trudno sobie wyobrażać, aby jakakolwiek organizacja polityczna uznająca się za lewicową takie „szkolenia” mogła popierać.

Nie wiem jaka była rola Dyrektora Wydziału Spraw Społecznych Urzędu Miejskiego we Wrocławiu przy podejmowaniu decyzji o wydatkowaniu pieniędzy wrocławian na te warsztaty. Wrocławski Sojusz powinien jednak publicznie zapytać swojego kandydata o jego stanowisko w tej kwestii i oczekiwać publicznej odpowiedzi. Jeżeli tak się nie stanie to wrocławski SLD nolens volens autoryzować będzie tą działalność. Ale czy tylko tą? Ile podobnych spraw wypłynie? Ile przyniosą przyszłe lata? Jeżeli teraz Sojusz skuli uszy po sobie i podwinie ogon pod siebie to trudno będzie oczekiwać, że w przyszłości będzie chciał/mógł przybrać bardziej bojową postawę.

Blok Polska Europejska

Nadciąga wyborczy karnawał. Karnawał czy nawał kar – jak kto chce. Na pierwszy ogień idą wybory do lokalnych samorządów. Partyjni liderzy nie odrywają wzroku od wyników codziennych niemal sondaży: temu spadło, tamtemu wzrosło. Oczywiście najważniejszy będzie Wielki Finał, czyli wybory do Sejmu i Senatu RP. Póki co dzisiaj podano, że wybory do sejmików wojewódzkich – najbardziej wiarygodny prognostyk wyborów parlamentarnych wygra PiS (w 12 województwach). Może tak, może nie. Ale Wielki Finał, jeżeli wygra go PiS ze swoimi przystawkami, ostatecznie przesądzi o przyszłości Polski.

Jest jedna karta, którą opozycja ma szansę skutecznie rozegrać. To karta europejska. PiS dostarczył morza dowodów, że jemu z taką jak obecnie Unią nie po drodze, że dąży do Plexitu lub przebudowania  Unii do luźnego związku państw narodowych. Nie chodzi tylko o to, aby zlikwidować Unię Europejską w jej dotychczasowym, kształcie zanim Polska stanie się płatnikiem netto do unijnego budżetu. Powody są natury czysto ideologicznej, z przemożną rolą kościoła katolickiego za plecami Kaczyńskiego. Czy dążenie do rozmontowania Unii zbudowanej na dotychczasowych traktatach jest również celem Waszyngtonu czy/i Moskwy, a PiS w tej rozgrywce odgrywa rolę pożytecznego idioty, to inna sprawa. Ważne, że PiS jest zdeterminowany i nie cofa się nawet przed manipulacjami przy ordynacji wyborczej do najbliższych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Możemy też  być pewni, że nie cofnie się przed żadnymi manipulacjami opinią publiczną, jakie znajdą się w jego zasięgu.

Z wypowiedzi Orbana można wywnioskować, że europejskie prawicowe siły eurosceptyków działają w tej kwestii w porozumieniu i szykują się do przejęcia inicjatywy w nowym Parlamencie. Jeżeli do tego dojdzie to, jak mówią, będzie pozamiatane.

Jedyną szansą dla Polski (a by c może i dla Europy) jest w tej sytuacji – moim zdaniem – nadanie wyborom do Parlamentu Europejskiego charakteru ogólnonarodowego referendum: jesteś za członkostwem Polski w zintegrowanej i jednoczącej się wokół zawartych w traktatach wartości Unii Europejskiej, jednoczącej się wokół wyzwań, jakie przez Europą stawia rozwój światowej gospodarki i postęp technologiczny, czy jesteś za Europą pisowską, czy jesteś za marginalizowaniem Polski, za odrywaniem się Polski od Europy. Czy jesteś za Europą suwerenną, czy za Europą na pasku USA i Rosji.

Tą kartę można jeszcze wygrać póki nastroje prounijne dominują w Polsce, póki pisowska propaganda nie zrobiła i w tej kwestii wody z mózgów Polkom i Polakom.

Sytuacja staje się z dnia na dzień krytyczna i aby to osiągnąć sięgnąć trzeba po środki do niej adekwatne, nadzwyczajne, dotychczas nie praktykowane. Potrzeba nadzwyczajnej mobilizacji w obronie Unii Europejskiej przed politykami, którzy za nic mają parlamentarną demokrację, rządy prawa, wolności obywatelskie, którzy dążą do zniszczenia europejskiego ładu, jaki ukształtował się po II Wojnie Światowej.

Proponuję otóż powołanie do życia przez wszystkie prounijne partie polityczne wyborczego porozumienia o nazwie na przykład BLOK POLSKA EUROPEJSKA i wystawienie jednej, wspólnej listy kandydatów.

Pora sobie uświadomić, że od tego kto z jakiej partii będzie w Europejskim Parlamencie ważniejsze jest, aby zminimalizować w nim obecność PiS, aby nie dopuścić, aby w nowym PE karty rozdawał Kaczyński z Macierewiczem i Orbanem.

Prounijnie zorientowane partie polityczne niczym przy tym nie ryzykują w tym sensie, że wyniki wyborów do PE przełożą się najpewniej na krajowe wybory parlamentarne. Mogą więc one tylko wygrać, i to wygrać podwójnie: raz w wyborach do PE i drugi raz do Sejmu i Senatu, do których PiS może wystartować z czerwoną kartką wystawioną przez wyborców w maju 2019. Wystarczy poskromić ambicje personalne i pokazać, że potrafimy się jednoczyć wokół podstawowych europejskich wartości.

Czy liderzy proeuropejskich partii politycznych będą chcieli podjąć takie wyzwanie? Oczywiście nie wiem, ale wiem, że powinni. I wiem, że z tworzeniem takiego Bloku nie można czekać na maj 2019. Należy prace nad nim rozpocząć jak najwcześniej.