Mega korupcja à la PiS

Trudno, że by zwykłym człowiekiem nie zatrzęsło. Dowiadujemy się otóż (www.forbes.pl), że państwowa spółka paliwowa LOTOS udziela rabatów na paliwo i niektóre produkty sprzedawane na stacjach m.in. księżom, członkom związków zawodowych i części zatrudnionych w budżetówce oraz ich rodzinom.  Oczywiście uzasadnienie jest czysto biznesowe: spółka ma w ten sposób budować poparcie przed jej planowanym przejęciem przez Orlen. Jak donosi ANGORA podobną promocję rozważał kiedyś i ORLEN, ale projekt nie został zaakceptowany przez radę nadzorczą. Trudno tą akcję nazwać inaczej jak mega korupcją polityczną a la PiS.

Beneficjentami są środowiska, które bądź oficjalnie wspierają PiS (NSZZ „Solidarność”, funkcjonariusze Kościoła Katolickiego, urzędnicy administracji publicznej), bądź są potencjalnym zapleczem, elektoratem PiS – inne związki zawodowe. Dla jasności – nie chodzi o związkowców LOTOS-u lecz o wszystkich związkowców w kraju. Przekaz jest jasny: popierasz PiS – możesz liczyć na bonus. Będziesz głosować na „innych” – to jak ONI przyjdą to zabiorą ci ten cukierek. Jasne, proste, skandaliczne.

PiS wielokrotnie już pokazywał jak atrybuty władzy wykorzystać do kupowania ludzi. Nie dla wprowadzania konkretnych zmian – to tylko zewnętrzne opakowanie – ale do wpajania „suwerenowi”, że PiS jest dobry – bo daje swoim. W tym przypadku tańsze paliwo. Jutro mogą być tańsze leki, szybszy dostęp do lekarza itp.

Co to wszystko ma wspólnego ze społeczną sprawiedliwością, którym to hasłem PiS szermuje na prawo i lewo? NIC. Jeżeli firma LOTOS prowadzona jest według zasad określonych w Kodeksie Handlowym i w Kodeksie Karnym, to za te bonusy płacą wszyscy pozostali jej klienci, w tym również renciści i emeryci.

Nie interesuje mnie Lotowska „Solidarność”. Nie zamierzam wnikać w etyczne rozterki kleru (jeśli takie w ogóle są) przy tankowaniu paliwa taniej niż inni. Trzy wątki są natomiast ciekawe. Pierwszy, to gremialna aprobata wszystkich niemal związkowych central. Ich wodzowie kupują tą bajkę o „budowaniu poparcia przed spodziewanym połączeniem LOTOS-u z ORLEN-em”. Czy nie dostrzegają tego, że zakładając sobie samym pasek, na którym prowadzi ich PiS osłabiają swoją gotowość do protestów wobec tej władzy? Czy z tyłu głowy związkowych działaczy nie pojawi się cichy głosik: „zastanów się, po co strajkować? Jeszcze odbiorą Ci bon paliwowy?”.  Przecież, wbrew temu, co głosi przewodniczący WZZ „Sierpień’80”, nie chodzi o „poszerzanie bazy klientów”. Są przecież dla tego celu programy lojalnościowe, a tak w ogóle, to najlepszym sposobem na poszerzenie bazy klientów jest powszechna obniżka cen paliw przez te koncerny. Jestem zniesmaczony.

Drugi ciekawy wątek to owa „część zatrudnionych w budżetówce”. Trochę enigmatyczne sformułowanie i warto by dowiedzieć się czegoś więcej: chodzi o policjantów, urzędników skarbowych czy tylko nauczycieli?

I wreszcie sprawa ostatnia, pytanie za 10 punktów. Czy jeżeli dojdzie od fuzji LOTOS-u i ORLEN-u, do powstania mega koncernu zawiadującego ponad 34% rynku paliwowego w Polsce, to bonusy dla księży, związkowców i budżetówki zostaną zniesione czy utrzymane? Daje się łatwo, odbiera trudniej. Coś mi się wydaje, że manewr LOTOS-u to postawienie ORLEN-u pod przysłowiową ścianą, to próba obejścia rady nadzorczej tej spółki. Pożyjemy, zobaczymy.

W każdym bądź razie, jeżeli nowy koncern państwowy utrzyma te skandaliczne formy politycznej korupcji to to, co ja, zwykły człowiek, mogę zrobić, to zrezygnować z jego usług. Nie będą płacić na pseudo-związkowców, na pozbawionych przyzwoitości księży i urzędników.

Blok Polska Europejska

Nadciąga wyborczy karnawał. Karnawał czy nawał kar – jak kto chce. Na pierwszy ogień idą wybory do lokalnych samorządów. Partyjni liderzy nie odrywają wzroku od wyników codziennych niemal sondaży: temu spadło, tamtemu wzrosło. Oczywiście najważniejszy będzie Wielki Finał, czyli wybory do Sejmu i Senatu RP. Póki co dzisiaj podano, że wybory do sejmików wojewódzkich – najbardziej wiarygodny prognostyk wyborów parlamentarnych wygra PiS (w 12 województwach). Może tak, może nie. Ale Wielki Finał, jeżeli wygra go PiS ze swoimi przystawkami, ostatecznie przesądzi o przyszłości Polski.

Jest jedna karta, którą opozycja ma szansę skutecznie rozegrać. To karta europejska. PiS dostarczył morza dowodów, że jemu z taką jak obecnie Unią nie po drodze, że dąży do Plexitu lub przebudowania  Unii do luźnego związku państw narodowych. Nie chodzi tylko o to, aby zlikwidować Unię Europejską w jej dotychczasowym, kształcie zanim Polska stanie się płatnikiem netto do unijnego budżetu. Powody są natury czysto ideologicznej, z przemożną rolą kościoła katolickiego za plecami Kaczyńskiego. Czy dążenie do rozmontowania Unii zbudowanej na dotychczasowych traktatach jest również celem Waszyngtonu czy/i Moskwy, a PiS w tej rozgrywce odgrywa rolę pożytecznego idioty, to inna sprawa. Ważne, że PiS jest zdeterminowany i nie cofa się nawet przed manipulacjami przy ordynacji wyborczej do najbliższych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Możemy też  być pewni, że nie cofnie się przed żadnymi manipulacjami opinią publiczną, jakie znajdą się w jego zasięgu.

Z wypowiedzi Orbana można wywnioskować, że europejskie prawicowe siły eurosceptyków działają w tej kwestii w porozumieniu i szykują się do przejęcia inicjatywy w nowym Parlamencie. Jeżeli do tego dojdzie to, jak mówią, będzie pozamiatane.

Jedyną szansą dla Polski (a by c może i dla Europy) jest w tej sytuacji – moim zdaniem – nadanie wyborom do Parlamentu Europejskiego charakteru ogólnonarodowego referendum: jesteś za członkostwem Polski w zintegrowanej i jednoczącej się wokół zawartych w traktatach wartości Unii Europejskiej, jednoczącej się wokół wyzwań, jakie przez Europą stawia rozwój światowej gospodarki i postęp technologiczny, czy jesteś za Europą pisowską, czy jesteś za marginalizowaniem Polski, za odrywaniem się Polski od Europy. Czy jesteś za Europą suwerenną, czy za Europą na pasku USA i Rosji.

Tą kartę można jeszcze wygrać póki nastroje prounijne dominują w Polsce, póki pisowska propaganda nie zrobiła i w tej kwestii wody z mózgów Polkom i Polakom.

Sytuacja staje się z dnia na dzień krytyczna i aby to osiągnąć sięgnąć trzeba po środki do niej adekwatne, nadzwyczajne, dotychczas nie praktykowane. Potrzeba nadzwyczajnej mobilizacji w obronie Unii Europejskiej przed politykami, którzy za nic mają parlamentarną demokrację, rządy prawa, wolności obywatelskie, którzy dążą do zniszczenia europejskiego ładu, jaki ukształtował się po II Wojnie Światowej.

Proponuję otóż powołanie do życia przez wszystkie prounijne partie polityczne wyborczego porozumienia o nazwie na przykład BLOK POLSKA EUROPEJSKA i wystawienie jednej, wspólnej listy kandydatów.

Pora sobie uświadomić, że od tego kto z jakiej partii będzie w Europejskim Parlamencie ważniejsze jest, aby zminimalizować w nim obecność PiS, aby nie dopuścić, aby w nowym PE karty rozdawał Kaczyński z Macierewiczem i Orbanem.

Prounijnie zorientowane partie polityczne niczym przy tym nie ryzykują w tym sensie, że wyniki wyborów do PE przełożą się najpewniej na krajowe wybory parlamentarne. Mogą więc one tylko wygrać, i to wygrać podwójnie: raz w wyborach do PE i drugi raz do Sejmu i Senatu, do których PiS może wystartować z czerwoną kartką wystawioną przez wyborców w maju 2019. Wystarczy poskromić ambicje personalne i pokazać, że potrafimy się jednoczyć wokół podstawowych europejskich wartości.

Czy liderzy proeuropejskich partii politycznych będą chcieli podjąć takie wyzwanie? Oczywiście nie wiem, ale wiem, że powinni. I wiem, że z tworzeniem takiego Bloku nie można czekać na maj 2019. Należy prace nad nim rozpocząć jak najwcześniej.

Zadanie dla lewicy

Z całego serca życzę niepełnosprawnym i ich opiekunom sukcesu ich heroicznej akcji protestacyjnej w Sejmie. Heroicznej również dlatego, że tak naprawdę walczą oni o ludzkie oblicze władzy publicznej w Polsce, o praktyczny wymiar takich haseł jak demokracja, humanizm, społeczna solidarność. Nie ma co się oszukiwać – obecna sytuacja osób niepełnosprawnych obciąża wszystkie rządy po 1989 roku.  Znamienne wyznanie Pani Ochojskiej:

Ale tak sobie myślę, co by to było, gdybym urodziła się w tych czasach. Bo urodziłam się w PRL, w bardzo biednej rodzinie, a jak miałam roczek zachorowałam na polio. I mimo tego, że moi rodzice nie mieli pieniędzy, przeszłam całe skomplikowane leczenie, liczne operacje i mnóstwo rehabilitacji. Dostałam to wszystko od państwa. Bynajmniej nie twierdzę, że „za komuny było lepiej”, ale prawda jest taka, że wówczas osoby niepełnosprawne na taką pomoc mogły liczyć.”

Pomińmy ten charakterystyczny i powszechny dość dysonans:  „nie było lepiej” ale „było lepiej” – takie czasy, ale prawdą jest, że w nowej rzeczywistości ustrojowej nie wypracowano jak dotąd skutecznej, powszechnie akceptowalnej polityki państwa wobec osób niepełnosprawnych. Hasła: „im mniej państwa tym lepiej” gorliwie wdrażane przez wyznawców zbawiennych skutków niewidzialnej ręki rynku z całą okrutnością dotknęły między innymi osób niepełnosprawnych. Oczywiście w sposób szczególny obecna sytuacja obciąża PiS, gdyż to jego aktywiści – dziś decyzyjni ministrowie, prezydencji, zachęcali ich w trakcie podobnego sejmowego protestu w 2014 roku : „głosujcie na nas, a spełnimy wszystkie wasze postulaty”. To, że dzisiaj PiS złapał się we własną pułapkę legendy o „cudzie gospodarczym” obchodzi mnie mniej. O wiele istotniejszy jest moralny wydźwięk tej sytuacji: PiS  nie cofnie się przed żadnym oszustwem dla zdobycia głosów wyborców. A to jest o wiele groźniejsze gdy partia Kaczyńskiego nie jest już w opozycji, ale dysponuje całym arsenałem władzy administracyjnej, sądowej i medialnej.

Miarą bezradności PiS, ale zarazem zwierciadłem jego czarnej duszy jest przy tym pomysł premiera Morawieckiego „daniny solidarnościowej”, z której mają być pokrywane koszty realizacji postulatów protestujących. Jakie to sprytne: odbieramy bogatszym aby dać biednym, solidarność, rozwiązanie problemu! Ale przecież nie o to chodzi! Rzecz w tym, że państwo powinno rozwiązywać problemy osób potrzebujących po pierwsze systemowo, a po drugie z wyprzedzeniem a nie pod społecznym przymusem.  Gdy pojawi się problem osób bezdomnych, to Morawiecki wprowadzi kolejną daninę?

Polska potrzebuje kompleksowego programu pomocy publicznej dla osób niepełnosprawnych i ich opiekunów. Program taki winien powstać w ścisłej współpracy z tymi środowiskami. Wspaniały temat i zadanie dla lewicy. Janina Ochojska mimowolnie wskazała kierunek.

Przeprosić Naród!

Udany wielce, pełen nadziei, mamy pierwszy dzień wiosny! Dwie spektakularne klęski Prawa i Sprawiedliwości jednego dnia! Oliwa na wierzch wypływa.

Dziennikarze TOK FM dotarli do raportu powołanego przez Ziobrę zespołu ekspertów w sprawie katastrofy smoleńskiej. Raport jest, prokuratura ujawnić go nie zamierza – ponoć, aby nie psuć kwietniowych obchodów na Krakowskim Przedmieściu. Komisje sejmowe, które miały się sprawą zajmować odwoływane są bez uzasadnienia. Ale jak ustalili dziennikarze raport nie pozostawia złudzeń: nie było wybuchu, samolot rozbił się wskutek zderzenia z ziemią. Innymi słowy w podstawowych kwestiach zgodny jest z ustaleniami komisji Millera.

Na usta ciśnie się więc pytanie: kto przeprosi Naród za lata kłamstw i oszustw. Kto przeprosi tych, którzy głosowali na PiS kierowani histerią rozpętaną wokół tej katastrofy przez kapłanów smoleńskiej religii. Kto przeprosi tych Polaków, którym odmawiano patriotyzmu, pomawiano o agenturalną działalność tylko dlatego, że nie dawali wiary bredniom Macierewicza i jego fachowców od puszek po piwie i serdelkach. Kto wreszcie przeprosi członków Komisji Millera za hektolitry pomyj, jakie na nich wylała pisowska propaganda po to tylko, aby nie dyskutować o faktach. Kto przeprosi Polaków za gorszący spektakl międzynarodowy, za miliony złotych wyrzuconych w błoto.

Jest za co przepraszać! I jest osoba, która to powinna uczynić, od której należy tego żądać! To Jarosław Kaczyński. Powinien publicznie przeprosić, pokajać się i na zawsze zniknąć z polskiej sceny politycznej. A prokuratura Ziobry niech nie ukrywa tego raportu. Niech da wreszcie Kaczyńskiemu szansę na dojście do prawdy. Na dojście i na odejście. Zło bowiem jakie wyrządził Polsce z uporem wręcz szaleńczym przekonując ludzi do tezy o zamachu ma wymiar historyczny,  jest przeogromne.

Ale to nie jedyny dobry dla Polski znak pierwszego dnia wiosny. Rząd cały z Morawieckim na czele od miesięcy grzmiał o Białej Księdze w sprawie stanu demokracji i wymiaru sprawiedliwości w Polsce, która rzucić miała na kolana całą Brukselę i okolice. Główna linia pisowskiego ataku na Komisję Europejską zasadzała się na ilustrowaniu, że „w innych europejskich krajach jest podobnie, więc czego się czepiacie”. PiS rzeczywiście kieruje się zasadą, że „komu Bóg dał władzę, temu dał i rozum” i myślało, że z międzynarodowej opinii publicznej będzie mógł robić wariata podobnie jak z częścią polskiego społeczeństwa. Już u podstaw tej zasady tkwił przecież podstawowy błąd: rozwiązania w Polsce powinny być zgodne z polską Konstytucją, a nie z konstytucjami Hiszpanii, Niemiec, Holandii czy jakiegokolwiek innego państwa. Ale co tam Konstytucja! To przecież dla Nowogrodzkiej tylko świstek papieru! Białą Księgę wysłano i o dziwo, została ona uważnie przeczytana. I właśnie dzisiaj ministrowie spraw zagranicznych państw, będących wzorem dla PiS, zdystansowali się (żeby użyć dyplomatycznego określenia) od dzieła Czaputowicza, Ziobry i Morawieckiego. Bezlitośnie wskazali na nieprawdy i uproszczenia zawarte w tym dziele zbiorowym. Rząd PiS udaje, że pada deszcz i ogłasza, że będzie odpowiadał na każde pismo Komisji Europejskiej i że jest gotowy do dalszych wyjaśnień. Co tu jednak wyjaśniać? Za ten niebywały skandal, za ośmieszanie Polski na świecie przez ekipę Kaczyńskiego Narodowi też należą się przeprosiny. Szczere, z należytą pokutą włącznie.

 

PiS to nie PRL

Ostatnimi czasy, na kanwie niebywałych poczynań pisowskiej grupy trzymającej władzę, często daje się słyszeć (czytać) slogan: „Wracamy do PRL”. Nawet naczelny Newsweeka, Tomasz Lis, którego cenię za wiele odważnych analiz i diagnoz  zdaje się lubować w takiej paraleli. Od tego formatu publicystów oczekiwać należy jednak głębszej refleksji  a przede wszystkim uczciwości. PiS nie zawraca Polski do PRL-u. Polska Ludowa to przede wszystkim nowe, lepsze granice Polski, to cywilizacyjny i gospodarczy gigantyczny skok naszego kraju, to dźwiganie kraju z wojennej hekatomby, to społeczny i kulturowy awans milionów, to złote czasy dla polskiej kultury, to bezpieczeństwo socjalne, to również bezpieczeństwo międzynarodowe. Polska Ludowa to tysiące nowych zakładów pracy (kilkanaście przedwojennych Centralnych Ośrodków Przemysłowych), to tysiące szkół, przedszkoli, rewolucja na polskiej wsi, to rozwój uczelni wyższych i polskiej nauki itd. itp. Młode pokolenia z natury rzeczy obojętne są na minione dzieje, ale uczciwi publicyści, kształtujący postawy ludzi, którzy chcą się uważać za myślących, uciekać powinni od taniego populizmu, od szkodliwych uproszczeń.

Stwierdzenie „Wracamy do PRL”, które w założeniu ma być pejoratywne, jest szkodliwe, gdyż wymierzone w życiorysy milionów Polaków, którzy Polskę Ludową uznali za SWOJE państwo, którzy temu państwu poświęcali swój czas, swoja pracę, którzy je w znoju uczciwie budowali.

Oczywiście miała Polska Ludowa i ciemne karty, wielokrotnie już publicznie pokazywane i piętnowane, karty, których nie usprawiedliwiają ani szczytne, humanistyczne ideały socjalizmu, ani szczególne, ukształtowane przez wojenne okrucieństwo normy społeczne. Ale po pierwsze Polska Ludowa za te ciemne karty  zapłaciła cenę historyczną dekapitacją. Po drugie jednak, to nie te ciemne karty były bezpośrednia przyczyną upadku PRL. Tą przyczyną, czy też właściwie pra-przyczyną był brak zdolności PZPR, czy też ogólniej systemu, w którym działała partia, do odważnych reform gospodarczych i społecznych zgodnych z rosnącymi oczekiwaniami  i aspiracjami społeczeństwa. Jednakże nawet wówczas, świadoma wyczerpania się jej możliwości kreowania dalszego rozwoju kraju potrafiła Polska Ludowa stworzyć podwaliny pod nową, lepszą przyszłość. To Polska Ludowa (Jaruzelski, Rakowski, Kiszczak) wydobyli z apatii, pogrążoną w rezygnacji „Solidarność”, posadzili ją wręcz – jako jedynego możliwego wówczas partnera społecznego dialogu – przy Okrągłym Stole tworząc tym samym podstawy dla nowej, demokratycznej w rozumieniu euro-atlantyckim, opartej na jasnym trójpodziale władzy Polski.

Ów przełom możliwy był nie tylko dzięki „Solidarności” i Mieczysławowi Rakowskiemu. On był możliwy również dzięki szerokiej i bardzo dogłębnej dyskusji, jaka przez całe lata osiemdziesiąte toczyła się wśród setek tysięcy członków Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Dyskusji nie tylko na statutowych zebraniach, ale również w gronach wielu pozastatutowych partyjnych,tzw. porozumień poziomych czy też na otwartych, często bardzo gorących, zebraniach partyjnych. Gdy dzisiaj próbuję porównać intensywność i jakość wewnątrzpartyjnych dyskusji obecnych ugrupowań politycznych z tymi, które w latach osiemdziesiątych toczyły się wewnątrz PZPR,  to tak, jakby kałużę chcieć przyrównać do wielkiego jeziora. To również dzięki temu niespotykanemu intelektualnemu ożywieniu możliwe były zmiany w 1989r. Ale o tym nie chce się wiedzieć, o tym nie chce się pisać. Lepiej, wygodniej, wszystko zamalować jednolitą, czarną farbą i krzyczeć: „Wracamy do PRL!” Nie wracamy.

PiS nie wraca Polski do czasów Polski Ludowej. PiS wprowadza autorytaryzm w państwie rozwiniętym, prawie kwitnącym, a z pewnością z gospodarką w  dobrym stanie z jasnymi perspektywami rozwoju, w państwie z ugruntowaną, mocną pozycją na scenie międzynarodowej oraz z całym worem grzechów zaniedbania poprzedników. PiS nigdy nie będzie się kojarzył (chociaż propagandowo bardzo chce) z gospodarczym rozwojem, z postępem. PiS przejął władzę dzięki Platformie i środowiskom z nią związanym, które użyły całego dostępnego im instrumentarium medialnego aby zminimalizować wyborczy efekt Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Udało się z nawiązką, żadna lewicowa partia do Sejmu nie weszła, a przez to PiS zdobył niewielką arytmetyczną większość, którą eksploatuje bez żadnych skrupułów.

PiS nawiązuje w swojej retoryce i w swojej praktyce społecznej i politycznej do  rozwiązań właściwych ustrojom autorytarnym. W pierwszym rzędzie PiS niszczy trójpodział władzy (którego wprowadzanie rozpoczęło się w Polsce jeszcze przed Okrągłym Stołem – Trybunał Konstytucyjny), co „po wsze czasy” zapewnić ma trwałość pisowskich rządów. Sprowadza Konstytucję RP do „takiej książeczki”. Konsekwentnie podejmuje też próbę – w zupełnie innych niż PZPR uwarunkowaniach geopolitycznych, społecznych i gospodarczych – reaktywowania modelu: naród z partią – partia z narodem. O ile jednak w Polsce Ludowej znalazło się miejsce dla wybitnego warszawskiego powstańca, żołnierza AK, Rajmunda Kaczyńskiego o tyle jego syn stawia sobie za cel oczyszczenie narodu ze „zdrajców” i „kanalii”. Podziały na gorszy i lepszy sort społeczeństwa nie zaczęły się jednak od Jarosława Kaczyńskiego. One zaczął się w 1989 r, kiedy to wyborczy triumfalizm „Solidarności” kazał napiętnować, uznać za gorszy sort Polaków  wszystkich tych, nie ważne: członków PZPR czy bezpartyjnych, którzy z zaangażowaniem, z patriotycznych pobudek budowali w taki czy inny sposób Polskę Ludową. Pospiesznie zdemontowano Okrągły Stół, który miał szansę być historyczną podstawą dla narodowej umowy społecznej – fundamentu nowej, demokratycznej Polski. A potem już „poszło”: rozwinęła się osobliwa praktyka budowy państwa przez mnożenie społecznych podziałów. Obecny PiS jest tylko mistrzowskim kontynuatorem wcześniejszych politycznych i społecznych mainstreemów. Do perfekcyjnie opanowanej technologii dzielenia społeczeństwa na swoich – prawdziwych patriotów i tych innych – zdrajców, dorzucił dobrze znaną ze światowej praktyki polityki społecznej metodę zastraszania, metodę najpierw kreowania zagrożeń, a później wmawiania, że tylko PiS jest w stanie „zwykłych ludzi” przed tymi zagrożeniami ochronić.  PiS wreszcie twórczo skorzystał ze zdobyczy cywilizacyjnych, przede wszystkim z Internetu skutecznie zaprzęgając to narzędzie do szerzenia postprawdy, faktów równoległych, czy pospolitych fake-newsów.

PiS usiłuje maksymalnie zwiększyć efektywność oddziaływania partii w każdej płaszczyźnie, poczynając od wymiaru sprawiedliwości, oświaty i mediów. Ale PiS to nie PZPR. Partyjne państwo PiS może być tylko karykaturą Polski Ludowej. Działaniami PZPR kierowała wizja państwa socjalistycznego, państwa pozbawionego społecznych, klasowych i ekonomicznych nierówności, państwa społecznej sprawiedliwości. PiS takiej wizji nie ma. PiS odwołuje się do ludzi, którzy – często nie ze swojej winy – zostali przez transformację ustrojową w 1989r. poszkodowani i zostali zapomniani, uznani przez solidarnościowych liderów tej transformacji za „nieuniknione koszty społeczne”. Ale PiS odwołuje się również do bardzo szerokiego grona frustratów i zwykłych zazdrośników. Do nieudaczników, którzy przyczyny swoich życiowych niepowodzeń nie doszukują się w sobie, lecz u innych, najlepiej u tych co „kradną”. Do nieudaczników, którzy nie potrafią poruszać się po nowym, otwartym świecie, którzy nie znają obcych języków, nie znają, nie rozumieją i nie chcą rozumieć innych, którzy przejawiają atawistyczny lęk przed „obcymi”.

Zamiast więc straszyć PRL-em warto okresowi Polski Ludowej poświęcić więcej obiektywnej uwagi starannie odsiewając ziarno od plew. Przestrzegać natomiast należy, a dzisiaj już bić na alarm przed budową pisowskiego państwa autorytarnego, od którego już kroczek do dyktatury. Dyktatury, której symbolem stał się poseł Jarosław Kaczyński, nie ponoszący żadnej prawnej odpowiedzialności za stan państwa a faktycznie państwem kierujący, który bezceremonialnie wchodzi na sejmową mównicę rozpoczynając swoje (haniebne nota bene) wystąpienie od stwierdzenia: „Ja bez żadnego trybu.” Za zgodą pisowskiego marszałka i przy aplauzie sejmowej większości. To jest już dyktatura.

Reasumując: o ile Polska Ludowa istniała w imię czegoś, dla spełnienia szlachetnych, prastarych, ogólnoludzkich ideałów, o ile Polska Ludowa budowała i tworzyła nowe państwo i nowe społeczeństwo, to PiS państwo polskie rujnuje. Rujnuje podstawy polskiej państwowości, rujnuje porządek prawny, i to nie w imię jakiejś nowej, lepszej przyszłości gdyż nie ma swojego „świetlistego szlaku”, ale dla prymitywnego odwetu, w imię leczenia frustracji swoich przywódców i otaczających ich nieudaczników, w imię władzy dla władzy. To nowa jakość, która jest logiczną konsekwencją zaprzepaszczenia historycznej szansy Okrągłego Stołu. Nieszczęście Polski i Polaków polega na tym, że tak jak „Solidarność”, jak Platforma Obywatelska puszystym dywanem wysłały drogę do władzy PiS, tak PiS otworzy drogę do władzy ugrupowaniom jeszcze bardziej radykalnym, jeszcze bardziej nacjonalistycznym. Chyba, że Polacy zmądrzeją. I to będzie cud nad cudy.

Nasze pieniądze na ulicy

Zdarzyło się otóż, że w poniedziałek i wtorek bawiłem w stolicy. Zupełnie przypadkowo trafiłem na inaugurację nowego, warszawskiego dwutygodnika „Warszawski Wieczór”. Ładny – prawda? Pismo wydane na półkredowym papierze, z doskonałymi technicznie fotografiami. Polityczna proweniencja jednoznaczna: kolejne pismo grupy trzymającej w Polsce władzę. Głównymi bohaterami numeru są ministrowie Jaki i Morawiecki (niemal na co drugiej stronie) a  tytuły artykułów mówią same za siebie.

Inauguracja była dosyć osobliwa. Na ławkach wokół Pałacu Kultury i Nauki leżały otóż dosłownie sterty nowiutkich egzemplarzy numeru 01/2017 czasopisma rozwiewanych przez  wiatr. Widok żałosny. Najprawdopodobniej wobec nikłego zainteresowania kolporterzy ułatwili sobie pracę skutecznie zaśmiecając centrum stolicy. Nachalna, przebogata propaganda PiS zaczyna się dławić nadmiarem pieniędzy. To już nie jest przejedzenie, to objawy niestrawności.

I niech by sobie PiS wydawał co chce, ale za własne, uczciwie zebrane pieniądze. Tymczasem już z samej okładki widać, że głównymi sponsorami pisma są znane spółki Skarbu Państwa: PKP i Poczta Polska. W środku również ogłoszenia, a jakże:  Wytwórni Papierów Wartościowych, PZU, LOTOS-u i innych. Szeroki strumień naszych pieniędzy wypłynął na warszawski bruk.

Ileż to było zaklęć, że dosyć już dojenia spółek skarbu państwa przez partie polityczne, że dobra zmiana wszystko uleczy i naprawi. Właśnie naprawia – kosztem wszystkich klientów kolei, poczty, stacji benzynowych. Patrzcie i podziwiajcie.

 

Uzda na samorząd terytorialny

Zupełnie bez echa przeszła przez media nowelizacja ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych. A szkoda – gdyż w całym tym procesie legislacyjnym, jak w soczewce, ogniskuje się polska rzeczywistość polityczna.

Zacząć należy od tego, że dyscyplinie finansowej samorządów terytorialnych od dawna należała się uwaga, przede wszystkim Parlamentu. Parlamentu, gdyż ustrojowe kwestie samorządowe pomieszczone są w Konstytucji RP zaraz po regulacjach dotyczących Sejmu i Senatu a daleko przed Premierem i  Radą Ministrów. Wysoka ranga ustrojowa, jaką samorządom nadała konstytucja to jedno, a nieprawidłowości samorządowych finansach – drugie.  Słabościami samorządowych finansów to nierzadkie przypadki kreatywnej księgowości, zmierzającej do ukrycia rzeczywistego poziomu zadłużenia. Często iluzoryczna jest kontrola egzekutywy (zarządu jednostki) przez organ przedstawicielski. Skutecznie udało się też lobby samorządowemu zlikwidować resztki niezależności wewnętrznego audytora większych samorządów.

To, że Sejm i Senat nie bardzo kwapiły się do dogłębnego zajęcia się problemami efektywności nadzoru rio nad samorządowymi finansami, obciąża moim zdaniem przede wszystkim sejmową Komisję Kontroli Państwowej. To ta komisja, która z ramienia Sejmu czuwać powinna nad prawidłowy funkcjonowaniem SYSTEMU kontroli w państwie w pierwszej kolejności zająć się tym problemem i formułować stosowne wnioski legislacyjne. Wyszło jak wszystko, czego nowa władza się dotknęła: zmiany były konieczne, ale konieczność tych zmian wykorzystano do celów politycznych, głównie do nałożenia na samorządy pisowskiej uzdy rozmijając się z problemami zasadniczymi i w sumie psując system kontroli władzy publicznej w Polsce.

Uchwalona przez Sejm ustawa o zmianie ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych jest rewolucyjna  nie tylko z punktu widzenia systemu kontroli w państwie, ale również, a może przede wszystkim, dla relacji rząd – samorząd terytorialny. Nie wchodząc w szczegóły najważniejsze zmiany są następujące.

  1. Ustawa czyni z rio, ustawowego organu kontroli państwowej, instytucję de facto rządową. Poprzez rio rząd (minister administracji) sprawować będzie bieżący nadzór nad działalnością samorządów. To czyni tę nowelę największą zmianą ustrojową w zakresie władzy publicznej od 2015r.
  2. rio uzyskały nowe kompetencje kontrolne (ocena według kryterium gospodarności), większe nawet niż NIK (ocena według kryterium celowości). Powiększono również zakres podmiotowy kontroli rio.
  3. Ustawa stwarza możliwości powoływania tzw. „zespołów zamiejscowych rio”, a skoro taką możliwość przewidziano, to z pewnością delegatury rio „w terenie” powstaną.
  4. Przyznano możliwość przeprowadzania kontroli doraźnych „jeżeli zajdzie taka potrzeba”.
  5. Ciekawie brzmi nowy przepis art. 9 ustawy : „6. W przypadku niezawiadomienia izby o wykonaniu wniosków lub nieprzedstawienia uzasadnionych przyczyn ich niewykonania w terminie, o którym mowa w ust. 3, prezes izby może zawiadomić właściwy organ sprawujący nadzór nad kontrolowaną jednostką.” Takiego uprawnienia nie ma nawet Najwyższa Izba Kontroli. W ten sposób RIO wyręcza administrację wojewody w obowiązkach nadzorczych wobec samorządów. Określenie „może zawiadomić” – bez komentarza.
  6. Skasowano kolegialny tryb wyłaniania prezesa rio. Prezesa, oraz członków kolegium izb powoływać będzie Premier na wniosek ministra właściwego do spraw administracji publicznej.
  7. Kadencja urzędujących prezesów, ich zastępców i członków kolegiów ustaje z chwilą wejścia w życie noweli ustawy.

To w zarysie tylko najważniejsze zmiany. Ciekawy był sam proces legislacyjny. Projekt rządowy uzgodniono na Komisji Wspólnej Rządu i Samorządów, ale najważniejsze zmiany wprowadzono w Sejmie jako inicjatywy poselskie. Wołania samorządowców o konieczności powrotu do uzgodnień wobec tak poważnych zmian pozostały „na puszczy”. Mówiąc krótko: zrobiono samorządy w konia.

Jedyną pozytywną, entuzjastyczną wręcz opinię wystawił Narodowy Instytut Samorządu Terytorialnego. Instytut ten utworzony został przez Platformę Obywatelską we wrześniu 2015r (na minutę przed wyborami), ale pierwszego prezesa Instytutu powołał już Minister Błaszczak w lutym 2016r. Bardzo ciekawie zapowiada się więc współpraca pomiędzy INST a samorządami. Póki co Instytut potwierdził swoją rolę „pisowskiej pały na samorządy”.

W całym procesie legislacyjnym nie uczestniczyła Najwyższa Izba Kontroli, chociaż nowela poważnie zmienia system kontroli państwowej, a NIK jest „naczelnym organem” tej kontroli. Nowe kompetencje RIO muszą doprowadzić do pomniejszenia znaczenia NIK w obszarze samorządowym. Bierność NIK w tej sytuacji jest dla mnie zastanawiająca. Być może też ćwiczenia z ustawą o rio były prologiem do podobnych działań wobec NIK.

Nowela nie stwarza warunków do usunięcia największego mankamentu działania regionalnych izb obrachunkowych, a mianowicie do ujednolicania orzecznictwa izb. 16 izb, z których każda odmiennie interpretować może przepisy i nowe kryteria kontroli – chaos się pogłębi. Mało tego. Nieunikniony jest konflikt pomiędzy NIK a każdą z RIO, która we własnym zakresie definiować będzie „kryterium gospodarności”.

I wreszcie na koniec. Skoro intencją ustawy było umocnienie dyscypliny finansów publicznych, to kompetencje nadzorcze nad RIO należało wyjąć z ministerstwa administracji i powierzyć je ministrowi finansów. Wówczas szanse na ujednolicenie kryteriów kontroli byłyby większe. Należało również powrócić do rozwiązań czyniących wewnętrznych audytorów samorządów niezależnymi od prezydentów miast. Ale widocznie nie o to chodziło.

Nowela ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych wpisuje się w ciąg działań przygotowujących PiS do pełnego opanowania samorządów. Jeżeli nie zdobycia władzy samorządowej to  otoczenia niepisowskich samorządów  pisowskim nadzorem. Teczki z kandydatami na prezesów, ich zastępców i członków kolegiów leżą już pewnie na biurku ministra Błaszczaka.

 

Bohater Jarosław Kaczyński

 

Bohaterem wszystkich mediów, zbawca Polski,  stał się ostatnio Jarosław Kaczyński – mąż stanu, dobry ojczulek. Dlaczego? Ano dzięki temu, że zapowiedział, że skandaliczna skąd inąd ustawa znosząca ograniczenia w wycince drzew na działce prywatnej, po dwóch miesiącach funkcjonowania,  „będzie zmieniona”. Naczelniczek państwa zdecydował i wszyscy odetchnęli z ulgą. Jarosław Polskę zbaw!

Ustawa forsowana przez luminarzy PiS z żarliwością niespotykaną nieodparcie nasuwa skojarzenia z aferą paliwową z 1989r, kiedy to podwyższono ceny benzyny, ale nowe stawki akcyzowe miały wejść z opóźnieniem. Kto wiedział, ten ustawiał kilometry cystern na naszej granicy celnej, tak, aby z wybiciem 24:00 mogły one ją przekroczyć przynosząc „tym, którzy wiedzieli” kokosowe zyski.

Z ustawą Szyszki może być podobnie. Wszak machina lobbingu, który tak zaniepokoił naczelniczka, na ogół smarowana jest forsą. Kto miał interes w wycięciu drzew, aby móc bez problemów przekwalifikować grunty na inwestycyjne – ten albo już to zrobił, albo właśnie to robi. Drzewne dożynki po apowiedzi Kaczyńskiego trwają w najlepsze. Ustawa – dzięki opatrznościowemu naczelniczkowi państwa zostanie pewnie zmieniona, ale co miało się stać – to już się stało i to w majestacie prawa. Nawet narodowy bohater Jarosław Kaczyński nie jest w stanie sprawić, aby ścięte 200-letnie drzewa powróciły na swoje miejsce.

„Odważni” opozycjoniści domagają się dymisji Ministra Środowiska. Ale tak naprawdę do dymisji powinien podać się sam Kaczyński i cała jego partia. I to bynajmniej nie dlatego, że wszyscy jak jeden mąż (z J. Kaczyńskim na czele) głosowali pamiętnej nocy za tą ustawą, a teraz niektórym się nie podoba z racji podejrzenia o lobbing. Rzeczywiście PiS skompromitował się, zdemaskował swoją pogardę dla stanowionego przez siebie prawa, pogardę dla wszystkich, którzy myślą inaczej. PiS okazał się „przyjazny” dla rozwiązań śmierdzących prywatnym interesem. To wszystko prawda, ale powód dla  wycofania się Kaczyńskiego jest dużo poważniejszy.

PiS doszedł do władzy eksponując potrzebę przeprowadzenia wielu zmian systemowych. I słusznie – kamieni kupę należy zmienić w kwitnący ogród. Tragedia Polski polega jednak na tym, że słuszne, konieczne reformy okazują się tylko zasłoną dymną dla rzeczywistych celów PiS, którymi jest przebudowa na swoją (watykańską?) modłę polskiego społeczeństwa, polskiego państwa, a jak się da to i Europy całej. Populistyczne hasła są, jak to w przypadku katastrofy smoleńskiej przyznał w rozmowie z jednym z generałów  sam Nadnaczelnik państwa – „tylko narzędziem politycznym”.

U podstaw programu PiS leżała słuszna teza o konieczności zwiększenia roli państwa, w tym przede wszystkim w gospodarce. PiS wykreował siebie na pogromcę doktryn i praktyk neoliberalnych. I nagle i niespodziewanie z ust Ministra Środowiska, wicepremiera Gowina i właściwie każdego, PiS-owca, który publicznie wypowiada się w sprawie ustawy Szyszki słyszymy jedno: „To w imię ochrony świętej własności prywatnej. Właściciel działki może z nią robić to, co mu się żywnie podoba!”.

Ustawą Szyszki, jej obroną, PiS doszczętnie skompromitował fundamenty swojej „reformatorskiej” misji. Minister środowiska udaje, że nie rozumie, że drzewa są częścią ogromnego ekosystemu, który w głębokim poważaniu ma granice działek geodezyjnych, nie rozumie, że niszcząc drzewostan na konkretnej działce czyni się szkodę wszystkim dookoła: ludziom, zwierzętom, roślinom. Zamiast więc, będąc wiernym swoim hasłom uspołecznienia gospodarki, podkreślać współodpowiedzialność właścicieli gruntów za dobro ogólne – PiS serwuje przed kamerami i mikrofonami najbardziej skrajne liberalne argumenty: o świętości własności prywatnej.

Należy więc spodziewać się dalszych, świetlanych akcji PiS w imię obrony tej świętości. Przepisy uniemożliwiające inwestycje uciążliwe dla sąsiadów: – do kosza! Zakaz zanieczyszczania wód gruntowych – won! Zakaz zasypywania na prywatnej działce rowów systemu melioracyjnego  – na śmietnik! Itd.,itp.

PiS musi odejść w niesławie nie tylko dlatego, że ustawą Szyszki obnażył swoje prawdziwe oblicze. Największą społeczną szkodą jest rujnowanie przez PiS nadziei milionów Polaków na jakiekolwiek poważne reformy w naszym kraju. A to sprawi, że następcom PiS – a tacy przecież będą – niepomiernie trudniej uzyskiwać będzie społeczne zrozumienie, zaufanie i wsparcie dla niezbędnych społecznych i gospodarczych reform.

Oczywiście będzie PiS mógł przez czas jakiś epatować „ciemny lud” – czyli swoich wyborców – angażowaniem NATO w udowodnienie hipotezy profesorów od parówek,  odbieraniem emerytur jednym by dać drugim, zwalnianiem części nauczycieli by – jako „dobry ojczulek” – podnieść pensję tym, którzy po reformie szkolnictwa zostaną. A wierni nowej władzy na bruk nie pójdą – to pewne.

Ale afera z ustawą Szyszki pokazuje jak wewnętrznie rozbity jest PiS w sprawach zasadniczych. Pokazuje, że cała ta reformatorska retoryka warta jest kupę… kamieni ich poprzedników.

Kryzys demokracji

 

The Economist opublikował właśnie swoją, dziewiątą już z rzędu, analizę stanu demokracji na świecie. „The Economist Intelligence Unit’s Democracy Index 2016” (dalej:DI) *) opatrzono charakterystycznym podtytułem: „Rewanż „żałosnych”” (W naszej, polskiej publicystyce bardziej adekwatnym tytułem byłby chyba: „Rewanż odrzuconych”). I ten podtytuł właśnie jest najlepszym skwitowaniem procesów demokratycznych na świecie w roku minionym.

Ogólna ocena tych procesów, w świetle badań The Economist jest znamienna. Zdaniem badaczy rok 2016 był rokiem rewolty przeciwko politycznym elitom, które okazały się dalekie od problemów zwykłych ludzi i nie reprezentują ich interesów. Zapowiedź rewolty pokazała się już w wcześniejszych badaniach The Economist. Autorzy DI 2016 zauważają, że rosnący rozziew pomiędzy elitami i społeczeństwem dotknął społeczeństwa o bardzo dużym demokratycznym doświadczeniu. Wskazuje się, że zarówno wyniki głosowania w Wielkiej Brytanii w sprawie Brexitu jak i wybór Trumpa prezydentem USA były szokiem dla całego świata, ale wynikały z powszechnego, głębokiego niezadowolenia ze status quo i z pragnienia zmian.

Analizując świat The Economist pochyla się też nad krajami Europy środkowo-wschodniej. Pisze: „W Europie wschodniej jest klimat dla głębokiego, powszechnego niezadowolenia z demokracji i dawny blok komunistyczny odnotował najbardziej dramatyczną regresję w każdym obszarze w okresie całego dziesięciolecia, w którym badamy Wskaźnik Demokracji”.

W obszernej analizie ogólnej ważka jest też konstatacja The Economist, że niektórzy politycy, zamiast usiłować zrozumieć istotę przypadków powszechnego, gwałtownego sprzeciwu wobec politycznemu establishmentowi, usiłują podważać legalność Brexitu czy wyboru Trumpa ośmieszając wartości tych, którzy za Brexitem czy Trumpem głosowali. W tych negatywnych interpretacjach nowych zjawisk politycznych The Economist nie dostrzega niczego pozytywnego dla zwiększania politycznego zaangażowania i partycypacji obywateli w przyszłości.

Według DI prawie połowa światowej populacji żyła w 2016r. w jakiejś formie ustroju demokratycznego. Jednakże tylko 4,5% w „pełnej” demokracji, co było wyraźnym spadkiem w stosunku do poprzedniego roku (8,9%) spowodowanym sytuacja w USA. Ponad 1/3  światowej populacji  żyje w ustrojach dyktatorskich, przy czym główny w tym udział mają Chiny.

76 ze 167 badanych państw można według autorów DI uznać za państwa demokratyczne. Grupa 20 państw o „pełnej demokracji” została uszczuplona o Stany Zjednoczone, które ostatecznie zakwalifikowano do grupy państw z demokracją pełną wad.

Jak na tym tle wypadła Polska? Niestety, nie wchodzimy do elity 19 państw o pełnej demokracji, zajmując zaszczytne 52. miejsce w rankingu DI. Analiza wskaźników szczegółowych w 5 obszarach (proces wyborczy i pluralizm, funkcjonowanie rządu, polityczna partycypacja obywateli, kultura polityczna, wolności obywatelskie) jest bardzo ciekawa ale i czasochłonna. Skupiając się na wskaźniku ogólnym stwierdzić należy, że spośród państw europejskich wyprzedziliśmy tylko Mołdawię, Serbię, Chorwację i Węgry. Spośród nieeuropejskich krajów bardziej demokratycznymi od nas są między innymi: Filipiny, Indonezja Trinidad i Tobago, Południowa Afryka i wiele innych.

****************

Rok 2016 był rokiem porażki demokracji liberalnej. Obecny rok może kontynuować ten proces – z najwyższą uwagą śledzić trzeba wyniki wyborów we Francji i w Niemczech. Ale nade wszystko z tych wydarzeń wyciągać należy rzetelne wnioski – przede wszystkim przez tych, którym idee demokratyczne są bliskie. Największe niebezpieczeństwo jakie ukazał rok 2016 to realność uwiedzenia szerokich mas społecznych przez skrajnych, cynicznych populistów, którzy z jednej strony obiecują wszystko, a z drugiej siłą rozprawiają się z inaczej myślącymi. Znamiennym przykładem jest tutaj Polska, gdzie szczególnie mocno sprzęgły się idee populistyczne z nacjonalistycznymi. Z zachowań i wypowiedzi przedstawicieli obecnych elit tryska nienawiść i pogarda do wszystkiego, co nie PiS-owskie. I w ten sposób, w tempie przyspieszonym powstaje w Polsce nowa klasa „żałosnych” czy też odrzuconych. Jako antidotum na demokrację liberalną proponuje się Polakom demokrację nacjonalistyczną (narodową). Już sama nazwa, w kontekście historycznych doświadczeń Europy, mrozi krew w żyłach. Populizm i nacjonalizm używane jako narzędzia polityczne prowadzić muszą prędzej czy później do nagromadzenia się nowych pokładów niezadowolenia społecznego, wynikającego choćby z braku realizacji obiecanek. Klasa panująca zaś, odporna na argumenty myślących inaczej niż ona, będzie musiała wskazać jakiejś ujście dla negatywnej energia tego niezadowolenia: albo zewnętrzne (wojna) albo wewnętrzne (wojna domowa), albo jedno i drugie.

Dlatego uważam, że usilnie pracować należy nad opcją DEMOKRACJI OBYWATELSKIEJ. Idea demokracji obywatelskiej spajać powinna wszystkie siły polityczne dostrzegające grozę wykorzystywania populizmu i nacjonalizmu oraz wybranych selektywnie narzędzi systemu demokratycznego do  utrzymania władzy przez jedną partię. Dzisiaj każdy dzień przynosi informację o manipulacjach władzy przy okręgach wyborczych, o zastraszaniu całych grup społecznych a nawet prześladowaniach osób uznanych przez tą władzę za wrogów. Casus pułkownika Mazguły ściganego za to, że publicznie wystąpił przeciwko skandalicznym ustawom w wojskowym berecie jest tyleż śmieszny co straszny.

Polska lewica, a w niej SLD, w żadnej mierze nie powinna stać w tej sytuacji „z bronią u nogi”, lecz być aktywnym orędownikiem obywatelskiej demokracji.


*) http://www.eiu.com/public/thankyou_download.aspx?activity=download&campaignid=DemocracyIndex2016

Rzeźnia Polska(i)

Wielu czołowych polityków PiS sprawia wrażenie jakby miała jakieś szczególne uprzedzenie do Donalda Tuska, noszące częsta znamiona alergii na samą postać i nazwisko. Przypomnieć można  choćby dziadka w Wermachcie, uściski z Putinem, a tak w ogóle, to całe polskie zło – zdaniem PiS to przysłowiowa już „wina Tuska”.

Daleki jestem jednak o uznania, że ta kampania ma jakieś podłoże czysto personalne. PiS jest sprytny, przebiegły, często podły w swoich zachowaniach, ale nie można mu odmówić inteligencji. A średnio inteligentny polityk nigdy nie przedłoży personalnych animozji nad cele swojego ugrupowania. Bezpardonowe, konsekwentne atakowanie Tuska uznać więc należy jako element taktyki niszczenia Platformy Obywatelskiej – politycznego przeciwnika PiS. Tusk był nie tylko „głową” PO, ale i zwornikiem dla różnych wewnętrznych frakcji tego ugrupowania. Znaczenie Tuska dla PO uwidoczniło się wyraźnie po jego odejściu do Brukseli – PO utonęła w wewnętrznych sporach, z których do dzisiaj nie potrafiła się wykaraskać.

Uważni obserwatorzy polskiej sceny politycznej zwrócili uwagę na pewne oznaki ocieplenia relacji Kaczyński – Tusk zaraz po wyborach parlamentarnych. Ze strony Kaczyńskiego płynęły wówczas opinie – w kontekście ewentualnej reelekcji Tuska na kolejną kadencję Przewodniczącego Rady Europejskiej – że PiS wspierać będzie wszystkich Polaków na wysokich unijnych stanowiskach. Od niedawna sytuacja zmieniła się radykalnie. Kaczyński najpierw zapowiedział, że rząd Polski nie będzie popierał kandydatury Tuska, a kilka dni temu ogłosił wręcz, że ponowny wybór Donalda Tuska na stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej jest sprzeczny z polską racją stanu!

Nigdy dotąd żaden lider rządzącej partii w jakimkolwiek państwie europejskim nie posunął się do tak kuriozalnej deklaracji pod adresem swojego przedstawiciela we władzach Unii, a tym bardziej piastującego najwyższe w Unii stanowisko. Pomijając kwestię legitymacji przewodniczącego partii, którą w wyborach poparło niespełna 20% wyborców, do określania co jest, a co nie jest polską racją stanu, uważam, że działalność Kaczyńskiego jest w tym przypadku szczególnie szkodliwa. Podważa ona autorytet i wizerunek naszego kraju na zewnątrz, wzmagając stawiane od jakiegoś już czasu znaki zapytania nad naszą międzynarodową wiarygodnością i przewidywalnością. W interesie Polski powinno być właśnie wspieranie Tuska nie tylko przez polski rząd, ale i przez polski parlament i partie polityczne. Nie chodzi tu o to, że polski Przewodniczący mógłby coś dla Polski „załatwić”, jak prymitywnie wielu oczekuje, ale o to, że piastowanie tej funkcji przydaje państwu i krajowi międzynarodowego autorytetu. To poparcie należy się Tuskowi tym bardziej, że swoje obowiązki przewodniczącego RE w okresie dla Unii bardzo trudnym, wypełnia całkiem dobrze – w interesie Unii, a tym samym w interesie Polski.

O co więc chodzi?

Jestem przekonany, a niedaleka przyszłość zweryfikuje moje zdanie, że za tak drastyczną opinią Kaczyńskiego nie stoją względy personalne ani też zamiar dalszego osłabiania Platformy (jej nawet Tusk już nie pomoże). Przyczyny są głębsze. PiS nigdy nie skrywał swego krytycyzmu względem obecnej Unii. Urzędnik unijny był tolerowany, gdy sypał groszem, a piętnowany jako „unijny biurokrata”, gdy chciał sprawdzić, czy ten grosz wydawany jest zgodnie z celami i zasadami Unii. Ale to był argument na pokaz, dla „ciemnego ludu”. Kaczyński ma w zamiarze przeprowadzenie głębokiej reformy Unii (jakby kabaretowo to nie zabrzmiało zapowiedział już przygotowywanie nowego unijnego traktatu) w kierunku luźnej federacji państw narodowych, z faktyczną polityczną stolicą nie w Brukseli a w Watykanie. Tylko osoba Polaka – Przewodniczącego Rady Europejskiej stoi na przeszkodzie, aby niszcząca Unię Europejską kampania PiS nabrała rozmachu i rozpędu tak w kraju jak i za granicą.  To już jest groźne nie tylko dla Polski, ale i dla Europy.

Właściwie mógłbym na tym zakończyć, ale trudno jest mi oprzeć się uczuciu z gatunku schadenfreude. Było otóż tak, że gdy dobiegała końca moja kadencja członka Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, naiwnie zrodziła się we mnie myśl, że premierowi polskiego rządu, który niegdyś rekomendował Radzie Europejskiej moją osobę na pierwszego polskiego członka Trybunału, winien jestem jakiś rodzaj sprawozdania, relacji z tej pionierskiej bądź co bądź misji. Poprosiłem więc o spotkanie z urzędującym premierem Donaldem Tuskiem. Chciałem oczywiście przy okazji wysondować moje szanse na przedłużenie mandatu, ale też świadomy byłem, że są one raczej nikłe. W efekcie wielokrotnego pukania do drzwi gabinetu premiera otrzymałem oficjalne pismo stwierdzające, że takie spotkanie nie może dojść do skutku. Pan premier nie znalazł 10 minut na spotkanie z Polakiem piastującym wówczas najwyższe stanowisko w instytucjach Unii Europejskiej. Trudno. Jednakże pomimo tego doświadczenia postanowiłem przystąpić do formalnego postępowania, które miało polskiego kandydata na kolejną kadencję wyłonić. Któregoś dnia pracownicy mojego gabinetu poinformowali mnie, że właśnie na stronie MSZ ukazało się ogłoszenie o takim postępowaniu. Termin na złożenie dokumentów – 7 dni kalendarzowych. Dla kogoś, kto wcześniej nie znał warunków, dotrzymanie takiego terminu było bez wątpienia wyzwaniem. Ja jednak wszystkie dokumenty miałem skompletowane, wysłałem je więc do MSZ. I co? I nic. Jak kamień w wodę. Nie tylko nie mogłem uzyskać informacji o toczącym się postępowaniu, ale też w ogóle, pomimo wielu monitów, nie poinformowano mnie, urzędującego członka Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, o jego oficjalnym rozstrzygnięciu. Dowiedziałem się o nim via Rada Europejska, która przesłała do Trybunału specjalny komunikat w tej sprawie. Nie zwrócono mi nawet dokumentów, tak jakby mnie w ogóle nie było. Rządząca Platforma pokazała, że funkcjonowanie Unii, funkcjonowanie Trybunału nic a nic jej nie obchodzi. Liczy się tylko stanowisko dla swojego. Dlatego dla mnie różnica w formacie, w klasie sprawowania władzy publicznej pomiędzy PiS a PO jest w istocie niewielka. W końcu trudno się dziwić: wszak to jedna rodzina.