Abo, albo – wybierajcie!

Jak podają od rana media PiS-owski Prokurator Generalny Ziobro kieruje do PiS-owskiego Trybunału Konstytucyjnego pytanie, czy unijny traktat jest zgodny z polską konstytucją. To wybory, również te samorządowe, stawia w nowym świetle.

Dzisiejszy wybór Polaka to albo z Europą, albo z PiS. I żeby potem nie było płaczu i deklaracji typu „ja nie głosowałem na PiS!”.

Polexit zaczął się na dobre

Międzynarodówka nacjonalistyczna w natarciu

W jednym z moich wcześniejszych wpisów pisałem, że zachowanie się Kaczyńskiego i Orbana w kwestiach związanych z Unią Europejską świadczy o skoordynowanych działaniach na europejskiej prawicy w celu przejęcia władzy w Unii.  Oświadczenie nowego ministra spraw zagranicznych Włoch po niedawnym wiedeńskim spotkaniu ministrów spraw zagranicznych państw UE nie pozostawia w tej materii złudzeń. Powiedział on między innymi:

„Jestem przekonany, że za kilka miesięcy będziemy rządzić Europą razem z Viktorem Orbanem”. 

„W przyszłym roku całkowicie zmienimy Europę, wykluczając socjalistów z jej rządu i umieszczając w centrum prawo do życia, pracy, rodziny, bezpieczeństwa”.

„Pracujemy – dodał – z innymi partiami, narodami i europejskimi rządami, by zmienić historię tego kontynentu w maju przyszłego roku”.

Sprawa dla całej Unii w jej obecnym kształcie jest krytyczna. Dzisiejsza Unia Europejska funkcjonuje w oparciu o system wartości, którego filarami są:

– demokracja, a w tym trójpodział władzy, niezależność sądów i mediów,

– swoboda przepływu ludzi, towarów i kapitału

– ochrona praw człowieka,

– nadrzędność wspólnotowego interesu geopolitycznego nad narodowymi partykularyzmami.

Szczególnie istotna, a często pomijana jest właśnie ten ostatni filar. Nie wziął się on przecież znikąd. Integracja Unii Europejskiej jest warunkiem sine qua non utrzymania się kontynentu europejskiego na coraz bardziej wzburzonym morzu światowej polityki i gospodarki.

Takiej zintegrowanej Unii europejska skrajna prawica postanowiła położyć kres z premedytacją wypuszczając z zakorkowanej w wyniku II Wojny Światowej butelki demony nacjonalizmu. Międzynarodówka nacjonalistyczna stała się faktem.

Nie chodzi w tym całym politycznym sporze wyłącznie o taki lub inny system wartości. Chodzi o przyszłość, o fizyczną wręcz, w sensie politycznym i gospodarczym, podmiotowość Europy. Europa zatomizowana, szarpana przez ksenofobiczne, nacjonalistyczne partykularne aspiracje sama kładzie się na talerzy i podaje jako przystawkę trzem mocarstwom: stanom Zjednoczonym, Rosji i Chinom, które tą przystawkę chętnie schrupią. Ala zanim co – mogą o ten łakomy kąsek ze sobą rywalizować. Już zresztą się zaczęło. Bezpardonowa walka USA z Rosją o europejski rynek zbytu gazu nabiera rozpędu. Rozrywanie Europy już się zaczęło.

Sytuacja jest krytyczna i wyjątkowa. Wymaga więc działań wyjątkowych. Kluczowe znaczenie będą miały przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego. Jedynym antidotum na ofensywę międzynarodówki nacjonalistycznej jest mocny, proeuropejski blok wyborczy. Dlatego tym wyborom nadać należy specjalne znaczenie i potraktować je zupełnie inaczej niż te do samorządu i do polskiego parlamentu.

O ile sformalizowana antypisowska koalicja wyborcza w wyborach samorządowych i parlamentarnych jest nie tylko nierealna, ale również w sumie niekorzystna dla jakości sceny politycznej Polski, o tyle ogólnopolska wyborcza koalicja, na przykład Blok Polska Europejska, jest moim zdaniem nie tylko wskazana, ale możliwa i co najważniejsze – konieczna. O takiej koalicji pisałem już miesiąc wcześniej, ale w świetle ostatnich wydarzeń postanowiłem do tej idei powrócić.

O takiej formule wyborów do Parlamentu Europejskiego mówić należy bowiem jak najwcześniej, gdyż znając propagandową machinę PiS już niedługo, zaraz po wyborach samorządowych, Polska zalana zostanie przekazami, które wmawiać będą społeczeństwu, że to właśnie nacjonalizm, partykularyzm, homofobia są ratunkiem dla Europy. Wybory do Parlamentu Europejskiego będą ostatnią szansą dla proeuropejsko zorientowanych ugrupowań i partii politycznych na przekształcenie ich w ogólnonarodowe referendum proeuropejskie. Będą surowym sprawdzianem dojrzałości i odpowiedzialności politycznej tych partii, sprawdzianem ich gotowości do porozumienia i kompromisu w kwestiach zdecydowanie nadrzędnych, a na dodatek wspólnych.  Jeżeli nie wykorzystamy tej szansy to się później nie dziwmy.

Bardzo dużo mówi się oznaczeniu innowacyjności, twórczego, nowatorskiego myślenia dla rozwoju gospodarczego i społecznego kraju. Polityka wymaga innowacyjności nie mniej niż gospodarka. Zwłaszcza w obliczu wielkich wyzwań.

Lojalka Prezydenta RP

Na wczorajszym spotkaniu prezydenta Dudy z mieszkańcami Leżajska Duda po raz kolejny, ale tym razem w najbardziej gwałtowny sposób zaatakował Unię Europejską i zakwestionował celowość członkostwa Polski w tej organizacji. Niestety, słowa Dudy brzmią dla mnie bardziej szczerze niż fałszywe proeuropejskie deklaracje Kaczyńskiego czy Morawieckiego. Dlaczego jednak dochodzi do takich rozbieżności w wypowiedziach liderów prawicy?

Rządząca PiS ma dylemat. Z jednej strony bardzo wyraźne proeuropejska orientacja społeczeństwa, z drugiej wola (zapewne hierarchów) przebudowy Unii Europejskiej według wizji integrystów watykańskich, z trzeciej zaś zwyczajne interesy gospodarcze.

Nie wydaje mi się, aby doktor praw Andrzej Duda wykrzykując w Leżajsku, że Unia Europejska, to „jakaś wyimaginowana wspólnota, z której dla nas nic nie wynika” nie zdawał sobie sprawy co dla Polski oznacza brak ceł w kontaktach z podstawowym polskim partnerem gospodarczym, co oznacza swobodny przepływ kapitałów i ludzi. Doskonale świadomy jest tych uwarunkowań. Jeżeli nie – to powinien być natychmiast usunięty ze stanowiska z uwagi na stan zdrowia.

Dlaczego więc Duda decyduje się na rozniecanie antyunijnych nastrojów? Po części dlatego, że wypowiedzi jego zgodne są z zasadniczą linią strategii PiS, szpachlowanej tylko zdawkowymi deklaracjami Kaczyńskiego i Morawieckiego. Ale chyba jest jeden jeszcze powód.  Wypowiedzi prezydenta RP, nie ważne, w stolicy czy w Leżajsku, pilnie analizowane są w ambasadach różnych państw w Warszawie. Potem idą do rządów notatki, analizy, wnioski. Nie przez przypadek zapewne wrogie Unii pokrzykiwania Dudy mają miejsce przed zapowiedzianą i jakże upragnioną przez niego wizytą w Białym Domu. W Leżajsku Duda przygotowywał klimat swojego spotkania z Trumpem demonstrując swoją antyreuropejskość i składając Trumpowi deklarację lojalności w jego krucjacie przeciwko Unii.

-Panie Prezydencie Trump! Prezydent Duda melduje się na rozkaz, gotowy do wykonania kolejnego zadania w sprawie Unii Europejskiej i nie tylko!  – taka będzie zapewne atmosfera wasalskiego spotkania w Waszyngtonie.

I nie jest to pierwszy krok PiS w tym kierunku. Leżajski popis Dudy jest kontynuacją pisowskiej idei „Trójmorza” antyunijnej inicjatywy, o patronat nad którą PiS poprosił Trumpa nazajutrz niemal po objęciu przez niego urzędu Prezydenta Stanów Zjednoczonych. (wpis: „Szczyt zaszczycony” z 17. Sierpnia 2017r.).

Działania Prezydenta RP Andrzeja Dudy konsekwentnie godzą w podstawowe interesy Polski, podważają polską rację stanu. Spisane będą czyny i rozmowy. A potem Trybunał.

Przeprosić Naród!

Udany wielce, pełen nadziei, mamy pierwszy dzień wiosny! Dwie spektakularne klęski Prawa i Sprawiedliwości jednego dnia! Oliwa na wierzch wypływa.

Dziennikarze TOK FM dotarli do raportu powołanego przez Ziobrę zespołu ekspertów w sprawie katastrofy smoleńskiej. Raport jest, prokuratura ujawnić go nie zamierza – ponoć, aby nie psuć kwietniowych obchodów na Krakowskim Przedmieściu. Komisje sejmowe, które miały się sprawą zajmować odwoływane są bez uzasadnienia. Ale jak ustalili dziennikarze raport nie pozostawia złudzeń: nie było wybuchu, samolot rozbił się wskutek zderzenia z ziemią. Innymi słowy w podstawowych kwestiach zgodny jest z ustaleniami komisji Millera.

Na usta ciśnie się więc pytanie: kto przeprosi Naród za lata kłamstw i oszustw. Kto przeprosi tych, którzy głosowali na PiS kierowani histerią rozpętaną wokół tej katastrofy przez kapłanów smoleńskiej religii. Kto przeprosi tych Polaków, którym odmawiano patriotyzmu, pomawiano o agenturalną działalność tylko dlatego, że nie dawali wiary bredniom Macierewicza i jego fachowców od puszek po piwie i serdelkach. Kto wreszcie przeprosi członków Komisji Millera za hektolitry pomyj, jakie na nich wylała pisowska propaganda po to tylko, aby nie dyskutować o faktach. Kto przeprosi Polaków za gorszący spektakl międzynarodowy, za miliony złotych wyrzuconych w błoto.

Jest za co przepraszać! I jest osoba, która to powinna uczynić, od której należy tego żądać! To Jarosław Kaczyński. Powinien publicznie przeprosić, pokajać się i na zawsze zniknąć z polskiej sceny politycznej. A prokuratura Ziobry niech nie ukrywa tego raportu. Niech da wreszcie Kaczyńskiemu szansę na dojście do prawdy. Na dojście i na odejście. Zło bowiem jakie wyrządził Polsce z uporem wręcz szaleńczym przekonując ludzi do tezy o zamachu ma wymiar historyczny,  jest przeogromne.

Ale to nie jedyny dobry dla Polski znak pierwszego dnia wiosny. Rząd cały z Morawieckim na czele od miesięcy grzmiał o Białej Księdze w sprawie stanu demokracji i wymiaru sprawiedliwości w Polsce, która rzucić miała na kolana całą Brukselę i okolice. Główna linia pisowskiego ataku na Komisję Europejską zasadzała się na ilustrowaniu, że „w innych europejskich krajach jest podobnie, więc czego się czepiacie”. PiS rzeczywiście kieruje się zasadą, że „komu Bóg dał władzę, temu dał i rozum” i myślało, że z międzynarodowej opinii publicznej będzie mógł robić wariata podobnie jak z częścią polskiego społeczeństwa. Już u podstaw tej zasady tkwił przecież podstawowy błąd: rozwiązania w Polsce powinny być zgodne z polską Konstytucją, a nie z konstytucjami Hiszpanii, Niemiec, Holandii czy jakiegokolwiek innego państwa. Ale co tam Konstytucja! To przecież dla Nowogrodzkiej tylko świstek papieru! Białą Księgę wysłano i o dziwo, została ona uważnie przeczytana. I właśnie dzisiaj ministrowie spraw zagranicznych państw, będących wzorem dla PiS, zdystansowali się (żeby użyć dyplomatycznego określenia) od dzieła Czaputowicza, Ziobry i Morawieckiego. Bezlitośnie wskazali na nieprawdy i uproszczenia zawarte w tym dziele zbiorowym. Rząd PiS udaje, że pada deszcz i ogłasza, że będzie odpowiadał na każde pismo Komisji Europejskiej i że jest gotowy do dalszych wyjaśnień. Co tu jednak wyjaśniać? Za ten niebywały skandal, za ośmieszanie Polski na świecie przez ekipę Kaczyńskiego Narodowi też należą się przeprosiny. Szczere, z należytą pokutą włącznie.

 

Pieniądze za demokrację?!

To było ważne spotkanie. Zaraz po Toruniu i Budapeszcie Premier Mateusz Morawicki udał się do Brukseli aby 9. stycznia b.r. niezwłocznie po zaprzysiężeniu nowej Rady Ministrów, zjeść obiad z Przewodniczącemu Komisji Europejskiej Jean –Claude Junckerem. Komentarzy po spotkaniu było wiele, „nowe otwarcie”, „brak przełomu” – to skrajne ich tezy. Opublikowano wspólny komunikat, który jest bardzo okrągły, wręcz sztampowy,  za wyjątkiem jednakże ostatniego zdania. Mówi ono: „Ustalili, (Morawiecki i Juncker, JU) że spotkają się ponownie, by kontynuować dyskusję mającą przynieść postępy do końca lutego.” Strona Polska odtrąbiła sukces ogłaszając, że rozmowy będą kontynuowane w lutym. Komisja Europejska natomiast, w dniu następnym po wizycie ogłosiła, że Polska ma czas do końca lutego na wykazanie, że następuje poprawa w kwestii stanu demokracji w Polsce. Termin lutowy związany jest oczywiście z rozpoczynająca się w Unii debatą o kolejnej perspektywie finansowej. Z ciekawostek tego spotkania warto odnotować 15 minutowe spotkanie „w cztery oczy” Junckera z Morawieckim.

Wszystko ładnie, ale w nocy dopadł mnie koszmarny sen. Przypomniał mi on o pewnej sprawie, której poświęciłem wiele czasu jako członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. W Trybunale odpowiadałem między innymi za kontrole zewnętrznych wydatków Komisji Europejskiej, czyli tych, które, głównie w ramach różnych akcji pomocowych, kierowane były do państw poza Unią Europejską. Wśród wielu kwestii, które w imieniu Trybunału podnosiłem na komisjach Parlamentu Europejskiego była nasza zdecydowana krytyka praktyki Komisji Europejskiej nazywaną  przez nią „dynamiczną interpretacją prawa”. Problem leżał w tym, że finansowe przepisy Unii  zezwalają na alokację środków unijnych WYŁĄCZNIE  do krajów, gdzie system parlamentarny, systemy kontroli wewnętrzne i zewnętrznej funkcjonowały i dawały gwarancję prawidłowego wykorzystania tych środków. Ale pieniądze chciano kierować również do krajów, w których często parlament wcale nie istniał, albo istniał, ale tylko w szczątkowych formach, w którym na przykład ostatni budżet prezentowany była lata temu i nigdy nie rozliczony, w których nie funkcjonowały żadne instytucje kontrolne. Aby móc alokować środki finansowe do tych krajów Komisja Europejska wypracowała otóż  zasadę „dynamicznej interpretacji prawa”. Polegała ona w skrócie na tym, że uznano iż można wspierać finansowo kraje, wprawdzie dzisiaj dalekie (bądź bardzo, bardzo dalekie) od standardów demokratycznych, ale w których zadeklarowano i wdrożono jakieś działania naprawcze. Zakładano, że skoro ogłoszono wdrożenie, to w przyszłości będą efekty, a więc wydawanie pieniędzy unijnych będzie racjonalne. Oczywiście nikt nigdy nie kontrolował postępu w realizacji deklarowanych programów naprawczych – co Trybunał również pokazywał.

Trybunał nie mógł oczywiście pozytywnie oceniać tych praktyk i przez kilka lat wnosiliśmy w Parlamencie o zaprzestanie tych praktyk. Parlament dzielnie nas wspierał  – ale bezskutecznie. Dopiero po zmianie składu komisji w lutym 2010 r. nowy komisarz odpowiedzialny za pomoc międzynarodową ogłosił, że Komisja odchodzi od praktyki „dynamicznej interpretacji prawa”. Czy tak się stało – nie miałem już sposobności ustalić. Zapewne zaprzestała – ale czy ten trick wyrzucono z szuflad unijnych urzędników?

W moim sennym majaku pojawił się oto taki scenariusz, że Komisja Europejska podobne rozwiązanie zastosuje w sprawie Polski, że istotnie zmodyfikuje swoje stanowisko w kwestiach demokracji w Polsce zadowalając się deklaracjami polskiego premiera o woli i planach działania w tym zakresie. O jakim realnym postępie przywołanym we wspólnym komunikacie może być bowiem mowa do końca lutego bieżącego roku?! Przecież Trybunał Konstytucyjny jest już „ustawowo” zaorany”, system sądownictwa całkowicie pod butem PiS – co tu, prócz słownych deklaracji można zmienić w przeciągu miesiąca?  Jest oczywiste, że z wielu powodów obecna sytuacja w Polsce jest nie na rękę Unii, ale też Komisja nie pali się do precedensowych, radykalnych rozwiązań. „Dynamiczna interpretacja prawa” – jak znalazł!

A przy tym to spotkanie „w cztery oczy”. Czego ono mogło dotyczyć? Przecież nie przekazaniu jakichś unijnych tajemnic, gdyż takich nie ma – polityka Unii Europejskiej jest w założeniach transparentna. To co Juncker przekazał Morawieckiemu w trakcie tych 15 minut? Z pewnością chodziło o przekaz bardzo zwięzły (15 minut) i taki, którego należało ukryć przed opinią publiczną. Mogło to więc być albo twarde powiedzenie: – PIENIĄDZE ZA DEMOKRACJĘ, albo przekazanie sygnału, że właśnie: „jesteśmy gotowi zastosować dynamiczną interpretację, ale niech strona polska da nam ku temu podstawy”. Zasada „energia za demokrację” ogłoszona została przez UE w stosunku do państwa bałkańskich w czasie wojny jugosłowiańskiej. Czy zostanie zastosowana dzisiaj, w sytuacji realnego zagrożenia dla fundamentalnych wartości Unii europejskiej ze strony jednego z jej członków? Na szczęście obudziłem się.

Gdyby okazało się jednak, że z szuflad unijnych urzędników  rzeczywiście wyciągnięto i odkurzono zasadę „dynamicznej interpretacji prawa” i zastosowano ją w polskiej kwestii, byłoby to kolejne wielkie zwycięstwo Kaczyńskiego, kolejny karb na flincie: tym razem wykiwana Unia Europejska! Okazało by się, że gładki, nowy Premier, zrekonstruowany rząd i parę pustych deklaracji wystarczą do tego, aby polskie władze nie poniosły żadnych konsekwencji wewnętrznego zamachu na demokrację, na demokratyczne społeczeństwo.

Mam nadzieję, że to był tylko senny koszmar i że Europa nie zdradzi swoich  polskich partyzantów.

 

Popieram Prezydenta Macron

Popieram Prezydenta Macron dlatego, że odważnie stanął w obronie europejskich wartości, które są i moimi wartościami, a które tak ostentacyjnie i z zapamiętaniem deptane są przez elity przejściowo kierujące krajem.

Stało się to, co przewidywałem i przed czym przestrzegałem w wielu moich poprzednich wpisach: Europa upomina się o respektowanie swoich wartości. Najpierw włoski wiceminister odpowiedzialny za integrację europejską, a teraz nowy Prezydent Francji powiedzieli: „Dość! Albo – albo!” Europa ma dosyć Polski i innych krajów z naszego otoczenia, które Unię Europejską traktują jak dojną krowę, lub, jak to określił Macron, jak supermarket. Albo razem, albo osobno. Postawa Macron, który teraz jest politykiem Nr 1 Europy, jest w pełni zrozumiała, uzasadniona a w sumie może yć dla \polski bardzo korzystna. Może, ale nie musi.

Polscy przywódcy, głównie ci z PiS ale też i niektórzy z PO wielokrotnie demonstrowali swój dystans do wartości, które legły u podstaw zjednoczonej Europy. Zwłaszcza politycy PiS dramatycznie źle przysłużyli się strategicznym interesom naszego kraju czyniąc z prób grania na nosie Unii Europejskiej jednym z głównych filarów wsparcia swojego elektoratu. Zakładali, że „Europa się nie odważy!’, że „Europa nic nam zrobić nie może!”, że to my (Szydło, Duda, Waszczykowski i inni) trzęsiemy Europą i rozdajemy karty. Czar prysł, mleko się rozlało.

Z dwuletniego starcia z Unią Europejską, po wielu potyczkach i bitwach, od Komisji Weneckiej po „przejściową konstytucję” wychodzimy jako państwo ośmieszeni. Wspaniałą ilustracją jest tutaj ingerowanie w wybory prezydenckie polskiego rządu przez współne fotografowanie się polskiego ministra spraw zagranicznych z kandydatka francuskich nacjonalistów  na prfezydenta Francji, aby po zwycięstwie Macron wspaniałomyślnie zaproponować mu, ustami tegoż ministra, „wyzerowanie relacji”. No to mają odpowiedź. Błazenada i kompromitacja Polski na całej linii.

Znamienna będzie w tym kontekście stanowisko Kanclerz Merkel. Z jednej strony pojawi się pokusa przybrania togi „adwokata polskich spraw”, ale z drugiej trudno wyzbyć się będzie kandydatce Merkel świadomości, że między innymi taka właśnie fala obrony europejskich wartości i sprzeciwu wobec „polskich zdrajców”, wyniosła Macron do władzy i pogrążyła francuskich nacjonalistów. Nie wydaje mi się jednak prawdopodobne, aby Merkel chciała zburzyć podstawy Unii na rzecz Jarosława Kaczyńskiego.

Oświadczenie Macron, które jest wyrazem opinii wielu europejskich polityków, mieć będzie dla Polski bardzo duże znaczenie. Być może jest to ostatnia szansa dla polskiego społeczeństwa, aby upomniało się o respektowanie przez rządzących jego zdania. Polski paradoks polega i na tym, że mając najbardziej antyeuropejski rząd, Prezydenta, Parlament, Polacy są narodem prezentującym największe poparcie dla Unii Europejskiej. Czy wystarczy sił i determinacji temu społeczeństwu, aby powstrzymać szaleńców, których działania profesor Sadurski określił jako noszące znamiona „modus operandi zorganizowanej grupy przestępczej”?

A jaka w tym wszystkim rola SLD? Jaka rola partii, której Prezydent, Premier i Minister Spraw Zagranicznych podpisywali ze strony Polski dokumenty akcesyjne, partii, która przeprowadziła wielkie, proeuropejskie referendum, partii, która tak skutecznie roztrwoniła później wynikający z tych historycznych osiągnięć kapitał?

Tak, deklaracja Macron jest według mnie kołem ratunkowym dla polskiej lewicy a dla SLD zwłaszcza. Czy SLD upomni się o swoje wartości, o swoje miejsce na politycznej scenie? Czy stanie na czele tej części społeczeństwa, które wierne chce zostań wartościom Unii Europejskiej, i które przyszłość Polski postrzega w silnym związku z pozostałymi państwami europejskimi?

SLD ma szansę. Za dwa dni zbierze się jego Rada Krajowa. Tematem zapowiedzianym mają być kwestie samorządowe, ale sytuacja, w jakiej Polska znalazła się po włoskich i francuskich deklaracjach jest sytuacja nadzwyczajną. SLD nie może przejść obok tej sprawy obojętnie. Nie może udawać, że deszcz pada. Oczekuję, że rada Krajowa stanie na wysokości zadania. Oczekuję jasnego stanowiska Sojuszu wobec przyszłości Polski w Unii Europejskiej i planowanych w tym obszarze działaniach Sojuszu.

Szczyt zaszczycony

Motto: „Oni (Kaczyńscy) nadają się tylko do niszczenia” – Wałęsa o braciach Kaczyńskich wiele, wiele lat temu.

Ciekawie zapowiada się przebieg „Szczytu trójmorza” zapowiadanego początkowo we Wrocławiu, a przeniesionego do Warszawy, gdyż wystąpić na nim wyraził ochotę przeprowadzający akurat w tym terminie wizytację Polski prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Jak oświadczył prezydencki minister Ścierski:  „ integracja regionu Europy Środkowej przyczyni się do lepszej integracji całej Europy, współpracy gospodarczej”. Wszystko to jeszcze bardziej gmatwa i zaciemnia sprawę owego szczytu.

Po pierwsze niejasny był (do wizyty Trumpa) a jeszcze bardziej niejasny jest teraz program i cele tego szczytu. Oficjalne rządowe media wybijają jako cel zasadniczy „zwiększenie integracji gospodarczej”. Jednakże pierwsza część szczytu dotyczyć ma „problemów integracji politycznej”. Ma ja podobno prowadzić polski prezydent wraz z prezydent Chorwacji. Dopiero druga część, prowadzona przez ministra Szczerskiego dotyczyć ma problemów integracji gospodarczej. O co więc chodzi?

Polski prezydent i rząd uzasadniają wystąpienie Trumpa na spotkaniu poświęconemu ponoć zwiększeniu integracji gospodarczej (sic!) realną obecnością wojsk amerykańskich w Polsce. O co chodzi?

Po trzecie. Polska władza pęka z dumy, że szczyt, mający przyczyniać się do zwiększenia integracji Europy” zaszczyca sam prezydent USA. Nic jednak nie wiadomo o obecności na tym spotkaniu przedstawiciela Parlamentu Europejskiego, Rady czy Komisji Europejskiej. Czy Unia Europejska była zaproszona? Jeżeli tak, przez kogo będzie reprezentowana? Jeżeli nie zapraszano nikogo, to dlaczego z takim zapałem zaprasza się prezydenta nie europejskiego mocarstwa? Są to moim, zdaniem pytania zasadnicze, gdyż odnoszą się do zasadniczej sprawy: jest szczyt „trójmorza” w istocie i w intencjach inicjatorów inicjatywą pro- czy anty-europejską?

Z oglądu sprawy poprzez medialne doniesienia na dzień dzisiejszy, w moim przekonaniu, jest to inicjatywa ukierunkowana na tworzenie europejskiej alternatywy dla Unii Europejskiej. Mało tego, najprawdopodobniej strona polska zaproponowała prezydentowi Stanów Zjednoczonych objęcie politycznego patronatu nad tą imprezą. Stąd decyzja Trumpa o „ zrobieniu krótkiego postoju w Warszawie, w drodze na G-20”. Polityczny patronat USA nad rozbijacką inicjatywą wewnątrz europejską świetnie wpisuje się w antyunijną i antyrosyjską strategią USA. Dlaczego nie skorzystać z okazji? W każdym bądź razie zapowiadane z dużym zapałem „bardzo ważne oświadczenie Prezydenta USA na Szczycie regionalnym” godne będzie uwagi.

Paradoksalnie rzecz ujmując ta ewidentnie rozbijacka w stosunku do idei wspólnej Europy polska inicjatywa  może spotkać się z przychylnością wielu autorytatywnych polityków europejskich. Nie można bowiem zapominać, że droga Polski (a za nią i innych państw regionu” do Unii Europejskiej) nie była łatwa ani  do końca przesądzona. Wśród wielu polityków europejskich dominował pogląd (i rady płynące w naszym kierunku), że „ powinniśmy (kraje Europy Środkowej) przed przystąpieniem do UE, zintegrować się najpierw w organizacji na kształt Beneluxu (czyli takiego RWPG pod auspicjami Banku Światowego), aby dopracować się właściwych standardów państwa demokratycznego i wolnorynkowej gospodarki. Dopiero po jakimś okresie, gdy będziecie moralnie, instytucjonalnie i gospodarczo  gotowi do integracji z Europą, wasze członkostwo będzie uzasadnione”. Mieliśmy więc jako naród duże szczęście, że stało się inaczej i w ostatniej niemal chwili przeważyła opcja o szybkiej integracji.

Dzisiaj jednak, w obliczu narastających, silnych tendencji do europejskiej integracji wokół europejskich wartości społecznych, cywilizacyjnych i wokół wspólnej waluty europejskiej, hasła o przedwczesnym przyłączeniu polski do zachodniej Europu mogą odżyć. A polskie władze, jak nikt inny dostarczały i wciąż dostarczają argumentów uzasadniających takie myślenie.

Bardzo realnie grozi więc nam w najbliższej przyszłości geopolityczna pozycja państwa pomiędzy Unią Europejską a Rosją, państwa wrogo nastawionego do obydwu potężnych sąsiadów, za to pod politycznym i wojskowym parasolem zamorskiego mocarstwa, które do perfekcji opanowało sztukę wyciągania z ognia kasztanów cudzymi rękami.

Swego czasu Mojżesz wyprowadzał naród wybrany z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Najwidoczniej Jarosławowi K. zamarzyła się podobna rola, ale zadanie o wiele trudniejsze: wyprowadzenie narodu wybranego z ziemi obiecanej. Tylko dokąd?

Na koniec wisienka. Oto cytat z materiału poświęconego wizycie Trumpa w Warszawie:

„Onet widział list jednej z osób bliskich polskiemu rządowi w sprawie wizyty Trumpa w Polsce. W notatce dla bliskiego współpracownika Trumpa osoba  ta (jak rozumiem Polak. J.U.) tłumaczy dokładnie to, że bliski ideowo Trumpowi polski rząd okaże mu wszelkie względy, a entuzjastycznie nastawiony do amerykańskiego lidera naród polski zapełni ulice”

Jak oni to zrobią? Przecież szkoły już nie pracują. OTK też jeszcze nie utworzona.  Urzędnicy będą oczywiście musieli entuzjastycznie okazywać entuzjazm, ale czy to wystarczy do „zapełnienia ulic”? Pozostaje lepsza część społeczeństwa: RM.

Vive la France!

Macron zwyciężył. Zwyciężyła Francja obywatelska, proeuropejska, demokratyczna. Zwyciężyła Europa.

Zwycięstwo Macron’a mieć będzie istotne znaczenia dla wyborów w Niemczech i praktycznie przesądza kwestię Europy dwóch prędkości.

To – wbrew często goszczącym w naszych mediach poglądom – wiadomość dla Polski bardzo dobra. Drzwi do „gorszego sortu” państw europejskich uchyliła Polsce Platforma Obywatelska, zaniedbując kwestię partnerskiej, konstruktywnej współpracy z Europą dla Europy. Dla PiS opozycja względem Unii na wszystkich – poza oczywiście finansowych – frontach stała się jednym z głównych haseł programowych. Kaczyński już ogłaszał pisanie nowego traktatu unijnego i parł do rozluźnienia wewnątrzeuropejskich więzi. I doczekał się, ale tylko w odniesieniu do Polski i innych państw członkowskich, którym nie po drodze było z dalszą europejską integracją.

Decyzja Francuzów jest dla Polski bardzo dobra, gdyż zmusić nas powinna do takiego kształtowania naszej polityki, abyśmy mogli dla nowej, integrującej się  Europy znowu być odpowiedzialnym partnerem. PiS, z całą swoją antyeuropejską zajadłością nigdy takim poważnym partnerem nie będzie.

Czas na dobrą, proeuropejską zmianę w Polsce.

07.05.2017, godz. 20:17.

Bye, bye Unio

Szydło wyszło z worka.

Dzisiejsza rewelacja ministra Waszczykowskiego, oskarżającego 27 przywódców państw europejskich o współudział w przestępstwie fałszerstwa jest swoista kropką nad i. Szydło wyszło z worka i do niego nie wróci. Prawdziwym, strategicznym celem PiS jest wyprowadzenie Polski z Unii.

PiS nie może oczywiście iść przez Polskę i świat z tym hasłem na ustach. Z jednej bowiem strony unijna forsa, która tak potrzebna jest choćby na wizażystki Naczelniczka, z drugiej bezlitosna dla tej idei polska opinia publiczna, która jeszcze nie jest gotowa zaakceptować takiej jawnej deklaracji. Jeszcze nie, ale …

Kaczyński i jego sekta, nie mogąc dzisiaj ogłosić Plexitu werbalnie, starają się stworzyć ku temu właściwy klimat społeczny. Taktyka jest prosta: konsekwentnie oblewać Unię Europejską wszelkiego rodzaju fekaliami, aby w pewnym momencie zwrócić się do swoich wyznawców z retorycznym pytaniem: „Dalej chcecie być z tymi śmierdziuchami?”. Nawet mało uważny obserwator zauważy, że wszelkie publiczne działania PiS w sprawach Unii nie są ukierunkowane na konstruktywne rozwiązywanie problemów Europy, ele adresowane są wyłącznie „do wewnątrz”, na użytek swojej polityki wewnętrznej, na – jak to zgrabnie ujął jeden z brytyjskich komentatorów – zaspokajanie apetytu PiS w wewnętrznej polityce.

Czy akcja Ministra Spraw Zagranicznych informowania opinii publicznej o swoich rewelacjach nastąpiła bez konsultacji z Premier, czy w porozumieniu z nią nie ma znaczenia. Każda alternatywa jest dla Polski zgubna: albo rządzą nami idioci wymagający psychiatrycznej opieki albo zdrajcy.

Działania Waszczykowskiego wpisują się w ciąg zdarzeń po decyzji Rady Europejskiej o wyborze Przewodniczącego. Przypomnę: Prezydent Duda nie gratuluje Tuskowi wyboru, ale „uzyskania poparcia większości”, sprawę wyboru pozostawiając otwartą. Zaraz po tym „zwykły poseł” udaje się do Londynu na rozmowy z Premier Wielkiej Brytanii. Dziennikarze komentujący ten eksces kupują na ogół argument, że Kaczyński ma pełne prawo spotykać się z przewodniczącym bratniej partii. Oczywiście tak, ale ta wizyta ma miejsce w bardzo konkretnym kontekście. Unia otóż zadecydowała, że nie będzie bilateralnych rozmów poszczególnych państw z WB, ale wyłącznie rozmowy Unia – WB. Polak jednak potrafi. Po to, aby swojemu elektoratowi wykazać, że żadna Unia nas nie obchodzi zastosowano prosty trick. Nie Premier Szydło rozmawiać będzie z Premier May, ale prezes z Premier.

Przecież, gdyby Kaczyński myślał pro-unijnie, to swoją wizytę organizował by tak, aby nie psuć szyków Premier polskiego rządu w kontaktach z Unią i zabiegał by o spotkanie z Przewodniczącą Partii Konserwatywnej w siedzibie tej partii przy Maththew Parker Street, a nie w urzędzie premiera przy Downing Street. Chodziło jednak o to, aby zademonstrować elektoratowi, że wbrew unijnym postanowieniom, Polska pisowska prowadzić będzie swoją własną politykę i potrafi Unii „zagrać na nosie”.

Dochodzi do tego haniebna, ale i świadcząca o braku minimum woli zrozumienia istoty Unii Europejskiej wypowiedź Premier Szydło w sprawie polityki imigracyjnej  w kontekście  dramatu na moście westminsterskim.

W Europie uznano, że podpisanie Deklaracji Rzymskiej w jakiś sposób kończy „problem polski”. Nic z tych rzeczy. To dopiero początek.  Niestety, Polska stała się chorym członkiem Unii Europejskiej.

Zdaniem łotra

Unia Europejska nie uległa PiS-owskiemu szantażowi. Wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej głosami szefów wszystkich (prócz polskiego) rządów w przeciągu 20 minut był ostentacją – jednoznaczną deklaracją, że próby przeszczepiania przez PiS swoich metod na unijne podwórko są i będą daremne. Kaczyński w oczach całego świata poniósł spektakularną, upokarzająca klęskę. Niestety, nie wyciągnie z niej właściwych wniosków. Wręcz przeciwnie: to co w oczach całego świata jest błazenadą, Kaczyński w „swoim” kraju przedstawia jako historyczny sukces, a Premier Szydło wynosi do panteonu narodowych bohaterów. Kaczyński w swoje szaleństwo wciąga nie tylko swoją partię, rząd, parlament, wojsko, ale stara się wciągnąć i jak największą część polskiego społeczeństwa. To w oczywisty sposób jest zagrożeniem dla Narodu i Państwa. Kaczyńskiemu  basuje Prezydent Polski. Nie mógł nie napisać do nowego/starego Przewodniczącego RE oficjalnego listu, ale to, co media przedstawiają jako gratulacje wyboru na Przewodniczącego RE, po uważnym przeczytaniu tekstu gratulacjami wyboru nie jest. Prezydent gratuluje „uzyskania poparcia większości” sprawę wyboru zostawiając otwartą. Oczekiwania Prezydenta: „Liczę, że w przyszłości uda się ponownie odbudować europejską jedność w oparciu o zasadę równych państw i wolnych narodów” nie są wprost adresowane do rozpoczynającej się nowej kadencji Tuska, ale poza nią.   Źenada dyplomatyczna.

Starając się Polskę odizolować od świata, uczynić z niej  „Chrystusa narodów”, niezrozumiałego przez nikogo, zdradzonego przez wszystkich  i cierpiącego za wszystkich, Kaczyński przekracza kolejne poziomy obłędu. Po idiotycznym skreśleniu Węgier z listy przyjaciół Polski zostało na niej tylko jedno jedyne państwo St Eskobar. Niedawno wszyscy myślący inaczej niż on (PiS) byli obywatelami gorszego sortu. Od wczoraj w jego ustach stali się łotrami (synonimy: bandytami, kanaliami, itp.). A takich ze zdrowej tkanki społeczeństwa należy przecież eliminować.  Będzie się działo.

Tymczasem opinia światowa jest jednoznaczna. Reprezentatywnym artykułem jest ten pomieszczony ostatnio w „The Economist” http://www.economist.com/news/europe/21718698-new-governments-obsession-punishing-former-polish-prime-minister-leaves-it-isolated.

Przytoczę tylko znamienne zakończenie:

Polska była gigantem wśród państw wchodzących do Unii w 2004r. Sukces ekonomiczny, wzrost  politycznego znaczenia, którego doświadczyła było inspiracją dla innych, włączając państwa europejskie, które obecnie zabiegają o członkostwo. Rząd (polski, JU) będzie pierwszą ofiarą bezsensownej afery, którą wywołał: nie może na przykład liczyć na szczodre potraktowanie w nadchodzących negocjacjach budżetowych.  Ale przecież jego błazeństwa są drwiną z idei jedności, do której UE ślubowała dążyć po Brexicie. Wczoraj Pan Tusk ostrzegał, że  nie można przekraczać spalonych mostów. Ale wygląda na to, że Pan Kaczyński jest w objęciach w pełni rozwiniętej piromanii.

Skutki owej błazenady Polacy odczuwać będą latami. Oczywiście w oficjalnych spotkaniach będą uśmiechy i slogany. Ale na tysiącach różnych decyzji dotyczących Polski podejmowanych na różnych unijnych (i nie tylko) szczeblach odium próby szantażu Unii przez polski rząd ciążyć będzie długo. Mówiąc wprost: Polska postrzegana będzie jako brzydko pachnąca kupa nieznanej substancji, której z mapy trudno usunąć, ale którą obchodzić należy szerokim łukiem. I to PiS uważa za swój historyczny triumf. Znając pomysłowość pisowskich spin-doktorów wiktoria brukselska przyćmi wnet wiedeńską.