Polska pozaeuropejska

Opinia publiczna zelektryzowana została  Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości nakazującego Polsce natychmiastowe wstrzymanie eksploatacji kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Turów do czasu sądowego rozstrzygnięcia sporu pomiędzy Czechami a Polską. Trybunał przychylił się w ten sposób do wniosku Czech.

W kraju zawrzało:

– Znowu ta Unia wtrąca się w nasze sprawy!

– Niech Unia zacznie wreszcie przestrzegać prawa!

– Nie pozwolimy na zabranie nam tysięcy miejsc pracy i 8% produkcji energii elektrycznej!

– Będziemy bronić naszego bezpieczeństwa energetycznego za wszelką cenę! Itp., itd.

To tylko niektóre, najłagodniejsze pokrzykiwania przedstawicieli polskiego rządu i politycznych elit Zjednoczonej Prawicy w reakcji na decyzję TSUIE.

Jeszcze kilka dni temu, w czasie, gdy warzyły się losy polskiej akceptacji dla Rezolucji Rady Europejskiej w sprawie źródeł finansowania Unii (dla Europejskiego Funduszu Odbudowy), termin „700 mld dla Polski” nie schodził z ust polityków ani z pierwszych stron mediów. Każdy, nawet najmniejszej rangi pisowski polityk pokazywał się z „unijną szmatą” w tle. Pieniądze z Unii są dobre, należą sia nam jak psu zupa (jak obwieścił nadpremier Ziobro). Ale na tym kończą się nasze związki z Unią. Pieniądze TAK – zobowiązania NIE! To jest clou polskiej polityki unijnej i kryzys turowski znakomicie ten kurs wzmocni.

Tymczasem decyzja zabezpieczająca TSEU nie zrodziła się z piątku na sobotę. Konflikt Czechy i Niemcy kontra Polska na tle eksploatacji złóż węgla w Turowie ma wieloletnią historię. Problem pozbawiania przez Turów czeskich terenów przygranicznych wody znany był od dawna. W 1994 roku polskie organy udzieliły Elektrowni Bełchatów koncesji na prowadzenie wydobycia do kwietnia 2020. Koncesja przewidywała jednorazową możliwość jej przedłużenia o 6 lat. Zgodnie z tymi postanowieniami w październiku 2019 r. PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna przedłużenie tej koncesji o lat 6, czyli do 2026 r. I tutaj dzieje się rzecz ciekawa. Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska we Wrocławiu wydaje decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach dla kontynuacji eksploatacji złoża węgla brunatnego Turów do 2044 r., a w styczniu 2020 r. nadaje jej rygor natychmiastowej wykonalności. Na tej podstawie wniosek operatora o przedłużenie koncesji na wydobycie zostaje przedłużony. Rzecz jednak w drobiazgu: Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska we Wrocławiu wydał swoją decyzję bez… przeprowadzenia oceny oddziaływania eksploatacji kopalni na środowisko.

W całym humbugu organizowanym przez PiS wokół decyzji TSUE według metody J.M. Rokity, czyli z głośnym wrzaskiem: „Ratunku! Czesi i Unia nas biją!” brak jednej, podstawowej informacji. Tej mianowicie jakie w rzeczywistości skutki na zaopatrzenie w wodę dla Czechów mieszkających w rejonie przygranicznym powoduje eksploatacja kopalni, czy Polska kwestionuje ocenę czeskich specjalistów w tym zakresie, zwłaszcza w kontekście planów rozszerzenia wydobycia. Podstawowy problem, który dawno powinien zostać rozwiązany w ramach dobrosąsiedzkich relacji, przykryty został ogólnonarodowym biadoleniem i narzekaniem na spisek ciemnych, europejskich sił przeciwko Polsce.

Nie wiem, czy i jakie działania dyplomatyczne podejmowane były ze strony polskiej, aby nie doprowadzić do rozprawy przed TSUE. Znamienny przy tym jest fakt nieobsadzenia od z górą roku stanowiska polskiego ambasadora w Pradze. Dla ambasady ważniejszą sprawą okazuje się być zablokowanie możliwości aborcji w Czechach dla polskich kobiet – tutaj przejawia aktywność wielką. A w sprawie Turowa co uczyniono? Opinii publicznej należy się rzetelna informacja o działalnościach rządu w tej materii i rzetelne kalendarium wydarzeń. Chodzi przecież nie tylko o jakość stosunków sąsiedzkich, ale również o praktyczne relacje z Unią Europejską. Póki co PiS gra przeciwko Unii wbrew opinii większości Polaków. Ale czy ta większość długo się utrzyma? Niewątpliwie afera turowska skrzętnie wykorzystana zostanie przez PiS do dalszego rozniecania nastrojów antyunijnych i niedługo zobaczymy, jak wskaźnik poparcia Polaków dla Unii Europejskiej zjedzie z niedawnych 80% do 40%. Nie zdziwiłbym się, gdyby strona polska celowo chciała doprowadzić do takiej konfrontacyjnej sytuacji po to, aby PiS po raz kolejny mógł zagrać na nosie wszystkim dookoła, aby jeszcze raz próbował przeforsować praktykę, że prawo unijne w Polsce nie obowiązuje.

Konflikt wokół kopalni Turów pokazuje, że Polska nie potrafi prowadzić odpowiedzialnej polityki ani w wymiarze globalnym ze światowymi mocarstwami a w tym przypadku z Unią Europejską, ani polityki dobrego sąsiedztwa z naszymi bezpośrednimi sąsiadami. Nad potrzebą takich dobrych stosunków nie trzeba się rozwodzić. Wystarczy wspomnieć kryzys wokół spuszczania do Odry wody z czeskich zbiorników w czasach powodzi, co było jedną z przyczyn tragicznej powodzi na Dolnym Śląsku w 1997 r. Ten problem, po stronie czeskiej udało się rozwiązać. Problemu Turowa po stronie polskiej – nie. A sąsiedzi obserwują. Dzisiaj Czechy, jutro mogą być Niemcy, Białoruś, Rosja. Ukraina nie, gdyż tyle zniewag ze strony ukraińskiej, które Polska zniosła w ostatnich dekadach świadczy o wielkiej determinacji polskich władz płacenia gorącą, nieodwzajemnioną miłością do Ukrainy za nadzieję wykorzystania tego państwa w polskiej polityce antyrosyjskiej.

Na szczęście ten kryzys w polskiej dyplomacji nie będzie trwać długo. Drastyczne zmniejszenie poziomu merytorycznych wymagań od kandydatów do służby dyplomatycznej w połączeniu ze sprawdzoną kadrową polityką PiS szybko przysporzy nam nowych zastępów młodych dyplomatów, Prawdziwych Polaków, przed którymi świat cały w przenośni i dosłownie padnie na kolana.

Ład nowy – śpiewka stara

Jarosław Kaczyński w asyście fanfar i dzwonów ogłosił Nowy Ład dla Polski – program społeczno-gospodarczy PiS na najbliższe lata. Wszyscy teraz namiętnie dyskutują o kwotach wolnych od podatków i budowie domów bez zezwolenia. Mnie jednak nurtuje pytanie, dlaczego właśnie 15-go maja 2021 r. ten program został ogłoszony. Przecież nie mamy żadnej ogólnokrajowej kampanii wyborczej: ani do parlamentu, ani samorządowej, ani prezydenckiej. Chyba, że mamy, tylko o nie jeszcze nie wiemy.

Marks powiadał, że historia powtarza się dwukrotnie: za pierwszym razem jako burleska, za drugim jako dramat. Nowy Ład Kaczyńskiego literalnie nawiązuje do wielkiego planu reform gospodarczych Roosevelta z 1933 r, który miał USA wyciągnąć (i wyciągnął) z kryzysu. Ale na identyczności tytułów podobieństwa się kończą. Amerykański New Deal był reakcją rządu na bezprecedensowy kryzys ekonomiczny Stanów lat 20-tych ub. wieku. Godzi się przypomnieć, że winą za amerykański kryzys lat 1929 – 1933 ponosi – uwaga! – niefrasobliwa polityka kredytowa banków, która umożliwiała niemal każdemu zaciąganie kredytów. Czy nie brzmi to znajomo? Stosując zasadę „czym się strułeś tym się lecz” filarem amerykańskiego Nowego Ładu było zwrócenie się Prezydenta do banków Systemu Rezerw Federalnych o zwiększenie kredytów o 3 mld ówczesnych dolarów, ale bez pokrycia emisji banknotów w złocie. W celu przeciwdziałania wykupowi złota Roosevelt zdewaluował z początkiem 1941 roku dolara o 41%. Ponadto zawiesił wymienialność dolara na złoto i zakazał wywozu kruszców za granicę.

Amerykański Nowy Ład był bardzo głęboką ingerencją państwa w system finansowy i gospodarczy. Powstał on zresztą w wyniku prac specjalnego zespołu ekonomistów powołanych przez prezydenta. Zapewne jacyś ekonomiści maczali palce w Nowym Ładzie Kaczyńskiego. Jacy – tajemnica.

Aktualne problemy gospodarcze Polski (i trzeba dodać i Europy, gdyż nasze gospodarki są bardzo ściśle ze sobą związane) są o lata świetlne odległe od Wielkiego Kryzysu w Stanach Zjednoczonych w 1929 r. Usiłowanie więc nadania programowi Kaczyńskiego rangi amerykańskiego New Deal jest propagandowym nadużyciem, ale w przypadku PiS to nie dziwi. Propagandowe machlojki to chleb powszedni tej organizacji.

Kaczyński ogłosił swój program w szczególnym momencie. Oto najistotniejsze cechy tego momentu.

1.Trzecia fala koronawirusa opada. Wprawdzie w Polsce najwolniej w całej Europie, ale opada. Czwarta fala zapowiadana jest dopiero na wrzesień.

  1. Pandemia ukazała społeczeństwu katastrofalny stan służby zdrowia, za który w całości już odpowiada PiS. Pandemia wyostrzyła w dodatku, w sposób naturalny, wrażliwość społeczeństwa na poziom opieki zdrowotnej.
  2. Unia Europejska – zakała PiSu – ogłosiła i wdraża plan odbudowy gospodarki europejskiej po pandemii. Kaczyński jest oczywiście gorącym zwolennikiem Unii Europejskiej, ale zarządzanej przez funkcjonariuszy Ordo Iuris i Opus Dei. Sukcesy laickiej Unii trzeba było jakoś w Polsce przykryć.
  3. Morawiecki porozumiał się taktycznie z Unią Europejską w sprawie udziału Polski w Europejskim Funduszu Odbudowy. To porozumienie sprzedawane jest w Polsce jako sukces PiS, a nie Unii. Na marginesie dziwię się Komisji Europejskiej, że nie reaguje na pomijanie przez polski rząd Unii Europejskiej w swojej kampanii informacyjnej.
  4. Europejski plan odbudowy gospodarki niesie ze sobą klimat optymizmu zarówno dla przedsiębiorców jak i pracowników najemnych. Ten klimat trzeba przekuć na klimat wsparcia PiS.
  5. W ostatnich miesiącach pojawiło się szereg poważnych pęknięć w rządzącej prawicowej koalicji. Na to nakładają się małe, duże i ogromne afery gospodarcze i etyczne z udziałem prominentów PiS.
  6. Większość wcześniejszych sztandarowych obietnic PiS, jak na przykład skrócenie postępowań sądowych, które miało nastąpić skutkiem „reformy” wymiaru sprawiedliwości Ziobry nie została zrealizowana. Tek, które zrealizowano, jak program 500+ nie tylko okazały się nieskuteczne, gdyż nie spowodowały wzrostu urodzeń, ale ich wartość zżerana jest przez inflację. Trzeba stare obiecanki zastąpić nowymi.
  7. Metoda kupowania głosów za publiczne pieniądze okazała się skuteczna.
  8. Opozycja parlamentarna jest w całkowitej rozsypce, niezdolna do żadnego wspólnego skoordynowanego działania.
  9. Po przejęciu przez „Orlen” mediów Polska Press PiS objął prawie całkowite władztwo nad polskimi mediami.

Wszystkie te okoliczności nie uzasadniają jednak tego, aby na 2,5 roku przed planowymi wyborami parlamentarnymi ogłaszać program, któremu próbuje się nadać rangę New Deal-u. Może jednak być tak, że ogłoszenie właśnie w obecnej chwili programu Kaczyńskiego jest rodzajem sondy, która ma maksymalnie zmobilizować elektorat PiS i jeszcze go powiększyć. Być może jest tak, że wyniki badań opinii publicznej po ogłoszeniu Nowego Ładu będą dla Kaczyńskiego tak dobre, że zdecyduje się on na wcześniejsze wybory parlamentarne, aby na wznoszącej fali propagandowej osiągnąć swój upragniony cel: parlamentarną większość konstytucyjną. Wtedy dopiero się zacznie.

Być może jest więc tak, że nie wiedząc o tym już znaleźliśmy się w toku nowej kampanii wyborczej.

P.S.

Kiedy Kaczyński woła „PRAWO”! – wychodzi BEZPRAIWE, kiedy woła „SPRAWIEDLIWOŚĆ”! – wychodzi NIESPRAWIEDLIWOŚĆ. Kiedy więc woła ŁAD – wyjdzie bałagan na sto dwa.

Noc i mgła nadciaga

Cyniczne, obłudne uzasadnienia zajazdu kontrolowanego przez „PiS” (piszę w cudzysłowie, gdyż organizacja, która kryje się za tym akronimem jawnie naigrywa się zarówno z prawa jak i sprawiedliwości) koncernu paliwowego na polskie media nie wzbudzają większej egzaltacji, większego poruszenia w Narodzie. Naród, a przynajmniej znaczna jego część zdaje się mówić: „Cóż, tak widocznie ma być”. Otóż nie ma tak być. Ale jeżeli Naród tak mówi, to będzie dużo gorzej. Gorzej dla tego Narodu oraz gorzej dla polskiego państwa, a więc znowu gorzej dla Narodu.

Polska Press, której właścicielem de facto stał się ulubieniec Kaczyńskiego, były wójt Pcimia, to 500 stron internetowych, 20 dzienników regionalnych i prawie 150 tygodników, które gromadzą ponad 17 mln odbiorców. Na co to wszystko Orlenowi? Z punktu widzenia celów dla jakich utworzony został ten koncern – na nic. Ale wpływ na 17 milionów odbiorców jest strategiczną sprawą dla „PiS”. Okazało się, że Telewizja Polska, Polskie Radio, tabuny prawicowych gazet i gazetek, kościelne ambony to za mało, aby w parlamencie zdobyć uprawnioną przez wodza większość konstytucyjną. Przygotowywana jest więc Wielka Ofensywa Propagandowa na owe 17 milionów, aby wyłuskać z tej grupy dodatkowe głosy w najbliższych wyborach. W ramach tej ofensywy „PiS” potrzebuje stworzyć swoistą tarczę, medialną osłonę potencjalnych kandydatów na Prawdziwych Polaków przed herezjami, jakie niedobitki niezależnych dziennikarzy jeszcze gdzieniegdzie publikują. A potrzeba jest coraz bardziej paląca.

Dla najbardziej plastycznego scharakteryzowania problemów PiS przypomnieć należy jedną scenkę z sali sejmowej. Z mównicy, wśród braw całej Zjednoczonej Prawicy, schodzi Marian Banaś. Właśnie złożył uroczyste ślubowanie przed objęciem jednego z najważniejszych urzędów w Rzeczpospolitej, urzędu Prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Dla zwiększenia wyrazu swojego uznania posłowie prawicy biją brawa na stojąco. Oficjalne miejsce na sali sejmowej Prezesa NIK jest w tzw. „tramwaju” po lewej stronie Marszałka i sejmowej trybuny. Po prawej znajduje się „tramwaj” dla rządu. Nie ma w tym przypadku. W „tramwaju” po lewej stronie zasiadają szefowie urzędów, które z konstytucyjnych względów powinny być niezależne od władzy wykonawczej, a więc prezesi trybunałów, władz sądowniczych itp. Sejmowe „tramwaje” są więc ilustracją trójpodziału władzy.

Świeżo upieczony Prezes NIK nie zmierza jednak z trybuny na właściwe urzędowi, który właśnie objął miejsce. Swoje pierwsze kroki kieruje ku „tramwajowi” rządowemu, z którego już wyrywają się na wyprzódy urzędnicy z gratulacjami. Którzy spośród nich są pierwszymi? Warto zapamiętać: koordynator służb specjalnych, członek Rady Ministrów Mariusz Kamiński i jego zastępca Michał Wąsik. Z ich oczu tryska triumf i nieukrywana radość spotęgowana uśmiechami od ucha do ucha. Oczywiście misiaczki, buziaczki itp. Stało się! Hosanna! Ci dwaj panowie doskonale wiedzą, że podległe im służby od roku prześwietlają Banasia i z pewnością przed całą procedurą „wyboru” dokładnie z efektami pracy agentów się zapoznali. W normalnym państwie takie ostentacyjne zachowanie szefów służb specjalnych byłoby nie do pomyślenia. W Polsce miało być swego rodzaju publicznym „certyfikatem moralności” dla obejmującego urząd Prezesa najwyższego organu kontroli państwa. Było jednak zapewne jeszcze czymś więcej

Ostatnio publika bombardowana jest przez media rewelacjami z tego właśnie kręgu. Zaczęło się od bez dwóch zdań kontrolowanego przecieku z NIK o poważnych zarzutach głównie pod adresem Premiera Rządu z tytułu organizacji tzw. wyborów „kopertowych” w 2020 r.Zarzuty dopiero za 3 tygodnie mają ujrzeć światło dzienne w zapowiadanym raporcie Izby. Odpowiedź przyszła natychmiast: przeszukanie przez funkcjonariuszy CBA willi syna Prezesa NIK, niegdyś wiązanego z zapominaną powoli „aferą Banasia”. Kolejny cios wyprowadza Banaś, oskarżając służby specjalne o wywieranie nacisku na NIK i uroczyście deklarując, że on tym naciskom nie ulegnie. Żenujący spektakl rodem z amerykańskich filmów gangsterskich, w których rodziny rywalizują o przywództwo w mafii.

Któż jest sprawcą tego skandalu? Otóż jest nim nie kto inny jak dziennikarz śledczy Bertold Kittel, który niemal nazajurz po zaprzysiężeniu Prezesa NIK opublikował słynny reportaż „Pancerny Marian i pokoje na godziny”. Materiał Kittela wstrząsnął Polską. To po tym reportażu byliśmy świadkami pierwszego starcia: uda się odwołać z funkcji prezesa NIK osobę do cna skompromitowaną, która, jak się okazuje miała bardzo podejrzane konszachty ze światem przestępczym i niejasne źródła majątku czy nie. Pierwszą rundę wygrał Banaś – stanęła za nim Konstytucja i ustawa o NIK. Druga, którą miał być „wariant awaryjny Kaczyńskiego” spaliła na panewce

Jak wyglądałaby dzisiaj sytuacja polityczna w Polsce gdyby nie artykuł Kittela? Niewątpliwie byłaby zupełnie inna, sielankowa. Marian Banaś byłby królem warszawskich salonów, ozdobą państwa pisowskiego, wokół którego roztaczałaby się właściwa pisowskim politykom aureola sukcesu, ale de facto chodzącym na krótkim sznurku, którego drugi koniec trzymałby Mariusz Kamiński. Przeciek w sprawie Morawieckiego prawdopodobnie by się nie ukazał. Nie byłoby zapewne takich ustaleń. Byłyby tylko „drobne uwagi” tak jak w przypadku NIK-owskiej kontroli skandalicznych rządowych zakupów respiratorów za pośrednictwem podejrzanego handlarza bronią, który w momencie otrzymania rządowego zlecenia i sowitej zaliczki około 120 milionów złotych, w 2020 r. legitymował się jedyną fakturą na kwotę bodajże 18 000 zł z tytułu obrotu mięsem. Handlarza bronią, od którego aż śmierdziało służbami specjalnymi. Drobne zarzuty? Najwyższa Izbo – daruj sobie! Ale czyż nie dla takich sytuacji postawiono na funkcji szefa NIK osobę, na którą haki rozsadzają niejedną szafę pancerną służb? Czy nie dlatego tak ostentacyjnie radośnie koordynatorzy służb specjalnych fetowali objęcie urzędu przez Banasia? Lepszego, bardziej posłusznego kandydata nie mogli znaleźć. NIK wzięta!

Ale Kittel wszystko popsuł. Tyle tylko, że popsuł więcej niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Nie tylko na czas jakiś popsuł humory Kaczyńskiemu i znacznej części pisowskiej elity, która na pięcie odwróciła się od Banasia, ale, o ironio, Kittel przyczynił się do dalszego psucia państwa. Swoim artykułem osiągnął on niezamierzony absolutnie efekt – w sumie umocnił na zajętym stanowisku skompromitowanego urzędnika o silnych mafijnych powiązaniach! To bardzo gorzka lekcja demokracji. W każdym innym państwie po ujawnieniu przez dziennikarza śledczego takich rewelacji urzędnik nie mógłby nawet przez 5 minut sprawować urzędu prezesa najwyższego organu kontrolnego. W każdym – ale nie w państwie, w którym rządzi bezprawie, łgarstwo i nikczemność. Bezprawie, kłamstwo i nikczemność podniesione do rangi dewizy władz państwowych okazały się silniejsze od faktów. A teraz umocniony, jeszcze bardziej opancerzony Banaś, widząc, że wszyscy mogą mu po prostu nadmuchać, głosi urbi et orbi, że nie było żadnej afery Banasia a była prowokacja służb specjalnych i demoralizuje jedną z najstarszych instytucji państwa polskiego czyniąc z niej maczugę w wewnątrzpartyjnych porachunkach. To w jak diametralnie różny sposób NIK Banasia potraktowała sprawę afery z wyborami kopertowymi i sprawę afery respiratorowej (o wcześniejszej maseczkowej nie wspominając) świadczy o tym, że Banaś ostro wchodzi do wewnętrznych rozgrywek na prawicy. W której gra drużynie? Z pewnością nie w drużynie Morawieckiego, a więc w drużynie Ziobry. A może w jakiejś trzeciej, jeszcze nie ujawnionej?

Historyjka powyższa pokazuje, że niezależne dziennikarstwo, zwłaszcza dziennikarstwo śledcze może, na czas jakiś, spędzać sen z powiek rządzącym, zwłaszcza w kontekście kampanii wyborczych. Dlatego potrzebny był zajazd na Polska Press. Jeśli nie można zatrzymać Kittelów, Pankowskich czy Szczygłów, jeżeli ze smyczy zerwał się Prezes NIK, to należy maksymalnie osłabić moc rażenia ich ustaleń. Prawda jest dla „PiS” bolesna. Ale historyjka ta uczy również, że system urzędowego bezprawia, jeżeli opanuje już najważniejsze instytucje państwowe, potrafi być pancernie odporny na najbardziej niewygodne dla siebie fakty. Ujawnienie ponurej prawdy o Marianie Banasiu wcale nie zaszkodziło ani jemu, ani systemowi, który go wykreował. Czy oznacza to kres dziennikarstwa śledczego? Mam nadzieję, że nie, że póki istnieć będą ostatnie wyspy dziennikarskiej niezależności, praca dziennikarzy śledczych nie ustanie. W spektakularny sposób padła niedawno przed trybunałem Julii Przyłębskiej reduta Bodnara. Kolejnym celem „PiS” będzie niezależne dziennikarstwo i niezależne media. Jeżeli i te reduty padną Polska na długie lata pogrąży się w mroku. Noc i mgła nadciąga.

 

Lewica nie zaśpiewa w chórze PO

Przyjmując zaproszenie Morawieckiego do rozmów na temat Krajowego Planu Odbudowy, formułując szereg prospołecznych warunków jego akceptacji Lewica wywołała falę nieukrywanej wściekłości w innych partiach opozycyjnych – zwłaszcza Platformy Obywatelskiej. Jest to zrozumiałe: Lewica ukradła Platformie show, jakim miała być jutrzejsza debata sejmowa. Oskarżanie o zdradę, haniebny czyn, wykluczanie z grona partii prodemokratycznych – to tylko niektóre epitety, jakie posypały się na głowę liderów Lewicy. Czy zasłużenie? Śmiem wątpić.

Lewica nie zaśpiewa jutro w chórze Platformy Obywatelskiej. Nie zaśpiewa też w chórze Ziobry i Kaczyńskiego. Zaśpiewa własnym głosem, w chórze większości Polaków, którzy chcą być w Unii Europejskiej i którzy gotowi są przyjąć, wespół z innymi europejskimi narodami współodpowiedzialność za jak najlepsze wykorzystanie środków z Europejskiego Funduszu Odbudowy.

Przyznam się, że podejmując rozmowy z Morawieckim Klub Parlamentarny mi zaimponował. Nie chodzi tu przecież o jakąś „zwykłą”, krajową ustawę. Mało tego – horyzont czasowy tej ustawy może okazać się daleko większy niż horyzont władzy PiS. Nie znam kuluarów rozmów klubów opozycyjnych w tej sprawie, ale właśnie biorąc pod uwagę przedmiot ustawy, jej gospodarcze i społeczne znaczenie oraz długoletnią perspektywę jej skutków Lewica zachowała się i racjonalnie i odważnie zarazem.

Jak potoczyłaby się jutrzejsza debata bez tego porozumienia? Wszystkie partie opozycyjne zaatakowałyby PiS, rząd i Prezydenta, formułując setki, nie można wykluczyć, że sprzecznych ze sobą propozycji, po czym wszystkie grzecznie zagłosowałyby za rządowym projektem ustawy. Nie wyobrażam bowiem sobie, aby którakolwiek z proeuropejskich, prodemokratycznych partii podniosłaby rękę przeciwko temu projektowi. To już lepiej byłoby gdyby wszystkie partie opozycyjne konstruktywnie odpowiedziały na zaproszenie premiera. Nie byłoby wówczas oskarżeń o zdradę, zawiści czy zwykłej irytacji. Przecież chodzi o przyszłość Polski liczoną w dekadach.

To nie Lewica nie dogadała się z Morawieckim, ale to Morawiecki przyjmując wszystkie postulaty Lewicy z nią się dogadał.

Przed Lewicą staje jednak teraz bardzo trudne zadanie udowodnienia w krótkim okresie, że przyjmując zaproszenie Morawieckiego nie przyjęła też roli pożytecznego idioty PiS, że ani na milimetr nie odstąpiła od antypisowskiego frontu.

Zadanie nie będzie łatwe, gdyż przeciwko sobie będzie miała zapewne wszystkie neoliberalne media. Ale może to i lepiej: Lewica dostanie w ten sposób szansę na jeszcze bardzie wyraziste wyartykułowanie swojej roli w społeczeństwie i na scenie politycznej.

Prawdziwa katastrofa na lewej flance polskiej sceny politycznej nastąpi wówczas, gdy Lewica temu zadaniu nie podoła.

100% PiS

Marionetkowy Trybunał Konstytucyjny ręcznie sterowany z Nowogrodzkiej, na wniosek grupy pisowskich posłów orzekł niekonstytucyjność przepisu ustawy o Rzeczniku Praw obywatelskich, normującego funkcjonowanie Rzecznika po konstytucyjnym upływie kadencji w sytuacji, gdy nowy rzecznik nie został przez Sejm wybrany. PiS chodziło oczywiście o to, aby otworzy drogę do usunięcia z urzędu wielce dla tej partii niewygodnego prof. Adama Bodnara, który, na mocy tej ustawy pełni tę funkcję mimo upływu jego kadencji, ponieważ nie ma komu jej przekazać.

Dzisiejsze orzeczenie jest znamienne. Zawiera się w nim 100% PiS, cała esencja tej para mafijnej organizacji, która zawładnęła Polską. Sytuacja jest prosta jak konstrukcja cepa. Konstytucja przesądza o tym, że rzecznika praw obywatelskich wybiera Sejm za zgodą Senatu. Ten zapis nie jest zapisem technicznym – niesie on ze sobą bardzo głęboką treść, jest bardzo ważnym elementem demokratycznego państwa prawnego. Mechanizm: wybiera Sejm za zgodą Senatu Konstytucja przewiduje nie tylko w przypadku RPO. Również Prezes Najwyższej Izby Kontroli wybierany jest w tym trybie. Idzie o to, aby na ważne stanowiska w państwie, od szefów których wymagane są najwyższe gwarancje bezstronności, niezależności od partii politycznych, wybierać osoby akceptowane przez najszersze spektrum reprezentacji obywateli w parlamencie. Ale ważna rzecz: wybiera Sejm, czyli na Sejmie spoczywa odpowiedzialność za przeprowadzenie całej procedury.

Gdyby PiS utrzymał większość w Senacie nie byłoby problemu. Na RPO wybrano by w ciągu 23 minut osobę wskazaną na Nowogrodzkiej. Ale stało się inaczej. Okazało się że w sytuacji, w której Kaczyński nie ma pełni władzy nie jest w stanie, nie jest organicznie gotów do sprostania wymogom ustroju demokratycznego, nie jest zdolny do rozważania innych kandydatur niż te, które sam zgłosił, a zgłaszał kandydatów, którzy urągali wręcz zasadzie politycznej niezależności.

Dlatego zorganizowano przedstawienie cyrkowe, w którym grupa błaznów kieruje (na marginesie, na co zwracała wagę Pani prof. Ewa Łętowska, w liczbie mniejszej od ustawowo wymaganej!) do pseudo-trybunału konstytucyjnego wniosek o zbadanie z konstytucją przepisu, który zawsze był stosowany i nigdy nie był kwestionowany, był logiczny, a co najważniejsze – służył zwykłym obywatelom w ich zmaganiach z władzą.

Wniosek ochoczo podjęty został przez akrobatów z TK pod przewodnictwem „towarzyskiego odkrycia” Kaczyńskiego i po 9 próbach salto mortale zostało wykonane. Odbył się żenujący, haniebny dla Polski spektakl o wymiarze historycznym. Z jednej strony banda uzurpatorów – członków TK, a z drugiej prof. Adam Bodnar – Rzecznik Praw Obywatelskich. Z jednej grupa cynków zbyt inteligentna, aby nie uświadamiać sobie nielegalności swoich działań, aby nie rozumieć, że wszystkie tezy głoszone przez prof. Bodnara są absolutnie słuszne, ale zbyt miałka, niska jak mickiewiczowski płaz w skorupie, aby przyznać mu rację, a z drugiej osoba emanująca kompetencją, erudycją, najwyższą kulturą urzędniczą i człowieczą.  Wszyscy od samego początku byli świadomi finału – mógł być tylko jeden. Ale show must go on!

W tej sytuacji profesorowi Adamowi Bodnarowi należą się największe słowa uznania. Podjął się on obrony sprawy z góry przegranej, ale sprawy niezwykle dla obywateli ważnej – i co najistotniejsze ze wszech miar słusznej. Ze swojego wystąpienia przed TK uczynił piękny wykład o istocie instytucji rzecznika praw obywatelskich, jego znaczenia dla zwykłych ludzi oraz dla demokratycznej władzy. Podjął się obrony wszystkich swoich poprzedników. Ale było w wystąpieniu profesora, w jego odpowiedziach na pytania „sędziów” coś więcej. Profesor Bodnar pokazywał dlaczego o demokrację należy walczyć i że ta walka warta jest wszelkich poświęceń. Gloria victis! Chapeau bas Panie profesorze!

Rozstrzygnięcie TK jest ze wszech miar niekorzystne dla obywatela. Otwiera ono drogę do upolitycznienia tego urzędu i podporządkowania go woli politycznej Kaczyńskiego podobnie jak już się to stało z Trybunałem Konstytucyjnym, Sądem Najwyższym czy Rzecznikiem Praw Dziecka. PiS pokazało, że skutki swojej niezdolności do sprawowania władzy w demokratycznym ustroju, swojej niezdolność do poszukiwania porozumienia bez wahania gotów jest przerzucić tak naprawdę na barki obywateli. Byle tylko zachować absolutyzm swojej władzy. Haniebne i karygodne, ale w tym właśnie zawiera się cała kwintesencja istoty polityki Jarosława Kaczyńskiego.

Kartagina musi być zniszczona, a teren po niej zasypany solą.

List otwarty do KP „Lewica”

Wciąż toczy się dyskusja czy lewica powinna poprzeć w Sejmie rządowy projekt ustawy ratyfikującej decyzji Rady w sprawie systemu zasobów własnych Unii Europejskiej. Uważam, że taki projekt lewica poprzeć powinna, ale nie bezwarunkowo. Przychylam się tu do opinii, że to rząd zabiegać powinien o zdobycie parlamentarnej większości dla swojego projektu. Warunkowość oparcia ze strony lewicy, czy też całej sejmowej opozycji jest jak najbardziej uzasadniona. Codzienna praktyka pokazuje z jaką wręcz frywolnością rządzący odnoszą się dzisiaj do przepisów normujących gospodarowanie środkami publicznymi, z jaką łatwością wykorzystują je do budowania swojej i swoich rodzin potęgi finansowej. Ostatnim, skandalicznym przykładem jest odmowa Polskiej Fundacji Narodowej, jednego ze sztandarowych projektów rządu PiS, o wartości na dzisiaj ponad 600 mln złotych poddania się badaniom Najwyższej Izby Kontroli. Ile jeszcze jest takich fundacji, funduszy i innych podmiotów, do których wyprowadzane są środki budżetowe i środki przedsiębiorstw zarządzanych przez przedstawicieli rządu, i które uznają się za zwolnione od kontroli najwyższego organu kontroli państwa?

W pełni zasadne jest więc moim zdaniem uwarunkowanie poparcia opozycji dla wspomnianego rządowego przedłożenia od ustalenia zasad tworzenia i funkcjonowania Krajowego Planu Odbudowy, który ma być odpowiedzialny za realizację na szczeblu krajowym NextGenerationEU – największego w historii pakietu środków na rzecz ożywienia gospodarki. Chciałem jednak zwrócić uwagę na inny problem – nie mniej doniosły, o którym jednak zwykło się zapominać. Rzecz idzie o system kontroli wydatkowania środków unijnych. Jeszcze za czasów rządów PO przyjęto fatalne moim zdaniem rozwiązanie lokujące jednostkę odpowiedzialną za sporządzenie „rocznego podsumowania dotyczącego dostępnych audytów i deklaracji”, czyli de facto dokumentu potwierdzającego wiarygodność wydatkowania unijnych środków w Polsce w Ministerstwie Finansów. Mógł rząd, śladem niektórych innych państw, podjąć decyzję o przekazaniu tych kompetencji Najwyższej Izbie Kontroli, ale zdecydował inaczej, według zasady: nikt tak dobrze nas nie oceni jak my sami.

Rząd Prawa i Sprawiedliwości poszedł dalej. Wyjął procedury poświadczenia wiarygodności z Ministerstwa Finansów i powołał z hukiem Międzyresortowy Zespół do spraw Funduszy Unii Europejskiej, któremu przewodniczy minister funduszy i polityki regionalnej. Europejski Trybunał Obrachunkowy co rok publikuje obszerny raport z badania wykonania budżetu Unii Europejskiej, w tym z badania wiarygodności wydatków. Ale 80% budżetu unijnego realizowane jest na szczeblu krajowym. Konia jednak z rzędem temu, kto na stronach rządowych znajdzie publikację „Rocznego podsumowania…” jakie rząd polski zobowiązany jest dostarczać Komisji Europejskiej w ramach wspólnej kontroli budżetu unii. Prawdą jest też, że nikt o taką publikację nie woła.

NextGenerationEU jest programem nie tylko o olbrzymiej wartości, ale również oryginalnym, gdyż po praz pierwszy wprowadzi do obrotu środki pozyskane z pożyczek zaciągniętych solidarnie przez państwa członkowskie – w znacznej części na rzecz wsparcia różnych podmiotów gospodarczych. Pociągnie to za sobą nieuchronnie nowe problemy związane z systemową kontrolą wydatkowania tych środków.

Dlatego uważam, że Lewica swoją zgodę na ratyfikację właściwego rządowego projektu ustawy bezwzględnie uwarunkować powinna od:

  1. Wprowadzenia do Krajowego Planu Odbudowy szczegółowych i konkretnych zapisów odnoszących się do systemu kontroli wydatkowania tych środków.
  2. Wyznaczenia Sejmowej Komisji Kontroli Państwowej zadania bieżącego monitorowania procesu kontroli środków w ramach NextGenerationEU.
  3. Niezwłocznego zlecenia wydania opinii prawnej w sprawie uznania środków z NextGenerationEU za środki publiczne, co jest warunkiem rzetelnego audytu wykorzystania tych środków.

Niezależnie od powyższego proponuję, aby KP Lewica wystąpił do Kolegium Najwyższej Izby Kontroli o:

  1. Uwzględnienie w Strategii Kontroli NIK zadania „Kontrola tworzenia i realizacji Krajowego Planu Odbudowy”.
  2. Przeprowadzenia audytu „rocznych podsumowań dotyczących dostępnych audytów i deklaracji”, jakie rząd polski jest zobowiązany corocznie przedkładać Komisji Europejskiej.

Być może stanowisko KP Lewica nie będzie ważyło na decyzji Sejmu, ale przecież liczy się również opinia publiczna.

Republika banasiowa

W jednym dniu Marian Banaś, Prezes NIK udzielił dwóch ważnych wypowiedzi. W pierwszej ogłosił, że nie było żadnej „afery Banasia” z hotelem na godziny i współpracą ze światem przestępczym, gdyż była to „prowokacja służb specjalnych”. W drugiej wypowiedzi Prezes Najwyższej Izby Kontroli zapowiedział szereg kontroli w urzędach państwowej administracji, wskazując, że w odróżnieniu do afery Banasia „prawdziwe afery są gdzie indziej”. Prezes NIK powiedział: „– Obecnie prowadzimy już kilka, a za chwilę rozpoczniemy kolejne, bardzo wrażliwe kontrole. One odbiją się głośnym echem.”

To kolejny mega skandal. Zachowanie szefa najważniejszego organu kontrolo państwa jest jawnym, publicznym pogwałceniem międzynarodowych standardów audytu i zasad etyki audytorów. Prezes NIK nie ma prawa wypowiadać się na temat wyników bieżących, niezakończonych kontroli w inny sposób niż w przypadku ujawnionych w trakcie kontroli istotnych nieprawidłowości, niezwłocznie informując o nich przełożonych kontrolowanego lub/i właściwą prokuraturę. I w żadnej innej formie!

A już zupełnie niewyobrażalne i niedopuszczalne jest przesądzanie przez Prezesa NIK o wynikach kontroli, które jeszcze się nie zaczęły! Nie sposób nie przywołać starego, sprzed kilkudziesięciu lat żartu Szymona Kobylińskiego na pierwszej stronie  „Polityki”: Mówca z trybuny grzmi: – Oczywiście towarzysze, że kryl jest jadalny! Już dwa instytuty naukowe pracują nad tym, aby to udowodnić!

Historia więc się powtarza, tyle, że jak twierdził Karol Marks (uzupełniając Hegla), historia lubi powtarzać się dwukrotnie: po raz pierwszy jako dramat, a po raz drugi jako farsa. Wystąpienia Marcina Banasia to nie farsa, to dramat całego naszego społeczeństwa. W swoim zachowaniu Banaś prezentuje przy tym klasyczne podejście pisowskie do litery prawa: furda tam ustawy, traktaty, konstytucje, artykuły czy paragrafy! Prawo to my, a my to suweren. Prawo powinno służyć suwerenowi, a więc nam!

W ten sposób Marian Banaś niszczy Najwyższą Izbę Kontroli, a wraz z nią całe państwo. Czy należy skontrolować aferę SKOK-ów, KFN, czy idące już w setki podejrzane decyzje rządzących. Jak najbardziej tak! Ale w imię powagi niezależnego audytora, w imię ochrony autorytetu NIK, w imię wiarygodności ustaleń kontrolnych nie może jej prezes uprzedzać o wynikach kontroli, które jeszcze się nie rozpoczęły!

Nie może tym bardziej, że szokująca jest czasowa zbieżność tych dwóch wypowiedzi. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Banaś, traktuje NIK jako oręż w bijatyce ze swoimi niedawnymi kolesiami, że poprzez media na jednym wydechu stawia im ultimatum: przyjmijcie moją wersję w sprawie „afery Banasia” i odpuście bo jak nie, to uderzę was w bolące miejsca.

Najwidoczniej Banaś ma coś na swoich niedawnych kolesiów, ci mają coś na Banasia. Klasyczna sytuacja „złapał Kozak Tatarzyna…” Tylko społeczeństwo wychodzi przy tej gierce na zbiorowisko głupców.

P.S.

Właśnie w mediach ukazał się komunikat: „Śledztwo w sprawie afery Banasia przedłużone”. Przedłużanie i tak już historycznego śledztwa może świadczyć o woli jego przeciągania bez finalizacji bądź wolę jego rozwodnienia. Czyżby Tatarzyn przystał na ofertę Kozaka?

Odcinanie czarnych kuponów

Polska w europejskiej czołówce zakażeń wirusem sars-cov-3 i zgonów z powodu COVID-19. Obraz jest jeszcze tragiczniejszy, jeśli do tych oficjalnych danych dodać liczbę zgonów pozacovidowych, ale będących „ubocznym” skutkiem pandemii, przez drastyczne zmniejszenie miejsc w szpitalach, liczby udzielanych świadczeń medycznych. Ani Ministerstwo Zdrowia, ani NFZ nie kwapi się, aby oficjalnie oszacować tą liczbę. Wiadomo tylko, że ona jest – i to jest nie mała. Istny dopust boży. Wygląda na to, że rzeczywiście  boży.

Jakie są najbardziej prawdopodobne przyczyny miejsca Polski w ścisłej europejskiej czołówce pod względem liczny zakażeń i zgonów. Widzę takie dwie. Jak podają statystyki za około 80% obecnych  zakażeń koronawirusem odpowiada jego brytyjska mutacja B.1.1.7. Wykryto ją na wyspach na początku grudnia ub. roku. Od samego początku wiadomo było, że jest ona aż o 70% bardziej zaraźliwa niż „tradycyjny” sars-cov-2. A mimo to polski rząd przechodził sam siebie, aby jak najwięcej Polaków ściągnąć do kraju na Święta Bożego Narodzenia. Rozum, racjonalność i przede wszystkim ODPOWIEDZIALNOŚĆ poszły do kąta. Wszak tradycja, wiara zobowiązują, są najważniejsze i godne każdej ofiary. Ilu Polaków przyjechało w sumie z Wielkiej Brytanii w tym okresie? NIKT TEGO NIE WIE. Szacuje się na ponad 100 000 osób w samym transporcie lotniczym. A lądowy?  Dla uspokojenia gawiedzi wciskano nam kit, że wprawdzie wirus B1.1.7. jest bardziej zaraźliwy, ale infekcja przebiega łagodniej, chociaż bezwzględnie obowiązywać powinna w takich sytuacjach ostrożność i zasada ograniczonego zaufania.  Rząd jednak przyjął inną zasadę: nam musi się udać! Król i Królowa czuwają, a my skazani jesteśmy na sukcesy! Nie tylko się nie udało, ale kosztuje to Polaków tysiące niepotrzebnych zgonów.

Zakładając, że było tylko 100 tysięcy świątecznych gości z WB i że odsetek zakażonych wśród nich był na poziomie 25% to zaimportowaliśmy sobie 25 000 nosicieli koronawirusa, w większości w jego najzjadliwszej mutacji. W sposób godny najwyższej kary zaniechano wymogu posiadania przy wjeździe do kraju zaświadczenia o negatywnym wyniku testu. Dla okazania wspaniałomyślności rząd zaoferował przyjeżdżającym MOŻLIWOŚĆ bezpłatnego wykonania testu w czasie pobytu. Ilu z przyjeżdżających z tej możliwości skorzystało – nie wiadomo. Dzisiaj odcinamy czarne kupony od tej patriotyczno-religijnej akcji polskiego rządu.

Mówiąc wprost: w okresie Świąt Bożego Narodzenia rząd zaimportował do Polski i zdetonował potężną bombę biologiczną. Nie chce mi się wierzyć, że wśród licznych epidemiologów, rządowych doradców nie było nikogo, który by przed tym przestrzegał.

Ręka boska jest nie tylko w nieodpowiedzialnej akcji świątecznej. Kolejną, absolutnie niewytłumaczalną i wprost haniebną postawą rządu jest zgoda na otwarcie kościołów. Zamknięto korty tenisowe, gdzie na jednego gracza przypada ponad 300 m2 powierzchni a pozostawiono kościoły z wymogiem (absolutnie nie weryfikowanym) 15 m2. Kościoły w Polsce są wyjątkowo odporne na wszelkie obostrzenia nawet wówczas, gdy zaczyna już brakować miejsc w szpitalach, respiratorów i kadr medycznych. A przecież zdalny udział w mszach ma w Polsce bardzo długą tradycję; najpierw poprzez radio, a teraz również przez telewizję. Dzisiaj nic nie stoi na przeszkodzie, aby każda parafia mogła transmitować swoje msze w Internecie. Nic z tego! Od kościołów wara!

Jeszcze bardziej bulwersująca od postawy rządu w tej sprawie jest postawa Episkopatu. Można było oczekiwać, że nie czekając na decyzje rządu Episkopat z własnej woli czasowo zlikwiduje nabożeństwa jako istotne źródła rozprzestrzeniania się infekcji. Nic z tego. Urzędnicy pan B., którzy w obronie zygoty gotowi są na wszystko, życie żyjących mają – jak widać – za nic. Po zapoznaniu się z „Notą Komisji Nauki Wiary Konferencji Episkopatu Polski w związku z pandemią koronawirusa” nie mam złudzeń. Kościół Polski w pandemii upatrzył szansę na odwrócenie trendu laicyzacji społeczeństwa. Im gorzej – tym lepiej! Im lud w większym są strachu przed cierpieniem i  śmiercią – tym bardziej garnąć się powinien do kościołów! Stare ludowe porzekadło można więc sparafrazować następująco: „Ksiądz wspiera pana, pan księdza, a nam biednym zewsząd nędza”.

Lewicowe „lewactwo”

Redaktor M. Janicki w ostatnim numerze „Polityki”, w artykule „Lewoskręt” usiłuje znaleźć odpowiedź na pytanie: dlaczego, pomimo wyraźnego, jak wskazują badania, zwiększenia się elektoratu lewicowego wśród młodzieży, poparcie dla parlamentarnego ugrupowania „Lewica” nie rośnie. Przytacza przy tym publiczną wypowiedź posła, jednego z prominentnych działaczy SLD, członka władz krajowych i przewodniczącego jednej z rad wojewódzkich partii: „Jeżeli lewica nie będzie obarczona lewactwem, możemy przekroczyć 20 proc. poparcia”. To bardzo znamienne stwierdzenie i nie może być pozbawione komentarza. Terminy „lewak”, „lewactwo” były do dzisiaj powszechnie używanymi przez prawicowych polityków i publicystów epitetami pod adresem wszystkich na lewo od nich, z którymi z zasady nie warto podejmować żadnej merytorycznej debaty. Był określeniem mającym wyrażać pogardę wobec lewicowych ruchów politycznych, z wyjątkiem tych koncesjonowanych przez prawicowy mainstream. Użycie tego terminu przez posła Klubu Parlamentarnego „Lewica” jest więc wydarzeniem bez precedensu.

Cytowana przez „Politykę” wypowiedź znamienitego polityka SLD obrazuje dramatyczny problemy, przed którymi stają aktualni liderzy tej partii. Z jednej strony nawołują do zjednoczenia polskiej lewicy, zapowiadają ogólnopolskie kongresy programowe lewicy, głoszą potrzebę współdziałania, a z drugiej – bliżej nieokreślone, lewicowe nurty wskazują jako przyczynę swojego marnego poparcia społecznego. Uciekają się do znanej z ubiegłego wieku doktryny „cięcia po skrzydłach”. Tyle tylko, że wówczas była to doktryna bezkonkurencyjnej partii rządzącej. W dzisiejszych warunkach ostrej politycznej konkurencji używanie terminu „lewactwo” przez polityka SLD, przejęcie przez niego terminologii propagandy prawicowej jest wyrazem skrętu w prawo.

Tymczasem przyczyny stagnacji na niskim poziomie poparcia dla „Lewicy” są raczej oczywiste. Głównym źródłem społecznej energii, jaka zasila to ugrupowanie jest właśnie stygmatyzowanie jego zwolenników przez prawicową propagandę jako „lewaków”, jest odwoływanie się do wspólnej, politycznej niedoli, do obrony przeszłości. Ale co to obchodzi młode pokolenia Polaków?  SLD nie chce lub nie potrafi wyjść z szufladki z napisem „lewica”, którą przewidział dla niej neoliberalny mainstream. Odnoszę wrażenie, że nawet jest mu w tej szufladce wcale dobrze. Tymczasem nowe, dramatyczne wyzwania przed którymi staje człowiek w XXI wieku nakazują redefinicję społecznego znaczenia pojęcia „lewica” oraz korektę, modyfikację jej celów programowych. Postulaty społeczne i ekonomiczne lewicy europejskiej XIX i XX wieku zostały w znacznej części inkorporowane do programów innych nurtów politycznych – i jest to wielki sukces naszych lewicowych antenatów. Dlatego dzisiaj „Lewica” czy SLD nie przebiją już PiS w sprawach socjalnych. Tymczasem nad głowami ludzi pracy zawisły nowe, nieznane naszym poprzednikom zagrożenia.

Dlaczego w historii lewica osiągała niebywałe sukcesy społeczne?  Dlatego, że była NADZIEJĄ. Nadzieją, na lepszą, sprawiedliwą przyszłość, nadzieją na równość ekonomiczną, na równość praw, na socjalne bezpieczeństwo. Nadzieją na cywilizacyjny postęp dla mas, na wykształcenie, pracę, ziemię. Na ochronę praw pracowniczych, na związki zawodowe, na kres „klasy próżniaczej”. Lewica była wówczas utopią, mrzonką idealistów, którzy poważyli się na święte prawa kapitału. Tak, to była utopia, nierealne dla wielu marzenia. Ale to właśnie pociągało młode pokolenia. Młodość potrzebuje ideałów, potrzebuje utopii, potrzebuje wizji swojej innej, lepszej przyszłości.

Jaką wizję, jaką utopię, jaką opowieść o przyszłości niesie z sobą współczesna „Lewica”? Żadną. Właściwie ogranicza się do głoszenia: „Będziemy robić to co inni, tylko lepiej”. Nic więc dziwnego, że współczesna, uczesana lewica nie jest sexy dla młodych, nie jest pociągająca. Po prostu lewicowa młodzież nie wiąże swojej przyszłości z taką lewicą, którą reprezentują dzisiejsi jej parlamentarni liderzy.

Współczesna lewica, a właściwie jej przywódcy nie rozstają się z hasłami typu: „Idziemy po władzę!”, „Od przyszłej kadencji będziemy rządzić!”. Rządzić (jeżeli już, to współrządzić, JU) po co? Zamiast wyciągać wnioski z przeszłości, skupiać się na budowaniu swojego TRWAŁEGO politycznego zaplecza, lewica skupia się na wyborach, na wyborczych gierkach i przepychankach. 20% poparcia to (nieosiągalny) szczyt marzeń? Ale po co rządzić, skoro nie ma się własnej, strategicznej wizji przyszłości, własnej lewicowej propozycji dla nowych pokoleń?

Rozważania te nie są czysto teoretyczne, nie są żadną spekulacją. Przykładem niech będą losy wrocławskiego projektu z marca 2019 r pod nazwą Socjalistyczna Platforma Programowa SLD, którego jestem jednym z inicjatorów. Zawiązaliśmy ją, by stworzyć w ramach największej partii polskiej lewicy forum dla dyskusji o przyszłości. Nie wstydzimy się słowa „socjalizm” ani słowa „towarzysz”. Nie jesteśmy bezrefleksyjnymi gloryfikatorami socjalistycznej przeszłości. Wręcz przeciwnie – do ważnego dla lewicy okresu tzw. realnego socjalizmu podchodzimy z należytą krytyką. Uważamy jednocześnie, że teoretyczny i praktyczny dorobek myśli socjalistycznej XIX i XX wieku może pomóc nam, lewicy, w wypracowaniu realnej alternatywy dla szalejącego dziś, wszechobecnego, kryzysogennego neoliberalizmu. Tylko tyle: chcieliśmy (i nadal chcemy) stworzyć zgodną z wciąż obowiązującym statutem wewnątrzpartyjną platformę dyskusyjną, aby móc myśleć i rozmawiać o lewicy nie w perspektywie najbliższych wyborów, ale o naszych celach strategicznych, o zadaniach lewicy wobec aktualnych wyzwań, przed jakimi neoliberalizm postawił cały świat. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do programowych materiałów SPP (Grupa SPP SLD na FB).

Niezadługo „świętować” będziemy drugą rocznicę walenia głową w mur, czyli zabiegów o formalną rejestrację naszej platformy przez władze partii. Wniosek w tej sprawie leży na biurku Przewodniczącego, lecz odpowiedzią jest ostentacyjny brak reakcji, milczenie, udawanie, że pada deszcz. Trudno o bardziej dobitny wyraz pogardy kierownictwa SLD, partii, która „demokrację” ma w nazwie, dla inaczej niż kierownictwo myślących. Właściwie to doczekaliśmy się reakcji, drugiego policzka. Było nim skasowanie po prostu platform programowych wewnątrz partii we wciąż czekającym na ostateczny werdykt sądu nowym statucie, uchwalonym przez Konwencję SLD w grudniu 2019 r.

Pora więc zapytać liderów SLD: z kim wam nie jest po drodze, kogo w Polsce wsadziliście do worka „lewactwo”? Miejcie polityczną i cywilną odwagę powiedzenia tego wprost, bez ściemy: z kim wam nie jest po drodze.  Nie zasłaniajcie się epitetami o prawicowej proweniencji – to lewicy po prostu nie uchodzi. W szczególności powiedzcie też czy wrocławską ideę Socjalistycznej Platformy Programowej wewnątrz partii uznajecie za egzemplifikację owego „lewactwa”, za brzemię, które przeszkadza wam we wspinaniu się po drabinkach sondaży.

A gdy wreszcie pozbędziecie się tych wszystkich „lewackich” balastów czerwony balon z napisem LEWICA nareszcie swobodnie poszybuje w górę. Albo, co bardziej prawdopodobne, poszybuje jak orzeł… z poobcinanymi skrzydłami.

Prawdziwa twarz nowej lewicy?

Wiceprzewodniczącą Klubu Parlamentarnego „Lewica” jest posłanka „Wiosny” Monika Pawłowska. W ostatnich dniach jest ona ulubienicą prawicowych mediów, które wielbią ją za to, że ich zdaniem  „stanęła po stronie prawdy”. W czym rzecz?

Otóż pani wiceprzewodnicząca klubu parlamentarnego obwieściła, że „należy uhonorować wszystkich żołnierzy walczących o wolność Polski” i złożyła hołd „żołnierzom wyklętym” (cudzysłów JU). Wprawdzie nie osobiści, ale poprzez dyrektora swojego biura poselskiego, który, tu cytat ze wpisu pani poseł na Twitterze: „Składał kwiaty pod pomnikiem żołnierzy wyklętych w moim imieniu”.

Każdy może głosić swoje poglądy i postępować według nich – jeżeli tylko postępuje z godnie z prawem i nie szkodzi innym osobom. W tym przypadku, ponieważ mamy do czynienia z posłanką, osobą publiczną a na dodatek wiceprzewodnicząca lewicowego klubu parlamentarnego komentarz potrzebny jest w kilku sprawach.

Po pierwsze razi brak reakcji na to zachowanie zarówno ze strony Klubu Parlamentarnego „Lewica” jak i jego największej części: SLD. Tym bardziej, że postawa wiceprzewodniczącej Klubu stoi w rażącej sprzeczności ze stanowiskiem SLD w sprawie „Dnia pamięci żołnierzy wyklętych” opublikowanym na oficjalnej stronie internetowej Sojuszu. Rozumiem, że mogło lewicowych posłów zamurować, ale po kilku dniach powinni dojść do siebie. Nic z tego. Klub udaje, że pada deszcz.

Po drugie nie jest znana żadne działania wiceprzewodniczącej KP Lewica upamiętniające ofiarę życia ponad 17 tysięcy żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego w walkach z hitlerowskim okupantem ani protesty przeciwko dewastacji poświęconych im pomników i tablic pamiątkowych. Ci żołnierze zdaniem Pani posłanki o wolność Polski nie walczyli. Przyłącza się więc Pani wiceprzewodnicząca KP „Lewica” do tej części polityków, którzy głoszą, że żołnierze ci nie przynieśli Polsce wolności, ale drugiego okupanta. Gloryfikacja „żołnierzy wyklętych” świetnie mieści się w tej logice.

Po trzecie nie jest znane żadne wystąpienie Pani posłanki, żadna jej adekwatna aktywność upamiętniająca ofiary tzw. żołnierzy wyklętych.

Tak czy inaczej nie sposób oprzeć się refleksji zasadniczej: czy zachowanie wiceprzewodniczącej Klubu Parlamentarnego „Lewica”, Pani Moniki Pawłowskiej w sprawie tzw. żołnierzy wyklętych oraz reakcja, a właściwie brak publicznej reakcji na nie ze strony klubu nie jest aby praktycznym, twardym zwiastunem charakteru szumnie zapowiadanej nowej, lewicowej partii Biedronia i Czarzastego?